niezależny dwutygodnik rozdawany bezpłatnie • nr 337
poniedziałek 6.10.2014 • ISSN 1509–4731
OSTROŁĘKA I POWIAT OSTROŁĘCKI
1
RO • poniedziałek 06.10.2014
R O Z M A I T O Ś C I
O S T R O Ł Ę C K I E
W numerze dodatek „Moto Rozmaitości”
„Rozmaitości Ostrołęckie”
– jeszcze bliżej czytelników
Str. 5
Ciemna strona pracy
Pijaństwo na nocnej zmianie, kręcenie liczników w samochodach, seks
w toalecie – to tylko niektóre zdarzenia,
na których nakryli pracowników ostrołęccy pracodawcy
Str. 6
Klucz do zgody
Nowe wiejskie place zabaw, choć wybudowane za publiczne pieniądze, są
ogrodzone i zamknięte. Sołtysi bowiem boją się wandali. A mieszkańcy
narzekają
Str. 7
Na wojnie z batonem
Zwiększyliśmy nakład do 22 000 egzemplarzy. Docieramy do każdej rodziny w Ostrołęce i do znacznej
części mieszkańców powiatu. Jesteśmy najskuteczniejszym nośnikiem reklamy w regionie
Sklepiki szkolne mają być pod większą
urzędniczą kontrolą niż sklepy monopolowe. Co na ten temat sądzą dyrektorzy ostrołęckich szkół i poseł – technolog
żywności?
WYCIECZKI, PRZEWÓZ LUDZI,
RZECZY, PACZEK
POLSKA - WŁOCHY
konkurencyjne ceny
TOURS POLONIA - ITALIA
E IL TRANSPORTO
tel. 504 544 459, 880 872 338
INFUZJA TLENOWA
Najwyższej jakości projekty i aranżacje
wnętrz mieszkalnych oraz użyteczności
publicznej, projekty architektoniczne,
budowlane, technologiczne
tel. 796 539 470
[email protected]
www.lauradesign.pl
Spraw, by Twoja skóra odzyskała
promienny wygląd po lecie.
Polecam mikrodermabrazję
z infuzją tlenową.
Iwona Kaczyńska
Zapraszamy do nowo otwartego
punktu przy ul. Prądzyńskiego 4/lok. 13, I p.
2
RO • poniedziałek 06.10.2014
Pogarsza się sytuacja
przewoźników
Utrzymujący się konflikt na wschodzie Ukrainy znacząco wpływa także na ostrołęcką gospodarkę, czego dowodem jest dyskusja podczas wrześniowej sesji Rady Miasta Ostrołęka.
Samorządowcy pochylili się nad problemem
transportowców z naszego miasta, którzy postulowali o umorzenie podatku, który płacą do
miejskiej kasy od każdej posiadanej ciężarówki lub chociaż odsetek od niego do końca roku
i rozpatrzenie podatków na rok następny. Spadek przewozów utrzymuje się od marca, kiedy
nałożono pierwsze embargo.
W ciągu roku do Rosji wykonuje się ponad
260 tysięcy przewozów. W samej tylko Ostrołęce zajmuje się tym 77 firm. Nie są to tylko przewozy z Polski, ale też pośrednictwo
z innych krajów Europy, np. Włoch. Od kilku
miesięcy trudna sytuacja na wschodzie i konflikt pomiędzy Rosją a Ukrainą spowodował
wprowadzenie sankcji na Rosję. Ta odpowiedziała tym samym. Na polityce niestety tracą polscy
przedsiębiorcy. Rolnicy mają ogromny problem
ze sprzedażą wyprodukowanych owoców i warzyw. Tysiące ton trafiły do organizacji dobroczynnych, ale to znacząco sytuacji nie poprawiło.
Drugą grupą, która traci najwięcej, są firmy przewozowe. Te znacząco zmniejszyły ilość zamówień i wykonywanych przewozów co przełożyło
się bezpośrednio na ich przychody. To ich ciężarówki woziły produkty na wschód. Teraz stoją na
parkingach, a opłaty nie maleją.
i tak już niskich frachtów, jeszcze spadną. Te
firmy, które do tej pory wykonywały transport na wschód, siłą rzeczy przeniosą się na
zachód, północ albo południe. Powstanie
jeszcze większa wyniszczająca się wzajemnie
wojna konkurencyjna, która poprowadzi do
zaniżania cen usług, ponieważ każdy będzie
chciał cokolwiek załadować i przewieźć. Sytuacja w konsekwencji doprowadzi do ograniczenia ilości taboru.
– Naszą sytuację poprawiłyby działania mające na celu obniżenie kosztów utrzymania
taboru, przynajmniej do czasu, kiedy nie odnowimy zamówień i nie zaczniemy normalnie zarabiać – mówił Szczepankowski. – Mimo, że nie jeździmy cały czas to musimy ponosić koszty stałe takie jak: ubezpieczenia,
podatki od środków transportu, koszty zatrudnienia. Dla niektórych firm jest to ponad
30 procent kosztów plus koszty paliwa oscylujące obecnie w granicach 50–60 procent.
Choć sytuacja stawała się napięta już kilka
miesięcy temu przewoźnicy starali się samodzielnie radzić sobie z kryzysem i spadkiem
dochodów. Do tej pory nie prosili o pomoc
samorządu i płacili na czas. Teraz zdecydowali się na to, bo poprawy sytuacji na wschodzie nie widać a i rząd nie wypłaca żadnych
świadczeń.
Kryzys w przewozach rzutuje także na inne
dziedziny życia. Wzrasta bezrobocie, bo pracę tracą mechanicy, kierowcy, logistycy, a także osoby zatrudnione w przedsiębiorstwach,
które może nie uczestniczą bezpośrednio w
transporcie, ale także są ważne, np. sekretarki, sprzątaczki, ubezpieczyciele, sprzedawcy
pojazdów, itd. Każdy utracony kurs to strata.
Podczas tej sesji rady miasta radni nie podjęło ostatecznej decyzji. Ma powstać komisja
ds. finansów, która rozpatrzy czy miasto stać
na umorzenie podatków. ■
ANNA SIUDAK
5
Każdego miesiąca przewoźnicy muszą od swojej
działalności odprowadzać podatki. Jak przedstawił podczas sesji rady miasta Jerzy Szpietowski
z Forum Gospodarczego w Ostrołęce jest to 8 tysięcy złotych rocznie od jednego samochodu, niezależnie od tego czy przyniósł on dochód czy też
nie. Na tę sumę składa się także podatek od środków transportu, który przewoźnicy płacą samorządowi miasta.
Na ostatniej sesji rady miasta wystąpili oni
z prośbą, by podatek rozłożyć na raty, umożyć
w całości lub chociaż nie wymagać płacenia odsetek.
Prośba przewoźników nie jest jednak prosta do
zrealizowania. W tym roku do budżetu miasta
wpłynęło ponad 2,6 mln złotych z tytułu podatku od środków transportu od osób prawnych i fizycznych. To niemała kwota. Prezydent Janusz
Kotowski zauważył, że są to pieniądze, które finansują między innymi oświatę. Jednakże teraz
„zarżnięcie” (jak określił prezydent) firm nie jest
najlepszym pomysłem, bo zrodzi to kolejne kłopoty. Jakie? Między innymi zwolnienia pracowników i sprzedaż floty samochodowej.
Problem przewoźników nie jest świeży. Już w
marcu, kiedy nałożono embargo na mięso rozmawialiśmy ze Związkiem Przewoźników w Ostrołęce i sytuacja stale się pogarszała. – Obecna sytuacja za wschodnią granicą znacznie przyśpieszy degradację rynku – przewidywał wówczas
prezes Zrzeszenia Przewoźników Drogowych w
Ostrołęce Mirosław Szczepankowski. – Od 2008
roku koniunktura w transporcie ciągle spada. Z
roku na rok jest coraz gorzej. To jest już szósty rok
postępującego kryzysu w branży. Nie ma takiego
roku żeby tam nie było jakiegoś problemu. Ostrołęka z racji położenia geograficznego opiera swój
transport na relacjach ze wschodem.
W marcu przewoźnicy bali się też rozszerzenia
embarga i rosnącej konkurencji na innych trasach. – To jest efekt domina – tłumaczył nam Mirosław Szczepankowski, ze Zrzeszenia Przewoźników. – Jeżeli nie będziemy mogli wozić naszych towarów za wschodnią granicę to ceny,
E
Podatek nie był podnoszony od kilku lat i nigdy
nie było problemów z jego płaceniem przez przewoźników. Problemów nie było, bo do czasu nałożenia embarga ten rynek dość prężnie się rozwijał. Wskazują na to choćby rosnące wpływy z podatków. Okazuje się, że w roku 2013 z tego tytułu
do kasy miasta wpłynęło jedynie pół miliona złotych, teraz jest to ponad pięć razy więcej. Niestety
stojące samochody na siebie nie zarabiają.
KALENDARZE
CZAS NA ZMIA NY
07-410 Ostrołęka, ul. Hallera 13
tel. 29 760 91 92, [email protected]
www.informedial.pl
RO • poniedziałek 06.10.2014
Powstanie rodem z Hollywood
W niedzielne popołudnie kino Jantar nie
mogło narzekać na brak klientów. „Miasto
44” ściągnęło prawdziwe tłumy, a nie był to
pierwszy dzień projekcji. Właściwie od tygodnia w kinie grano tylko ten jeden film
i to po trzy seanse dziennie. Mimo to chętnych nie brakowało.
Jak zwykle przed filmem, który wyjątkowo
mnie interesuje albo takim, z którego chciałabym napisać własną recenzję, nie czytałam innych relacji i zdań na jego temat. Dzięki temu
miałam mieć obiektywny osąd, nie sugerować
się niczym, nie nastawiać.
No i po wszystkim zaniemówiłam. Nie z
wrażenia, ale dlatego, że właściwie nie wiedziałam co powiedzieć. Pojawił się jakiś we-
3
wnętrzny sprzeciw. Z jednej strony poruszająca,
dramatyczna sytuacja bohaterów, którzy walczą o
życie, z drugiej hollywoodzkie efekty przyprawiające o atak śmiechu.
Zacznijmy od pozytywów. Przede wszystkim
wielki pokłon należy się Janowi Komasie, reżyserowi za przedstawienie Powstania Warszawskiego za pomocą młodych ludzi. To co uderza w ich
twarzach, zachowaniu na początku, to entuzjazm
i podniecenie nową sytuacją. Dla nich konspiracja
to przygoda, wyzwanie. Są pewni swego. Kiedy
Stefan biegnie naprzód nie widać w nim strachu,
który przecież powinien im towarzyszyć. A może
wcale nie?
To co uświadomiłam sobie podczas filmu to to, że
każda z tych osób jest młodsza ode mnie. Nie czuli jeszcze widma śmierci, a może po prostu do niej
przywykli, bo w końcu okupacja trwała już kilka
lat. Ocieranie się o nią sprawiło, że przestali się jej
bać. Byli młodzi, pełni życia. I to życie im odebrano. Wolność, zabawę, przyjaciół. Nawet możliwość
nauki. Tak naprawdę stracili najlepsze lata dzieciństwa przez wojnę i okupację. Była w nich straszna
wola przywrócenia tego wszystkiego.
Jakże dobitnie uświadamia to scena nad Wisłą,
która jest klamrą kompozycyjną filmu. Młodzi,
uśmiechnięci, szczęśliwi. Jeden z chłopaków mówi, że chciałby tu zostać na zawsze. Niestety za
chwilę rzeka staje się jedynym sposobem ucieczki
od bomb, kul i gruzów. Nikt już tu nie puszcza kaczek, nikt nie uczy się pływać.
To, że Komasa wykorzystał tak młodych ludzi
sprawia też, że człowiek taki jak ja, w podobnym
wieku, zaczyna zastanawiać się czy dałby radę, czy
nie poddałby się byle żyć. I chyba tak by było. Dziś
łatwo wszystko przychodzi, bo nie czujemy odpowiedzialności. Jest gdzieś, ale taka wirtualna. Nikt
do nas nie strzela, nikt nie zabija naszych przyjaciół. Nie musimy przemycać rozkazów pod ubraniem i martwić się, żeby nas nie złapali.
Postacią, która zdecydowanie wyróżnia sie spośród innych jest Biedronka, grana przez Zofię Wichłacz. Aktorka dostała za tę rolę nagrodę dla najlepszej aktorki na Festiwalu Filmowym w Gdyni.
Trzeba sobie jednak uświadomić, że Zofia jest tegoroczną maturzystką. Ma 19 lat i żadnego doświadczenia z pracą na planie. Na pierwszy casting do
filmu „Miasto 44” przyszła w wieku 15 lat. Potem
Komasa czekał po pierwsze na pieniądze, po drugie na Zosię. I jak widać po efektach było warto.
Scena kiedy po wybuchu z góry lecą szczątki ciał
i krew. Biedronka zostawia rannego Stefana przy
ulicy na gruzach, by znaleźć im schronienie na
noc. Kiedy wraca wybuch rozrywa budynek na
strzępy. Ona zmęczona, brudna, we włosach na
ludzkie tkanki i krew. Szuka Stefana, który zmienił
miejsce. Kiedy go znajduje zaczyna krzyczeć, żeby
ten nigdy więcej jej nie zostawiał. W jej głosie jest
rozpacz i panika. To w końcu była panienka z dobrego domu, która raczej bawiła się w konspirację
niż chciała naprawdę walczyć. Nagle znajduje się
w sytuacji, do której nie dorosła. Jej zmiana dokonuje się na naszych oczach. I to jest wartość dodana tego filmu.
Gdybym w tym miejscu swoją recenzję skończyła
okazałoby się, że to świetny film o młodych powstańcach. Niestety nie do końca tak jest. Reżyser i scenarzysta wyraźnie chcieli podkręcić atmosferę i do fajnego filmu dołożyli sceny niczym z filmu science–fiction. Efekt? Kiedy powinno być wzruszająco, zatrważająco albo po prostu strasznie, chce się śmiać.
Promocja dostępna dla Abonentów, którzy posiadają lub dokupią jednocześnie inne usługi Cyfrowego Polsatu lub Plusa. Promocja dotyczy wybranych ofert
z określoną miesięczną opłatą, wskazaną w
Regulaminie programu smartDOM (superoferta). Obowiązuje od 30.09.2014 do 17.11.2014, z
możliwością przedłużenia.
Szczytem tej komercyjnej zabawy jest scena pierwszego pocałunku Biedronki i Stefana zrealizowana w technologi slow motion, czyli na zwolnionych
obrotach. To ostatnio częsty zabieg w filmach akcji. Wyobraźmy więc sobie. Budynek zostaje ostrzelany. Bohaterowie mają sekundy, by przebiec przez
linię ognia i się ukryć. Zaczynają biec i w tym momencie realizator wymyślił, że powinni zacząć się
całować. Zatrzymuje więc akcję. Biedronka i Stefan wpadają sobie w objęcia, dookoła nich latają kule niczym świetliki. W tle piękna muzyka z epoki.
Czy ja jestem w raju? Pokuszę się o stwierdzenie, że
slow motion zniszczyło ten film.
Z perspektywy widzę dlaczego film wywołuje we
mnie sprzeciw. Jest on zrealizowany pod kątem nastolatków, dla których efekty są najważniejsze. Oni
historię poznają dzięki filmom z Hollywood. To do
nich przemawia, to rozumieją. Ja, tylko kilka lat
starsza przecież, szukałam w filmie innych emocji.
Trudno, tym razem się nie udało. ■
ANNA SIUDAK
4
RO • poniedziałek 06.10.2014
Popijawa na nocnej zmianie. Seks w służbowej toalecie.
Prywata na służbowym sprzęcie. I nie tylko…
Obyczaje prosto z pracy
– Kradł, pił w pracy i oglądał pisma pornograficzne z toalecie – to
był chyba najgorszy z możliwych
pracowników, jakich spotkałem
na swojej drodze – relacjonuje Pan
Mirek właściciel średniej wielkości zakładu na terenie Ostrołęki.
Najgorsze jest to, że okazał się całkowicie bezkarny.
Statystyka wskazuje, że w Ostrołęce jest ok. 4200 osób bezrobotnych,
w powiecie – ok. 6500 osób. Z tego wynika, że reszta z nas pracuje,
a przynajmniej stara się pracować
w firmach z terenu naszego miasta. W zakładowych regulaminach
niczym na PRL–owskich sloganach
wypisywane są piękne sentencje.
W jednym z nich czytam „Pracownicy powinni sobie wzajemnie pomagać, być dla siebie mili i uczynni” w
innym „Wspólna praca na rzecz zakładu powinna być dobrem nadrzędnym
każdego pracownika”. Jak wygląda to
dobro nadrzędne w rzeczywistości? Czasami bardzo marnie.
Zwolnienie na zawołanie
Anna jest 35 letnią właścicielką małego zakładu produkcyjnego zlokalizowanego w naszym mieście.
– W chwili obecnej zatrudniam
troje pracowników – mówi młoda przedsiębiorczyni – więc mogę powiedzieć, że mój zespół jest
bardzo mały, a pomieszczenie kameralne. Pracujemy codziennie w
tym samym składzie, więc znamy
się jak łyse konie, jednak i tu zdarzają się kłopotliwe sytuacje. Kilka tygodni temu musiałam zwolnić
jedną dziewczynę z pracy. Ta sytuacja była niesamowita. Dziewczyna
w wieku 28 lat na rozmowie kwalifikacyjnej rozpłakała się jak mała
dziewczynka, tłumacząc jak trudną ma sytuację rodzinną. „Jestem
matką samotnie wychowującą synka” – mówiła. Zawsze podkreślała, jak ma ciężko i jak bardzo zależy jej na pracy. W okresie wakacyjnym po przepracowanym miesiącu
przyszła poprosić o urlop, bo szykuje się jej wyjazd na Mazury. Kiedy odmówiłam udzielenia urlopu,
pracownica próbowała mnie zaszantażować emocjonalnie; mówiła, że to jest ważne dla jej zdrowia
psychicznego i dziecka. Wymyślała
na poczekaniu bardzo wiele argumentów, ale mój był jeden: żebyście
mogły dostać wypłatę teraz trzeba
pracować. Urlopy bierzemy zimą
bo taka jest specyfika naszej pracy
i wymagania rynku. Kiedy wchodziłam do toalety mimowolnie słyszałam jej rozmowę telefoniczną, w
której mówiła „znam drogę do lekarza”.
Scenka zawałowa odegrana
Po kilku dniach pracownica Anny poinformowała, że ma poważną
chorobę serca i koniecznie musi iść
na zwolnienie lekarskie. Poprzedniego dnia kiedy weszła do biura,
była cała zlana potem i czerwona.
– Przewidywałam, że symuluje –
mówi Anna. – Pomyślałam że chyba biegała przez godzinę po schodach, żeby doprowadzić się do takiego stanu. Kiedy weszła, miała
łzy w oczach, niemalże mdlała w
drzwiach. Dziewczyny szybko do
Rys. Marek Sachmata
niej podeszły i kazały usiąść. Oczywiście wszystkie ją pocieszały i starały się pomóc.
Anna przyjęła przyniesione zwolnienie lekarskie i czekała. Chorej na papierze pracownicy nie było w pracy przez dwa tygodnie. Po
powrocie pojawiła się zupełnie odmieniona. Świeża opalenizna na
całym ciele, przemalowane włosy
i manicure prosto od kosmetyczki.
Ani słowem nie wspominała już o
chorobie serca.
czałem, że to jeszcze nie koniec.
Kiedy paliłem papierosa na zewnątrz, przed budynkiem zauważyłem, jak mój kolejny pracownik,
pijany do tego stopnia, że aż się zataczał, próbuje wstawić do swojego
auta metalową beczkę będącą moją własnością. Proszę pana, to się w
głowie nie mieści! Ja tym ludziom
daję podwyżki i wstawiam jakieś
cuda wianki żeby poprawić im warunki pracy, a tu proszę – syf, kiła
i mogiła. Tylko jeszcze prostytutki
brakuje i narkotyków.
Zdradził ją portal społecznościowy
Sąd sądem, a sprawiedliwości brak
– Moja pracownica popełniła tylko
jeden błąd – wspomina jej szefowa.
– Zamieściła swoje zdjęcia z wakacji na portalu społecznościowym z
wielkim napisem „wakacje w Wiartlu”. Pomyślałam, że to już przesada. Wezwałam do siebie pracownicę i pokazałam jej te zdjęcia. Zapytałam, co ma do powiedzenia, bo ze
zwolnienia wynikało, że przez cały czas ma leżeć w łóżku i chodzić
na badania. Odpowiedziała krótko: „A co myślałaś, że tylko ty możesz sobie jeździć, gdzie ci się podoba? Ja też muszę odpocząć, a ty tylko wyzyskujesz ludzi”. Oczywiście
po tej wymienie zdań zakończyłyśmy naszą współpracę.
Syf, kiła i mogiła
Mirek to 55 letni mieszkaniec powiatu ostrołęckiego i właściciel
średniej wielkości zakładu produkcyjnego. Stale przebywa w swoim
zakładzie i pilnuje pracy. Często zagląda też do hali produkcyjnej, żeby zobaczyć jak przebiega praca.
Jedna z takich niezapowiedzianych
wizyt to był istny szok.
– Przyjechałem do firmy późnym
wieczorem, wtedy pracuje trzecia zmiana – wspomina Mirek. –
Wszedłem na zakład i oniemiałem. Pracownik w jednej ręce trzyma urządzenie do kontroli maszyn,
a w drugiej kieliszek z wódką. Na
beczkach stały ogórki i kanapki i
do tego głośno grała muzyka. Impreza na całego. Postanowiłem
jeszcze chwilę poobserwować towarzystwo. Jestem dość impulsywny i stwierdziłem, że przyda mi się
chwila wytchnienia. Nie przypusz-
– Nie mogłem tego puścić płazem –
dodaje przedsiębiorca Mirek. – Postanowiłem zwolnić część załogi z
pracy. Wszyscy przyjęli propozycję, że albo zwolnią się sami, albo
czeka ich dyscyplinarka. Nikt poza jednym pracownikiem nie protestował, bo ich wina była ewidentna. Pracownika, który nie chciał
się zwolnić, wyrzuciłem dyscyplinarnie. Po krótkim czasie dowiedziałem się, że odwołał się do sądu
pracy. To była już bezczelność z jego strony. Co dziwne, w sądzie mój
pracownik przyznał się do winy.
