W Chrystusie wszyscy jesteśmy równi.
Wprowadzenie
W dyskusji na temat służby pastorskiej kobiet prawie nie wspomina się, że zarówno
we współczesnych Staremu Testamentowi religiach kananejskich, jak w religiach, które
współistniały z chrześcijaństwem pierwszych wieków, sprawowanie funkcji kapłańskich
przez kobiety nie było niczym nadzwyczajnym.
Kobietom powierzony był kult Westy, bogini ogniska domowego. Swoje kapłanki
miała również Demeter, bogini ziemi uprawnej oraz pszenicy. Kobiety odgrywały istotną rolę
w kulcie Dionizosa, boga winnej latorośli i upojenia winem, oraz w kulcie Fortuny, bogini
szczęścia i obfitości. W kultach kananejskich, gdzie płodność ziemi przypisywano
wykonywanym w świątyniach obrzędom seksualnym, rola kapłanek nieraz polegała na
sakralnej prostytucji. Był nawet moment, kiedy kult bogini płodności i wegetacji, Aszery,
wraz z jej prostytuującymi się kapłankami bezcześcił świątynię jerozolimską (por. 2 Krl 23,
7).
Biruta była matką Witolda oraz żoną Kiejstuta, wielkich książąt litewskich. Ale zanim
to nastąpiło, pełniła funkcję kapłanki strzegącej świętego ognia w pogańskiej świątyni bogini
Praurime. Po dziś dzień w okolicach Palangi na Litwie istnieje wzgórze jej imienia, a historia
jej związku z Kiejstutem jest symbolem romantycznej miłości. Podobno Kiejstut, na wieść o
niebywałej urodzie kapłanki, przybył do kaplicy Praurime i zaproponował Birucie
małżeństwo. Ta jednak odmówiła, twierdząc że złożyła bogom przysięgę, w ramach której do
końca swych dni miała pozostać dziewicą. Jak nietrudno się domyślić, zamiar ten zupełnie się
Birucie nie powiódł. Kiejstut miał bowiem w tym temacie zupełnie odmienną opinię.
1. BRAK WYOBRAŹNI I KOŚCIELNY MIZOGINIZM?
Zwolennicy udzielania święceń - ordynacji również kobietom twierdzą niekiedy, że
jedynym powodem, dla którego udzielano go dotąd wyłącznie mężczyznom, był brak
wyobraźni, spowodowany społeczną dyskryminacją kobiet. Fakty świadczą, że nie jest to
argument rzetelny i łatwo go odwrócić. Bo raczej jest tak, że brak wyobraźni sprzyja
niezauważaniu tego, że starożytny Kościół musiał mieć jakieś bardzo ważne powody, dla
których nie chciał na wzór współczesnych sobie religii pogańskich dopuścić u siebie
kapłanek.
To, że ówcześni chrześcijanie, przyzwyczajeni do obecności kapłanek w kultach
pogańskich, nawet nie dyskutowali o możliwości powoływania kobiet do sprawowania
Sakramentu ołtarza, wydaje się dowodzić, iż powody te odczuwali jako oczywiste.
Za zwyczajne demagogiczne nadużycie uważam także argument, że dlatego nie
udziela się święceń kobietom, bo Kościół boi się kobiet albo nawet uważa je za gorszą część
ludzkości. Zauważmy, że na samym początku Kościół przeżył chwilę niepewności, czy
udzielać chrztu poganom (Dz l0n), ale nie miał nawet chwili wahania co do tego, że kobiety,
które uwierzyły w Chrystusa, mają równy z mężczyznami dostęp do chrztu oraz do Komunii
świętej. Od samego początku kobiety miały pełny dostęp do tych największych darów wiary
chrześcijańskiej. W końcu nie jest przypadkiem to, że chrześcijaństwo jest jedyną z wielkich
światowych religii, w której nabożeństwo i pobożność kobiety angażują się liczniej niż
mężczyźni. Jeszcze ćwierć wieku temu, kiedy pytanie o miejsce mężczyzny i kobiety w
Kościele nie było zdominowane postulatem dopuszczenia kobiet do święceń, zastanawiano
się nad tym, jak odfeminizować Kościół, bo zbyt często mężczyźni czuli się w nim
marginalizowani zresztą jet tak do dzisiaj kiedy organizuje się spotkania, śniadania koła pań,
większą część uczestniczących na nabożeństwach to kobiety.
Nieraz dla "udowodnienia" wrogości Kościoła wobec kobiet cytuje się jakieś
chorobliwie mizoginiczne wypowiedzi. Tak się składa, że kiedy sprawdza się te wypowiedzi
w źródłach, zawsze okazuje się, iż zostały one przedstawione w krzywym zwierciadle lub
nawet wyssane z palca. Nie twierdzę, że w chrześcijaństwie nigdy nie zdarzał się mizoginizm.
Owszem, zdarzał się, ale mniej więcej na tej samej zasadzie, jak wśród Żydów zdarza się
antysemityzm, a wśród Europejczyków niechęć do rasy białej. Bo nie zapominajmy, że
rozpoznając swoje miejsce w obliczu Boga i Chrystusa, Kościół posługuje się symboliką
kobiecą.
Mianowicie Kościół widzi siebie jako ukochaną małżonkę Chrystusa i matkę, rodzącą
Mu coraz to nowe dzieci. Nauczyciele wiary rozpoznawali Kościół dosłownie we wszystkich
niewiastach z Ewangelii. Jakiejś prawdy o nas wszystkich, o całym Kościele, doszukiwali się
wówczas, kiedy przypatrywali się ewangelicznej Samarytance i Marii z jej siostrą Martą, i
błagającej o uzdrowienie swej córki Kananejce, i wdowie z Nain, i kobiecie od osiemnastu lat
pochylonej do ziemi, i kobiecie cierpiącej na upływ krwi, i wszystkim innym kobietom
ewangelicznym. Krańce tej kobiecej symboliki Kościoła stanowiły z jednej strony niewiasta
przyłapana na cudzołóstwie, z drugiej zaś - Maryja, dziewicza Matka Chrystusa, która
stanowi zarazem idealnie zrealizowany wzór Kościoła po wypełnieniu się dziejów.
To właśnie dlatego, że cały Kościół -wszyscy ochrzczeni mężczyźni i kobiety - jest
symbolicznie Kobietą, święcenia, dzięki którym w najbardziej szczególny sposób uobecnia
się zbawcza posługa Chrystusa wobec Kościoła, nie udziela się kobietom.
