11
13
Miesięcznik Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego w RC
Przed Zjazdem
Karol Wronka
Z kroniki Łyżbic
cena 30 Kč
2
14
40
www.zwrot.cz
WŁADYSŁAW
CZEPIEC
MA TALENT
ZWROT | 11/2013
1
ILUSTROWANA KRONIKA MIESIĄCA: PAŹDZIERNIK 2013
1
1
2
2
2
W Domu PZKO w Boguminie Skrzeczoniu odbyło się
zebranie Rady Obwodowej PZKO.
W Cz. Cieszynie miało miejsce spotkanie przedstawicieli chórów zaolziańskich, omawiano dalszą ich współpracę po rozwiązaniu Zrzeszenia Śpiewaczo-Muzycznego.
Zarząd Główny Macierzy Szkolnej zorganizował
w Cz. Cieszynie coroczny Memoriał Władysława Adamca – turniej piłki nożnej dla uczniów zaolziańskich PSP.
Zaolziańskie Stowarzyszenie Sportowe zaprosiło do
Karwiny w ramach turnieju pływackiego miast na
mistrzostwa Zaolzia w pływaniu.
Goszczącego w regionie prezydenta RC Miloša Zemana w Stonawie przywitali także przedstawiciele
polskiej mniejszości z prezesem Kongresu Polaków w RC
Józefem Szymeczkiem na czele.
3
Międzygeneracyjny Uniwersytet Regionalny PZKO
w Cz. Cieszynie poświęcony był pamięci socjologa
z Ustronia prof. Jana Szczepańskiego. Wykład „Profesor
Jan Szczepański, ostatni polski mędrzec XX w.” wygłosił
dr Kazimierz Kaszper.
3
4
Wycieczkę do Polski – do Parku Miniatur w Inwałdzie i Ogrodów Kapiasa w Goczałkowicach – zorganizowało MK PZKO Cz. Cieszyn Centrum.
Karwińska Biblioteka Regionalna zaprosiła do swych
lokali we Frysztacie na wernisaż wystawy polskiej
plastyczki „Elżbiety Radzikowskiej dyskretny urok ekslibrisu”, którą patronatem objęła konsul generalna RP w Ostrawie Anna Olszewska.
5
5
5
5
5
5
5
5
5-6
Wykopki zorganizowało MK PZKO Karwina Raj i
działający w Kole chór mieszany Dźwięk. W programie było m.in. pasowanie ziemniaka na króla jesieni.
Zarząd Główny Macierzy Szkolnej zorganizował w
PSP im. H. Sienkiewicza w Jabłonkowie 8. turniej
siatkówki dla drużyn macierzańskich.
Na wycieczkę do Polski – do Opola i na górę św. Anny – zaprosiło MK PZKO Cz. Cieszyn Osiedle.
Podczas gminnej imprezy VI Euroregionalnego Jarmarku w Łomnej Dolnej dania regionalne serwowało MK PZKO.
Wycieczkę do jaskini Macocha oraz do Ołomuńca
zorganizowało MK PZKO Cz. Cieszyn Żuków Dolny.
Na Strykówkę zaprosiło MK PZKO Piotrowice k. Karwiny.
Spotkanie klubowe połączone ze smażeniem stryków odbyło się w MK PZKO Karwina Nowe Miasto.
W Czytelni i Kawiarni Literackiej Avion/Noiva w Cz.
Cieszynie miała miejsce promocja książki Renaty
Putzlacher „W kawiarni Avion, której nie ma”.
12
MK PZKO Olbrachcice zaprosiło na Koncert Jesienny. W programie wystąpiły dzieci z przedszkola
i szkoły, ZR Błędowice MK PZKO Hawierzów Błędowice i zespół wokalny Chórek MK PZKO Sucha Górna. Po koncercie
odbyła się wspólna biesiada przy daniach z ziemniaka.
12
W Świetlicy Jesiennej w Dąbrowie wzięli udział
wspólnie członkowie MK PZKO Dąbrowa i Orłowa Poręba. W programie był spektakl „Czy pani Marta
jest grzechu warta” z udziałem aktorów Sceny Polskiej
Teatru Cieszyńskiego.
12
„Przeglónd teatrów, co grajóm po naszimu” zorganizowany został w Domu PZKO w Mostach k.
Jabłonkowa przez MK PZKO i zespół Górole. Zaprezentowały się: grupa teatralna MK PZKO Mosty k. Jabłonkowa
(„Majster babrok” i „Piyrszi roz w cugu” Adama Wawrosza, reż. Elwira Zwyrtek), Zespół Teatralny im. Jerzego
Cienciały MK PZKO Wędrynia („Malowane wajca” Adama
Wawrosza, reż. Janusz Ondraszek) i teatr MK PZKO Milików Centrum („Rocznica, czyli 30 roków żech nie widzioł
słóńca” Ireny i Jana Czudków, reż. Halina Wacławek).
MK PZKO Olbrachcice zaprosiło na wystawę
prac ręcznych i cukierniczych „To, co jest, to
wszystko już było i wszystko będzie, czego nie ma”.
12
W Teatrze Cieszyńskim w Cz. Cieszynie Scena
Bajka zagrała premierowe przedstawienie „Najdroższego skarbu” Adama Wawrosza w reżyserii Jakuba
Tomoszka.
6
W Mistrzowicach odbyły się XXXVII Otwarte Mistrzostwa PZKO w Biegu Przełajowym o memoriał
Wandy Delong, organizowane przez MK PZKO Cz. Cieszyn
Mistrzowice i ZG PZKO.
4
Jedną z trzech głównych nagród – wycieczkę do Parlamentu Europejskiego w Brukseli ufundowaną przez
europosła prof. Jerzego Buzka – w finale XVI Ogólnopolskiego Konkursu Krasomówczego im. Wojciecha Korfantego
w Katowicach zdobył Adam Kubiczek, uczeń PSP w Gnojniku. Mateusz Kotrla z Gimnazjum Polskiego w Cz. Cieszynie,
drugi finalista zaolziański, otrzymał wyróżnienie.
4-6
Polski Zespół Śpiewaczy Hutnik uczestniczył
w Krakowie w międzynarodowym festiwalu
muzyki chóralnej dla chórów amatorskich V Cracovia
Music Festival.
5
Scena Polska Teatru Cieszyńskiego w Cz. Cieszynie
zaprezentowała premierę „Zbrodni i kary” Fiodora
Dostojewskiego w reżyserii Bogdana Kokotka.
8
Klub Seniora MK PZKO Wędrynia obchodził 30. rocznicę założenia. Zaśpiewał okazjonalny chór żeński
oraz gościnnie Władysław Czepiec, a Zespół Teatralny im.
J. Cienciały zagrał „Malowane wajca” A. Wawrosza.
8
9-13
Walne zebranie w Cz. Cieszynie zwołało Stowarzyszenie Emerytów i Rencistów Polskich w RC.
Tradycyjnie w Trzyńcu, ale też w Nawsiu oraz
na Trójstyku, tj. na Herczawie, gdzie był sztab
festiwalowy, w Polsce w Istebnej i Jaworzynce i na Słowacji
w Cziernem przebiegały imprezy 21. Babiego Lata Filmowego. Złoty Debiut zdobył film „Zdjęcie” w reż. Macieja Adamka,
a Nagrodę Publiczności film„Oszukane”w reż. Marcina Solarza.
11-13
12
12
12
niec Osówki.
MK PZKO Cz. Cieszyn Mistrzowice zorganizowało
IV Mistrzowickie Święto Latawca.
Tradycyjne Pożegnanie Lata miało miejsce w MK
PZKO Karwina Frysztat, wystąpił chór żeński Koła Kalina oraz uczniowie PSP.
ZWROT | 11/2013
Na wystawę nazwaną Inspiracje zaprosiło MK PZKO Trzyniec Leszna Dolna, wystawiono obrazy, rzeźby, prace ręczne wykonane z
różnych materiałów przeróżnymi technikami, stroje
ślubne, nakrycia stołów, stare fotografie.
Na wycieczkę w Bieszczady pojechali
członkowie i sympatycy MK PZKO Trzy-
Na tradycyjne placki ziemniaczane zaprosiło członków i sympatyków MK PZKO Cz. Cieszyn Mosty.
2
12-13
12-13
Wystawę „Dla każdego coś ciekawego,
nowego i dobrego” zorganizował Klub
Kobiet MK PZKO Milików Centrum, wśród eksponatów znalazły się nowe prace członkiń Klubu Kobiet, a także przedszkolaków i uczniów polskiej szkoły oraz fotografie Davida
Petera. Program wernisażu uświetniły dzieci z Milikowa.
SPIS TREŚCI
„Zwrot” pod choinkę
ZJAZD PZKO
Quo vadis PZKO | 2
OPINIE
Zbrodnia i kara | 4
ROZMOWA ZWROTU
Władysław Czepiec ma talent | 6
WYDARZENIA
Ambasador Grażyna Bernatowicz spotkała się z
Zaolziakami | 9
FOTOREPORTAŻ
Podaruj roczną prenumeratę „Zwrotu”
swoim najbliższym.
To prostsze niż myślisz. Zadzwoń pod numer
558 711 582, lub napisz do nas: [email protected]
Przygotujemy dla twoich bliskich
specjalny bon upominkowy.
Suszanie tańczą już 60 lat | 12
MUZYKA
10
16
38
O
i
PZK artyk
tut
P
Sta torii wrosz
is
7
Z h m Wa
a
13
Ad
Legenda Hutnika | 14
RECENZJE ZWROTU
cena
Ambasadorowie wzajemnego zrozumienia | 16
30
8
13
cz
rot.
cena
ow
oweg
30 Kč
www.
RC
świat
RC
no-O
Kulturalno-Oświatowego w
Miesięcznik Polskiego Związku
Mies
ięczn
ik Po
lskieg
o
ltural
RC
ku Ku
ow
Związ
weg
iego
iato nik Polsk
Ośwesięcz
lno- Mi
tura
10
13
zku
Kultu
lski
LITERATURA
Po
znik
sięc
Mie
12
15
18
www.zwrot.cz
cena 30 Kč
Zwią
zk
wią
Z
ego
ul
uK
Alfred Böhm
Za papieżem
Wileńskie obrazki
9
13
.cz
zwrot
w
w.z
ww
Kč
6
10
20
chni
l od ku
Goro a Mruzek
Kr ystyn mka
zy
Pielgr
Wal
ka
Świa z korupc
t
ją
Wła Żydów
dysła
wa M
agie
ra
ralno
-Ośw
ia
Mie towego
w RC
się
czn
ik
Po
lsk
ieg
o
cena
Zw
iąz
Ewa Lipska | 18
ku
www.
Ku
ltu
zwro
raln
o-O
Z
EUS
TAD CZYK
P
I
FIL
Co rok, to prorok… | 20
WSPOMNIENIA
iato
70 lat od tragicznych wydarzeń na Czantorii | 22
Słynny żeglarz w Boguminie | 25
Nakrycia trumienne | 26
go
w
11
13
Prz
Ka ed Z
ja
ro
Z k l W zde
ron ron m
k
iki
Łyż a
bic
RC
cen
BOGUSŁAW
RASZKA
Y
JERZ
IAŁA
C
N
CIE
TREM
MINIS
REGION
t.cz
św
we
W KRĘGU TRADYCJI
10
16
42
30 Kč
a3
WŁ
AD
14
40
0K
č
ww
YS
Ł
MA CZEP AW
TA IEC
LEN
T
w.z
w
2
rot.
cz
POL
DYR
AK
CZEC EKTORE
M
HINV
ESTU
SZLAKIEM KÓŁ
Robótki wykonane sercem | 33
TEATR
Festiwal z polskimi akcentami | 36
KSIĄŻKI NADESŁANE
Tysiąc szklanek herbaty | 37
RECENZJE ZWROTU
Na urodziny Wawrosza | 38
Prezent dla polskiego widza | 39
HISTORIA
Z kroniki Łyżbic | 40
Szpitale legionowe na Śląsku Cieszyńskim | 42
NAD OLZĄ PRZED STU LATY
Katastrofa przy Demellochu | 44
REGION
Jesienne spotkanie pań | 45
STAŁE RUBRYKI
Wydarzenia | 28
Krzyżówka | 48
www.zwrot.cz
magazyn regionalny
nr ewidencyjny MK ČR E 389 / rok LXIII, nr 768
IČ 442771, numer konta: 232992221/0300
Wydawca:
Polski Związek Kulturalno-Oświatowy
w Republice Czeskiej przy wsparciu finansowym
Ministerstwa Kultury Republiki Czeskiej oraz
Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rzeczpospolitej
Polskiej, za pośrednictwem Konsulatu Generalnego
RP w Ostrawie.
Przedsięwzięcie jest współfinansowane/finansowane
przez Stowarzyszenie „Wspólnota Polska” ze środków
otrzymanych od Ministerstwa Spraw Zagranicznych
Rzeczypospolitej Polskiej w ramach konkursu
„Współpraca z Polonią i Polakami za Granicą w 2013 r.”
„Zwrot” można kupić tutaj:
Cz. Cieszyn: Kostiumeria ZG PZKO, ul. Strzelnicza 28
Redakcja miesięcznika „Zwrot”, ul. Strzelnicza 28
Klub Polskiej Książki i Prasy Księgarnia, ul. Czapka 7
Klub „Dziupla”
Trzyniec:
Kiosk na dworcu autobusowym, obok apteki
Karwina: Oddział Literatury Polskiej Biblioteki Regionalnej, Rynek Masaryka
Jabłonków: Kiosk na Rynku Mariackim
Nawsie:
Kiosk na dworcu kolejowym
Bystrzyca: Kiosk w centrum, obok Tesca
Gródek:
Sklep gospodarstwa domowego, Irena Medek
Prenumeratę i pojedyncze numery można zamówić e-mailem pod adresem
[email protected] lub telefonicznie pod numerem 558 711 582.
Redakcja:
Halina Szczotka / redaktor naczelny / [email protected]
Czesława Rudnik / redaktor / [email protected]
Anna Mitrenga / sekretariat / [email protected]
Redakcja obrazu i składu:
Andrzej Havlík / [email protected]
Druk: FINIDR, sp. z.o.o. Czeski Cieszyn
Rada Redakcyjna:
Ewa Gołębiowska, Ireneusz Hyrnik, Bronisław Ondraszek,
Władysław Owczarzy, Wojciech Riess, Jan Ryłko,
Otylia Toboła
Redakcja zastrzega sobie prawo skracania tekstów,
zmiany tytułów, nie zwraca materiałów niezamówionych.
Administracja redakcji:
gmach ZG PZKO, I piętro,
ul. Strzelnicza 28, Český Těšín (Czeski Cieszyn)
czynna od poniedziałku do czwartku w godz. 8.00–12.00
Wysyłka pocztowa na podstawie umowy nr 701 001/02
z Przedsiębiorstwem Państwowym POCZTA CZESKA,
oddział Morawy Północne.
Adres redakcji: ul. Strzelnicza 28, P. O. BOX 97
737 01 Český Těšín (Czeski Cieszyn)
tel. i faks: 558 711 582 / www.zwrot.cz
Okładka: Fot. Wiesław Przeczek
Cena prenumeraty rocznej 360 Kč, do uiszczenia przekazem pocztowym, przelewem lub bezpośrednio w redakcji.
Nakład: 1700 egz.
Cena egzemplarza 30 Kč
Numer zamknięto 13 listopada 2013
ISSN 0139-6277
ZWROT | 11/2013
3
ZJAZD PZKO
QUO VADIS PZKO?
Przed nami kolejny Zjazd PZKO. Już w niedzielę 24 listopada delegaci na Zjazd zdecydują o brzmieniu statutu
i wybiorą nowe władze związku. Obecny prezes ZG PZKO
Jan Ryłko w rozmowie z naszym miesięcznikiem opisuje,
jak jego zdaniem będzie wyglądała przyszłość związku.
Jakie największe zadanie stoi przed delegatami na Zjazd PZKO?
Na pewno jest to uchwalenie nowego statutu. Jest to najważniejszy dokument, na podstawie którego będzie nasza organizacja
działać. Staraliśmy się przygotować jego brzmienie na tyle wcześnie, by wszyscy, którym zależy na przyszłości naszej organizacji,
którzy mają do niego uwagi, zdążyli je nanieść. Moim zdaniem czasu na prace i na dyskusje nad statutem było wystarczająco dużo, by
na Zjeździe został przyjęty. Mam taką nadzieję.
Prace nad statutem nie obyły się bez kontrowersji.
Tak. Najbardziej drażniącym tematem był majątek miejscowych
kół PZKO w przypadku likwidacji koła. Niektórzy sugerowali, by ten
majątek przekazać innej organizacji w gminie, np. Macierzy Szkolnej.
Zapominają jednak, że to wszystko, co dostali na działalność, na remonty, dostali jako Polski Związek Kulturalno-Oświatowy i to jest
majątek Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego. Dlaczego majątek PZKO miałby przechodzić na własność innej organizacji bezpłatnie, skoro ta organizacja nie zrobiła nic takiego, by ten majątek
wyprodukować, utrzymywać go, remontować? Dlatego powinien
być przekazany do zarządzania przez Zarząd Główny PZKO, który zaproponuje np. to, by wykorzystywały go okoliczne koła. Jeśli chętni
się nie znajdą, to ZG może zdecydować, że go sprzeda, pieniądze ze
sprzedaży powinny być rozdzielone pomiędzy resztę kół na ich działalność. Takie jest moje zdanie.
W projekcie statutu jednak znalazł się kompromisowy zapis?
Tak, zostało zapisane, że o ile zebranie członkowskie koła nie zadecyduje inaczej, w wypadku rozwiązania koła jego majątek przechodzi do majątku PZKO zarządzanego przez ZG PZKO. Przypominam, że mówimy o skrajnej sytuacji – rozwiązaniu MK PZKO. Nie wyobrażam sobie tego, że majątek, który tworzyły pokolenia członków
naszej organizacji zostanie np. podzielony między członków danego koła. Przecież to nie jest prywatny majątek!
Jakie zadania, pana zdaniem, ma teraz przed sobą Związek?
Głównym zadaniem jest utrzymanie stanu liczebnego PZKO i uporządkowanie ewidencji bazy członkowskiej. W chwili obecnej jest
w tym spory chaos, inne dane mamy my w sekretariacie, inne wynikają z liczby wykupionych znaczków członkowskich przez koła. I tę
kwestię trzeba załatwić na pewno. Powodem nie jest bałagan w sekretariacie a fakt, że niektóre miejscowe koła PZKO nie informują nas
o zmianach. Ktoś się na przykład przeprowadzi i zapisze do innego
koła, a to poprzednie nas o tym fakcie nie poinformuje.
Dalsze zadania to przywrócenie solidarności i lojalności związkowej, kreowanie pozytywnego wizerunku PZKO w mediach, instytu-
4
ZWROT | 11/2013
cjach, w kraju i za granicą, zdobywanie środków finansowych dla
zapewnienia finansowania działalności związkowej i wspierania finansowego imprez ZG PZKO i MK PZKO.
Kolejna kwestia, zaproponowana przez Tadeusza Smugałę na Konwencie Prezesów, to zmiana obecnej sytuacji, w której kołom ze znaczków członkowskich zostaje 40 koron a ZG PZKO otrzymuje 60 koron.
Na czym by ta zmiana miała polegać?
W kołach zostałoby 30 koron, zarząd dostałby 70 koron. Dla koła
różnica 10 koron na członka nie jest taka znacząca. W budżecie MK
PZKO będzie to z pewnością nieznaczna suma. Po zsumowaniu jednak ZG mógłby liczyć na dodatkowych 100 tysięcy koron. Trzeba
podkreślić to, że zarząd nie organizuje dochodowych imprez. Na
przykład Dzień Tradycji i Stroju Regionalnego nie jest imprezą zarobkową, tak samo Młode Żwirkowisko i wiele innych. Nawet Festiwal
PZKO nie jest dochodowy, ponieważ jeśli chcemy zaprosić zespół,
który przyciągnąłby ludzi, to musimy go z czegoś zapłacić. I trzeba
przyznać, że to nie są małe kwoty. A musimy wygospodarować środki finansowe na płace dla pracowników biura Zarządu Głównego
PZKO i na remonty. Po ostatniej rewizji, jaką przeprowadzono w budynku na ulicy Bożka, okazało się, że musimy zrobić projekt nowej
instalacji elektrycznej, który trzeba zapłacić i musimy przeprowadzić
remont instalacji elektrycznej. Według wstępnych obliczeń miałoby
to kosztować koło 200 tysięcy koron. I skąd na to wziąć? Tego nie da
się zrobić w czynie społecznym, jak sobie niektórzy wyobrażają.
Dotacje nie rozwiązują sytuacji?
Tak, tylko skąd je wziąć? Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych znacznie ograniczyło pulę na inwestycje. W tym roku wszyst-
REKLAMA
kie środki, które zostały przeznaczone na ten cel, poszły na wschód,
dla nas nie zostało nic.
Jak na razie wymienia pan same problemy.
Problemy są od tego, by je rozwiązywać i z nimi walczyć. A to, czy
się to uda, zależy od ludzi, z którymi przyszło mi pracować. Zawsze
twierdziłem i będę powtarzać, że jestem tak dobry, jak ludzie koło
mnie. Dlatego starałem się zaproponować do tego nowego zarządu
takich ludzi, którzy potrafią i chcą coś zrobić. Pragnę podkreślić, że za
działalność całego Związku, łącznie z Zarządem Głównym, są odpowiedzialni wszyscy członkowie PZKO. To nie jest tak, że za prawidłowe funkcjonowanie związku odpowiedzialny jest tylko prezes albo
wiceprezes. A jak jest w miejscowych kołach, to wszyscy wiemy – ile
jest członków a jaki procent z nich naprawdę coś robi? Musimy mieć
poczucie solidarności związkowej. Jeśli ktoś jest członkiem PZKO,
powinien też pracować dla PZKO. Potrzebujemy ludzi do działania
a nie do biernego konsumowania tego, co się dzieje wkoło.
Nie tylko do tego, by płacili znaczki członkowskie?
Nie tylko. Nie boję się powiedzieć głośno, że często jest taka sytuacja, że babcia opłaca znaczki za swoje dorosłe już dzieci a nierzadko też za wnuki. W wielu wypadkach jest tak, że babcie i dziadkowie mają to poczucie obowiązku wobec polskości, które już ich
dzieci, czy wnuki, nie mają. Przynależność do PZKO ma moim zdaniem dwa różne oblicza. Z jednej strony mamy całe rodziny, które są
mocno związane z organizacją, z drugiej strony są rodziny, które nie
pracują społecznie, jedynym przejawem ich solidarności jest zapłacenie składek członkowskich. Należy zdać sobie sprawę z tego, że
właśnie działalność bieżąca ZG jest w dużym stopniu uzależniona
od składek członkowskich. Ale z tą kwestią będziemy musieli się też
zmierzyć. Problemy są od tego, by je rozwiązywać. A do tego, by je
rozwiązać, są potrzebni ludzie, którzy chcą coś robić.
Pana zdaniem znajdzie się w społeczeństwie potrzeba przynależności i pracy dla PZKO, jaka była jeszcze kilkadziesiąt lat temu?
Myślę, że to wynika z quasi-demokratycznej rzeczywistości, jaka
u nas panuje. Ludzie ciągle zachłyśnięci są wolnością, którą daje im
obecna sytuacja społeczno-polityczna, co może potrwać jeszcze
parę lat. Ale myślę, że to się zmieni i ludzie wrócą do wartości, które
ciągle są ważne, ale się o nich zapomina. Proszę zauważyć, że już
mamy dosyć namiastek, tego wszystkiego, co tak ładnie jest zapakowane, wygląda fantastycznie, pachnie fantastycznie, smakuje
fantastycznie, ale potem się okazuje, że to jest sztuczne i z rzeczywistą zawartością deklarowaną na opakowaniu ma niewiele wspólnego. Ludzie zaczynają wracać do rzeczy naturalnych. Ten amerykański hamburger, za którym tęskniliśmy od lat, który był kiedyś dla nas
symbolem wolności, przestaje nam smakować. Wracamy do tradycyjnych potraw, przygotowywanych w tradycyjny sposób z jakościowych naturalnych składników. Ludzie chcą napić się prawdziwego mleka, zjeść prawdziwego sera z mleka od prawdziwej owcy,
itd. I myślę, że ten trend przejawi się też w podejściu do kultury i tradycji. Identyfikacja narodowa i chęć przynależności do określonej
grupy społecznej działa we wszystkich organizacjach polskich i polonijnych na całym świecie. Wierzę, że u nas będzie tak samo.
(HS)
Relacja ze Zjazdu PZKO on-line na www.zwrot.cz
KANCELARIA ADWOKACKA
HAJDUK I WSPÓLNICY
z siedzibą w Czeskim Cieszynie przy ul. Havlíčka 190/12,
informuje o otwarciu nowego oddziału w Trzyńcu pod adresem:
TRZYNIEC / TŘINEC
Plac Wolności / Nám. Svobody 527
(budynek HOTELU STEEL)
Kancelaria jest zlokalizowana pod nr 510 na piątym piętrze,
tel.: +420 558 986 250, +420 595 170 600, e-mail: [email protected]
Godziny otwarcia:
poniedziałek – czwartek 8:00–12:00 oraz 13:00–16:00,
piątek 8:00–12:00
Ponadto informujemy, że rozszerzyliśmy naszą działalność
na teren Słowacji i Polski.
Więcej informacji na:
www.hajduk.cz
ZWROT | 11/2013
5
OPINIE
Zjazd Rady Polonii Świata
W dniach 9–11 listopada w Pułtusku i Warszawie odbył się Zjazd Rady Polonii Świata.
Rada Polonii Świata jest porozumieniem organizacji polonijnych i organizacji zrzeszających Polaków poza granicami Polski. Głównym punktem obrad był wybór nowych
władz oraz uchwalenie poprawek do statutu.
Do sesji tematycznej pod tytułem „Przyszłość Polonii – integracja i rola w krajach
zamieszkania” referat wprowadzający przygotowała Helena Miziniak, wiceprzewodnicząca Rady Polonii Świata oraz przewodnicząca Europejskiej Unii Współnot Polonijnych. Referat wprowadzający do tematu
„Relacje Polska – Polonia i Polacy za granicą
opracowała Bożena Kamińska (Kongres Polonii Amerykańskiej) a referat „Propagowanie i obrona dobrego imienia Polski i Polaków Jan Cytowski (Kongres Polonii Kanadyjskiej). Referat pt. „Karta Polaka, repatriacja
i podwójne obywatelstwo” opracowała Halina Romanowa (Kongres Polaków w Rosji).
Wszystkie powyższe tematy były przedmiotem dyskusji, jednak największe emocje
i zainteresowanie towarzyszyło sprawom
związanym z propagowaniem dobrego
imienia Polski oraz problemom związanym
z wprowadzaniem Karty Polaka oraz podwójnym obywatelstwem. W trakcie dyskusji poruszono jeszcze szereg innych tematów, m. in.
nowy sposób finansowania działalności organizacji polskich i polonijnych przez MSZ RP,
obrona praw Polaków na całym świecie, walka
z zakłamywaniem prawd historycznych publikowanych w środkach masowego przekazu,
uznanie zbrodni katyńskiej za zbrodnię przeciwko ludzkości i wiele innych. Spośród kilku
zaproponowanych kandydatów o stanowisko
przewodniczącego Rady Polonii Świata ubiegali się dwaj przedstawiciele Polonii: Jan Cytowski (Kongres Polonii Kanadyjskiej) oraz
Frank Spula (Kongres Polonii Amerykańskiej).
W efekcie przeprowadzonego głosowania delegaci powierzyli następne cztery lata prezesowania Janowi Cytowskiemu. Wiceprezesami zostali Helena Miziniak z Wielkiej Brytanii
ooraz Waldemar Tomaszewski z Litwy.
W skład nowo wybranego Prezydium Rady Polonii Świata weszło po jednym przedstawicielu z regionalnych wspólnot polonijnych:
Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych, Unii
Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej oraz Kongresu Polonii Amerykańskiej, Kongresu Polonii Kanadyjskiej, Rady
Naczelnej Polonii Australijskiej, Zjednoczenia
Polskiego w Wielkiej Brytasnii, Konwentu Organizacji Polskich w Niemczech, Światowej
Federacji Stowarzyszenia Polskich Kombatantów, Związku Harcerstwa Polskiego poza granicami Kraju a także dwaj przedstawiciele or-
Potrzebny Okragły Stół?
