ISSN 2081-5662
nr 4
2010/11
na marginesie
cena 5 zł (w tym 8% VAT)
WROCŁAWSKI MAGAZYN SPOŁECZNO–KULTUROWY
GRUDZIEŃ STYCZEŃ
3
Garść refleksji na 13 grudnia
8
Orędzie śląskiego kardynała
10
Czy Polskę stać
na suwerenność?
13
Rodzina w służbie pokoju
17
Pod tym znakiem zwyciężysz
22
Gasnąca gwiazda KGHM
26
Chopin – czy na pewno
gruźlica?
36
Barwy miłości
4
www.namarginesie.eu
Drodzy Czytelnicy
Grudzień to miesiąc szczególny, bo wypełniony nadzieją. To przede wszystkim
Adwent i Boże Narodzenie, które przynosi Zbawcę, Boga w ludzkiej osobie. Dziecię Boże
po raz kolejny przyjdzie do nas, pokazując perspektywę życia w Prawdzie i Wolności.
Ale grudzień obfituje też w ważne wydarzenia, które obrazują naszą niekończącą się walkę o niepodległy i suwerenny byt państwowy. Mam na myśli Grudzień`70
i 13 grudnia 1981 r., czyli wprowadzenie stanu wojennego, rocznice, które właśnie
obchodzimy.
Wolność i suwerenność nie są dane raz na zawsze. Trzeba o nie nieustannie zabiegać i widzieć państwo i naród w takiej właśnie perspektywie. A zagrożeń jest bardzo
dużo i bardzo różnych, chociażby depresja demograficzna czy gospodarka bogactwami
naturalnymi. I trzeba mieć tego świadomość, aby szukać skutecznych rozwiązań. Próbę
diagnozy tych problemów znajdą Państwo właśnie w tym numerze. A poza tym wiele
innych bardzo interesujących rzeczy. Gorąco polecam.
Na koniec w imieniu Redakcji składam Państwu serdeczne życzenia radosnych
i pełnych nadziei świąt Bożego Narodzenia i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku.
Małgorzata Jaszczuk-Surma
redaktor naczelny
na marginesie
ISSN2081–5662
cena 5 zł (w tym 8% VAT)
n a k ł a d 4 0 0 0 s z t.
SPIS TREŚCI
GRUDZIEŃ
Redakcja:
redaktor naczelny
zespół redakcyjny
2010 –
STYCZEŃ
2011
– Małgorzata Jaszczuk-Surma
3
– Joanna Barańska
Paweł Jaszczuk
4
Jacek Orzechowski
współpracownicy
– Krzysztof Bauer
Bruno Dobiecki
Krystyna Formicka
6
8
Leszek Kalicki
Andrzej Kryst
Adam Maksymowicz
Tatiana Szepietow
10
13
okładka,
grafika, ilustracje
korekta
– Paweł Jaszczuk
– Barbara Inglot
17
reklama i promocja – Kamil Biesiada
Ewelina Kwiek
20
22
Adres redakcji:
Mediacom sp. z o.o.
ul. Oleśnicka 15B
50-320 Wrocław
tel. 71 327 96 44
Wydawca:
Mediacom sp. z o.o.
ul. Jeziorowa 27
51-252 Wrocław
Druk:
„baCCarat” s.c.
ul. Raszyńska 37-39
20-780 Lublin
fax 71 322 15 09
[email protected]
24
26
30
32
34
36
Prenumerata:
ul. Oleśnicka 15B, 50-320 Wrocław
[email protected]
www.namarginesie.eu
Redakcja zastrzega sobie prawo dokonywania
skrótów, zmiany tytułów i redakcji tekstów.
Materiałów niezamówionych nie odsyłamy.
Redakcja „Na marginesie” nie ponosi odpowiedzialności
za treść reklam.
39
40
WROCŁAWSKI MAGAZYN SPOŁECZNO–KULTUROWY
nr 4
Roman Kowalczyk
Garść refleksji na 13 grudnia
Agnieszka Jaworska
Korzenie Solidarności. Grudzień ‘70
Bolesław Lasocki
Bóg i patriotyzm
Adam Maksymowicz
Orędzie śląskiego kardynała
Stanisław Mikołajczak
Czy Polskę stać na suwerenność?
Teresa Izworska
Rodzina w służbie pokoju
Mieczysław Konopczak
Pod tym znakiem zwyciężysz
Krzysztof Bauer
I co dalej?
Józef Żmijewski
Gasnąca gwiazda KGHM
Krystian Przemkowicz
A to Polska właśnie
Zygmunt Pośpiech
Chopin – czy na pewno gruźlica?
Stanisław Kostkiewicz
Rodem – warszawianin, sercem Polak
Krzysztof Bauer
Miasta hetmańskie
Bruno Dobiecki
Wolność, równość, braterstwo...
czy rzeczywiście? Cz. IV
Margaret J. Swanson
Barwy miłości
4
Danuta Nespiak
Ignacy Jan Paderewski. Pro memoria
Agnieszka Jaworska
Mikołaje
... cuda, cuda o gła sza ją ...
Roman Kowalczyk
Garść refleksji na 13 grudnia
W czerwcu 1979 roku papież – Polak Jan
Paweł II podczas pierwszej pielgrzymki do
Ojczyzny modlił się: „– Niech zstąpi Duch
Twój! Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi! Tej ziemi!”. Witały i słuchały Go
miliony. Polacy poczuli się wspólnotą.
Latem 1980 roku wybuchła w Polsce „Solidarność”. Strajki z Lublina i Wybrzeża rozlały się na cały kraj. Władze PRL ustąpiły pod
presją masowego protestu i podpisały ze
strajkującymi porozumienia (30 sierpnia w
Szczecinie, 31 sierpnia w Gdańsku, 3 września w Jastrzębiu na Śląsku). „Solidarność”
przybrała niewygodną dla władzy formę
związku zawodowego, ale przede wszystkim była wielkim, masowym ruchem społecznym. Rychło skupiła prawie 10 milionów
ludzi. Upomniała się o wartości podstawowe, takie jak wolność, prawda, godność,
sprawiedliwość. Powstała w Polsce komunistycznej, pod moskiewskim butem, a jednak
zadziwiając świat, rosła jak na drożdżach.
„Solidarność”, ta wielka erupcja nadziei,
wzięła się z pragnienia godnego i lepszego
życia, domagała się „ chleba i wolności”.
Przyciągała spontanicznością, demokracją,
oczywistymi racjami.
W mroźną noc z 12 na 13 grudnia 1981 r.
komuniści na czele z gen. Wojciechem Jaruzelskim wprowadzili w Polsce stan wojenny. Na ulice wyjechały czołgi i transportery
opancerzone, internowano prawie 10 tys.
działaczy „Solidarności”, ZOMO pacyfikowało strajkujące fabryki. Stan wojenny był
próbą ratowania monopolu władzy przez
komunistów, miał na celu rozbicie wielomilionowego i pokojowego ruchu „Solidarność”, zniszczenie polskich nadziei i wolnościowych aspiracji.
Przeciw własnemu narodowi przywódcy
PRL rzucili milicję i wojsko, wyprowadzili
czołgi na ulice. W obronie swoich rządów
gotowi byli bić, zabijać, więzić, wypędzać
z kraju. Zepchnęli „Solidarność” do podziemia, ale nie udało się im jej zniszczyć. Płomienia wolności nie zdołał zdusić dekret o
stanie wojennym, masowe internowania
i aresztowania, wyroki sądów i kolegiów.
Nastał czas próby charakterów i sumień,
egzaminu z odwagi i wierności Polsce Niepodległej. Bardzo wielu sprostało wyzwaniu
i zdało ten trudny egzamin. Młodzi ludzie
szybko dojrzewali intelektualnie, ideowo,
politycznie. Prawdziwą twierdzą „Solidarności stał się Wrocław, imponujący skalą
i różnorodnością oporu.
W latach 80-tych ubiegłego stulecia zbutwiał komunizm. Próba reformy ZSRR podjęta
przez Michaiła Gorbaczowa nie powiodła się.
W 1989 r. przy „okrągłym stole” władze PRL
zgodziły się na częściowo wolne wybory. Historia przyspieszyła. Ludy Europy Środkowo
– Wschodniej obaliły komunistyczne reżimy
i odzyskały niepodległość. Wtedy skończyła
się pierwsza „Solidarność”, ta zrodzona podczas strajków latem 1980 r. i zahartowana
w konspiracji. Przywódcy strajków i bohaterowie podziemia zaczęli dokonywać różnych
życiowych i politycznych wyborów, niektórzy
– niestety – z czasem porzucili dawne ideały.
Dziś z tamtej „Solidarności” został związek zawodowy NSZZ „Solidarność” oraz
idee i wartości podzielane przez wielu
Polaków. Pozostała wspólnota pokoleniowa
oparta na przeżyciu niezwykłych wydarzeń
w przełomowych czasach. Wspomnienia
chwil pełnych jedności i solidarności, indywidualnego i zbiorowego bohaterstwa.
Mit mickiewiczowskiej „jednej tylko takiej
wiosny w życiu”, który będzie trwał.
Trzeba pielęgnować pamięć o tamtych czynach, przekazywać młodym Polakom wiedzę
o przeszłości, uświadamiać, ile odwagi, ofiar,
cierpień, wyrzeczeń i heroizmu kosztowała
wolność. Jeśli bowiem młodzież nie będzie
znać ceny wolności to czy ją uszanuje?
Doświadczenie „Solidarności” jest żywe.
Warto do niego sięgać, zwłaszcza w chwilach, kiedy historia gwałtownie i złowieszczo przyspiesza, Rosja wraca w imperialne
koleiny, a komunistyczny dyktator gen.
Wojciech Jaruzelski jest zapraszany na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego (sic!).
Płynie czas, „ Solidarność” ma już 30 lat.
Polska obecna, wolna, niepodległa i demokratyczna odbiega – nieraz dramatycznie
– od tamtych marzeń. „Ojczyzna to wielki
zbiorowy obowiązek”, jak napisał wielki poeta Cyprian Kamil Norwid. Prawdziwe i święte to słowa. Wiele jest w naszym kraju do
zrobienia i do zmienienia. Kto wie, czy nie
bardziej niż kiedykolwiek, Polakom potrzebna jest „Solidarność” i solidarność.
Agnieszka Jaworska
Korzenie Solidarności. Grudzień ‘70
Dnia 15 grudnia 2010 roku w historycznej sali BHP Stoczni Gdańskiej odbyła się
konferencja poświęcona wydarzeniom
Grudnia 1970 roku. Organizator – Europejskie Centrum Solidarności – wyznaczyło
cel spotkania, jakim było podsumowanie
ówczesnej wiedzy, rozliczenie się ze stereotypami i mitami, wyjaśnienie wątpliwości i niektórych zdarzeń, jak również postawienie nowych pytań badawczych.
Sala BHP w Stoczni Gdańskiej, w której podpisano Porozumienia Sierpniowe
i która najczęściej kojarzona jest z rokiem
1980 oraz z obradami komisji NSZZ „Solidarność”, szybko wypełniła się publicznością. Była ona bardzo zróżnicowana, gdyż
obecni byli naukowcy, historycy, przedstawiciele państwowi, uczestnicy-świadkowie
wydarzeń grudniowych, młodzież licealna
i inni. Konferencję otworzyła pani Patrycja
Medowska – tymczasowy kierownik ECS.
Następnie wraz z prof. Wojciechem Polakiem wręczyła nagrody osobom biorącym
udział w konkursie na najlepsze prace
– magisterską i doktorską – poświęcone
tematyce związanej z historią „Solidarności” i opozycji demokratycznej w Polsce
w latach 1970-1990.
Potem zaczął się najważniejszy z punktów programu konferencji – referaty wprowadzające. Zaproszono jednego z najznakomitszych znawców tych wydarzeń
4 na marginesie
– prof. Jerzego Eislera, który rozprawiał
o tym, „Czego nie wiemy o Grudniu ’70?”
Zaczął od przestrogi przed wyciąganiem
jakichkolwiek wniosków z tych wydarzeń
bez uprzedniego dobrego przygotowania
merytorycznego i studiów dokumentów.
Zaznaczył, że badacz mógłby mieć większą wiedzę, gdyby udostępniono materiały
z archiwów moskiewskich. „To, czego nie
wiemy o Grudniu ’70, znajduje się w archiwach poradzieckich w Rosji” – powiedział.
Podkreślił też, że władze w Rosji wiedziały dokładnie, co dzieje się na wybrzeżu.
„17 grudnia wiedziano na Kremlu, że tego
dnia wiceminister obrony narodowej Grzegorz Korczyński latał śmigłowcem nad
Gdynią i rzucał w tłum granaty i petardy
łzawiące. Mieli też informację, że ten sam
generał strzelał także z kałasznikowa, co
akurat nie było prawdą” – tłumaczył profesor. Decyzję o użyciu broni w Trójmieście
podjął I sekretarz KC PZPR – Władysław
Gomułka. Wydał taki rozkaz pod wpływem
emocji i opierając się na nieprawdziwych
danych na temat liczby ofiar. Powiedziano mu, że zginęły 2 osoby, a 40 zostało
rannych. Informacje, które przedstawiono
Gomułce odbiegały znacznie od faktów,
ponieważ nikt w tym dniu nie zginął. Wystąpienie prof. Eislera było bogate w ciekawe informacje. Sam referent przyznał, że
wie dużo o tych wydarzeniach, jednak są
sprawy niejasne, które poznamy dopiero
wtedy, gdy będzie można uzyskać dostęp
do moskiewskich archiwów.
Kolejny referat pt. „Pamięć Grudnia ‘70
w Trójmieście” wygłosił dr Janusz Marszalec. Zaznaczył, że na wybrzeżu do dziś
wydarzenia te są świeże i wywołują wiele
emocji. Mówił także o tym, żeby utrwalać pamięć o Grudniu i jego bohaterach.