2. REALIZM TAJEMNICY WCIELENIA
Warto sobie uprzytomnić, że również mężczyznom udziela się święceń w skali całego
Kościoła, jednemu na tysiąc i nie wynika stąd wcale, że pozostałych 999 jest upośledzonych
w swojej drodze do zbawienia. Nie dlatego na księży święci się tylko mężczyzn, żeby
wywyższyć ich płeć, ale żeby również w ten sposób dać wyraz naszej wierze w realizm
tajemnicy Wcielenia. Bo my z całą dosłownością wierzymy w to, że ten sam Syn Boży, przez
którego wszystko zostało stworzone, stał się człowiekiem, człowiekiem konkretnym, który
urodził się w określonym czasie, miejscu i narodzie, przyjmując określoną płeć. Jeśli z faktu,
że Syn Boży urodził się jako chłopiec, wynika jakieś wywyższenie płci, to raczej
wywyższenie kobiety. Bo właśnie Kobieta była tą jedyną spośród miliardów ludzi, którą Syn
Boży wybrał sobie na matkę. Przyjmując zaś człowieczeństwo jako mężczyzna, Syn Boży nas
wszystkich, również mężczyzn, chce przemienić w swoją ukochaną Oblubienicę i Małżonkę,
czyli w swój Kościół: a więc nawet przez to, że urodził się jako chłopiec, wywyższył raczej
kobiety niż mężczyzn.
Każdego, kto dostrzega duchowy realizm tej symboliki związanej z ordynacją, musi
ogarnąć lęk, że wprowadzenie kapłanek do kultu chrześcijańskiego może spowodować trudne
do przewidzenia zmiany w naszej podświadomości zbiorowej. Przecież jakieś realne powody
muszą stać za tym, że dawniej kapłanki pojawiały się akurat w kultach natury, zupełnie
zamkniętych na Boga przekraczającego wszelką naturę.
3. AUTENTYCZNA LEKTURA STARYCH TEKSTÓW
Mógłbym naprawdę wiele napisać o upokorzeniach, których ja sam doznałem podczas
studiowania starochrześcijańskich tekstów, a które podejrzewałem o brak respektu dla
kobiety. Już osądziłem w duchu, że w danym tekście kobietę uważa się jednak za kogoś
niższego od mężczyzny, kiedy oto natrafiam na taką wypowiedź Orygenesa, z której wynika,
że zupełnie jego wykładu nie rozumiałem: "Pismo Boże nie zna podziału ludzi na mężczyzn i
kobiety wedle płci. Przed Bogiem nie ma żadnej różnicy płci: ludzie są dzieleni na kobiety i
mężczyzn wedle różnic duchowych. Ileż istot płci żeńskiej zalicza się przed Bogiem do
dzielnych mężów, a iluż mężczyzn uznano za słabe i ociężałe kobiety!"
Praktycznie zawsze jest tak, że teksty przytaczane na dowód niechęci chrześcijaństwa
wobec kobiet są albo wyrwane z kontekstu, albo zinterpretowane niezgodnie z autentyczną
myślą, jaka jest w nich zawarta. Rzecz jasna, nie zamierzam twierdzić, że na stosunku
Kościoła do kobiet nie wyciskały piętna kolejne epoki, w jakich Kościołowi przyszło żyć.
Twierdzę jednak stanowczo, że nie było ani jednego pokolenia, w którym Kościół
zapomniałby o słowach św. Pawła: "nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem
jesteście kimś jednym w Chrystusie" (Ga 3, 28).
4. ZASADA PERSONALISTYCZNA
Od kilkunastu lat pojawiają się coraz to nowe teksty, których autorzy stawiają pytanie
o miejsce kobiety w Kościele. Otóż nie wydaje się, żeby było ono inne niż miejsce
mężczyzny, bo przecież w Chrystusie "nie ma już mężczyzny ani kobiety".
Niestety, zbyt często w różnych wypowiedziach na temat miejsca kobiety w Kościele
słychać echa marksistowskiej teorii walki klas, którą próbuje się przekształcić w teorię jakiejś
zupełnie niezgodnej z wolą Stwórcy walki płci. Otóż Stwórca dlatego stworzył nas
mężczyznami i kobietami, żebyśmy mogli się sobą wzajemnie wzbogacać. To dopiero diabeł
chce to nasze zróżnicowanie wykorzystać do ukształtowania nas w dwa wrogie sobie obozy,
męski i kobiecy.
Istotnej wytycznej, jeśli chcemy w sposób odpowiedzialny mówić o miejscu kobiet w
Kościele, dostarcza osoba Maryi. Matka Pana nie należała do grona Apostołów ani nie
odprawiała Eucharystii, a przecież w świętości przewyższyła wszystkich Apostołów. Ta,
która w ogóle nie uczestniczyła w hierarchii święceń, osiągnęła najwyższe szczyty w
hierarchii świętości.
Czyżby to oznaczało, że do prawdziwej i świętej miłości Stwórca uzdolnił bardziej
kobiety niż mężczyzn? Nie jest to wykluczone i tak się nieraz w Kościele domyślano. Okazji
do tego dostarczał zwłaszcza ewangeliczny przekaz, że pod krzyżem Chrystusa wytrwały
prawie same kobiety, uczniowie zaś pouciekali. Wczytajmy się na przykład w wypowiedź
Teresy od Dzieciątka Jezus, choć warto pamiętać, że ta myśl była już przed nią wyrażana
setki razy: "Ach! biedne kobiety, jakże one są pogardzane! A przecież one kochają Dobrego
Boga bardziej niż przeważająca część mężczyzn, a podczas Męki Pana naszego kobiety miały
więcej odwagi niż Apostołowie, stawiły czoło zniewagom żołnierzy. Oblicza. Zapewne
dlatego pozwala On, aby na ziemi ich udziałem była pogarda, bo sam ją wybrał dla siebie. W
Niebie okaże się jasno, że Jego myśli nie są jak myśli ludzkie, wtedy bowiem ostatni będą
pierwszymi".