Opowiedział, że był pijany w pracy i obsługiwał maszynę. Do tego
dodał, że mieli zamontowany jakiś
mały telewizorek na którym oglądali filmy pornograficzne i bawili
się w czasie pracy. Po tym klęknął
na kolana przed sędziną i powiedział: „Wiem, że źle zrobiłem, ale
mam rodzinę na utrzymaniu i muszę pracować. Błagam o możliwość
powrotu”. Po tym sędzina przywróciła go do pracy. Ręce mi opadły. Nigdy nie wyobrażałem sobie,
że taka sytuacja może mieć miejsce,
a jednak może.
Podkręcanie licznika w standardzie
Paweł jest pracownikiem dużej firmy zlokalizowanej na terenie miasta. Jak sam mówi: cofanie liczników w służbowych samochodach
to w ich firmie normalka.
– Nasze zadania są proste, mamy na
przykład zdemontować gdzieś ławki lub inne materiały i przewieźć z
jednego punktu do drugiego – relacjonuje Paweł. – Dostajemy służbowy samochód i paliwo. Zużycie pa-
liwa jest słabo kontrolowane przez
firmę, więc radzimy sobie, jak możemy. Najważniejsze jest to, żeby kilometry się zgadzały. W firmie mamy kilka starych samochodów i nowe. Nasze kierownictwo się dziwi,
że wszyscy chcą jeździć starymi autami, a dla nas jest to proste. W starych samochodach łatwiej się podkręca kilometry. Żeby dostać się do
linki, nie trzeba wielkiego fachowca
i kręcimy kilometry – spuszczamy
paliwo i jest ok. Trzeba sobie jakoś
radzić – dodaje Paweł, starając się
usprawiedliwiać dokonywane kradzieże. – My tu nie zarabiamy dużych pieniędzy, więc musimy jakoś
dorobić. Kilometry kręcimy w dwie
strony. Raz do przodu i spuszczamy
paliwo, a czasami w tył. Kręcenie
do tyłu jest wtedy, jak przewozimy
ludziom na boku jakieś rzeczy. To
proste – jedziemy żeby przewieźć
jakieś gabaryty do klienta, czas na
przewiezienie to jakieś dwie godziny, my to robimy w pięć. W tym
czasie najpierw jedziemy do klienta i mówimy, że mamy problem z
autem. Potem jedziemy do naszego
znajomego i przewozimy jego graty.
Kasujemy za transport i pomoc we
wnoszeniu, a potem jedziemy i robimy sprawy firmowe. Jak przyjeżdżamy na bazę, to mówimy, że auto
się popsuło i musieliśmy reaktywować grata. Wie pan te stare auta często się u nas psują – dodaje z uśmiechem. Nowych nie chcemy, bo tam
do podkręcenia liczników trzeba
rozmontować połowę auta, więc nie
opłaca się za bardzo kombinować.
No, ale spalanie to mają jak czołgi.
Bańka z dystrybutora też się przyda
w domu
– Jaka jest woda w Ostrołęce, wiedzą wszyscy, więc jak można to kupujemy wodę ze sklepu do picia i
gotowania lub bierzemy firmową
– mówi Kamila, która jest kierownikiem w dużym zakładzie pracy. Niedawno odkryła, że pracownicy wynoszą z pracy nawet… wodę. – Głównie mamy tu pracę biurową, ale „biurwy” są straszne. Kiedyś
mieliśmy takie dystrybutory do wody w firmie – wspomina Kamila. –
Małych przenośnych urządzeń było
sporo, nie kontrolowałam tego jakoś
szczególnie, dlatego nie zauważyłam, że brakuje jednego z nich. Nasza pracownica wraz z mężem wyniosła go do domu. Mało tego, raz
na dwa tygodnie wymieniała sobie bańki na nasz koszt. Pracownica miała klucze do firmy, więc jak
w zegarku zostawała po godzinach
w pracy. Po dwóch godzinach przyjeżdżał po nią mąż i zawsze wchodził na górę. Autem parkował z tyłu
parkingu, tak żeby nikt nie widział,
co robi. Zawsze wynosił bańkę wody, a ona ryzę papieru. Ten proceder
trwał pół roku, a my dowiedzieliśmy się przez przypadek na samym
końcu. Kiedy na dole ktoś włamał
się do sklepu, zaczęło się śledztwo.
Okazało się, że sąsiad ma małą kamerę częściowo skierowaną w naszą stronę. Kiedy udostępnił filmiki
z kilku dni z monitoringu dla sklepu, widać było naszych pracowników. Sąsiedzi okazali się bardzo lojalni, bo poprosili mnie do siebie i
pokazali co się dzieje. Przez kilka
tygodni obserwowaliśmy to wszystko. Zebrałam listy obecności z kil-
ku miesięcy i wszystko ułożyło się
w całość. Dziwię się, że chciało się
tej dziewczynie tak kombinować,
tym bardziej, że nie jest biedna i robiła to chyba tylko z chciwości. Po jej
zwolnieniu okazało się, że nie tylko wody i papieru nam zostaje, ale
też przybory biurowe dużo mniej
się zużywają – no, ale na tym jej nie
przyłapałam – dodaje.
Seks w toalecie – był tylko raz
Adam jest kierownikiem w firmie
telekomunikacyjnej. Jak podkreśla, jego zespół jest bardzo fajny,
dobrze pracuje, osiąga wyniki i jest
zdyscyplinowany, ale tu też zdarzały się śmieszne historie.
– Często zmieniają nam się pojedynczy pracownicy – wspomina Adam.
– Kiedyś do firmy zatrudniliśmy
młodego chłopaka. Przypodobał się
jednej dziewczynie z firmy. Zaczęło się od tego, że chcieli obok siebie
pracować. Nie widziałem w tym nic
dziwnego więc pozwoliłem na to.
Kiedyś przyłapałem ich, jak siedzieli sobie na kolanach w pokoju socjalnym. W sumie to nie zwróciłem im
uwagi, bo robili to w wolnym czasie podczas obiadu i natychmiast po
moim wejściu odseparowali się od
siebie i zawstydzili. Ta dziewczyna
ma męża, ale stwierdziłem, że nie
będę im moralizował. Niestety, to
nie był koniec love story. Na skargę przyszła do mnie jedna z pracownic. Powiedziała, że już dwa razy „parka” wchodziła razem do toalety i było słychać głośne sapania w
kabinie. Fakt, że robili to inteligentnie, bo chodzili do toalety, z której
korzysta niewiele osób, jednak to
była już przesada. Poprosiłem żeby
zawołała mnie, kiedy po raz kolejny
dojdzie do tego zbliżenia. Po tygodniu oczekiwania przyszła do mnie
zaaferowana pracownica z wieścią:
„Znowu to robią”. Szybko pobiegłem na górę i rzeczywiście słychać
było dźwięki wydobywające się normalnie z sypialni. Zapukałem do
kabiny. „Zajęte” – usłyszałem drżący głos kobiecy. Czekałem kilka minut aż wyszła, najpierw ona, potem chłopak. Nie chciało mi się wierzyć, że można to robić w pracy i to
jeszcze w toalecie. Po wyjściu dostali ode mnie potężną reprymendę. Puściły mi nerwy i powiedziałem tej dziewczynie, że przecież ma
męża i dzieci, i co ona sobie wyobraża. Może trochę przesadziłem, bo
powiedziałem jej, że cała firma żyje
ich numerkami, a ona zachowuje się
jak dziwka. Patrzyłem tylko jak powoli czerwienieje i łzy napływają jej
do oczu. Nie powiedziała nic, tylko
przeprosiła. Kolejnego dnia dziewczyna zwolniła się z pracy, pewnie
chodziło o wstyd, bo rzeczywiście
cała firma się z niej śmiała. Chłopak
pracował jeszcze przez dwa miesiące, ale też się zwolnił. Ten gość nie
miał wstydu. Po odejściu tej dziewczyny zaczął zalecać się do innej.
Tylko, że od tej dostał w twarz! I dobrze – dodaje Adam.
Duża część naszych znajomych i
sąsiadów pracy nie ma. Ci, którzy
mają, skarżą się na pracodawców.
Pracodawcy narzekają na pracowników. Jak ktoś pracę ma, to często kradnie, pije, a jak widać niektórzy współżyją w służbowej toalecie. Dlaczego tak robią? Bo szef
mało płaci? Bo jest wredny i wykorzystuje podwładnych? Bo w końcu to oszust i szuja? Ale z punktu
widzenia pracodawców wielu pracowników to złodzieje i lenie, którym wiecznie mało pieniędzy. W
tym wszystkim powstaje pytanie,
czy są firmy normalne, w których
relacje między szefami a podwładnymi oparte są na zasadzie wzajemnego zrozumienia, szacunku,
porządku i uczciwości? ■
BARTOSZ PODOLAK
5
RO • poniedziałek 06.10.2014
InQbator teatralny 2014
Sztuka na ulicy,
ale nie z ulicy
Festiwal Teatralny InQbator na stałe wpisał się w kalendarz imprez
ostrołęckich. I choć w powiatowym
mieście trudno znaleźć pokaźne
grono świadomych odbiorców sztuki, można odnieść wrażenie, że z roku na rok widzów przybywa. Cieszy fakt uczestnictwa w tym wydarzeniu całego przekroju społecznego: od emerytów, poprzez rodziców
ze swoimi pociechami, na młodzieży skończywszy. To cenna inicjatywa, dzięki której Ostrołęka na dwa
dni, 18–20 września br., zamieniła
się w świątynię sztuki.
Festiwal rozpoczyna się, zresztą tak
samo od wielu lat, co można uznać
za pewnego rodzaju tradycję, barwnym korowodem ulicami miasta,
który wyrusza z placu gen. J. Bema i maszeruje w stronę sceny ustawionej pomiędzy domami handlowymi „Kupiec” i „Handlowiec”. Parada jest niejako zaproszeniem wystosowanym do ostrołęczan, aby
zachcieli wziąć udział w święcie teatru, i pokazaniem całej palety kolorów, jakie InQbator wnosi w życie
naszego sennego miasteczka.
Początki zawsze są trudne, stąd doświadczony uczestnik tego festiwalu, nie pierwszy raz mający z nim
coś wspólnego, nie mógł mieć wiel-
kich oczekiwań artystycznych czy
estetycznych po występie Ostrołęckiej Sceny Autorskiej, która zaprezentowała się z czymś o nazwie „Republika Lem”. W programie podano, że był to „spektakl teatru ruchu
inspirowany twórczością literacką
Stanisława Lema i muzyką Grzegorza Ciechowskiego”. Doprawdy, inspiracji dziełami autora „Solaris”
trzeba było szukać ze szkłem powiększającym, natomiast muzyka
Republiki rzeczywiście była i to był
niewątpliwy atut tego występu.
Na wzmiankę choćby zasługuje natomiast „Gogol” w wykonaniu Teatru Warszawskiego Centrum Pantomimy. W wypełnionej sali widowiskowej Ostrołęckiego Centrum
Kultury można było wziąć udział w
swoistym misterium. Zaskakujące,
jak za pomocą ruchu i gestu można
wyrazić uniwersalne prawdy dotyczące kondycji nie tylko człowieka,
ale i świata. Twórcy tego spektaklu
odwołują się do znanego przedsięwzięcia pt. „Płaszcz” sprzed ponad
pół wieku, ale potrafili – o czym zapowiadali – tchnąć w niego nowe życie, jednocześnie zachowując to, co
najważniejsze: wyraz artystyczny.
Być może jednym z ważniejszych
wydarzeń tegorocznego InQbatora
był widowiskowy spektakl „Spotkać Prospera” w wykonaniu Teatr
Woskresinnia. To barwne widowisko powstałe na podstawie wiecznie żywych dramatów Williama
Szekspira: „Burzy”, „Romea i Julii”, „Hamleta” i „Snu nocy letniej”
było w pewnym sensie katharsis
– oczyszczeniem przed kolejnymi
dniami wrażeń festiwalowych. Teatr Woskresinnia używa szerokiej
palety środków scenicznych pobudzających wszystkie zmysły widza
i zmuszających do możliwie pełnego odbioru zaprezentowanego
dzieła. „Magiczność, a także widowiskowość tego ulicznego przedstawienia
tworzą bohaterowie szekspirowskich
arcydzieł oraz ubrani w bogate i barwne
kostiumy postacie na szczudłach. Pojawiające się w widowisku sceny z dramatów Szekspira przenoszą widza w
bajkowy świat układanek i fantazji. W
spektaklu ważną funkcję pełni muzyka, raz niespokojna, oparta momentami na trąbce, kołatkach, bębnach, kiedy
indziej fortepianowa, wesoła i optymistyczna, ilustrująca zabawę” – czytamy w programie festiwalu i trudno się z tymi słowami nie zgodzić,
a nawet je uzupełnić o kilka jeszcze
pochlebniejszych spostrzeżeń. Teatr Woskresinnia bowiem nie idzie
na łatwiznę i nie podaje widzowi
gotowych, zgrabnych i łatwych do
Jedna z ulicznych scen zaprezentowanych podczas festiwalu
przyjęcia konwencji. Artyści potrafią prowadzić publiczność, jak troskliwy ojciec swe dziecko prowadzi za rękę, poprzez meandry sztuki, doprowadzając do szczęśliwego,
widowiskowego i niejednoznacznego finału. Uczestnictwo w spektaklu Teatru Woskresinnia można uznać zatem za bycie częścią jakiegoś misterium. To się rzadko na
prowincji zdarza.
Ciekawą propozycją, szczególnie dla widzów, dla których wyrażanie się poprzez ruch i mimikę jest najważniejsze, był spektakl
„Performer” w wykonaniu gwiazdy światowego formatu – Otto
Skrävlare. Ten monodram daje się
odczytywać w rozmaitych konfiguracjach i w kontekście różnych
rozważań, zarówno błahych, jak
i najważniejszych. Nie jest to jednak pobieżne obchodzenie się z
problemami, ale głębokie ich penetrowanie za pomocą szyderczych,
komicznych a na ogół ironicznych
uogólnień. Konstrukcja spektaklu zbudowana jest na konwencji wykładu na temat performansu i performera, w którym padają niezliczone definicje m.in Sechnera i Grotowskiego. Zderzenie się
widza z tym przedstawieniem na
pewno nie pozostanie bez wpły-
Fot. Wojciech Dorobiński
wu na jego postrzeganie teatru i
sztuki w ogóle.
Choć InQbator jest festiwalem
prezentującym głównie spektakle uliczne, można śmiało stwierdzić, że zaprezentowane przedstawienia z pewnością nie są sztuką z
ulicy, jedynie zaprezentowaną – w
głównej mierze – na ulicy. To niezwykle istotne, aby w tego typu
miastach jak Ostrołęka, w których
nie funkcjonuje stacjonarny, sezonowy teatr, w których nadal pokutuje bardzo niska świadomość kultury i są niewielkie tradycje uczestnictwa w wydarzeniach kulturalnych, odbywały się tego rodzaju
przedsięwzięcia. Początki zawsze
są trudne i obarczone wielkim ryzykiem. Odnoszę jednak wrażenie,
że ostrołęczanie zaczęli doceniać
magię teatru, także dzięki InQbatorowi. Przy tej okazji trzeba sobie uczciwie zadać pytanie: gdzie
na spektaklach są nauczyciele poloniści z ostrołęckich szkół, którzy
powinni wspierać młodzież w dążeniu do pełnego humanistycznego rozwoju? Na palcach jednej ręki można policzyć pedagogów, którzy nie dość, że sami uczestniczą w
kulturze, to jeszcze zachęcają do tego swoich podopiecznych. ■
PAWEŁ TRZEMKOWSKI
Poproszę o mysz
Co roku w Polsce ginie setki zwierząt gatunków chronionych. Wpadają pod koła samochodów, jak jeże, lisy i żaby, są zabijane w gniazdach w zbożu w czasie żniw, dostają się we wnyki i kleszcze w lasach,
zawisają na drutach wysokiego napięcia i elektrycznych pastuchach,
zaplątują się w sznurki od bel siana,
porzucone na polach. Do tego dochodzą rodzaje śmierci, z którymi
człowiek i jego cywilizacja nie ma
nic wspólnego. Te mniejsze i wolniejsze stworzenia kończą z krótkim piskiem w szczękach lub dziobach tych dużych i szybkich, jak było od wieków. Nie widzimy tego. Nie
spotkamy rannego borsuka czy bobra, bo te zwierzęta nie przebywają
w miejscach, w których mogą mieć
bezpośredni kontakt z człowiekiem.
Inaczej jest z jeżami, żabami, srokami. Gdy któreś dozna krzywdy, na
ogół dochodzi do tego gdzieś w pobliżu ludzkich siedzib. Wiemy o ich
zwyczajach i umiemy chociaż trochę zabezpieczyć je przed możliwością wypadku. Np. żaby głupieją na
kilka dni, wiosną, Zawyczaj ostrożne, w czasie godów zaczynają masowo przemieszczać się w kierunku
miejsc dobrych do złożenia skrzeku.
Mieszka sobie taka pani żaba na łące
a jej rodzinne bagienko czy ogrodowy staw jest po drugiej stronie szosy. Nie ma wyjścia, zabiera się i lezie. Jak to, lezie? - może zapytać czytelnik. Przecież to żaba a one skaczą, dość szybko i daleko. Owszem,
o ile nie mają na grzbiecie pana ża-
by. Samce niektórych gatunków tak
się cieszą, że znalazły osobnika płci
przeciwnej, że włażą partnerce na
grzbiet, żeby jej pilnować przed konkurencją. Samica porusza się bardzo
wolno. Żeby dać szansę żabom, wolontariusze pilnują ich ulubionych
przejść. Ubrani w kalosze i gumowe
rękawice, wyposażeni w plastikowe
wiaderka, łapią płazy i biegną z nimi na drugi brzeg szosy. Kilka dni
dyżurów i setki płazów otrzymuje
szansę na rozmnożenie a uprawy –
szansę na nie zostanie zjedzonymi
przez ślimaki.
Potrafimy pomóc też osieroconym
ptakom, ale tylko tym gatunkom,
które dobrze znoszą obecność człowieka. To ptaki drapieżne, od setek
lat trzymane jako pomoc przy polowaniach. To zwyczaj wschodni,
ale rozpowszechniony swojego czasu również wśród szlachty polskiej.
Orzeł, krogulec czy sokół mieszkały w dworach a ponieważ dożywały sędziwego wieku, nawet będąc
starymi i niesprawnymi, nadal były
utrzymywane, jako domowe pupile.
„Przychować się” potrafi też sroka,
wrona, kruk. Oraz bocian.
Tu dochodzimy do najciekawszego
zjawiska w kontaktach Polacy – dzikie stworzenia. Przywykliśmy do
myślenia o boćkach jak o takich na
wpół udomowionych stworzeniach,
Ma gniazdo na mojej stodole, to poczuwam się do odpowiedzialności za niego – sądzi gospodarz. Lu-
dzie przejmują się każdym wyrzuconym z gniazda pisklęciem, wyglądają: swoich bocianów co roku
na wiosnę, potem martwą się młodzieżą, która nie odleciała na zimę.
Tymczasem są to zachowania naturalne. Rodzice pozbywają się dzieci, których nie mogą wykarmić, żeby dać szansę pozostałemu rodzeństwu. Na wiosnę do gniazda wracają niekoniecznie te same bociany
a już prawie na pewno nie jest to
wieloletnie małżeństwo. Ptaki łączą się dzięki gniazdu a nie swoim osobniczym zaletom. Kolejna
sprawa to młode, czarnodziobe bocianki, które tkwią w Polsce jeszcze we wrześniu. Tu wyjaśnienia są
dwa. Po pierwsze, mogą to być ptaki z reguły nie odlatujące do Afryki, bo np. wychowali je ludzie i instynkt u nich nie zadziałał. Mogą to
być również osobniki, które zostały odtrącone przez resztę grupy. Bociany skupiają się w luźne stada w
czasie przelotu, stare osobno, młode
osobno. Tworzenie grup jest znane
jako sejmikowanie. Tak jest, od kiedy bociany są bocianami, ale fakt, że
wybierają sobie na siedliska otoczenie człowieka, powoduje, że chcemy
spieszyć im z pomocą. Tymczasem
ekolodzy i ornitolodzy mówią: nie
da się. Owszem, można spróbować,
ale bez wyrzutów sumienia, kiedy
się nie powiedzie. Bocian budzi naszą sympatię. Jest gatunkiem chronionym, ale niezagrożonym. Nie
zniknie z pól, gdy pozwolimy paść
kilku wyrzuconym pisklakom. Jeże-
Opiekując się zimą bocianem, uważajmy by go zanadto nie oswoić
li jednak ktoś zechce poświęcić trochę czasu, wysiłku i pieniędzy, żeby
wspomóc dorosłego osobnika, może to zrobić. Jak? Po pierwsze, bociek z uszkodzoną nogą czy skrzydłem musi trafić do specjalistycznej
placówki. Trzeba go złapać, najlepiej
narzucając koc, wsadzić do bagażnika i zawieźć do Warszawy, gdzie
przy ZOO działa Ptasi Azyl. Tam go
przyjmą. Jeśli ptak jest na oko zdrowy, tylko został, albo za wcześnie
przyleciał, warto go dokarmiać. Jada grubo posiekane podroby (ale
nie wątrobę) i mięso z kurczaka (koniecznie ze skórą i kośćmi), myszy,
złapane w pułapki (nie otrute), jajko na twardo w lekko potłuczonej
skorupce, rybki słodkowodne. Nie
wolno dawać pieczywa, klusek, kaszy, wędliny. Pokarm wykładać,
gdy ptak nas widzi, bo inaczej zjedzą to np. lisy. Miejsce zmieniać co
parę dni. Ptak musi mieć dostęp do
wody. Warto się skrzyknąć w kilka gospodarstw, włączyć do akcji
dzieci ze szkoły albo Koło Gospodyń Wiejskich, bo koszt 1 kg mię-
Fot. Anna Wołosz
ska codziennie może być trudny do
udźwignięcia. Tyle musi zjeść bocian, który nie ma dostępu do naturalnie znajdowanej żywności, czyli
zimujący. Czy przetrwa? Raczej tak,
o ile nie zabije go silny, długotrwały
mróz albo niepilnowane psy. Należy pamiętać, żeby ptaka zanadto nie
oswoić, bo nie zechce opuścić dobroczyńców. To dzikie zwierzę, powinno mieć szansę zachowywać się
tak, jak inne osobniki jego gatunku.