Podkreślił, że już stoczniowcy w 1980 roku
domagali się, mimo strachu i niesprzyjających okoliczności, przywrócenia do pracy ludzi zwolnionych za udział w strajku
z 1970 roku oraz postawienia pomnika
ofiarom Grudnia ’70.
Następny referat przedstawiał mity i stereotypy dotyczące wydarzeń grudniowych
Dr Michał Paziewski przytoczył wiele nieprawdziwych, a utrwalonych legend. Zaznaczył, że zdarzające się do dziś w mediach
takie eufemizmy jak „wydarzenia, zajścia,
zamieszki” są powielane za PRL-owską propagandą. Najczęstsze błędy dotyczą kwestii
rozbieżności w podawanych informacjach
na temat liczby ofiar, które zdarzają się nawet znanym historykom. Norman Davies w
swojej książce „Boże igrzysko” podaje na
przykład, że w grudniu 1970 roku zginęło
około 300 osób, Wojciech Roszkowski pisze
o 800 ofiarach, a PAP w grudniu 1970 r. donosił, że na ulicach Gdańska, Gdyni, Szczecina i Elbląga zginęły 44 osoby.
Ostatni z referatów wygłosił prof. Wojciech Polak. Temat obejmował wydarzenia
w szerszym aspekcie: „Grudzień ‘70 a korzenie Solidarności”. Prelegent podkreślał,
że wydarzenia, jakie działy się na wybrzeżu w grudniu 1970 roku miały niebywały
wpływ na powstanie „Solidarności”. Nie
można zrozumieć do końca powstania
„Solidarności” bez pamięci o tym krwawym stłumieniu protestu. Bunt i gniew
wyrastały z ówczesnych warunków życia:
politycznych, ekonomicznych, społecznych, a nawet w sferze kultury. Ważna
jest pamięć o wydarzeniach grudniowych,
gdyż w nich także tkwią korzenie wolności Polski.
Po referatach wprowadzających zaprezentowano projekt nowego, multimedialnego muzeum „Solidarności”, które
będzie się znajdować na terenie Stoczni
Gdańskiej. W dwupiętrowym budynku
zaadaptowanym na cele wystawiennicze
wytyczone będą ścieżki dydaktyczne i tematyczne, będzie można „dotknąć historii”, a więc zobaczyć, posłuchać, a nawet
wziąć udział w pierwszych wolnych wyborach. Ekspozycje w salach mają być uporządkowane w pewnym logicznym ciągu
przyczynowo-skutkowym, tak aby każdy
mógł poznać i zrozumieć przyczyny, przebieg i skutki wydarzeń XX wieku. Muzeum
zostanie otwarte w 2013 roku.
Przedstawiono także zbiory Europejskiego Centrum Solidarności dokumentujące
Grudzień ’70, w tym niepublikowane zdjęcia z wydarzeń na wybrzeżu. Promowano
stałą wystawę w ECS.
Po krótkiej przerwie odbyła się dyskusja
panelowa z udziałem prof. Jerzego Eislera, prof. Wojciecha Polaka, dr Tadeusza
Fiszbacha, Bożeny Rybickiej – Grzywaczewskiej, prof. Janiny Suchorzewskiej, dr
Michała Paziowskiego, dr Janusza Marszalca. Pierwszym pytaniem moderatora
do wszystkich uczestników było: „Gdzie
byli i co robili grudniu 1970 roku?”. Niezwykłą relację zdała prof. Suchorzewska,
która w tym czasie pracowała w szpitalu.
Zwożono wielu rannych biorących udział
w wydarzeniach w Trójmieście. Opowiadała o działaniach władz w sprawie poszkodowanych. Niedługo po przywiezieniu ich
do szpitala i opatrzeniu ran pojawili się
na oddziale funkcjonariusze z pytaniem,
ilu z nich może od razu wyjść. Ordynator
wiedząc, że podstawiono autokary dla
rannych, żeby przewieźć ich do wiezienia,
odpowiedział, że wszyscy wymagają dalszej hospitalizacji. Zaraz po tym, wypuścił
ze szpitala lekko rannych. Krótką relację
zdała siostra Arkadiusza Rybickiego, Bożena Rybicka – Grzywaczewska. Opowiadała o bracie, który mimo młodego
wieku nie bał się przeciwstawiać władzy
i jasno wypowiadał swoje poglądy, za co
mógł być co najmniej pobity i zatrzymany. Ważnym głosem był także głos drugiej
strony, a mianowicie dr. Tadeusza Fiszbacha – ówczesnego I sekretarza KW PZPR.
Tłumaczył, że starał się działać na swoim
stanowisku dla dobra społeczeństwa. Potwierdził to faktem uczestnictwa w trakcie podpisywania Porozumień Gdańskich.
Prof. Eisler podsumował jego działania:
„Będąc po złej stronie, służył dobrej sprawie”. A na pytania z sali o poniesienie
konsekwencji śmierci stoczniowców, odpowiedział, że czeka ich największy z sądów – Sąd Boży.
Do dziś w Trójmieście toczy się dyskusja na temat tych zajść i wielu towarzyszą
emocje. Było to widoczne w ostatniej części konferencji, kiedy można było zadawać
pytania prelegentom. Większość osób, które zabrały głos, to uczestnicy Grudnia ’70
– pracownicy stoczni, którzy chcieli opowiedzieć swoją relację i podzielić się przeżyciami. Widać było w ich oczach łzy.
Ważne jest, aby pamiętać, że Grudzień ’70
był fundamentem wolnej Polski. Odegrał
on wielką rolę w kolejnych przemianach.
Każde z powstań i zrywów społeczeństwa
siłę następnym dawało do walki.
Zdjęcia udostępnione przez Niezależną Agencję
Prasową Naf Dementi
na marginesie 5
Bolesław Lasocki
Bóg i patriotyzm1
Jezus Chrystus uczy nas, że wiara w Boga
żywego i prawdziwego rozciąga się także na
ojczystą ziemię, zroszoną krwią obrońców
i naznaczoną śladami pracowitości wielu
pokoleń. Właśnie tam wiara jest przekazywana nowym przychodzącym pokoleniom i
ta wiara z ojczystą ziemią jest bardzo głęboko związana. Warto tę prawdę przypomnieć
i uświadomić sobie na nowo z okazji 92.
rocznicy odzyskania niepodległości przez nasza Ojczyznę, która przypada 11 listopada.
Wiara w Boga żywego i miłość do ojczystej
ziemi splatają się mocno ze sobą w polskiej
duszy. Dlaczego więc nasza Ojczyzna popadła w niewolę aż na 123 lata, chociaż miała
piękną i chlubną historię, a królowie z dynastii Piastów, Jagiellonów i elekcyjni przyjmowali koronę na stopniach ołtarzy i – z wyjątkiem Stanisława Augusta Poniatowskiego
– od 1383 r. pielgrzymowali na Jasną Górę
i do innych sanktuariów? Historycy (m. in.
Feliks Koneczny w dziele pt. Święci w dziejach narodu polskiego) za jedną z ważnych
przyczyn uważają to, iż w XVIII w. – w Polsce
przedrozbiorowej – zabrakło ludzi świętych.
W Polsce rodzili się święci w każdej epoce
naszych dziejów. Zabrakło ich w wieku XVIII.
Dlatego też wówczas rozpleniło się moralne
zło: rozpanoszyło się „liberum veto”, które
zrywało sejmy, szerzyło się pijaństwo i rozpusta, prywata i swawola. Jak pisała Zofia
Kossak-Szczucka w „Roku Polskim”: Lazła
ongiś polska skóra, darł ją ruski pazur, ale
Polak ciął mazura, hej, nie masz jak mazur.
O przyczynach niewoli pisał też Adam
Mickiewicz w l. księdze Pana Tadeusza:
Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny/
Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!/ Gdy raptem paniczyki młode z cudzych
krajów/ Wtargnęli do nas hordą gorszą od
Nogajów. /Prześladując w Ojczyźnie Boga,
przodków wiarę, / Prawa i obyczaje, nawet
suknie stare. / Żałośnie było widzieć wyżółkłych młokosów, /Gadających przez nosy,
a często bez nosów,/ Opatrzonych w broszurki i różne gazety,/ Głoszących nowe wiary,
prawa, toalety. / Miała nad umysłami wielką
moc ta tłuszcza;/ Bo Pan Bóg kiedy karę na
naród przepuszcza. / Odbiera naprzód rozum
Tekst kazania wygłoszonego przez ks. dr. Bolesława Lasockiego, 11. listopada 2010 r. w kościele p. w.
Najświętszego Serca Pana Jezusa we Wrocławiu.
1
6 na marginesie
od obywateli,/ I tak mędrsi fircykom oprzeć
się nie śmieli, I zląkł się ich jak dżumy jakiej
cały naród,/ Bo już sam wewnątrz siebie czuł
choroby zaród;/ Krzyczano na modnisiów,
a brano z nich wzory;/ Zmieniano wiarę,
mowę, prawa i ubiory. / Była to maszkarada,
zapustna swawola,/ Po której miał przyjść
wkrótce wielki post – niewola!
Nie pomogła Komisja Edukacji Narodowej ani szkoła ks. St. Konarskiego, która
wychowywała w duchu patriotycznym.
Nie zatrzymała rozbiorów Polski Konstytucja 3 Maja z 1791 r., pisana w Imię Boga
w Trójcy Św. Jedynego, której przestraszyli
się zaborcy i nie pozwolili wcielić w życie.
Wtedy właśnie utraciliśmy niepodległość.
Nasi sąsiedzi dokonali rozbiorów, nazywając
swój zbrodniczy traktat na ironię „świętym
przymierzem”, które bierze pod swoją opiekę wielkie wyznania chrześcijańskie żyjące
na ziemiach Rzeczypospolitej. Byli wtedy
tacy rodacy, którym rozbiory odpowiadały,
m. in. targowiczanie. Otrzymali oni przywileje z łaski obcych tronów, ale większość
zniewolonego narodu nigdy nie pogodziła
się z kajdanami na skrzydłach Białego Orła
ani z wymazaniem Polski z mapy Europy. Na
nowo zapełniały się kościoły, z których słychać było wołanie: „Przed Twe Ołtarze zanosim błaganie, Ojczyznę wolną, racz nam
wrócić Panie... ” Zapełniły się pielgrzymie
szlaki do narodowych sanktuariów. Ludzie
kultury, wieszczowie narodowi, malarze
i muzycy tworzyli wielkie dzieła „dla pokrzepienia serc”. Naród podrywał się do
zbrojnych powstań: wielkopolskiego (1806),
listopadowego (1830), krakowskiego (1846),
i styczniowego (1863). Potem podjęto ideę
pracy organicznej i u podstaw. Ale przede
wszystkim pobożne matki – Polki, które
przewodniczyły rodzinnym pacierzom, wychowywały swoich synów do miłości Boga
i Ojczyzny, a gdy dorastali – zakładały im na
szyje medaliki i ryngrafy Matki Najświętszej
i wysyłały do powstań narodowych. Potem
z różańcem w ręku czekały na mężów i synów, a gdy nie wracali, same dzielnie prowadziły gospodarstwa i domy, które zawsze
były polskie i święte modlitwą i obyczajami.
Wielkie patriotki i pobożne matki Polki
wychowały w okresie rozbiorów w XIX wieku bohaterów narodowych i świętych, których wtedy właśnie najwięcej wydała polska
ziemia. Są to: św. Rafał Kalinowski, św. br.
Albert Chmielowski, św. Urszula Ledóchowska i jej siostra bł. Maria Teresa, bł. Honorat
Koźminski, bł. Celina Borzęcka (założycielka
zgromadzenia Sióstr Sakramentek Zmartwychwstanek) i wielu innych wyniesionych
na ołtarze w naszych czasach przez Sługę
Bożego Jana Pawła II.
Ofiara krwi i cierpienia wielu powstańców
i zesłańców, a także wielkie dzieła naszych
twórców kultury, których nie mogła nie widzieć Europa i świat; wychowawczy trud
pobożnych matek i wiernych żon, które w
latach niewoli narodowej wychowały tak
wielu wielkich synów – bohaterów narodowych i świętych; ofiarna praca duszpasterska i wychowawcza polskich kapłanów
i sióstr, którzy szli do powstań i na zesłania oraz modlitwy polskiego ludu szeptane
w sanktuariach, świątyniach i prostych chatach zostały w końcu wysłuchane. Gdy bowiem po I wojnie ustalano nowy porządek
w Europie, nasz naród – doświadczony cierpieniem, niewolą i przelaną krwią – był dojrzały i gotowy do połączenia. 11 listopada
1918 roku Rzeczypospolita znów wróciła na
mapę Europy.
Była wykrwawiona, wyniszczona, biedna
materialnie, ale była trzeźwa (spożycie alkoholu spadło poniżej 1l na osobę). Była bogata wartościami ducha, jak honor, odwaga,
wiara, miłość do Ojczystej ziemi i Matki Najświętszej, która w 1920 r. nad Wisłą osłoniła
swym płaszczem przed nowym zagrożeniem
idącym ze wschodu naród, który Jej zawierzył. Zawierzenie Najświętszej Maryi Pannie
poszczególnych osób, rodzin, a także całego
narodu, to jedno z najcenniejszych doświadczeń, jakie nasz naród wyniósł z okresu rozbiorów.
Nasze powojenne pokolenia tego zawierzenia najlepszej Matce Maryi nauczyło się
od dwóch wielkich i świętych mężów, o których chwałę ołtarzy tak chętnie i szczerze
się modlimy. To słudzy Boży: Prymas Tysiąclecia kard. Stefan Wyszyński i Jan Paweł II
(Totus Tuus Maryjo). Rocznica 11. listopada
niech będzie okazją, aby odnowić w sercu
to zawierzenie najlepszej Matce Maryi siebie
samego, naszych rodzin i także naszej umiłowanej Ojczyzny.