W siedzibie ZG PZKO, które na podstawie uchwały ostatniego
Zjazdu PZKO wspólnie z Ruchem Politycznym „Wspólnota”zwołało
obrady Okrągłego Stołu, spotkało się 23 października 19 osób skupionych w najróżniejszych polskich organizacjach. Na zebraniu,
które przebiegało nader sprawnie, poruszono ważne problemy – te,
z jakimi boryka się nasza społeczność teraz i te, z jakimi najprawdopodobniej za kilka lat będzie się musiała zmierzyć.
Czy takie rozmowy mają sens i przyniosą konkretne rezultaty?
Śmiem twierdzić, że tak, ale pod jednym warunkiem – członkowie
tego gremium podejdą do sprawy z poczuciem ogromnej odpowiedzialności i doprowadzą ją do końca. Dojdzie do spotkań w poszczególnych grupach tematycznych, które wytyczą sobie konkretne cele i je zrealizują.
Społeczeństwo, w którym przyszło nam żyć, zmienia się w tempie
zatrważającym. To, co kiedyś było wizją rodem z fantastyki naukowej,
dzisiaj jest chlebem powszednim. I najbardziej przyziemne przejawy
współczesnego życia przekładają się na nasz stosunek do pracy społecznej, bez której nasze polskie społeczeństwo po prostu zginie.
Wystarczy spojrzeć na tak prozaiczną sprawę, jak czas pracy. Jeszcze
niedawno większość osób pracowała 8 godzin dziennie, szychta we
werku kończyła się o 14. Dzisiaj spędzamy w pracy znacznie więcej cza6
ZWROT | 11/2013
ganizacji Polaków ze Wschodu. Gorąca dyskusja wywiązała się w trakcie omawiania
projektu statutu, który w końcu został uchwalony z dwoma poprawkami.
Na zakończenie obrad przyjęto uchwały:
o ogłoszeniu roku 2014 Rokiem Jana Pawła II,
poświęceniu przyzamkowej kaplicy w Pułtusku św. Janowi Pawłowi II, ufundowaniu przez
Radę Polonii Świata obrazu Jana Pawła II do
przyzamkowej kaplicy oraz o ogłoszeniu roku
2014 rokiem Jana Karskiego. W poniedziałek
11 listopada delegaci Zjazdu Rady Polonii
Świata wzięli udział w uroczystościach z okazji Święta Niepodległości Polski na Placu
Zwycięstwa w Warszawie. W Zjeździe Rady
Polonii Świata wzięło udział 67 delegatów ze
wszystkich kontynentów. Polski Związek Kulturalno-Oświatowy reprezentował na zjeździe Jan Ryłko, prezes ZG PZKO, który był jednym z dwóch delegatów z Republiki Czeskiej
zaproszonych na zjazd. Oprócz niego w obradach wziął udział Jan Branny, reprezentujący
Macierz Szkolną i Kongres Polaków.
(JR)
su. W pogoni za mamoną każdą chwilę przeliczamy na pieniądze i trudniej nam przeznaczyć ją na pielęgnowanie polskości. Posyłanie dzieci
do polskich szkół uważamy za wystarczający przejaw patriotyzmu.
Tęsknota za przeszłością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Musimy znaleźć sposób, by najlepiej wykorzystać instrumenty, które
daje nam nowa rzeczywistość, pamiętając równocześnie o wartościach. Musimy stworzyć nowy model funkcjonowania naszej społeczności. I do tego właśnie potrzebny jest Okrągły Stół.
(HS)
Interesuje nas Twoje zdanie:
Potrzebny jest nam Okrągły Stół?
Odpowiedzi na pytanie można przesłać na adres: [email protected]
REKLAMY
Znowu czynne
Serdecznie Państwa zapraszamy do nowo otwartej
restauracji (razem z barem) po rekonstrukcji
w HOTELU STEEL w Trzyńcu.
KARTA GROUP, s.a., provozovna/miejsce kontaktowe HOTEL STEEL,
Rynek Wolności 527, Třinec, nr tel.: +420 556 200 190
e-mail: [email protected] // www.hotelsteel.cz
Międzygeneracyjny Uniwersytet Regionalny
zaprasza na kolejny wykład
Na spotkaniu 5.12.2013 jak zwykle w auli Gimnazjum z Polskim
Językiem Nauczania o godz.17.00 wystąpi ks. dr Rafał Śpiewak.
Jako naukowiec przedstawi się z tematem:
„Emocje w dziennikarstwie“,
jako artysta zaprezentuje swoje prace malarskie i poezję.
Polski Związek Katolicko Społeczny
Organizacja Pożytku Publicznego, Aleje Jerozolimskie 99 /13, 02-001 Warszawa
Po długoletniej chorobie w wieku 53 lat do Domu Ojca
odszedł ksiądz kanonik Michał Zielonka.
Z ogromnym żalem dotarła do nas wiadomość o śmierci ś.p. księdza Dziekana, Kanonika Michała Zielonki – człowieka o wielkiej pasji, pokory i miłości do ludzi.
Ksiądz Michał Zielonka był wielkim przyjacielem tych, którzy jak on kochali folklor polski a w szczególności folklor „ Górali Czadeckich” z którego się wywodził.
Jako ich przewodnik duchowy – pełniący obowiązki Kapelana „Górali Czadeckich” w Polsce, jak i na całej Bukowinie Rumuńskiej dobrze służył tej sprawie.
Polski Związek Katolicko-Społeczny miał zaszczyt współpracować z ks. Kapelanem „Górali Czadeckich”, by przywrócić historyczną pamięć tam gdzie ich „Matecznik” – w Beskidzie Śląskim i Żywieckim, na pograniczu trzech państw: Polski , Czech i Słowacji.
Żegnaj drogi Przyjacielu, pozostaniesz w naszej pamięci, modlitwie i sercach
na zawsze.
Za Zarząd Krajowy PZKS: Prezes Ryszard Gajewski, Vice-prezes Ireneusz Warta
Odkrywca „ Górali Czadeckich” w czasie PRL-u dla kultury polskiej Roman Chowaniec – BWS
ZWROT | 11/2013
7
Władysław Czepiec
ma talent
Władysława Czepca znają na Zaolziu wszyscy miłośnicy śpiewu. Najczęściej występuje z chórem Przełęcz z Mostów
koło Jabłonkowa. Swym cudownym tenorem zachwycił też jurorów czechosłowackiej edycji programu Mam Talent!
TEKST: Halina Szczotka / ZDJĘCIA: Wiesław PrzeczEK
Co skłoniło pana do wzięcia udziału
w programie Česko Slovensko má talent?
Po części zachęta kolegów, którzy pytali
mnie często, dlaczego jeszcze nie zgłosiłem się do tego typu programu. Oprócz
tego oglądałem kiedyś podobną audycję
w czeskiej telewizji, gdzie komisja pozwoliła do mikrofonu podejść ludziom, którzy
nie umieli śpiewać, przez co poziom programu był bardzo niski, co w efekcie zniechęciło ludzi do słuchania i oglądania. Występowali tam ludzie, którzy nie mieli zielonego pojęcia o tym, co to jest śpiew, którzy
chcieli się tylko pokazać. To mnie zdenerwowało i powiedziałem sobie, że ja potrafię lepiej zaśpiewać. I jak tak o tym myślałem, i słuchałem zachęt kolegów, to zmotywowałem się do udziału.
Może pan zdradzić, jak zgłosił się pan
do programu?
W telewizji były ogłoszone castingi w Republice Czeskiej i na Słowacji. Do poszczególnych miast przyjeżdżały komisje, które
przesłuchiwały zgłoszone osoby. Przesłuchania były między innymi w Pradze, Żyli-
8
ZWROT | 11/2013
nie, Ostrawie. Ja najbliżej miałem do Żyliny,
więc pojechałem tam. Na tym przesłuchaniu nie było żadnych kolejek, bardzo szybko znalazłem się przed komisją. Zapytali,
z czym przyszedłem, więc odpowiedziałem,
że będę śpiewać. Zaśpiewałem z podkła-
dem muzycznym Melodrammę z repertuaru
Andrea Bocelli. I to była dopiero furtka, by
znaleźć się w castingu przed komisją w składzie Jaro Slávik, Lucie Bílá, Leoš Mareš, który
mają widzowie możliwość obejrzeć w telewizji.
ROZMOWA ZWROTU
Te pierwsze nagrania gdzie przebiegały?
Nagrywano w Brnie na początku lipca.
Mnie zaproszono na 5 lipca. Konkurs zaczynał się koło godziny dziewiątej, kiedy otwarte zostało Mahenovo divadlo i w tymże teatrze walczyliśmy o głosy komisji. Tam nagrywano też krótkie wywiady z uczestnikami,
zadawano im różne pytania. Zabrano nas też
na zalany słońcem rynek w Brnie, gdzie nagrywano przyjazd komisji na casting. Wbrew
pozorom, było to bardzo męczące. Była też
przerwa, i znalazłem tam sobie taki kącik i na
chwilę się zdrzemnąłem. No a potem naszą
dziesiątkę uczestników zamknęli w suterenie, żebyśmy się nie rozpierzchli, i żeby nie
musieli nas szukać. (śmiech) Tam po nas
przychodzili i po kolei prowadzili przed komisję. Na mnie też przyszła kolej, byłem piąty. Całe szczęście, że piąty, bo proszę sobie
wyobrazić, że występy nagrywano nawet o
drugiej w nocy.
Jak zaczęła się pana przygoda ze śpiewem?
Zacząłem śpiewać dzięki Czesławowi Niemenowi. To był mój wzór, znam na pamięć
koncercie w Jabłonkowie zdarzyła się taka
ciekawa sytuacja. Ludzie, zamiast klaskać,
zaczęli gwizdać, jak to na koncertach bywa.
Oczywiście były to gwizdy akceptacji. Ale
Niemen przyjął to z dystansem i ze słowami:
„To u was się zamiast oklasków gwiżdże?”
i dalej śpiewał z uniesieniem.
Kiedy odkrył pan swój głos?
Jako małe dziecko pasłem krowę. I jak byłem na pastwisku sam z tą krową, to próbowałem, co ten mój głos potrafi. Bo oczywiście nie zawsze w domu mogłem sobie pozwolić na głośne śpiewanie. Na pastwisku
mogłem śpiewać do woli. No i jeszcze jeden
moment z życia zaważył na tym moim śpiewaniu – usłyszałem w radiu występ Placido
Domingo. Wtedy odkryłem, że właśnie to
jest to, co mnie pociąga, to mi wyznaczyło
przyszły kierunek. W odróżnieniu od innych
wokalistów, na przykład rockowych – przecież gdyby oni nie mieli mikrofonu, to są
zgubieni. Ja też oczywiście śpiewam z mikrofonem, kiedy leci muzyka z reproduktorów w dużej sali, ale i bez mikrofonu potrafię
śpiewać.
raz, kiedy zacząłem chodzić na lekcje śpiewu
do Ostrawy, mogę powiedzieć, że kształcę
swój głos. W latach osiemdziesiątych chodziłem na zajęcia do Oswalda Bugela. Przez
rok uczyłem się u niego śpiewu, jednak nie
poczułem żadnej poprawy. Wręcz przeciwnie, straciłem rezonans. Czym więcej ćwiczyłem tą jego metodą, tym większe miałem
problemy z zachowaniem rezonansu. Potem
w zgodzie się rozstaliśmy, między innymi on
w tym czasie został wyświęcony na księdza.
niektóre z jego utworów, na przykład Bema
pamięci rapsod żałobny.
Spotkał się pan z nim osobiście, kiedy
przebywał na Zaolziu?
Tak, nawet zaprosiłem go do domu do
Mostów na kolację po jego koncercie w Wędryni, lecz nie skorzystał. Byłem chyba na
czterech koncertach, jeden z nich odbył się
nawet na Gorolskim Święcie. Właśnie na tym
Ma pan wykształcenie muzyczne?
Było nas dziewięcioro rodzeństwa, rodzicom się nie przelewało i muzyczne wykształcenie dostał tylko co drugi potomek. Czyli
pierwsze dziecko poszło do szkoły muzycznej, drugie nie, trzecie tak, itd. A ja byłem
szósty, więc na mnie nie wyszło. Znam podstawy, potrafię zagrać sobie jedną ręką poszczególne nuty, ale już nie dam rady sobie
np. akompaniować. Natomiast dopiero te-
To był jedyny pana nauczyciel śpiewu?
Nie. W połowie lat osiemdziesiątych byłem pięć razy na zajęciach w konserwatorium
muzycznym w Ostrawie. W związku z mym
udziałem w konkursie Česko Slovensko má
talent chciałem jeszcze lepiej tworzyć głos,
więc poprosiłem panią Vierę Schausch (bardzo dobry i wyszukiwany pedagog od głosu), czy by się mną nie zajęła. Ponieważ od
mej koleżanki Aleksandry Morcinek miała już
wcześniej informacje o mnie, przyjęła mnie
i od początku czerwca chodzę do niej na zajęcia śpiewu. I myślę, że ona uczy mnie poprawnie, odczuwam znaczną poprawę, również w kwestii estetyki głosu. Dopiero teraz
widzę, jakie wcześniej popełniałem błędy.
Śpiewałem np. z taką „kluską”, czyli jak podniosłem krtań do góry, to przykrywałem so-
ZWROT | 11/2013
9
ROZMOWA ZWROTU
bie przestrzeń do rezonansu. Z tyłu jest taki
mięsień, który trzeba gdzieś „umocować”. Jeśli ktoś chce poprawnie śpiewać, to struny
głosowe muszą być naciągane jakimiś „napinaczami” – jeden ciągnie w dół, drugi w górę.
Żadnej siły nie wolno dawać wprost w struny
głosowe. Śpiewać trzeba lekko, ale by to uzyskać, trzeba się wiele nauczyć. Ja tego wcześniej nie wiedziałem, śpiewałem, jak mi najlepiej wychodziło, to jest z błędami. Dopiero
teraz, kiedy nauczycielka wskazuje mi błędy
i pokazuje, jak je naprawić, znacznie lepiej mi
się śpiewa.
Pamięta pan swój pierwszy poważny
występ?
Tak, to było w Domu PZKO w latach siedemdziesiątych, bodajże na koncercie Przełęczy zaśpiewałem Ave Maria. A który był
rzeczywiście dla mnie najważniejszy? Chyba
ten ostatni, który odbył się 29 września
tego roku w Domu PZKO w Mostach koło
Jabłonkowa. Tam już zaśpiewałem z wykorzystaniem tego, czego nauczyłem się
dzięki pani Vieře.
Jakie kładzie pan sobie cele?
Jeden z pierwszych moich pedagogów
w Ostrawie też zadał mi podobne pytanie.
I wtedy odpowiedziałem mu, że chciałbym
śpiewać jak Placido Domingo. Odpowiedział mi: „Tego nie musi się pan obawiać”.
(śmiech) Jeżeli teraz mam odpowiedzieć
na to pytanie, to naprawdę chcę śpiewać
coraz lepiej i swymi występami robić sobie
radość i wzruszać serca słuchaczy.
Pracuje pan w hucie, nie chce pan
poświęcić się śpiewaniu zawodowo?
10
ZWROT | 11/2013
Nie mam zamiaru odchodzić z huty.
Chciałbym tu „doklepać” do emerytury. Nie
chcę śpiewać gdzieś w operze, w teatrze. Nie
mam na tyle wykształconego głosu, by sprostać wszystkim zadaniom. Tutaj jest mi dobrze, występuję z naszymi chórami, głównie
z Przełęczą, ale też, jak mnie zaproszą, z Hutnikiem, Melodią. Kiedyś byłem w Ostrawie
na przesłuchaniu z Aliną Farną. Kiedy usłyszał mnie dyrektor, to powiedział, że tak, że
mnie przyjmą do pracy. Potem jednak, kiedy
zaczęliśmy rozmawiać o wynagrodzeniu, to
okazało się, że jest ono dwa razy mniejsze od
wynagrodzenia, które otrzymywałem w hucie. Miałem rodzinę, dzieci, nie mogłem sobie na to pozwolić. Oczywiście nie chodziło
tylko o pieniądze. Być może, gdybym kształcił swój głos od małego, to moje życie teraz
wyglądałoby trochę inaczej.
Ile czasu poświęca pan dzisiaj na ćwiczenia?
Obecnie ćwiczę minimalnie godzinę dziennie. Dotychczas źle śpiewałem, teraz muszę
swój głos cały przerobić. Moja nauczycielka
cały czas twierdzi, że im więcej będę tego
umiał, tym więcej będzie ode mnie wymagała. Muszę pamiętać wszystkie jej wskazówki,
muszę je zastosować. Wystarczy, że o jednej
zapomnę i wszystko się sypie. Ćwiczenie bez
nauczycielki jest znacznie trudniejsze niż zajęcia z nią. Ona ma niesamowity słuch, słyszy
każde moje, nawet najmniejsze potknięcie.
Często pan chodzi na zajęcia?
Czasami raz w tygodniu, czasami nawet
dwa razy jeżdżę do niej do Ostrawy. Teraz
przed konkursem staram się chodzić częściej.
I nadąża pan dwa razy w tygodniu jeździć po pracy na zajęcia?
Muszę. W poniedziałki mam próby Przełęczy, lekcje śpiewu w środy i ewentualnie w
niedzielę. Ćwiczę codziennie. Teraz na śpiew
poświęcam więcej czasu, bo gdyby się przypadkowo udało mi dostać do półfinałów, to
najwcześniej za dwa tygodnie trzeba by mi
było znowu śpiewać. A takiego utworu nie
jestem w stanie nauczyć się w ciągu tygodnia. Potrzebuję na to co najmniej pół
roku. Ktoś ma może lepszą pamięć na zapamiętanie tekstu, ja niestety nie.
Jak pan podchodzi do konkursu
„Mam talent”?
Będę się starał to wszystko, co we mnie
jest, sprzedać na scenie. A że jest tam wiele innych, świetnych talentów, to publiczność zdecyduje, kto wygra. Potem się zobaczy. Nie podchodzę do tego z jakimś
wielkim ciśnieniem, tremą. Niektórzy byli
przerażeni tym, co powie im komisja. A ja
już w trakcie castingu powiedziałem sobie – co oni mogą mi zrobić? Przyznaję, że
byłem spokojny, wszedłem, uśmiechnąłem się i zaśpiewałem. Tutaj ważne jest to,
by mieć zdrowe gardło i struny głosowe,
i by się nie denerwować.
n
Wydarzenia
AMBASADOR GRAŻYNA BERNATOWICZ
SPOTKAŁA SIĘ Z ZAOLZIAKAMI
Stwierdziła, że z punktu widzenia Ministerstwa Spraw Zagranicznych Polacy z Zaolzia są bardzo dobrze zorganizowani i nie
sprawiają żadnych problemów. – Jesteśmy
tam, w Warszawie, państwu głęboko wdzięczni za wszystko, co robicie, za działalność kulturalną, za promowanie polskości. Państwo
jesteście lepszymi ambasadorami Polski i polskości niż ja tam w Pradze, jesteście prawdziwym obrazem, jaki jest Polak, kim jest
Polak i co potrafi. Chylę głowę przed tym
wszystkim, co państwo robicie – powiedziała. Zapewniła, że jest otwarta na wszystkie
rozmowy, na uczestnictwo we wydarzeniach. – Jeśli tylko mogłabym być w czymś
pomocna, to proszę na mnie liczyć – dodała.
W imieniu Zaolzia podziękował pani ambasador za spotkanie prezes Kongresu Polaków Józef Szymeczek. Wyjaśnił specyfikę
polskości zaolziańskiej i poprosił, by przy
tworzeniu współczesnej polityki Polski wobec mniejszości polskiej na całym świecie,
specyfiki te zostały rozpoznane i nie pozostały w cieniu ogólnych rozporządzeń i projektów wspierania Polonii. A potem już prowadzone były konkretne rozmowy o sprawach
Zaolzia. Zarząd Główny PZKO na spotkaniu
reprezentowała Małgorzata Rakowska.
W Konsulacie Generalnym RP w Ostrawie odbyło się 17 października spotkanie ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w Pradze Grażyny Bernatowicz z przedstawicielami największych polskich organizacji i instytucji z regionu Zaolzia. Gospodarzem spotkania
była konsul generalna RP w Ostrawie Anna Olszewska.
TEKST I ZDJĘCIA: CZESŁAWA RUDNIK
Grażyna Bernatowicz objęła stanowisko
ambasadora Polski w Pradze w czerwcu br.,
wcześniej pełniła obowiązki wiceministra
spraw zagranicznych ds. parlamentarnych,
polityki europejskiej i praw człowieka. Było
to jej pierwsze spotkanie z Polakami z Zaolzia. Podkreśliła, że jest ono ważne nie tylko
z punktu widzenia funkcji, jaką zaczęła sprawować, ale również emocjonalnie.
– Nie będę przed państwem ukrywać –
oświadczyła – że jest to wzruszające dla
mnie spotkanie z ludźmi, którzy mieszkają
tu, serce mają jeszcze ciągle w Polsce albo
przynajmniej jego połowę, chronią to, co
jest najważniejsze z punktu widzenia naszej
wspólnej ojczyzny, robią to z własnej nieprzymuszonej woli, nie oczekując ani specjalnych zaszczytów, ani gratyfikacji, robią to
fachowo, robią to świetnie.
ZWROT | 11/2013
11
Wydarzenia
WYWIAD Z AMBASADOR RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ W PRADZE GRAŻYNĄ BERNATOWICZ
Podczas pani nominacji minister Radosław Sikorski powiedział, że Czechy to
kraj zaprzyjaźniony, z którym jednak są
sprawy do załatwienia. Które z tych spraw
uważa pani za najważniejsze?
Nie ma wielu takich spraw, gdzie byłyby
kontrowersje między nami, są tylko sprawy
do załatwienia. Takie jak np. infrastruktura
po obu stronach granicy. To nie jest tak, że
tylko Polska odczuwa niedostatki tej infrastruktury, bo również po czeskiej stronie nie
wszystko jest idealne. Musimy zrobić
wszystko, co możliwe, żeby mieć połączenie
drogowe między Polską a Czechami trochę
lepsze, niż do tej pory. Jest też kwestia infrastruktury kolejowej, bo to bardzo dogodny
środek transportu, ale musi być na odpowiednim poziomie. W miarę szybko chcielibyśmy załatwić z Czechami sprawę rozbudowy interkonektora gazowego, który
otworzyli panowie premierzy Donald Tusk i
Petr Nečas dwa lata temu. A chodziłoby o to,
żeby zwiększyć jego przepustowość i żeby
to był interkonektor, gdzie przepływa gaz w
obie strony. I mam nadzieję, że do 2017 r.
tak się stanie.
Jest kwestia współpracy polsko-czeskiej
na forach wielu organizacji, ale nie są to problemy czy kontrowersje, których nie jesteśmy w stanie załatwić, tylko sprawy, które
w duchu przyjaźni i życzliwej współpracy powinniśmy razem rozwiązywać. Jedną z nich
jest również sprawa znacjonalizowanych majątków polskich na Zaolziu. Wiem, że państwo rozmawialiście z premierem Nečasem
w 2011 r. Ja do tej sprawy wrócę wtedy, kiedy
12
ZWROT | 11/2013
będę miała rozmówców po stronie czeskiej.
Rozmawiamy też o zwrocie długu terytorialnego czeskiego, który istnieje. Ale to nie są
problemy kontrowersyjne, lecz kwestie, które trzeba załatwiać; trzeba o nich mówić i starać się je rozwiązać.
Polacy żywią wielką sympatię do Czechów, Czesi jednak nie odwzajemniają
tego uczucia. Co można zrobić, by zmienić negatywne nastawienie Czechów do
Polski i Polaków?
Odkąd jestem w Pradze, nie spotkałam się
z żadną nieżyczliwością, wręcz przeciwnie.
Bardzo miło mi się rozmawia we wszystkich
urzędach, jak również z ludźmi, którzy nie są
ani politykami, ani wysokimi urzędnikami.
Tak więc ja tego nie mogę potwierdzić. A te
wszystkie rankingi sympatii mogą się zmieniać. Faktem jest, że pierwsze miejsce dla narodu czeskiego w sercach Polaków utrzymuje się już od dwóch, trzech lat, a więc jest to
jakaś tendencja stała. No i rozumiem, że będziemy robić wszystko, żeby Czesi polubili
Polaków. Polubią wtedy, jak ich lepiej poznają. Poznają lepiej wtedy, jak będą jeździć do
Polski. Będą jeździć, jak się poprawi infrastruktura i możliwość dojazdu z jednej i drugiej strony granicy. Kiedy będziemy się lepiej
znali, będzie nam się jeszcze lepiej układać,
a układa nam się bardzo dobrze.
W czym może być Polska dla Czech
wzorem?
Wiele nas różni. Czesi bardzo pragmatycznie podchodzą do wielu zagadnień, Polacy mają więcej fantazji w rozwiązywaniu
swoich problemów. Natomiast niewątpliwie to, co dzisiaj o Polsce mówi się najczęściej, to jest wykorzystanie funduszów
strukturalnych Unii Europejskiej, umiejętność projektowania, umiejętność przedstawiania tych projektów w Brukseli i pozyskiwania na nie funduszów europejskich. Warszawa jest w czołówce stolic europejskich,
które umiejętnie wykorzystywały do tej pory fundusze europejskie, i to może być wzorem dla innych krajów, które weszły do Unii
w tym samym okresie co Polska. Jesteśmy
ciągle lepsi, jeśli chodzi o wyniki gospodarcze z każdego roku, co nie oznacza, że tak
jest pod względem wyników makroekonomicznych, bo tutaj Czesi są w lepszej sytu-
Wydarzenia
oraz kraju, w którym żyją. Prawidłowe relacje polegają też na tym, żebyście państwo
dobrze czuli się w Republice Czeskiej.
acji niż my. Natomiast Polska nigdy nie znalazła się pod kreską i zawsze miała wzrost
gospodarczy, nawet jeśli był niewielki.
W jaki sposób my, Polacy na Zaolziu,
możemy pani zdaniem wpłynąć na zmianę wizerunku Polski?
Wydaje mi się, że to, co jest w tej chwili
najważniejsze, bo państwo macie tutaj bardzo dobrą markę na Zaolziu i Polak to na
pewno nie brzmi źle, to żebyście wchodzili
do różnych organizacji, zarówno społeczno-politycznych, jak i do władz lokalnych, a jeśli by się udało, do władz centralnych. Jeśli
w rządzie pojawia się Polak Zaolziak na stanowisku ministra, to dla nas to jest powód
do dumy. Jest to też wielka radość dla kraju,
bo każdy Polak, który zajmuje stanowisko,
nawet nie bardzo wysokie, ale publiczne, to
jak perła w koronie naszej Polskiej Rzeczypospolitej.
A jak my, Zaolziacy, mamy promować
się w Polsce, by o nas pamiętano i akceptowano nas w Ojczyźnie jako Polaków?
Dla mnie Polacy, którzy mieszkają na Zaolziu, to jest grupa dobrze zorganizowanych ludzi, którzy mają od lat bardzo dużo
świetnych organizacji, są mało ze sobą skłóceni. Macie państwo duże tradycje współdziałania. I dla Warszawy nie jesteście żadnym „problemem”. Nie wnosicie problemów, a wnosicie nawet pewną dumę, że
ciągle czujecie się potomkami Polaków. Jesteście łatwą grupą w kooperacji między
krajem a pograniczem i myślę, że tak z pomocą polskich władz będzie dalej.
Ważna jest dla nas współpraca w ramach regionu, lecz Czesi zarzucają nam, że
nasze projekty transgraniczne, np. w Euroregionie Śląsk Cieszyński, są polsko-polskie, nie czesko-polskie. Co pani o tym sądzi?
Zakładam, że ktoś przygląda się tym
projektom wnikliwie, i że one są konstruowane dla dobra obu stron pogranicza,
a nie tylko tak, żeby było to z korzyścią dla
polskiego pogranicza. Wiem, że są też do
dyspozycji pieniądze, które posiada Forum
Polsko-Czeskie. Powstanie tego Forum jest
swoistym dowodem wagi, jaką Ministerstwo Spraw Zagranicznych po obu stronach granicy przykłada do współpracy.