Dzikie stworzenia czasem potrzebują naszej pomocy. Potrafią się o
nią upomnieć, jak trzy młode bocianki, które rezydowały przez parę dni w Myszyńcu. Gdy na parkingu pokazał się człowiek, podchodziły i patrzyły na ręce. Dopominały
się o jedzenie, prawdopodobnie były tego nauczone. Adres na obrączkach wskazał, gdzie się mogły wykluć: w pobliżu instytutu naukowego w Gdańsku. Dzięki temu łatwo
było znaleźć ich opiekunów, którzy
je zabrali. Miały szczęście. ■
ANNA WOŁOSZ
6
RO • poniedziałek 06.10.2014
Konfliktowe wiejskie boiska
Razem czy osobno
W trakcie wrześniowej sesji Rady
Gminy w Lelisie wybuchł konflikt
pomiędzy radnym powiatowym i
sołtysem wsi Szafarczyska. Obaj są
mieszkańcami tej samej wsi, obaj
spotkali się na zebraniu wiejskim,
gdzie dyskutowano o warunkach
dostępu do wybudowanego wspólnym sołeckim wysiłkiem boiska
wiejskiego. A jednak radny powiatowy podniósł larum, występując jakoby w obronie jednej z mieszkanek,
która nie mogła skorzystać z placu
zabaw, bo zastała zamkniętą furtkę.
Rzecz jednak nie w tym, bo tuż obok
furtki wisi regulamin korzystania z
boiska, gdzie zapisano, iż klucz do
furtki można otrzymać w pobliskim
sklepie, bez żadnego problemu, wystarczy przejść kilka kroków.
trzeb stadionu, jak choćby wjeżdżanie na boisko motocyklami, picie alkoholu i pozostawianie sterty butelek i puszek po takiej „zabawie”, jak
uszkodzone ogrodzenie, ale te argumenty nie przekonały radnego i ten
rozpoczął osobistą polemikę z sołtysem, którą na szczęście szybko przerwał przewodniczący Rady Gminy.
choćby te słynne orliki. Jak grzyby
po deszczu, w tym także w gminie Lelis, powstały plenerowe siłownie, stoły do ping–ponga, boiska wiejskie, a nawet stadiony z
obiektami wyłożonymi tartanem,
oświetlone i ogrodzone. I wszędzie pojawia się ten sam problem.
Chodzi o utrzymanie jako takiego
...i rzuty ziemniakami do celu.
zryły kruki i wrony, poszukując
pod nią smakowitych pędraków.
I w tym właśnie rzecz cała. Bo jeśli
się weźmie klucz do obiektu, by tam
się bawić, bujać na huśtawkach i kręcić karuzelą, to w jakimś stopniu ponosi się odpowiedzialność za stan
tego obiektu. Po zakończonej zabawie trzeba tę furtkę zamknąć, oddać
klucz i dopiero wówczas ta odpowiedzialność się skończy. A nie wszyscy
chętni do zabawy chcieliby taką odpowiedzialność ponosić, bo przecież
skoro to boisko jest wspólne, wiejByły zawody w zbieraniu kartofli…
Zabawa na wiejskim boisku w gminie Lelis
skie, to powinno być ogólnie dostępne, bez żadnej odpowiedzialności za
stan obiektu, za wykonanie jakich
tam czynności – argumentował radny powiatowy.
Sołtys bronił zasad regulaminu, podając przykłady braku zrozumienia
dla wspólnych, ogólnowiejskich po-
Niby, zwykły spór o prawo do korzystania z obiektu powstałego i
utrzymywanego dzięki wysiłkowi mieszkańców sołectwa i gminy, ale rzecz ma szersze tło. Bo takich obiektów mamy w gminach
coraz więcej. Często buduje się je z
wykorzystaniem solidnych funduszy unijnych i państwowych, jak
stanu tych obiektów dłużej niż kilka dni po ich uroczystym oddaniu do użytku i poświęceniu. Nie
pomagają bowiem kamery monitoringu, też zresztą kosztowne,
nie pomagają regulaminy, mniej
lub bardziej życiowe. Zaraz pojawiają się tam grupy, by nie powiedzieć bandy, osób zainteresowanych wykorzystaniem nowych
obiektów w specyficznie rozumiany, wspólny sposób, a więc do
urządzenia sobie motorowych popisów, picia piwka, oznakowania
wszystkiego farbą i pozostawienia na dowód pobytu masy śmieci, petów, butelek i puszek. Podobnie zresztą jak z nowiutkimi przystankami PKS, skwerkami czy placami zabaw dla dzieci. W ten oto
sposób problemem stało się nie co
zbudować, tylko to jak to wszystko co zrobiono dla wspólnego dobra utrzymać.
1918 km dla Niepodległej
W Rzekuniu odeszli od akademii
ku czci na rzecz jazdy na rowerach. Nietypowy sposób uczczenia rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę znalazła Szkoła Podstawowa w Rzekuniu. Jej
uczniowie, nauczyciele i niemała
grupa rodziców przejechała rowerami niemal dwa i pół tysiąca kilometrów po drogach gminy Rzekuń.
– Mówimy oczywiście o sumie kilometrów pokonanych przez wszystkich uczestników projektu. Plan zakładał uporanie się z dystansem
1918 kilometrów, aby rok odzyskania niepodległości wrył się mocno
w pamięć naszych uczniów – mówi Marek Podolak, dyrektor szkoły.
– Zamiar ten wykonaliśmy ze sporą nawiązką, bo nie zakładałem aż
tak dużego zainteresowania ze strony rodziców.
Uczestnicy akcji postanowili połączyć kilka elementów, które można określić jako nowoczesny patriotyzm. Punktem wyjścia była oczywiście sytuacja międzynarodowa i
wojna tocząca się tuż przy naszych
granicach. Taki czas sprzyja myśleniu o historii Polski W sytuacji zagrożenia fundamentalnych praw
człowieka do życia w pokoju oraz
stawiania pytań o kształt współczesnego patriotyzmu
Minimalnym celem było zapamiętanie roku odzyskania niepodległości przez Polskę, aby przynajmniej
dzieci z Rzekunia nie kompromitowały się katastrofalną nieznajomością historii, jaką wykazuje się wielu naszych rodaków. Pomysł już na
początku września błyskawicznie
podchwycili uczniowie i nauczyciele, mocno zaangażował się samorząd uczniowski i rodzice z kilku
klas starszych.
Należało wymyślić nową formułę
świętowania – mówi dyrektor Podolak. – Odejść od celebrowania akademii na rzecz aktywnych działań,
takich na przykład jak zadeklarowanie pokonania określonego dystansu w celu uczczenia rocznicy
odzyskania niepodległości. Można było przy okazji porozmawiać o
tym, czym jest niezależność dla pojedynczych ludzi i dla społeczeństw.
We wrześniu kilkunastoosobowe grupy rowerzystów dotarły do
wszystkich miejscowości na terenie
gminy, aby poznać swoją najbliższą okolicę. Uczestnicy rajdów fotografowali się na tle tablic z nazwami
poszczególnych wsi. Wiele z tych fotografii zostanie umieszczonych na
mapie gminy, którą uczniowie wykonają i zawieszą w holu szkoły. Rowerzyści często ubierali się w biało
Dwa dni po sesji w Lelisie, gdzie
wybuchł spór o dostępność boiska w Szafarczyskach, na tymże obiekcie bawili się mieszkańcy
okolicznych wsi. Okazją było organizowane doroczne Święto Pieczonego Ziemniaka. I jak co roku było
fajnie, wszyscy zajadali się pieczonymi ziemniakami, popijali je pieprzową wodą, grali w piłkę, dzieciaki miały konkursy, tańczono
zumbę, śpiewano popularne melodie. Jednym słowem prawdziwe dobre święto wiejskiej wspólnoty. Niestety, po zakończeniu i
posprzątaniu obiektu przez ludzi
zmobilizowanych przez sołtysa,
boisko znowu będzie puste, spadając na sumienie sołtysa i miejscowego LZS, bo przecież ci którzy nie potrafią doczytać i zrozumieć regulaminu wcale się nie
będą przejmować jego stanem, a
zwłaszcza teraz, kiedy murawę
–czerwone stroje, dla podkreślenia
wychowawczego charakteru wyjazdu. Wrześniowe weekendy stworzyły okazję pożytecznego spędzenia
czasu, lepszego poznania różnych
grup społeczności szkolnej, aktywnego wypoczynku na świeżym powietrzu. Niektóre grupy wykorzystywały okazję do zorganizowania
ogniska, spacerów po leśnych duktach, przyglądały się urokliwym zakątkom, które dotychczas jedynie
Piszę o tym właśnie, pozostając pod
wrażeniem kolejnej uroczystości
pokazującej siłę i ochotę do wspólnego działania wiejskiego samorządu. Oto w sobotę, 27 września, na
zapleczu budynku po zlikwidowanej szkole podstawowej w Durlasach zbudowano fajny obiekt sportowy z boiskiem do piłki nożnej i do
siatkówki, a w mieszkaniu po nauczycielce powstała świetlica wiejska z zapleczem. Wspólna i radosna
zabawa nie ściągnęła wprawdzie
całej wsi, ale byli zarówno starsi,
jak i młodzi. Dla nikogo nie zabrakło pieczonych ziemniaków, kiełbaski, napojów i nagród w licznych
konkursach. Obiekty poświęcił proboszcz z Lelisa, padły słowa zachęty i gratulacje ze strony wójta, radnych i gości. Jednym słowem, pojawiło się nowe miejsce, gdzie wspólnota wiejska będzie mogła spełniać
swoje potrzeby i oczekiwania. Ale
widziałem w oczach twórców tego sukcesu pewien niepokój, bo
obiekt trzeba będzie zabezpieczyć
i obronić przed wandalami, zadbać
o kulturalne wykorzystanie murawy, infrastruktury i urządzeń, a to
już kosztuje nie tylko zresztą pieniądze, ale także czas i chęci. Czasem nawet wbrew krzykliwym pomysłom co bardziej zabawowych
mieszkańców. Oby się udało. Durlasy to duża wieś, z historycznymi
tradycjami, która przy okazji budowy boiska pokazała się, jako zżyta społeczność wielu pokoleń. Jest
więc nadzieja, że uda się tam żyć i
działać bardziej razem, niż osobno.
Sołtys Szafarczysk był gościem tej
uroczystości, radny powiatowy nie
przyjechał gratulować. A szkoda. ■
TEKST I ZDJĘCIA ANTONI KUSTUSZ
migały za oknem pędzącego samochodu. Przyjemnie spędzony czas,
popularyzacja turystyki rowerowej i chwila refleksji nad ojczyzną
wielką i małą to wartość dodatkowa. Według zapewnień tegorocznych uczestników za rok powtórzą
swój projekt. Przecież szkole zostały kamizelki odblaskowe z herbem
gminy i wielkim hasłem „1918 km
dla Niepodległej”. ■
Uczestnicy, ubrani na biało-czerwono, fotografowali się na tle tablic z nazwami wsi
BP
7
RO • poniedziałek 06.10.2014
Szkolne sklepiki
na cenzurowanym
Choć szkołę już skończyłam doskonale pamiętam jak wyglądają szkolne sklepiki. Na półkach
wszystko to o czym większość dzieci marzy. Czekoladowe batoniki, chipsy, orzeszki w polewie. Dla
tych, którzy chcieli najpierw zjeść
pożywne śniadanie, były hamburgery, bułki z parówką albo gotowe
kanapki. Może z tymi robionymi
przez mamę nie miały wiele wspólnego, bo szyneczka była zastąpiona najtańszą mielonką, masło margaryną, do tego majonez i ketchup.
Ale kto by się temu oparł? Picie też
było. Cola! Czego chcieć więcej?
Teraz słyszę rzecz smutną. Sklepiki szkolne mają się bezpowrotnie
zmienić. I to nie tak, że mali klienci
będą mieli do wyboru albo zdrowe,
albo kaloryczne przekąski. W imię
walki z otyłością i niezdrowym trybem życia wyboru w szkolnych sklepikach ma nie być.
Wszystko za sprawą ustawy, nad
która trwają właśnie prace w Sejmie.
Powołano nawet specjalną komisję,
która bardzo mądrze się nazywa, a
mianowicie „komisja nadzwyczajna
do rozpatrzenia poselskiego projektu ustawy o bezpieczeństwie żywności i żywienia”. Owa ustawa, nad
którą pracują posłowie, zakłada zakaz sprzedaży w szkolnych sklepikach artykułów, które nie spełnią
wymogów zaproponowanych przez
posłów. Te są dość rygorystyczne.
Zakazana ma być sprzedaż w szkołach wszystkiego co zawiera za dużo cukru, za dużo sodu oraz napojów gazowanych, energetyzujących i
izotonicznych.
Jak łatwo się domyślić większość
obecnie sprzedawanych produktów
nie przejdzie przez selekcję. Nawet,
wydawałoby się zdrowe, batoniki
zbożowe albo mleko o smaku truskawkowym mają w sobie za dużo
cukrów.
Jest jeszcze inny problem. Wystarczy
spojrzeć na pierwsze lepsze opakowanie, by zobaczyć że niektórych informacji z listy nie sposób sprawdzić.
Z pomocą mają przyjść rodzice i dyrektorzy szkół, którzy dzieci znają najlepiej. Komisja nadzwyczajna ds. ustawy o bezpieczeństwie
żywności i żywienia zaproponowała, by rada rodziców we współpracy
z władzami szkoły przygotowywały szczegółową listę produktów, które w sklepiku mogą się znaleźć i które jednocześnie spełnią wymagania
z listy. Ma to sprawić, że dzieci dostaną tylko to czego naprawdę potrzebują.
Takie rozwiązanie nie podoba się
przedsiębiorcom, choćby przedstawicielom Konferencji Lewiatan, która reprezentuje głos polskich i europejskich pracodawców. Według
nich taki przepis wprowadzi nierówność podmiotów i da osobom,
które nie mają kompetencji ani wiedzy z zakresu prawa żywieniowego i dietetyki, uprawnienia do określania jakie produkty będą sprzedawane i podawane w przedszkolach
i szkołach.
– Nie wyobrażam sobie jak dyrektor z radą rodziców będą ustalali, jaki sok (jakiego producenta), kasza czy ryby będą sprzedawane w
sklepikach szkolnych, czy podawane w stołówkach – mówi dr Dobrawa Biadun, ekspertka Konfederacji Lewiatan. . – Na jakiej zasadzie
i kto będzie kontrolował, aby wybór
dokonany został z poszanowaniem
praw konkurencji i konstytucyjnego
zakazu dyskryminacji w życiu gospodarczym – dodaje.
Innego zdania jest poseł Andrzej
Kania (okręg ostrołęcki, Platforma
Obywatelska), który zwracał się z
interpelacją dotyczącą postępującej
wśród dzieci i młodzieży otyłości.
– Cieszę się, że daje się rodzicom
możliwość decydowania o własnych
dzieciach – powiedział nam poseł Andrzej Kania. – Rodzice jednak wiedzą najlepiej co jest dobre
dla dzieci. Ja bym nawet poszedł dalej i dał rodzicom szersze uprawnienia, ale dobrze że chociaż tyle udało
się osiągnąć. Powinniśmy zadbać o
zdrowie naszych dzieci. Ograniczyć
im dostęp do przekąsek, słodyczy
czy gotowych kanapek nafaszerowanych majonezem i chemią. Zastąpić je zdrową żywnością. Jeśli damy
tę władzę w ręce dyrektorów i rodziców to myślę, że wrócimy na dobrą
ścieżkę. Nie obawiam się też, by rodziło to nadużycia, bo nie sądzę też
że rodzice będą decydowali konkretnie o marce i producencie soku
czy kaszy. Chodzi raczej o ogólne
wyznaczniki, np. że dzieci powinny
jeść jabłka. Nie widzę tu zagrożenia
dla wolności gospodarczej.
Okazuje się też, że w Ostrołęce pytanie rodziców o zdanie na temat produktów, które dzieci jedzą w szkole jest od dawna utartym i sprawnie
działającym w praktyce zwyczajem.
– U nas kontakt z rodzicami funkcjonuje od dawna – mówi Marek Wółkowski, dyrektor Zespołu Szkół nr
3. – Sami układamy jadłospis, ale rodzice mają w niego wgląd i prawo
do zgłaszania zmian. Wszystkie potrawy są przygotowywane ze świeżych owoców i warzyw według wytycznych sanepidu. Jadłospis kontroluje też pielęgniarka szkolna. Staramy się by były to produkty dobre
jakościowo i zdrowe. Nie kupujemy
też półproduktów i mrożonek. Sami wszystko przygotowujemy. Może zajmuje to więcej czasu, ale chcemy by dzieci dostawały wszystko co
najlepsze i by jedzenie im smakowało. Praktycznie nie mamy zwrotów i
resztek więc chyba nam się udaje. W
szkole działa także sklepik, z którym
mamy podpisaną umowę. Co praw-
Posłowie idą na wojnę z cukrem i sodem.
Ale czy administracyjne ograniczenia to nie gra pozorów? Fot. Archiwum
da nie sposób sprawić, by nie pojawiły się tam słodycze ale w umowie
mamy zapisane by można było tam
kupić zdrową żywność, owoce, warzywa czy jogurty. Wtedy dzieci mają wybór. Staramy się je nauczyć, by
wybierały świadomie to co zdrowe.
Ale ogromna jest tu też rola rodziców. Patrzymy też co się w sklepiku sprzedaje, a co jest zwracane. Jeśli coś się nie sprzedaje staramy się
to zastąpić inną rzeczą, którą dzieci
będą chętnie jadły.
Podobnie jest też w Szkole Podstawowej nr 6 w Ostrołęce. – U nas to
rodzice wraz z nauczycielami i dyrekcją decydują o tym jak wygląda
jadłospis dla dzieci i doskonale się
to sprawdza. Rodzice sami wysuwają propozycje i my je bierzemy pod
uwagę. Jest też sklepik i rodzice również mają wpływ na to co się w nim
znajduje. – mówi zastępca dyrektora szkoły nr 6 Elżbieta Czartoryska–Winiarska.
tych, najwyższy 5 tysięcy. Do tego
dochodzi zerwanie umowy ze szkołą, do czego dyrektorzy będa zobowiązani. Ustawa zakłada też sprawozdania z wykonywania ustawy
oraz kontrole szkół.
Komisja nadzwyczajna zaproponowała datę wprowadzenia ustawy w
życie na 1 września 2015 roku. Do
tego ma dojść trzy miesiace okresu
przejściowego. Tak naprawdę jednak już w czarwcu, po zakończeniu roku szkolnego sklepikarze będą musieli zmienić towar. Dodatkowym impulsem do działania mają
być wysokie mandaty i sprawozdania z przestrzegania ustawy. Najniższy mandat ma wynosić tysiąc zło-
– Niestety u dzieci lepiej sprawdza
się konkretne działanie, a nie profilaktyka poprzez edukację – odpowiada poseł Andrzej Kania. – Edukować można rodziców, bo oni powinni być bardziej świadomi. Dzieci
nie mają jeszcze wyrobionych nawyków i trzeba im ten kierunek dopiero wskazać. Dlatego trzeba stworzyć
listę produktów, które dzieciom wolno będzie jeść w szkołach. ■
Już na etapie prac komisji nadzwyczajnej pojawiają się głosy, że ustawa spotka się z licznymi protestami społecznymi. Jej wprowadzenie
to wszak ograniczenie wolności gospodarczej. Należy się też zastanowić czy tak naprawdę problem rozwiążą zakazy dotyczące sklepików.
Dzieci słodycze mogą kupić nie tylko w szkole, ale też poza nią. Ustawa nie przewiduje, że dzieci w celu zdobycia ulubionej przekąski będą wychodzić ze szkoły, by kupić ją
w najbliższym sklepie. Będą mogły
ją też nabyć po drodze do placówki albo w drodze powrotnej. Może
więc powiniśmy raczej postawić na
edukację?
ANNA SIUDAK
8
RO • poniedziałek 06.10.2014
Jesteśmy dla ludzi
Adam Galanek Prezes Towarzystwa
Budownictwa Społecznego
Towarzystwa Budownictwa Społecznego zostały wymyślone w 1995
roku. Miały poprawić sytuację na
rynku mieszkaniowym w Polsce
i zastąpić całkowicie wówczas upadający system spółdzielczy. W wielu miastach szybko stały się jednak
nie tylko zarządcą mieszkań budowanych z pomocą Krajowego Funduszu Mieszkaniowego, ale także
miejskimi spółkami prowadzącymi
znacznie szerszą działalność gospodarczą. Rozmaitości Ostrołęckie rozmawiają o nich, z nowym prezesem
Ostrołęckiego Towarzystwa Budownictwa Społecznego Adamem Galankiem.
„Rozmaitości Ostrołęckie”: TBS–y
były pomysłem z lat dziewięćdziesiątych. Miały zastąpić PRL–
owskie spółdzielnie i zapewnić
możliwość uzyskania mieszkania
osobom, których nie stać było na
kupno mieszkania za kredyt hipoteczny. Czy to się powiodło?
Adam Galanek: To nie był jakiś oryginalny polski pomysł. Wzorowano się na systemie francuskim, tyle, że we Francji jest on obwarowany znacznie bardziej rygorystycznie.