Ażeby nas przekonać o skuteczności tego
zawierzenia, chciałbym sięgnąć do wydarzenia sprzed 70 lat. Przytoczę je za artykułem
„Relikwia Kozielska” z kwartalnika „Nasza
Służba”, wydawanego przez Ordynariat Polowy. Siostry i Bracia! W ślubach królewskich
Jana Kazimierza czytamy, że król zawierzył
Matce Najświętszej (... ) Królestwo polskie
oraz księstwo litewskie, ruskie, pruskie, mazowieckie, żmudzkie, inflanckie, smoleńskie i czernichowskie (... ). A więc została
zawierzona Maryi także ziemia smoleńska,
o której od bolesnego dla nas dnia 10. kwietnia br. nie przestajemy myśleć, gdy bierzemy
do ręki Różaniec... Po 70 latach od zbrodni
katyńskiej dokonanej na zacnych naszych
rodakach pokolenia początku II wojny światowej, wiosną br., w wigilię Uroczystości
Miłosierdzia Bożego, w 5. rocznicę odejścia
do Domu Ojca sługi Bożego Jana Pawła II,
w tę samą ziemię lasów smoleńskich znów
wsiąkła polska krew i prochy: śp. Pana Prezydenta Lecha Kaczyńskiego – nieugiętego
w dążeniu do prawdy i dobra Ojczyzny, jego
skromnej małżonki i towarzyszących im
– jakże nam drogich – 94 sióstr i braci, których powołaniem stała się dostojna służba
publiczna narodowi polskiemu. Ileż dobrych
słów prawdy powiedziano o nich, ale... dopiero po ich śmierci. Ileż modlitw popłynęło
i wciąż płynie z naszych serc w ich intencji,
a także w intencji osieroconych i zbolałych
ich dzieci, żon, mężów, matek, ojców, krewnych i przyjaciół. Te spontaniczne modlitwy i pamięć są spłacaniem długu miłości
i wdzięczności, i niech tak będzie nadal...
Ale wróćmy do wspomnianej „Relikwii Kozielskiej” sprzed 70 lat – przywiezionej przez
jednego z więźniów kozielskich z kresowej,
zawierzonej Matce Najświętszej, ziemi smoleńskiej. Na tej ziemi, w opustoszałym po rewolucji klasztorze prawosławnym w Kozielsku, jesienią 1939 r. Rosjanie urządzili obóz
dla ok. 4 tys. polskich oficerów, którzy do-
stali się do niewoli sowieckiej po wkroczeniu 17 IX 1939 r. Armii Czerwonej na polskie
ziemie. Wśród więźniów był oficer ułanów
Henryk Gorzechowski i jego syn podchorąży, także Henryk (Junior), który w maju
1939 roku zdał właśnie maturę i gdy latem
ogłoszono mobilizację, poszedł za ojcem do
ułanów. Mijały kolejne tygodnie obozowego
życia, pełne niepewności, tęsknoty za bliskimi w okupowanej Ojczyźnie, ale i nadziei, że
kiedyś przyjdzie wolność. Smutna i skromna
była pierwsza obozowa Wigilia Bożego Narodzenia. Zimno było w ogromnej obozowej celi urządzonej w kościele klasztornym,
gdzie prycze sięgały aż pod sufit i w innych
zawilgoconych pomieszczeniach – pisze
autor „Relikwii Kozielskiej” Henryk Gorzechowski, Junior. W lutym
1940 r. przypadały właśnie jego 19. urodziny. Przy tej okazji otrzymał od współwięźniów szczere życzenia i uścisk dłoni.
Otrzymał też od swojego ojca dar szczególny na te urodziny. Bo cóż mógł dać ojciec
w prezencie synowi tam za drutami obozu?
A jednak był to dar najlepszy z możliwych,
nieoceniony. Otóż, ojciec odciął z pryczy
obozowej kawałek deski wielkości ludzkiej
dłoni, wyrównał, ostrugał scyzorykiem i na
awersie wyrzeźbił rysy cudownego Oblicza
Matki Bożej Miłosierdzia – Tej, co w Ostrej
świeci Bramie..., bo z tamtych stron obaj
pochodzili. Dzisiaj patrząc na tę skromną
i piękną rzeźbę, rozpoznaje się nie tylko rękę
artysty, ale i serce człowieka głębokiej wiary
Maryjnej... A na rewersie była data i krótka
dedykacja: „synu, zawierzam ciebie naszej
Matce Boskiej, twój ojciec”. Henryk Gorzechowski (Junior) z wdzięcznością ucałował
i rękę ojca, i ten dar jak najcenniejszą relikwię, nosząc ją stale na piersiach w kieszonce ułańskiego munduru. Nigdy się tej relikwii
nie pozbył, ale zawsze – jak napisał po latach – odczuwał skutki ojcowskiego zawierzenia i opiekę Matki Najświętszej nad sobą.
Mijały kolejne tygodnie obozowego życia
i oczekiwania, co będzie dalej? Wreszcie w
kwietniu 1940 r. zaczęto wywozić z obozu
kozielskiego grupy oficerów wg list nadsyłanych wprost z Moskwy. Odchodzących
żegnano serdecznie i owacyjnie w nadziei,
że jadą albo na wojnę, albo do domu. Tymczasem odwożono ich pociągiem do lasku
katyńskiego i tam potwornie mordowano.
Któregoś dnia oficer NKWD odczytał
z listy: „Henryk Gorzechowskii”! Wystąpili
z szeregu obaj – ojciec i syn (Senior i Junior)
prosząc, aby ich nie rozdzielano. Nkwudzista zawahał się. Na liście obok tego imienia
i nazwiska nie było żadnej innej informacji,
o którego z nich chodzi. Wodził wzrokiem to
na ojca, to na syna. W końcu zadecydował
sam: „ty, starik, pojedziesz, małodoj ostanietsja... ”. I nie było od tej decyzji odwołania. Henryk Gorzechowski Senior pojechał
do lasku katyńskiego, gdzie zabity z innymi
braćmi oczekuje zmartwychwstania w dniu
ostatecznym, a Junior został w obozie do
ostatniego dnia jego istnienia. l już nigdy
oficer NKWD nie odczytał jego nazwiska
z listy przeznaczonych na stracenie. Henryk
Gorzechowski Junior przeżył Kozielsk i tylko
on wiedział, dlaczego przeżył. Nie rozstawał
się bowiem nigdy ze swoją relikwią, znakiem
ojcowskiego zawierzenia Matce Bożej. Potem przez Murmańsk udało mu się uciec do
Anglii, gdzie uczestniczył w dalszych działaniach wojennych, ale i tam na frontach II
wojny nie dosięgła go żadna kula. Po wojnie
zamieszkał w Trójmieście. Żył cicho i skromnie, znosząc niekończące się szykany ze strony władz komunistycznych. Podczas przesłuchań ani razu nie wspomniał o cudownej
Relikwii Kozielskiej – darze od swojego ojca,
znaku aktu zawierzenia Matce Bożej, która
go tyle razy w życiu ocaliła i podnosiła na
duchu. A gdy już nadeszły czasy tzw. transformacji po 1989 r., ułan podchorąży Henryk
Gorzechowski (Junior) zawiózł tę szczególną Relikwię Kozielską do Katedry Polowej
w Warszawie, gdzie odtąd ma Ona swoją
kaplicę i ołtarz, przy którym nowe pokolenia mogą się modlić i uczyć prawdy o mocy
zawierzenia Najlepszej Matce – Najświętszej
Maryi Pannie – Królowej Narodu Polskiego.
Amen.
na marginesie 7
Adam Maksymowicz
Orędzie śląskiego kardynała
18 listopada minęło 45 lat od napisania słynnego listu episkopatu polskiego do episkopatu niemieckiego znanego jako „Orędzie biskupów polskich do
ich niemieckich braci w Chrystusowym
urzędzie pasterskim”. Jego inicjatorem
i głównym autorem był śląski arcybiskup i późniejszy kardynał Bolesław Kominek. Obecnie uważa się, że dokument
ten był jednym z najważniejszych, jaki
sformułowany został w kościele polskim
XX wieku. Z tej okazji we Wrocławiu odbyło się szereg spotkań, paneli dyskusyjnych i sympozjów poświęconych osobie
księdza kardynała Bolesława Kominka
i jego dziełu, jakim było „Orędzie”. Rys
biograficzny kardynała i reakcję władz
na treść dokumentu przedstawił znany
historyk dr Tomasz Serwatka w Ośrodku
Formacji Katolicko – Społecznej Civitas
Christiana we Wrocławiu.
Syn ludu śląskiego
Podobnie jak prymas August Hlond,
Bolesław Kominek wywodził się z robotniczego środowiska Górnego Śląska. Urodził się 23 grudnia 1903 roku w Radlinie II,
dzielnicy Wodzisławia Śląskiego. Ukończył
Państwowe Gimnazjum w Rybniku. Po maturze studiował teologię na Uniwersytecie
Jagiellońskim. Święcenia kapłańskie otrzymał w Katowicach w 1927 roku. W latach
1927 – 30 studiował w Instytucie Katolickim w Paryżu, gdzie uzyskał licencjat z
nauk społecznych oraz doktorat z filozofii.
Znał doskonale język niemiecki, francuski,
łacinę i włoski. Po powrocie został wikariuszem w robotniczej parafii Dębie w diecezji katowickiej. Jednocześnie pracował
w sekretariacie Akcji Katolickiej, a nawet
był jej sekretarzem i wydał pierwsze swoje publikacje. Dotyczyły one wychowania
młodzieży, kryzysu gospodarczego, walki z
sektami i apostolstwa świeckich w ramach
Akcji Katolickiej. W czasie wojny ksiądz Kominek zajmował się opieką nad więźniami
obozów koncentracyjnych, a także kontaktami z AK i podziemiem. Był jednocześnie
jednym z łączników Kościoła z emigracją.
Administrator Opola
Po wojnie ks. Bolesław Kominek natychmiast zgłosił się do Kurii w Katowi-
8 na marginesie
cach. Tutaj spotkał prymasa Hlonda, który podjął decyzję o mianowaniu nowego
administratora diecezji wrocławskiej w
osobie ks. Bolesława Kominka. Ten jednak, zdając sobie sprawę ze swego braku
przygotowania, prosił prymasa o odstąpienie od tej nominacji. Na rzecz ks. Kominka interweniował u prymasa katowicki biskup Stanisław Adamski. Skończyło
się na kompromisie i od 15 sierpnia 1945
roku ks. Bolesław Kominek został Administratorem Apostolskim Opola. W ciągu
6 lat jego pracy na stanowisku biskupa
opolskiego wzniesiono z ruin ponad 100
kościołów i kaplic, budynki Kurii, seminarium, drukarni oraz pałac biskupi. Z tego
czasu odnotowuje się jego doskonała
współpraca z nowymi władzami reprezentowanymi tutaj przez gen. Aleksandra
Zawadzkiego. Trwało to bardzo krótko,
gdyż władze zaczęły zmieniać dotychczasowych administratorów na akceptowanych prze siebie „księży patriotów”.
Pasterz diecezji wrocławskiej
W kwietniu 1951 roku papież Pius XII
mianował go Administratorem Apostolskim Wrocławia. Tuż po nominacji ksiądz
Bolesław Kominek musiał uchodzić ze
swojej diecezji do Krakowa. Tutaj w dniu
10 października 1954 roku otrzymał konspiracyjnie i „na uchodźstwie”, bo aż w
Przemyślu sakrę biskupią. Nadszedł jednak przełomowy Październik 1956 roku,
który umożliwił mu powrót do jego
diecezji. Uroczysty ingres do tysiącletniej wrocławskiej katedry odbył się 16
grudnia tego roku. Kominek podjął trud
organizacji Kościoła na Dolnym Śląsku.
Warunki były już, co prawda, dużo lepsze niż za czasów stalinowskich lub pod
niemiecką okupacją, ale znacznie gorsze
niż przed wojną. Wrocławska diecezja
składała się z przybyszów z całej Polski.
Byli to ludzie, a także i księża z całkiem
różnych środowisk: lwowskich, śląskich
i z centralnej Polski. Wszyscy oni mieli
inne zwyczaje, inną mentalność i inne
zachowania. Wszystkich ich trzeba było
zintegrować, co na gruncie kościelnym w
znacznej mierze skończyło się sukcesem.
Nie było to jednak takie proste. Władze
państwowe nie przebierały w środkach
w walce z Kościołem i jego wrocławskim
pasterzem. Był on inwigilowany, dręczony i poniżany. Posługiwano się różnego rodzaju metodami, nawet takimi
jak wezwania do osobistego stawienia
się w określonych urzędach, gdzie był
pouczany, jak w interesie PRL ma kierować wrocławską diecezją. Na tego rodzaju traktowanie odpowiadał odważnie
i z godnością. Dużo pisał i publikował
na temat apostolstwa, zwłaszcza świata
pracy, w tym zawsze bliskich mu górników. Pisał o dziejach faszyzmu, historii
Kościoła, o akcji trzeźwości, o odbudowie świątyń. Lista jego publikacji liczy sobie kilkaset pozycji. Przy swojej ogromnej
pracowitości był człowiekiem jowialnym,
otwartym i pogodnym.
List do Niemców
Pasterz diecezji wrocławskiej nie miał
żadnych kompleksów w stosunku do naszego zachodniego sąsiada. Od dawna
podejmował próby pewnych sformułowań, założeń i studiów w sprawie relacji
polsko-niemieckich. Ostatecznie pogląd
swój sprecyzował podczas obrad Soboru Watykańskiego II i 18 listopada 1965
roku został wysłany list do biskupów
niemieckich (w języku niemieckim). Znalazły się tam słowa będące przedmiotem
późniejszego ataku na Episkopat: „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”.
W Polsce, po ogłoszeniu przez niemiecką prasę treści listu, rozpętała się burza
na polecenie Biura Politycznego KC PZPR.
Wydawało się, że nie będzie końca protestom i napastliwym artykułom prasowym. W tej sytuacji arcybiskup Kominek będąc w Austrii, udzielił tamtejszej
telewizji wywiadu. Komentując słowa
o przebaczeniu powiedział: „że jest jasne, że przebaczenie odnosi się tylko do
tych, którzy gotowi są do pokuty, którzy rzeczywiście poczuwają się do winy.