W ramach tych projektów jest sto tysięcy
euro, można zgłaszać się do konkursu. Tak
więc nie sądzę, żeby ta opinia była słuszna,
bo rozumiem, że to jest procedura konkursowa, która wyłania projekty korzystne dla
obu stron.
Każdy kraj ma swoją historię i każdy swoją historię postrzega
swoimi oczami. Ważne jest to, żebyśmy tę
historię znali, po obu
stronach. Stąd też taką dużą wagę przykłada się do oświaty,
by młodzi ludzie więcej wiedzieli zarówno o historii regionu,
w którym żyją, jak i kraju, z którego pochodzą ich przodkowie,
Miesięcznik „Zwrot”, wydawany w całych swych dziejach przez Polski Związek
Kulturalno-Oświatowy, w przyszłym roku obchodzić będzie swoje 65-lecie. Obniżenie dotacji czeskiego Ministerstwa
Kultury i zmiana polityki dotacyjnej Polski dla Polaków za granicą spowodowały,
że obawialiśmy się, czy dotrwa do swego
jubileuszu. Dzięki pomocy Macierzy kryzys chwilowo został zażegnany. Czy nadal możemy liczyć na wsparcie?
Jestem o tym głęboko przekonana.
Wprawdzie nigdy nie zajmowałam się bezpośrednio konkursami dla organizacji polonijnych, ale jestem głęboko przekonana, że tak
będzie. Po pierwsze dlatego, że ministerstwo i
minister osobiście dużą wagę przykładają do
mediów, bo to jest najlepszy sposób szerzenia
wiedzy o Polakach i o Polsce. A poza tym nikt
nie przyłoży ręki do tego, żeby czasopismo,
które ma taką długą historię, przestało istnieć.
Jedno muszę podkreślić. Rzeczywiście
ten tort do podziału jest mniejszy, niż był.
A wynika to z tego, że mimo iż ciągle mamy
wzrost gospodarczy, to nie jest tak, że Polskę
kryzys ominął szerokim łukiem. Wszyscy jesteśmy zmuszeni, wszystkie resorty i wszystkie organy centralne i lokalne, do poczynienia dość istotnych oszczędności. Każdy to rozumie i każdy zapotrzebuje trochę mniej
pieniędzy z budżetu. Również na polu współpracy z Polonią oszczędności były konieczne.
Ale nie chodzi o to, że chcemy całkowicie
zmienić kierunki i najważniejsze priorytety
współpracy z Polonią, chcieliśmy tylko zmienić sposób przyznawania pieniędzy, no i musimy uwzględnić to, że jest ich po prostu
mniej. n
ZWROT | 11/2013
13
FOTOREPORTAŻ
SUSZANIE TAŃCZĄ JUŻ 60 LAT
SUCHA GÓRNA, CZ. CIESZYN / 9 i 10 listopada odbyły się dwa koncerty jubileuszowe
ZPiT Suszanie. Pierwszy w Domu Robotniczym w Suchej Górnej, drugi w Teatrze Cieszyńskim w Cz. Cieszynie. ZPiT Suszanie powstał w 1953 roku przy MK PZKO w Suchej
Górnej. Program jubileuszowy rozpoczął się
prezentacją zdjęć oraz krótkiej historii ze-
14
ZWROT | 11/2013
społu, którą poprowadził konferansjer Wojciech Kadłubiec. W pierwszej części koncertu widzowie zachwycić się mogli polonezem
i walczykiem oraz wiązanką tańców „Przi robocie“ przedstawiającą tradycyjne prace sezonowe ludu śląskiego, a dokładniej młócenie pszenicy i mielenie mąki w młynie. Wiązanka taneczna „Od Karwiny do Bogumina“
z kolei pokazała piękno folkloru dolańskiego.
W drugiej części programu, nazwanej „Po
sąsiedzku“, tancerze pokazali swój kunszt
w tańcach rozbarskich, zachodnioczeskich,
wschodniosłowackich oraz łowickich. W części finałowej „Po naszymu“ ponownie powrócono na ziemie cieszyńskie.
W koncercie wystąpili aktualni i byli
członkowie zespołu Suszanie oraz „Chórek“,
najmłodszy zespół MK PZKO Sucha Górna.
Obchodzący w tym roku jubileusz 10-lecia
„Chórek” prowadzi Barbara Weiser. Gościnnie wystąpili w obu częściach programu soliści Beata Czendlik-Šelová, Jolanta Bałon
i Tomasz Suchanek.
W chwili obecnej kierowniczką zespołu
„Suszanie“ jest Barbara Mračna. Na uroczystości przybyła również była kierowniczka zespołu Janina Rzyman, która prowadziła „Suszan”
przez 32 lata. Z zespołem współpracuje do
dnia dzisiejszego, pomagała również podczas
tworzenia programu jubileuszowego. Od roku 2005 tancerzom towarzyszy czteroosobowa kapela pod kierownictwem Ryśka Mračny.
Podczas koncertu w Suchej Górnej Małgorzata Rakowska przekazała jako przedstawiciel ZG PZKO członkom zespołu 2 akty uznania, oraz 19 odznaczeń związkowych. (AM)
ZDJĘCIA: WIESŁAW PRZECZEK
FOTOREPORTAŻ
ZWROT | 11/2013
15
MUZYKA
Legenda „Hutnika”
Karol Wronka (1923–1984)
Polski Zespół Śpiewaczy „Hutnik”powstał jako jeden z pierwszych zespołów śpiewaczych na Zaolziu. Został założony po
drugiej wojnie światowej przy Klubie Zakładowym Związków
Zawodowych Huty Trzynieckiej w 1954 r. przez wybitnego dyrygenta i muzyka Karola Wronkę – prawdziwy autorytet i osobowość w dziedzinie muzyki. Zespół działał przy Jednolitym
Ośrodku Kultury Huty Trzynieckiej. Pod kierownictwem Wronki zdobywał liczne sukcesy. Już w pierwszych latach swej działalności „Hutnik” zyskał miano jednego z najlepszych polskich chórów na Zaolziu.
TEKST: ANNA MITRENGA
Karol Wronka – założyciel i pierwszy dyrygent, legenda zespołu
śpiewaczego „Hutnik”, urodził się w miejscowości Pierściec niedaleko Skoczowa 3 września 1923 roku. Dorastał w umuzykalnionej rodzinie karwińskiego górnika, gdzie poznawał świat muzyki, uczył
się grać na skrzypcach. Skończył średnią szkołę ekonomiczną w Cieszynie. Już w tym czasie związał się z miejscowym chórem. Całe życie dokształcał się w muzyce. Posiadał ogromny talent, szanowano
go u nas i za granicą. Jego żona Wanda Wronka również śpiewała
w chórze, była świetną solistką. Podczas okupacji Wronka wywieziony został na roboty przymusowe do III Rzeszy.
Zaraz po wojnie, bo już w 1947 r. założył 80 osobowy chór młodzieżowy przy SMP, który prowadził aż do likwidacji organizacji
w 1952 r. Dwa lata później został jednym ze współzałożycieli „Hutnika”, który najpierw działał jako chór męski. Rok później zawiązał się
również chór żeński i tak powstał Polski Zespół Śpiewaczy „Hutnik”.
Wronka kierował nim przez 26 lat.
Na co dzień pracował w Hucie Trzynieckiej, w bibliotece zakładowej, później związał się z Jednolitym Ośrodkiem Kultury Huty Trzynieckiej oraz Domem Kultury Huty Trzynieckiej. Oprócz tego dyrygował m. in. chórem „Przełęcz” w Mostach koło Jabłonkowa. W tym
czasie opracował około 68 pieśni na utwory chóralne. Komponował
muzykę dla teatru lalek i dla amatorskich zespołów teatralnych
miejscowych kół PZKO.
Wspomnienia Zofii Kraus
Pani Zofia Kraus była długoletnią aktywną członkinią Polskiego Zespołu Śpiewaczego „Hutnik”. Od dzieciństwa kochała
muzykę i teatr, śpiewała w kościelnym chórze, grała w teatrze
amatorskim. Pomimo swojego wieku jest energiczną kobietą.
Pracowała w hucie i przyczyniła się do powstania chóru żeńskiego w ramach Polskiego Zespołu Śpiewaczego „Hutnik”. – Chodziliśmy za Karolem Wronką i przekonywali, żeby prowadził
także chór żeński – wspomina.
TEKST: ANNA MITRENGA
Pani Zofia śpiewała drugim altem w tym zespole 45 lat. Na początku w żeńskim „Trio”, później w chórze żeńskim, który po osiągnięciach w Pradze w 1962 r. zyskał sławę w całej RC. Śpiewała w „Hutniku” od jego powstania aż do roku 2005, kiedy to musiała zrezygnować z powodów zdrowotnych.
16
ZWROT | 11/2013
Karol Wronka oprócz pracy w chórach (męski, żeński, mieszany,
dziecięcy, trio, kwartet) uczył też w szkole muzycznej, pisał scenariusze. Wronka skupiał wokół siebie miejscową bohemę. Był prezesem działającego przy PZKO Zrzeszenia Śpiewaczo-Muzycznego.
Współpracował z różnymi dyrygentami, w Trzyńcu np. z dyrygentem chóru Martinů Václavem Štývarem.
Czynność artystyczną zawiesił w roku 1980. Zyskał mnóstwo najwyższych odznaczeń w Polsce i w Czechosłowacji, koncertował
w Niemczech, na Węgrzech oraz w Jugosławii. Wronce w jego działalności pomagał Erich Śmiłowski i inni.
MUZYKA
Polski Zespół spiewaczy „Hutnik”
W ostatnim pięcioleciu miał zespół zaszczyt koncertować
w Pradze, Ołomuńcu, Koszalinie, Poznaniu, Berlinie, Czeskich
Budziejowicach, we Włoszech (2010), Krakowie (2013). W ciągu
całej swej działalności zespół koncertował w 20 krajach Europy
oraz prawie w każdej miejscowości Zaolzia. Do Koszalina pojechali chórzyści aż 12 razy na Śpiewaczy Festiwal Chórów Polskich. „Hutnik” zdobył m.in. Złotą lirę w Międzyzdrojach. Najwyższe nagrody uzyskał w Pradze, Brnie i Bratysławie.
Zespół składał się z kilku mniejszych „podzespołów”, a każdy
z nich musiał ćwiczyć intensywnie. Dlatego też próby odbywały się
oddzielnie, nawet kilka razy w tygodniu, na początku w tzw. „lodowni” niedaleko Domu Robotniczego. Koncertów i występów, a także
wyjazdów było dużo a wtedy trzeba było mieć kogoś, kto się zaopiekował rodziną. – Miałam bardzo dobre zaplecze rodzinne. Niektóre chórzystki przestały śpiewać, ponieważ mężowie często im to
uniemożliwiali – opisuje pani Zofia.
Członkinie słynnego „Tria” brały indywidualne lekcje śpiewu we
własnym zakresie, każda lekcja kosztowała 25 koron. – Robiłyśmy
to z własnej inicjatywy, żeby osiągać jak najlepsze wyniki – wyjaśnia Zofia Kraus. Trio z początku tworzyły panie: Adela Janczyk,
Milada Martynek i Zofia Kraus. Akompaniował im Bronisław Liberda. Natomiast w składzie: Zofia Kraus, Danuta Małysz, Danuta Ko-
tas oraz akompaniatorka Danuta Kaim Trio przetrwało najdłużej.
(na zdjęciu)
Wyjazdy stwarzały możliwości podróżowania poza granice Czechosłowacji, co było w czasach komunizmu luksusem. – Najczęściej wyjeżdżaliśmy do Polski. Byliśmy w Warszawie, Chorzowie, Katowicach, Koszalinie, Rzeszowie. Występowaliśmy też na festiwalach w Pradze. Zaproszono nas również do zaprzyjaźnionych
zakładów pracy w Jugosławii, na Węgrzech i w NRD – wspomina
Zofia Kraus.
n
Polski Zespół Śpiewaczy „Hutnik” oraz miesięcznik „Zwrot”
serdecznie zapraszają na
Koncert
upamiętniający 90. rocznicę urodzin
Karola Wronki – założyciela chóru
28 XII 2013 o godzinie 17.00
w sali teatralnej Domu Kultury Trisia w Trzyńcu
Koncert w ramach jubileuszu 60-lecia Polskiego Zespołu Śpiewaczego „Hutnik”
ZWROT | 11/2013
17
Recenzje Zwrotu
„AMBASADOROWIE WZAJEMNEGO ZROZUMIENIA“
NOWA KSIĄŻKA ROMANA BARONA
Stosunki polsko-czeskie (czechosłowackie) w historiografii i kulturze politycznej
biegną nie zawsze tymi samymi drogami.
O ile na pierwszej płaszczyźnie mają bogaty
i na ogół wysokiej klasy dorobek, a to dzięki
wybitnym badaczom po obu stronach granicy, to jest on obecnie – zwłaszcza ten sprzed
1939 r. – dostępny raczej wąskiemu tylko
gronu odbiorców. Na drugiej zaś płaszczyźnie często po obu stronach dominują obiegowe, na ogół jednostronne i antagonistyczne
w swej wymowie oceny, czemu nie przeczy
zachwyt przybyszy znad Wisły Złotą Pragą
czy Karlovymi Varami. Ostatnimi czasy można dostrzec wyraźne zacieranie niechęci,
a ważny w tym udział historyków – współpraca zwłaszcza między Pragą, Brnem i Pardubicami a Krakowem, Wrocławiem i Opolem a także Poznaniem, Warszawą i kolejnymi ośrodkami (Gdańk, Toruń) z drugiej
strony. Spotykamy też nazwiska, które stały
się lub stają powoli synonimem badań i ich
upowszechniania. Od strony Pragi polskie
spojrzenie w okresie międzywojennym prezentuje osiadły tam i związany z polonistyką
na Uniwersytecie Karola Marian Szyjkowski,
pośród nazwisk z drugiej połowy XX i początków XXI wieku poczesne miejsce zajmuje
Krystyna Kardyni-Pelikánová, której biografia i warsztat badawczy wzbogaciły humanistykę w Brnie. Tam też – w oddziale Instytutu
Historii Akademii Nauk Republiki Czeskiej –
rozpoczynał pracę badawczą reprezentant
młodego pokolenia, stanowiący pomost między obu nacjami, Roman Baron (ur. 1970).
Urodził się w rodzinie polskiej w Brnie,
ale jego dzieciństwo i początki pracy zawodowej (w szkolnictwie) przypadają na Zaolzie. W latach 1984–1988 był w Orłowej
uczniem filii Gimnazjum z Polskim Językiem Nauczania w Czeskim Cieszynie, a następnie studiował na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (1988–1993), po czym
wrócił w rodzinne strony jako nauczyciel
historii i języka angielskiego. Po czterech latach rozpoczął studia doktoranckie na Wydziale Historyczno-Pedagogicznym Uniwersytetu Opolskiego (1997–2001). Pobyt
w podwawelskim grodzie zaowocował zadzierzgnięciem owocnych kontaktów z polskim środowiskiem historycznym, systematycznie poszerzanych i pogłębianych aż po
18
ZWROT | 11/2013
TEKST: MARCELI KOSMAN
dzień dzisiejszy. Nie oznaczało to jednak
wyobcowania z naukowego środowiska czeskiego, wręcz przeciwnie.
Przełomowe znaczenie dla jego dalszej
drogi życiowej Romana Barona miało zwrócenie nań uwagi przez jednego z najwybitniejszych badaczy czeskich, dyrektora Instytutu Historii Czeskiej Akademii Nauk oraz
prorektora Uniwersytetu Karola w Pradze
prof. Jarosława Pánka. Właśnie jemu zawdzięczał zatrudnienie w filii Instytutu
w Brnie (2002), a po kilku latach przeniesienie do jego centrali w Pradze. To poszerzyło
krąg działalności Romana Barona, jednak
w kręgu tym nadal trwałe miejsce zajmuje
„mała ojczyzna“, Zaolzie. Nie rozwijając tematu wypada powiedzieć, że proponując tytuł prezentowanego dzieła mógł myśleć –
choć nie przypuszczam, wobec skromności
młodego kolegi – pro domo sua. Natomiast
niżej podpisany może spokojnie powiedzieć,
że Roman Baron w minionym ćwierćwieczu
poszerzył grono ambasadorów polsko-czeskiego zrozumienia, szczególnie spraw polskich nad Wełtawą. Świadczą o tym tytuły jego kilkudziesięciu publikacji (oraz referatów
na konferencjach w obu krajach, a także wystąpień w ościennych państwach), a przede
wszystkim dotychczas wydane w ojczyźnie
książki: „Nad Olzą i Ostrawicą” – skrócona
wersja rozprawy doktorskiej na temat działalności społeczno-wychowawczej i oświatowej Towarzystwa Szkoły Ludowej w Zagłębiu Ostrawsko-Karwińskim na przełomie
XIX i XX w. aż do końca pierwszej wojny
światowej (wydana nakładem Uniwersytetu
Opolskiego) oraz „Między Polską i Czechami – w optyce historyka z Brna” (zbiór studiów ogłoszonych w toruńskim Wydawnictwie Adam Marszałek). Los sprawił, że dzieło to ujrzało światło dzienne w momencie,
kiedy autor pracował już w Pradze.
Utrzymując ożywione kontakty z humanistyką czeską w kręgach akademickich i uniwersyteckich stołecznych ośrodków Czech
i Moraw, spotykam się z wysoką oceną dotychczasowych dokonań Romana Barona
również na niwie organizacyjnej i popularyzatorskiej. On sam wpisuje w swój życiorys
naukowy pracowite kwerendy archiwalne
w wielu placówkach nie tylko obu krajów.
Jest także wytrawnym erudytą, recenzentem
książek o polskiej bohemistyce i czeskiej po-
Marceli Kosman, „Posłowie”, w: Roman Baron, „Ambasadorowie wzajemnego zrozumienia. Niedocenieni
twórcy pomostów między polską i czeską kulturą
(XIX–XXI w.)”, Współpraca wydawnicza Instytutu
Historii Akademii Nauk Republiki Czeskiej i Wydawnictwa Adam Marszałek, Toruń 2013, s. 297–302.
lonistyce. Posiada rzetelny warsztat naukowy,
a przy tym „lekkie pióro“ – potrafi literackim
językiem pisać o sprawach trudnych, wymagających precyzji. Stąd znaczny udział w jego
dorobku tekstów przeznaczonych dla szerszego kręgu czytelniczego. W jego dorobku
zapisane są też dokonania redakcyjne, pośród których prym wiedzie niezwykle pięknie wydane dzieło zbiorowe dla uczczenia
setnej rocznicy powstania polskiego gimnazjum w Orłowej („A jednak zostanie…”).
Wędrując śladami związków polsko-czeskich, wynajduje tematy wymagające szczególnego daru eksploatatorskiego z zakamarków bibliotecznych i archiwalnych. Spotyka
je na różnych obszarach historycznej Rzeczypospolitej, na przykład w należącym dziś
do Ukrainy Stanisławowie, w wieku XIX
lub w dwudziestoleciu międzywojennym,
w trzecim (po Krakowie i Lwowie) mieście
ówczesnej Galicji. Owoc tych dociekań spotkamy w rozdziale otwierającym niniejszy
zbiór studiów, który – zaznaczamy to wyraźnie – ma jednorodny, zwarty charakter.
W obrębie tomu o „Ambasadorach wzajemnego zrozumienia”, stanowiącego wynik
badań nad mniej znanymi (czasem bezwiednie) twórcami zbliżenia między kulturą polską
i czeską ostatnich dwóch stuleci, spotykamy
tematy dotyczące kultury w wielkich ośrodkach i na prowincji, wybitne postaci w literaturze i nauce, ale też takie, o których informacji trudno szukać na kartach wielkiej historii.
A przecież pełen obraz dziejów tworzą one razem, zarówno generałowie jak i podoficerowie, ludzie zapisani od święta i w kręgu dnia
Recenzje Zwrotu
powszechnego. Roman Baron rozwija tematy
poruszane w poprzedniej książce, tej pisanej
w optyce historyka polskiego z Brna, która dotyczyła przede wszystkim problematyki historiograficznej i związków między badaczami,
dla których stała się literaturą podręczną. Tu
również znajdziemy kilka tekstów z tego zakresu, jednak wkomponowanych w znacznie
szerszy kontekst dziejowy.
Na uwagę zasługuje przemyślany układ
treści. Pierwsze dwa teksty wprowadzają czytelnika in medias res poprzez m.in. ukazanie
barwnej sytuacji w postaci małżeństwa polsko-czeskiego na kresach. Dalej autor ukazuje – idąc ku małym syntezom – spojrzenie
Polaków galicyjskich na słowiańskich sąsiadów z austro-węgierskiej monarchii, zmierzając ku opinii drugiej strony o potomkach
Lecha, i ukazując opinie historyków przed odzyskaniem niepodległości w wyniku pierwszej wojny światowej. Ciąg dalszy znajdujemy
w eseju o Zdeňku Hájku. Następny poświęcony jest wybranym aspektom z relacji między
Czechami i najpopularniejszym w ich kraju polskim powieściopisarzem Henrykiem
Sienkiewiczem. Trudnego, jak się z pozoru
wydaje, okresu dwudziestolecia 1919–1939
dotyczy tekst o Czechosłowacko-Polskim
Klubie w Brnie i szkic do portretu Mariana
Szyjkowskiego, stanowiący zapowiedź przygotowywanej przez autora monografii.
Ostatnie trzy podrozdziały chronologicznie należą do czasów współczesnego nam pokolenia: stanowią interesujące spojrzenie na
wzajemne stosunki kulturalne, możliwości
współpracy na niwie humanistyki po przemianach politycznych z 1989 r. oraz roli wielkich rocznic i wydarzeń nad Wełtawą i Wisłą
w rozwoju kultury historycznej, relacji między badaniami i legendą publicystyczną pozostającą pod wpływem oczekiwań ze strony
aktualnej polityki, tego, co usiłuje się nazywać „polityką historyczną“. Dowodzą one,
podobnie jak wcześniejsze teksty, doskonałego przygotowania autora od strony warsztatowej i formalnej do realizacji tematu książki,
realizacji zapowiedzi zawartej we „Wprowadzeniu”. Należy zwrócić uwagę na obudowę
dokumentacyjną całości w postaci przypisów
– obszernych tam, gdzie tego wymaga temat
danego rozdziału. Przyjęta kompozycja sprawia, że całość jest przeznaczona zarówno dla
profesjonalistów, w tym historyków stosunków polsko-czeskich zwłaszcza w dwóch
ostatnich stuleciach, a także dla miłośników
przeszłości.
Prof. zw. dr hab. Marceli Kosman jest historykiem, pracownikiem naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Rada Obwodowa PZKO Trzyniec
oraz miesięcznik „Zwrot”
zapraszają na uroczystość
Z ADAMOWEJ DZICHTY
z okazji 100-lecia urodzin Adama Wawrosza
23.11.2013, godz. 16.00
Dom Kultury Trisia w Trzyńcu
W programie:
Utwory Adama Wawrosza w wykonaniu
Tadeusza Filipczyka, Karola Suszki, Mariana Mazura,
uczniów PSP im. Gustawa Przeczka w Trzyńcu oraz gości
Kapele Oldrzychowice, Gorole, Olza
Jednoaktówki Adama Wawrosza zagrają teatry
z Wędryni, Nydku, Mostów koło Jabłonkowa, Milikowa i Jasienia.
Prowadzenie wieczoru: Daniel Kadłubiec
pod patronatem
burmistrz Věry Palkovskiej
dyrektora Huty Trzynieckiej Jana Czudka
ZWROT | 11/2013
19
LITERATURA
EWA LIPSKA
pomiędzy Gretą Garbo
TEKST: Renata Putzlacher
a Sokratesem
ZDJĘCIA: Marian Horeczy
Z twórczością Ewy Lipskiej zetknęłam się po raz pierwszy
w gimnazjum. Tworzyliśmy wówczas grupę, która próbowała swoich sił w poezji pod czujnym okiem Władysława Sikory, pisarza
i pedagoga. Jedna z młodych adeptek pióra przyniosła na nasze
spotkanie antologię wierszy miłosnych polskich poetek współczesnych, zatytułowaną Ja i ty. W wydanej w 1982 roku książce znalazłyśmy m. in. wiersze Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Anny
Świrszczyńskiej, Wisławy Szymborskiej, Julii Hartwig, Urszuli Kozioł, Haliny Poświatowskiej i wielu innych poetek. Niektóre autorki „tęskniły wnętrznościami i gardłem” i „umierały z miłości”, natomiast Ewa Lipska w swym erotyku Bajka wzdychała w nieco inny sposób:
Jak bardzo wiele mamy lat
Pod tą leszczyną Pod tą leszczyną
Ciągłością umęczony świat
I czyją winą…
Muzykę do tego wiersza napisał krakowski pieśniarz Grzegorz
Turnau, który już jako nastolatek występował w legendarnej krakowskiej Piwnicy pod Baranami. Uświadomiłam sobie wówczas,
że znałam poezję Ewy Lipskiej już wcześniej dzięki wykonaniom
Marka Grechuty. Tak oto (również ze względu na magię piosenki
poetyckiej i klimat towarzyski) postanowiłam rozpocząć studia
polonistyczne w mieście Kraka.
Z poezją Lipskiej zetknęłam się w ramach zajęć poświęconych
ugrupowaniu literackiemu Nowa Fala, nazywanemu też Pokoleniem 68. Formacja ta skupiała twórców, dla których przeżyciem
pokoleniowym był marzec 1968 i grudzień 1970. Dla związanych
z nią poetów (Stanisław Barańczak, Adam Zagajewski, Ryszard
Krynicki, Jerzy Kronhold i wielu innych) szczególnie dotkliwe
było doświadczenie brutalnej manipulacji – język propagandy
komunistycznej tworzył bowiem rzeczywistość, która nie istnia-
20
ZWROT | 11/2013
ła. Postawili więc przed literaturą cel: miała odkłamać język władzy, gazet, propagandy i dać prawdziwe świadectwo czasu. Ewa
Lipska, która zawsze chętnie podkreślała, że jest poetką osobną
i przynależy do Pokolenia 68 tylko ze względu na metrykę i bliskie więzi, łączące ją z kolegami, opublikowała jednak w swym
debiutanckim tomie (a także w „Zwrocie” nr 11/70) wiersz, noszący tytuł My:
My – rocznik powojenny otwarty na oścież
zazdrościmy tym
którzy w wysokich sznurowanych butach
przeszli przez wojnę.
Wiersz kończą znamienne słowa:
Oddano narodzeniem naszym cześć – zabitym.
A pamięć przestrzeloną dźwigamy
już my.
W twórczości Ewy Lipskiej, która w niezbyt poetyckich czasach PRL-u uzbroiła się w ironię, gorzką mądrość i sceptycyzm,
wyczuwa się jednak nowofalową nieufność, próby przywrócenia
podstawowej równowagi pomiędzy światem a słowami, które ten
świat chcą nazwać. Od połowy lat siedemdziesiątych nowofalowcy nie występowali już jako grupa, niektórzy z nich zaangażowali
się w działalność opozycyjną. Każdy z nich wypracował własny,
bardzo osobisty język poetycki, natomiast łączy ich wieloletnia
zażyłość i przyjaźń (co nie jest w środowiskach artystycznych rzeczą oczywistą).
W ramach Miesiąca Spotkań Autorskich 2011, którego gośćmi honorowymi byli polscy pisarze, udało nam się zaprosić do
Brna poetę Adama Zagajewskiego, którego nazwisko przewija
się od lat w noblowskich rankingach, Ryszarda Krynickiego,
który w 2010 roku doczekał się reprezentatywnego czeskiego
wyboru swoich wierszy, a także Jerzego Kronholda, cieszyńskiego poetę, dzięki któremu nowofalowcy niejednokrotnie gościli
w naszym regionie.
Ewie Lipskiej udało się przyjechać do Brna dopiero w tym roku na zaproszenie brneńskich polonistów i Klubu Polskiego „Polonus”. Wieczór autorski krakowskiej poetki odbył się 23 października w wypełnionej do ostatniego miejsca sali Biblioteki
J. Mahena.
LITERATURA
Po latach spotkań z poezją tej mistrzyni paradoksu, autorki
zmiennej i poszukującej, której wiersze były śpiewane przez znanych krakowskich pieśniarzy, ale także przez Skaldów i zespół
Wawele (kto dziś pamięta dawny przebój Biały latawiec?), mogłam wreszcie posłuchać, jak Ewa Lipska czyta swoje wiersze. Teraz już jako mistrzyni poezji kameralnej, nie pozbawionej humoru, ale bardziej okrutnej niż kiedyś. W jej utworach nadal dominuje ironia i społeczny krytycyzm, mam jednak wrażenie, że
gdyby dziś chciała przedstawić swój manifest, pisałaby o świecie
massmedialnej papki i tandety, w którym powoli zapomina się
o tzw. kulturze wysokiej:
Od dłuższego czasu
obserwuję głupotę. Światowy bestseller. Napina
mięśnie w toksycznej siłowni.