W naszym systemie to między innymi dzięki mieszkaniom budowanym
przez TBS–y miał powstać nowy ład
mieszkaniowy. Dość szybko zaczęła
zmieniać się nie tylko sytuacja finansowa Polaków, ale także sytuacja ekonomiczna banków, które zaczęły coraz chętniej udzielać kredytów hipotecznych na zakup mieszkania. Jednak dzięki Krajowemu Funduszowi
Mieszkaniowemu wynajem mieszkania w TBS, także naszym, ostrołęckim, zawsze stanowił mniejsze obciążenie finansowe dla rodziny niż spłacanie hipotecznego kredytu.
– Ale Krajowego Funduszu Mieszkaniowego już od pięciu lat nie ma.
– Tak, ale nam udało się jeszcze
w ostatniej chwili pozyskać pieniądze na budowę dwóch bloków przy
al. Jana Pawła i byliśmy jednym
z niewielu towarzystw, które dwa
lata temu oddały w nich do użytku
mieszkania. I, choć wydawało się,
że razem z likwidacją funduszu zakończy się budowanie nowych bloków teraz znów pojawiają się takie
możliwości, a my, znów natychmiast
z nich korzystamy. Budowę nowego
wielorodzinnego budynku planujemy rozpocząć już w przyszłym roku.
– Ale to wciąż mieszkania wynajmowane, nie własnościowe.
– Mieszkania własnościowe to swoisty fetysz, który pozostał nam po
PRL. W starej Europie ludzie nie
są aż tak przywiązani do posiadania własnościowego mieszkania.
W Niemczech czy Francji standardem jest raczej wynajmowanie
mieszkania niż kupowanie go na
własność. Mieszkanie zmienia się
na przykład razem ze zmianą miejsca pracy czy powiększeniem się rodziny. Nasze mieszkania są przeznaczone głównie dla tych, których
stać już na zapłacenie kilkuset złotych czynszu, ale nie stać jeszcze na
płacenie kredytu hipotecznego, którego miesięczna rata przewyższa zazwyczaj tysiąc złotych. Nie wolno
też zapominać, że TBS nie jest instytucją nastawioną na uzyskanie maksymalnego zysku z najmu mieszkań.
My zakładamy, że nasi najemcy będą mieszkali u nas dziesiątki lat, a jeśli nawet ktoś z mieszkania zrezygnuje, to na jego miejsce znajdziemy
następnego chętnego. Dlatego jesteśmy zmuszeni do tego, by oddawane
przez nas mieszkania były możliwie
tanie i jednocześnie możliwie najlepiej wykonane.
Dlatego mogłoby się wydawać, że Polacy powinni do wyborów iść szerokim frontem, czyli z frekwencją bliską dziewięćdziesięciu procent, jak
to jest w wielu krajach zachodnich.
Tymczasem wynosi ona u nas około pięćdziesięciu procent, co oznacza,
że połowa wyborców nie zabiera głosu w żywotnych dla siebie sprawach.
Dlaczego?
Największą przeszkodą wydaje się
być nasz wybujały
indywidualizm.
Ostatnio staje się on znany także na
Zachodzie Europy, bo Zachód ten
bacznie zaczął się nam przyglądać,
od kiedy okazaliśmy się być „zieloną
wyspą” i „niepoprawnymi euroentuzjastami”. Kilka miesięcy temu niemieckie gazety rozpisywały się na
temat najważniejszej cechy różniącej
Polaków i Niemców, któryą jest wybujały polski indywidualizm. Ten indywidualizm doprowadził najpierw
do powstania Rzeczpospolitej szlacheckiej a potem do jej upadku. Następnie uratował nas przed germa-
nizacją i rusyfikacją ale spowodował też, że cztery powstania narodowe nie powiodły się. I tak było aż
do najnowszych czasów. Gdy potrzebne jest współdziałanie, tak jak
w przypadku społeczeństwa obywatelskiego, indywidualizm zabija
wszelką zespołową myśl, uniemożliwia wspólne działanie. Gdy jednak
ktoś z zewnątrz próbuje nam narzucić język, kulturę, zwyczaje czy jakiekolwiek inne zasady, którym mają się podporządkować wszyscy, natychmiast odzywa się nasze wrodzone poczucie odrębności.
Jeśli nowa droga zostaje wytyczona
przez pola, to od razu można założyć, że znajdzie się choć jeden właściciel, który się na taki przebieg drogi
nie zgodzi. Jeśli rodzice ustalają coś
na wywiadówce, to znajdzie się rodzic, który się temu przeciwstawi.
Jeśli rada miasta ustali, że dach każdego nowego domu ma być czerwony to na pewno znajdzie się choć jeden właściciel, który zrobi dach zielony itd. Jakie są powody, że któryś z
nas postąpi odwrotnie niż inni? Znamy wszyscy tę odpowiedź: „bo tak”.
Tyle, że w przypadku wyborów to
nasze „bo tak” znacznie komplikuje
sprawę. Oto wybory do Rad Miasta
w Ostrołęce odbywają się w systemie
d’Hondta, gdyż jest ona miastem na
prawach powiatu. System polega na
tym, że głosując na konkretnego kandydata oddajemy jednocześnie głos
na jego partyjną listę. W czasie licze-
– Jeszcze dwadzieścia lat temu całe pokolenia nastolatków wychowywały się na podwórkach grając
w piłkę z kluczem na szyi. Teraz na
wielu osiedlach, w tych miejscach
można spotkać napisy „zakaz gry
w piłkę”…
na Pawła, ale także przy Bohaterów Warszawy. A jeśli chodzi o grę
w piłkę, to na osiedlu przy Jana Pawła wybudowaliśmy specjalne boiska
do koszykówki i piłki nożnej. Tam
nie tylko nie ma zakazu gry w piłkę, ale wręcz odwrotnie. Latające
w powietrzu piłki nie zagrażają
oknom sąsiednich domów, bo boiska
ogrodzone są wysoką siatką, tzw.
„piłkochwytem”. W przyszłym roku
na obu osiedlach postawimy tzw. „siłownie pod chmurką”. To będzie coś
dla starszych. Chcemy także wygospodarować w naszych blokach pomieszczenia i stojaki na rowery. Te
osiedla będą kiedyś tonąć w zieleni.
Na razie tak nie jest, bo zostały wybudowane w szczerym polu, ale obsadziliśmy je krzewami i drzewami
i dbamy o nie. Ale tu, niestety, niczego przyspieszyć się nie da. To, że tak
bardzo dbamy o potrzeby naszych
najemców wynika właśnie z tego, że
w działalności TBSu nie chodzi – jak
w przypadku zwykłych deweloperów – o szybki i maksymalny zwrot
inwestycji. Chodzi o stworzenie wygodnych i przyjaznych warunków
do mieszkania.
– A co dla mieszkańców Ostrołęki?
Osiedle TBS w Ostrołęce
– To, co robicie dla swoich najemców?
– No, to u nas jest dokładnie odwrotnie. My rozumiemy, że nasze mieszkania wynajmują głównie młode rodziny, których dzieci muszą mieć
gdzie bawić się w piaskownicy, muszą mieć gdzie grać w piłkę i mieć
gdzie trzymać rowery. Ostatnio powiększyliśmy place zabaw przy
wcześniej oddanych blokach przy
Jana Pawła i dostawiliśmy tam zabawek. W przyszłym będziemy powiększać kolejne, nie tylko przy Ja-
– Przede wszystkim budujemy mieszkania tak tanio jak się da. Jednocześnie
stwarzając im tak dogodne warunki
do mieszkania, jak to jest możliwe. Nasze budynki wielorodzinne są energooszczędne. W ostatnich latach technologie poprawiające samowystarczalność energetyczną budynków i osiedli
bardzo szybko się rozwijają. My chcemy podążać za nimi. Nowy blok przy
Ważny głos nieważny
Ustrój Polski wciąż ewoluuje w taki
sposób, że coraz większa część zadań
spoczywa na samorządach. Kompetencje kiedyś zarezerwowane dla
władz centralnych teraz przesuwane są w dół, czyli do samorządów lokalnych. Wydaje się, że tam kompetencje te są bliżej konkretnych ludzi
i władza może szybciej i skuteczniej
reagować na ich potrzeby.
al. Jana Pawła będzie wykorzystywał
je w znacznie większym stopniu niż
budynki starsze, ale także w już istniejących poprawiamy co się da zmniejszając w ten sposób opłaty za energię cieplną naszych najemców. Temu
służyć będzie na przykład wymiana
okien w starszych budynkach z drewnianych na PCV, którego koszt pokrywamy w pięćdziesięciu procentach czy
zainstalowanie małych paneli słonecznych przy lampach oświetleniowych
przy naszych budynkach, co zmniejszy zużycie energii elektrycznej.
nia głosów najpierw liczone są głosy oddane na listę i na tej podstawie
ustala się liczbę mandatów przypadającą każdej z nich. Dopiero później
określa się, który z kandydatów dostanie mandat radnego. Taki system
ma poważne wady: radnymi mogą
zostać osoby, które zdobyły mało głosów. Ale jest też zaleta. Lista jest zazwyczaj partyjna i osoby wchodzące
z niej do rady miasta muszą podporządkować się poglądom istniejącym
w danej partii. To, przynajmniej częściowo, zmusza ich do zrezygnowania z nadmiernie wybujałego indywidualizmu. Wiedzą o tym ci, którzy
w czasie wyborów próbują dopracować się jakiegoś wspólnego stanowiska w komitetach wyborczych, które
nie powstały pod auspicjami partii
politycznej, lecz jakiejś wspólnej idei.
Tak więc, niska frekwencja w czasie wyborczego aktu wcale nie musi być spowodowana brakiem zainteresowania sprawami polityki, także lokalnej, ale też zwyczajną chęcią zaznaczenia swojej odrębności,
która – jak to zwykle bywa – polega
na tym że mamy chęć zrobić inaczej
niż większość. Jest to tym bardziej
prawdopodobne, że w przypadku
wyborów takie zaznaczenie odrębności oznacza nie robienie niczego.
To znacznie wygodniejsze niż fatygowanie się do wyborczego lokalu,
gdzie jeszcze trzeba dokonać wysiłku związanego z podjęciem decyzji. I
ta konieczność podejmowania decyzji, a właściwie
Fot. Archiwum
strach przed konsekwencją decyzji
jest dodatkowym czynnikiem wpływającym na frekwencję. Głosowanie wydaje się nam być nieuchronnie
związane z koniecznością dokonania
wyboru. Tymczasem wiele osób jest
zwyczajnie do niego nie gotowa. Najróżniejsi członkowie komitetów wyborczych, politycy i dziennikarze są
często święcie przekonani, że obywatele przez kilka tygodni kampanii wyborczej śledzą wnikliwie jej przebieg,
studiują to, co który kandydat powiedział i napisał oraz z wypiekami na
twarzy czekają na wyborczy wynik.
Tymczasem wcale tak nie jest. Wiele
osób już w pierwszych dniach kampanii zaczyna być znużona wszechogarniającą polityczną propagandą i czeka
na wybory z utęsknieniem tylko dlatego żeby ta wyborcza sieczka się już
skończyła. Część z tych ludzi panicznie boi się podejmowania decyzji, który z kandydatów jest lepszy, a który
gorszy. Dlaczego? Przede wszystkim
nie chcą być za swój, ewentualnie zły
wybór odpowiedzialni. To nic, że głosowanie jest tajne, wyrzuty sumienia
i tak pozostają. „Nawet, jeśli nikt nie
wie na kogo zagłosowałem, jeśli mój
kandydat wygra a potem okaże się
złym prezydentem, przez cztery lata
będę sobie wyrzucał, że go poparłem”
– myślą ci ludzie. Znacznie wygodniej
jest im więc, w ogóle nie pójść na wybory, bo wtedy nie tylko mają czyste
sumienie, ale złą wyborczą decyzję
mogą złożyć na innych i ich wskazać
jako winnych zaistniałej sytuacji.
Nie wolno też zapominać o tych wyborcach, którzy w czasie wyborów
najchętniej wybraliby opcję
„żaden z powyższych”,
gdyby taka w ogóle istniała. Brak kan-
– OTBS ma też dodatkowe zadania
w tym zakresie. Przede wszystkim
pracujemy nad selektywną zbiórką
odpadów. To bardzo ważne by segregacja śmieci powiodła się w naszym mieście, bo jej brak po prostu
nie opłaca się finansowo. Dlatego
promowaliśmy ją na zorganizowanym kilka miesięcy temu festynie.
Segregacja śmieci przez wiele osób
jest odbierana jako dodatkowa codzienna uciążliwość, ale moim zdaniem ludzie gotowi są taką uciążliwość znosić, pod warunkiem, że rozumieją dlaczego muszą to robić
i czemu to służy. Dlatego dalej chcemy namawiać do niej nieprzekonanych i tłumaczyć im, na czym polegają korzyści. ■
dydata, który spełniałby nasze wymagania to także częsty dylemat wyborczy, który pozbawia akt wyborczy sensu i także znacznie pomniejsza frekwencję.
Tymczasem nasza ordynacja daje
możliwość wypowiedzenia się także tym, którzy w wyborach nie chcą
zabierać głosu, albo nie mają na kogo
głosować, albo decyzji podjąć nie chcę
lub nie potrafią. Tą możliwością jest
oddanie głosu nieważnego. Wbrew
swojej nazwie głos nieważny wcale nie musi oznaczać u wyborcy braku umiejętności postawienia krzyżyka. Z wyborów na wybory liczba głosów nieważnych rośnie, bo jest to jedyna metoda, by zaznaczyć w nich
swoje niezadowolenie z klasy politycznej, dać do zrozumienia, że brak
było kandydata, którzy nadawałby
się na stanowisko albo zaprotestować
przeciwko systemowi wyborczemu
w ogóle. Głosy nieważne to te, gdy na
karcie do głosowania nie postawiono
żadnego krzyżyka, postawionych jest
zbyt wiele krzyżyków, lub gdy karta
jest przekreślona na całej powierzchni. Głos nieważny podnosi frekwencję wyborczą, ale nie wpływa na poziom progów wyborczych i wynik
głosowania. Różni się jednak zasadniczo od całkowitego braku udziału w wyborach. Zakłada się bowiem,
że ci, którzy nie biorą udziału wyborach nie chcą się w nich wypowiadać i że przychylają się do decyzji pozostałych. Wyborców, którzy świadomie oddali głos nieważny nie da się
tak sklasyfikować. Należą oni do grupy niezadowolonych, którym nie jest
wszystko jedno kto będzie rządził, ale
którym z różnych przyczyn nie dano
możliwości wyboru. ■
TED
9
RO • poniedziałek 06.10.2014
Bitwa Ostrołęcka ad 2014
Mirosław
Augustyniak
Radny Województwa Mazowieckiego
Doszukiwanie się analogii do
tej, historycznej bitwy z Powstania Listopadowego byłoby
nie na miejscu. Jednak najbliższe tygodnie będą w Ostrołęce
zdominowane przez samorządową kampanię wyborczą. To
będzie bitwa o władzę, o fundamentalnym dla Ostrołęki znaczeniu.
Będzie bitwa na bilbordy, plakaty, ulotki, reklamy w mediach i
„duszpasterskie” wizyty kandydatów w domach wyborców.
Być może będzie też wylewanie
pomyj na głowy politycznych
konkurentów. Kto kogo przekonał i kto kogo pokonał stanie się
jasne około północy 16 listopada. Ale na razie kampania jest
senna albo w ogóle jej nie ma.
Czy wyborcy postawią na starych, za to znanych wrogów, czy
na nowych, za to nie sprawdzonych przyjaciół? Historia dotychczasowych wyborów pokazuje, że ponad połowa uprawnionych do głosowania mieszkańców Ostrołęki wyborami nie
jest w ogóle zainteresowana.
Jakimi przesłankami kierują się
ci, którzy do wyborów nie chodzą? Na pewno dużą grupą są
ci, którzy czują się ciągle oszukiwani, zapomniani, pomijani.
Nie głosują więc, by nie dawać
komukolwiek satysfakcji.
Część wyborców uważa, że to,
co odbywa się co cztery lata to
nie żadne wybory, bo nie ma kogo wybierać, bo żaden z kandydatów na swoje stanowisko się
nie nadaje. Więc i głosować nie
ma sensu. Zaś część najbardziej
nieufnych uważa, że w kwestii
wyborów nic nie zmieniło się
od czasów pierwszych wyborów powojennych: „urna to taka
szkatułka, że głosujesz na Mikołajczyka, a wychodzi Gomułka”.
Jest też wiele osób, które uważają, że władza jakakolwiek by
była, ani nie pomoże, ani nie zaszkodzi. Jest więc im po prostu
obojętne, kto będzie rządził w
Ostrołęce. Jednak, zgodnie z powiedzeniem, niczego lepszego
od demokracji nie wymyślono.
No, może lepszym byłby mądry
dyktator, ale jak go znaleźć a potem kto zagwarantuje, że do realizacji swych mądrych pomysłów znajdzie mądrych współpracowników?
W demokracji trzeba pamiętać, że nasze racje będą przedstawiać nasi przedstawiciele we
władzy, nawet wtedy, gdy będą
w opozycji. Nieobecni głosu ani
racji nie mają. Jeśli ktoś myśli,
że po wyborach wywoła rewolucję i coś zmieni, ma na pewno mniej racji od tego, kto pójdzie na wybory i świadomie za-
głosuje. Ci, którzy są niezdecydowani, na kogo oddać głos,
będą się zastanawiać, czy dalej
dać szansę tym, którzy rządzili,
czy postawić na nowych.
Jeśli ma to być wybór świadomy, musimy przeanalizować jak
obecni rządzący wywiązali się
ze swoich obietnic. Jeśli zawiedli
nasze oczekiwania, pozałatwiali sprawy, ale swoje, nie łudźmy się, że w następnej kadencji
w ich postawie coś się zmieni dla
nas na lepsze. Dając im ponownie głos, utwierdzamy ich tylko
w przekonaniu, że są nieomylni
i nie do zastąpienia.
Gdy podejmiemy decyzję powierzenia naszych spraw nowym osobom, nie kierujmy się
zasadą „ten lepszy kto nam więcej naobiecuje”, tylko sprawdźmy, czym wykazał się nasz kandydat w dotychczasowym działaniu, w pracy zawodowej i społecznej. Spróbujmy dotrzeć do
jego środowiska i dowiedzieć
się jak jest tam postrzegany. Jeśli uznamy, że ktoś jest wart naszego polecenia, nie bójmy się
Kredyt na 33,5 mln zł
Maciej
Kleczkowski
Radny miasta Ostrołęki
Prawie bez echa przeszła, podczas ostatniej sesji rady miasta,
informacja prezydenta Ostrołęki z przebiegu wykonania budżetu miasta za I półrocze. Porządek posiedzenia został tak
skonstruowany, że był to ostatni punkt obrad (oczywiście nie
licząc stałych punktów takich
jak interpelacje, oświadczenia
radnych czy komunikaty). Zabieg oczywiście celowy, gdyż
ratusz nie ma powodów do afiszowania się prezydencką informacją. Powód jest jeden, mianowicie urząd miasta zobligowany jest do podania faktów. Nie
ma dowolności, jak w wydawanym za publiczne pieniądze, periodyku „Ostrołęka Samorządowa”, gdzie notabene każdy numer kosztuje ok. 8 tys. zł.
Najważniejsza sprawa – urząd
miasta wydał w I półroczu obligacje na kwotę 33,5 mln zł. Wydanie obligacji to nic innego jak zaciągnięcie kredytu. W przypadku
obecnego prezydenta to już kolejne obligacje. Przygotowałem małe podsumowanie. Tak wyglądają kredyty, pożyczki i obligacje na
przestrzeni ostatnich lat: 2010 r. –
27,7 mln zł, 2011 r. – 17,8 mln zł,
2012 r. – 28,1 mln zł, 2013 r. – 13,1
mln zł oraz wspomniany 2014 r. –
33,5 mln zł. Łącznie to kwota ponad 120 mln zł. Tak to nie pomyłka. Dla zobrazowania – koszt budowy małej osiedlowej uliczki to
0,5 mln zł, a za aquapark miasto
zapłaciło 29,6 mln zł. Łatwo policzyć, za 120 mln zł można wybudować cztery parki wodne. Przy
okazji przypomnę, że w 2011 r. ratusz nie zorganizował miejskiego sylwestra (koszt rzędu 50 tys.
zł), tłumacząc się dużymi wydatkami.
Kolejna sprawa to budowa Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Zaznaczę, że pamięć i szacunek
Żołnierzom Wyklętym niewątpliwie się należy, ale to nie znaczy, że w Ostrołęce mamy budować muzeum. Z zawodu nie jestem historykiem i w związku z
tym za punkt odniesienia przyjmuję uchwałę Sejmu z listopada 2011 r. Czytamy w niej m.in.
„Po zakończeniu II wojny światowej żołnierze Narodowych Sił
Zbrojnych, a także członkowie
Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, które przejęło spuściznę NSZ, byli zaciekle zwalczani przez komunistyczne siły bezpieczeństwa. Ostatnie oddziały
zbrojne ruchu narodowego wytrwały w walce do przełomu lat
czterdziestych i pięćdziesiątych.
Sejm Rzeczypospolitej Polskiej,
czcząc ich pamięć, stwierdza,
że Narodowe Siły Zbrojne dobrze zasłużyły się Ojczyźnie”.
Podczas sesji prezydent nie odpowiedział na moje pytanie, ile
publicznych pieniędzy poszło
w I półroczu br. na budowę muzeum, chociaż taką informację
jako radny powinienem otrzymać. To jedyne zadanie inwestycyjne, które nie zostało odpowiednio przedstawione.