Tam, gdzie nie ma przyznania się do
winy, nie ma też i przebaczenia”. Wobec
skali nagonki na Kościół i na niego jako
inicjatora listu, arcybiskup czuł się osobiście w obowiązku wszystko to wyjaśnić
wiernym. Dnia 6 lutego 1966 roku we
wrocławskiej katedrze wygłosił kazanie,
w którym tłumaczył wiernym, dlaczego
list ten powstał i dlaczego zawiera on takie, a nie inne sformułowania. Obawiał
się reakcji wiernych, a tymczasem tysiące
zgromadzonych ludzi wypowiedź swego
pasterza po raz pierwszy w historii polskiego Kościoła przyjęło długimi brawami. Wierni ufali swemu biskupowi, a nie
partyjnej propagandzie. Było to pełne
zwycięstwo moralne. Od tego czasu ataki na list i jego autora były coraz słabsze
i wiosną całkowicie już znikły.
Skutki listu
Skutki listu biskupów polskich były
dalekosiężne i znacznie przyczyniły się
do późniejszego nawiązania kontaktów
władz PRL z rządem RFN. Ich efektem
była wizyta kanclerza Willy Brandta w
Warszawie w 1970 roku. W wyniku porozumienia i podpisania układu o podstawach normalizacji rząd PRL zażądał
likwidacji sekcji polskiej Radia Wolna
Europa. Jan Nowak – Jeziorański zwrócił się do arcybiskupa Kominka z prośbą
o interwencję w tej sprawie. Arcybiskup
napisał list do Brandta z prośbą o pozostawienie radiostacji na terenie Niemiec.
Kanclerz dla lepszego poznania sprawy
wysłał do Warszawy swoich dwóch ministrów Lebera i Wehnera, którzy spotkali
się z prymasem Stefanem Wyszyńskim
i arcybiskupem Kominkiem. Niemcy na
prośbę polskich hierarchów odnośnie
zachowania „Wolnej Europy” odpowiedzieli pozytywnie i wywiązali się z tego
zobowiązania. List biskupów polskich
do biskupów niemieckich był pierwszym
krokiem na długiej drodze do porozumienia polsko – niemieckiego i jednocześnie do przyszłej akcesji Polski do Unii
Europejskiej.
Kardynał
W święto Matki Boskiej Gromnicznej w
dniu 6 lutego 1973 roku papież Paweł VI
przyznał abp. Kominkowi kapelusz kardynalski. Powszechne uznanie dla nominata zarówno we Wrocławiu, jak i w całym kraju zwróciło uwagę Watykanu na
sprawy polskie. Niestety, kardynał Kominek był już ciężko chory i w rok później
zmarł. Żałobą pokryła się archidiecezja
wrocławska i cały polski Kościół. Od-
szedł do wieczności jeden z jego najznamienitszych współczesnych przedstawicieli. We Wrocławiu śląska tradycja już
nie znalazła kontynuatorów tej miary,
tym bardziej że heroiczna praca nad odbudową Ziem Zachodnich była dla kardynała Kominka także ciężkim krzyżem.
Można powiedzieć, że nie oszczędzono
mu żadnych upokorzeń. Ostatnio opublikowana praca1 dokumentuje setki donosów do Urzędu Bezpieczeństwa. Tym
bardziej jest to przykre, że często pochodziły od najbliższych współpracow-
ników. Wspominając księdza kardynała
Bolesława Kominka, nie sposób oprzeć
się zdziwieniu, że w tak trudnych i przeciwnych mu okolicznościach mógł dokonać tak wielkich dzieł. Od około pięciu lat
na nadbrzeżu Odry naprzeciw pomnika
papieża Jana XXIII stoi skromny pomnik
kardynała Bolesława Kominka. Kardynała, który wyprzedził swoją epokę.
Wokół Orędzia. Kardynał Bolesław Kominek prekursor pojednania polsko – niemieckiego. Ośrodek
„Pamięć i Przyszłość”. Wrocław 2009
1
na marginesie 9
Stanisław Mikołajczak
Czy Polskę stać na suwerenność?1
Warunkiem suwerenności Polski jest
suwerenność
energetyczno-surowcowa
i demograficzna. Tymczasem od dłuższego
czasu mamy regres populacyjny, co może
skutkować tym, że w stosunkowo krótkim
czasie (2-3 pokoleń) nastąpi całkowita
zmiana etnicznego składu obywateli państwa ze wszystkimi tego konsekwencjami
politycznymi, społecznymi, kulturowymi,
religijnymi i innymi. W naszym położeniu
geopolitycznym tylko ludny, zwarty etnicznie, prężny populacyjnie naród ma trwałą
szansę na niezagrożony, niezależny i suwerenny byt państwowy.
Przez suwerenność demograficzną narodu (państwa) rozumieć należy taki kształt
jego struktury demograficznej, który sprawia, że obywatele państwa są w stanie
zapewnić funkcjonowanie wszystkich jego
struktur, a także wszystkich różnorodnych
struktur i agend pozarządowych i społecznych, które mają obowiązek zapewnić ciągłość wypłat i choćby minimalny poziom
wysokości emerytur i rent, świadczenia
zdrowotne, opiekę nad ludźmi starymi,
terminalnie chorymi itd.
Jeśli obywateli jest za mało, by te funkcje realizować, musi pojawić się imigracja, która – na trwałe wrastając w tkankę
społeczną i narodową – w istotny sposób
przeobraża strukturę narodową obywateli. Widać to na przykładzie chociażby
Francji, Wielkiej Brytanii czy Niemiec, gdzie
imigranci pochodzą z innych stref religijno-kulturowych i nie integrują się ze społecznościami europejskimi, a przy tym są
zdecydowanie bardziej dynamiczni populacyjnie, przez co w istotny sposób zmieniają struktury narodów europejskich. Ten
proces jest tam w fazie początkowej, ale już
wywołuje istotne napięcia społeczne na tle
religijno-kulturowym, jak i ekonomicznym.
Artykuł jest skróconą wersją referatu „Zasada solidarności społecznej w wychowaniu i utrzymaniu
dzieci i młodzieży jako gwarant suwerenności demograficznej Polski” wygłoszonego przez prof. dr. hab.
Stanisława Mikołajczaka na Konferencji popularno-naukowej „Pytania o naszą niepodległość”, która
odbyła się w dniach 13-24 listopada 2010 r. we Wrocławiu. Organizatorzy: Wrocławski Społeczny Komitet Poparcia Jarosława Kaczyńskiego, Dolnośląski
Instytut Korfantego.
1
10 na marginesie
Wiele wskazuje na to, że w Polsce procesy
współżycia i adaptacji obcych kulturowo
społeczności przebiegałyby dramatyczniej
niż w Europie Zachodniej. Jasne stawianie
tej kwestii nie jest przejawem niechęci wobec obcych. Przede wszystkim jest wiarą
we własny naród, który przez ponad tysiąc
lat swojej historii ukształtował takie cechy współczesnych Polaków, które warte
są twórczego przeniesienia w przyszłość
– w aktywnym dialogu z innymi narodami,
także o odmiennej kulturze czy religii, ale
z zachowaniem swojej własnej podmiotowości i suwerenności.
Utrata suwerenności demograficznej
może nastąpić bardzo szybko, co pokazuje
przykład Kosowa. Na jego terenie kształtowała się narodowość i państwowość serbska oparta na chrześcijańskim prawosławiu, dziś jest to państwo albańskie oparte
na islamie. Jeszcze na początku XX wieku
ludność serbska stanowiła tam ponad 70
% populacji. Pod koniec tego wieku, przed
czystkami etnicznymi będącymi następstwem wojny, ludność serbska stanowiła
zaledwie 7%. A wszystko to dokonało się
głównie w wyniku procesów demograficznych. Rodziny serbskie miały po jednym
dziecku, a kosowskich Albańczyków po
kilkoro, niekiedy po sześcioro, siedmioro i
więcej. Te dysproporcje w płodności rodzin
serbskich i albańskich w ciągu 4 (!) pokoleń diametralnie i dramatycznie zmieniły
sytuację demograficzna prowincji, serbskie
Kosowo straciło bezpowrotnie suwerenność demograficzną, co doprowadziło do
niezwykle istotnych zmian kulturowych,
a w ich następstwie politycznych. Podobne procesy zaszły w Libanie, w którym
w I poł. XX wieku ludność chrześcijańska
stanowiła ponad 50 % populacji – dziś jest
to tylko kilka procent (walczy o biologiczne przetrwanie).
W Polsce nie jest jeszcze tak dramatycznie. Trzeba jednak wiedzieć, że procesy
demograficzne przy zachowanych stałych
(nieodwracanych) trendach początkowo
przebiegają łagodnie, a po 1-2 pokoleniach gwałtownie przyspieszają. Dziś statystyczna Polka w wieku rozrodczym rodzi
1,3 dziecka – aby zachować populację na
stałym poziomie (tzw. reprodukcja prosta) powinna rodzić 2,1 dziecka. Demo-
grafowie prognozują, że przy utrzymaniu
obecnych trendów populacyjnych w 2030
roku będzie nas 32 mln, czyli o 6 milionów
mniej niż obecnie, a więc ubędzie co siódma osoba. Wiele wskazuje na to, że politycy w Polsce nie doceniają wagi problemu, nie zdają sobie sprawy z konsekwencji
tych zagrożeń dla bytu narodu i państwa.
Co prawda mówią o polityce prorodzinnej,
ale dotąd jej nie ma. Zasiłki rodzinne (dla
rodzin najsłabszych ekonomicznie), tzw.
becikowe, urlopy macierzyńskie, żłobki
i przedszkola, które nie obejmują wszystkich, propozycje umożliwienia przesunięcia urlopu wychowawczego na dziadków
niewiele mają wspoólnego z polityką prorodzinną. Przede wszystkim mają na celu
wsparcie rynku pracy poprzez pozyskanie kobiet (matek) jako pracownic. Samo
dziecko, jego potrzeby emocjonalne, rozwojowe są na dalekim planie. Ale nawet
– jeśli przyjąć te działania jako wspierające
rodzinę wychowującą dzieci – to są one
niewystarczające i nie odwrócą groźnego
trendu wymierania narodu. Nie wspierają
rodziny w jej głównym zadaniu – harmonijnego wychowania, integralnego kształtowania osobowości intelektualnej, emocjonalnej, moralnej i etycznej dziecka. Nie
zachęcą Polaków do powiększania rodzin.
Moim zdaniem trzeba całkowicie odwrócić priorytety. Najważniejsze powinno być dziecko, jego dobro, utrzymanie,
wychowanie, kształtowanie osobowości,
jego relacja intelektualno-emocjonalna
z rodzicami, a zwłaszcza z matką. A polska
matka powinna mieć swobodny, wolny,
nie ograniczony drastycznie przez warunki
materialne wybór: poświęcić się wychowaniu swoich dzieci kosztem obniżenia materialnego poziomu życia czy – pracując ponad miarę – próbować łączyć wychowanie
dzieci z pracą zawodową.
Dziś kobieta/matka wychowująca kilkoro dzieci wypada z rynku pracy. Rodzina
utrzymuje się na ogół z jednej pensji ojca,
niewysokich zasiłków rodzinnych, często
musi korzystać z pomocy społecznej, wiele
rodzin wielodzietnych żyje w patologicznych warunkach materialnych, które niekiedy (wtórnie) prowadzą do patologizacji
rodziny w ogóle. Pozycja materialna matki
jest tragiczna. Po odchowaniu dzieci, gdy
wraca na rynek pracy, zajmuje na nim najsłabszą pozycję – może na ogół podejmować najniżej płatne prace, a jeśli zdąży wypracować sobie emeryturę, to najniższą.
I to wszystko dotyka osobę i rodzinę, która
„kształtuje kapitał ludzki – najszlachetniejszy produkt wytwarzany w państwie”. Bez
generalnej zmiany myślenia o roli rodziny
w kształtowaniu nowej populacji narodu
szanse na zwiększenie dzietności w polskich rodzinach są nikłe.
Utrzymanie i wychowanie dziecka
w rodzinach trzeba oprzeć na zasadzie
solidarności społecznej. To zupełnie nowe
spojrzenie na problem. Ale tylko ono daje
szansę na zwiększenie populacji Polaków,
a także na nową jakość ich wychowania.
Zasada solidarności społecznej nie jest
nowym pomysłem. Od wielu pokoleń
funkcjonuje ona w kilku sferach życia społecznego (emerytury, renty, ubezpieczenia,
szkolnictwo). Trzeba ją zastosować bezwyjątkowo do wszystkich: z jednej strony powinna wsparciem objąć wszystkie dzieci i młodzież, z drugiej strony
w płaceniu na utrzymanie i wychowanie powinni brać udział również wszyscy, niezależnie od tego ile dzieci mają
na wychowaniu i czy w ogóle je mają.
Trzeba powołać fundusz rodzinny (na
wzór funduszu zdrowotnego) oparty na
odpisach podatkowych. Musi on być tak
obliczony, by zapewnić 100 % wypłacalność funduszu w danym roku. Wszyscy
płacą ten sam procent od podatku niezależnie od tego czy mają dzieci i ile ich
mają – płacenie na utrzymanie dzieci jest
powszechne i obligatoryjne. Natomiast
posiadanie i ilość wychowywanych w
danej rodzinie dzieci pozostaje decyzją
indywidualną. Jest oczywiste, że osoby żyjące z wyboru (lub konieczności)
w stanie wolnym lub rodziny wychowujące jedno dziecko, zwłaszcza osoby dobrze
zarabiające, będą wpłacały do funduszu
rodzinnego realnie dużo więcej niż rodzice w rodzinach wielodzietnych. Ale taki
jest właśnie sens solidarności społecznej, w tym wypadku można śmiało powiedzieć solidarności narodowej. Będą
oni z niej korzystać na starość, bo to potomkowie dzieci, na których utrzymanie
i wychowanie będą się składać – zapewnią
im pełną opiekę zdrowotną, socjalną czy
po prostu bytową.