Wiersz Głupota znalazł się w wydanym w 2012 roku zbiorze
poetyckich „niby-listów” (tak nazwał je krytyk Marian Stala), zatytułowanym Droga pani Schubert. Listy te pisze tajemniczy mężczyzna, samotnik, myśliciel, wspomina dawne spotkania, dzieli
się przemyśleniami. W czasach, w których zdaniem Lipskiej „pisanie o miłości zmieniło się w pisanie o seksie”, dawny kochanek
wspomina w listach do pani Schubert uczucie, które ich niegdyś
łączyło, w sposób nieco staroświecki. Najintymniejszym wyznaniem są tu słowa:
Czy pamięta pani jeszcze puls
guzików, na które zapinaliśmy się?
Czytamy tę poetycką, melancholijną korespondencję i oglądamy świat emocji, tęsknot i zawiedzionych nadziei. Ewa Lipska
jest miłośniczką muzyki poważnej i również dlatego nazwisko jej
bohaterki wywołuje muzyczne skojarzenia. Nie w tym jednak
rzecz. – Chodziło mi o spotkanie tych ludzi i o rozmowę o czasach,
w których żyją. Oni próbują je zrozumieć. Rozmawiają o przemijaniu i śmierci, czyli o tym wszystkim, o czym rozmawia każdy myślący człowiek – opowiadała autorka.
Panią Schubert zrodził Wiedeń, który w latach dziewięćdziesiątych stał się drugim domem krakowskiej poetki. Ewa Lipska
była wówczas radcą Ambasady RP i przez kilka lat kierowała Instytutem Polskim w Wiedniu, a dziś lubi tam wracać, by wędrować śladami nieżyjących pisarzy, malarzy i muzyków. Do Brna
poetka przyjechała prosto ze stolicy Austrii i od razu zauroczyło
ją również to morawskie miasto. Słuchając jej wierszy i zwierzeń
pomyślałam o Grecie Garbo i Sokratesie, bohaterach jej wiersza
Lustro. Krytyk Tomasz Fiałkowski napisał, że te dwie ikony pokazują nam całą rozpiętość ról, jakie jest nam dane w życiu odgrywać – „od symbolu wyrafinowanego piękna po mniej urodziwego nosiciela cierpkiej mądrości, w jakiego zmieniamy się z wiekiem”. W owym Lustrze widzę również dwie twarze autorki,
delikatnej i tajemniczej kobiety, która biorąc pióro do ręki po
męsku, w sposób rzeczowy i daleki od czułostkowości rozprawia
się ze światem. A jednak myśląc o wierszach, które chciałabym tu
przedstawić, wybrałam dwa lapidarne utwory i jeden „wiersz pod
górę, w którym za dużo cukru”.
Ewa Lipska
***
Historia znowu kiedyś
nie wyłączy żelazka
mówi z nadzieją ogień
zapatrzony w drewno.
ZAWDZIĘCZAM ŻYCIU
Zawdzięczam życiu
że pochylało się nade mną.
Dmuchało na łyżeczkę słońca
kiedy połykałam lato.
Inne dzieci z krzykiem podpalały latawce.
Kiedy umierałam żyło za mnie.
Kiedy żyłam umierało za mnie.
Zawdzięczam życiu
że kochała się we mnie miłość.
Do dzisiaj mnie zadziwia zenit ptaka
spadającego w afekcie do naszej rozmowy.
I ten wiersz pod górę
w którym za dużo cukru.
Lub za mało muzyki sfer.
PRZESŁANIE
Tak pisać aby nędzarz
myślał że pieniądze.
A ci co umierają:
że to urodziny.
ZWROT | 11/2013
21
W kręgu tradycji
Co rok, to prorok…
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu rodziny wielodzietne były często spotykane. Gdzieniegdzie we wspomnieniach
przedstawicieli starszego pokolenia można jeszcze usłyszeć: Było nas dóma jak apostołów.
TEKST: Grzegorz Studnicki, Leszek Richter
ILUSTRACJE: DARINA KRYGIEL
Jak zauważa Józef Ondrusz, na Śląsku Cieszyńskim rodziny wielodzietne patrzyły z lekceważeniem na tych rodziców, którzy posiadali nieliczne potomstwo, a o tych którzy mieli tylko jedną pociechę mówiono z przekąsem:
Majóm też jyny jednóm kukuczke (kukułkę).
Na jedynaka używano pejoratywnego określenia straszok, bo – jak mówiono – wystarczyło,
żeby nań wiaterek dmuchnął, a już rodzice
obawiali się o jego zdrowie i życie. Do wielodzietności odwołuje się powiedzenie Co rok,
to prorok, a jak przestympny to dwa.
Posiadanie kilku dzieci było wypadkową
społecznych wyobrażeń na temat szczęścia,
jakie spotyka rodziców obdarzonych licznym
potomstwem, szybkim zamążpójściem kobiet
i ich prokreacyjną funkcją, niskim poziomem
edukacji seksualnej, brakiem środków antykoncepcyjnych itd. Dzieci były również pewnym kapitałem rodziców, ponieważ gdy dorastały, pomagały w prowadzeniu i utrzymaniu
gospodarstwa. Posiadanie licznego potomstwa było też pośrednio wynikiem obaw wynikających z dużej śmiertelności dzieci spowodowanej nieszczęśliwymi wypadkami,
brakiem odpowiedniej higieny, występowaniem chorób, na które dawniej nie znano lekarstw lub nie było stać na nie itd.
Dawniej, w sytuacji, gdy na świat przyszło
dziecko mawiano, że: zaś nas przibyło o jednóm
łutrope, zaś prziszeł wrzaszczek, mómy cosi nowego, mómy gościa, nowóm gymbe (Podżorski
1933: 33). Kiedyś porody odbywały się w domach, zaś do ich odbioru wzywana była ludowa
akuszerka zwana hebamóm lub babiculóm, tak
jak miało to miejsce na obszarze góralszczyzny.
Za swoją pomoc otrzymywała ona najczęściej
pieniądze lub produkty spożywcze. Podczas
porodu najczęściej wypraszano wszystkich
z izby. Mężczyzna towarzyszący kobiecie przy
porodzie był praktycznie rzadkością. Współczesne porody nagrywane kamerą czy innym
sprzętem audiowizualnym za zgodą lekarzy są
przejawem radykalnej zmiany tych reguł.
Czynnościom porodowym towarzyszyły
także wierzenia i praktyki magiczne, takie jak
22
ZWROT | 11/2013
rozwiązywanie włosów, rozpinanie jakichkolwiek zapięć, gdyż węzły, zamykanie lub zapinanie czegoś utrudniało i opóźniało względnie spokojne i bezpieczne dla dziecka oraz
matki rozwiązanie. Można tutaj dostrzec elementy charakterystyczne dla tzw. magii Alkmeny, w ramach której wszelkie zamknięcie
kojarzone jest z uniemożliwieniem przebiegu
rozpoczętego procesu narodzin lub śmierci.
W przeciwieństwie do tego otwieranie, rozsupływanie, rozwiązywanie ułatwia i pomaga
przejść przez poszczególne etapy procesu,
w tym także ułatwia narodziny nowego życia.
Lucjan Malicki odnotował, że w celu spowodowania lekkiego porodu podawano do picia
położnicy wodę poświęconą w dniu św. Ignacego. O szczęśliwe rozwiązanie ciąży wiejska
położna, jak i położnica błagały także świętych, modląc się i głośno przywołując: św. Dorotę, św. Katarzynę, św. Barbarę (patronkę rodziny), św. Małgorzatę (opiekunkę brzemiennych kobiet).
W trakcie porodu hebama odcinała pępowinę i zawiązywała ją lnianą nicią na ścisły
węzeł, który w odróżnieniu od gładkiej nitki
lub tasiemki mocno się trzymał i chronił noworodka przed wykrwawieniem. Pępowinę
oraz łożysko starano się zakopać jak najdalej
od domu, w miejscu mało uczęszczanym. Badacze kultury ludowej odnotowywali także
przypadki, kiedy to kobiety zachowywały pępowinę, zawijały ją w szmatkę i przechowywały w skrzyni – miało to spowodować, że
dzieci nie rozejdą się po świecie, bądź zapewniało, że noworodek będzie dobrze się chowało oraz, że będzie szczęśliwy.
Zdarzało się także, że odciętą pępowinę
związaną w węzeł przechowywało się do czasu
pierwszego pójścia dziecka do szkoły – jeśli
potrafiło ją rozsupłać, wróżyło mu to szczególny talent do nauki.
Gdy dziecko urodziło się w czepku, tj. z kawałkami błon płodowych oblepiających główkę, wówczas po wysuszeniu starano się go zachować na pamiątkę, najczęściej trzymając
starannie za ramą świętego obrazu lub za belką sufitu. L. Malicki odnotowuje w swojej pracy o zwyczajach i obrzędach rodzinnych Górali Śląskich, że łożysko zwane też miejscem,
zakopywano niegdyś pod słodką jabłonką lub
gruszą, dzięki czemu – jak wierzono – zarówno dziecko, jak i matka nie dostawały mocnych bólów.
Odnotowuje on także, że wkopywano łożysko w jeden z rogów stajni (jednak w takim
miejscu, żeby się na nie gnój nie dostał) po to,
żeby dziecko się dobrze rozwijało. Jeśli nowonarodzone dziecko posiadało jakieś znamię,
należało je potrzeć krwią porodową, żeby
zniknęło. W Lipowcu koło Ustronia polecano,
aby dziecku, które przyszło na świat z dwoma
zębami, przed przystawieniem do piersi włożono do ust kawałek drewna, gdyż inaczej mogło stać się morą czyli duchem, który opuszcza
ciało człowieka w trakcie snu i dręczy innych
śpiących ludzi.
Sama położnica, zaraz po porodzie, otrzymywała do spożycia rosół z koguta, żeby – jak
argumentowano – szybko nabrała sił.
Ważny był także dzień tygodnia, w którym dziecko przychodziło na świat. Za najszczęśliwszy dzień uznawano niedzielę, zaś
najgorszym miał być piątek, ze względu na
to, że w tym dniu umarł Chrystus na krzyżu.
A to wróżyło dziecku rychłą śmierć lub ciężki żywot. Jeśli urodziło się w sobotę to mówiono, że będzie na robotę – tj. pracowite.
W życiu szczęście miało czekać na dziecko,
które urodziło się w czepku lub w znaku zodiakalnego lwa. Nieszczęśliwe zaś miało być to
urodzone o godzinie pierwszej popołudniu.
Wśród miesięcy nielubianych był maj, ponieważ uważano, że pociecha, która przyszła
w tym czasie na świat, miała być słaba i mało odporna na choroby. Oczywiście takie podejście
nie było regułą, bo przykładowo w okolicach
Śmiłowic funkcjonowało przekonanie, że dziecko majowe długo pozostaje młode i wcale się
nie starzeje. Wierzono także, że jak dziecko urodzi się z płaczem, to będzie zdrowe, mówiono
również, że jak dużo płacze, to mu się płuca rozwiną. Przyszły dostatek noworodka miało zdradzać jego bujne owłosienie, bo jak mawiano
każdy kudłaty bedzie bogaty. Powiadano także,
że dziecko urodzone w dzień będzie miało jasne
włosy, a urodzone w nocy ciemne. Żeby miało
włosy kędzierzawe, polecano położyć noworodka zaraz po urodzeniu na baranim kożuchu.
Nie bez znaczenia była pierwsza kąpiel
dziecka. W materiałach etnograficznych
W kręgu tradycji
można odnaleźć informację, że do wanienki
wrzucano srebrny pieniądz, żeby dziecka
dzierżały sie piniódze, a więc żeby nie chybiało mu w życiu grosza (Ustroń). Dziewczynkom dolewano do wody, w której odbywała
się pierwsza kąpiel, mleka, co miało im zapewnić w przyszłości piękną cerę. Czasem do
wanienki wkładano źdźbło słomy, żeby dziewczynka miała piękne i długie włosy. Zdarzało
się również, że do pierwszej kąpieli dodawano
także święconej wody, która miała chronić
dziecko przed urazami. Mówiono również, że
woda, w której odbywała się pierwsza kąpiel
dziecka nie powinna być za gorąca, wrzeć, bo
by potym ludzie nóń wreli a dziecko miało
gwałtowny charakter (stąd ogólnie znane powiedzenie w gorącej wodzie kąpany).
Po pierwszej kąpieli wodę wylewano do
ogrodu pod drzewo, ponieważ miała mieć
właściwości cudowne, zdolne ożywić umierające lub uschnięte drzewo owocowe. W okolicach Frydku wylewano ją na trawnik lub
w słoneczne miejsca, albo w takie, po których
nikt nie chodził. Wody z pierwszej kąpieli nie
należało wylewać na gnojowisko, ponieważ
dziecko byłoby chorowite oraz pod próg chlewa lub w samym chlewie, bo by wszystkie bydło wyginęło. Z kolei praktyka wylewania takiej wody w pobliżu domu miała zapewnić, że
dziecko będzie trzymało się go blisko. Po obmyciu, wykąpane dziecko wkładano do trzech
pieluch zakrywających ramiona oraz główkę
i obwijano powónikym lub powidokym. Układano je także na kwadratowej poduszce złożonej na krzyżówki i obwiązywano.
Jednego z najstarszych świadectw dotyczących wyobrażeń na temat wegetatywnej mocy
przypisywanej nowonarodzonemu dziecku
dostarcza informacja zawarta w powstałym
na przełomie XVI i XVII w. Dzienniku Johana Tilgnera. Możemy się z niej dowiedzieć:
Aby zboże dobrze się udało (obrodziło), powinno się nowonarodzone dziecko położyć
do chusty siewcy pod ziarno (…).
J. Ondrusz zauważa, ze dziecko zaraz po
obmyciu było podawane ojcu do pocałowania,
a następnie wszystkim dzieciom po kolei, tak,
żeby go wszyscy pokochali. Pilnowano jednak,
żeby nie podać noworodka dziecku, które
jeszcze nie mówiło, bo zgodnie z jedną z powiarek, musiałoby to dziecko poczekać z rzeczóm (mówieniem) na tego młodszego. Po
urodzeniu dziecka pilnowano także, by podczas pierwszego oblekania koszulki, do rękawka najpierw wsunąć prawą rękę niemowlęcia,
nigdy zaś lewą, bo inaczej dziecko byłoby majdawe (leworęczne). Praktykowane było także
– np. w Brennej – przyodziewanie dziewczynki w koszulę, którą poprzednio nosił chłopiec.
Wynikało to z przeświadczenia, że dzięki temu otrzyma jego siłę. Znana była także praktyka polegająca na tym, że na noworodka kładziono lub przesuwano po jego ciele częścią
garderoby należącej do płci przeciwnej – miało
to zapewnić w przyszłości powodzenie u dziewcząt, jeśli był to chłopiec, lub na odwrót.
Przyjście syna było szczególnie wyczekiwane przez ojców. Powiadano, że jak w rodzinie pierwsza na świat przyszła dziewczynka,
to żywot tej rodziny będzie opłakany, a ojciec
nie zostanie fojtym (wójtem). Pozytywne wartościowanie chłopca mogło owocować tym,
że zanim przyszedł na świat syn, w międzyczasie urodziło się kilka dziewczynek. Zaś ro-
dzinę, w której były same córki określano fortuszkowóm familijóm. Funkcjonowało też powiedzenie, że jak sie dziołcha urodzi, to tak
jakby człowiek roz wygorzoł, abo se zrobił sto
tysiyncy dłógu. Ukazuje to poniekąd funkcjonującą formę przemocy symbolicznej, w której pozytywnie wartościowane jest to, co ma
pierwiastek męski.
Współcześnie porody odbywają się w szpitalach na oddziałach położniczych, a pierwsze godziny czy dni życia dziecko wraz matką
spędza w przestrzeni szpitalnej. Poród domowy jest rzadkością, i jeżeli jest planowany, to
tylko przez nielicznych. Posiadanie odpowiedniego kapitału umożliwia rodzicom na
porody rodzinne, w wodzie, a na skutek przenikania informacji pochodzących z innych
obszarów kulturowych i opracowań naukowych pojawiających się w pismach lub portalach internetowych, popularność zyskują
również metody porodu w pozycji wertykalnej, która notabene określana jest jako najbardziej naturalna. Współcześnie, dla rodziców oczekujących rozwiązania istnieje potencjalne wsparcie w postaci szkół rodzenia,
porad ekspertów od położnictwa, psychologów
itd. Informacje jak postępować z dzieckiem
po urodzeniu, podczas kąpieli, jak je pielęgnować dostarczają odwiedzające pielęgniarki. Rad takich dostarczają również dziadkowie, rodzeństwo, które posiada własne pociechy, koleżanki oraz prasa i Internet.
Źródła:
Kiereś M., Tradycja a współczesność, [w:] (red.) I. Panic,
Ustroń 1305–2005, tom 1., 1305–1945, Ustroń 2005, s.
491–573.
Malicki L., Zarys kultury materialnej Górali Śląskich. Materiały do kultury społecznej Górali Śląskich, Katowice 2004.
Niesłanik Fr., Materiały ludoznawcze zebrane wśród ludu Lipowca w ostatnich latach, „Zaranie Śląskie”, r. 6, z. 1,
Cieszyn 1930a, s. 41–43.
Ogrodowska B.: Polskie tradycje i obyczaje rodzinne,
Warszawa 2008, s. 28–41.
Ondrusz J., Dziecko w świetle powiarek ludu Cieszyńskiego, „Kalendarz Zwrotu 1957”, Ostrawa 1956, s. 110–118.
Pilch M., Wisła naszych przodków, Wisła 1979.
Sławiczek J., Macierzyństwo w zwyczajach ludu polskiego na Śląsku, „Kalendarz Miłośników Skoczowa 1998”,
Skoczów 1997;
Świbówna E., Materiały ludoznawcze, „Zaranie Śląskie”,
5: 2, Cieszyn 1929a, s. 98–100.
Tilgner J, Dziennik; opracowanie: Idzi Panic, Kraków 2012.
Tomeš J., Obyčeje [w:] (red.) Jarosłav Štika, Ivo Stolařik,
Těšínsko. Rodina a obec. Obyčeje. Lidové léčtelství, Český Těšín
2001.
Zowada R., Rola „babki” oraz innych osób w zabiegach
związanych z łożyskiem,czepkiem, pępowiną oraz pierwszą
kąpielą dziecka [w:] (red.) Kłodnicki Zygmunt, Pieńczak,
Agnieszka, Komentarze do Polskiego Atlasu Etnograficznego.
Tom 9/1, Zwyczaje, obrzędy i wierzenia urodzinowe; część I.:
Zwyczaje, obrzędy i wierzenia związane z narodzinami i wychowaniem dziecka. Wrocław-Cieszyn 2010, s. 83–136.
ZWROT | 11/2013
23
WSPOMNIENIA
70 lat od tragicznych wydarzeń
NA Czantorii
TEKST: Janina Turkowa
ZDJĘCIA: Archiwum rodzinne
I.
Mój ojciec urodził się w dniu 6 listopada
1913 roku. Był trzecim dzieckiem w rodzinie
Madziów. Pierwsza urodziła się Zuzka, jako
drugi Karol a po dziewięciu latach, właśnie
mój ojciec Jan. Jego ojciec a mój dziadek,
również Jan, pochodził z Wisły, babcia (Marysia) była stąd, z Nydku. W czasie młodości
moich pradziadków Śląsk Cieszyński należał
do Monarchii Austro-Węgierskiej. Nie było
wtedy granic, ludzie przemieszczali się z miejsca na miejsce bez większych problemów,
i tak mój dziadek znalazł kawałek ziemi właśnie w Nydku.
Można by powiedzieć, że ojciec wyrastał
w normalnej rodzinie. Dziadek nie bał się
pracy, a ponieważ tutaj jej nie było, znalazł ją
najpierw w Wiener Neudstat, czyli Wiedeńskim Nowym Mieście pod Wiedniem. Później pracował w Witkowicach, a na koniec
w Hucie Trzynieckiej. Konkretnie na walcowni. A że wtedy koła zębate smarowano
smalcem, zdarzało się nie raz, że część smalcu, zamiast na kołach, znalazła się na pajdzie
chleba któregoś z robotników.
Chociaż rodzinie niczego nie brakowało,
nie żyła ponad stan. Dziadek lubił sobie wypić, niemniej miał łagodny charakter i babcia bez większych problemów dawała sobie
z nim radę.
Drugą datą, którą muszę przypomnieć, to
22 stycznia 1918 roku. Wtedy urodziła się
nasza mama Anna Pilch. Było to wielkie wydarzenie, ponieważ jej matka, a moja babcia
Maria Pilch, co prawda urodziła wcześniej
już 18 dzieci, jednak umierały one kilka godzin lub dni po porodzie. A wszystko za
sprawą konfliktu serologicznego. Stąd też, po
tylu nieudanych próbach babcia Maria i jej
mąż, dziadek Paweł, postanowili zaadoptować dziecko, niemowlaka Helenkę (Halkę).
Po 12 latach urodziła się moja mama, a później, za mniej więcej cztery lata, wujek Paweł.
Był jeszcze Karolek, ale ten zmarł w wieku
czterech lat na zapalenie płuc.
Z małej Ani urosła śliczna dziewczyna
i babcia była ze swojej córki należycie dumna. Trzeba jednak dodać, że jej siostra Halka, chociaż adoptowana, zawsze była przez
babcię traktowana tak samo, jak pozostałe
24
ZWROT | 11/2013
rodzeństwo. Już jako starsza pani zawsze mile wspominała naszą babcię, opowiadała na
przykład, jak chodziła do szkoły w ślicznej
sukience, którą uszyła jej mama.
Czas płynął i pewnego dnia Ania poznała
przystojnego Janka Madzię. Po roku znajomości, 17 lipca 1937 wzięli ślub. Była ładna
pogoda, mnóstwo gości, i tyleż samo dobrego jedzenia i picia. Niemniej w czasie ślubu
zdarzyło się kilka rzeczy, które zwiastowały,
że rozpoczynająca się właśnie dla nich
wspólna droga przez życie nie będzie prosta
i łatwa. Zaczęło się od tego, że pan młody
w drodze ze Strzelmej na Nową Osadę, gdzie
mieszkała panna młoda, przypomniał sobie,
że zapomniał w domu bukietu ślubnego. Na
szczęście jego kuzynka pożyczyła od kogoś
rower i pojechała po bukiet. Sam ślub miał
odbyć się w kościele w Bystrzycy nad Olzą.
Pogoda zaczęła się psuć. Kiedy tylko
ostatni goście weselni zasiedli w kościelnych
ławach, a para młodych stanęła przed ołtarzem, rozpętała się burza. Prawdopodobnie
w słup wysokiego napięcia trafił piorun, bowiem w kościele zgasły wszystkie światła. To
nie była dobra wróżba. Zapanowała konsternacja. Na szczęście po kilku minutach światła ponownie zabłysły i ceremonia mogła zostać zakończona.
Po ślubie młoda para zamieszkała u rodziców panny młodej. W 1938 roku, a dokładnie 6 marca urodziła im się córka, której
dali na imię Janka. To byłam ja.
Niestety czas ten był również okresem
wielkich politycznych zmian na świecie, co
oczywiście odbiło się też na Śląsku Cieszyńskim. W 1938 roku Polska zajęła Zaolzie,
w 1939 roku rozpoczęła się II wojna światowa. W czasie okupacji Niemcy zaczęli sprawdzać narodowość tutejszych mieszkańców.
Ci, którzy się tutaj urodzili, mówili „po
naszymu”. Pracownicy państwowi, którzy
zostali tutaj sprowadzeni, mówili po czesku.
Za czasów I republiki w naszych gminach
zaczęli budować czeskie szkoły. Pieniądze
szły z tak zwanych „Funduszy Masaryka”.
Ludzie, którzy pracowali a ich przełożonym
był Czech, musieli pod groźbą utraty pracy
wysyłać dzieci do tych właśnie czeskich szkół.
I tak rozpoczęło się poczeszanie tutejszej
ludności. Warto dodać, że do 1920 roku na
Śląsku Cieszyńskim były tylko szkoły polskie i niemieckie.
Na każdym pograniczu pojawiają się problemy. U nas także. W czasie okupacji część
mieszkańców przyznała się do narodowości
czeskiej, większość do polskiej. Dla tych
ostatnich, zwłaszcza z uwagi na opór, jaki Polska stawiała Hitlerowi, nie wróżyło to nic dobrego. W tym okresie dochodziło także do
niemieckiej agitacji, szczególnie wśród młodych ludzi, żeby przyjęli narodowość śląską.
Ojciec dobrze wiedział, czym to śmierdzi. Armatnim mięsem. Dlatego namawiał ludzi, by
Volkslisty nie podpisywali. I oczywiście ktoś
na niego doniósł.
II.
Paweł, brat mamy, pomimo ostrzeżeń
narodowość śląską przyjął. I tak, w wieku 18
lat stał się niemieckim żołnierzem. Podobnie zachowali się jego koledzy, z takim samym skutkiem. W wojsku wszyscy rozmawiali tylko po niemiecku, nikt nie mógł wyjawić, że u niego w domu mówi się w innym
języku. Z tego co pamiętam, wujek Paweł
wysyłał do domu zdjęcia z miejsc, w których akurat się znajdował. Najpierw z Francji, później z Rumunii, Bułgarii, w końcu
został przeniesiony na front wschodni, rosyjski. Nim został zabrany do wojska, był listonoszem.
WSPOMNIENIA
Kiedyś do domu przyszli cyganie. Jedna
z cyganek umiała czytać z ręki. Mojej matce
wywróżyła, że będzie miała pięcioro dzieci.
I miała rację, bo była nas piątka. Powróżyła
także wujkowi Pawłowi. W jego dłoń długo się
wpatrywała i następnie ostrzegła, żeby unikał
miejsc z wysokimi drzewami. I ta wróżba się
wypełniła. Wujka Pawła zabił na froncie odłamek. Trafił go w głowę i wujek był martwy na
miejscu. Stało się to na Ukrainie, koło Berdyczowa. A Ukraina – sama równina z lasami.
Tylko drzewa urozmaicają nudny pejzaż.
Gdzieś po 14 dniach przyszedł do babci
mężczyzna w mundurze i poinformował ją,
że Paweł „poległ za Rzeszę śmiercią bohatera”. Przyniósł także jego rzeczy osobiste – zegarek, sztućce itp. To była dla nas w domu
tragiczna wiadomość. Po prostu szok. Nikt
nie chciał w to uwierzyć. Paweł zginął z Nydku jako pierwszy.
III.
W trudnych warunkach okupacji 22 kwietnia 1942 roku urodził się mój brat Jerzy. Pamiętam, że był miłym i pulchnym dzieckiem.
A także najukochańszym wnukiem dziadka
Pawła.
Dziadek Paweł walczył w I wojnie światowej. Dostał się do niewoli i jakiś czas, jako więzień, przebywał na Sycylii. Po kilku miesiącach
został zwolniony. Wrócił do domu i zaczął szukać pracy. Znalazł ją w Nydku, został grabarzem. Był także dzwonnikiem. Codziennie
chodził do ewangelickiej kaplicy, by zadzwonić w samo południe. Znany był z tego, że był
bardzo dokładny. Pewnie dzięki szwajcarskiemu zegarkowi, który mierzył czas według sygnału radiowego. Z uwagi na swoją uczciwość
i dokładność cieszył się dużym poważaniem.
Życie płynęło dalej a represje Niemców
wobec ludności stawały się coraz bardziej
dotkliwe. Pewnego dnia tata nie wrócił z pracy do domu. Zawsze, kiedy wracał z huty,
biegłam mu naprzeciw. Czasami dawał mi jakiś smakołyk, czasami tylko wracaliśmy trzymając się za ręce i byłam cała szczęśliwa, że
wracam z ojcem. Tego dnia wróciłam sama.