Przejdźmy do konkretów. Z prezydenckiej informacji wynika,
że od 2013 r. wydatki te wynoszą jedynie 24,6 tys. zł. To suma
przeznaczona na przygotowanie
wniosku na środki z tzw. funduszy norweskich. Przypomnę, że
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego odrzuciło wniosek nie pozostawiając
na pomyśle prezydenta Ostrołęki suchej nitki. Uznano za zerową potrzebę realizacji projektu,
ważność z punktu widzenia polityki kulturalnej państwa i także na zero oceniono aspekt społeczny. Niepotrzebnie wydano
publiczne środki na wniosek,
blisko 25 tys. zł, skoro taki sam
mogli przygotować pracownicy urzędu miasta. Prezydent Janusz Kotowski wraz z wiceprezydentem Pawłem Stańczykiem
polecieli za publiczne pieniądze
nawet do Norwegii, aby zdo-
być kilka punktów do wniosku.
Jak się okazało, nie przyniosło
to żadnego rezultatu, bo i przynieść oczywiście nie mogło. W
sprawozdaniu nie został ujęty
m.in. projekt architektoniczny
muzeum, który kosztował kolejne 68,8 tys. zł. Uzyskanie jakichkolwiek informacji jest przez ratusz bardzo utrudniane. Ale jest
jeden pozytyw. Ustaliłem mechanizm w jaki sposób finansowana jest budowa muzeum.
Urząd miasta zlecił to MOSiR–
owi (obecnie MZOS–TiIT), przelewając na konto miejskiego zakładu spore kwoty.
Środki dla dawnego MOSiR–u
zostały zwiększone na sesji w
czerwcu ub. r. Dokładnie było to
760 tys. zł (wynagrodzenia osobowe pracowników wraz z pochodnymi – 65 tys. zł, zakup materiałów i wyposażenia – 61 tys.
dobrej o nim opinii przekazywać innym.
Praca w samorządzie nie należy
do łatwych. Władza ze szczebla
centralnego wciąż narzuca samorządom co raz to nowe zadania, nie zapewniając przy tym realnego źródła ich finansowania.
W ten sposób podrzucane są lokalnym władzom kolejne kukułcze jaja, powodujące, że co raz
trudniej sprawnie rządzić gminą
albo miastem. Ale z drugiej strony nikt do kandydowania na radnego czy prezydenta nie zmusza, to wolny wybór ludzi mających świadomość, że sprawowanie tych funkcji może być trudne.
Demokracja ma to do siebie, że
w powszechnych wyborach może się zdarzyć, że pięciu głupich
przegłosuje trzech mądrych, a
pięciu cwaniaków trzech uczciwych. Dlatego wszyscy, którzy
uważają, że trzeba zostać w domu, bo nie da się niczego zmienić, są w błędzie. Ratusz na Placu Bema jest, w przeciwieństwie
do Sejmu w Warszawie, bardzo
blisko. Jeśli ci, którzy tam zasiadają zachowują się nieodpowiedzialnie to będzie to znacznie
większy wstyd, bo nasz, lokalny, własny. Wstyd i żal, że można było to zmienić. ■
zł, zakup usług remontowych –
460 tys. zł, zakup usług pozostałych – 160 tys. zł, zakup dostępu
do sieci Internet – 11 tys. zł, podróże służbowe – 3 tys. zł). Niestety nikt z władz miasta na sesji nie wspomniał, że chodzi o
zwiększenie nakładów na Muzeum Żołnierzy Wyklętych.
Wkrótce przedstawię raport z
wydatków na budowę muzeum.
Wiem coraz więcej w tej sprawie
i mieszkańcom należy się rzetelna informacja.
Podczas sesji mieliśmy też transparent nawiązujący do tzw. afery reklamówkowej. Nikomu do
portfela nie zaglądam, ale w bajki nie wierzę. Skoro sprawa ujrzała światło dzienne, to należy mieszkańcom przedstawić
prawdę. Tego należy oczekiwać
od osób publicznych, a w szczególności od prezydenta miasta. W takich sytuacjach trzeba wziąć odpowiedzialność „na
klatę”, a nie udawać że nic się
nie stało. Inaczej sprawa będzie
wracała niczym bumerang. ■
... a w wolnych chwilach zapraszam do biegania na miejskim stadionie. Na zdjęciu z byłym radnym Adamem Kurpiewskim. Warto biegać.
Artykuły publikowane powyżej prezentują poglądy osób niezwiązanych z redakcją
10
RO • poniedziałek 06.10.2014
Nagroda dla osoby prywatnej
to sesja z wizażystką, fryzjerem,
stylistką, która kończy się profesjonalną, przeznaczoną do publikacji sesją zdjęciową.
Co trzeba zrobić
aby wygrać?
Kto może wygrać?
W konkursie pod tytułem
„Znajdź w Ostrołęce!” udział
wziąć mogą aktywne gospodarczo firmy nie działające w branży reklamowej, marketingowej i medialnej obecne na rynku ostrołęckim oraz pełnoletnie
osoby fizyczne.
Co można wygrać?
Komisja konkursowa przyznaje
dwie nagrody: kampanię reklamową dla firmy oraz sesję wizażu i fotografii dla osoby
prywatnej.
Nagroda dla firmy to trzytygodniowa kampania reklamowa
w całości przygotowana i emitowana w mediach przez Organizatora konkursu: firmę Informedia
Czytelniku poniżej widzisz mapę, na której zaznaczyliśmy te
wszystkie miejsca, gdzie możesz
znaleźć nasz przekaz reklamowy. W niektórych z nich umieściliśmy dodatkowe informacje
o naszym konkursie, które przeniosą cię bezpośrednio na stronę
Informedia.pl.
Zadanie jest proste – trzeba znaleźć pięć miejsc, w których zostały zrobione zdjęcia, które
prezentujemy na stronie
Informedia.pl.
Dla jeszcze większego
ułatwienia dodajemy,
że wszystkie one są zrobione w
Ostrołęce. Fotografii jest pięć.
Kiedy już odgadniecie, gdzie
zdjęcia zostały zrobione poprawne odpowiedzi trzeba nanieść na mapę. Znajdziecie ją na
stronie Informedia.pl w wersji
pdf, gotową do wydruku.
Mapę należy dostarczyć do redakcji „Rozmaitości Ostrołęckich” przy ulicy Hallera 13 lub
wysłać drogą elektroniczną na
adres [email protected]
Pełny regulamin konkursu jest
dostępny na stronie Informedia.pl
Życzymy
powodzenia!
moto
RO • poniedziałek 06.10.2014
RO • poniedziałek 06.10.2014
moto
moto
OKLEJAMY
SAMOCHODY!
RO • poniedziałek 06.10.2014
Ostrołęka, ul. Hallera 13, tel. 29 760 91 92, www.informedia.pl
11
RO • poniedziałek 06.10.2014
Czytelnicy wybrali!
Po zaciętej rywalizacji mamy
zwycięzcę nagrody czytelników
rozmaitosci.com w konkursie
„Ogrodowe Inspiracje”. Z liczbą głosów 310 wygrywa Grażyna Zakrzewska z Czerwina.
niu. Przez kilka ostatnich dni
trwała w serwisie zacięta rywalizacja między ogrodem Grażyny Zakrzewskiej z Czerwina
i Katarzyny Lenkiewicz z Laskowca.
Przez niemal trzy miesiące w
serwisie rozmaitosci.com można było oglądać fotografie najpiękniejszych ogrodów w naszym powiecie i mieście rywalizujących w konkursie „Ogrodowe Inspiracje”. Po pierwszej
fazie kiedy jury wybrało siedem
najpiękniejszych miejsc przyszła pora na nagrodę czytelników.
Różnica głosów była niewielka.
Na ogród pani Kasi, która zajęła
drugie miejsce zagłosowało 261
osób, zaś na zwycięski ogródek
310 naszych czytelników.
Aby ją zdobyć trzeba było zdobyć jak największą liczę kliknięć
„Lubię to!” przy swoim zgłosze-
Nagrodą w konkursie jest bon o
wartości 300 złotych na dowolne zakupy w Centrum Ogrodniczym. Nagroda jest do odebrania w siedzibie redakcji przy
ulicy Hallera 13.
Zwycięzcy gratulujemy!
Zostań wolontariuszem!
Akcja „Pomagamy Mikołajowi” ma już osiem lat. Każdego roku rozwijamy się i udaje nam się pomóc coraz większej liczbie dzieci. Przybywa nam też obowiązków. Właśnie dlatego każdego roku szukamy osób chcących zostać naszymi wolontariuszami.
Co wyróżnia wolontariusza
Wolontariusz to osoba, która swój wolny czas chce spędzić
pomagając dzieciom. Nie jest to działanie bezinteresowne
jakby mogło się wydawać. Każdemu pomocnikowi Mikołaja
towarzyszy marzenie, by na koniec na twarzach dzieci zobaczył choć przez chwilę uśmiech.
Co robi wolontariusz
Wolontariusze pomagają w akcji niemal na każdym jej etapie. Na początku jest to szeroko pojęta promocja. Chcemy dotrzeć do jak największej liczby osób. Promować możecie w Internecie, na portalach społecznościowych, ale także w swojej
okolicy, szkole, wśród znajomych.
Zadaniem wolontariuszy będzie też rozwieszenie plakatów,
zrobienie zdjęć podczas imprez i wydarzeń towarzyszących
akcji, rozniesienie ulotek.
Następnym etapem będzie praca przy listach. Pomocnicy będą musieli je uważnie przeczytać, zweryfikować, czyli spośród wszystkich listów wybrać te, których nadawcy potrzebują pomocy, posegregować, czyli porozdzielać według adresów nadawców, opracować graficznie i wprowadzić do bazy danych, skąd inni będą mogli je kupić i zrealizować, czyli
zakupić prezent o których marzy dziecko.
Szczególnie ważnym etapem jest weryfikacja listów. Każdego roku szukamy osób, które znają sytuację rodzin w swojej
miejscowości, gminie czy szkole. To one pomagają nam zdecydować o tym, kto w tym roku otrzyma paczkę.
Wolontariusze pomagają także przy pakowaniu, segregowaniu i opisywaniu paczek. A potem dostarczeniu ich do dzieci.
Pracy jest dużo, ale zapewniamy, że radość w oczach dzieci
rekompensuje każdą poświęconą temu minutę.
Jeśli ktoś z Was chciałby dołączyć do naszego zespołu prosimy o kontakt na adres [email protected], pod numer telefonu (29) 760 91 92 lub bezpośrednio w siedzibie Informedia
przy ulicy Hallera 13.
Wyczarujmy lepsze święta!
12
RO • poniedziałek 06.10.2014
Konkurs i lista bestsellerów w jednym!
Co się czyta w Ostrołęce Dior w mojej szafie
Lista książek najchętniej kupowanych przez klientów księgarni Domu Książki
w Ostrołęce, ul. Głowackiego, róg Bernardyńskiej
TOP LISTA
1. Na zdrowie Porady dr Górnickiej
– Jadwiga Górnicka, wyd. AWM
2. Repetytorium. Matura. Matematyka. Zdasz to! – Praca zbiorowa ,
wyd. WSIP
3. Bez rąk, bez nóg, bez ograniczeń! –
Vujicic Nick, wyd. Aetos Media
4. Miasteczko dobrych słów
– Gerald Drews, wyd. Semen
5. Wschód – Andrzej Stasiuk,
wyd. Czarne
TOP LISTA DLA DZIECI I MŁODZIEZY
1. Zadziw ich! 224 razy zakręć
towarzystwem – Stephens Sarah
Hines, Mann Bethany...
wyd. AWM
2. Uczę się samodzielnego myślenia
6–7 lat – Artur Lobus,
wyd. Siedmioróg
3. Już wiem jak sobie radzić,
wyd . AWM
4. Piosenki dla dzieci, wyd. SBM
5. Edulatki teczka edukacyjna – 2-latek,
wyd. Zielona Sowa
W tym tygodniu do wygrania:
NA ZDROWIE. PORADY DR GÓRNICKIEJ
Na zdrowie to poradnik na miarę
XXI wieku! Znajdziesz w nim między innymi odpowiedzi na pytania:
jakie są filary zdrowego życia, jaka
wartość dla organizmu ma sokoterapia i gotowanie na parze, co robić,
by poprawić sprawność umysłu.
ZADZIW ICH. 224 RAZY ZAKRĘĆ
TOWARZYSTWEM
Ta książka to coś jak by poradnik
małego Mc Gyvera. Podpowiada
co młody człowiek może zrobić, by
wprawić swoje towarzystwo co najmniej w osłupienie. Począwszy od
spraw banalnych, czyli jak wydmuchać nosem balon z gumy do żucia,
a skończywszy na zadaniach z pogranicza życia i śmierci, np. przywracanie gołębia do życia. Książka
zadziwia, pomaga zbadać nieznane, zachęca do eksperymentowania.
Czytelne graficzne instrukcje pomogą czytelnikowi opanować sztuczki
w stopniu doskonałym!
Tak jak napisaliśmy w poprzednim
numerze, kto chce wygrywać książki w naszym konkursie, powinien
być gotów na to, że co wydanie to
zadanie. Zawsze inne i nieprzewidywalne.
Dlatego tym razem, żeby wygrać
jedną z książek (albo i dwie) należy odwiedzić serwis internetowy
Rozmaitosci.com.
1. We wtorek 7 października ukaże się w nim artykuł na temat osobliwych, rzadkich i oryginalnych
przypraw, jakie można kupić na
ostrołęckim targowisku. Wiadomo
– jak targowisko, to wtorek. Ale artykuł pozostanie na stronie do niedzieli. Bo w niedziele też jest rynek
w Ostrołęce. Na końcu opublikowanego tekstu znajdą się dwa pytania
o właściwości lecznicze dwóch roślin. Poziom trudności zadania pozostanie na poziomie współczesnej matury. Tzn. prawidłowe odpowiedzi będą zawarte w tekście.
Trzeba go tylko przeczytać ze zrozumieniem. Kto odpowie prawidłowo i przyśle odpowiedzi mailem na
adres [email protected], bierze udział w losowaniu Porad doktor Górnickiej.
2. Gdy wstuka się w wyszukiwarkę
serwisu Rozmaitosci.com frazę „224
razy”, w serii wyników wyszukiwania ukaże się artykuł „Czipsy w
big torbie”. W ostatnim akapicie tego artykuły wymieniona jest postać
znanego sportowca. Należy podać
jego imię i nazwisko oraz dyscyplinę sportu jaką uprawia. Odpowiedź
na to pytanie również należy przysłać na [email protected] ■
Rozwiązanie konkursu z poprzedniego numeru
Prawidłowe odpowiedzi na zadane
pytania brzmią:
1. Liczby Charona
2. Phyllis Christine Cast
Nagrody wylosowali:
Książkę Marka Krajewskiego „Władca
liczb” – Alicja Wichrowska z Ostrołęki.
Książkę „Ujawniona” Phyllis Christine
Cast i Kristiana Casta – Zuzanna Frydrych
z Rzekunia.
Nagrody do odebrania w redakcji przy
ul. Halllera 13 w Ostrołęce, w godz. 8.00–
16.00. Prosimy mieć przy sobie dowód tożsamości oraz znać adres e-mail, z którego były
wysyłane odpowiedzi.
Luksus. Czym jest? Pełnią czy nadmiarem? Wydawać by się mogło, że
to zagadnienie rodem z pewnego
rysunku satyrycznego. Niezbyt zadbany pokój, na piecyku typu koza
coś kipi z osmalonego garnka, pani
domu rozczochrana, pan domu w
samych kalesonach. On czyta gazetę
i nagle wykrzykuje do małżonki: ceny jachtów wzrosły! Co tam obskurna rzeczywistość, skoro można mieć
„pańskie” problemy.
Słowo „pańskie” funkcjonuje w Polsce w sposób, którego nie zrozumieliby Francuzi czy Niemcy. Brytyjczycy już prędzej, bo u nich podział na ludzi z klasy pracującej i
klasy dziedziczącej jest nadal wyraźny i dotkliwy. Wróćmy do pytania o luksus, czy jest zbytkiem, czy
dotarciem do celu. W pierwszym
przypadku można mówić o zaspokajaniu potrzeby bycia lepszym, niż
inni. Upraszczając, torebka ze skóry
za 300 zł to jest coś, co jeszcze znajduje zrozumienie w oczach innych.
Dobry towar, świetna jakość, szanowana firma – rzecz droga, ale można liczyć na jej długie użytkowanie. Czyli wysoki koszt daje się wytłumaczyć względami utylitarnymi. Nie mówimy o luksusie, raczej
o jego „odrobinie”. Jednak podobna w kształcie torebka za 1800 zł nie
daje się umieść w kategoriach: „zapłaciłam za jakość”. Ona mocno ponad nie wystaje. To jest właśnie luksus. Zbytkowna potrzeba, której się
nie da w żaden sposób zracjonalizować. Jedynym argumentem jest posiadanie zasobów finansowych odpowiednich, żeby sobie to czy tamto zafundować. Tak dochodzimy do
pierwszej interpretacji luksusu. To
coś, czym się otaczamy, żeby zamanifesować status społeczny i majątkowy. Stać mnie, to mam. Mam, to
zademonstruję. Pokazuję zaś w celu afirmacji, której się spodziewam
z dwóch stron: od osób podobnych
do mnie, jako potwierdzenie przynależności do kasty uprzywilejowanych oraz ze strony osób, które do
naszej paczki dopiero aspirują.
Właśnie owi aspiranci i aspirantki są
bohaterami drugiej interpetacji pojęcia luksusu. Ponieważ można o nim
myśleć również ciepło. Jest marzeniem, ucieleśnionym w postaci czy-
jegoś – cudzego – domu, samochodu,
biżuterii, wczasów, prywatnej szkoły, psa niesłychanej rasy. Człowiek
już nieco zamożniejszy, ale wciąż
jeszcze nie bardzo bogaty, ma do czego dążyć. Luksus zaczyna spełniać
rolę katalizatora potrzeb i sposobów
ich zaspokajania. Weźmy przykład
z branży końskiej. Od mniej więcej
dwudziestu lat posiadanie konia w
Polsce przestało być rzadkością, dostepną dla bogatych. Przybyło usług,
możliwości, sklepów ze sprzętem,
przede wszystkim spadły ceny zwierząt (chociaż to nie cena konia jest
największym kosztem z nim związanym, ale to już inna sprawa). Jest ich
w tej chwili już tak dużo, że można
przebierać w rasach, maściach, rodowodach. Doszło do ciekawej sytuacji.
Uważanego za rasę luksusową, z najwyższej i niedostępnej szaraczkom
półki konia arabskiego można kupić
w przystępnej cenie. To już nie jest
dziwowisko na całe miasto. Wielkookie, delikatne jak figurki z porcelany konie biegają sobie po łąkach wokół przydomowych stajenek. Ich utytułowani kuzyni nadal kosztują setki
tysiecy złotych, ale one – nie. Zatem
ludzie przestali uważać kupno konia arabskiego za szczyt luksusu. Powstała luka, którą trzeba było zapełnić innym marzeniem. Pojawiły się
w ofercie konie fryzyjskie, hiszpańskie a nawet jedyne w swoim rodzaju, pustynne konie achał–tekińskie.
O, z takim zwierzakiem zajechać na
zawody, to się zrobi wrażenie. Luskus zinterpretowany jako dążenie
do tego, co można mieć najlepszego.
Jak zdobywanie szczytu w górach.
Zatem luskusem można się oflagować albo zaprząc go do pracy. Pewna pani, ze skromnymi zarobkami,
była posiadaczką kilku kreacji od
Diora. Żyła w ścisłej dyscyplinie wydawania swoich pieniędzy, ot, żeby zjeść, mieszkać, kupić lekarstwa.
Dzięki temu miała małe oszczędności. Przez lata składała je do kupy i szła do salonu po kolejną suknię. Tak po prostu, z zachwytu nad
mistrzostwem wykonania i niepowtarzalną urodą strojów Mistrza.
Nie miała ich gdzie ani komu pokazywać, bo nie kupowała swoich rozmiarów. Wisiały w szafie. To się nazywa „pańska” zachcianka! ■
ANNA WOŁOSZ
13
RO • poniedziałek 06.10.2014
@ Więcej zdjęć w serwisie
rozmaitosci.com
Megaemocje
z mikrokomputera
Dzisiaj, gdy smartfony wyposażone są w ośmiordzeniowe procesory i 64 gigabajty pamięci (o 20–megapixelowych matrycach w fotoaparatach oraz wifi i innych bajerach nie wspominając), wydaje się
nieprawdopodobne, że komputer
z 16 kilobajtami pamięci (w wersji
luksusowej 48 kB) i słabiutkim procesorem mógł wywoływać szalone
emocje, znacznie przekraczające te,
które teraz wywołuje nowy model
iPhone’a.
ZX Spectrum, bo o nim mowa,
mógł wyświetlać 8 kolorów (ale aż
w dwóch odcieniach jasności, co
dawało PRAWIE 16 kolorów). W
trybie tekstowym pozwalał wyświetlać 24 linie po 32 znaki. W
trybie graficznym uzyskiwał rozdzielczość 256 x 192 piksele.
Pojawił się w 1982 roku i był pierwszym komputerem, który za mniej
niż 100 funtów angielskich wyświetlał obraz kolorowy. Sprzęt
miał też wbudowany głośniczek
oraz gumową klawiaturę.
Programy wprowadzało się do pamięci za pomocą magnetofonu kasetowego ze zwykłych kaset magnetofonowych. Była to metoda
wielce zawodna i często zdarzało
się, że po kilku minutach wczytywania na ekranie telewizora, (który służył za monitor) ukazywał
się komunikat o błędzie. Wytrawni komputerowcy stosowali więc
różne wyrafinowane techniki zapobiegania tej niedogodności. Jedne kasety dociskali oburącz, pod
inne podkładali pięciogroszówki.
Większość włączała ładowanie gry
i na palcach wychodziła z pokoju,
zamykając za sobą cicho drzwi, by
nie przeszkadzać Spektrusiowi we
wczytywaniu ulubionej gry.
Gry kupowało się na giełdzie, ale
można było też z radia. Podczas
audycji komputerowej Rozgłośni
Harcerskiej, nadawano w eter sygnał zawierający programy komputerowe, które można było nagrać na kasetę magnetofonową.