W Piśmie Świętym nie do pomyślenia jest, żeby kobieta mogła sprawować urząd
kapłański w kulcie Boga Prawdziwego, ale w tymże Piśmie Świętym aż roi się od prorokiń i
innych świętych kobiet, wypełniających różnorodne posługi wobec ludu Bożego, nieraz
nawet wyzwalających go ze śmiertelnego zagrożenia. Również współczesnemu Kościołowi
potrzeba o wiele więcej "prorokiń", które wykonywałyby różnorodną posługę katechetyczną i
ewangelizacyjną, diakonijną, poradniczą czy dziennikarską. Chodzi nie tylko o to, że kobiety
potrafią nieraz zrobić to samo inaczej - jakby cieplej - niż mężczyźni, ale że zwracają często
uwagę na różne istotne rzeczy, których męska wrażliwość i wyobraźnia nie dostrzega.
5. ZASADY BIBLIJNE
Czy kobieta może otrzymać święcenia? Aby zrozumieć znaczenie i rolę kobiety w
kościele, należy rozpocząć od tego, czym w ogóle jest kobiecość i męskość. Kobieta a
stworzenie. Podstawy zrozumienia miejsca kobiet w Kościele wynikają ze sposobu
stworzenia człowieka w ogólności, a kobiety w szczególności. Istnienie płci jest sposobem
wyrażenia się mnogości Osób w Trójcy. W Księdze Rodzaju 1:27 czytamy:
“I stworzył Bóg człowieka na obraz swój. Na obraz Boga stworzył Go. Jako mężczyznę i
niewiastę stworzył ich.”
“Człowiek” to jedno pojęcie jednej istoty stworzonej na obraz Boży. To jedna klasa/rodzaj.
Jednak, ta jedna istota zawsze występuje w jednej z dwóch płci: albo jako mężczyzna albo
jako kobieta.
Oznacza to, że:
- istnieją cechy męskie i cechy żeńskie.
- Zarówno cechy męskie jak żeńskie to cechy ludzkie. I jako takie, świadczą o godności
wyjątkowego stworzenia – na obraza Boży.
- Te różnice między płciami wynikają z zamysłu Bożego.
- Te różnice są wspaniałe. Żeńskość jest unikalnym sposobem ukazywania w człowieku
podobieństwa do Boga. W szczególności, mężczyźni nie są w stanie wyrazić owego
podobieństwa będąc mężczyznami. I na odwrót: istnieje męskość. To unikalny sposób
ujawniania cech podobieństwa do Boga, których ujawnianie jest zadaniem mężczyzn właśnie,
a nie kobiet.
- Przejmowanie swych ról wykrzywia obraz Boży, bowiem obok określonych zadań Bóg dał
również określone predyspozycje. Dlatego zniewieściali mężczyźni to przekleństwo.
Podobnie kobieta przejmująca rolę męskie.
- Niszczenie różnorodności stworzenia w dwóch różnych płciach przez redukowanie istoty
kobiecości i męskości do jakiegoś jednego bezpłciowego mianownika jest złem. Odpowiada
herezji modalizmu w postawie do Boga – gdzie redukuje się istotę Osób Bożych do jedynie
przedstawień jednej istoty Bożej. Tymczasem w Bogu jedność i różnorodność są równie
ostateczne.
Więzi. Nie można wskazać jakiegoś człowieka w ogólności; bo takowego nie ma. Nie
jest to ani mężczyzna (co często utrzymywały kultury patriarchalne) ani kobieta. Zarówno
kobieta jak mężczyzna jest w pełni człowiekiem (Rdz 2:23); ale pełnia człowieczeństwa obu
wyraża się i ujawnia nie w byciu odosobnionym, wyobcowanym, nie tworzącym więzi
osobnikiem (osobniczką), lecz we wspólnym przeżywaniu życia, towarzyszeniu sobie,
wzajemnej pomocy i współdziałaniu mężczyzn i kobiet (Rdz 2:18). W tym sensie
powołaniem człowieka jest nieuchronnie społeczność. Poza społecznością realizacja
człowieczeństwa w pełni jest niemożliwa, bowiem potrzebujemy drugiej płci dla uzupełnienia
obrazu Bożego do wymiarów wynikających z zamiaru Bożego – w którym zarówno
kobiecość jak męskość są unikalnymi nośnikami zdolności i powołania, które tworzą
wspólnie obraz unii jedności Osób Bożych wewnątrz ich unikalnej społeczności.
Rodzina. To oznacza, że rodzina jest podstawową daną przez Boga ludziom strukturą
(Rdz 2:24), w której w sposób najbardziej pierwotny i naturalny ujawnia się ów Boży obraz.
Rodzina jest pierwszym Bożym społeczeństwem, jedynym niezbędnym, oraz jedynym
istniejącym przed Upadkiem. Jej istnienie dowodzi istnienia Bożego obrazu w człowieku.
Choć człowiek upadły w grzech ów obraz w sobie nosi skażony, jednak wciąż go nosi. Wciąż
istnieje męskość, kobiecość i rodzina. Choć przekleństwo dotknęło wszystkie te sfery, wciąż
Bożym planem jest spełnianie owego podobieństwa i wyrażanie go w możliwie najpełniejszy
sposób.
Kościół a rodzina. Kościół Boży i rodzina krwi są spokrewnione. Kościół Boży to
rodzina Bożych dzieci (Mk 3:34). Rodzina krwi to najmniejszy możliwy kościół (2 lub 3
zgromadzających się w Imię Jezusa). Kościół powinien zajmować miejsce rodziny, kiedy
rodzina krwi jest sprzeczna z Królestwem Bożym (Mk 3:34); rodzina krwi jest miejscem,
gdzie sprawdza się i dojrzewa wiara, która uzasadnia przewodzenie w Kościele (1Tm 3:4-5;
Tyt 1:6)
Kobieta w rodzinie i w kościele. Miejsce kobiety w rodzinie i w kościele powinno być
takie samo. Schemat więzi rodzinnych jest taki sam w rodzinie krwi i rodzinie duchowej. To
oznacza w szczególności, że:
- kobieta ma tą samą godność co mężczyzna jako stworzenie Boże (Rdz 1:27) i dziedzic łaski
żywota (1Kor 11:11; 2P 3:7).
- kobieta będąc kobietą ma inne powołanie niż mężczyzna. Ogólnie, mężczyzna jest
powołany do dojrzewania w przewodniczeniu (byciu głową, tak w rodzinie jak w kościele),
podczas gdy kobieta ma dojrzewać w byciu pomocą (byciu ciałem) (Rdz 2:18; Tyt 2:3-5).