IV.
W hucie tego dnia wrzało, wszędzie było
pełno gestapowców. Aresztowane tego dnia
osoby były przetrzymywane w pomieszczeniu na dworcu. Wśród „wybrańców” był też
mój ojciec. Zaczęły się przesłuchania. Po
przesłuchaniu mężczyzn skuwano po dwóch
kajdankami, czyli mogli poruszać się tylko
razem. Ojciec był „nieparzysty” i został sam.
Tajemnicą poliszynela było, że ci, których
zamknięto, zostaną wywiezieni do obozu
koncentracyjnego w Oświęcimiu.
W tym okresie zostało aresztowanych
wielu polskich księży, nauczycieli, przedstawicieli zwłaszcza polskiej inteligencji oraz
Żydów. O tym wszystkim ojciec rozmyślał
przed przesłuchaniem. W trakcie samego
przesłuchania ojca zaskoczyło, że gestapowiec położył przed sobą jego „papiery”, na
których nazwisko Jan Madzia podkreślone
było pięciokrotnie czerwonym kolorem.
I wtedy pomyślał, że jeżeli czegoś nie zrobi,
to jego przyszłością będzie dym z komina
w Oświęcimiu.
Było po południu. Gestapowiec, który
prowadził przesłuchania od samego rana,
był zmęczony. Wstał, przeciągnął się i stanął w drzwiach, które prowadziły na peron.
W pokoju były jeszcze jedne drzwi, które
prowadziły do przechowali bagażu a stamtąd do hali trzynieckiego dworca. Ojciec
stał przy stole i czekał. Zbliżał się pociąg
z robotnikami, którzy pracowali w hucie na
drugiej zmianie. Hałas przyjeżdżającego
Jan Madzia z synem Pawłem przy krzyżu (w miejscu, gdzie dziś stoi pomnik), maj 1959 r.
pociągu był na tyle wielki, że gestapowiec
nie słyszał, co dzieje się za jego plecami. Ojciec, chociaż skuty kajdankami i trzymający
teczkę pod pachą, otworzył łokciem drzwi
do przechowalni bagażu. Tam starał się go
zatrzymać jakiś „ajznboniak”. A że ojciec
był silnym i wysokim mężczyzną, pchnął go
i bez trudu otworzył drzwi prowadzące do
hali dworca. Wmieszał się w tłum robotników i wyszedł na zewnątrz.
Przebiegł przez drogę i zaczął wspinać się
po zalesionym zboczu. Uciekał na Borek,
później do Lesznej Dolnej. Biegł także korytem potoku, żeby zmylić psy tropiące. W końcu schował się w łanie żyta, gdzie przeczekał
do wieczora.
Kiedy zaczęło się ściemniać, poszedł do
Lesznej Górnej, do naszej cioci Pustówkowej.
Była to siostra cioteczna naszej babci Marii
a nasza rodzina utrzymywała z nią bliski kontakt. Pustówkowie mieli na Podlesiu (pod
Czantorią) gospodarstwo – kilka krów, owiec,
prosiaków. Ojcu udało się dotrzeć do ich domu. Zastukał w okno. „Kdo tam?” usłyszał
w końcu głos ciotki. Ojciec przedstawił się
i poprosił, żeby wyszła na zewnątrz. Kiedy zobaczyła go z kajdankami na rękach załamała
ręce. „Mój Boże synku, co ci to zrobili?”, powiedziała tylko i zaprowadziła go do drewutni. Tam, za pomocą przeróżnych narzędzi zaczęli wcale niełatwą „potyczkę” z kajdankami.
O świcie ojciec miał wolne ręce. Kajdanki
schował w chlewie za belką mając nadzieję, że
ich nikt nie znajdzie. Cioci podziękował i pobiegł na Czantorię. Już wcześniej słyszał, że
właśnie tam partyzanci mają swój bunkier.
Ojciec w zasadzie nie miał wyboru, bo gdzie
indziej, niż do partyzantów miał pójść? Dodam tylko, że partyzantami byli mężczyźni,
którzy albo nie dali się zaciągnąć do Wermachtu, albo z niego zdezerterowali.
Jan Madzia z córkami Anną i Janiną w latach 70-tych. XX wieku.
ZWROT | 11/2013
25
WSPOMNIENIA
Pomnik pod Czantorią z nazwiskami zamordowanych partyzantów.
Ojciec szedł przez budzący się właśnie
las. Rozglądał się, czy ktoś go nie śledzi.
Wtem, gdzieś sto metrów przed sobą, zobaczył niemieckiego żandarma. Schował się za
pień starego świerka. „Co za pech”, pomyślał. „Ledwo co udało mi się uciec gestapowcom, to teraz złapie mnie w lesie inny Szkop”,
kołatało mu w głowie. Za jakiś czas usłyszał:
„Janek, to ty?” Ojciec wyjrzał zza drzewa.
Okazało się, że owym niemieckim żandarmem był jego kolega z Nydku, który zdezerterował z niemieckiej armii, a mundur żandarma był tylko przebraniem. I kolega ten
należał teraz do grupy partyzantów spod
Czantorii. Poinformował ojca, że jest poszukiwany, i że wszędzie podali jego dokładny
opis. Ponadto za jego „głowę” jest wypisana
nagroda pieniężna. Niemcy na ulotkach
i ogłoszeniach informowali, że ktokolwiek
ojca zobaczy, natychmiast powinien o tym
poinformować niemieckie urzędy. Jakoś
nikt się do tego nie garnął.
Ojca bardzo interesowało, skąd partyzanci wiedzieli o jego ucieczce. „Mamy swoich
informatorów”, usłyszał tylko. Informatorem
okazał się leśniczy Mendrok z Jaworzynki.
„Niemiecki żandarm” zaprowadził ojca do
bunkra. Jego mieszkańcy byli członkami polskiej Armii Krajowej (AK). Jeszcze tego samego dnia wieczorem, w pełnej konspiracji,
przeszli do Ustronia, gdzie był ich dowódca,
pseudonim „Jastrząb”. W jego obecności ojciec przysięgał wierność AK. I w ten sposób
rozpoczęło się partyzanckie życie mojego ojca. Nie było ono wcale łatwe. Choćby z uwagi na jedzenie. Czasami jakąś żywność przyniosła im panna Pytlowa, czasami coś musieli upolować w lesie sami.
W tym czasie rozpoczęły się wysiedlenia
rodzin. W każdej wiosce było kilka więk26
ZWROT | 11/2013
szych, kilkuhektarowych gospodarstw z końmi, krowami, owcami, całym dobytkiem.
Często, jeżeli właścicielem gospodarstwa była polska rodzina, z rozkazu Gestapo lub SS,
została wywieziona do Niemiec. Mogli z sobą zabrać tylko kilkukilogramowe bagaże. Po
wywiezieniu do ich gospodarstw sprowadzano rodziny niemieckie, wierne Hitlerowi. I te
zaczęły się rządzić jak na własnym. Takich
przypadków było na Śląsku Cieszyńskim
bardzo wiele.
Działalność partyzantów polegała nie
tylko na ochronie tutejszych mieszkańców
i odciąganiu części niemieckich sił z frontu,
ale też na zastraszaniu niemieckich osadników. Tylko zastraszaniu, bowiem zabicie
jednego niemieckiego osadnika, członka
Gestapo lub SS, równało się z wymordowaniem całej wioski. I z tego partyzanci bardzo
dobrze zdawali sobie sprawę.
W Lesznej Dolnej do jednego z „opuszczonych” gospodarstw wprowadził się wierny Hitlerowi Niemiec z całą rodziną. Wobec
naszych ludzi zachowywał się arogancko.
Długo jednak tam nie pomieszkał. Któregoś
dnia wieczorem ktoś zapukał do jego drzwi.
Kiedy zapytał po niemiecku „Kto to?”, usłyszał w odpowiedzi bezbłędny niemiecki, że
„przyjaciel, taki i taki, i że chce pograć z nim
w karty, bo mu się w domu nudzi”. No i otworzył. A za drzwiami stało kilku uzbrojonych
mężczyzn. Obezwładnili go, a w międzyczasie kilku innych wpadło do domu i odcięło
telefon. Zabrali także broń, którą znaleźli.
Całą niemiecką rodzinę zapędzili do jednego
pokoju. Samowolnemu gospodarzowi kazali
się ubrać, że zaraz zabiorą go do lasu. Po lamentach i prośbach całej rodziny partyzanci
zgodzili się, że go nie zabiją, ale pod warunkiem, że odejdzie z tego gospodarstwa. Tak
też się stało. Nie minął tydzień i Niemiec
z całą familią wyjechał. Historia ta szybko
rozniosła się po okolicy i dotarła także do pozostałych „osadników”. Niektórzy postanowili wyjechać. Jeden z celów, który był motywem działania partyzantów, został spełniony.
V.
A co działo się u nas w domu? Jak już
wspomniałam, Gestapo szukało ojca, wysłano za nim list gończy. Działania te przejawiły się również bezpośrednio u nas w domu.
Przyszło do nas z 12 ludzi w uniformach.
Nie wiem, czy byli to żołnierze, czy żandarmi, w każdym razie przewrócili cały dom,
włącznie z poddaszem, do góry nogami.
W stodole też ojca szukali. Myśleli pewnie,
że schował się w sianie lub słomie. Kazali
dziadkowi Pawłowi przerzucać siano i sami
wszędzie kłuli widłami, ale ojca nie znaleźli.
Był wtedy koniec lata. Pamiętam, że tego
dnia babcia Maria, ciocia Halka i mama kopały ziemniaki. I chociaż Niemcy tego dnia
odeszli, to nie na długo.
Ciąg dalszy wspomnień w następnym numerze
REGION
Słynny żeglarz w Boguminie
ZDJĘCIA: ANNA MITRENGA
BOGUMIN/ W ostatni dzień października zjawił się w swoim
rodzinnym mieście Boguminie razem z żoną słynny żeglarz
Richard Konkolski. Żeglarz mieszkający obecnie w Newporcie
przyjechał odebrać nagrodę miasta Bogumina.
Po uroczystości w ratuszu, na której wręczono mu nagrodę,
spotkali się z Konkolskim koledzy z dzieciństwa. Później w bogumińskim kinie K3 odbyło się kolejne spotkanie pt. „Życie Richarda
Konkolskiego”, w trakcie którego sportowiec opowiadał o swoich
podróżach i osiągnięciach. Towarzyszyła mu żona Miroslava, jego
matka Jana Boudová, przyszły też jego dwie siostry. Konkolski
wpisał się w świadomość ludzi jako legenda żeglarstwa i zarazem
pierwszy w historii żeglarz, pochodzący z kraju bez morza, który
zaliczył podróż dookoła świata. Uprawnienia żeglarskie zdobył
pod koniec lat sześćdziesiątych w Polsce. W pierwszej połowie lat
70. zasłynął podróżą dookoła świata. W roku 1982 emigrował do
USA.
– Moi przodkowie pochodzą z gminy leżącej na terenie Dziećmiorowic, którą kiedyś nazywano Konkolna, los chyba tak chciał,
że urzędnicy po prostu zapisali moje nazwisko z polską końcówką
– twierdził pytany o polskie nazwisko. Z Polską łączyło go znacznie więcej. To tam żył przez kilka lat, tam zyskał pseudonim „Twardy Richard”, zdobył uprawnienia żeglarskie, nauczył się języka polskiego, zaliczył pierwsze rejsy morskie organizowane przez polskie kluby żeglarskie. W Polsce też zrobił staż kapitański i zdobył
patent.
Pierwszą, własnoręcznie zbudowaną łódką była Nike, mierząca
7,5 m długości, na której w 1971 r. odbył rejs dookoła Danii a później podróż dookoła świata, którą zakończył w 1975 r. przepływając
33 tysięcy mil. Polacy uhonorowali go nagrodą Rejs Roku oraz nagrodą „Konrada”, natomiast czechosłowackie władze państwowe
były niezadowolone z jego poczynań. Sytuacja wyostrzyła się na
tyle, że nie dopuszczono go do startowania w regatach BOC Challenge. Dlatego zdecydował się emigrować do USA. Konkolski jest
jednym z pierwszych ludzi, którzy opłynęli trzykrotnie świat samotnie. W czasie, kiedy w Czechosłowacji był oskarżany a nawet
skazany na więzienie, w USA rozkręcał biznes, produkował filmy
dokumentarne, pisał książki. Jego żona zajmowała się także pisaniem o żeglarstwie Richarda, ale z punktu widzenia kobiety, która
całymi dniami czeka na powrót męża z wód oceanu.
Otrzymał mnóstwo nagród, czterokrotnie zdobył tytuł „żeglarza”
roku w trzech różnych państwach. W bieżącym roku zyskał w RC kilka odznaczeń, ostatnim z nich był „Medal za Zasługi na Rzecz RC
w Dziedzinie Sportu”, przekazany 28 października przez Prezydenta
RC Miloša Zemana.
(AM)
ZWROT | 11/2013
27
REGION
Nakrycia trumienne
Do szczególnie cennych zabytków zgromadzonych w Muzeum Śląska Cieszyńskiego należą siedemnastowieczne tarcze
trumienne czy inaczej nakrycia trumienne bractwa cieszyńskich winiarzy.
- Ich wyjątkowe znaczenia polega na tym, że są dziełem sztuki
malarskiej na wysokim poziomie, a jednocześnie stanowią bogaty
materiał archiwalny dotyczący tego niezwykłego bractwa, które
członkowie uważali za cech. Historia wyszynku wina w Cieszynie,
podobnie jak warzenia piwa i jego sprzedaży, sięga XV wieku. Jednak różna interpretacja przepisów lub ich brak, i wynikające z tego
ciągłe spory pomiędzy zainteresowanymi stronami spowodowały,
że w 1583 roku wydano tzw. listy winne, których zakup uprawniał
nabywcę do handlu winem, oczywiście zgodnie z ustalonym regulaminem i w określonym czasie. Tak więc właścicielami listów winnych stało się kilkudziesięciu mieszczan cieszyńskich, których stać
było na zakup akcji winnych i handlowanie winem sprowadzanym
z Moraw, Austrii, Węgier, a później również z Włoch – mówi historyk
sztuki Irena Adamczyk.
Tradycja tarcz trumiennych
Nakrycia trumienne należą do zespołu zabytków funeralnych
związanych z obrzędem pogrzebowym członków cechu, a w tym
wypadku bractwa winiarzy. Jak podaje Irena Adamczyk, tradycja
umieszczania na trumnie członka cechu tarczy czy nakrycia, sięga
XVI wieku, a wyjątkowo przetrwała do XIX wieku. Można się z nią
spotkać na terenach Niemiec, Śląska i Czech. Obecnie jedną z największych kolekcji posiada Muzeum Narodowe we Wrocławiu. Tracze wykonywane były z różnych materiałów – cyny, srebra i innych
metali, z drewna i tkaniny, i wykorzystywano je wielokrotnie, co
oczywiście spowodowało, że tych na tkaninach, a zwłaszcza na deli-
28
ZWROT | 11/2013
katnym jedwabiu nie zachowało się zbyt
wiele. Kształt tarczy był zazwyczaj okrągły
lub owalny, często z wycięciami, jak w kartuszach herbowych, rzadziej prostokątny,
jak w przypadku cieszyńskich. Zdobiono je
haftem, aplikacjami, malaturą, natomiast
metalowe repusowaniem, rytowaniem i złoceniem, a drewniane snycerką. Sygnatury
wykonawców pojawiały się rzadko, najczęściej na tarczach wykonanych przez złotników. Na ikonografię tarcz
cechowych składało się kilka tematów. Na ogół dominowały charakterystyczne dla danego społeczeństwa rzemieślniczego godła, które
swe początki wzięły z średniowiecznej heraldyki szlacheckiej. Obok
nich występowały trzymacze, korony oraz wieńce, najczęściej laurowe. Na wielu pojawiały się inskrypcje, nazwiska mistrzów cechu lub
ich inicjały. Fundatorami tarcz trumiennych byli mistrzowie cechu,
bractwa czeladnicze lub też indywidualni mistrzowie, którzy w ten
sposób chcieli się uwieńczyć.
Cieszyńskie nakrycia trumienne
Cieszyńskie tarcze trumienne pochodzą z dawnych zbiorów ks.
Leopolda Jana Szersznika i należą w ogóle do najstarszych zachowanych, wykonanych na tkaninie jedwabnej. Muzeum posiada
cztery malowane farbą temperową nakrycia, które parami zawieszane były na trumnie członka bractwa. – Pierwsze dwie zostały zlecone do wykonania w 1645 roku, o czym świadczy również zapis na
jednej z nich, natomiast pozostałe dwie wykonano około 1660 roku.
Oprócz godła bractwa winiarskiego posiadają atrybuty wanitatywne (czaszki, klepsydry, zgaszone świece, itd.), sceny religijne oraz
inicjały mistrzów bractwa oraz inskrypcję dotyczącą zlecenia ich
wykonania – opisuje historyk sztuki. Niezwykle cennym jest nakrycie, na którym zamieszczono herb Cieszyna, który należy do najstarszych zachowanych, malowanych herbów miasta.
REGION
Konserwacja i ekspozycja
W 2003 r. wszystkie cieszyńskie nakrycia trumienne zostały poddane całkowitej konserwacji. Niezwykle żmudne prace zostały przeprowadzone przez Barbarę Kalfas oraz Tadeusza Stopkę z Krakowa. Przez
kilka lat, ze względu na zalecenia konserwatorskie, nie były prezentowane na ekspozycji. Jednak od 2011 roku, kiedy udało się zrobić specjalną komodę wystawienniczą, stanowią ozdobę ekspozycji cieszyńEmilia Świder
skiego muzeum i cieszą oko zwiedzających.
ZWROT | 11/2013
29
WYDARZENIA
Zakończyli sezon
BYSTRZYCA / Organizatorzy i uczestnicy wtorkowych wycieczek
PTTS „Beskid Śląski” w RC spotkali się 22 października w Domu PZKO
w Bystrzycy na imprezie zorganizowanej na zakończenie tegorocznego sezonu turystycznego.
Ponad pół setki miłośników spędzania wolnego czasu na górskich szlakach korzystając z pięknej, słonecznej pogody do bystrzyckiego Domu PZKO wyruszyło
okrężną, 10-kilometrową trasą przez Praszywą. Pozostali, czyli ci, którym stan zdrowia nie pozwala już na
wędrówki po górach, a wciąż czują się związani Beskidem i chcieli zobaczyć się z dawnymi przyjaciółmi ze
szlaku i poczuć atmosferę turystycznego spotkania,
przyszli wprost do domu PZKO.
Na miejscu podsumowano miniony sezon, w którym
zorganizowano 13 wtorkowych wycieczek, w których
udział wzięło około 360 uczestników. Omówiono także
ramowy plan wycieczek na przyszły rok. Zaplanowano
podróże w miejsca, które trzeba odwiedzić, by zdobyć
Międzynarodową Odznakę Turystyczną Beskidy II. W planie jest także
trzydniowa wycieczka w Wysokie Tatry i tygodniowa na Szumawę.
Działacze bystrzyckiego Koła PZKO a zarazem PTTS „BŚ” przygotowali poczęstunek. Reszta dnia turystom minęła na rozmowach
o górach i nie tylko, a także na wspólnym śpiewaniu turystycznych
i regionalnych piosenek przy akompaniamencie.
(indi)
W Avionie bez stereotypów
W MUZEUM
O ALFONSIE MATTERZE
CIESZYN / 30 października w Muzeum Śląska Cieszyńskiego w Cieszynie odbyło się kolejne z cyklu Spotkań Szersznikowskich.
Pracownik Muzeum Irena Frencz opowiedziała o niezwykle ciekawej postaci Alfonsa Mattera – Niemca, który wiele wniósł nie tylko
do zabudowy miasta Cieszyna, ale także jego polskiej kultury. Sporo
w jego życiorysie było wątków dzisiejszego Zaolzia – swą cegielnię,
pierwotnie zlokalizowaną przy dzisiejszej ulicy 3 Maja w Cieszynie,
przeniósł do Ropicy. W Sibicy znajdowała się, nieistniejąca już, najprawdopodobniej wyburzona pod budowę dzisiejszego osiedla bloków mieszkalnych, willa, która nazywała się Matter i najprawdopodobniej była jego podmiejską rezydencją.
(indi)
30
ZWROT | 11/2013
CZESKI CIESZYN / W piątek 25 października kawiarnia i czytelnia Avion/Noiva w Czeskim Cieszynie zorganizowała salon muzyczny, którego gościem był Robert Kuśmierski,
polski akordeonista.
Było to już piąte spotkanie z osobowością
w ramach cyklu „Bez stereotypu. Czesi i Polacy o sobie”. Na spotkanie przybyli widzowie
i słuchacze z obu brzegów Olzy.
(HS)
WYDARZENIA
Bażantówka w Ostrawie
OSTRAWA / W środę 30 października
ostrawscy SAJowicze spotkali się na tradycyjnej Bażantówce, na której przywitali
w swoich szeregach nowych członków.
Tym razem impreza odbywała się w stylu
westernowym.
Podobnie jak w latach ubiegłych w programie były scenki oraz różne zadania dla
„bażantów”. Później adepci odczytali przysięgę, złożyli ślubowanie i zostali pasowani
na SAJowicza. W tym roku zgłosiło się mniej,
bo tylko 13 kandydatów na członka SAJu.
W ubiegłym roku było ich aż 26. – W sumie
uczestników imprezy było ponad 50, razem
ze studentami z Gdańska i Warszawy, którzy
przebywają u nas w ramach studenckiej
wymiany Erasmus. Mogliśmy im zaprezentować nasze dokonania i nawiązać nowe
przyjaźnie – mówi Bogdan Raszka, były prezes SAJ Ostrawa.
Regularne spotkania Klubu SAJowiczów
odbywają się teraz zazwyczaj raz w miesiącu.
W wyniku zmiany częstotliwości spotkań przychodzi więcej ludzi, przeciętnie około 15 do 20
osób. Dawniej spotykano się częściej, jednak
obecność była znacznie mniejsza.
Ważnym wydarzeniem środowej imprezy
były wybory nowego zarządu. Bogdan Raszka po dwuletniej kadencji postanowił przekazać obowiązki prezesa SAJu na barki kogoś innego. Spośród kilku kandydatów wybrano Andrzeja Zemene z Wędryni.
(AM)
Dla miłośników muzyki klasycznej
CIESZYN / W sobotę 19 października w ramach „Międzynarodowej Dekady Muzyki Organowej, Chóralnej i Kameralnej” wystąpił
chór mieszany „Canticum Novum“ pod dyrekcją Leszka Kaliny. W ramach koncertu można było usłyszeć utwory kompozytorów polskich i zagranicznych, takich jak: Sergiej Rachmaninow, Grzegorz
G. Gorczycki, Stanisław Moniuszko, Feliks Nowowiejski, Anton Bruckner, Antonín Tučapský, Romuald Twardowski, Zdeněk Lukáš, John
Rutter i innych. Przed „Canticum Novum“ zagrała organistka Anna
Tomanek Preludium h-moll (J. S. Bach) i Improwizacje na temat pieśni „Święty Boże” (M. Surzyński).
Zaś w czwartkowy wieczór 24 października w kościele św. Elżbiety w Cieszynie w ramach tejże imprezy wysłuchać można było m. in.
Polski Chór Mieszany „COLLEGIUM CANTICORUM” pod dyrekcją Anny Szawińskiej.
(AM, INDI)
Dwunasta Darkowska Jesień
KARWINA GRANICE / Po raz pierwszy do sali Sanatorium Rehabilitacyjnego w Karwinie Granicach zaprosiło 20 października na dwunastą już edycję koncertu Darkowska Jesień Miejscowe Koło PZKO
w Karwinie Darkowie. Do tej pory koncerty jesienne odbywały się
w darkowskim Domu Zdrojowym. W pierwszej części zaśpiewał chór
mieszany Lira MK PZKO w Karwinie Darkowie, gospodarz imprezy,
pod batutą Beaty Pilśniak-Hojki z akompaniamentem fortepianowym
Evy Dziadziovej. Publiczność wysłuchała ośmiu piosenek. Koncert
prowadziła Bogdana Najder. Prezes Koła w Darkowie Piotr Sztuła wręczył kilku działaczom odznaczenia związkowe, pozostałe przekazane
zostaną na innych imprezach Koła. W drugiej części wystąpił chór studencki Collegium Iuvenum Gimnazjum Polskiego w Czeskim Cieszynie, który pod batutą Leszka Kaliny zaśpiewał trzynaście pieśni. (CR)
Fot. CZESŁAWA RUDNIK
ZWROT | 11/2013
31
WYDARZENIA
WIELKIE DYKTANDO
CZESKI CIESZYN/ W tegorocznej, czwartej edycji Wielkiego Dyktanda Zaolzia zmierzyło siły niespełna 40 osób. W auli czeskocieszyńskiego
gimnazjum w podwieczór w środę zmagali się z tekstem pt. „O spotkaniu z zaolziańskim duchem podziemia”. Autorem tekstu była dr Danuta
Krzyżyk z Katedry Dydaktyki Języka i Literatury Polskiej Uniwersytetu
Śląskiego, która inspirowała się publikacjami Daniela Kadłubca.
W skład jury weszli Daniel Kadłubiec, Lidia Kosiec oraz Jan Kubiczek.
Dyktando, organizowane przez Centrum Pedagogiczne w Czeskim
Cieszynie, odbyło się pod patronatem konsul generalnej RP w Ostrawie Anny Olszewskiej oraz Rady Języka Polskiego przy Prezydium Pol(AM)
skiej Akademii Nauk. Wyniki będą znane 19 listopada.
SPOTKANIE PODOŻYNKOWE
GUTY/ 12 października w Domu PZKO w Gutach odbyło się VIII
Spotkanie Podożynkowe. Celem spotkania było podsumowanie tegorocznych uroczystości dożynkowych i zakończenie sezonu.
Przybyła również konsul Anna
Olszewska oraz tegoroczni gazdowie, państwo Kokotkowie. Zaproszono też gości z zaprzyjaźnionej Jasienicy, w programie
wystąpiła kapela „Jasieniczanka”.
(AM)
Wszystkie generacje na scenie
32
ZWROT | 11/2013
JASIENIE / Jasienie nie ma swojej polskiej
szkoły, nie ma swojego polskiego przedszkola. Ale to nie przeszkadza miejscowym
Polakom w utrzymywaniu polskości.
Co więcej członkowie Miejscowego Koła
Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego
w Jasieniu potrafią to robić w sposób bardzo
atrakcyjny. Przekonać mogli się o tym wszyscy ci, którzy w czwartek i sobotę dotarli do
miejscowego Domu Kultury. Tutaj na scenie
pokazali się ci najmłodsi, zaledwie kilkuletni
aktorzy i ci nieco starsi. Wszystkim towarzyszyła pozytywna trema i wszyscy pokazali
olbrzymi talent aktorski. Widzowie nie mogli
się nudzić ani przez chwilę. Pomysłów reżyserskich i aktorskich artystom z Jasienia pozazdrościć mógłby niejeden teatr profesjonalny.(HS)
WYDARZENIA
Cieszyńskie prezentacje fotograficzne
CIESZYN / Do 28 listopada w Galerii Domu Narodowego w Cieszynie oglądać można wystawę Cieszyńskiego Towarzystwa Fotograficznego.
Członkowie klubu, wśród których jest też Polak z Zaolzia, Kazimierz Branny z Czeskiego Cieszyna, zaprezentowali na niej swe najlepsze prace wykonane tego roku. – „Prezentacje CTF” to specjalna
wystawa. Nie ma określonego tematu, a ponieważ stanowi podsumowanie roku w stowarzyszeniu, każdy uczestnik daje na nią to, co
uważa za najlepsze. Wystawa to praktycznie przekrój zainteresowań
fotograficznych naszych członków - od fotografii krajobrazowej, poprzez portret, do fotografii czarno-białej – mówi Marcin Wieczorek,
prezes Cieszyńskiego Towarzystwa Fotograficznego.
(indi)
Wspominali egzekucję
MOSTY KOŁO JABŁONKOWA / W sobotę 26 października przypadła 70. rocznica masowej egzekucji w Mostach koło Jabłonkowa.
Władze gminy, Sekcja Historii Regionu ZG PZKO oraz Czeski Związek
Bojowników o Wolność zorganizowały w miejscu dawnej publicznej egzekucji spotkanie dla uczczenia ofiar zbrodni.