Brzmiała ta audycja niesłychanie –
bo program sprowadzony do wersji akustycznej, to było skrzeczenie, piski i szumy.
To właśnie gry budziły największe
emocje. Były zręcznościowe i trudne do ukończenia. Comando, Panzerdrome, Renegade, Pole Position,
Knight Lore, Manic Miner, to tylko niektóre z nich. Była też na ten
komputerek całkiem niezła przygodówka, mianowicie Trzy tygodnie w raju.
W Polsce Spectrum pojawił się
cztery lata po debiucie, w 1986 roku w eleganckiej wersji z lepszą
klawiaturą jako Timex. Sprzedawany był w Peweksie i Baltonie
(sklepy, w których sprzedawano
nie za złotówki a za waluty państw
kapitalistycznych lub tzw. bony towarowe, mające nominalnie odpowiadać dolarom, choć dolarami nie
były) w zaporowej cenie, stanowiącej wielokrotność miesięcznej średniej pensji, a więc poza zasięgiem
większości obywateli.
Na szczęście większą liczbę tych
komputerów kupiło wtedy ministerstwo oświaty. Zaczęły powstawać pracownie komputerowe
i komputerowe kółka. Chętnych
było dużo, komputerów niewiele. Przy jednym stoliku siedziało
co najmniej kilku amatorów nowej
technologii.
Mówi się, że jedno zdjęcie warte
jest więcej od tysiąca słów. Popatrzcie więc na te zdjęcia, wykonane w
1987 roku w czasie zajęć komputerowych w szkole Podstawowej nr
2 w Makowie Mazowieckim. ■
SŁAWOMIR OLZACKI
14
W tym roku, 3 października, minęła 70. rocznica pacyfikacji przez
Niemców wsi Bandysie w gminie
Czarnia. Doszło do niej w odwecie za straty, jakie Niemcy ponieśli w starciach latem 1944 roku z
oddziałem dowodzonym przez
Kazimierza Stefanowicza „Asa”. 3
października zaczęła się tragedia
mieszkańców Bandyś. Ponad 70
dorosłych mężczyzn zostało wywiezionych do obozu karnego w
Działdowie, a następnie do obozu
koncentracyjnego Stutthof. Wróciły jednostki. W rocznicę tych
tragicznych wydarzeń, 3 i 5 października, w Bandysiach, miały miejsce uroczystości rocznicowe. 4 października, w Muzeum
Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce otwarta została wystawa „Stutthof 1939–1945. Historia i jej świadkowie” wypożyczona z Muzeum
Stutthof w Sztutowie.
Historia
RO • poniedziałek 06.10.2014
w tym dowódcę oddziału specjalnego Jagdkomando, skierowanego do walki z partyzantami. W
potyczkach, do których dochodziło w sierpniu, zazwyczaj partyzanci mieli przewagę. Czasami
udało im się ujść przed niemieckim atakiem. Przebywanie partyzantów w pobliżu wsi z jednej
strony stwarzało zagrożenie dla
lokalnej społeczności, z drugiej
jednak stanowiło bazę zaopatrzenia oddziału w żywność, umożliwiało udzielenie pomocy medycznej itp. Ponadto, obecność
partyzantów sprawiała, że czasem można było znaleźć u nich
schronienie. Dzisiaj, bogatsi o lata kształtowania postaw wobec
historycznych wydarzeń, ogólnie
mówimy o tym, że ludność Bandyś sprzyjała ruchowi oporu. Pytanie jednak jest zasadnicze, czy
jej ówczesna świadomość koncentrowała się na walce z okupantem
wywieźli ich do obozu karnego w
Działdowie, a następnie w bydlęcych wagonach do obozu Stutthof.
Dzienniki ewidencyjne więźniów
w archiwum Muzeum Stutthof
w Sztutowie rejestrują przybycie
mężczyzn z Bandyś 26 listopada
1944 roku, czyli w końcowej fazie
funkcjonowania obozu. Nie trzeba tłumaczyć, że tortury, okrucieństwo okupanta, niewolnicza
praca na rzecz niemieckiej gospodarki, cierpienie więźniów, straszliwy głód i śmierć były wszechobecnym elementem obozowego
życia.
Kazimierz Stefanowicz „As”
we wspomnieniach „Rok 1944 w
Puszczy Myszynieckiej” i Tadeusz
Kruszewski w opracowaniu „Akcja „Burza” na Kurpiowszczyźnie„
opisują działania zbrojne kilku
oddziałów partyzanckich na Kurpiach, w tym oddziału kpt. Kazimierza Stefanowicza – 7 szwadronu 5 Pułku Ułanów Spieszonych
AK. Oddział wobec zagrożenia
często zmieniał miejsce pobytu,
chroniąc się w ostępach leśnych.
W połowie sierpnia 1944 roku żołnierze Stefanowicza przebywali
w okolicy Bandyś. W tym czasie
byli tam również żołnierze z Wileńszczyzny pod dowództwem
Jana Kozłowskiego „Lasa”, którzy wkrótce odeszli. W okolicach
Bandyś oddział Stefanowicza nawiązał również współpracę, w ramach akcji „Burza”, z grupą zwiadowczą 2 Frontu Białoruskiego,
omawiając sprawę ewentualnego
zrzutu broni i amunicji. W końcu sierpnia 1944 roku front dość
szybko zbliżał się do Narwi. Zatrzymał się na przełomie sierpnia
i września, na lewym brzegu Narwi. Sytuacja ta spowodowała, że
na terenach prawobrzeżnych Narwi znalazło się dużo Niemców.
Sam Myszyniec „stał się gniazdem gestapowców i żandarmów”
– stacjonowało tu gestapo płockie, jak również ostrołęckie, przebywał też tu Kreisleiter Paltinat
z Ostrołęki. Koncentracja wojsk
niemieckich stanowiła ogromne
zagrożenie dla ludności cywilnej
oraz dla oddziałów partyzanckich w lesie. Oddział „Asa” nieraz
został zaskoczony przez Niemców, np. 15 sierpnia, w okolicach
Bandyś, zabito dwóch Niemców,
czy na problemach związanych z
trudną egzystencją podczas wojny, z czysto ludzkim pragnieniem
zachowania życia w sytuacji stałej już w owym czasie obecności
wroga na tym terenie. Kazimierz
Stefanowicz „As” we wspomnieniach pisze wprawdzie ogólnie
o przychylnych postawach Kurpiów, ale wskazuje też pojedyncze osoby z mieszkańców Bandyś,
które były silnie związane z oddziałem, szczególnie w sprawie
aprowizacji. Wiadomo jednak, że
jej ciężar rozłożony był na wielu mieszkańców wsi, niezależnie
od tego jaką postawę zajmowali.
Pod koniec września i na początku października oddział Stefanowicza był rozproszony w grupach
po kilka osób. Stan ten spowodowany był względami bezpieczeństwa i miał związek z planem
przemieszczenia się w inny, mniej
zagrożony teren. Niemcy spacyfikowali wieś Bandysie i zaatakowali oddział „Asa” w Budach
Charcibałdzie, gdzie przebywał
dowódca i kilku partyzantów.
Sytuacja w obozie
w ostatnich miesiącach 1944 roku
3 października w nocy (o godz.
02.00), Niemcy w poszukiwaniu
partyzantów otoczyli wieś i zgonili ludzi w jedno miejsce, przeszukali domostwa i zabudowania gospodarcze, sprawdzając, czy
nie kryją się w nich partyzanci.
Aresztowali dorosłych mężczyzn;
w tej grupie znaleźli się również
młodociani. Były domy, w których
aresztowano po trzy osoby. Były rodziny, z których wywieziono do obozu po kilkunastu mężczyzn. Przez Czarnię i Myszyniec,
gdzie mieli krótki pobyt, Niemcy
wszczęła śledztwo 11 maja 2009
roku uwzględniła relacje mieszkańców Bandyś, wzbogaciła ją o
dokumentację obozową, z zespołu Geheime Staatspolizei, Polizeistelle Zichenau oraz dodatkową
relację mieszkańca Bandyś, które to w wystarczającym stopniu
uprawdopodobniły fakt popełnienia zbrodni przeciwko ludzkości.
W Stutthof od wczesnej jesieni 1944 roku miały miejsce duże rotacje więźniów. Co kilka dni
przybywały tam transporty liczące tysiące ludzi: ludności cywilnej z powstania warszawskiego,
Żydów z Auschwitz z getta łódzkiego, z Dachau i innych. W dru-
Bandysie ’44
Przed pacyfikacją Bandyś
Polaka za sabotaż przy pracy. Od
1 do 29 grudnia zmarło 3314 więźniów. W tej grupie prawdopodobnie większość aresztowanych
w Bandysiach. Ostatni większy
transport do Stutthofu miał miejsce 12 stycznia 1945 roku i liczył
około 150 osób. 25 stycznia komendant Paul W. Hoppe, wydał bezpośredni rozkaz specjalny o ewakuacji obozu.
giej połowie 1944 roku rozpoczął
się nowy okres w funkcjonowaniu obozu, gdyż od lipca został on
włączony w system obozów koncentracyjnych przeprowadzających akcję Endlösung (ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej). Tylko w okresie od czerwca
do października 1944 roku przez
obóz przeszło 49 000 Żydów. Przeludnienie było tak ogromne, że
część Żydówek trzymano pod
gołym niebem bez żadnego prowiantu, stosując okrutne metody
selekcji.
W listopadzie 1944 roku miały
również miejsce nasilone wysyłki ludzi do innych obozów. Wywieziono np. kilka tysięcy ludzi do obozów w Buchenwaldzie
i Flossenbürgu oraz innych obozów koncentracyjnych. Odchodziły duże transporty młodych ludzi
do Rzeszy. Stanowili bowiem realną jeszcze siłę roboczą w fabrykach zbrojeniowych przy produkcji broni. W Stutthof pozostawiono
jedynie tych więźniów, z których
już nie można było czerpać żadnych korzyści materialnych. Od 1
do 25 listopada 1944 roku w Stutthofie zmarło 1003 więźniów. W listopadzie wybuchła w obozie epidemia tyfusu, dziesiątkując więźniów. Danuta Drywa z archiwum
Muzeum Stutthof podaje, że istnieje duże prawdopodobieństwo,
że władze obozu wywołały ją specjalnie, gdyż nie starano się zbytnio o zahamowanie jej rozmiarów.
Na początku grudnia spalił się barak krematorium, który na powrót
zaczął funkcjonować 26 grudnia.
W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia obok choinki ustawiono szubienicę i powieszono na niej
Pomnik upamiętniający pomordowanych podczas okupacji hitlerowskiej mieszkańców Bandyś,
Fot. A. Żebrowska, archiwum MKK
Nad planem ewakuacji obozu zaczęto pracować już jesienią 1944
roku. Miało to ścisły związek z
sytuacją na froncie i ofensywą Armii Czerwonej.
Mieszkańcy Bandyś
w obozie Stutthof
Badanie grupy ludzi wywiezionych z Bandyś i okolicy tylko na
podstawie źródeł z archiwum
obozu Stutthof, jej pełna charakterystyka i opisanie szczegółowe losów jest dość utrudnione ze
względu na niekompletną dokumentację. Prawdopodobnie większość tej ludności dłużej przebywała w obozie karnym w Działdowie niż w Stutthof.
Zachowana dokumentacja w archiwum w Sztutowie, różnej wagi historycznej (ankiety osobowe
ponad 20 osób, karty obrachunkowe, lakoniczne wpisy w dzienniku ewidencyjnym), pozwala mówić o 86 osobach (nie tylko mieszkańcach Bandyś, aresztowanych 3 października), które
trafiły do obozu. Jednak niekompletność dokumentacji, lapidarność niektórych źródeł, uniemożliwia stwierdzenie konkretnej liczby i szczegółowe podanie
przyczyny śmierci.
Gdy w marcu 2008 roku mieszkańcy Bandyś wystąpili z prośbą
do Instytutu Pamięci Narodowej
Oddziałowej Komisji Ścigania
Zbrodni Przeciwko Narodowi
Polskiemu o wszczęcie śledztwa
przytoczyli dane o aresztowaniu
120 mężczyzn (w tym zapewne i
partyzanci), z których 113 zginęło; z samych Bandyś podano liczbę 75 mężczyzn. Komisja, która
Podczas śledztwa w sprawie zatrzymania 3 października 1944
roku, a następnie uwięzienia w
obozie karnym w Działdowie i
w obozie koncentracyjnym Stutthof ustalono, że część mieszkańców Bandyś zmarła w Działdowie na skutek pobicia i znęcania
się przez strażników. Nie mamy
informacji, czy ktoś umarł podczas transportu, co też było częścią obrazu obozowej rzeczywistości. Większość jednak trafiła
do Stutthofu „gdzie prawie wszyscy
z nich zmarli w wyniku nieludzkiego
traktowania i wyniszczającej pracy
lub zostali zabici”. 14 grudnia 2011
roku śledztwo zostało umorzone „(…) wobec niewykrycia sprawców, a w pozostałej części wobec powagi rzeczy osądzonej, co do wykrytych sprawców (…)”. W postanowieniu o umorzeniu śledztwa
czytamy, że „zgromadzone dowody,
a zwłaszcza zeznania i relacje świadków, informacje udzielone przez Muzeum Stutthof oraz oględziny zachowanych dokumentów Gestapo doprowadziły do ustalenia danych i losów
pokrzywdzonych, których w rzeczywistości zatrzymano około 120–150
oraz ujawnienia innych istotnych
okoliczności zbrodni.”
Z wywiezionych do Stutthof
przeżyły tylko jednostki. Ofiarami tragedii, która wydarzyła się
jesienią 1944 roku w Bandysiach
i okolicy byli mężczyźni, ale również ich dzieci oraz żony i matki,
które dowiedziały się, że są wdowami. Tragedia, która dotknęła
Bandysie 3 października na nowo dotknęła społeczność, tym razem pozbawiając ją wszelkiej nadziei. ■
BARBARA KALINOWSKA
SZAMBA EKOLOGICZNE
PRZYDOMOWE
OCZYSZCZALNIE
tel. 694-429-728
SEZONOWA OBNIŻKA CEN
NA OGRZEWACZE
15
RO • poniedziałek 06.10.2014
Maria Jasko walczyła z całych sił, ale nie awansowała do finału
Podopieczni sensei Wiesława Orzoła mogli być zadowoleni ze swojego występu
Karate
Niezwykłe Grand Prix Polski
Mierzejek najlepsza
Jedna z najbardziej prestiżowych
imprez karate kyokushin Grand
Prix Polski Seniorów odbyła się w
Ostrołęce. W hali im. Arkadiusza
Gołasia zaprezentowali się najlepsi zawodnicy w naszym kraju,
dla których ostrołęckie ogólnopolskie zawody były elementem
przygotowań do Mistrzostw Polski i Europy Open.
opieczna sensei Wiesława Orzoła zajęła w zawodach drugie miejsce. Jeszcze większe emocje towarzyszyły walkom panów. W
najbardziej nas interesującej kategorii –80 kg Marcin Dąbrowski
wygrał dwie walki w drodze do
finału, ale w decydującym starciu
musiał uznać wyższość Michała
Romaneczka z Białej Podlaskiej.
W zawodach bardzo dobrze wypadli podopieczni sensei Wiesława Orzoła z Ostrołęckiego Klubu
Karate Kyokushin, który był gospodarzem zawodów. W rywalizacji zabrakło Michała Zyska.
Jeden z najlepszych karateków
OKKK zmaga się obecnie z urazem kręgosłupa i musi odpoczywać przed kolejnymi ważnymi
startami na arenie krajowej i międzynarodowej. Efektownie walczyli z kolei pozostali nasi reprezentanci.
W gronie kobiet +65 triumfowała z kolei Agnieszka Winek z
Otwocka, która pokonała w finale Iwonę Lewandowską z Piaseczna. W kategorii 70 kg mężczyzn
zwyciężył Michał Kalmus w finale pokonując Marcina Sturgulewskiego z Augustowa. W kat. +80
kg najlepszy okazał się Damian
Garliński z Wrocławia w decydującym starciu pokonując Przemysława Romanowskiego z Iławy.
W gronie zawodników Masters
zwyciężył Wojciech Żmija z Wrocławia pokonując Dariusza Cackę
z Białegostoku.
Szybko do finału imprezy awansowała Katarzyna Mierzejek pokonując pewnie swoje rywalki. W
decydującej o zwycięstwie w turnieju walce okazała się lepsza od
Darii Szefer z Siemianowic, po
dogrywce. Kibice zgromadzeni w
hali im. Arkadiusza Gołasia obejrzeli walkę stojącą na bardzo wysokim poziomie.
W kategorii – 65 kg w rywalizacji oglądaliśmy Emilię Płaszczyńską, która do zawodów przystąpiła z zapaleniem ucha i gorączką. Mimo nie najlepszej dyspozycji ostrołęczanka zdecydowała się
wystąpić w zawodach. Dlaczego?
– Nie chcę stracić możliwości rywalizacji z najlepszymi zawodnikami w kraju – podkreślała Emilia Płaszczyńska. – Pracowałam
bardzo ciężko przez cały okres
letni na obozach i chciałam dobrze zaprezentować się przed
własną publicznością.
Ostrołęczanka również dotarła do finału, ale nie starczyło już
jej sił, aby pokonać Marię Raś z
Dobrego Miasta. W efekcie pod-
Jak podkreśla sensei Wiesław
Orzoł na zaproszenie Ostrołęckiego Klubu Karate Kyokushin
do Ostrołęki przyjechali najlepsi
zawodnicy z całego kraju. W sumie w zawodach w siedmiu kategoriach zmierzyła się ponad
czterdziestka
reprezentantów
osiemnastu klubów.
– Jestem bardzo zadowolony ze
wszystkich moich podopiecznych
– podkreślał po zawodach sensei Wiesław Orzoł. – Szkoda mi
tylko, że Michał Zysk nie mógł
wziąć udziału w zawodach. Musi się trochę podleczyć. Tak samo, jak Marcin Dąbrowski, któremu zabrakło trochę zdrowia, aby
walczyć finałową walkę. Zresztą warto podkreślić, że jego kategoria była najsilniej obsadzoną
w całych zawodach. Do Ostrołęki
przyjechali najlepsi zawodnicy w
Polsce i jestem bardzo szczęśliwy,
że przyjęli nasze zaproszenie. Kibice w hali im. Arkadiusza Gołasia obejrzeli kilkadziesiąt walk na
bardzo wysokim poziomie.
W zawodach zaprezentowała się
również zawodniczka Ostrowskiego Klubu Karate Kyokushinkai Maria Jasko. Dla podopiecznej sensei Radosława Grabowskiego był to element przygotowań do Mistrzostw Polski Open i
Mistrzostw Europy Open. Maria
Jasko w półfinałowej walce trafiła na Iwonę Lewandowską (Bushi
Team Piaseczno) i po wyrównanym pojedynku musiała uznać jej
wyższość. W efekcie podopieczna sensei Radosława Grabowskiego stanęła na najniższym stopniu
podium.
Emilia Płaszczyńska mimo choroby stanęła na drugim stopniu podium
Marcin Dąbrowski stoczył świetne walki aż do finału
– Start w tej imprezie traktujemy typowo treningowo – podkreśla sensei Radosław Grabowski. – Chcieliśmy bardzo wystąpić na tej imprezie, ale ważniejsze
dla nas będą Mistrzostwa Europy
Open. Chcemy zrobić wszystko,
aby na tę imprezę trafić z formą.
W najbliższych tygodniach nie
zabraknie imprez z udziałem
zawodników Ostrołęckiego i
Ostrowskiego. Klubu Karate Kyokushin. Najbliższe starty adeptów sztuk walki czekają w Zielonce, Ciechanowie, Koszalinie,
Józefowie, Włocławku, Płocku i
Białej Podlaskiej.
Najlepszymi zawodnikami zostali wybrani Katarzyna Mierzejek (OKKK Ostrołęka) i Michał
Kalmus (Bushi Team Piaseczno).
Grand Prix Polski Seniorów odbyło się dzięki sponsorowi głównemu – firmie JBB. Sponsorami dodatkowymi byli Tettsui i Piekarnia Kurpiowska Serafin. Patronat
medialny nad zawodami sprawowały „Rozmaitości Ostrołęckie”.
Więcej zdjęć dostępnych w naszym portalu rozmaitosci.com.
O sukcesach podopiecznych sensei Wiesława Orzoła i sensei Radosława Grabowskiego będziemy na bieżąco informować na łamach „Rozmaitości Ostrołęckich”
i rozmaitosci.com. ■
TEKST I FOT. ARKADIUSZ DOBKOWSKI
Katarzyna Mierzejek (z lewej) została najlepszą zawodniczką całej imprezy
KOŃCOWA KLASYFIKACJA ZAWODÓW GRAND PRIX POLSKI
Kobiety –55 kg:
1.Katarzyna Mierzejek (OKKK Ostrołęka)
2. Daria Szefer (SKKK Siemianowice)
3.Izabela Dec (LKKK Leżajsk)
Kobiety –65 kg
1. Maria Raś (DKKK Dobre Miasto)
2.Emilia Płaszczyńska
(OKKK Ostrołęka)
3. Wioletta Wilczak (ChKKK Chrzanów)
Kobiety +65 kg
1. Agnieszka Winek
(KSW Bushi Otwock)
2. Iwona Lewandowska
(Bushi Team Piaseczno)
3. Maria Jasko
(OKKK Ostrów Mazowiecka)
Mężczyźni –70 kg
1. Michał Kalmus
(Bushi Team Piaseczno)
2. Marcin Sturgulewski (AKK Augustów)
3. Wiktor Bidas (KSW Bushi Otwock)
Mężczyźni –80 kg
1. Michał Romaneczek
(BKKK Biała Podlaska)
2. Marcin Dąbrowski
(OKKK Ostrołęka)
3. Marcel Rudzki (SKK Sosnowiec)
Mężczyźni +80 kg
1. Damian Galiński (WKKK Wrocław)
2. Przemysław Romanowski
(UKS IKKK Iława)
3. Andrzej Winiarski
(ChKKK Chrzanów)
Masters Open
1. Wojciech Żmija (WKKK Wrocław)
2. Dariusz Cacko
(BKKK Kanku Białystok)
3. Paweł Lawro (MKKK Warszawa)
Najlepsi zawodnicy
Grand Prix Polski Seniorów:
Katarzyna Mierzejek (OKKK Ostrołęka)
Michał Kalmus (Bushi Team Piaseczno)
16
Og³oszenia
sms
w Rozmaitoœciach
Ostro³êckich
– gazecie o najwiêkszym
nak³adzie w powiecie
– kosztuj¹ ju¿
od 3 z³otych netto
Wyœlij sms na jeden z numerów.