Ponieważ wszyscy płacą na fundusz
rodzinny, więc wszystkie dzieci dostają
z niego stypendium rodzinne. Dla osób
dobrze zarabiających, wychowujących jedno dziecko pobieranie tego stypendium
może być niewiele znaczącym wsparciem
finansowym (można przewidzieć zresztą
czasową lub stałą rezygnację z jego pobierania), ale dzięki tej zasadzie unika się niepotrzebnej buchalterii, a przede wszystkim rozbudowywania służb urzędniczych,
które ustalałyby i sprawdzały komu ze
względu na dochody stypendium rodzinne przyznać (a i kiedy odebrać). Ponadto
takie rozwiązanie powoduje, że struktura
organizacyjnie jest prosta. Istnieje jeden
Centralny Fundusz Rodzinny, do którego
spływają odpisy podatkowe przekazywane
raz do roku przy rozliczeniu podatkowym.
Fundusz obsługuje stosunkowo niewielka
grupa osób zajmująca się przekazywaniem odpowiednich środków do gmin w
całym kraju. Przekazywanie odbywa się na
podstawie udokumentowanej liczby dzieci
i młodzieży uprawnionej w danej gminie
do pobierania stypendium. Cała procedura
urzędnicza sprowadza się do: 1) podania
informacji o urodzeniu dziecka, 2) podania
informacji o ukończeniu przez nie 19 lat,
a więc o utracie prawa do jego otrzymywania, 3) podania informacji o zmianie adresu, 4) podania informacji o określonym
przez lekarza orzeczeniu o inwalidztwie,
co uprawnia do podwyższonego zasiłku.
Ponieważ powszechny obowiązek szkolny obejmuje młodzież do 19 roku życia
(do uzyskania matury lub wykształcenia
równorzędnego) okres wypłacania stypendium rodzinnego powinien trwać od urodzenia do ukończenia 19 lat. Młodzież podejmującą studia powinien objąć system
stypendialny dla studentów.
Stypendium rodzinne jest związane
z dzieckiem, ale wypłacane jest matce
lub osobie matkującej (może to być ojciec lub opiekun prawny). Matka, która
chce poświęcić się wychowaniu swoich
dzieci, powinna nie tylko być darzona szacunkiem i uznaniem, ale też mieć materialne wsparcie w tej pracy. Dlatego wielkość
kwotowa stypendiów powinna być tak
skalkulowana, by matka wychowująca
czworo dzieci ze stypendiów rodzinnych
uzyskała sumę równą minimalnej pensji.
Co więcej, od tych stypendiów winna
być odprowadzana składka na ubezpieczenie emerytalne matki. Po dwudziestu
latach wychowywania dzieci będzie miała
minimalne własne zabezpieczenia emerytalne. A gdy będzie chciała wrócić do pracy
po odchowaniu czworga lub więcej dzieci
(będąc na rynku pracy najsłabsza), będzie
mogła ją sobie zwiększyć. Każda matka zachowuje prawo do odpisu emerytalnego
od stypendium jej dzieci także wtedy,
gdy zdecyduje się nie przerywać pracy
zarobkowej. I tu zasada jest prosta – dodatkowa praca daje dodatkowe dochody.
Takie rozwiązanie w zasadniczy sposób
zmieni polską politykę rodzinną. Stanie się
ona rzeczywiście prorodzinna, dowartościuje macierzyństwo. Stworzy narodowi
realne warunki liczbowego i jakościowego rozwoju. Szczególnie istotnie zmienia
ona położenie materialne, ale i – co równie ważne – moralne rodzin wielodzietnych. Tych rodzin, które obecnie niekiedy
w skrajnie trudnych warunkach materialnych, decydują o byciu lub nie byciu przyszłych pokoleń Polaków. Proponowane
rozwiązanie czyni z polityki prorodzinnej
zadanie ogólnonarodowe i państwowe.
Co prawda takie rozwiązanie byłoby
precedensowe, ale to żaden argument.
Warto tu przypomnieć, że jako pierwsi
w Europie mieliśmy konstytucję, a po I wojnie światowej odrodzona II Rzeczpospolita
jako jedno z pierwszych państw na świecie
wprowadziła 8-godzinny dzień pracy i wyborcze prawa kobiet, wyprzedzając tymi
rozwiązaniami wiele państw cywilizacyjnie
bardziej rozwiniętych.
Wymiar ekonomiczny przedsięwzięcia
– pierwsza ogólna przymiarka.
Przyjmując założenie, że minimalna pensja brutto wynosi 1350 zł – tyle też winny
wynosić stypendia rodzinne na 4 dzieci
(brutto – od tego odliczyć trzeba odpis na
fundusz emerytalny).
Proponuję przykładowy rozkład wielkości stypendium na poszczególne dzieci: I dziecko – 200 zł; II dziecko – 250 zł;
III dziecko – 350 zł; IV dziecko – 550 zł,
na marginesie 11
co razem daje 1350 zł. Taka suma powinna być wypłacana miesięcznie rodzinie
z 4 dzieci.
Do obliczenia wielkości wysiłku finansowego, który państwo powinno podjąć,
by sfinansować proponowany program,
przyjęto dane z 2007 roku. Metoda obliczeń jest następująca:
Liczba dzieci wychowujących się w rodzinie z 1, 2, 3, 4, 5, 7 dzieci x wielkość
miesięczna stypendium: 200 – 450 – 800
– 1350 – 1900 – 3000 zł x 12 miesięcy, co
razem daje 32.189.428.000 zł.
Trzeba uwzględnić także to, że większe zasiłki powinny otrzymywać dzieci
z orzeczoną niepełnosprawnością. Według
szacunków prof. Jana Paradyża z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu liczba
tych dzieci nie przekracza 3%. Wielkość
środków trzeba by więc zwiększyć o około
1 miliard złotych. Wyliczona przykładowo
suma przekracza 33 miliardy złotych. Przy
dzisiejszej skali pomocy rodzinie suma ta
wydaje się bardzo duża. Ale równocześnie
stanowi ona niespełna połowę kwot przeznaczanych na ubezpieczenia zdrowotne
i jest zdecydowanie niższa od sum przeznaczanych na finansowanie kształcenia
dzieci i młodzieży. Poza tym od tej szacunkowo wyliczonej wielkości 33 miliardów
złotych trzeba odjąć wydatki ponoszone
obecnie na zasiłki rodzinne i dla dzieci niepełnosprawnych, a także znaczną większość kwot przeznaczanych na pomoc
społeczną, z której dzisiaj w dużej mierze
korzystają rodziny wielodzietne. Poza tym
proponowane rozwiązanie zmniejszy koszty obsługi pomocy społecznej, chociażby
poprzez redukcję personelu zatrudnionego w ośrodkach pomocy społecznej jak
i przyczyni się do wyraźnej poprawy jakości jego działań.
Przedstawione zamierzenie wymaga
głębokich zmian w kształtowaniu budżetu państwa. Jako konieczność jawi się
budżet zadaniowy z priorytetowym zadaniem wspierania rodziny. Niezbędne są
głębokie reformy wielu funduszy specjalnych (np. PFRON) oraz pełne upowszechnienie płacenia podatku dochodowego
przez wszystkich zatrudnionych. Czy Polskę stać na tak kosztowny program? Nie
mamy wyboru. Jeśli chcemy w przyszłość
12 na marginesie
przenieść to wszystko, co stanowi o naszej narodowej i państwowej odrębności
musimy zadbać już teraz o naszą suwerenność demograficzną. Ta propozycja jest
nowym pomysłem na zapewnienie Polsce
harmonijnego rozwoju demograficznego,
a równocześnie przywrócenia wychowaniu młodych pokoleń równowagi moralnej
i etycznej, głęboko ostatnio zachwianych.
Powinna stać się przedmiotem ogólnonarodowej debaty publicznej.
Na koniec przywołam fragment homilii Ojca Świętego wygłoszonej podczas
pierwszej pielgrzymki do Ojczyzny podczas mszy św. odprawionej pod Szczytem
Jasnej Góry 6 czerwca 1979 roku:
„Racja bytu rodziny jest jednym z podstawowych wyznaczników ekonomii i polityki pracy. Wówczas zachowują one swoją
właściwość etyczną, jeśli liczą się z potrzebami rodziny, z prawami rodziny. Poprzez
pracę dorosły mężczyzna powinien zdobyć
środki potrzebne do utrzymania swojej rodziny. Macierzyństwo zaś w polityce i ekonomii pracy winno być traktowane jako
wielki cel i wielkie zadanie samo dla siebie.
Łączy się bowiem z nim inna, wielka praca, w której nikt matki rodzącej, karmiącej, wychowującej nie zastąpi. Nic też nie
zastąpi serca matki w domu, serca, które
zawsze tam jest, zawsze tam czeka. Prawdziwe poszanowanie pracy niesie z sobą
należną cześć dla macierzyństwa, a nigdy
inaczej. Od tego też zależy zdrowie moralne całego społeczeństwa.
Teresa Izworska
Rodzina w służbie pokoju
Zawsze, gdy jest szczególnie ciężko,
gdy ciemności ogarniają ziemię,
a słońce już gaśnie
i gwiazdy nie dają światłości,
trzeba wszystko oddawać Maryi.
Stefan Kard. Wyszyński
Jan Paweł II kontynuując tradycję Pawła
VI, który pragnął, aby 1 stycznia każdego
roku był obchodzony jako Światowy Dzień
Pokoju, corocznie dzień ten poświęcał refleksji i modlitwie o pokój na świecie. Na
początku 2004 roku zwrócił się do wszystkich ludzi dobrej woli z pokornym, ale stanowczym apelem:
(... ) pokój jest możliwy. A jeśli jest możliwy, pokój jest również obowiązkiem!
Dziś ludzkość bardziej niż kiedykolwiek
potrzebuje dróg porozumienia, które
w rzeczywistości są niszczone przez egoizm, nienawiść, żądzę panowania, pragnienie zemsty i odwetu1.
Ojciec Święty przypomniał historyczną encyklikę Jana XXIII Pacem in terris,
w której przesłanie o pokoju zawarte jest
w pierwszym zdaniu: Pokój na świecie,
którego wszyscy ludzie wszystkich czasów
tak żarliwie pragnęli, nie może być budoPor. Jan Paweł II, Zawsze aktualne zadanie: wychowywać do pokoju, Orędzie na XXXVII Światowy Dzień
Pokoju 1. 01. 2004, OR, nr 2/2004, s. 4.
2
Jan Paweł II, Encyklika «Pacem in terris» nieustannie
zobowiązuje, Orędzie na Światowy Dzień Pokoju 1.
01. 2003, w: OR, nr 2/2003, s. 4.
3
Jan Paweł II, Pokój jest najcenniejszym dobrem, w:
OR, nr 2/2003, s. 26.
4
Por. Jan Paweł II, Encyklika «Pacem in terris» nieustannie zobowiązuje, Orędzie, dz. cyt., s. 4.
5
Por. Jan Paweł II, Zawsze aktualne zadanie: wychowywać do pokoju, Orędzie, dz. cyt., s. 7.
6
Jan Paweł II, Pokój jest najcenniejszym dobrem, dz.
cyt., s. 26.
7
Por. Jan Paweł II, Encyklika «Pacem in terris» nieustannie zobowiązuje, Orędzie, dz. cyt., s. 8.
8
Por. tamże.
9
Por. Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla ludzkości, Orędzie Papieża Jana Pawła II na XXVII Światowy Dzień Pokoju 1. 01. 1994, w: OR, nr 1/1994, nr 1.
10
Tamże.
11
Por. tamże, nr 2.
12
Por. Jan Paweł II, Wspólnie budujemy cywilizację
miłości i pokoju, w: OR, nr 2/2004, s. 31.
1
wany i utrwalany inaczej, jak tylko przez
wierne zachowanie porządku ustanowionego przez Boga2. W czasach, kiedy świat
żył w lęku przed wojną atomową, Jan XXIII,
pokładając niezachwianą ufność w Bogu
i możliwości tkwiące w ludzkim sercu,
wskazał prawdę, sprawiedliwość, miłość
i wolność jako cztery filary, na których należy budować trwały pokój3.
Prawda będzie fundamentem pokoju,
jeżeli każdy człowiek uczciwie uświadomi
sobie, że oprócz praw ma również obowiązki wobec innych.
Sprawiedliwość będzie budowała pokój, kiedy każda osoba w sposób konkretny będzie starała się o poszanowanie praw
innych i o wypełnienie własnych obowiązków wobec nich.
Miłość będzie zaczynem pokoju, kiedy
ludzie będą odczuwać potrzeby innych
jak własne i dzielić się będą z nimi tym,
co posiadają, poczynając od wartości duchowych.
Wolność będzie owocnie podtrzymywać
pokój, jeśli wybierając metody osiągania
go, ludzkość pójdzie za wskazaniami rozumu i odważnie przyjmie odpowiedzialność
za własne czyny4. Konieczne jest przypomnienie, że dla ustanowienia prawdziwego
pokoju sprawiedliwość musi znaleźć swe
dopełnienie w miłości. Sama sprawiedliwość nie wystarczy, nie ma bowiem pokoju bez przebaczenia, o czym wielokrotnie
nauczał Jan Paweł II5.
Pokój jest możliwy i niezbędny, jest najcenniejszym dobrem, o jakie należy błagać Boga i trzeba go budować dokładając
wszelkich starań poprzez konkretne gesty
pokoju ze strony wszystkich ludzi dobrej
woli6. „Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani
Synami Bożymi. ” (Mt. 5,9) Gesty pokoju
rodzą się z życia osób, w duszach których
stale mieszka pokój. Są czynione przez
tych, którzy nie stracili nadziei i nigdy nie
ulegali zniechęceniu. Są dziełem umysłu
i serca ludzi, którzy wprowadzają pokój. Są
możliwe wówczas, gdy w pełni doceniany
jest wspólnotowy wymiar życia, tworzą
tradycję i kulturę pokoju7.