Wśród gości obecni byli m.in: Konsul Generalna Anna Olszewska,
senator Petr Gawlas, prezes Gminy Żydowskiej w Ostrawie Milena
Slaninová. W programie wystąpiły dzieci obu mosteckich szkół podstawowych – polskiej i czeskiej. Po złożeniu kwiatów pod pomnikiem
obchody kontynuowano w Domu PZKO. Tutaj zostały wygłoszone
wykłady na temat polskiego ruchu oporu w warunkach niemieckiej
okupacji, na temat holokaustu oczyma żydowskich mieszkańców
oraz udziału ofiar mosteckiej egzekucji w Armii Krajowej.
(AM)
Recytacja chrześcijańska
CZ. CIESZYN / W czwartek 17 października odbyła się IV edycja finału
Konkursu Recytatorskiego Poezji Chrześcijańskiej w parafii ewangelickiej Na Niwach w Cz. Cieszynie. Organizatorami był Śląski Kościół Ewangelicki przy współpracy z Towarzystwem Ewangelickim w RC. Impreza
odbyła się w ramach kontynuacji projektu „300 lat tolerancji na Śląsku
Cieszyńskim”. Do konkursu zgłosiło się prawie 40 uczestników. W większości chodziło o uczniów polskich i czeskich szkół podstawowych z Zaolzia oraz dwie uczennice szkół średnich z obu stron Olzy.
(AM)
ZWROT | 11/2013
33
WYDARZENIA
Teatr w Mostach
MOSTY KOŁO JABŁONKOWA / W sobotę 12 października w MK
PZKO w Mostach koło Jabłonkowa sala pękała w szwach i w powietrzu unosił się klimat komediowy.
Miejscowe koło wspólnie z zespołem Górole zorganizowało II edycję Przeglądu Amatorskich Zespołów Teatralnych. Zaproszono Zespół Teatralny im. Jerzego Cienciały z Wędryni, który wystąpił ze sztuką pt. „Malowane wajca” Adama Wawrosza. Zespół z Milikowa Centrum przedstawił sztukę autorstwa państwa Czudków pt. „Rocznica,
czyli 30 roków żech nie widzioł słónka”. „Mostorze” zagrali dwie krótkie scenki pt. „Piyrszy roz w cugu” i „ Majster babrok”.
(AM)
CUDA Z JABŁONKOWA
JABŁONKÓW / W pierwszych dniach listopada obejrzeć można
było w Domu PZKO w Jabłonkowie wystawę Klubu Kobiet. Wernisaż
wystawy odbył się 1 listopada. Swoim programem uświetniły go
dzieci z miejscowego przedszkola.
Oprócz robótek ręcznych pań z Jabłonkowa można było obejrzeć na wystawie również stroje ludowe oraz przedmioty używane kiedyś w gospodarstwach domowych. Uwagę przyciągnęła też
wystawa zdjęć starego Jabłonkowa, przygotowana przez Antoniego Szpyrca.
(HS)
34
ZWROT | 11/2013
Szlakiem kół PZKO
ROBÓTKI WYKONANE SERCEM
„Z naszych dłoni i serc” to wystawa przygotowana przez Miejscowe Koło PZKO
w Boconowicach, która zainstalowana została 26 i 27 października w boconowickim Domu Kultury. Pokazano na niej pomysłowe rękodzieła, a także różnorodne
sprzęty, stroje i fotografie z historii gminy, serwowano smaczne domowe wypieki.
TEKST I ZDJĘCIA: CZESŁAWA RUDNIK
Powrót do tradycji
Była to pierwsza po długiej przerwie wystawa. Zrealizowana została przez Klub Kobiet pod kierownictwem Marii Bykowskiej. –
Klub Kobiet Miejscowego Koła PZKO w Boconowicach działał najaktywniej w latach
70. – przypomina prezes Koła Danuta Branna. – Od kilku lat nasza przewodnicząca
pani Maria Bykowska bardzo zaangażowała się, żeby tę działalność wznowić. I przyszła z inicjatywą urządzenia wystawy. Została zrealizowana teraz jesienią pod nazwą
„Z naszych serc i dłoni”, ponieważ uważamy, że chociaż brzmi to może trochę patetycznie, oddaje jej sens. Robótki ręczne
trzeba wykonać sercem.
– Kiedy przeszłam na emeryturę, zaczęłam zastanawiać się, co mogłabym zrobić
dla Koła – opowiada o reaktywacji Klubu
Kobiet jego przewodnicząca Maria Bykowska. – Spotykamy się raz w miesiącu, a jak
trzeba, to częściej. Niekiedy jesteśmy tylko
cztery, niekiedy jest nas sześć czy nawet
dziesięć. Staram się na nasze spotkania zaprosić kogoś interesującego, kto potrafi
pokazać i nauczyć nas ciekawych robótek
ręcznych czy smacznych wypieków.
Głównym tematem tegorocznej wystawy były cztery pory roku, z których każda
ma swoisty nastrój i wymaga odpowiednich dekoracji. – Tradycją jest, że w domach
urządza się odpowiedni wystrój na różne
święta – opowiada, oprowadzając po wystawie, Danuta Branna. – Mamy tutaj porę
jesienną, gdzie panie pokazują tematyczne
dekoracje i płody z ogródków. Mamy dekorację bożonarodzeniową, jest nakryty stół
wigilijny. Także dekorację nawiązującą do
wiosny i Świąt Wielkanocnych. I mamy dekorację letnią, zainspirowaną wakacjami,
dożynkami oraz typowo letnimi roślinami
jak róże i lawenda.
Na wystawie zadziwiała różnorodność
technik i materiałów, niekiedy w ich wtórnym, nowym wcieleniu. Pokazano wyroby
użytkowe, m.in. elementy garderoby oraz
mnóstwo przedmiotów ozdobnych. W centralnym punkcie sali na stolikach rozłożono
obrusy i serwetki haftowane różnymi technikami, obok na ciemnym tle wyeksponowane zostały białe koronki szydełkowe, które, jak zapewnia Danuta Branna, też cieszyły
się na tym terenie dużym powodzeniem. –
Ale to tylko mały wycinek z tych prac, które
zostały przyniesione – dodaje. – Przez te
wszystkie lata, kiedy nie było wystaw, panie
robiły dla własnej przyjemności, dla siebie,
dla rodziny. A teraz zdecydowały się przynieść swoje prace, by przygotować również
ekspozycję dla zwiedzających.
Dom Kultury w Boconowicach
WYDZIOBANE
Z ŁAMÓW
Nic nie stoi na przeszkodzie
Szef kancelarii pewnego urzędu poszedł na emeryturę.
Jego następca zadał sobie wiele trudu, by pousuwać
wszelkie wygasłe już akta. Nagromadził ich olbrzymie
stosy i zaproponował urzędowo, by je spalić. Po upływie pół roku nadeszła odpowiedź: „Spaleniu starych
aktów nic nie stoi na przeszkodzie, jeśli się z nich sporządzi odpisy i takowe zachowa...”.
(Żarty i dowcipy. „Kalendarz Śląski na rok 1932”,
nakładem Towarzystwa Domu Narodowego
w Czeskim Cieszynie)
Poprawki festynu
W niedzielę 6 sierpnia odbyły się w Zabłociu poprawki festynu Straży Pożarnej. Były nadzwyczaj piękne,
cieszące się sprzyjającą pogodą. Zeszła się spora liczba nie tylko Polonii miejscowej, ale również pozamiejscowej. Nareszcie zmieniła straż zabłocka swoją
szatę zewnętrzną, zrzucając z siebie pokost niemiecki, a wracając na łono Związku Polskich Straży Pożarnych w Czechosłowacji. I z tego właśnie powrotu do
swej Macierzy najbardziej obywatele się cieszyli. Bawiono się wesoło, a zabawę przeplatały przemówienia powitalne i okolicznościowe naczelników, a toasty te kończyły się wiwatami, śpiewaniem pieśni
przez publikę przy dźwiękach orkiestry.
(„Gazeta Kresowa”, Frysztat, 10 sierpnia 1933)
Do prędkiego użycia
Chcąc mieć w lecie lub jesieni kapustę na świeżo ukiszoną do prędkiego użycia, należy kilka główek kapusty skrajać cienko nożem, osolić lekko, a po pół godzinie wycisnąć, aby gorycz odeszła, włożyć do garnka kamiennego, zalać wodą odcedzoną z gotowania
kartofli, dodać kawałek razowego chleba i postawić
w cieple nad kuchnią.
(Kapusta ukiszona w trzech dniach. „Kalendarz Śląski
na rok 1932”, nakładem Towarzystwa Domu Narodowego w Czeskim Cieszynie)
Parowóz w dolinie Olzy
W poniedziałek rano wystrzały z moździerzy na zamku zwiastowały rozpoczęcie robót do budowy żeleznicy czyli kolei żelaznej na przestrzeni z Bogumina
do Cieszyna, które zaczęto około Karwinej. Strzały
przekonały i tych, którzy tylokrotnie zawiedzeni do
ostatniej chwili w możność tę wątpili i zapewne już
wierzą, że na rok o tym czasie już parowóz doliną Olzy około Cieszyna ku Węgrom przejeżdżać będzie.
(Gwiazdka Cieszyńska, nr 39, 28. 9. 1867)
ZWROT | 11/2013
35
Szlakiem kół PZKO
Przewodnicząca Klubu Kobiet Maria Bykowska (w środku) oprowadza po wystawie.
Maria Bykowska pokazuje serwetkę, która ma dla niej szczególne, sentymentalne
znaczenie. Szydełkowała ją, kiedy była z córką w szpitalu na porodówce. Wśród eksponatów wystawowych znalazły się nie tylko
wyroby członkiń Klubu Kobiet, ale też ich
córek i innych krewnych i znajomych. –
Mam tu też serwetki mojej mamy i mojej
cioci, które już nie żyją. Chcieliśmy, żeby ta
wystawa była również wspomnieniem naszych mam – dodaje przewodnicząca Klubu
Kobiet.
36
W kąciku jesiennym znalazły się także płody rolne.
Osobne miejsce zajmowała kolekcja dawnych sprzętów i przedmiotów codziennego
użytku oraz autentycznych przedwojennych
strojów właśnie z terenu Boconowic, a także
robótek ręcznych stworzonych przez poprzednie pokolenia, lecz nadal pięknych i funkcjonalnych. Wyświetlane były historyczne zdjęcia
z życia gminy i z albumów rodzinnych.
Życie Koła
Wystawa zorganizowana została w boconowickim Domu Kultury. – Budynek był
pierwotnie tzw. strażnicą, czyli remizą
wybudowaną przez polskich strażaków
w pierwszej połowie XX wieku z inicjatywy
m.in. byłego kierownika szkoły Franciszka
Skuliny, który jest również autorem najstarszych prezentowanych na wystawie zdjęć –
tłumaczy prezes Koła. – Strażnica dziś wykorzystywana jest jako wiejski Dom Kultury.
Ma swego gospodarza, można wypożyczyć
pomieszczenia od gminy, również na imprezy prywatne, Dom Kultury służy całej
gminie.
Dawne stroje, narzędzia i dekoracje również stanowiły część ekspozycji.
Marcepanowe cudeńka Marii Bykowskiej.
Stół wigilijny
Swoje prace jesienne prezentowały także przedszkolaki.
ZWROT | 11/2013
Szlakiem kół PZKO
Z lewej prezes MK PZKO w Boconowicach Danuta Branna.
– Urządzamy tu większe imprezy pezetkaowskie, np. bale czy przedstawienia – dodaje. – Natomiast samo Koło PZKO działa
w małym pawilonie, oddanym do użytku
w 1967 r., gdzie mamy salkę i zaplecze. To
wystarczające na potrzeby naszego Koła.
Wymienia najważniejsze coroczne imprezy. Po nowym roku bywa zebranie sprawozdawcze czy walne, w karnawale tradycyjnie bal. Wiosną odbywa się prelekcja, najczęściej krajoznawcza, połączona z Dniem
Kobiet. Zapraszani są również panowie,
a panie dostają kwiaty czy drobne upominki. Na wiosnę zazwyczaj gości też w Kole zespół teatralny, z Koła PZKO w Łomnej Dolnej
czy Milikowie Centrum, bo własnego zespołu boconowickie MK obecnie nie ma. Jeżdżą
też pezetkaowcy na wycieczki, w zeszłym
roku po raz pierwszy po dłuższym czasie była ona dwudniowa, do Krakowa i Wieliczki.
Na przełomie maja i czerwca urządzany
jest w ogrodzie przy świetlicy Dzień Dziecka oraz jajecznica. Kiedyś pezetkaowcy
z Boconowic organizowali festyn ogrodowy,
ale przychodziło coraz mniej osób i wkład
pracy był nieopłacalny. Biorą natomiast
udział w Dniu Gminy. – Gmina załatwia
program kulturalny i orkiestrę oraz zaprasza do współpracy wszystkie miejscowe
organizacje, a oprócz PZKO są to strażacy
i myśliwi. Mamy własne stoisko, pieczemy
placki ziemniaczane, sprzedajemy kołacze,
a zysk jest dla Koła. To przyjazny gest ze
strony gminy – wyjaśnia pani prezes. Placki ziemniaczane pojawiają się też w Kole
jesienią na Plackowym Dniu, gdzie oprócz
degustacji bywa też prelekcja dla ducha.
Chodzi o to, by była to impreza integracyjna, oświatowo-towarzyska.
Swoje stoisko mają boconowiccy pezetkaowcy również na corocznym Gorolskim
Święcie w Jabłonkowie, przygotowują wóz
alegoryczny do korowodu. – W tym roku pod
żartobliwym hasłem „Gorole do roboty” propagowaliśmy rodziny wielodzietne. Bocian
w herbie i w nazwie gminy do czegoś przecież zobowiązuje – dodaje Danuta Branna.
W boconowickim Kole PZKO zapisanych
jest sto osób. – Kiedy ostatnio sprawdzałam
ewidencję, wychodziło równo stu członków
– mówi pani prezes. – Mamy kilka młodych
osób, lecz nie zawsze udaje nam się pozyskiwać wszystkich absolwentów klas dziewiątych, jak to dawniej bywało. Ale cieszymy
się, że zgłaszają się młodzi ludzie w trakcie
szkoły średniej czy nauki zawodu, przychodzą, że chcieliby działać w Kole. Na przykład
przy przygotowaniu wystawy, dekorowaniu
sali przyszły pomóc również młodsze panie
w wieku około trzydziestu lat, młodzi mężczyźni pomagali też podczas sprzątania.
Na wystawie zaprezentowane zostały
również prace przedszkolaków. – W przedszkolu nie ma polskiego oddziału, ale jedna z pań prowadzi zajęcia po polsku – wyjaśnia Danuta Branna. – Tak więc wszystkie dzieci mają okazję uczyć się polskiego
i czeskiego. Na nasze zebrania zapraszamy
przedszkolaki, które prezentują po polsku
program kulturalny. A pezetkaowcy zimą
biorą udział w gminnym Mikołaju, gdzie
Koło zapewnia program w postaci św. Mikołaja wraz z całą świtą, a gmina przygotowuje upominki. Zapraszane są dzieci z całej wioski, niezależnie od narodowości,
i wszystkie wspólnie się bawią.
n
Sprostowanie
Bocian znajduje się też w herbie gminy.
W artykule „Wystawa wszystkich pokoleń” w poprzednim numerze „Zwrotu”
na str. 35 doszło do pomyłki. Zespół
Dziecka ze Stonawy założyła przed siedmioma laty Wanda Grudzińska, nauczycielka PSP w Stonawie. Przepraszamy!
WYDZIOBANE
Z ŁAMÓW
Szczytny cel
Połączone Polskie Towarzystwa w Bystrzycy urządzają
w niedzielę 27 sierpnia w Topolinie p. Wałachów VI Dożynki. Pochód dożynkowy wyruszy o godz. 2 po poł. od
pana Łabaja. Na miejscu odbędzie się obrządek dożynkowy, po czym nastąpią gry i zabawy. Wstęp 2 Kcz. Czysty
zysk przeznacza się w połowie na książki dla dzieci polskiej szkoły wydziałowej, ponieważ liczba dzieci wzrosła
tego roku o 40, w połowie na Rodzinę Opiekuńczą.
(„Gazeta Kresowa”, Frysztat, 17 sierpnia 1933)
Przyłapano ptaszka
W niedzielę w nocy dokonano włamania do mieszkania prywatnego w gospodzie Tesarczykowej we Frysztacie, a potem u Pieczki na Granicach. W obu wypadkach zabrali złodzieje ubrania właścicieli. Żandarmeria jednak rychło przyłapała ptaszka. Aresztowano
znanego we Frysztacie Poskra, który w ciągu śledztwa
przyznał się do kradzieży. Skradzione rzeczy znaleziono na polach w ziemniaczysku schowane. Aresztowany podaje, że pomagało mu dwóch innych złodziei.
(Włamanie. „Gazeta Kresowa”, Frysztat, 17 sierpnia 1933)
Niewesoły stan finansów
Stan naszych finansów musi być naprawdę niewesoły,
jeżeli premier Malypetr oświadczył przed korespondentami paralamentarnymi czeskich pism, że chociaż położenie gospodarcze Czechosłowacji nie jest wprawdzie
różowe, ale nie jest także... beznadziejne. Przy tej okazji
korespondenci usłyszeli zapewnie nowe ostrzeżenie, że
trzeba będzie zacząć na serio oszczędzać. Jako pierwsza
zapowiedź tej oszczędności pojawiła się wiadomość, że
pismo rządowe „Pondelok”, wychodzące w Bratysławie,
zostanie zawieszone, ponieważ rząd wstrzymał dalsze
subwencje na jego utrzymanie.
(Zaczyna się naprawdę oszczędzać? „Gazeta Kresowa”,
Frysztat, 3 sierpnia 1933)
Na obdzielenie gmin
Młodzi rodacy i akademicy śląscy w Wiedniu urządzili
na uczczenie 20tej rocznicy „Gwiazdki Cieszyńskiej”
składkę, którą wraz z ozdobnie oprawionem pismem
pamiętnem redaktorowi przesłali. Za ten objaw uczuć
młodzieży śląskiej i spółrodaków składa redaktor serdeczne podziękowanie; składkę zaś wynoszącą 34 złr.
30 kr. przeznacza na obdzielenie egzemplarzami
„Gwiazdki” kilku gmin śląskich, do których wstępu
jeszcze nie znalazła. Dzięki Wam szlachetna młodzieży, nadziejo Śląska!
(Gwiazdka Cieszyńska, nr 13, 30.3.1867)
ZWROT | 11/2013
37
TEATR
FESTIWAL Z POLSKIMI AKCENTAMI
Wiele wrażeń artystycznych dostarczył widzom 13. Festiwal
Teatrów Moraw i Śląska, zorganizowany przez Teatr Cieszyński
w Czeskim Cieszynie w dniach 5–9 listopada. Oprócz trzech zespołów teatralnych gospodarzy wystąpiły teatry z Ostrawy, Opawy, a także z Pragi (Teatr Komedia przywiózł „Naszą klasę” Tadeusza Słobodzianka), z Polski z Sosnowca i ze Słowacji z Martina.
Ogółem zaprezentowano dwanaście spektakli, dziesięć mieściło
się w formule festiwalowej i walczyło o nagrody. Jury w składzie
Marie Boková, Zuzana Jindrová, Jan Hyvnar, Kazimierz Kaszper,
Jiří P. Kříž, Emil Orzechowski, Ladislav Slíva oraz honorowy przewodniczący Vít Slováček Cieszyniankę, nagrodę główną za najlep-
Wesele raz jeszcze
38
ZWROT | 11/2013
szy spektakl, przyznało „Rosyjskim konfiturom” Ludmiły Ulickiej
w reżyserii Ivana Rajmonta w wykonaniu Sceny Kameralnej Arena
z Ostrawy. Jury doceniło odkrywczość tekstu, ogólny przekonujący
i wiarygodny charakter spektaklu oraz bardzo dobre kreacje aktorskie. Ten sam spektakl zdobył też nagrodę młodzieżowego jury.
Cieszyńskiego Anioła za najlepszą rolę żeńską otrzymała Lucie
Bergerová za rolę Elżbiety Bathory w inscenizacji Sceny Czeskiej
Teatru Cieszyńskiego „Báthoryčka” Henricha Leški, Jany Kákošovej
i Martina Kákoša w reżyserii Jaroslava Moravčíka. Cieszyńskiego
Anioła za najlepszą rolę męską odebrał Mariusz Osmelak za rolę
Porfirego w spektaklu Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego w adaptacji i reżyserii Bogdana
Kokotka. Swoją nagrodę dla młodego obiecującego aktora przyznał
też dyrektor Teatru Cieszyńskiego Karol Suszka. Otrzymał ją Josef
Jelínek za rolę Billego w „Kalece z Inishmaan” w reżyserii Janusza
Klimszy, spektaklu Teatru im. Petra Bezruča z Ostrawy.
Do teatrów, które wzięły udział w Festiwalu, można by jeszcze
dodać Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku,
bowiem jego dyrektor Marek Mokrowiecki wraz z dyrektorem Teatru Cieszyńskiego Karolem Suszką zaprezentowali się w kameralnym przedstawieniu w własnej adaptacji i reżyserii na podstawie
opowiadania Marka Nowakowskiego „Wesele raz jeszcze”. Po raz
pierwszy wystąpili z tym spektaklem na Festiwalu Małych Form
Scenicznych w Szczecinie w 1981 r., zdobyli wtedy Grand Prix
i Nagrodę Publiczności.
CR
Fot. KARIN DZIADKOVÁ
Kaleka z Inishmaan
Zbrodnia i kara
Rosyjskie konfitury
Báthoryčka
Książki nadesłane
Tysiąc szklanek herbaty
Są ludzie i ludziska, są gusty
i guściki, są marzenia i mrzonki.
Książka „Tysiąc szklanek herbaty” opowiada o ludziach wybitnie
niepraktycznych, o takich, którzy
pewnego dnia pakują plecak i wyruszają w podróż z Syrii do Chin
Robert Robb Maciąg,
wzdłuż Szlaku Jedwabnego. Na roWydawnictwo
Bezdroża 2012
werze.
Polowałem na tę pozycję od dawna, ponieważ pierwszą książkę
Robba Maciąga pt. „Rowerem przez Chiny, Wietnam i Kambodżę”
pochłonąłem praktycznie na poczekaniu. W swoim debiucie Maciąg w bardzo osobisty, prawie intymny sposób rozliczał się ze
zdradą ukochanej, która nie tylko zostawiła go samego w Państwie
Środka, ale w efekcie popchnęła go do tego, że wsiadł na rower
i wyruszył jeszcze dalej. Wątek podróży jako katharsis świetnie się
sprawdził, czego dowodem był zasłużony sukces publikacji na polskim rynku wydawniczym.
W „Tysiącu szklanek…” brakuje tej dramatycznej linii, książka
jest bardziej spokojną medytacją niż palącym wyznaniem. W międzyczasie autor zdążył się bowiem ustatkować, jeżeli można tak nazwać znalezienie nowej bratniej duszy i pedałowanie – już na
dwóch rowerach – przez bezdroża Bliskiego i Dalekiego Wschodu.
Na przestrzeni ponad trzystu stron bogato ozdobionych zdjęciami z trasy poznajemy dziesiątki dobrych dusz, które bezinteresownie podawały pomocną dłoń uczestnikom wyprawy. Maciąg
sypie jak z rękawa przykładami bezbrzeżnej muzułmańskiej gościnności, która dziwnie nie pasuje do stereotypów powielanych
przez europejskie media. Setki portretów literackich i fotograficznych tworzy sielankową prawie wizję łagodnych ludzi, którzy zapuścili korzenie w surowych krajobrazach. Cytując autora – „Tak
jak przed telewizorem umiera wiara w drugiego człowieka, tak
w podróży ta wiara powraca”.
Maciąg jest bystrym obserwatorem, ale z reguły powstrzymuje
się od wysuwania własnych wniosków na pierwszy plan. Dopiero
w ostatnim, chińskim segmencie wyprawy – po przejechaniu Turcji, Iranu i trzech wschodnich „-stanów” – spisuje kilka surowych
obserwacji, pisze o żywych ranach, które pozostawiły w najliczniejszym narodzie świata wydarzenia sprzed ponad pół wieku.
Smakowite opisy chińskich potraw mieszają się z gorzką refleksją
nad stosunkiem rządu do ludzi i ludzi do zwierząt.
Książkę czyta się jak marzenie, jednak nie jest ona pozbawiona
błędów; a szkoda, bo chodzi często o niedociągnięcia, których stosunkowo łatwo można było uniknąć. Wydanie jest niezwykle ambitne (oryginalny format i projekt okładki, stylizowana nazwa aktualnego państwa widniejąca u spodu każdej strony, dobrze dobrane
zdjęcia), ale niestety nie wszystko zostało dopięte na ostatni guzik.
Edytor i korektor nie poprawili wszystkich literówek i denerwujących powtórzeń, nie wyperswadowali autorowi licznych wielokropków i cudzysłowów, które niepotrzebnie zaśmiecają tekst.
Ale nic to. Drobna rysa i mój pretekst do marudzenia. Tak, jak
wcześniejsze książki autora, „Tysiąc szklanek” łatwo wypić jednym
haustem, a po ostatniej stronie nadal odczuwać pragnienie. Strony
pachną herbatą i kurzem, arbuzami i ryżem, grzeją jak pustynny
piasek i uśmiech nieznajomego.
Trudno nie zgodzić się z jednym z ostatnich zdań – „Podróż zaczyna się po wyjściu z domu i wcale nie trzeba jechać do egzotycznych krajów, aby przeżywać przygody.” Powiem więcej – dzięki takim książkom jak ta, aby przeżyć przygodę, czasami nie trzeba nawet wychodzić z domu. Maciąg wciąga.
Darek Jedzok
MK PZKO Hawierzów Błędowice zaprasza na koncert jubileuszowy z okazji 30- lecia ZR Błędowice. ZR Błędowice od lat kultywuje tradycje taneczne i folklor na Śląsku
Cieszyńskim. W programie jubileuszowym członkowie pragną zaprezentować to najlepsze, co stworzyli. Zespół skupia się głównie na tradycje okolic Błędowic, Datyni,
Szonowa, Karwiny, ale stara się urozmaicać repertuar innymi tańcami regionalnymi. Założycielką ZR Błędowice jest tancerka i nauczycielka Dagmar Owczarzy. Obecnie
zespół tworzą: 3 grupy taneczne, chórek oraz kapela ,,Kamraci“. W programie wystąpią Mali Błędowianie, ZR Błędowice oraz kapela Kamraci z Kamratkami.
ZWROT | 11/2013
39
Recenzje Zwrotu
NA URODZINY WAWROSZA
TEKST: CZESŁAWA RUDNIK / ZDJĘCIA: KARIN DZIADKOVÁ
Z okazji obchodzonego na Zaolziu Roku Adama Wawrosza w Scenie Bajka Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie wystawione zostało przedstawienie na podstawie sztuki Wawrosza „Najdroższy
skarb”. Prapremierę „Najdroższego skarbu” zrealizował sam Wawrosz
w 1960 r., autorką nowej, uwspółcześnionej adaptacji jest Lena Pešák,
zaś wyreżyserował spektakl kierownik Sceny Bajka Jakub Tomoszek.
To ważna dla tego teatru premiera, gdyż Scena Bajka jest kontynuatorem działającego przez sześćdziesiąt lat pod patronatem Zarządu Głównego Polskiego Związku Kulturalno-Oświatowego Teatru Lalek Bajka, którego kierownikiem artystycznym był w latach
1958–1962 właśnie Adam Wawrosz. Obchody jubileuszu 65-lecia
Bajki odbędą się 14 grudnia, widzowie zobaczą wtedy przedstawienie „Pójdźmy wszyscy do stajenki” w reżyserii Marii Míkovej, którego premiera odbyła się przed rokiem.