Schemat ten jest porządkiem stworzenia i jako taki jest nieodmienny (1Kor 11:3, 8-10). Jest
planem zarówno dla rodziny jako Kościoła. Mężczyzna jako dojrzała głowa w szczególności
powinien cechować się inicjatywą w miłości dla powierzonych jego opiece na wzór Chrystusa
(Ef 5:25), przez co realizuje dane mu przez Boga zadanie prowadzenia innych w realizacji ich
powołania (Rdz 1:28). Kobieta jako dojrzałe ciało w szczególności powinna w posłuszeństwie
ulegać (Ef 5:22) prowadzeniu swych męskich przywódców (ojca, męża, pastora), przez co
realizuje dane jej przez Boga zadanie wsparcia i zachęty dla męskiego przywódcy.
Kobieta a służba. Bóg daje kobietom zdolność do nauczania, co oznacza, ze powinna
ona się w tym zadaniu spełniać. Jednak kobiecość wyznacza odpowiednie dla tej płci formy
realizacje jej powołania. Kobieta nie powinna więc nauczać ani jako głowa rodziny (co jest
zadaniem jej męża), co wyraża się przez prowadzenie rodzinnej modlitwy, czytanie Pisma,
wyjaśnianie Pisma, itp. Może jednak nauczać Pisma w rodzinie w widoczny sposób
rozpoznając nad sobą autorytet męża (por. Tyt 2:4: starsze mają nauczać młodsze, jak być
posłusznymi mężom). Nie powinna nauczać inaczej, wynosząc się nad niego (1Tm 2:12).
Podobnie w zborze parafii. Kobieta może nauczać, jednak nie jako głowa zboru, parafii co
wyraża się w formach nauczania zarezerwowanych dla księży – czyli nauczania całego zboru,
parafii (por. 1Tm 2:12, gdzie najwyraźniej nie chodzi o wszelkie formy nauczania, ale
właśnie te związane z publicznymi nabożeństwami (2:8)). Oznacza to oczywiście również i
to, że kobieta nie może być księdzem, gdyż jest to funkcja przywódcza.
Kontrargumenty. Rozpatrzmy jeszcze krótko kontrargumenty zwolenników ordynacji kobiet:
- 1Kor 11:11: “w Panu kobieta jest równie ważna dla mężczyzny jak mężczyzna dla kobiety.”
Czyli: nie ma żadnej różnicy. Czyli: może być pastorem jak mężczyzna. Odpowiedź: ten
fragment nie mówi o tym, iż nie istnieją różnice między mężczyzną ani kobietą. Przeciwnie:
następny podkreśla owe różnice w kontekście wzajemnej zależności w różnorodności: “jak
kobieta jest z mężczyzny, tak też mężczyzna przez kobietę.” 4 wersety wcześniej św. Paweł
stwierdza, że “kobieta jest odbiciem chwały mężczyzny.” Fragment ten balansuje to ostatnie
stwierdzenie pokazując, że choć – o czym Paweł mówił wcześniej – kobieta została
stworzona dla mężczyzny i z mężczyzny, to jednak co do godności jest równie ważna,
bowiem zarówno mężczyzna jak kobieta pochodzą “z Boga” (w. 12). Dowodzi więc równej
godności, ale nie braku zróżnicowania w powołaniu i obdarowaniu.
- rozciąganie fragmentów mówiących o braku różnic w określonym kontekście na brak różnic
w powołaniu ze względu na płeć. I tak np. Gal 2:6: “Bóg nie ma względu na osobę” (kontekst:
czy ktoś ważny czy nie w społeczeństwie); Gal 3:27-28: “Bo wszyscy, którzy zostaliście w
Chrystusie ochrzczeni, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie masz Żyda ani Greka, nie masz
niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety; albowiem wy wszyscy jedno
jesteście w Chrystusie Jezusie” (kontekst: wszyscy są tak samo zbawieni/ tak, samo
Chrystusowi, bez względu na wymienione różnice etniczne, społeczne i płci).
- Rz 16:7: “pozdrówcie Andronika i Junię, rodaków moich, ktrórzy są zaszczytnie znani
między apostołami.” Argumentacja jest następująca: Junia to imie żeńskie; “między
apostołami” oznacza: są częścią grupy. Stąd: Junia była apostołką. Odpowiedź: (i) Junia jest
imieniem zarówno męskim jak żeńskim; (ii) “między apostołami” niekoniecznie oznacza
przynależność do grupy.
- Dz 18:26: “A gdy go [Apollosa] Pryscylla i Akwila usłyszeli, zajęli siuę nim i wyłozyli mu
dokładniej drogę Bożą.” Pryscylla to imie żeńskie. Widzimy ja tutaj wymienioną przed swym
mężem, Akwilą. Oboje wykładają drogę Bożą [nauczają] Apollosa. Stąd: kobieta może
nauczać. Odpowiedź: fakt, jest to jedna z najciekawszych par w NT. Imię Pryscylla zdradza
arystokratyczne rzymskie pochodzenie. Akwila to imię żydowskie. Stąd, prawdopodobnie to
mezalians, całkiem możliwe, że ze względu na nową, wspólną wiarę. Niektórzy komentatorzy
sugerują, że Pryscylla mogła nawet należeć do domu cesarskiego. To by wyjaśniało, czemu
jest wymieniana przed mężem (swoją droga to dowodzi, iz pomimo wszelkich egalitarnych
tendencji w pierwszym kościele, jej pochodzenie jest wciąż na tyle istotne, że ma wpływ na
sposób mówienia o tej parze). Paweł poznaje ich w trakcie wygnania Żydów z Rzymu za
Kluadiusza w Koryncie (Dz 18:2); po skończeniu się owego prześladowania (przymuswego
wygniania) wracają do Rzymu (Rz 16:3). Fragment ten niewątpliwie dowodzi, że kobieta w
towarzystwie swego męża może składać świadectwo o swej wierze; może głosić ewangelię.
Czym innym jednak jest podstawa dla działań misyjno-ewangelizacyjnych a czym innym
pełnienie funkcji starszego/pastora.
Skąd to więc się bierze? Warto spojrzeć na koniec na kwestię ordynacji kobiet bardziej
praktycznie. Jakie kościoły i dlaczego decydują się na ów krok?