Istotną rolę w utrwalaniu warunków pokoju i w inspirowaniu gestów pokoju odgrywa religia. Tym skuteczniej pełni ona tę
rolę, im bardziej zdecydowanie skupia się
na otwarciu na Boga, na nauczaniu powszechnego braterstwa i tworzenia kultury
solidarności8.
Rodzina w decydującej mierze może
przyczynić się do zachowania i umacniania
pokoju w świecie. W 1994 roku Jan Paweł
II poświęcił Orędzie na XXVII Światowy
Dzień Pokoju refleksji nad ścisłą zależnością, jaka istnieje między rodziną a pokojem. Dla wszystkich, którzy pragną wnieść
wkład w poszukiwanie prawdziwego pokoju – tj. Kościołów, instytucji religijnych,
stowarzyszeń, rządów, organizacji międzynarodowych – orędzie to winno stanowić
okazję do wspólnego zastanowienia się,
jak pomóc rodzinie, by mogła w pełni
odegrać swą niezastąpioną rolę w dziele
budowania pokoju9.
Świat pragnie pokoju – pisze Ojciec
Święty – pilnie potrzebuje pokoju, a wojny, konflikty, przemoc, niepokoje społeczne, strukturalne ubóstwo nadal zbierają
żniwo niewinnych ofiar, wprowadzają podziały między jednostkami i narodami. Pokój wydaje się wręcz nieosiągalny! Jednak
nie można tracić nadziei. Pokój jest mimo
wszystko możliwy, ponieważ został wpisany w pierwotny zamysł Boży10.
Środowiskiem stwarzającym najlepsze
warunki dla przekazywania wartości religijnych i kulturowych, pomagających
człowiekowi w ukształtowaniu własnej
tożsamości, jest rodzina. Ta podstawowa
i niezastąpiona wspólnota wychowawcza zbudowana na miłości i otwarta na
dar życia, nosi w sobie przyszłość społeczeństwa. Jej niezwykle doniosłym zadaniem jest skutecznie przyczyniać się do
budowania przyszłości opartej na pokoju.
Osiągnąć to można dzięki wzajemnej miłości małżonków, sakramentalnej godności
małżeństwa, odpowiedniemu wypełnianiu
zadań wychowawczych, ze szczególnym
uwzględnieniem poszanowania godności
każdej osoby i wartości pokoju. O tych wartościach należy nie tyle pouczać, co świadczyć o nich w środowisku rodzinnym11.
Miłość jest najwyższą i najszlachetniejszą
formą relacji pomiędzy istotami ludzkimi.
Tylko społeczeństwo, w którym zwycięży
miłość, będzie mogło cieszyć się autentycznym, trwałym pokojem12.
na marginesie 13
Jan Paweł II mówił o cnotach rodzinnych,
które oparte na głębokim poszanowaniu
życia i godności ludzkiej osoby, wyrażają
się w konkretnych sytuacjach. Przez wyrozumiałość, cierpliwość, moralne wsparcie,
wzajemne przebaczenie pozwalają wspólnocie rodzinnej przeżyć pierwsze i podstawowe doświadczenie pokoju. Poza tym środowiskiem serdecznych więzi oraz czynnej
i wzajemnej solidarności człowiek pozostaje dla siebie istotą niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeżeli nie objawi
mu się Miłość... jeżeli jej nie dotknie i nie
uczyni w jakiś sposób swoją (RH 10). Miłość
taka jest trwałą mocą moralną, wytężonym
poszukiwaniem dobra bliźniego, nawet za
cenę osobistej ofiary. Prawdziwa miłość
zawsze łączy się ze sprawiedliwością, która jest nieodzownym warunkiem pokoju.
Ogarnia wszystkich potrzebujących: ludzi
pozbawionych rodzin, dzieci bez opieki
i miłości, osoby samotne i odepchnięte13.
Jeśli nawet rodzina w sposób niedoskonały żyje taką miłością, otwierając się
wielkodusznie na całe społeczeństwo, jest
najważniejszym czynnikiem pokoju. Cywilizacja pokoju nie jest możliwa, jeżeli
zabraknie miłości14, jeżeli nie dąży się na
wszystkich płaszczyznach do uznania godności osoby ludzkiej, zapewniając każdemu
człowiekowi warunki życia odpowiadające
tej godności15. Prawda o człowieku jest
kluczem do rozwiązania wszystkich problemów dotyczących budowania pokoju.
Por. Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla
ludzkości, Orędzie, dz. cyt., nr 2.
14
Tamże.
15
Por. Jan Paweł II, Kobieta wychowawczynią do
życia w pokoju, Orędzie Papieża Jana Pawła II na
XXVIII Światowy Dzień Pokoju, 1. 01. 1995, nr
1.
16
Tamże.
17
Por. Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla
ludzkości, Orędzie, dz. cyt., nr 4.
18
Tamże.
19
Jan Paweł II, Rodzina wspólnotą życia i miłości, w:
OR, Numer Specjalny 1997, s. 50-51.
20
Por. Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla
ludzkości, Orędzie, dz. cyt., nr 4.
21
Jan Paweł II, EV, nr 104.
22
Por. Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla
ludzkości, Orędzie, dz. cyt., nr 5.
13
14 na marginesie
Prawdą tą jest, że każdy człowiek jest osobą, czyli istotą obdarzoną rozumem i wolną
wolą, ma prawa i obowiązki wypływające
bezpośrednio i równocześnie z jego własnej natury16.
Problemu właściwie rozumianego pokoju
nie można oddzielić od zagadnień związanych z ludzką godnością, zasadami moralnymi i prawami człowieka. Jest to jedna
z wiecznie aktualnych prawd, o której nauczał Jan XXIII i Jan Paweł II. Odrzucenie
zasad moralnych i nieliczenie się z prawami
człowieka prowadzi do konfliktów, przemocy i terroru.
Wojna i przemoc to nie tylko czynniki dezintegracji, osłabiające i niszczące
struktury rodzinne. Wywierają również
groźny wpływ na dusze ludzkie, ukazując
i narzucając wzorce postępowania całkowicie sprzeczne z pokojem. Coraz więcej
dzieci zmusza się do udziału w konfliktach
zbrojnych, gdzie panuje kultura przemocy,
w której życie nie ma większej wartości,
a zabijanie nie wydaje się niemoralne17.
Inną przeszkodą utrudniającą rozkwit pokoju są rzesze dzieci pozbawionych ciepła
rodzinnego. Rodzice, pochłonięci swoimi
sprawami, pozostawiają dzieci samym
sobie. Rodzina, która nie istnieje – tysiące bezdomnych dzieci ulicy, zagrożonych
narkotykami, śmiercią, prostytucją i handlem żywym towarem. Społeczność, która
odrzuca dzieci, spycha je na margines lub
zmusza do życia w sytuacjach beznadziejnych, nigdy nie zazna pokoju18.
W sanktuarium św. Józefa w Kaliszu,
gdzie czczony jest Jezus, troskliwy opiekun i obrońca życia, Papież przypomniał
słowa Matki Teresy z Kalkuty: Życie ludzkie – jest najpiękniejszym darem Boga.
Dlatego z tak wielkim bólem patrzymy na
to, co się dzieje w wielu miejscach świata;
życie jest umyślnie niszczone przez wojnę,
przemoc, aborcję. A przecież zostaliśmy
stworzeni przez Boga do wyższych rzeczy – by kochać i być kochanymi. Wiele
razy powtarzam – i jestem tego pewna
– że największym niebezpieczeństwem
zagrażającym pokojowi jest dziś aborcja.
Jeżeli wolno zabić niewinne dziecko w łonie matki, cóż może powstrzymać ciebie
i mnie, byśmy się wzajemnie nie pozabijali? Jedynym, który ma prawo odebrać ży-
cie, jest ten, kto je stworzył. Nikt inny nie
ma tego prawa: ani matka, ani ojciec, ani
lekarz, żadna agencja, żadna konferencja
i żaden rząd. (... ) Przeraża mnie myśl o
tych wszystkich, którzy zabijają własne
sumienia, aby móc dokonać aborcji. Po
śmierci staniemy twarzą w twarz z Bogiem, Dawcą życia. Kto weźmie odpowiedzialność przed Bogiem za miliony i miliony dzieci, którym nie dano szansy na to,
by żyły, kochały i były kochane. Dziecko
jest najpiękniejszym darem dla rodziny,
dla narodu. Nigdy nie odrzucajmy tego
daru Bożego19.
Każda istota ludzka musi dziś zaznać
troskliwej i trwałej miłości, a nie zdrady
lub wyzysku. Jest to konieczny warunek,
aby można było mieć nadzieję na przyszły
pokój20. Poszanowanie życia ludzkiego od
jego poczęcia, aż do naturalnej śmierci należy do podstawowych, niepodważalnych
nakazów prawa moralnego.
„I kto by przyjął jedno takie dziecko
w imię moje, Mnie przyjmuje”. (Mt 18,5)
Dzieci znienawidzone przez dorosłych
to trudny do zrozumienia koszmar, jaki
ma miejsce w XX i XXI wieku – mówił Jan
Paweł II. Odrzucenie życia człowieka
dokonywane w różnych formach jest
w istocie odrzuceniem Jezusa Chrystusa,
Jego miłości, Jego woli21. Czyż nie powinna nas przerażać ta panująca nienawiść do
najmłodszych? Nie chodzi tylko o to, aby
trwać w przerażeniu, ale by się wreszcie
ocknąć ze swojej obojętności na los tych,
którzy są prawdziwym darem Bożym. Dzieci są przyszłością obecną teraz wśród nas;
muszą doświadczyć, co oznacza pokój, aby
mogły go budować w przyszłości.
Trwały ład oparty na pokoju potrzebuje instytucji wyrażających i umacniających
wartość pokoju. Tą instytucją jest rodzina,
co odpowiada w sposób oczywisty naturze człowieka. Tylko zdrowa rodzina daje
gwarancję ciągłości i przyszłości społeczeństwa, ponieważ powołana jest do
czynnego uczestniczenia w budowaniu
pokoju poprzez wartości, które wyraża
i przekazuje swojemu ognisku rodzinnemu i przez swój udział w życiu społeczeństwa22. Papież nieustannie przypominał
o obowiązkach państwa względem rodziny. Jakie rodziny, taki naród. Mocny naród
składa się zawsze z silnych rodzin, rodzin
Bogiem silnych.
Rodzina jako pierwotna komórka społeczeństwa ma prawo oczekiwać wszelkiej
pomocy od państwa, aby móc wypełniać
właściwą sobie misję. Ustawy winny wyrażać troskę o jak najlepsze warunki bytowe
rodziny i pomagać w realizacji jej zadań.
Obowiązkiem państwa jest popieranie
i ochrona autentycznej instytucji rodziny,
poszanowanie jej naturalnego kształtu
oraz przyrodzonych i niezbywalnych praw23. Państwo winno stworzyć odpowiednie
warunki umożliwiające rodzinom zaspokojenie podstawowych potrzeb w sposób
odpowiadający ich ludzkiej godności. Ubóstwo czy wręcz nędza nieustannie zagrażają ładowi społecznemu, rozwojowi ludów
i sprawie pokoju, a dotykają dziś zbyt wielu
rodzin. Zdarza się, że z braku odpowiednich
środków młode pary małżeńskie zmuszone
są odkładać decyzję o założeniu rodziny
lub wręcz tego zaniechać, natomiast rodziny żyjące w niedostatku nie mogą w pełni
uczestniczyć w życiu społeczeństwa lub zostają całkowicie zepchnięte na jego margines. Poszczególni obywatele nie mogą zwalniać się z odpowiedzialności. Rzeczywiste
zaspokojenie najpoważniejszych potrzeb
każdego społeczeństwa możliwe jest tylko
dzięki zgodnej solidarności wszystkich24.
Z tego względu jest wskazane wychowanie
młodych pokoleń w duchu solidarności, zaszczepienie im prawdziwej kultury, otwartości na wartości uniwersalne i szacunku
dla wszystkich ludzi bez względu na rasę,
kulturę czy religię. Ludzie muszą przezwyciężać egoizm i okazywać sobie solidarność25. Niedostatek pozostanie zawsze zagrożeniem dla ładu społecznego i dla rozwoju
gospodarczego, a więc w ostatecznym rozrachunku dla pokoju. Pokój pozostanie zawsze chwiejny, dopóki poszczególne osoby
i rodziny zmuszone będą walczyć o własne
przetrwanie26.
Do zachowania i umacniania pokoju na
świecie w decydującej mierze może przyczynić się szczególnie rodzina chrześcijańska. Wyraz temu dał Jan Paweł II w swoim
Orędziu, zwracając się bezpośrednio do
rodzin: Rodzino, stań się tym, czym jesteś,
to znaczy stań się głęboką wspólnotą życia i miłości małżeńskiej, powołaną do
ofiarowania miłości i przekazywania życia. Rodzino, powierzono ci misję o pierwszorzędnym znaczeniu: masz uczestniczyć
w budowaniu pokoju, dobra niezbędnego
dla rozwoju i poszanowania życia ludzkie-
go. Świadoma, że pokoju raz na zawsze nie
da się zdobyć, musisz go niestrudzenie poszukiwać. Jezus przez swoją śmierć na krzyżu zostawił ludzkości swój pokój, zapewniając nam swą wieczną obecność. Proś zatem
o ten pokój, módl się o ten pokój, dla tego
pokoju pracuj! Na was, rodzice, spoczywa
odpowiedzialność za wychowanie waszych
dzieci na ludzi pokoju27, wynika to z geniuszu naszej religii.
Dla chrześcijanina głoszenie pokoju jest
zwiastowaniem Chrystusa, który jest naszym pokojem, przepowiadaniem EwanTamże.
Tamże.
25
Por. Jan Paweł II, Wychowanie do solidarności, w:
OR, nr 6/2002, s. 29.
26
Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla ludzkości,
Orędzie, dz. cyt., nr 5.
27
Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla ludzkości,
Orędzie, dz. cyt., nr 6.