Teatr Lalek Bajka jako wędrowny teatr kukiełkowy zagrał po raz
pierwszy 2 marca 1948 r. pod kierownictwem Ferdynanda Króla. Po
dziesięciu latach Bajką kierować zaczął pisarz ludowy Adam Wawrosz (1913–1971), absolwent przedwojennych kursów reżyserskich
i lalkarskich. Już w 1937 r. założył w swej rodzinnej wsi Końskiej
teatr lalek Iskra. Po wojnie kontynuował pracę Iskry, następnie
w Trzyńcu stworzył teatrzyk Misie. W czasie kierowania Bajką poszerzył jej repertuar o nowych autorów, do spektakli wprowadził
muzykę i bardziej urozmaicone lalki, połączył podzielone do tej pory zadania prowadzących lalki animatorów i lektorów. Z dwunastu
wystawionych sztuk cztery zostały przez niego napisane, a prawie
wszystkie, z jednym tylko wyjątkiem, wyreżyserowane.
Bibliografia twórczości Wawrosza, jak przeczytałam, zawiera 33
utwory sceniczne dla zespołów amatorskich i 16 sztuk dla teatru lalek. Postanowiłam przeprowadzić mały rekonesans, by sprawdzić,
ile razy w swej historii Bajka wystawiała sztuki Wawrosza. Doliczy-
łam się piętnastu realizacji, z tym, że niektóre tytuły powtarzały się
kilkakrotnie. Przede wszystkim omawiany tu „Najdroższy skarb”,
jak również „O wilku i kózce” i „Cudowna lampa”. Były przerabiane mniej lub bardziej, doczekały się nowocześniejszych adaptacji.
Cztery razy reżyserem był sam Wawrosz, pięć razy Bronisław Liberda, trzy razy Karol Suszka i po jednej sztuce wyreżyserowali Leszek Wronka, Janusz Klimsza i Jakub Tomoszek.
W najnowszym „Najdroższym skarbie” znaleźć można również
wątki czy postacie z innych znanych bajek. Bo jest i Smok, całkiem
zresztą sympatyczny, jest też Baba Jaga oraz ukryty gdzieś w górach
skarb, do którego prowadzi niełatwa droga. Prząśniczka Snu i Jeleń
służą pomocą w przezwyciężeniu przeciwności. Ku rozweseleniu widza stworzone chyba zostały grzybki Muchomor i Borowik. A główni bohaterowie to Krysia i Felek, którzy razem z muzykalnym Dziadkiem, któremu chce się taszczyć w góry gitarę, wybrali się w Beskidy.
Szalona Krysia, chociaż to przecież tylko sen, wyrusza po skarb.
Już się przestraszyłam, że to pod Kozubową natknąć można się na
Smoka, ale nie. Krysia musi przebyć sześć gór i siedem rzek czy na
odwrót. Skarbem okazuje się, o ile dobrze pojęłam, prowadząca do
szczęścia mądrość. Czyli jeśli na przykład przeczytam „Zbrodnię
i karę”, stanę się mądrzejsza, a tym samym szczęśliwsza? Taka po-
Sztuki A. Wawrosza
w Bajce
Adam Wawrosz „Najdroższy skarb”. Adaptacja Lena Pešák, reżyseria Jakub Tomoszek, scenografia i lalki
Wanda Michałek, muzyka Artur Říman. Premiera: Scena Bajka Teatru Cieszyńskiego, Czeski Cieszyn 12.10.2013.
40
ZWROT | 11/2013
w jego własnej reżyserii: „Koziołek Fik-Mik” (1958),
„Najdroższy skarb” (1960), „Lampa Aladyna” (1960),
„O wilku i kózce” (1961);
w reżyserii Bronisława Liberdy: „Jak baba diabła wykiwała” (1965) według Kazimierza Przerwy-Tetmajera,
„Jasełka śląskie” (1968), „Skarb” (1972) w adaptacji
Wilhelma Przeczka, „Cudowna lampa” (1978) w adaptacji Kazimierza Kaszpera, „Najdroższy skarb” (1980);
w reżyserii Leszka Wronki: „O wilku i kózce” (1988);
w reżyserii Janusza Klimszy: „Pójdźmy chłopy do tej
szopy” (1990);
w reżyserii Karola Suszki: „Cudowna lampa” (1991
i 2008) w adaptacji Kazimierza Kaszpera, „O wilku
i kózce” (2000);
w reżyserii Jakuba Tomoszka„Najdroższy skarb” (2013)
w adaptacji Leny Pešák.
Recenzje Zwrotu
winna być puenta? Ostatecznie, po co filozofować, nie muszę rozumieć, nie jestem dzieckiem, dla którego przecież przeznaczone jest
to przedstawienie.
Spektakl jest sentymentalnym powrotem do okresu, kiedy królowały klasyczne lalki, ożywiane przez niewidocznych animatorów. Powrotem do czasów, kiedy bardzo młoda publiczność na widok nadjeżdżającego samochodu Bajki, wiozącego aktorów i całą dekorację
sceniczną, wołała: „Kukiełki jadą”. Na scenie nie ma bowiem przebranych w bajkowe kostiumy aktorów. Schowani są za parawanami i wychodzą, trzymając w rękach swoje lalki, dopiero podczas ukłonów.
Wtedy widzowie mogą się przekonać, że Krysia to Dorota Grycz,
a Felek oraz Muchomor to Marian Mazur, Dziadka oraz Smoka gra
Jan Szymanik, Prząśniczkę Snu i Jelenia Wanda Michałek, notabene
autorka scenografii i lalek, a Babę Jagę i Borowika Jolanta Polok. n
PREZENT DLA POLSKIEGO WIDZA
TEKST: CZESŁAWA RUDNIK / ZDJĘCIA: KARIN DZIADKOVÁ
Widzowie Sceny Polskiej Teatru Cieszyńskiego w Czeskim Cieszynie po raz pierwszy w jej ponad sześćdziesięcioletniej historii zaproszeni zostali w ramach swojego
abonamentu na spektakl Sceny Czeskiej.
Były już wspólne udane przedsięwzięcia
obu zespołów („Cieszyńskie nebe”, „Edith
i Marlene”), dwujęzyczne i w pełni zrozumiałe dla osób znających tylko jeden z języków, ale tym razem jest inaczej. Polskiemu
widzowi proponuje się czeski spektakl teatru ruchu i tańca, bez dialogów, gdzie znajomość języków jest niepotrzebna, konieczna jest natomiast wrażliwość na bodźce innego rodzaju niż słowo.
Właściwie to wszyscy powinni być zadowoleni. Twórcy eksperymentalnego niewerbalnego przedstawienia w Scenie Czeskiej,
bo poszerzony został krąg widzów, którym
zaprezentowane zostanie dzieło sceniczne.
I zespół Sceny Polskiej, gdyż nie musi ćwiczyć nowej sztuki, a mimo to na brak okazji
do grania nie może narzekać. Teraz, pod koniec roku, najczęściej wyjeżdża na gościnne
występy do Polski. Ma w swoim repertuarze
ponad piętnaście pozycji, wiele z nich to
adaptacje lektur szkolnych, propozycje dla
młodego widza, które utrzymują się na afiszu przez lata.
Zadowolony powinien być też widz Sceny Polskiej, który niekoniecznie tworzy publiczność na przedstawieniach Sceny Czeskiej. Teraz ma okazję zaznajomić się z jednym z nich. Sprawa jest jednak jeszcze
bardziej skomplikowana, bo nie jest to spektakl całkowicie czeski. Autor „Diagnozy”
Jaroslav Moravčík, urodzony pod Żyliną
w 1961 r., jest słowackim tancerzem, choreografem i reżyserem. Studiował choreografię tańca ludowego i został jednym z założycieli znanego także na Zaolziu, chociażby
w koncertów na tegorocznym Gorolskim
Święcie w Jabłonkowie i Fedrowaniu z Folk-
lorym w Suchej Górnej, słowackiego zespołu SĽUK. Jako choreograf współpracuje ze
słowackimi i czeskimi teatrami, jest współtwórcą programów rozrywkowych w Telewizji Słowackiej.
Inspiracją do stworzenia „Diagnozy” stał
się sposób życia współczesnego człowieka,
dla którego sensem i celem jest zdobywanie
bogactw materialnych, który cały czas śpieszy się, zapominając o prawdziwych wartościach. Jeden zwykły dzień powszedni z życia takiego człowieka przy pomocy tańca
i ruchu scenicznego, używając tylko półsłówek, pomruków oraz licznych rekwizytów
i kostiumów, przedstawiają cztery pary aktorów. Ich przeciwstawieniem jest Klaun,
któremu towarzyszy Tancerka-Nadzieja.
Tancerka owa jest na scenie jedyną prawdziwą tancerką, która kroki baletowe ma
w małym palcu. Cała reszta to aktorzy dramatyczni, dla których rytmiczny ruch ciała
w takt muzyki jest tylko jedną z umiejętności scenicznych, choć w tym przedstawieniu najważniejszą. Jeśli reżyser kazał im tylko tańczyć, wiedział zapewne, co robi. To
dość forsowne role.
Sceny taneczne są na ogół zrozumiałe dla
widza, trudniej domyślić się, o co chodzi
Klaunowi. Ma czas, by zatrzymać się, podziwiać przyrodę, ale niekiedy wydaje się, że
wychodzi na scenę tylko dlatego, że tancerze
muszą odsapnąć, a przede wszystkim zmienić kostium do następnej odsłony. Zwłaszcza, że w ostatniej scenie spektaklu, po ukłonach, kiedy już niemal milkną ostatnie
oklaski, widzowie wstający z krzeseł dostają
nową porcję szalonego tańca w rytm uderzeń plastikowymi butelkami, a uczestniczy
w nim również rozważny Klaun.
n
Jaroslav Moravčík „Diagnoza”. Choreografia i reżyseria Jaroslav Moravčík, scenografia Pavol Andraško, kostiumy
Adriena Adamíková, asystent choreografa Miloslav Krajčík. Prapremiera: Scena Czeska Teatru Cieszyńskiego,
Czeski Cieszyn 17.3.2012, premiera dla widzów polskich 19.10.2013.
ZWROT | 11/2013
41
HISTORIA
.
Z kroniki ŁyZbic
Dla generacji młodszej nie dociera już, że
Łyżbice dawniej były samodzielną wioską
z długą i bogatą historią. Do jej zaniku
„przyczyniła“ się rozrastająca się huta
trzyniecka i rozwijający się przy niej Trzyniec. Dawne Łyżbice były wsią rolniczą.
Na rozległych polach, na których dziś stoją osiedla z niezliczonymi domami z wielkiej płyty, gospodarowali liczni łyżbiccy
„siedlocy“. Jako samodzielna wioska Łyżbice przestały istnieć 21 czerwca 1946 roku, kiedy wcielone zostały do Trzyńca.
TEKST: ANTONI SZPYRC
Dwoje Łyżbic
Mało znanym faktem jest, iż od połowy
XVI wieku aż do 1792 roku istniało dwoje
Łyżbic. Według zapisów w kronice, do podziału Łyżbic doszło w 1562 roku, kiedy książę cieszyński Wacław II sprzedał je rodzinie
Bessów (Biasów). W tym czasie jednak w Łyżbicach mieszkało 11 obywateli, którzy wykupili się z poddaństwa i ich grunta nie mogły być przez księcia sprzedane. Utworzyli
oni osobną gminę, tzw. Łyżbice Kameralne.
Część wsi sprzedana Bessom nazywana była Łyżbicami Aliodalnymi. Do ponownego
połączenia obu Łyżbic w jedną całość doszło we wspomnianym 1792 roku, kiedy zamek cieszyński odkupił od Bessów z powrotem część Aliodalną.
Założenie szkoły
Aż do 1861 roku nie było w Łyżbicach
szkoły. Dzieci z rodzin ewangelickich uczęszczały do szkoły w Oldrzychowicach, natomiast z rodzin katolickich do Wędryni. W 1860
roku władze gminne podjęły uchwałę o budowie własnej gminnej szkoły ewangelickiej. Językiem wykładowym miał być język
polski, drugim język niemiecki. Nauka miała
przebiegać jak przed południem, tak i popołudniu. Śląski Rząd Krajowy zezwolił na to
15 czerwca 1861 roku. Jednak już 3 stycznia
tegoż roku odbyło się komisyjne badanie
miejsca budowy. Komisji przewodniczył
ówczesny wójt Paweł Mrózek, który ofiarował pod budowę szkoły ze swego gruntu
42
ZWROT | 11/2013
800 sąg kwadratowych (sąga – ok. 3,6 m2).
Wiosną 1861 roku przywożono pod budowę kamień z tzw. „baby“ czyli z Babiej Góry
w Wędryni i Gródku. Rozpoczęto też w „Stawowym“ wyrób cegły. Niejaki Kaleta i Czudek zrobili ok. 10 050 sztuk cegły a niejaki
Kuczmierz i Bołdys 21 282 sztuk. Płacono im
po 2 złote reńskie od 1000 sztuk. Drewno na
budowę przywożono z Nydku a szyndziele
w ilości 47 kop i 57 sztuk (kopa 60 sztuk)
przywieziono z Wisły, gdzie według kronikarza wyrabiano je wtedy w niemal każdej
chałupie. Dodatkowo przywieziono jeszcze
6 kop i 24 sztuk z Koszarzysk.
Zamki i okucia dostarczał ślusarz Ernest
Demke. Budowę nadzorował i prowadził
„poler murarski“ Jan Gojniczek z Łyżbic, prace ciesielskie prowadził cieśla Jan Rabek
z Łyżbic. Wszelkie prace stolarskie wykonywał majster stolarski Jan Rzymian, który dostarczył także ramy do okien, futryny,
wszystkie ławki, stół i tablicę.
Ciekawostką było, że wapna na budowę
nie kupowano, ale „wypalano samoistnie“
drewnem. Szkoła powstała na wzniesieniu
tuż nad „drogą cesarską“. Był to parterowy
budynek z jedną klasą na 40–50 dzieci,
kuchnią i jednym pokojem. Poświącka szkoły odbyła się 15 listopada 1861 roku w obecności 7 księży. Nauczycielem został Jan Gabryś urodzony 24 czerwca 1839 roku. W szkole nauczano religii, rachunków niemieckich
tzw. „gesprechów“, pisania i rysunków.
W 1872 roku szkoła uzyskała status szkoły
publicznej. W roku 1888 w związku ze
zwiększającą się liczbą obywateli, a zarazem również dzieci w Łyżbicach, a także
z powodu bliskości huty w Trzyńcu, otwarto nowy piętrowy budynek szkolny. W tym
czasie szkoła liczyła 142 uczniów, spośród
których 74 należało do rodzin hutników
trzynieckich. Początkowo szkoła była dwuklasowa, w 1903 roku poszerzono ją o dalsze dwie klasy.
Pobyt żołnierzy polskich
na przełomie 1919 i 1920 roku
W kronice znajdujemy również zapisy
dotyczące wydarzeń związanych z napaścią
legii czeskich na Śląsk Cieszyński w styczniu
1919 roku. Z innych źródeł znana potyczka
czy też bitwa między legionistami czeskimi
a robotnikami z Trzyńca na przedpolu Bystrzycy w kronice Łyżbic opisywana jest następująco:
„W piątek dnia 24 stycznia 1919 odbyły
się popołudniu w Bystrzycy i Gródku walki
między uzbrojonymi robotnikami trzynieckimi i regularnem wojskiem czechosłowackim. Wojsko zajęło wieczorem Bystrzycę, robotnicy wycofali się ku Trzyńcowi. W nocy
tej zostało wojsko to z Bystrzycy wycofane
na Czaczę, by w niedzielę 26 rozpocząć atak
na Śląsk Cieszyński. W sobotę od 25. 1. 1919
zostali przez żołnierzy polskich przydzielonych do żandarmerii w Bystrzycy aresztowani nauczyciel Jan Matula i kupiec Jan Kubik. Gdy w niedzielę od 26. 1. byli w areszcie
HISTORIA
w Cieszynie, dolatywał ich huk strzał armatnich ze zagłębia karwińskiego. W niedzielę
tę odbywały się bowiem polsko-czeskie
walki w zagłębiu. W poniedziałek 27 stycznia wmaszerowało wojsko czechosłowackie do Cieszyna a nad wieczorem tego dnia
oba wspomniani zostali z więzienia wypuszczeni. Za co zostali aresztowani, nikt
im nie powiedział. Było atoli więcej niż
pewnem, że stało się tak skutek denuncjacji
przez tutejszego nauczyciela Karola Dordę,
który od 27. 1. ulotnił się z Łyżbic i przebywał w Bielsku, skąd dopiero 25 lutego 1919
wrócił.”
Jak wiadomo oddziały czeskie w styczniu
1919 roku nie doszły do Łyżbic. Natomiast
w związku z ustaloną 3 lutego linią demarkacyjną w Łyżbicach zakwaterowano żołnierzy polskich. W kronice odnotowano to
następująco:
„Dnia 23 sierpnia 1919 roku zakwaterowało się w strażnicy pożarnej polskie wojsko, które tam było aż do 2 lutego 1920.
Gmina Łyżbice bowiem leżała na granicy demarkacyjnej postanowionej w Paryżu 3 lutego 1919. Od 23 sierpnia 1919 do 5 października było w strażnicy 15 żołnierzy z 7 kompanii 16 pułku polskiej piechoty. Pułk ten
rekrutował się z żołnierzy z okolic Tarnowa. Po odejściu tychże nadeszła równa ilość
7 kompanii 11 pułku piechoty, który rekrutował się z okolic Częstochowy. Ostatnio był
w strażnicy 1 pluton 4 kompanii pułku. Była
to placówka 38, poczta polowa 19. Inne placówki wojskowe w Łyżbicach były u Jana
Zieliny nr 144 (tylko do 5. 10. 1919), u Jerze-
go Heczki nr 24 (do 23. 12. 1919), u Stefana
Cupka nr 30 i Jana Kubika nr 104 do 2. 2. 1920.
Jako kuriozum zaznaczyć wypada, że gdy
25. 12. 1919 koło na wiatraku u Jana Matuli
nr. 151 się obracało, to przyszli dwaj żołnierze z bagnetami z placówki u Cupka i żądali
by zastawiono młynek wiatrowy, gdyż jest
święto. U Jana Matuli nr 151 na czas pobytu
pułku 16-tego w Łyżbicach byli na kwaterze
oficerowie polscy“.
Wybory w okresie międzywojennym
Pierwsze wybory gminne w okresie
międzywojennym w Łyżbicach odbyły się
16 września 1923 roku. Dotychczas zarządzała wioską Komisja administracyjna na
czele z komisarzem Janem Jurankiem, ustanowiona przez władze czeskie pod koniec
1920 roku. Wybory odbyły się w sali gospody „Zobawa“. Głosowano na dwie listy wyborcze, w tym na Partię Komunistyczną,
która uzyskała 7 mandatów i na Zjednoczone Stronnictwa, które uzyskały 11 mandatów. Na stanowisko wójta wybrano Pawła
Szurmana z listy Zjednoczonych Stronnictw. W dalszych wyborach z dnia 16 października 1927 roku głosowano już na 5 list
wyborczych. Tu zaznaczyła się bliskość huty
trzynieckiej i wpływ idei socjalistycznych
i komunistycznych na mieszkańców Łyżbic,
wśród których było wielu robotników.
Swych kandydatów wystawiło Stronnictwo Rolniczo-Robotnicze uzyskujące 3 mandaty, Połączone Stronnictwa Robotnicze
(polscy komuniści i polscy socjaldemokraci) uzyskujące 9 mandatów, Stronnictwo
Rolników, Małorolników, Chałupników i Robotników zdobyło 2 mandaty, Českoslo-
venská sociálně demokratická strana dělnická również 2 mandaty. Na przeciwstawnej pozycji ideowej stał Związek Śląskich
Katolików z 2 mandatami. Wójtem został
Paweł Lipka z Połączonych Stronnictw Robotniczych.
Następne wybory 27 września 1931 roku
przyniosły zwycięstwo Komunistycznej Partii w Czechosłowacji III. Międzynarodówki
w postaci 9 mandatów, Polska Socjalistyczna Partia Robotnicza uzyskała 4 mandaty,
Stronnictwo Ludowe 3 mandaty i Związek
Śląskich Katolików 2 mandaty. Przybyło
czeskich stronnictw. Československá sociálně demokratická strana dělnická zdobyła
3 mandaty, Občanská strana 2 mandaty i Československá strana národně socialistická
1 mandat. Wójtem został wybrany komunista Rudolf Morcinek, jednak tego wyboru
nie zatwierdził rząd krajowy i funkcję wójta
zastępczo sprawował František Jančík z Československé sociálně demokratické strany
dělnické.
Do wyborów nowego wójta doszło
21 września 1934 roku i został nim Jerzy Kohót z Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej. Ostatnie przedwojenne wybory odbyły
się 29 maja 1938 roku. Lista połączonych
stronnictw robotniczych Polskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej i Komunistycznej
Partiii Czechosłowacji zdobyła 7 mandatów,
Śląska Partia Ludowa zdobyła 6 mandatów,
Związek Polaków w Czechosłowacji także
6 mandatów, Lista Společných českých
stran 7 mandatów i Sudetendeutsche Partai
2 mandaty. Wójtem został ponownie wybrany Jerzy Kohót, który w okresie przynależności Łyżbic do Polski został także naczelniZWROT | 11/2013
43
Historia
SZPITALE
LEGIONOWE
NA ŚLĄSKU
CIESZYŃSKIM
W LATACH
1914–1915
cz. 1
Przychylne nastawienie ludności polskiej zamieszkującej rejon Jabłonkowa
jak i stacjonowanie tam innych instytucji legionowych, m.in. Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu
Narodowego, spowodowało, że w listopadzie 1914 r. zdecydowano umieścić
pacjentów szpitali legionowych w tym
rejonie.
TEKST: MAREK DUTKIEWICZ
Ewakuacja Krakowa
W sierpniu 1914 r. pod komendą Józefa
Piłsudskiego wyruszyły z Krakowa oddziały
strzeleckie. W sumie liczyły około 3,5 tysiąca
żołnierzy. W sierpniu toczyły walki na kielecczyźnie, a później na terenie południowej
części Królestwa i Podhalu. Część legionistów
(2 i 3 pułk piechoty) jesienią została wysłana
w Karpaty, gdzie walczyła o utrzymanie przełęczy karpackich. Ranni i chorzy legioniści
początkowo przywożeni byli do Krakowa,
gdzie utworzono kilka szpitali legionowych.
Położenie wojsk austro-węgierskich na
froncie w Galicji od połowy września 1914 r.
pogarszało się. W dniu 6 września do Krakowa dotarła wiadomość o zajęciu Lwowa
przez Rosjan, a 14 września obwieszczono,
że twierdza Kraków znajduje się na bezpośrednim zapleczu frontu. Wystosowano apel
do ludności o opuszczenie miasta. W dniu
28 września władze zadecydowały o rozpoczęciu przymusowej ewakuacji ludności.
W dniu 12 listopada zamknięto wszystkie
sklepy. W Krakowie mogli pozostać jedynie ci,
którzy posiadali zapasy żywności na trzy miesiące. O skali zarządzonej ewakuacji świadczy
fakt, że od października 1914 r. do stycznia
1915 r. liczba ludności miasta zmniejszyła się
o 1/3. Dane podają, że ogólna liczba uchodź44
ZWROT | 11/2013
ców z Galicji i częściowo z Bukowiny wyniosła
ok. 800 tysięcy. Również wszystkie instytucje
związane z Legionami musiały opuścić Kraków.
Dr Julia Świtalska-Fularska, która przeżyła
już ewakuację ze Lwowa, tak wspominała:
„Zaledwie pierwsze dni listopada minęły i nagle zapomniany już wyraz ewakuacja, słyszany we Lwowie, zadzwonił nam w uszach
w Krakowie. (...) Nieprzyjaciel posunął się tak
bardzo w głąb kraju, mimo bajek drukowanych w dziennikach o szalonych sukcesach armii austriackiej. (...) Zdawało nam się, że świat
runął, że jedziemy na zesłanie, bo ja wiem? Sybir... Sachalin... Jazda najzupełniej w nieznane,
bo wtedy we Lwowie wiedzieliśmy, że jedziemy do Krakowa. A dziś nic nie wiadomo”.
Transport na Śląsk
Oddział Sanitarny Departamentu Wojskowego Naczelnego Komitetu Narodowego
podjął w dniu 6 listopada 1914 r. decyzję
o ewakuacji szpitali legionowych z Krakowa.
Ewakuowano zarówno pacjentów jak i zgromadzone zapasy sprzętu i medykamentów.
Zdecydowano, że władze Oddziału Sanitarnego przeniesione zostaną do Wiednia. Natomiast nowa lokalizacja szpitali i chorych legionistów napotkała na przeszkody. Brano pod
uwagę różne miejscowości na terenie Moraw,
Mariańskie Łaźnie w Zachodnich Czechach
i Śląsk Cieszyński. Jedna z koncepcji zakładała
przejęcie przez Legiony oddziału w szpitalu
Czerwonego Krzyża w Nowym Targu.
Wobec presji narastającego zagrożenia
Krakowa zdecydowano się ostatecznie na
lokalizację na Śląsku Cieszyńskim. Część rekonwalescentów przeniesiono początkowo
do Suchej Beskidzkiej i oddano pod opiekę
dr. Emila Bobrowskiego, który pełnił tam
funkcję lekarza batalionu uzupełniającego.
Pierwsze prace organizacyjne przy tworze-
HISTORIA
niu szpitali na Śląsku Cieszyńskim podjął dr
Wacław Seidl. W dniu 6 listopada otrzymał
polecenie wyjazdu do Ostrawy, gdzie przygotował w Mariańskich Górach miejsce na
przyjęcie transportu pacjentów i sprzętu
szpitalnego. Jednak wobec wrogiej postawy
ludności czeskiej prace organizacyjne trzeba
było przerwać i zmienić lokalizację szpitala.
Zdecydowano się umieścić pacjentów w rejonie Jabłonkowa. Sprzyjało temu przychylne
nastawienie ludności polskiej zamieszkującej ten rejon, jak i stacjonowanie tam innych
instytucji legionowych – m.in. w Jabłonkowie kwaterował Departament Wojskowy Naczelnego Komitetu Narodowego.
W dniu 9 listopada wyruszył z Krakowa
pierwszy transport ponad 200 rannych, chorych i rekonwalescentów. Wieziono także wyposażenie szpitalne, m.in. 120 łóżek. Opiekę
nad pacjentami w trakcie podróży sprawowali: dr Mieczysław Hedinger, dr Stefan Buchowiecki, dr Maria Fijałkowska, Wilhelm Ehrlich –
technik dentystyczny, 11 sanitariuszy i kilka
sanitariuszek, w tym 3 studentki medycyny.
Placówki medyczne nad Olzą
Na pierwszy szpital zaadaptowano szkołę
w Wędryni, w której do tej pory kwaterowała
kompania Batalionu Uzupełniającego Legionów Polskich. Wkrótce zorganizowano kolejne lazarety w Bystrzycy i Łomnej. Następne transporty chorych i rekonwalescentów
przybyły z Suchej Beskidzkiej razem z dr Emilem Bobrowskim w dniach 10 i 12 listopada
1914 r. Pacjentów umieszczono początkowo
w tartaku w Bystrzycy, a później przeniesiono ich do bardziej odpowiednich pomieszczeń. W dniu 14 listopada zorganizowano
w Nawsiu mały, bo liczący kilkanaście łóżek,
szpitalik dla chorych zakaźnych.
Od 16 listopada 1914 r. nadzór nad placówkami medycznymi w rejonie Jabłonkowa
z rąk dr W. Seidla przejął dr E. Bobrowski. Seidel oskarżany był – trudno dziś stwierdzić,
czy słusznie – o nieudolność. Został podporządkowany dr. Bobrowskiemu i wkrótce
sam, chyba ze względów prestiżowych, zrezygnował ze służby w Legionach. Od 26 listopada 1914 r. wszystkie instytucje szpitalne na
Śląsku podlegały dr. E. Bobrowskiemu.
Ogrom problemów związanych z zarządzaniem rozbudowaną i rozdrobnioną strukturą, posiadającą liczny personel i pacjentów,
zmusił do utworzenia organu administracyjnego – Biura Sanitarnego Departamentu Wojskowego NKN. Powołano je w dniu 12 grudnia
1914 r. Zajmowało się prowadzeniem wszelkich spraw związanych z tworzeniem i działalnością placówek medycznych, opieką lekarską nad pacjentami, nadzorem nad personelem medycznym, prowadzeniem ewidencji,
zarządzaniem transportem.