Jest to zjawisko nowe, powstałe na przełomie XIX i XX wieku. Kobiety ordynują dwa
rodzaje kościołów: liberalne wspólnoty protestanckie oraz wspólnoty charyzmatyczne.
Dlaczego oni właśnie?
Myślę, że liberalni protestanci dlatego, że dla nich wyżej opisane Biblijne nauczanie
nie jest już autorytatywne; przestało być wytyczną funkcjonowania dla rodziny i dla kościoła.
W związku z tym, po prostu naśladują normy wyznaczane przez społeczeństwo, mało, jeśli w
ogóle, praktycznie różniąc się od niego.
Wspólnoty charyzmatyczne dlatego, że uważają za istotniejszy wpływ danej osoby,
jej charyzmę, oddziaływanie, niż kilka słów zapisanych w Piśmie. Z pewnością chcą oni
(przynajmniej część) iść za Słowem, ale Słowa Pisma nie traktują wiążąco. Lub: nie potrafią
myśleć w kategoriach dogmatów; wyciągania niezmiennych zasad z Pisma. Czyli, szukają w
nim raczej inspiracji, “dotknięcia” Bożego niż zasad/ schematów postępowania/ nauki o
stałych niezmiennych cechach człowieka, Boga, życia. Akcentują zmianę raczej, dynamikę,
pragmatyczność, niż mądrość, wierność określonym przekonaniom. W związku z tym
zdecydowane rozstrzygnięcie roli mężczyzn i kobiet wydaje im się niszczące, skoro
znają ”obdarowane” kobiety-apostołki i prezbiterzy (ciekawe, że w takim myśleniu ujawnia
się również charyzmatyczna koncentracja na “tu i teraz” raczej niż na przyszłości, trwałości,
obecna w myśleniu ewangelikalnym/tradycyjnie protestanckim, a i katolickim).
Choć mam dużo sympatii do dynamiki i wprowadzanych przez Boga w kościół zmian, wierzę
również, że Duch prowadzi w nich zawsze zgodnie z objawioną w Piśmie mądrością.
Podporządkowywanie odwiecznej Bożej mądrości chwilowej korzyści korzystania ze
“służby” obdarowanej pani apostoł/pastor
uważam za krótkowzroczne i zgubne.
Zastępowanie mądrości przez pragmatyzm ma krótkie nogi. Pozwala na chwilowe ożywienie,
ale długofalowo niszczy kolejne pokolenia.
O ordynacji kobiet szerzej Liberalizm a konserwatyzm Wszyscy, myślę zdajemy sobie
sprawę, że dyskusja nad ordynacją kobiet posiada szerszy kontekst. Tym szerszym
kontekstem jest sposób używania Pisma Świętego. Sposób traktowania zawartych w nim
zasad. Nikomu przecież, kto przyjmuje zasady Pawła (np. 1Kor 14:33-35; Tyt 1:6-7; 1Tm
3:1-5) nie może przyjść do głowy ordynacja kobiet. Trzeba wpierw zmienić sposób podejścia
do Pisma – na wybiórczy i pomijający pewne fragmenty; uważający je za niepotrzebne dziś,
nieaktualne – żeby dochodzić do takich wniosków.
A więc jeszcze głębiej sięgając, szerszym kontekstem tej dyskusji jest nasza wiara: czy
dalej wierzymy, że Pismo Święte, jako takie, całe, jest Słowem Bożym, natchnionym i
bezbłędnym, które należy traktować z szacunkiem i bojaźnią, jako wolę naszego
Wszechmocnego Ojca, przed którym zdamy kiedyś sprawę? Czy też traktujemy Pismo
jedynie jako zbiór religijnych świadectw z życia i wiary grupy osób z pierwszego wieku,
które to inspiracje może i są ciekawe, ale na pewno nie należy na nie patrzeć bezkrytycznie i
trzymać się ich ściśle, jakby były dla nas obowiązujące?
Innymi słowy, dyskusja o roli kobiet, czy chcemy czy nie, ujawnia dwie różne
postawy wobec tekstu Pisma Świętego. Konserwatywną (czy pryncypialną, jak komuś się
słowo konserwatyzm nie podoba) i liberalną. Czyli odpowiednio: z jednej strony tradycyjnie
protestancką, zgodną z duchem Reformacji – traktującą dogmat Sola Scriptura (tylko Pismo
jest ostatecznym i wiążącym autorytetem we wszystkich sprawach wiary i postępowania) jako
aktualny i z drugiej strony – postawę zhumanizowaną i modernistyczną. Czyli nawiązującą do
Pisma w sposób niejednoznaczny i nie wiążący, szukający w nim nie tyle odpowiedzi, co
raczej pomocy czy inspiracji w tworzeniu własnych odpowiedzi – nowych, niezależnych i
często odmiennych od tych, które pojawiają się w Piśmie.
Aby nie być gołosłownym, przytoczę źródło które (jako jedno z wielu) o tym mówi.
W internecie, na nie-chrześcijańskiej stronie poświęconej ordynacji kobiet, przeczytałem
między innymi: „Jak w tak wielu innych religijnych przekonaniach, w sprawie ordynacji
kobiet
widzimy
zasadniczy
podział
pomiędzy
konserwatywnymi
a
liberalnymi
chrześcijanami.”1 Fakt więc, że podział na zwolenników i przeciwników ordynacji kobiet
łączy się odpowiednio z liberalizmem i konserwatyzmem biblijnym, jest powszechnie
rozpoznawany.
Skąd się to w ogóle wzięło? Inny fragment na tej samej stronie wskazuje historyczne
źródło pytań o ordynacje kobiet: „Do wczesnych lat XX wieku bardzo niewiele z
chrześcijańskich wyznań pozwalało kobietom na ordynację. Od tego momentu większość
liberalnych denominacji zaakceptowało kobiecych pastorów i księży. (…) może to być tylko
kwestią czasu, zanim niemal wszystkie wyznania usuną barierę płci i ostatecznie dołączą do
reszty społeczeństwa.”2 Fragment ten unaocznia fakt, że impulsem do ordynowania kobiet nie
jest i nigdy nie było czytanie Słowa Bożego. Przeciwnie – impulsem do ordynacji kobiet były
jedynie zmiany w społeczeństwie, zachodzące na początku XX wieku.
Dlaczego to jest ważne? Pomyślmy. Najwyraźniej przez prawie 2000 lat chrześcijan nic w
Piśmie Świętym do takiego wniosku (by ordynować kobiety) nie skłaniało. Przypadek?