P³acisz tylko za tyle znaków
ile chcesz wykorzystaæ!
Jeœli chcesz zleciæ og³oszenie
drobne to wyœlij sms na jeden
z numerów:
nr tel. 73480 – Og³oszenia SMS
– za 3,69 z³ netto do 35 znaków
(1 linia)
nr tel. 75480 – Og³oszenia SMS
– za 6,15 z³ netto do 70 znaków
(2 linie)
nr tel. 79480 – Og³oszenia SMS
– za 11,07 z³ netto do 150 znaków
(4 linie)
nr tel. 91900 – Og³oszenie SMS
– za 23,37 z³ netto do 70 znaków
(2 linie, og³oszenie wyró¿nione)
Wpisz w telefonie komórkowym
SMS z treœci¹ og³oszenia.
Pamiêtaj o podaniu prefiksu
naszej gazety MPLR0 i numeru
rubryki, w której ma siê znaleŸæ
og³oszenie, np. 01, a dalej
Рpo spacji Рjego treϾ np.
sprzedam M3 w centrum miasta,
tel. 1234567.
Treœæ SMS powinna wygl¹daæ tak:
MPLR0.01 sprzedam M3
w centrum miasta. Tel. 1234567
Wyœlij SMS z treœci¹ og³oszenia
na jeden z trzech podanych
numerów.
Otrzymasz potwierdzenie
przyjêcia og³oszenia, które
sprawdzi czy jest ono zgodne
z zasadami okreœlonymi
w regulaminie przyjmowania
og³oszeñ.
Twoje og³oszenie znajdzie siê
w najbli¿szym wydaniu
Rozmaitoœci, jeœli wyœlesz sms
do wtorku 14.10.2014 r.,
do godz. 12.00.
Prefiksy z numerami rubryk:
nieruchomoœci MPLR0.01
budownictwo MPLR0.02
finanse MPLR0.03
gastronomia MPLR0.04
komisy, lombardy MPLR0.05
komunikaty MPLR0.06
komputery MPLR0.07
maszyny, urz¹dzenia MPLR0.08
matrymonialne MPLR0.09
meble MPLR0.10
motoryzacja MPLR0.11
naprawa, serwis MPLR0.12
nauka MPLR0.13
agd/rtv MPLR0.14
ogrodnictwo MPLR0.15
poligrafia/reklama MPLR0.16
praca MPLR0.17
rozrywka MPLR0.20
ró¿ne MPLR0.21
transport MPLR0.22
turystyka MPLR0.23
ubezpieczenia MPLR0.24
uroczystoœci MPLR0.25
uroda MPLR0.26
weterynaria MPLR0.27
zabawki MPLR0.28
zdrowie MPLR0.29
zguby MPLR0.30
RO • poniedziałek 06.10.2014
OGŁOSZENIA drobne
UWAGA! Wszelkie reklamacje są przyjmowane w ciągu 14 dni od ukazania się numeru wyłącznie w siedzibie redakcji.Adres: Ostrołęka, ul. Hallera 13, tel. 029 760 91 92
PRACA – dam
Zatrudnię tokarza frezera
metalowca CNC. Łomża.
Tel. 606 416 991.
Dam pracę na umowę–zlecenie
kobiecie w wieku 50 lat z Ostrołęki,
dyspozycyjną, chętną do pracy.
Tel. 502 574 583
Dam pracę kobiecie ok. 40 lat
w pralni w Ostrołęce. Dyspozycyjną,
chętną do pracy. Tel. 502 574 583
PRACA – szukam
Opieka dla osób chorych
na godziny lub całodobowo.
Tel. 505 541 925.
Zaopiekuję się starszą osobą,
posprzątam. Tel. 882 039 204.
NAUKA
Korepetycje z matematyki.
Tel. 606 170 099.
NIERUCHOMOŚCI
Zamienię dom w Ostrołęce
w doskonałej lokalizacji na
gospodarstwo lub ziemię.
Tel. 693 113 060.
Świadectwa energetyczne,
audyty. Tel. 510 370 041,
www.zador.pl.
Świadectwa energetyczne.
Pomiary elektryczne. Tel. 509 961 824.
NIERUCHOMOŚCI – kupię
Kupię gospodarstwo rolne.
Możliwa zamiana na mieszkanie
po remoncie 1 piętro.
Tel. 693 113 060.
NIERUCHOMOŚCI – sprzedam
Sprzedam piękną działkę
w Białobrzegu Dalszym,
tel. 693 113 060
Sprzedam dom w Ostrołęce,
doskonała lokalizacja, Śródmieście,
zielony zakątek, stan surowy.
Tel. 693 866 200
Sprzedam wyposażenie lokalu
gastronomicznego, Ostrów.
Tel. 602 253 045.
Sprzedam mieszkania:
ul. Gorbatowa 48m2,
ul. Broniewskiego 48m2 z działką.
Tel. 509 442 236
Sprzedam dom jednorodzinny
w Ostrołęce. Tel. 501 155 109,
501 155 021
Zrobię taras od zaraz.
Tel. 502 216 789
NIERUCHOMOŚCI – wynajem
Wynajmę powierzchnię
magazynowo–biurową od 20– 150
m2 przy ul. Hallera. Tel. 693 113 060
Pokój do wynajęcia Ostrołęka.
Tel. 510 813 781.
Do wynajęcia pokój dla spokojnej
kobiety. Tel. 510 596 419.
Do wynajęcia lokal usługowy
o pow. 50m2, ul. Roweckiego 7/1.
Tel. 503 367 947.
Pokój z kuchnią, 1 piętro z pełnym
wyposażeniem. Tel. 698 627 528.
BUDOWNICTWO
Szamba betonowe, szczelne,
z atestem. Zapewniam transport.
Montaż gratis, tanio. Tel. 698 775 552
Kowal – kute balustrady
schodowe, balkonowe, bramy
wjazdowe, kominki, elementy
dekoracyjne. Tel. 506 187 560.
Elektryk. Tel. 503 163 260.
Czarnoziem, piach, ziemia, żwir,
transport. Tel. 29 761 30 07.
Świadectwa energetyczne.
Tel. 503 163 260.
Odkurzacze centralne.
Tel. 503 163 260
STUDNIE. Olszewo–Borki.
Tuszyński. Tel. 508 926 672
Hydraulik. Tel. 694 429 728.
Odkurzacze centralne.
Tel. 694 429 728.
Szamba ekologiczne.
Tel. 694 429 728.
MEBLE
Sprzedam meble biurowe
i ekspozytory telefonów
komórkowych. Tel. 693 866 202
MATRYMONIALNE
Wdowa 53 lata pozna Pana do
stałego związku Tel. 505 360 895.
Emeryt z domem i ogródkiem
szuka partnerki do wspólnego
zamieszkania. Pani o łagodnym
usposobieniu, wiek ok. 60–64 lata,
może być biedna ale bez nałogów.
Tel. 505 625 603.
POLIGRAFIA, REKLAMA
Druk zaproszeń, ulotek,
wizytówek, folderów, plakatów,
projekty graficzne i wiele innych.
www.informedia.pl, Ostrołęka,
ul. Hallera 13. Tel. 29 760 91 92
KOMISY/LOMBARDY
Lombard Dukat, pożyczki pod
zastaw, skup, sprzedaż, złoto,
srebro, telefony komórkowe.
ul. Kilińskiego 33, Tel. 29 764 61 68,
ul. Bogusławskiego 32,
Tel. 29 694 30 30
FINANSE
MOTORYZACJA – różne
Awaryjne otwieranie drzwi
(mieszkania oraz samochody)
RYGIELEK – Tel.: 29 767 40 75,
503 010 174.
Autoholowanie tel. 603 125 886.
Przyczepy kempingowe
– wypożyczalnia. Tel.: 29 764 96 10,
603 125 886.
Skup katalizatorów. Tel. 503 499 176.
MOTORYZACJA – kupię
Kupię każde AUTO. Stan
techniczny bez znaczenia. Starsze
i nowsze. Przyjazd i odbiór własnym
transportem. Gotówka i umowa od
ręki. Tel. 533 730 695
MOTORYZACJA – sprzedam
Mercedes C–200, rok 2002, poj.
2L, moc 116KM, kupiony w polskim
salonie, srebrny metalic, kombi.
Tel. 663 883 812
TRANSPORT
Busy 9–cio osobowe Wynajem,
przewozy po kraju i do Niemiec pod
adres. Tel. 693 369 159.
Transport – bus. Tel. 503 499 176.
Usługi transportowe, ziemia,
drewno, piasek itp. Tel. 608 615 268.
AGD / RTV
Złom AGD, RTV odbiór.
Tel. 503 499 176
KOMPUTERY
Internet bezprzewodowy,
korzystne ceny dla firm.
Tel. 516 224 222.
„NET – PLANET” Ostrołęka,
ul. Gomulickiego 22, Tel. 609 504 307.
e–mail: [email protected]
Atrakcyjne kredyty hipoteczne
na zakup mieszkania, domu, działki,
oferta wielu banków. Tel. 504 257 386.
Chwilówka na dowód.
Tel. 504 257 386.
RÓŻNE
Sprzedam maszyny do szycia
z gwarancją, tel. 606 924 053
Firma sprzątająca Clean–Service
oferuje tanie, profesjonalne
i szybkie sprzątanie. Wystawiamy
faktury VAT. Ostrołęka, ul. Szpitalna
19A. Tel. 795 660 683.
Sprzedam zrzyny tartaczne dąb,
olcha i sztachety z dowozem.
Tel. 604 276 423
Sprzedam niezatapialny
i niewywrotny kajak żaglowy
z przyczepianym silnikiem
benzynowym ze sklejki
wodoodpornej.
Tel. 29 769 12 19, 664 642 101
Sprzedam składany domek
kempingowy ze sklejki
wodoodpornej na kołach.
Tel. 29 769 12 19, 664 642 101
Skrzynka napięciowa na słup,
cena 500zł. Tel. 603 646 428.
Sprzedam srebrny telewizor 28”
z tunerem i srebrnym stolikiem–
cena 220zł, oraz stolik–ławę
mahoń–cena 60zł. Tel. 799 338 179.
Sprzedam agregat prądowy,
nowy małej mocy, 220/380V.
Tel. 600 859 397.
Sprzedam betoniarkę,
cena 1700zł. Tel. 791 163 884.
GASTRONOMIA
SMAKOSZ zaprasza
na zestawy obiadowe
– każdy TYLKO 10 zł!
Dowóz do klienta – catering dla
osób indywidualnych i firm,
wynajem sali na imprezy
okolicznościowe. Benzol,
ul. Graniczna 7, codziennie
11.00–19.00, tel. 516 729 716
OGRODNICTWO
Zbiorniki szczelne na gnojówkę,
deszczówkę, tanio. Tel. 86 217 99 99
Meble ogrodowe, altany, huśtawki,
sztachety itp. Tel. 608 615 268.
Zakładanie Ogrodów.
Tel. 793 100 422
UBEZPIECZENIA
Autoryzowany Agent
Ubezpieczeniowy Antoni Krupka,
4–krotny zwycięzca konkursu na
najlepszego agenta Warty w kraju.
Ostrołęka ul. Papiernicza 7/8.
Tel. 29 766 60 31, 502 054 120,
ubezp. OC, AC, NW, majątkowe,
mieszkania, domy jednorodzinne,
15 firm ubezp. do wyboru.
Możliwość uzyskania największych
promocji.
UROCZYSTOŚCI
Zawiozę do ślubu Peugeot 508.
Tel. 608 341 184.
Foto Expres „Kupiec”, ul. Kopernika
7 lokal 10 zaprasza na zdjęcia do
dokumentów. Najtaniej w mieście!!!
Fotografia ślubna i okolicznościowa.
Tanio. Tel. 506 950 173
WETERYNARIA
Gabinet weterynaryjny.
lek. wet. Jacek Antoszewski:
Tel. 606 609 095. lek. wet. Joanna
Komuda – Pruszko: Tel. 606 450 212.
ul. Goworowska 5. Tel. 29 764 21 77.
Codziennie 9 – 19, sobota 9–14.
www.kameleon–wet.pl
ZDROWIE
Gabinet stomatologiczny
Remigiusz Makowiecki,
ul. Kurpiowska 5. Tel.: 29 760 81 32,
29 764 29 72, kom. 600 815 380.
Badania psychologiczne –
kierowcy, operatorzy, broń,
ochrona, odszkodowania, renty.
Wsparcie psychologiczne, porady
mgr Agata Demska.
Ostrołęka, ul. Cicha 10.
Tel. 603 251 801.
17
RO • poniedziałek 06.10.2014
Sąsiad prowokujący psa
Bartosz
Podolak
Wykładowca
prawa
Mam poważny problem ze swoim sąsiadem. A mianowicie ostatnio zdarzył się
wypadek z udziałem mojego sąsiada i psa.
Moja posesja znajduje się obok bardzo ruchliwej drogi oraz ciągu pieszego i rowerowego. Niedawno mój sąsiad jechał na
rowerze do pracy obok mojej działki. Mój
pies wyskoczył do niego przez otwartą
bramę i obszczekał. Sąsiad bardzo się wystraszył przez co stracił panowanie nad
rowerem i wjechał do pobliskiego rowu.
Bardzo się poobijał i ma kilka zadrapań
przez ten incydent. Sąsiad chce ode mnie
odszkodowanie za straty moralne i zniszczone ubranie. Proszę mi napisać czy takie
roszczenie jest zasadne? Sąsiad ma zatargi z moim psem, zawsze go drażni i i przedrzeźnia jak jedzie rowerem więc myślę,
że przyczynił się do tego ataku. Proszę mi
napisać kto ma rację?
Do opisanego przez pana przypadku będzie miał zastosowanie
art. 431§1 Kodeksu cywilnego, który mówi, że kto zwierzę chowa albo
się nim posługuje, obowiązany jest
do naprawienia wyrządzonej przez
nie szkody niezależnie od tego, czy
było pod jego nadzorem czy też zabłąkało się lub uciekło, chyba, że ani
on, ani osoba za którą ponosi odpo-
wiedzialność, nie ponoszą winy. Na
podstawie ww przepisu jako właściciel psa ponosi pan całkowitą odpowiedzialność za jego zachowania
i wybryki. Z powyższej powinności
osoba odpowiedzialna za psa może
się uwolnić, wykazując, że nie ponosi winy za zdarzenie, gdyż jego
przebiegiem kierowała inna osoba.
Za kierowanie przebiegiem można
tu uznać np. prowokowanie pańskiego psa przez przejeżdżającego
sąsiada.
Grzegorz
Milewski
Egzaminator
WORD
www.word–ostroleka.pl
Mirosław
Augustyniak
Egzaminator
Nadzorujący
Kierowniki Wydziału
Egzaminowania
www.word–ostroleka.pl
Mam 13 lat i chodzę do I klasy gimnazjum. W jaki sposób mogę uzyskać
kartę rowerową?
Z dniem 19 stycznia 2013r. weszły w życie przepisy Ustawy
z dnia 05 stycznia 2011r. o kierujących pojazdami (tekst jednolity: Dz. U. z 2014r. Nr 600 z
Uczeń szkoły podstawowej może
uzyskać kartę rowerową w trakcie zajęć, gdyż w podstawie programowej kształcenia ogólnego,
w poszczególnych typach szkół
zawarte są treści umożliwiające
przygotowanie ucznia do ubiegania się o wydanie karty rowerowej. Zajęcia dla uczniów przygotowujących się do ubiegania o
wydanie karty rowerowej prowadzą nauczyciele posiadający
odpowiednie kwalifikacje wynikające z Karty Nauczyciela.
Dyrektor szkoły może zawrzeć
porozumienie z wojewódzkim
ośrodkiem ruchu drogowego lub
ośrodkiem szkolenia kierowców
posiadającym
poświadczenie
potwierdzające spełnianie dodatkowych wymagań, o nieodpłatnym uczestnictwie uczniów
w zajęciach organizowanych
przez ten ośrodek dla osób ubiegających się o wydanie karty rowerowej.
Generalnie właściciele jakichkolwiek zwierząt odpowiadają za ich
czyny. Tyczy się to nie tylko takich
sytuacji jak opisana przez pana, ale
również np. spowodowanie szkody
w jadącym aucie przez zabłąkane
zwierzę. W tym przypadku liczą się
dwa fakty, pierwszy to niedomknięta brama co świadczy o Pańskim zaniedbaniu, drugi to poturbowanie
człowieka. Jeżeli nie ma pan świadków na to, że sąsiad prowokował
psa to uważam, że nie zdoła pan
przekonać sądu o swojej racji. ■
Poszkodowany sąsiad wywodzi
swoje roszczenie z faktu nienależytego sprawowania przez pana nadzoru nad psem w postaci niezabezpieczenia terenu na którym przebywał – mówimy tu oczywiście o niezamknięciu bramy. Dla uwolnienia
się od odpowiedzialności musi pan
Dla kogo karta rowerowa
późn. zm.), które w sposób istotny zmieniły zasady uzyskiwania
karty rowerowej.
wykazać, że dochował należytej
staranności w nadzorze nad zwierzęciem oraz, że zachowanie psa zostało spowodowane negatywnymi
działaniami sąsiada.
Koszty uczestnictwa uczniów w
zajęciach są pokrywane ze środków własnych wojewódzkiego
ośrodka ruchu drogowego lub
ośrodka szkolenia kierowców.
Natomiast zajęcia dla osób ubiegających się o wydanie karty rowerowej, a niebędących uczniami
szkoły podstawowej, są prowadzone w wojewódzkim ośrodku
ruchu drogowego lub w ośrodku
szkolenia kierowców posiadającym poświadczenie potwierdzające spełnianie dodatkowych wymagań. Jak wynika z powyższego zajęcia nie mogą być prowadzone np. w gimnazjum.
Kartę rowerową może uzyskać
osoba, która:
osiągnęła wymagany minimalny wiek tj. 10 lat;
wykazała się niezbędnymi
umiejętnościami odpowiednio
podczas zajęć szkolnych, zajęć prowadzonych przez wojewódzki ośrodek ruchu drogowego lub zajęć prowadzonych
przez ośrodek szkolenia kierowców posiadający poświad-
czenie potwierdzające spełnianie dodatkowych wymagań.
Kartę rowerową wydaje nieodpłatnie, za pisemną zgodą rodzica lub opiekuna:
 dyrektor szkoły – uczniowi
szkoły podstawowej,
 dyrektor
wojewódzkiego
ośrodka ruchu drogowego lub
przedsiębiorca
prowadzący
ośrodek szkolenia kierowców
posiadający
poświadczenie
potwierdzające spełnianie dodatkowych wymagań – osobie
niewymienionej w pkt. 1.
Do 19 stycznia 2013r. sprawdzenia kwalifikacji osoby ubiegającej
się o kartę rowerową dokonywali:
nauczyciel wychowania komunikacyjnego uprawniony
przez dyrektora szkoły;
policjant posiadający specjalistyczne przeszkolenie z zakresu ruchu drogowego;
egzaminator.
nizowane nieodpłatnie w wojewódzkim ośrodku ruchu
drogowego;
policjant lub policjant w stanie spoczynku, posiadający
specjalistyczne przeszkolenie
z zakresu ruchu drogowego;
 egzaminator;
 instruktor.
Sprawdzenie umiejętności odbywa się w jednostce prowadzącej zajęcia (czyli w szkole podstawowej,
word lub osk) w obecności nauczyciela, rodzica lub opiekuna.
Jak wynika więc z powyższego kartę rowerową będzie można
uzyskać tylko i wyłącznie po odbyciu szkolenia w wojewódzkim
ośrodku ruchu drogowego lub w
ośrodku szkolenia kierowców posiadającym poświadczenie potwierdzające spełnianie dodatkowych wymagań.
Obecnie czyli po 19 stycznia
2013r. sprawdzenia niezbędnych
umiejętności osoby ubiegającej
się o kartę rowerową dokonuje:
nauczyciel posiadający specjalistyczne przeszkolenie z zakresu ruchu drogowego orga-
Warto jednocześnie wspomnieć, że
Rozporządzenie Ministra Transportu, Budownictwa i Gospodarki
Morskiej z dnia 12 kwietnia 2013r.
(Dz. U z 2013r. poz. 512) reguluje
m.in. kwestie organizacji zajęć dla
osób niebędących uczniami szkoły
podstawowej, tryb i warunki egzaminu oraz wzór karty rowerowej. ■
dzianina to kolejny hit sezonu!)
i niezastąpione dżinsowe rurki.
Zarzuć do tego ponczo lub pelerynę a gwarantuję, że przełamiesz pierwsze lody przyjaźni z kolejnym, największym hi-
tem tej jesieni, z którym ciężko
będzie ci się rozstać, by zamienić go na grubą, puchową kurtkę! Spróbuj, przecież poza kolejnym dniem „nudnego” wyglądu, nie masz nic do stracenia. ■
Jak nosić peleryny
Małgorzata
Laskowska
Personal Shopper,
Stylistka
www.blacksand.pl
609 504 308
Idealna zanim przyjdzie czas
na ciepłą kurtkę czy płaszcz.
Peleryna. Na długo zapomniana, tej jesieni powraca w wielkim stylu. Efektowna i oryginalna. Długa czy krótka, szyta na miarę czy formą przypominająca ciepły, otulający koc.