Instytucje medyczne na Śląsku Cieszyńskim powstały w przymusowej ewakuacji
z Galicji przed wojskami rosyjskimi. Przebiegała ona pospiesznie i chaotycznie, co zakłóciło wypracowane już od początku wojny drogi transportu rannych i chorych z frontu. Odbiło się to niewątpliwie na poziomie
opieki, przerwaniu już prowadzonych kuracji, spowodowało u chorych niewygody
i cierpienia. Od początku powstanie bazy na
Śląsku Cieszyńskim traktowane było jako
rozwiązanie doraźne. W rozkazie Władysława Sikorskiego, szefa Departamentu Wojskowego NKN, podkreślono: „W tym celu
należy dążyć do jak najszybszego urządzenia lecznic i szpitali, które funkcjonować będą czasowo, aż do objęcia legionistów przez
C i K szpitale wojskowe”.
Poważniejsze przypadki
Przewidywano od początku, że ulokowani tu będą pacjenci z lżejszymi schorzeniami
lub rekonwalescenci. Poważniejsze przypadki kierowane były do szpitali stacjonarnych w głębi cesarstwa, gdyż w Jabłonkowie
i najbliższej okolicy nie było dobrze wyposażonych szpitali, a jedynie improwizowane
placówki o ograniczonych wyposażeniem
możliwościach leczenia. Stąd też pacjentów,
których stan wymagał interwencji chirurgicznej, kierowano do Wiednia, Cieszyna
i Morawskiej Ostrawy.
Przypadki schorzeń oczu, uszu, gardła leczono ambulatoryjnie w Cieszynie. Chorych
na gruźlicę kierowano do Meranu (obecnie
Merano), kurortu w południowym Tyrolu.
Dotkniętych chorobami zakaźnymi wysyłano do szpitali epidemicznych w Cieszynie,
Bielsku, Skoczowie i Boguminie. Przypadki
nerwowo chorych kierowano do Cieszyna.
Pacjentów z chorobami wenerycznymi kierowano do Opawy, Ołomuńca i Cieplic Trenczańskich na pograniczu Moraw i Słowacji.
W tej ostatniej miejscowości leczono również schorzenia serca i reumatyczne.
Wobec olbrzymich potrzeb władze austro-węgierskie przekazały legionistom oddziały w dwu szpitalach: w Teplitz-Schönau
(Cieplice Czeskie w zachodnich Czechach)
i w Pieszczanach na pograniczu Moraw i Słowacji. Oddziały te posiadały wyłącznie polską, legionową obsadę lekarską. W Cieplicach leczono choroby wewnętrzne, przypadki chirurgiczne i choroby weneryczne.
Natomiast w szpitalu w Pieszczanach leczono choroby reumatyczne i serca. Miejscami
w tych placówkach także zarządzało Biuro
Sanitarne Departamentu Wojskowego NKN.
Dokończenie w następnym numerze.
Prof. dr hab. Marek Dutkiewicz jest historykiem, dziekanem Wydziału Filologiczno-Historycznego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego
w Kielcach, Filii w Piotrkowie Trybunalskim.
Śląski tygodnik Horizont
• wychodzi zawsze we wtorek
• informacje, których nie znajdziecie nigdzie indziej
• historie ludzi z naszego regionu
• propozycje spędzenia wolnego czasu
• najciekawsze informacje sportowe
• ogłoszenia drobne za darmo
Znajdziecie nas również na www.ihorizont.cz
ZWROT | 11/2013
45
NAD OLZĄ PRZED STU LATY
Katastrofa przy Demellochu
W 1888 roku Cieszyn stał się stacją węzłową. Przez miasto oprócz dotychczasowej Kolei Koszycko-Bogumińskiej
przeprowadzona została linia Kolei Miast Śląskich i Galicyjskich łącząca Frydek i Kalwarię Zebrzydowską – dwa
miasta znane ze swych sanktuariów maryjnych (choć nie to było celem projektodawców). W Cieszynie powstał
most kolejowy oraz dwa dworce, jeden mniejszy, po prawej stronie rzeki Cieszyn-Bobrek oraz okazały budynek
dworca głównego.
Tekst: Jot / ILUSTRACJA: DARINA KRYGIEL
2 października 1913 roku około godz. 9. rano, ruszył przyśpieszony
pociąg towarowy l. 61 z dworca kolejowego w Cieszynie w stronę Bielska. Pociąg taki ma wyznaczony czas jazdy, to też odrazu z dworca maszynista przyspieszył go. Tuż przed t. zw. „Demellochem” nastąpiło wykolejenie tego pociągu, a winę tego wykolejenia, którego konsekwencje zbyt są kosztowne, zwalają na dozorcę kolejowego. Właśnie co
dopiero wymieniano w tem miejscu progi dębowe, a szyn nie przymocowano tak jak należało. Wykolejenie było tak gwałtowne, iż dodatek
do lokomotywy z węglem wyskoczył natychmiast z toru, a cztery wagony, zupełnie rozbite, stanęły dęba w poprzek czyli, że przewróciły się
do góry kołami – relacjonował „Głos Ludu Śląskiego”.
„Robotnik Śląski” precyzyjnie wyliczał straty: tender (doczepiony
do lokomotywy wóz na węgle i wodę) oraz ośm wozów wykolejonych,
z tego wóz służbowy częściowo i trzy inne wozy zupełnie zniszczone,
jeden z nich przewrócił się kołami do góry, dwa zmiażdżone do szczętu, czwarty wóz runął na biegnący wzdłuż toru kolejowego chodnik
kamienny ulicy Kolejowej, inny ocalał oparłszy się o słup telegraficzny;
tor kolejowy na znacznej przestrzeni zniszczony, szyny powyrywane
z progów; zawartość wozów zniszczona i rozsypana; żelazne sztachety odgradzające tor od ulicy połamane i przewrócone. W dodatku kierownik pociągu, niejaki Siostrzonek z Sibicy odniósł poważne rany
i z połamanymi nogami został odwieziony przez pogotowie ratunkowe do szpitala krajowego. Ogólnie szkody szacowano na 4 tysiące koron. Zostało zerwane ok trzydziestu metrów torów i dziesięć
metrów balustrady żelaznej i na dłuższy czas został wstrzymany
ruch na tej trasie.
Tuż przed wypadkiem prowadzono już od kilku dni roboty remontowe, gdyż podkłady (lub jak to wówczas pisano w prasie
progi) kolejowe były zupełnie zbutwiałe i zgniłe – najprawdopodobniej pochodziły jeszcze z końca lat osiemdziesiątych, kiedy
uruchamiano linię i dawno już wymagały wymiany. Zabrano się
zatem do prac naprawczych, które – na co zwracała uwagę
choćby „Gwiazdka Cieszyńska” – wykonują aresztanci, a nie robotnicy zawodowi.
I korespondent „Robotnika” nie
miał wątpliwości że przyczyną wykolejenia była praca aresztantów, którzy
nie mieli żadnego pojęcia o robocie, do
której ich zapędzono pod przymusem, robili ją źle i niedbale. Osobiście widzieliśmy
jak już po katastrofie dokręcano śruby, przytrzymujące szyny do progów. Gdy pociąg
nadjechał, nie ustawiono sygnałów ostrzegających, że należy jechać powoli i ostrożnie a robotnicy-aresztanci nie usuwali się z toru. Maszynista, który jechał z przepisaną szybkością, spo-
46
ZWROT | 11/2013
strzegłszy naraz przed sobą ludzi pracujących na torze i poczuwszy, że
pociąg się wykoleja, wstrzymał nagle pociąg i to powodowało opisane powyżej zgniecenie środkowej części pociągu.
Organ śląskich socjaldemokratów za wszystko winił szefa cieszyńskiego sądu Emanuela Harbicha, który znany był z wprowadzania w życie nowych metod resocjalizacyjnych wobec pensjonariuszy z miejscowego więzienia. Owe penitencjarne nowinki nie były
jednak w smak socjaldemokratom: P. Harbich od dawna już choruje
na tę fiksideę, że powołaniem jego, jako prezydenta sądu cieszyńskiego, jest odbierać zarobek i chleb codzienny uczciwym ludziom i przez
to spychać ich na dno nędzy i zbrodni, by ich módz potem „poprawiać
i umoralniać” we więzieniu za pomocą przymusowej roboty. W tej
kwestii mieli interweniować swego czasu i czołowi działacze lewicowi Tadeusz Reger i Peter Cingr, ale nic to nie dało.
Natomiast korespondent „Robotnika” jeszcze raz podkreślając
kąśliwie do jakiż to wspaniałych wyników doprowadziła „błogosławiona” działalność radcy dworu Harbicha, zauważał, że mimo to, nie
nauczony jeszcze doświadczeniem, dalej „zarabia” on ze swoimi aresztantami na kolei, na tem samem miejscu, które było widownią katastrofy czwartkowej!
Niebawem położono nowe podkłady na torze w kierunku Bielska i cała sprawa została najprawdopodobniej zamieciona pod dywan, bo prasa już milczała na ten temat, choć „Robotnik” co i rusz
wytykał prezydentowi cieszyńskiego sądu, że przeróżnym miejscowym przedsiębiorcom oferuje usługi taniej aresztanckiej siły roboczej, czy to przy budowie kolejnego jazu na Olzie, czy to w innych
miejscach...
REGION
JESIENNE SPOTKANIE PAŃ
Tradycyjnie dwa razy w roku spotykają się najbardziej aktywne przedstawicielki Klubów Kobiet działających w Miejscowych Kołach PZKO na całym Zaolziu. Tegoroczne
Jesienne Spotkanie miało miejsce 19 października w Domu Robotniczym w Suchej Górnej, zjechało na nie ponad 150 pań. Gospodarz – Klub Kobiet MK PZKO w Suchej Górnej
– jako motto imprezy wybrał myśl Guy de Maupassanta: „Spotkania z ludźmi czynią
życie warte przeżycia”. Wspólne rozmowy bowiem i wymiana doświadczeń są zawsze
nieodłącznym elementem owych spotkań.
TEKST I ZDJĘCIA: CZESŁAWA RUDNIK
W Domu Robotniczym
W Suchej Górnej właśnie w Domu Robotniczym zebrali się działacze PZKO z całego Zaolzia w 2009 r., kiedy odbył się tu Zjazd
PZKO. Natomiast panie na imprezie Sekcji
Kobiet, jak przypomniał prezes suskiego
MK Bronisław Zyder, spotkały się w Suchej
w 2007 r. Wtedy jednak Dom Robotniczy
wyglądał całkiem inaczej. Dziś po remoncie
generalnym przeprowadzonym przez gminę, jest bardziej przestronny i nowoczesny.
Częścią Domu Robotniczego jest Dom
PZKO, który obecne na Jesiennym Spotkaniu
panie również zwiedziły. Ale pezetkaowcy
mogą korzystać z pomieszczeń w całym budynku. – Wszyscy, którzy przyjeżdżają do Suchej Górnej, zazdroszczą nam Domu Robotniczego – mówiła Eugenia Kaňa, przewodnicząca górnosuskiego Klubu Kobiet. – Współpraca
z Urzędem Gminy układa się bardzo dobrze.
Dobre stosunki podkreślił też obecny na
spotkaniu wójt Suchej Górnej Jan Lipner.
Stwierdził, że nie potrafi sobie wyobrazić
funkcjonowania życia kulturalno-społeczne-
go w gminie bez PZKO. Wójtowi podziękował prezes Zarządu Głównego PZKO Jan Ryłko. Wyraził życzenie, by i w innych miejscowościach na Zaolziu tak dobrze układała się
współpraca między gminą a Kołem PZKO.
W ostatnich latach zmienił się nie tylko
Dom Robotniczy, ale całe centrum gminy,
powstały m.in. nowe chodniki, deptaki,
miejsca parkingowe. Chętne panie mogły
przekonać się o tym na własne oczy na krótkim spacerze. Po Suchej w pięknej jesiennej
szacie oprowadził je prezes Koła Bronisław
Zyder. Obejrzały „czerwoną“ i „żółtą“ szkołę,
siedzibę władz gminy, kościół parafialny.
Jedno z największych
Z sentymentem przyjechała do Suchej
Górnej Małgorzata Rakowska, członek ZG
PZKO, a jednocześnie prezes MK Czeski Cieszyn Centrum i członek Klubu Kobiet. Suchą
zna bardzo dobrze, ma tam dużo znajomych, przyjeżdża na grób ojca. – Połączyłam dwie imprezy – powiedziała naszej redakcji. – Jestem absolwentką PSP w Suchej
Górnej i dzisiaj, po pół wieku, mamy spotkanie klasowe.
– Chodziłam tu też do Rytmiki, którą prowadziła pani Helena Wojnarowa – wspominała. – Wtedy nie było jeszcze Rytmiki w Czeskim Cieszynie, ale była już w Suchej Górnej.
Pani Janina Rzyman, która przez 38 lat prowadziła zespół taneczny, jest moją koleżanką, tancerką Suszan. Właśnie tutaj w Suchej
Górnej występowałam razem z Gamą, razem
z Melodią. Tańczyłyśmy w zespole tanecznym. Objeżdżaliśmy Zaolzie z występami
z zespołami, które działały i działają w tym
Kole do dnia dzisiejszego.
Koło PZKO w Suchej Górnej należy do największych, liczy niemal 500 członków. Jego
działalność przybliżył pokrótce prezes Zyder.
O historii i współczesności MK mogły dowiedzieć się też panie z ręcznie zdobionej broszurki, którą dla każdej z uczestniczek imprezy przygotował Klub Kobiet, najstarszy stażem zespół Koła. – Generał bez wojska nic nie
znaczy, gdybym nie miała za sobą reszty pań
– podkreśliła przewodnicząca Eugenia Kaňa
– a jest nas w Klubie Kobiet trzydzieści, to nie
mogłabym niczego zdziałać.
Zespołami reprezentacyjnymi Koła są ZPiT
Suszanie, chór mieszany Sucha, oprócz Klubu Kobiet jest najmłodszy, bo dwuletni,
Klub Chłopa, a także Klub Sportowy i Klub
Młodych.
Bardzo aktywny w dolańskiej części Zaolzia Chórek, obchodzący w tym roku swoje
dziesięciolecie, to zespół wokalny, specjalizujący się w pieśniach ludowych.
Zespół wraz z ostrawską kapelą ludową
Šmykňa zaśpiewał także na Jesiennym Spotkaniu. Przedstawiający jego dokonania Marian Weiser wyjaśnił, że Chórek, w którym
występują śpiewacy z Suchej Górnej i Suchej
Średniej, ma w swoim repertuarze ponad
sto piosenek, przede wszystkim z naszego
regionu, ale są to piosenki raczej mniej znane lub niemal zapomniane. Na bogaty program kulturalny imprezy złożyły się także
występy dzieci polskiego przedszkola i szkoły podstawowej w Suchej Górnej.
Wielkie wydarzenie
Na scenie zespół wokalny Chórek MK PZKO w Suchej Górnej i ostrawska kapela ludowa Šmykňa.
– Spotkanie Sekcji Kobiet jest wielkim
wydarzeniem na Zaolziu. Jesteście jedyną
sekcją ZG PZKO, która tak prężnie i mocno
działa i tak bardzo uwidacznia się – zwrócił
się do zgromadzonych pań prezes ZG PZKO
Jan Ryłko. Pochwalił je za dobrze przygotowany projekt na działalność Sekcji. Jesienne
Spotkanie współfinansowano ze środków
otrzymanych od polskiego MSZ w ramach
ZWROT | 11/2013
47
REGION
Eugenia Kaňa, przewodnicząca górnosuskiego Klubu Kobiet, i prezes ZG PZKO Jan Ryłko.
konkursu na realizację zadania „Współpraca
z Polonią i Polakami za Granicą“. W imieniu
konsul generalnej RP w Ostrawie Anny Olszewskiej pozdrowienia i życzenia dla pań
przekazała wicekonsul Maria Kovacs.
Na drugą część spotkania złożyły się
oprócz spaceru po centrum gminy warsztaty
rękodzieła. Panie uczyły się sztuki origami,
którą prezentowała Krystyna Ostruszka. Nie
były to jednak najczęściej kojarzone z origa-
48
ZWROT | 11/2013
Jak uszyć kotka, pokazywała Helena Niedoba.
mi wyroby z jednej kartki papieru, lecz mozolne składanie miniaturowych karteluszków i wkładanie jednego kawałeczka do
drugiego tak, by powstała większa rzecz, np.
koszyk, łabędź, wazonik.
Zdobienia pierników uczyła Barbara Farnik. Pokazała, jak złożyć kawałek papieru, by
stworzyć tutkę, która służy następnie do wyciskania lukru i malowania filigranowego wzoru
na mniejszych czy większych pierniczkach. Tu
jednak, podobnie jak przy origami, trzeba
mieć pewną rękę, a dodatkowo jeszcze nieco
talentu artystycznego, by rysunek wypadł
wiarygodnie i estetycznie, by cieszył oko.
Natomiast Helena Niedoba pokazywała,
jak łatwo można uszyć pluszowego kotka.
Podstawowym materiałem są kolorowe skarpetki frotté, dwie pary, jak zdradziła, można
kupić już za trzydzieści koron. Są miłe w dotyku i zrobionymi z nich maskotkami dzieci chęt-
Górnosuskie przedszkolaki.
Krystyna Ostruszka jest mistrzynią sztuki origami.
Uczniowie polskiej szkoły w Suchej Górnej.
Origami
REGION
Panie z Chórku.
nie się bawią. Skarpetki trzeba odpowiednio
ponacinać, potem pozszywać, wypełnić, ozdobić. Wykonanie jednego kotka zajmuje jej około godziny. Oczywiście szyje również bardziej
skomplikowane zabawki, zwierzaki, które wymagają większego nakładu pracy.
Prowadząca Spotkanie Jesienne przewodnicząca Sekcji Kobiet ZG PZKO Władysława Byrtus była bardzo zadowolona z przebiegu imprezy, ale myślą wybiegała już
Panowie z Chórku.
w przyszłość. Trwają bowiem pierwsze przygotowania do Wiosennego Spotkania. Powinno odbyć się w ostatnią sobotę kwietnia
przyszłego roku w Gródku. Właśnie z Gródka
pochodzi też Władysława Byrtus. – Jeszcze jako młoda dziewczyna pomagałam tam przy
budowaniu Domu PZKO – wspominała.
– Gródczanki zgodziły się, w Klubie Kobiet jest ich mało, ale pomogą im młodsze
panie. A jako gościa wybrałam Stanisława
Czudka, który został lekarzem roku 2009
w Republice Czeskiej – wyjaśniła. Przewodniczącą Klubu Kobiet MK PZKO w Gródku
jest Anna Pilch, na Jesienne Spotkanie przyjechały Janina Młynek i Bronisława Turoń.
W Suchej Górnej bardzo im się podobało
i mają nadzieję, że w Gródku będzie równie
ciekawie. – Nasz Klub Kobiet to już starsze
panie, ale możemy liczyć na pomoc młodszych – dodały.
n
Sztuki zdobienia pierników uczyła Barbara Farnik.
Wicekonsul RP w Ostrawie Maria Kovacs (z prawej)
i przewodnicząca Sekcji Kobiet ZG PZKO Władysława Byrtus.
Jesienne Spotkanie odbyło się w wyremontowanym Domu Robotniczym w Suchej Górnej.
Po gminie oprowadzał prezes MK PZKO w Suchej Górnej Bronisław Zyder.
ZWROT | 11/2013
49
Krzyżówka Zwrotu
Krzyżówka
ZWROTU
Wśród autorów prawidłowych rozwiązań
zostanie rozlosowana nagroda książkowa.
Rozwiązanie dodatkowe prosimy przesyłać na
adres pocztowy lub e-mail: [email protected]
do 9 stycznia 2014 r.
Rozwiązanie krzyżówki z nr. 9/2013:
Serce ma swoje racje, których rozum nie zna.
Nagrodę książkową wylosował:
Jan Kawulok z Łomnej Dolnej
Gratulujemy!
Poziomo:
1. bezludna dla Robinsona
8. wiadro
11. powieść Steinbecka
12. napój z pianką
13. pochlebca
14. niestaranność
20. żartobliwie o ojcu
23. służy do zaparzania herbaty
26. w
ąski pas sawanny w zachodniej i środkowej
Afryce
27. Henryk, polski zoolog
28. stolica Azerbejdżanu
29. miasto w płn. Jordanii
32. pył na nie sprzątanych półkach
33. „Niedźwiedzica” albo „Brytania”
34. gryzoń hodowany na futro
35. grany na cześć złotego medalisty
36. twórca nowoczesnego państwa perskiego
38. termin kalendarzowy jakiegoś zdarzenia
39. starożytna Nikomedia
41. zagraża otyłym
43. Arnaldo ... Méndez, pierwszy kosmonauta z Kuby
45. maszyna włókiennicza do wytwarzania tkanin
48. zajmuje się analizą procesów poznawczych
53. odchody Krasuli
54. wynoszeni z pola bitwy
55. pozbawia życia za pomocą jadu
56. poprzedniczka rozrusznika
57. ma swój spis w publikacji
Pionowo:
1. siła podnosząca statek ku górze
2. mieszka w Sztokholmie
3. stan poprzedzający zgon
4. wspaniałe posłanie
5. nacięcie na drewnianej kolbie
6. pulpet z siekanego mięsa
7. ruch ręki, towarzyszący mowie
8. jednostka ładunku elektrycznego
9. orientalne targowisko
10. koń z pokładu Idy
15. nie boi się jadowitych węży
16. specjał nad specjały
17. gorącokrwisty koń wierzchowy
18. puka w rytmie cha-cha w piosence Marii
Koterbskiej
19. karabinki na sprężone powietrze
21. instrument dęty z wypalonej gliny
22. pochyła rynna do transportu urobku
24. prymitywny sygnalizator akustyczny
25. w Kanadzie leży
30. niewolnik
31. prawy dopływ Dolnej Odry
37. drugie po Pradze
40. zapłodniona komórka jajowa
42. biblijna góra
43. pośladki
44. wyższy od kapitana
46. pojazd na płozach
47. śnieg przymarznięty do gałęzi
49. zapłata za porwanego
50. nie liryk i nie dramatopisarz
51. potomek króla zwierząt
52. auto jak sweter
ROZWIĄZANIE DODATKOWE
((Autor sentencji: Mark Twain)Opr. BIKI
ILUSTROWANA KRONIKA MIESIĄCA: PAŹDZIERNIK 2013
16
16
17
W Cz. Cieszynie odbyła się konferencja obwodu
czeskocieszyńskiego PZKO przed listopadowym
Zjazdem PZKO.
W Karwinie miało miejsce zebranie przedzjazdowej Rady Obwodowej z udziałem delegatów
na listopadowy Zjazd PZKO.
Przedstawiciele PZKO – prezes ZG PZKO Jan Ryłko oraz Eugeniusz Delong – spotkali się w Ministerstwie Finansów RC w Pradze z Janem Fischerem, wicepremierem oraz ministrem finansów.
Stanisław Przewłodzki, Paweł Wałach, Józef Drong, Darina Krygiel, Barbara Kowalczyk, Monika Milerska, Renata
Humel, Agata Kaleta, Władysław Ćmiel, Zbigniew Kubeczka. Wystąpiła kapela Sztyry Smyki.
19
W Domu PZKO w Nawsiu odbyło się „Popołudnie
wspomnień”, zorganizowane przez komitet organizacyjny rodzin Polaków wywiezionych z Jasienia
oraz zarządy MK PZKO Nawsie i Nawsie Jasienie.
26
Na Kluboturniej – spotkanie Klubów Młodych
PZKO – do Olbrachcic przyjechała młodzież z Bystrzycy, Wędryni, Karwiny i Orłowej. Gospodarze zaprezentowali kabaret, w turnieju w nietypowych dyscyplinach wygrała Bystrzyca.
26
26
MK PZKO Karwina Frysztat zaprosiło na 4. Zabijaczkę we Frysztacie, w programie zagrała kapela ludowa Adama Sikory oraz grupy Blaf i Trvalá náhoda.
W Mostach k. Jabłonkowa odbyła się w 70. rocznicę uroczystość wspomnieniowa pod pomnikiem pomordowanych przez hitlerowców, a następnie
prelekcje w Domu PZKO.
26
W polskim Grodkowie odbyła się uroczysta akademia z okazji 40-lecia współpracy MK PZKO w
Boguminie Skrzeczoniu i Towarzystwa Miłośników Ziemi
Grodkowskiej.
17
W Konsulacie Generalnym RP w Ostrawie odbyło się spotkanie ambasador Rzeczypospolitej
Polskiej w Pradze Grażyny Bernatowicz z przedstawicielami największych polskich organizacji i instytucji z regionu Zaolzia.
18
W Cz. Cieszynie odbył się Piknik Rodzinny, czyli
nieformalne spotkanie towarzyskie pokoleń na
rozpoczęcie roku jubileuszowego z okazji zbliżającego się
60-lecia ZPiT Olza, reprezentacyjnego zespołu ZG PZKO.
19
Do Domu Robotniczego w Suchej Górnej zjechały się działaczki pezetkaowskich Klubów Kobiet
na Spotkanie Jesienne, organizowane przez Sekcję Kobiet ZG PZKO. Na bogaty program kulturalny złożyły się
występy dzieci polskiego przedszkola i szkoły podstawowej w Suchej Górnej, a także pracujący w MK PZKO zespół wokalny Chórek i ostrawska kapela ludowa Šmykňa.
20
W Sanatorium Rehabilitacyjnym w Karwinie
Granicach zorganizowało po raz 12. swój coroczny koncert jesienny Darkowska Jesień MK PZKO Karwina
Darków. W programie wystąpił chór mieszany Lira darkowskiego MK PZKO oraz chór Collegium Iuvenum Gimnazjum Polskiego w Cz. Cieszynie.
21
W siedzibie ZG PZKO w Cz. Cieszynie odbyła się,
zorganizowana przez ZG PZKO i Polską Sekcję
Ruchu Politycznego Coexistentia-Wspólnota, debata na
temat „Tożsamość narodowa Polaków w Republice Czeskiej – próba analizy” z udziałem przedstawicieli polskich organizacji.
26-27
„Z naszych dłoni i serc” to nazwa wystawy w Domu Kultury w Boconowicach, przygotowana przez MK PZKO Boconowice. Pokazano robótki ręczne i wypieki, sprzęty, stroje i fotografie
z historii gminy.
26-29
Delegacja PZKO z prezesem ZG Janem
Ryłką na czele wzięła udział w Warszawie w uroczystościach z okazji rocznicy powstania państwa czechosłowackiego, prowadziła rozmowy z senacką
Komisją Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą oraz w Stowarzyszeniu Wspólnota Polska. W Warszawie i Pułtusku zaprezentował się również zespół Zaolzi
MK PZKO w Jabłonkowie z kapelą Lipka.
23
26
W Konsulacie Generalnym RP w Ostrawie odbyło
się spotkanie Harcerskiego Kręgu Seniora Zaolzie
oraz zaprzyjaźnionych seniorów harcerskich z Polski.
MK PZKO Nawsie Jasienie zaprosiło na wieczór
teatralny „Dwaj starsi panowie przedstawiają” –
to Józef Sikora i Tadeusz Szkandera – z udziałem prezentacji dzieci w reż. Krystyny Sikory i zespołu teatralnego
pod wodzą Haliny Rusz; były też pokazy taneczne.
27
19
W Teatrze Cieszyńskim w Cz. Cieszynie odbył się
wernisaż wystawy poplenerowej Beskidy / Beskydy 2013, zorganizowanej przez Polskie Stowarzyszenie Artystów Plastyków w RC. Swoje prace zaprezentowali: Elżbieta Ledecka, Lech Ledecki, Adam Kunikowski,
W ramach projektu transgranicznego „Śląskie
tradycje artystyczne po obu stronach granicy”
Gminnego Ośrodek Kultury w Lubomi i MK PZKO Stonawa w Domu PZKO w Stonawie odbyło się spotkanie, podczas którego zaprezentowali się gospodarze: zespół
Dziecka ze Stonawy i chór mieszany Stonawa oraz chór
żeński Šárka z Suchej Górnej i goście z Polski: zespoły
z Lubomi i Syryni.
31
Stowarzyszenie Rodzina Katyńska oraz Koło Polskich Kombatantów zorganizowało z okazji zbliżającego się święta zmarłych spotkanie przy pomniku na
Konteszyńcu w Cz. Cieszynie.
ZWROT | 11/2013
51
Jubileusz 60-lecia ZPiT Suszanie
ZWROT | 11/2013
52
Download

WŁADYSŁAW CZEPIEC MA TALENT