28
Por. Jan Paweł II, Zawsze aktualne zadanie: wychowywać do pokoju, Orędzie, dz. cyt., nr 3 i 4.
29
Jan Paweł II, Rodzina źródłem pokoju dla ludzkości,
Orędzie, dz. cyt., nr 6.
30
Por. Jan Paweł II, List apostolski MND, nr 27.
31
Jan Paweł II, Bóg jest najcenniejszym dobrem, w: OR,
nr 2/2003, s. 26.
32
Jan Paweł II, RVM, nr 40.
23
24
na marginesie 15
gelii, która jest Ewangelią pokoju, jest wezwaniem skierowanym do wszystkich, aby
byli tymi, którzy wprowadzają pokój. „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam”.
(J 14,27)
Wychowanie młodego pokolenia w duchu prawdy, sprawiedliwości, miłości i wolności, to przygotowywanie lepszej ery dla
całej ludzkości28.
Wy, synowie i córki, wpatrzeni w przyszłość z entuzjazmem właściwym młodości
bogatej w plany i marzenia, umiejcie docenić dar, jakim jest rodzina, przygotowujcie
się do przyjęcia odpowiedzialności za jej
budowę i rozwój, zgodnie z powołaniem,
jakie jutro Bóg powierzy każdemu z was.
Podtrzymujcie w sobie dążenie do dobra
i pragnienie pokoju.
Wy dziadkowie, którzy wraz z innymi
krewnymi jesteście w rodzinie znakiem
nieodzownej i cennej więzi między pokoleniami, dzielcie się wielkodusznie swoim doświadczeniem i świadectwem, aby zespalać
przeszłość z przyszłością w teraźniejszości
zbudowanej na pokoju.
Rodzino, niech twoje życie będzie zgodne z wypełnieniem powierzonej ci misji!
Oby rodzina mogła żyć w pokoju i przez to
stawać się źródłem pokoju dla całej rodziny
ludzkiej29.
O znaczeniu Eucharystii w budowaniu pokoju w świecie pisze Ojciec Święty
w liście apostolskim Mane Nobiscum Domine. Eucharystia jest wyrazem komunii w życiu Kościoła oraz programem solidarności
dla całej ludzkości. Chrześcijanin uczestniczący we Mszy Świętej uczy się z niej być
rzecznikiem komunii, pokoju, solidarności we wszystkich okolicznościach życia.
Świat, który wszedł w trzecie tysiąclecie
z widmem terroryzmu i tragedii wojny,
Por. tamże, nr 39.
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 2.
35
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 40.
36
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 3.
37
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 40.
38
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 2.
39
Por. Jan Paweł II, RVM, nr 40.
40
Por. Jan Paweł II, Wychowanie do pokoju i miłości, w:
Nasz Dziennik, nr 25/2005.
41
Por. Jan Paweł II, Zawsze aktualne zadanie: wychowywać do pokoju, Orędzie, dz. cyt., nr 10.
33
34
16 na marginesie
wzywa chrześcijan, by przeżywali Eucharystię jako wielką szkołę pokoju, gdzie formują się mężczyźni i kobiety, którzy na różnych
szczeblach zaangażowania w życie społeczne, kulturalne, polityczne działają na rzecz
rozwijania dialogu i komunii30.
Rodzina przeżywając wspólnie rodzinną
Eucharystię, uczy się w tej wielkiej szkole
pokoju dawania świadectwa, że tylko Jezus może obdarzyć prawdziwym pokojem
serce człowieka, rodziny i narodów ziemi.
Tylko Bóg może dotrzeć do głębi ludzkiego serca, jedynie Jego pokój może
przywrócić nadzieję31.
Zawsze aktualne zadanie – wychowywanie do pokoju – może być realizowane na
różne sposoby, jednak pierwszym i podstawowym działaniem na rzecz pokoju
jest modlitwa, ponieważ pokój jest darem
Bożej miłości. Trudności, jakie pojawiły się
na początku trzeciego tysiąclecia skłaniają nas do uznania, że nadzieję na mniej
mroczną przyszłość może w nas wzbudzić
jedynie interwencja z wysoka32. Jan Paweł
II, który swoją posługę biskupią oddał Maryi w słowach Totus Tuus i jako następca
św. Piotra zawierzył jej cały Kościół, wskazuje nam, gdzie należy szukać ratunku
w obliczu nadchodzących zagrożeń. Kościół zawsze przyznawał modlitwie różańcowej szczególną skuteczność, powierzając jej wspólnemu odmawianiu i stałemu
jej praktykowaniu najtrudniejsze sprawy.
W chwilach zagrożenia chrześcijaństwa
mocy tej modlitwy przypisywano ocalenie
przed niebezpieczeństwami, a Matkę Bożą
Różańcową czczono jako Tę, która wyjednywała wybawienie33.
Ojciec Święty zaraz po wyborze na stolicę św. Piotra wyznał, że Różaniec jest
modlitwą, którą bardzo ukochał i wiele
łask otrzymał od Najświętszej Dziewicy
poprzez Różaniec34.
Skuteczności tej modlitwy Jan Paweł II
zawierza sprawę pokoju w świecie i sprawę
rodziny, ponieważ są one bardzo zagrożone. Różaniec ze swej natury jest modlitwą
pokoju, ponieważ polega na kontemplowaniu Jezusa Chrystusa, który jest Księciem Pokoju i naszym pokojem (Ef 2,14).
Kto przyswaja sobie misterium Chrystusa
– a różaniec właśnie do tego prowadzi
– dowiaduje się, na czym polega sekret
pokoju i przyjmuje to jako życiowy projekt.
Mocą swojego charakteru medytacyjnego
wywiera na modlącego się kojący wpływ,
który usposabia go do szerzenia wokół
siebie prawdziwego pokoju, szczególnego
daru Chrystusa Zmartwychwstałego35.
Kontemplując oblicze Chrystusa w towarzystwie i w szkole Jego Najświętszej Matki,
uczymy się zgłębiać najważniejsze wydarzenia z Jego zbawczej misji, by głosić Ewangelię współczesnemu człowiekowi36. Różaniec
jest modlitwą pokoju również ze względu
na owoce miłości miłosiernej, jakie rodzi.
Rozważanie tajemnic radosnych, wpatrywanie się w misterium Dziecięcia narodzonego
w Betlejem wzbudza pragnienie przyjmowania, obrony i promocji życia. Tajemnice
światła skłaniają do pójścia za Chrystusem
i dawania o Nim świadectwa w codziennym
życiu. Kontemplując bolesne tajemnice, odczuwa się potrzebę bycia Cyrenejczykiem
względem cierpiącego, zrozpaczonego brata, a wzrok utkwiony w chwale Chrystusa
Zmartwychwstałego i Maryi ukoronowanej
na Królową wzbudza pragnienie uczynienia świata piękniejszym, sprawiedliwszym,
bliższym planom Bożym37. Ta przedziwna
w swej prostocie i głębi modlitwa38 kieruje
nasze spojrzenie ku Chrystusowi i czyni nas
również budowniczymi pokoju w świecie39.
Konieczność wychowania dzieci i młodzieży do pokoju i miłości podkreślał Jan Paweł
II w rozważaniu przed modlitwą Anioł Pański. Również najmłodsi muszą przygotowywać się do dialogu i uczyć się „zło dobrem
zwyciężać”, by móc pokonywać niesprawiedliwość – sprawiedliwością, kłamstwo
– prawdą, zemstę – przebaczeniem, nienawiść – miłością. Takiego stylu życia nie
można «improwizować», wymaga on wychowania, na co składa się zarówno mądre
nauczanie oraz cenne wzorce w rodzinie,
szkole i w każdym środowisku społecznym.
Te wszystkie środowiska wychowawcze,
a przede wszystkim rodzina, muszą stawać
się coraz bardziej miejscem pedagogii pokoju, aby odkrywać piękno ludzkiego życia
i wartość pokoju na świecie40.
Przytoczona za Janem Pawłem II antyczna maksyma: Omnia vincit amor – miłość
wszystko zwycięża, niech zainspiruje każdego z nas do zaangażowania się w dzieło
przyspieszenia tego zwycięstwa41.
Mieczysław Konopczak
Pod tym znakiem zwyciężysz
Sytuacja religii katolickiej w Polsce coraz
bardziej przypomina czasy rzymskiego cesarza Konstantyna Wielkiego (280 – 337 n.e.).
Jest to okres, jaki nastąpił już po bitwie przy
Moście Muliwijskim, która miała miejsce 28
października 312 roku. Legenda głosi, iż
przed bitwą Konstantyn miał sen, w którym
objawił się mu napis „krzyżem zwyciężaj”.
Rano zaś przed bitwą nakazał umieścić
znak krzyża na tarczach swoich żołnierzy.
Bitwa ta zaważyła w decydującym stopniu
na kształcie całego państwa. Panujący jeszcze wtedy dwaj pogańscy cesarze rzymscy
Konstantyn i Licyniusz w 313 r. ogłosili w
Mediolanie edykt, który zapewnił chrześcijanom zupełną wolność religijną. Edykt
stwierdzał: „Wydało nam się słuszne [...]
zająć się w pierwszym rzędzie sprawą kultu
Istoty Bożej, to znaczy przyznać chrześcijanom i wszystkim innym prawo wyznawania własnej religii, aby Bóg, który mieszka
w niebie, był łaskawy i przychylny nam
i wszystkim żyjącym pod naszą władzą”.
Wydarzenia te poprzedziło jednak najokrutniejsze w historii Rzymu prześladowanie chrześcijan za czasów cesarza Dioklecjana. Zdziwienie budzi fakt, że miało
ono miejsce za rządów człowieka tak inteligentnego, zrównoważonego w swych
obyczajach i tolerancyjnego a przy tym
dobrego administratora. Było ono prawdopodobnie efektem intryg wpływowych
osób na jego dworze. Cesarz Konstantyn, przebiegły polityk, schlebiał zarówno
chrześcijanom jak i poganom, a nierzadko
mieszał się w sprawy teologiczne, na których się nie znał. W roku 321 zwołał Sobór
Powszechny do Nicei dla zlikwidowania
herezji ariańskiej, w którym osobiście brał
udział. Uczestnicy synodu ironiczne stwierdzali, że mamy jednego biskupa więcej.
W 330 roku przeniósł on stolicę cesarstwa
z Rzymu do Konstantynopola, który nazwany został też Nowym Rzymem. Zbudował tutaj bazylikę Świętej Mądrości (Hagia
Sophia) oraz Bazylikę Świętych Apostołów
z dwunastoma sarkofagami dla Apostołów
i trzynastym dla samego siebie. Ochrzcił
się dopiero na łożu śmierci.
Poganie i chrześcijanie
Okrutne prześladowania katolickiego
narodu polskiego w czasach niemieckiej
okupacji podczas II wojny światowej można porównać do ostatnich prześladowań
chrześcijan za czasów Dioklecjana. Podczas kolejnej, trwającej prawie pół wieku,
dominacji sowieckiej w Polsce katolicy
nadal byli prześladowani i mniej lub bardziej skrycie mordowani oraz eliminowani
z życia publicznego. Po ogłoszeniu swoistego „edyktu mediolańskiego”, jakim
były ustalenia „okrągłego stołu”, zaprzestano otwarcie niszczyć wszystko, co katolickie. Kościołowi zwrócono znaczną część
zabranego mu kiedyś majątku. Doceniając
wszystkie te gesty, znacząca część hierarchii kościelnej uznała je za wystarczające
do poparcia nowego ładu polityczno – gospodarczego państwa. Kościoły przestały
skupiać wokół siebie opozycję. W czasach
PRL dominującą rolę pełniła ta część polskiego narodu, która określała samą siebie,
jako ludzi wierzących, lecz niepraktykujących. Po roku 1989 nastąpiło odwrócenie
ról. Teraz stali się oni wszyscy praktykującymi, lecz niewierzącymi. Z punktu widzenia
wiary nastąpiło pogorszenie sytuacji religii
katolickiej w państwie polskim. Fałszywi
katolicy (praktykujący, a niewierzący) zaczęli jeszcze bardziej skutecznie niszczyć
moralnie pozytywny dotąd obraz kościoła
katolickiego. W czasach PRL poganie jasno
dystansowali się od ziemskich jego struktur. Teraz zaczęli je przenikać, a nawet
w niektórych wypadkach je reprezentować. Jednocześnie liberalna forma państwa pozwoliła na ekscesy względem katolickiej religii, do której nie dopuszczali
kiedyś nawet jej najbardziej zaciekli przeciwnicy. Publiczne znieważanie symboli
religijnych i bezkarność sprawców stały się
codziennością. Po prostu poganie opanowali główne ośrodki decyzyjne państwa
i wszelkiego rodzaju media publiczne. One
zaś decydują o atmosferze, jaka wytworzyła się wokół religii katolickiej, jej wyznawców i symboli. Tak jak dawniej katolicy
poczuli się obywatelami drugiej kategorii.
Oczywiście formalnie wszyscy nadal są
równi, obowiązuje wzajemna tolerancja,
demokracja i wolność słowa. Wszystko
to gwarantuje nam prawo i konstytucja.
Tylko, że egzekucja tego prawa coraz bardziej przypomina czasy Józefa Stalina. Dla
jednych jest wszystko, dla drugich nic.
Uzasadnieniem ma być zasada, że nie ma
tolerancji dla wrogów tolerancji, nie ma
demokracji dla wrogów demokracji itp.,
itd. Publiczna sofistyka, zakłamanie i siła
decydują o wszystkim.
Prezydencki krzyż
Konstantyn Wielki potrafił zrozumieć
znaczenie krzyża dla swego państwa
i sprawowanej przez niego władzy. Rzym
przyjmował chrześcijaństwo, które ponad trzysta lat pozostawało w katakumbach, w ukryciu i dzięki temu przetrwało
prześladowania. Wydaje się, że w Polsce
następuje odwrócenie rzymskiej historii.