Przeoczenie? A może zbiorowe, pokoleniowe zaćmienie? Oczywiście nie. Po prostu Biblia
nie uczy o ordynacji kobiet. A więc problem w XX wieku pojawił się nie w wyniku
rzetelnego zrozumienia Pisma, ale z konieczności usankcjonowania zmiany, którą chciano
wprowadzić w kościołach z powodów innych niż nauczanie Pisma. Po prostu część
kościołów, wbrew zawartemu w Słowie Bożym nauczaniu, ugięła się pod presją
społeczeństwa, by być bardziej „postępowymi”.
Czy rzeczywiście chcemy się z taką postawą do Słowa Bożego, utożsamiać? Z
dorabianiem na siłę teologii czemuś, czego w Biblii nie widać? Ja z pewnością nie. Bo nie
wierzę, że takie działanie prowadzi mnie do Boga. Wręcz przeciwnie – właśnie mnie od
Niego oddala. Prawdziwy, Boży postęp, to nie po prostu zmiany, albo zmiany popierane w
społeczeństwie. Tak jakby społeczeństwo było ostatecznym autorytetem. Albo tym, kogo
mamy zadowolić. To ani nie jest biblijne ani protestanckie. Prawdziwy postęp to zmiany na
lepsze; rozwijające mnie w zrozumieniu Pisma i twórczym (czyli rzetelnym) stosowaniu go w
ciągle zmieniającym się świecie. Na pewno nie jest zmianą na lepsze zmiana, która nie
wynika, a wręcz przeczy nauczaniu Słowa Bożego.
Skąd się wziął ów trend w społeczeństwie przełomu XIX i XX wieku? Dla mnie
bardzo pouczający jest głos z epoki, Abrahama Kuypera – holenderskiego chrześcijanina,
polityka i teologa przełomu XIX i XX w.: „Modernizm, który zaprzecza i niszczy wszelką
różnorodność, nie spocznie, dopóki nie uczyni z kobiety mężczyzny i z mężczyzny kobiety,
oraz, umieszczając wszystkie cechy rozróżniające na tym samym poziomie znaczenia, nie
zabije życia zakazując wszystkiego, co nie jest zuniformizowane. Jeden rodzaj musi być
odpowiedzią na wszystko; jednorodność wszystkiego; zuniformizowane spojrzenie na życie i
jednomodelowość rozwoju tego życia; cokolwiek wykracza albo nie mieści się w jednym
schemacie, jest postrzegane jako obraza.” 3
A więc z „postępowej” perspektywy różnorodność płci jest czymś złym i
obraźliwym.4 Czy to przekonanie ma wpływ na spojrzenie na ordynację kobiet również dziś?
Tak. Spójrzmy: „Te grupy [kościoły nie ordynujące kobiet – przyp. MW] rozumieją
fragmenty Biblii jako wymagające od kobiety i mężczyzny, by w swym życiu realizowali
określone ze względu na płeć role.”5 Zauważmy, że dla autorów tej strony wymaganie od
kobiety i mężczyzny, aby „w swym życiu realizowali określone ze względu na płeć role” –
jest czymś negatywnym. Czytamy dalej: „W przypadku małżeństwa różnych płci, na
przykład, [bo oczywiście, myśląc postępowo, równie dobre są małżeństwa pomiędzy osobami
tej samej płci – skoro nie ma żadnych istotnych różnic między płciami – przyp. MW]
mężczyźni mają być przywódcami, a kobiety mają im ulegać.”6 A więc, jakiekolwiek
odróżnianie ról ze względu na płeć z tego punktu widzenia jest czymś złym –
prześladowaniem i dyskryminacją, seksizmem.
Czym są różnice między kobietą a mężczyzną? Tymczasem Biblia mówi o
różnorodności płci jako czymś fundamentalnym i chwalebnym. Zostaliśmy stworzeni na Boży
obraz jako odpowiednio kobiety i mężczyźni. Nasza płciowa określoność nadaje pewne ramy
naszemu istnieniu – i są to dobre ramy, Boże ramy, a nie złe, szatańskie czy grzeszne
ograniczenie. Bóg stworzył nas zawsze jako należących do jednej z dwóch klas – kobiet i
mężczyzn. I nigdy obu na raz. Stąd różnorodność.
Nasza płciowość – należenie do klasy odpowiednio kobiet i mężczyzn – jest wyrazem
naszego podobieństwa do Boga. A więc czymś najbardziej podstawowym, szlachetnym i
nadającym nam znaczenie jako wyjątkowym stworzeniom Bożym. Bóg Ojciec – jako Bóg
Ojciec – jest Bogiem. Syn Boży – jako Syn Boży – jest Bogiem. Duch Święty – jako Duch
Święty – jest Bogiem. Odbiciem tej zależności w nas jest płeć: “I stworzył Bóg człowieka na
obraz swój. Na obraz Boga stworzył go. Jako mężczyznę i niewiastę stworzył ich.” Każdy
mężczyzna jest człowiekiem (w pełni). Każda kobieta jest człowiekiem (również w pełni).
Chociaż kobieta to nie mężczyzna, a mężczyzna to nie kobieta. Ponieważ każdy z nas został
stworzony jako kobieta lub mężczyzna, to że jesteśmy danej płci nakłada ramy na realizację
naszego osobistego celu. Bóg zaplanował bowiem inny cel dla kobiet (bo są kobietami), niż
dla mężczyzn (bo są mężczyznami). To, że kobiety (mężczyźni) istnieją, i że ty jesteś jedną
(jednym) z nich, oznacza, że macie pewien cel – w tym i ty. Jako kobieta (mężczyzna)
posiadasz wartość; jesteś Bożym narzędziem w realizacji celu.
Różnorodność w stworzeniu nas jako dwóch odrębnych płci (kobieta jest kobietą a
mężczyzna mężczyzną) jest czymś pięknym i chwalebnym. Zacieranie tych różnic, czy też
udawanie, że istnieje jakaś uniseksualna forma bycia człowiekiem, jest niszczeniem piękna
Bożego różnorodnego stworzenia. Ordynacja kobiet z pewnością nie jest jedyną ani
najważniejszą formą buntu względem tego Bożego porządku; najbardziej praktyczny front
walki o godność Bożego stworzenia to z pewnością nasze relacje w domu. Niemniej, jest to
wymiar istotny, bowiem widoczny i dający przykład. Jeśli kościół zarzuci podkreślanie tej
różnorodności w swej strukturze, „na świeczniku”, to z pewnością zachęci wiernych by
lekceważyć ten sam Boży schemat w rodzinie.