Którąkolwiek wybierzesz, poczujesz się naprawdę wyjątkowo, bowiem nic nie jest w stanie
wywrzeć równie silnego wrażenia i dodać pazura naszej stylizacji! Niezależnie od tego czy
nosisz się w eleganckim stylu, a
sukienka czy spódnica jest nieodzownym elementem twojej
codziennej garderoby, czy jesteś kobietą bardziej vintage,
nie rozstającą się ze spodniami,
tak czy inaczej poncza i peleryny mają prawdziwie zaskaku-
jącą moc, która sprawi że twój
strój zawsze będzie prezentował się ekscytująco!
Peleryna jest dużo bardziej uniwersalnym elementem garderoby niż płaszcz czy kurtka. Możesz ją nosić na bluzkę, sweter aż w końcu nawet na cienką
kurtkę. Do tego ukrywa wiele mankamentów naszej figury!
Zapomniane powróciły na wybiegi największych domów mody jako ciekawsza alternatywa
nieco znudzonego już wełnianego płaszcza. U Valentino w abstrakcyjnych barwach niczym
z kolorowego papieru, u Saint
Laurent z kolei, mocno nawiązują do stylu vintage, oddającego mocny klimat lat 60.
Z kapturem lub bez? Długie
czy krótkie. Klasyczna brązowa kratka czy nieco psychodeliczne, kolorowe wzory? Wybór zależy wyłącznie od ciebie
i twojego stylu. A jeżeli chciałabyś a kompletnie nie wiesz jak i
z czym je połączyć, jaką długość
wybrać do wzrostu, uwzględ-
niając przy tym długość garderoby pod nią, zacznij od najprostszego sposobu. Zainspiruj
się brytyjskim strojem do jazdy konnej. Włóż oficerki, golf w
grube warkocze ( uwaga; gruba
18
RO • poniedziałek 06.10.2014
Co w kulturze piszczy
9.10. 2014
INDYWIDUALNOŚCI POLSKIE
wernisaż
Zbigniew Lew Starowicz
Fot. Krzysztof Gierałtowski
Do Galerii Ostrołęka zagości wyjątkowa
wystawa. Swoje portrety znanych Polaków pokaże Krzysztof Gierałtowski. To
jeden z czołowych polskich fotografów,
który swoimi portretami rodaków eksponuje wszystkie ich przywary, wyciąga ich wnętrza na zewnątrz. Na szczęście tylko mentalnie. W Ostrołęce zobaczymy cykl „Indywidualności polskie”, na
który składają się portrety cenionych Polaków. Zobaczymy między innymi Ninę
Andrycz, Wojciecha Młynarskiego, Jana
Pawła II, Czesława Miłosza. Każde zdjęcie opatrzone jest też krótkim komentarzem na temat tego co autor chciał przekazać. Autor o swoim fotografowaniu pisze tak: „Moje fotografowanie ludzi bierze się z ciekawości i chęci uczestniczenia
w grze ze współczesnymi mi indywidualnościami. Robię portrety subiektywne, dostrzegając u wybranej osoby jedną
cechę – wrażenie i tę właściwość staram
się wizualizować. Sfotografuję każdego w sposób, który uznam za stosowny.
Zawsze towarzyszą mi rozterki dotyczące doboru ludzi, ich zdjęć i sformułowanych opinii.”
Galeria Ostrołęka, godz. 19.00, wstęp
wolny
11–12.10. 2014
GALERIA BEZDOMNA
montaż artystyczny
Galerię Bezdomną tworzy ten kto chce.
Może nawet ty? Pomysł narodził się w
głowach dwóch znanych fotografów
Tomasza Sikory i Andrzeja Świetlika. Jej
idea to tworzenie wystaw w budynkach
opuszczonych, już niewykorzystywanych. I tak np. w tym roku wystawa zostanie zmontowana w budynku kasyna przy
ul. Bogusławskiego. Swoje zdjęcia może
przynieść każdy, zawiesić je i zaprosić gości. Fajnie będzie jeśli przyniesiecie też ze
sobą poczęstunek. Montować można w
sobotę między 10.00 a 18.00 i w niedzielę między 11.00 a 17.00. Wernisaż o godzinie 18.00.
16.10.2014
GENIUSZ ZAKLĘTY
W FOTOGRAFII
projekcja filmu
Kadr z filmu Geniusz zaklęty w fotografii
Zastanawialiście się kiedyś co sprawia,
że fotografia jest dobra? Jak zrobić dobre zdjęcie? Odpowiedzią na te i inne pytania jest seria przygotowana przez BBC.
Opowiada ona ponad 170–letnią historię fotografii. Od dagerotypu do fotografii cyfrowej, od portretów do fotografii dziennikarskiej, od sztuki do rekla-
Kultura
my. Autorzy tak opisują cykl: „Dzięki niezwykle starannie dobranym przykładom
zdjęć i twórców udało się oddać wszystkie aspekty tej najbardziej wpływowej
formy sztuki współczesnej ery – reportaże Henriego Cartiera Bressona i Martina Parra, portrety Diane Arbus i Annie Leibovitz, pejzaże Ansela Adamsa i Roberta Franka, humanizm Roberta Doisneau i konceptualizm Irvinga Penna. Nie
sposób wyliczyć wszystkich fotografów
i zagadnień prezentowanych w serii.” W
czwartek zobaczymy pierwszą z sześciu
części filmu pt. „Uchwycić cienie”.Opowiada ona nie tylko historię narodzin samej fotografii ale też jest próbą odpowiedzi na pytanie: po co jest fotografia ? Jak
to się stało, że obok nowych technologii
jak kolej czy telegraf, fotografia stała się
odkryciem przełomowym, które na dobre zmieniło postrzeganie i rozumienie
ówczesnego świata?
Galeria Ostrołęka, godz, 18.00, wstęp
wolny
Pod lupą
Zapraszamy do wzięcia udziału
w konkursie Rozmaitości Ostrołęckich
„Pod lupą”.
Nasza zabawa polega na wskazaniu czterech różnic
w zamieszczonych poniżej fotografiach.
KONKURS
Odpowiedzi należy przesłać do środy 15.10.2014 r.
na adres mailowy: [email protected] w tytule wpisując hasło "Pod lupą" oraz imię i nazwisko, adres zamieszkania
i nr kontaktowy.
Wśród wszystkich Czytelników, którzy nadeślą prawidłowe
odpowiedzi wylosujemy podwójne zaproszenie do kina
"Jantar".
17.10. 2014
AUTOPORTRET GREGORA
LAUBSCHA
wernisaż
Autoportret Gregora Laubscha
Gregor Laubsch to berliński portrecista znany do tej pory w Polsce przede
wszystkim uczestnikom warsztatów fotograficznych, które prowadził. Teraz
swoje prace także wystawia. Jak sam o
sobie mówi, jest fotografem z zamiłowania, z wykształcenia natomiast jest
technikiem budownictwa. Urodził się
w Polsce, ale od ponad dwudziestu lat
mieszka w Berlinie. Z fotografią Gregor Laubsch po raz pierwszy zetknął
się w dzieciństwie, w swoim rodzinnym
domu. Jego ojciec często robił zdjęcia
członkom rodziny, więc niejako naturalną koleją rzeczy było, iż pewnego dnia
on sam sięgnął po aparat. Zaczął od portretów i to im pozostał wierny. Gregor
Laubsch stara się na zdjęciach zatrzymać
mijające chwile. Ekspozycja Autoportret
to zbiór portretów, aktów i autoportretów autora.
18.10
NOCNA ZMIANA BLUESA
koncert
Zaczynali jako ortodoksyjni bluesmani, jednak trzydzieści lat na scenie musiało odcisnąć swoje piętno. Zespół wykreował własny, niepowtarzalny styl bazujący na akustycznym instrumentarium a będący fuzją bluesa, folku, jazzu
i piosenki autorskiej. Nocna Zmiana Bluesa zawdzięcza też ogromnie dużo jakże
charakterystycznemu frontmanowi Sławomirowi Wierzcholskiemu, wirtuozowi
harmonijki ustnej. To właśnie on założył
zespół. Swe charakterystyczne brzmienie Nocna Zmiana Bluesa to także nietypowe (jak na grupę o charakterze bluesowym) instrumentarium. Wszyscy
muzycy używają wzmacniaczy lecz grają wyłącznie na instrumentach akustycznych.Sekcję rytmiczną tworzą Grzegorz
Minicz – bębny, Piotr Dąbrowski – akustyczna gitara basowa i Marek Dąbrowski – gitara akustyczna.
OCK, godz. 17.00
FOT. ADAM WOŁOSZ
Nagrodę wylosował: Staszek Beredziński z Ostrołęki
Kino Jantar
Film
Miasto 44
Więzień Labiryntu
Pszczółka Maja
Bogowie
7–9 X godz 18.00
10, 14–16 X godz. 16.00
12 X godz. 14.00 i 16.00
7–9 X godz. 20.20
10, 12, 14–16 X godz. 18.00 i 20.20
17, 19 X godz. 18.15
kadr z filmu „Bogowie”
Pinokio
17 X godz. 16.00
Służby Specjalne
17, 19 X godz. 20.30
18 X godz. 20.15
Dyskusyjny Klub
Filmowy „Rejs”
6 X – inauguracja nowego
sezonu filmowego
godz. 18.00 Truskawki i Czekolada
Klub Kina Niezależnego
13 X godz. 16.30 i 19.00
Mary’s Land. Ziemia Maryi
19
RO • poniedziałek 06.10.2014
Siłownie zawieszone w powietrzu
Nieustającego pasma sukcesów
wszystkich
samorządowców
wszelkich szczebli, rozrzuconych po naszym regionie, już
nawet nie da się nazwać serią,
litanią ani wręcz powodzią. To
już jest istna inwazja obiektów
latających, a co najmniej zawieszonych w powietrzu. Przed
wyborami patrzcie więc, Czytelnicy, do góry czy nie spada z
przestworzy jakaś… siłownia.
Jak by miało coś z takiej siłowni zlecieć na ziemię, to zakupcie kaski i ubezpieczcie się od
następstw upadków na ziemię
przedmiotów z nieba. Część naszych samorządowców, którzy
jak wiadomo językiem ojczystym władają… hm. nazwijmy
to: niepodzielnie, zaczęła ogłaszać że budują siłownie… napowietrzne.
To nie pomyłka, to nie błąd korektorski, nie przejęzyczenie, nie
kontaminacja, nie skrót myślowy, nie nadużycie semantyczne.
Oni (a przynajmniej niektórzy)
naprawdę ogłaszają, że budują
siłownie… napowietrzne.
Początkowo to naprawdę strach
było się bać, bo to jak coś ma wisieć, to wprawdzie na pewno nie
utonie, ale istotą siłowni jest permanentne przezwyciężanie grawitacji. Wiąże się to z naprężeniami, przeciążeniami i zmęczeniem materiału w używanych
urządzeniach. Ani chybi prędzej
czy później coś z tego powietrza
upadnie na ziemię! I jak pod taką… napowietrzną siłownią będzie przechodzić staruszka, albo
dziecko, to nieszczęście gotowe.
Z trwogą myśleliśmy co to będzie jak oni już te siłownie zainstalują na tym powietrzu, bo
w ogóle nie podawali na jakiej
wysokości to się odbędzie. Tymczasem co najmniej dwie napowietrzne siłownie to już są po
przecięciu wstęgi i po pokropku.
I mimo, że wstęga została przecięta, to ta siłownia jedna z drugą wcale nie uniosła się w powietrze.
liśmy się na miejsca stacjonowania siłowni… napowietrznych.
Kurdeż! W każdej z nich urządzenia do ćwiczeń są solidnie przymocowane do ziemi. I nie ma żadnych mechanizmów unoszących
je w powietrze. Uff! Ileż spokoju.
Zeszło przeto z nas… powietrze.
Na wszelki wypadek jeszcze raz
zajrzeliśmy do słownika języka polskiego. Nic się nie zmieniło ostatnio. Przymiotnik „napowietrzny” oznacza tyle co znajdujący się, unoszący się lub odbywający się w powietrzu, np.
napowietrzna kolejka linowa, napowietrzna linia energetyczna.
Po obejrzeniu sławiących sukcesy
władzy zestawów fotografii uda-
O… napowietrznych
siłowniach nic słowniki nie mówią.
da, bo to – jak widać – nie tylko
fanaberia, ale konieczność.
bo wszak historycznie to w tym
miejscu przez wieki całe była
przeprawa przez Narew) łączący owo centrum miasta z parkiem przy ul. Warszawskiej. Kto
wie, może nawet jak to w pierwotnym zamyśle było most Madalińskiego stanie się kładką dla
pieszych? A patrząc z mostu, w
jedną i drugą stronę, zagospodarowane, czyste, pełne spacerowiczów brzegi Narwi.
Bo i jeszcze nikomu nie udało się
skonstruować siłowni zawieszonej w powietrzu niczym gondola kolejki linowej. Nazywanie…
napowietrzną siłowni stojącej
na ziemi (choć potocznie mówi
się, że coś jest na świeżym powietrzu) to błąd! W dodatku z
gatunku tych bardziej rażących.
I rada dla naszych władz i
urzędników na przyszłość. Jak
będziecie robić jakieś imprezy
w salach gimnastycznych, które szumnie nazywacie halami
sportowymi, to nie twórzcie kolejnego językowego potworka i
nie mówcie, że były to zawody
czy spotkania „nahalne” – tylko
dlatego, że odbywały się na hali. Bo to już naprawdę bardzo źle
brzmi, a po usunięciu błędu ortograficznego zupełnie co innego znaczy. ■
MAGISTER SPOD MAGISTRATU
Taka wizja
Czas jakiś temu zapowiedziano
modernizację placu Bema. Zdecydowano, że miejscu temu należy przywrócić pierwotny charakter. Czyli klasycznego, wybrukowanego rynku. Wprawdzie klasycznym przestał on być wiele,
wiele lat temu, kiedy w wyniku
wojennych zawieruch stracił całą
jedną pierzeję i na dodatek część
zabudowy odchodzącej od placu
Bema ulicy Kościuszki, ale przyznam się, że od początku byłem
zwolennikiem tego pomysłu. Byłem i pozostaję. Wiary we mnie,
że w dającej się przewidzieć przyszłości zostanie zrealizowany
jednak coraz mniej. Podobnie jak
wiary w realizację kolejnego ambitnego planu zagospodarowania
nabrzeży Narwi. Nie wspominając już o jakimkolwiek pomyśle na zagospodarowanie lasku
wzdłuż ulicy Warszawskiej, vis a
vis Fortów Bema. Jestem realistą i
wiem, że władze miasta – niezależnie od tego kto je będzie stanowił – trzy razy zastanowią się,
zanim zaczną inwestować w tych
miejscach. I po tych trzech namysłach stwierdzą, że jednak nie. A
ostrołęczanie coraz głośniej będą
pomstować, że najstarsza część
miasta umiera. Bo umiera. I czas
najwyższy to zmienić.
Umiera nie od wczoraj zresztą.
Ostatnio jej umieranie przybrało
na sile po otwarciu Galerii Bursztynowej. Tyle, że jej usytuowanie
w tym a nie innym miejscu jest
po prostu logiczną konsekwencją tego co się z naszym miastem
dzieje. Miasto to żywy twór, który rozrasta się tam gdzie znajduje do rozwoju sprzyjające warunki. Kiedy Ostrołęka zaczynała być za duża na swój przedwojenny jeszcze rozmiar zaczęła
rozrastać się, z grubsza biorąc,
wzdłuż dzisiejszych ulic Sienkiewicza, Gorbatowa, 11 Listopada.
Potem podjęto decyzję o budowie osiedla Centrum. Ileż to było żartów z tego, że „Centrum”
nazwano osiedle na peryferiach!
Ten kto wpadł na ten pomysł nie
był jednak – jak czas pokazuje –
taki głupi. Miasto powoli do peryferyjnego przez lata osiedla
„Centrum” dążyło i dziś już osiedle „Centrum” wydaje się być w
centrum. A nawet jeśli to zbyt
naciągana teza to w każdym razie „serce miasta”, którym zdaje
się być Galeria Bursztynowa jest
bliżej osiedla „Centrum” niż historycznego centrum Ostrołęki.
Miasto więc ucieka ze swojego
historycznego centrum.
I uciekać będzie jeszcze bardziej. Bardzo to wprawdzie niekurpiowskie (powinieniem być
malkontentem i twierdzić, że na
pewno się nie uda), ale jest dla
mnie jasne, że prędzej czy później przez Narew zostanie przerzucony trzeci most. I nie ma tu
znaczenia, czy będzie to – te plany wydają się coraz realniejsze –
most na wysokości ronda Łupaszki łączący krzyżujące się tu drogi
na Przasnysz i na Warszawę z tak
zwaną obwodnicą, czy też most
w ciągu prawdziwej obwodnicy miasta, która może kiedyś powstanie. Gdzie by nowy most nie
powstał, otworzy nowe tereny,
na które miasto się rozleje. Wylewając się zupełnie ze swojego historycznego centrum. I po to, żeby nie pozostała tu tylko cuchnąca kałuża, czas najwyższy zacząć
owe centrum przywracać do życia. Swoją drogą modne w wielu
miastach rewitalizacje, jakoś się
w Ostrołęce nie przyjęły. A szko-
Adres redakcji:
ul. Hallera 13, 07–410 Ostrołęka, tel./fax: 29 760 91 92
e–mail: [email protected]
Rozmaitości Ostrołęckie – niezależny dwutygodnik rozdawany bezpłatnie, wydawany w Ostrołęce.
Wydawca: Agencja Informedia. Redaktor naczelny: Tomasz Decyk, tel. 609 609 019. Współpracownicy: Sławomir Olzacki,
Kinga Sawicka, Paweł Trzemkowski, Adam Wołosz, Anna Siudak, Arkadiusz Dobkowski, Mirosław Dylewski, Barbara Kalinowska,
Wojciech Kulas–Boćkowski, Małgorzata Laskowska, Marta Mierzejewska, Anna Wołosz, Aneta Gumkowska, Michał Piersa.
Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych oraz zastrzega sobie prawo ich redagowania i skracania.
Korespondencję, rozwiązania konkursów prosimy kierować na adres redakcji lub e–mailem:
[email protected] Redakcja nie odpowiada za treść reklam i ogłoszeń.
Reklamacje przyjmowane są w ciągu 14 dni od ukazania się numeru. Biuro ogłoszeń: [email protected]
Pobierz aktualne wydanie Rozmaitości Ostrołęckich – www.rozmaitosci.com
RYS. MAREK SACHMATA
W tym miejscu pozwolę sobie na
zarysowanie pewnej wizji. Otóż
– jak ustaliliśmy – miasto będzie
się sobie rozrastało. I niech tam.
A co w centrum? Tym prawdziwym, historycznym? Plac Bema, w formie klasycznego rynku a nie dzisiejszego nie wiadomo czego; odchodzące od niego
ulice obecnej, tak zwanej starówki. Oraz most Madalińskiego (specjalnie nie piszę „nowy”
Myślicie Państwo, że nazbyt śmiała to wizja? Bynajmniej. Zwłasz-
cza, że nie ma dla niej innej alternatywy. Albo tak za lat – no, żeby
nie przesadzić – kilkanaście, będzie wyglądało historyczne centrum Ostrołęki, albo go wcale nie
będzie. Co zamiast tego? Na to
już mi wyobraźni nie wystarcza.
Co jest kolejnym argumentem za
tym, że wyżej zarysowana wizja
ma sens i przyszłość. I obyśmy jej
doczekali. Co przy mądrych włodarzach miasta wcale nie jest takie
nierealne jakby się mogło komuś
wydawać. ■
KRONIKARZ KURPIOWSKI
20
RO • poniedziałek 06.10.2014
Nielimitowany internet
do
domu już zainternet
29,99 zł
Nielimitowany
do domu już za 29,99 zł
11
od
od
TYLKO SIM
TYLKO SIM
INTERNET
PRZENOŚNY
MODEM
PRZENOŚNE WiFi
DOMOWE WiFi
PRZENOŚNY
PRZENOŚNE
WiFi
DOMOWE WiFi
MODEM
BEZ
LIMITU W CAŁYM
ZASIĘGU
PLAY
PRZEZ 6 MIESIĘCY
INTERNET BEZ LIMITU W CAŁYM ZASIĘGU PLAY
POTEM
PRZEZ
MIESIĘCYNA ZAWSZE (0:00–9:00)
PAKIET 25 GB / NOCE
BEZ6 LIMITU
POTEM
PAKIET
25 GB
/ NOCE BEZ LIMITU
ZAWSZE (0:00–9:00)
RABAT
50%
NA ABONAMENT
DLA NA
OBECNYCH
KLIENTÓW
PRZEZ 3 MIESIĄCE
RABAT 50% NA ABONAMENT DLA OBECNYCH KLIENTÓW
ABONAMENT
PRZEZ 3 MIESIĄCE
ABONAMENT
ABONAMENT
ABONAMENT
29,99 zł
49,99 zł
59,99 zł
69,99 zł
ABONAMENT
ABONAMENT
ABONAMENT
ABONAMENT
29,99 zł
49,99 zł
59,99 zł
69,99 zł
Po 6. miesiącach możesz nadal korzystać z INTERNETU BEZ LIMITU
za dodatkowe 20 zł miesięcznie.
Po 6. miesiącach możesz nadal korzystać z INTERNETU BEZ LIMITU
za dodatkowe 20 zł miesięcznie.
Wyjątkowa oferta dla Ciebie
1
zestaw
za1zł
za 69,99
zł
Huawei E5372
LTEw ofercie
Samsung
Galaxy
Wyjątkowa oferta dla Ciebie
zestaw za zł w ofercie za 69,99 zł
przenośny router WiFi
tablet
przenośny router WiFi
Tab 3 8” WiFi
tablet
Huawei E5372 LTE
Samsung Galaxy
Tab 3 8” WiFi
domowy router WiFi
zł Huawei
domowyE5170
routerLTE
WiFi
zł Huawei E5170 LTE
Download

aktualny numer - rozmaitosci.com