Ordynacja kobiet potwierdza ów współczesny pogląd, że odróżnianie ról – w kościele
i rodzinie – na kobiece i męskie, jest złe. Przeczy więc oczywistej dla każdego czytelnika
Biblii różnicy, jaką Bóg czyni pomiędzy kobietą a mężczyzną. Czy rzeczywiście jesteśmy na
to gotowi? I piszę już nie tylko o kościele, ale i rodzinie, bowiem zmiany są nieuchronne. No
bo skoro kobieta może być pasterzem mężczyzny w kościele, to tym bardziej może mu
przewodzić w rodzinie. Musimy zarzucić wiarę w to, że Biblia poucza nas w jakikolwiek
stały, nienaruszalny sposób o rolach w małżeństwie. A więc to, co mówi, (bo mówi) jest
nieistotne. Jeśli przestajemy poważnie traktować zawarty w Biblii porządek w relacji kobieta
– mężczyzna w kościele, to nie ma logiki, według której mielibyśmy się go trzymać w
rodzinie. Przecież porządek w kościele jest odbiciem porządku w rodzinie: w 1Tm 3:4-5
czytamy, że starszy (pastor), musi być dobrą głową rodziny: „…Który by własnym domem
dobrze zarządzał, dzieci trzymał w posłuszeństwie i wszelkiej uczciwości, bo jeżeli ktoś nie
potrafi własnym domem zarządzać, jakże będzie mógł mieć na pieczy Kościół Boży?” A więc
zgadzając się na ordynację kobiet dowodzimy, że równie dobrze to żona może być osobą,
która powinna się sprawdzić w domu jako jego zarządca i głowa. Czyli głową może być
dowolnie kobieta albo mężczyzna, mimo faktu, że Biblia wyraźnie mówi o funkcji głowy
jedynie odnośnie mężczyzn.
To jednak nie koniec problemów. Relacja męża i żony jest ściśle związana w Ef 5 z
relacją Chrystusa do Kościoła. Skoro, nie uznając świadectwa Biblii przyjmujemy, że relacja
kobiety i mężczyzny w rodzinie i Kościele jest płynna i nieustalona, to nie mamy żadnych
podstaw, aby patrzeć na relację Chrystusa i Kościoła jako ustaloną. Czyli, na przykład, nie
można wykluczyć, że to Kościół powinien być głową Chrystusa. Może teraz to Chrystus ma
nas słuchać i zgadzać się na nasze prowadzenie? Poza tym, Chrystus na pewno nie będzie
upierał się, aby być naszą głową! Byłby wtedy fundamentalistą i seksistą, i nie szedłby z
postępem.
Widzimy więc, że model relacji kobiety i mężczyzny w rodzinie, jak i w Kościele, jest
z woli Bożej powiązany ściśle z niezmiennym modelem relacji Chrystus – Kościół. Dlatego
również jest niezmienny.7 Różnorodność płci – w tym ról i wzajemnych relacji – jest biblijna,
a jej lekceważenie karkołomne. Również dla naszego zbawienia – relacji z Jezusem, która
staje się wtedy niezdefiniowana. A jednym z ważniejszych sposobów jej lekceważenia jest
ordynacja kobiet. Przejdźmy do następnego pytania, mianowicie:
Czy ordynacja kobiet się Kościołowi opłaca? Czyli: czy sprawia, że Kościół rośnie?
Liczebnie i w siłę? Może warto poświęcić wierność Bogu w tej sprawie, dla większego
rozwoju Kościoła? Odpowiedź jest prosta: zdecydowanie nie. Historia kościołów, które
wprowadziły ordynację kobiet, jak i opinie fachowców od rozwoju kościoła, temu przeczą.
Pokazują, że kościoły ordynujące kobiety (i w ogóle: liberalne) się nie rozwijają, a wręcz
przeciwnie, maleją
Peter C. Wagner, przenikliwy obserwator sceny denominacyjnej i ojciec Ruchu
Rozwoju Kościoła, a obecnie lider Ruchu Reformacji Nowoapostolskiej, pragmatyk któremu
trudno zarzucić konserwatyzm, pisze bez ogródek o kryzysie tradycyjnych denominacji. I tak
na przykład „Kościół Episkopalny zmniejszył się liczebnie z 3,4 miliona w roku 1968 do 2,5
mln w roku 1994.”9 Kościół ten zezwolił kobietom mówić kazania w 1924 r., a w 1954 r.
wprowadził ich ordynację.10 „W tych samych latach liczba członków (…) Kościoła
Prezbiteriańskiego[zmalała] z 4,2 miliona do 3,7 miliona; a Zjednoczonego Kościoła
Chrystusowego z dwóch milionów do półtora miliona.”11 Znów, to denominacje, które
wprowadziły „postępowe” zmiany.12 Przy 4000 członków Kościoła Baptystów w Polsce taki
eksperyment mógłby okazać się samobójstwem!
Czy Wagner wskazuje na jakieś wyjątki od tego smutnego trendu? Tak, dwa. Po
pierwsze, są to tzw. Kościoły Reformacji Nowoapostolskiej. Są to kościoły skrajnie
charyzmatyczne, pod przewodnictwem tajemniczych apostołów i proroków. Tak bardzo
charyzmatyczne, że nawet charyzmatyczny przecież Kościół Zielonoświątkowy uznał ich
nauczanie za szkodliwe i pozbył się ich ze swych szeregów.13 Tak się też akurat złożyło, że
pisałem na ich temat pracę magisterską. I jedno mogę Wam, Drodzy Bracia i Siostry
powiedzieć: nie jest to ruch ani biblijny, ani protestancki. Nie jest biblijny, bo nad autorytet
Biblii bardziej ceni autorytet owych rzekomych nowych apostołów i proroków. A nie jest
protestancki, bowiem protestantyzm właśnie życiem Słowem Bożym = Pismem Świętym,
jako najwyższą normą (Sola Scriptura) zawsze stoi.
Warto tu dodać, że Kościoły Trzeciej Fali ordynują kobiety. Czy to nie przeczy mojej
tezie, że na ordynacji kobiet się traci? Nie. Bowiem sukces tego rodzaju kościołów nie
wynika z ordynacji kobiet. A więc z pewnością ordynacja kobiet sama w sobie nas do ich
sukcesu nie przybliży. To, co sprawia, że kościoły te się rozwijają mało ma wspólnego z
ideami baptyzmu i w ogóle historycznie protestanckim etosem. W kościołach tych raczej brak
poczucia historyczności, (czasem wręcz lekceważą Boże działanie w minionych wiekach),
widać natomiast ciągłe poszukiwania nowych ezoterycznych przeżyć, w tym kontekście
(samo w sobie nic złego) żywiołowe uwielbienie, oraz rządy silnej ręki autorytarnych,
praktycznie nieomylnych, choć i bardzo atrakcyjnych przywódców. Mówiąc krótko: ich
recepta na sukces (moim zdaniem zresztą krótkotrwały) nie współgra z naszym
ewangelizacyjnym i chrystocentrycznym akcentem na nawrócenie oraz naszą wizją zboru. To
droga nie dla nas, chyba że wyrzekniemy się tego, czym byliśmy i jesteśmy. Dla baptystów
bowiem – słowami prof. Zielińskiego – „sprawa zbawienia jest wciąż sercem i duszą tego, co
znaczy być baptystą.”14
Drugi wyjątek wyłamujący się z ogólnego trendu spadku, o którym mówi P.C.
Wagner, to konserwatywne kościoły baptystyczne: „Silne przekonania teologiczne można
zaobserwować w kościele baptystycznym (Southern Baptists) – największej grupie
wyznaniowej głównego nurtu protestantyzmu, która jako jedyna z tego kręgu uniknęła
problemu spadku liczby członków po roku 1965”15 [podkreślenie MW]. Czyli:
konserwatywni Południowi Baptyści, jako jedyni spośród wyznań głównego nurtu
protestantyzmu rozwijają się zamiast umierać. Wagner kontynuuje: „Jej wyznawcy w obawie,
że przydarzy się im to samo, co innym wielkim organizacjom wyznaniowym [czyli regres –
przyp. MW] w Ameryce, rozpoczęli długotrwałą wewnętrzną kampanię przeciwko
liberalizmowi w kościele. (…) Trudno byłoby zaprzeczyć, że konserwatywna, biblijna
teologia odegrała znacząca rolę w dalszym rozwoju tej największej w Ameryce denominacji.
(…) badacze wywodzący się z wiodących organizacji kościelnych, starannie przebadali
zwyczaje religijne ludzi (…), którzy deklarowali swą przynależność do głównego nurtu
protestantyzmu. Wnioski, do jakich doszli, są bardzo istotne: »Wyniki naszych badań
pokazują, że wiara jest najlepszym sposobem zachęcania ludzi do uczestnictwa w życiu
kościoła. Należy jednak podkreślić, że to ortodoksyjne przekonania chrześcijańskie, a nie
świecki liberalizm, skłaniają ich do zaangażowania się w działalność kościoła«. Baptyści
powiedzieliby im to samo już dawno temu.” [podkr. MW]16. Dlaczego tak się dzieje?
„Założenia liberalnej teologii prowadzą do wniosku, ze nie ma czegoś takiego, jak absolutna
prawda. Zgodnie z nią, każde szczere przekonanie ma w sobie element słuszności i prawdy. A
skoro tak, to kto by chciał żyć albo umrzeć dla prawdy?”17 Oczywiście nikt. Nikt również dla
czegoś, co nie jest prawdą, nie chce się zbytnio poświęcać. Dlatego w liberalizmie, gdzie
„najwyższą wartością staje się poprawność polityczna”18 zamiera wszelka duchowa
dynamika i życie.
A więc liberalizm, abstrahując od spraw duchowych, po prostu się nie opłaca.
Kościoły liberalne umierają, podczas gdy konserwatywne rosną. Warto tu zacytować słowa
prof. Wardina, który komentując konsekwentną praktykę wykluczania ze zborów osób
duchowo ambiwalentnych przez założyciela baptyzmu w Polsce G.F. Alfa, napisał: „Taka
surowość nie tylko nie ograniczyła rozwoju ale go przyśpieszyła. Spangler zauważa, że jak
wykazują badania, wspólnoty religijne o wysokich wymaganiach w zakresie doktryny i
praktyki, raczej zdobywają nowych członków. W swoich badaniach religijnych Rodney Clark
zwraca uwagę na to, że przy stosowaniu dyscypliny eliminuje się »wolnych strzelców«, a
wysokie wymagania podnoszą poziom zaangażowania. [podkr. MW].”19
To droga dla nas. Nie warto łudzić się, że robiąc ukłon w stronę współczesnej kultury
kosztem własnych przekonań cokolwiek zyskujemy. Bóg tego po prostu nie pobłogosławi.
Tracąc sól, oprócz tego, że prawdopodobnie tracimy własne dusze, tracimy również to, co
szukających Boga do nas przyciąga. Ludzie nie potrzebują Kościoła podobnego do świata, bo
świat mają w świecie. I to znacznie lepszy. Ludzie potrzebują jednoznacznie opartej na
Słowie Bożym, silnej, oddanej, żywej, ofiarnej wiary w Chrystusa Jezusa, jako Pana i
Zbawiciela. Tym protestantyzm stoi. Stąd zresztą się w ogóle wziął, bo przecież „liberalne” –
w sensie: ostatecznie nie wiążące – podejście do Pisma Świętego istniało też w katolicyzmie
XVI wieku. Od którego protestanci odeszli szukając radykalnej wiary; opartej tylko na
Bożym fundamencie.
A więc podsumowując, nie wierzę, że ordynacja kobiet i wiążące się z nią luźne i
wybiórcze podejście do Słowa Bożego podobają się Bogu. Nie wierzę również, że podoba Mu
się lekceważenie różnorodności, w jakiej nas stworzył, przez zacieranie pięknych różnic
między kobietą a mężczyzną. I w końcu nie wierzę, że liberalizm i ordynacja kobiet nam się
opłaca. Mamy przed sobą dwie drogi. Pozornego postępu albo wierności błogosławionym
przez Boga zasadom. Niech Bóg da nam mądrość i pokorę, by wybrać Jego drogę.
(opr. na pds. mtr.)
(ks. Rafał Bukowiecki)
Download

W Chrystusie wszyscy jesteśmy równi.