Po tysiącu latach chwalebnego rozwoju
i powszechnego utożsamiania się z jego
wartościami, nadeszły czasy podważania
wszystkiego, co krzyż wyraża. Jeszcze rok
temu wydawało się to niemożliwe, kiedy
na pl. J. Piłsudskiego w Warszawie odsłonięto papieski krzyż upamiętniający mszę
św.odprawioną w 1979 roku przez Jana
Pawła II, podczas której padły znamienne słowa: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Nikt wtedy
nie protestował, a jego fundatorem były
władze stołecznego miasta. Po katastrofie
smoleńskiej harcearze ustawili drewniany
krzyż przed pałacem prezydenckim. Miał
on upamiętniać jej ofiary. Od początku
jednak wzbudzał on niezrozumiałe dla
wielu rodaków kontrowersje i dyskusje.
Krzyż stojący na pl. Piłsudskiego nikomu
nie przeszkadza. Ten natomiast wzbudza
agresję, napastliwość i dyskusje polityczne. Planowane jest jego przeniesienie do
warszawskiego kościoła św. Anny. Krzyża
papieskiego natomiast nikt nie chce nigdzie przenosić. Jest coś dziwnego w całkowicie odmiennym traktowaniu takich
samych symboli wiary, dwóch krzyży, postawionych w sumie całkiem niedaleko od
siebie. Jeden wzbudza nienawiść, a drugi
tolerancję, a przecież oba one wyrażają to
samo. Pewna część opinii publicznej doceniając rolę Jana Pawła II w najnowszej
historii Polski, godzi się na jego upamiętnienie tym symbolem wiary. Nie godzi się
natomiast na postawienie krzyża innym,
którzy oddali swoje życie w służbie Rzeczypospolitej. Wynika z tego, że krzyż może
upamiętniać tylko te wydarzenia, które
na marginesie 17
władze państwowe uznają za stosowne.
Inaczej wywołuje się wokół niego histerie połączone ze znieważaniem go przez
„znanych” i „nieznanych” sprawców, którym władza pozwala na wszystko.
Konstantyn Wielki i Willy Brandt
Kontynuując analogię do starożytnego
Rzymu, trzeba powiedzieć, że dziś w Polsce rolę Konstantyna Wielkiego mógłby
pełnić prezydent Bronisław Komorowski.
Rzymski cesarz, będąc wytrawnym politykiem, zdawał sobie sprawę ze znaczenia
religii katolickiej, którą wspierał swoim autorytetem. Publiczne znieważenie krzyża
przed pałacem cesarskim było niemożliwe.
Takiego śmiałka czekała niechybna kara,
zwyczajowo związana z ucięciem głowy.
Cesarz kazał szanować, wszystko to, co
sam szanował. Krzyżowi oddawał cześć,
niejeden raz klękając przed nim podczas
różnych uroczystości religijnych. Nie uważał on, aby z tego powodu cokolwiek tracił
ze swojej władzy. Wręcz przeciwnie, cieszył się coraz większym poparciem, a wydawane przez niego zarządzenia, dekrety
i postanowienia coraz większą akceptacją. Czy współcześnie można naśladować
Konstantyna Wielkiego? W jakiejś mierze
jego śladem poszedł Willy Brandt, kiedy
podczas wizyty w 1970 roku w Warszawie
padł na kolana przed pomnikiem Getta.
Zdjęcie klęczącego Brandta obiegło cały
świat. Ludzie podziwiali jego pokorę i żal,
za to, co się stało wyrażony tym prostym
i wielce wymownym gestem.
przypuszczać, że pozostawienie potem
krzyża w tym samym miejscu przestałoby kogokolwiek nawet dziwić. Prezydent
Komorowski, mając za sobą poparcie,
mógłby, podobnie jak Konstantyn Wielki,
niejedną jeszcze sprawę załatwić dla dobra Polski. Wszystko wskazuje na to, że
o wybór na drugą kadencję też nie musiałby się martwić. Niestety, trzeba być realistą. Naszego prezydenta nie stać na ten
gest wobec wszystkich wierzących katolików w Polsce i na świecie. Szkoda też, że
nie ma on charyzmy i intuicji politycznej
godnej Konstantyna Wielkiego, czy Willly
Brandta. Te małe przepychanki wokół krzyża źle się skończą zarówno dla prezydenta,
jak i dla nas wszystkich, a tak mało potrzeba było, aby tak wiele uzyskać.
Wielki prezydent?
Wracając do spraw polskich trzeba zauważyć, że gdyby prezydent Bronisław
Komorowski postąpił jak Konstantyn
Wielki albo Willy Brandt, uzyskałby ten
sam efekt, co ci wielcy mężowie stanu.
Jego zwykłe uklęknięcie przed krzyżem
zamknęłoby całą dyskusję na ten temat.
Bo wbrew pozorom, jego obrońcom nie
chodzi o ślepy upór, ale przede wszystkim o szacunek dla tego symbolu wiary
i o zaufanie do władz, że wywiążą się ze
swoich obietnic. Klęczący przed krzyżem
prezydent wzbudziłby na pewno większe
do siebie zaufanie, niż tysiące jego ulotek,
słów, wywiadów i wypowiedzi. Należy
18 na marginesie
Bronek z Budy... dotyka WIELKOŚCI
na marginesie 19
Krzysztof Bauer
I co dalej?
16 listopada minęły trzy lata od zatwierdzenia nowego rządu RP – rządu Platformy
Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego, z premierem Donaldem Tuskiem
i wicepremierem oraz ministrem gospodarki Waldemarem Pawlakiem. Warto, a nawet trzeba podsumować jego dokonania,
a właściwie ich brak, bo prawie nic z „obiecanek” premiera Tuska z jego pierwszego
exposé wygłoszonego w Sejmie nie zostało
spełnione ani dotrzymane. Obiecana druga
Irlandia nie nastąpiła (dziś to nawet śmieszy,
kiedy Irlandia „splajtowała” ekonomicznie
i zwróciła się do Unii Europejskiej o pomoc, jakiej wcześniej udzielono Grecji, a w
kolejce po pieniądze stoją prawdopodobnie Portugalia i Hiszpania – czas pokaże),
Polska wcale nie okazała się „Zieloną Wyspą” w Europie, jak usiłował nam wmówić
Donald Tusk i minister finansów. Dziura
budżetowa, czyli zadłużenie wewnętrzne
kraju, jest bardzo niebezpieczna i ociera się
o kryzys, który nam może grozić w przyszłym roku. Stąd zabiegi, aby ową dziurę
załatać, ale ciągle naszym kosztem, poprzez
drenaż kieszeni podatników, którzy te wydatki mają pokryć. Miało nie być podwyżki podatków, jak zapewniał pan premier
– a od stycznia 2011 roku podwyższony
zostanie podatek VAT o 1 %, co spowoduje podrożenie produktów spożywczych,
benzyny i praktycznie wszystkiego, co
wiąże się z konsumpcją i sferą materialną
naszego życia. Jesteśmy jednym z najbiedniejszych krajów Unii Europejskiej (dochód
na jedną osobę jest na przykład trzykrotnie mniejszy niż we Francji czy Niemczech,
nie mówiąc już o Danii czy Szwecji), a rząd
Platformy Obywatelskiej powoduje swoją
finansową niewydolnością, że biedniejemy
jeszcze bardziej. Wszystko praktycznie drożeje (prąd, gaz, opłaty za mieszkania itd.
), powodując drenaż naszych dochodów,
a szczególnie rencistów i emerytów, którzy
niejednokrotnie muszą rezygnować z kupna na przykład lekarstw, bo ich na to nie
stać. Jak to się przekłada na ich zdrowie
i tzw. komfort życia, lepiej nie mówić. Podwyżki emerytur i rent (te coroczne) to praktycznie kpiny, bo wynoszą po kilkadziesiąt
złotych, co zupełnie nie rekompensuje
stopnia podwyżek opłat za media i czynsz.
Kłamstwa pana Donalda Tuska i Waldema-
20 na marginesie
ra Pawlaka dotyczące sfery ekonomicznej
Polaków dotykają przede wszystkim tych
najmniej zarabiających oraz właśnie emerytów i rencistów. Na przykład obniżka
zasiłku pogrzebowego jest ewidentnym
skandalem, bo uderza głównie wymienione grupy o najmniejszych dochodach.
To zwyczajnie niehumanitarne, bo godzi
w najsłabszych ekonomicznie Polaków.
Można mnożyć przykłady z wielu dziedzin życia na poparcie tezy o okradaniu
nas poprzez częste ukryte podwyżki i tym
samym drenaż naszych kieszeni. Jak to się
ma do „polityki miłości” pana premiera
Donalda Tuska i jego formacji politycznej –
widać jak na dłoni. Zadziwiającą więc rzeczą jest ciągle duże poparcie dla Platformy
Obywatelskiej wśród społeczeństwa, kiedy
w kwestiach najbardziej nas dotyczących
(ekonomicznych) nie zdaje ona egzaminu od trzech lat. Prawdą jest, że spada i
to bardzo poparcie dla działań rządu, już
ponad 50 procent badanych ocenia je źle,
a tylko jedna czwarta – pozytywnie. To
samo dzieje się z oceną Donalda Tuska.
Spada poparcie, acz w mniejszym stopniu
niż dla jego rządu. Ta niezborność dużego
poparcia Platformy Obywatelskiej i zła ocena wyłonionego z niej rządu da się wytłumaczyć głównie poprzez piar uprawiany
przez spin doktorów tego ugrupowania
politycznego, czyli mówiąc dawnym językiem – propagandę, którą steruje się poprzez środki masowej komunikacji (głównie
telewizję, Internet, prasę i radio). Widać to
w tzw. publicznej telewizji, którą zagarnęła Platforma Obywatelska i Sojusz Lewicy
Demokratycznej. Ustawa sejmowa dała jej
możliwość prawie całkowitego zawłaszczenia radia i telewizji i podporządkowania ich
swojej polityce. Miała to być ustawa, która „odpolitycznia” te media, a tym samym
ma je uwolnić od sterowania przez partie
polityczne – a stało się wręcz odwrotnie.
Dziś zrobiło się i dalej robi „czystki” w obydwu mediach (radiu i telewizji), wyrzucając
„nieprawomyślnych” dziennikarzy i wprowadzając na ich miejsce „swoich”, posłusznych i wiernych swojej formacji w myśl
zasady „mierny, ale wierny”. To zaowocowało już obniżeniem poziomu programów
telewizyjnych. Tak hucznie obchodzony jubileusz 40-lecia programu II TVP okazał się
imprezą fatalną. I mimo prowadzenia go
przez Grażynę Torbicką i Macieja Stuhra,
stał na żenującym poziomie. Tak, jak i cały
program drugi TVP, oparty na serialach,
kabaretach, programach rozrywkowych na
poziomie przeznaczonym dla troglodytów.
Poza niewieloma pozycjami na jakim takim
poziomie, Dwójka TVP jest nie do oglądania. To samo grozi Jedynce, bo TVP Info to
stacja głównie informacyjna, chociaż coraz
bardziej stająca się tubą Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
A szkoda, bo był to zupełnie dobry
(i względnie obiektywny politycznie) program telewizji publicznej. Misyjność publicznej telewizji, o której tak dużo mówiło
się w czasie debat sejmowych (pani I. Śledzińska-Katarasińska relacjonowała i promowała tę ustawę w Sejmie, odpowiadała
na pytania posłów w sposób demagogiczny i nieznoszący sprzeciwu), okazała się
fikcją, listkiem figowym dla ukrycia prawdziwych intencji tych, którzy dokonali skoku na telewizję polską i radio. Ta masakra
w TVP (osobowa) odbywała się i odbywa
w sposób bezprawny i bezczelny na naszych oczach. Reakcji na niemerytoryczne
czystki nie ma, w prasie w ogóle się o tym
nie pisze albo się to przemilcza. W niedługim czasie zawłaszczenie radia i telewizji
stanie się faktem, jak i zawłaszczanie całego państwa, które rozpoczęło się już
10 kwietnia 2010 roku, kiedy do dzisiejszych władców kraju doszła wiadomość
o katastrofie samolotu prezydenckiego.
Wbrew prawu ówczesny marszałek sejmu
Bronisław Komorowski i jego ludzie weszli
do pałacu prezydenckiego, aby przeszukać
i wynieść albo zabezpieczyć to, co było
im potrzebne do „zatarcia śladów” swojej odpowiedzialności za katastrofę. Jakie
były rządy pana marszałka Komorowskiego jako pełniącego równocześnie funkcję
prezydenta RP – wszyscy widzieliśmy. To
wówczas zaczęło się owo zawłaszczanie
państwa przez ludzi Platformy Obywatelskiej, kolesi marszałka sejmu i premiera
Donalda Tuska. Śmierć elit politycznych
Rzeczypospolitej, w tym głównie ludzi
związanych z Prawem i Sprawiedliwością
oraz prezydentem RP, było na rękę platformersom i ich przywódcom. Pan Bronisław
Komorowski mógł obsadzić wakujące sta-
nowiska swoimi ludźmi. I choć zastrzegał
się, że to nieprawda, fakty temu przeczyły.
Wybory prezydenckie i wygrana (niewielką zresztą procentowo ilością głosów nad
Jarosławem Kaczyńskim, któremu „rogi”
przyprawiały jak dawniej media związane
z Platformą Obywatelską) pana marszałka
sejmu, spowodowała „narodziny” nowo-starej Polski, tej z Okrągłego Stołu, władanej przez postkomunistów i postsolidarnościowców, którzy dogadali się z nimi. Już
zresztą w 2007 roku, po objęciu władzy
przez Donalda Tuska i Platformę Obywatelską w koalicji z PSL-em, rozpoczął się
odwrót od tego, co w Polsce zmieniło się
za czasów rządów Jarosława Kaczyńskiego i powrót do korupcyjnego układu, na
którym zbudowana jest III Rzeczpospolita.
Do michnikowszczyzny (określenie Rafała
Ziemkiewicza) – antypolskiej, antykatolickiej i pseudodemokratycznej, zakłamania
historii i zwasalizowania polityki państwa
polskiego wobec Federacji Rosyjskiej oraz
uległości wobec Niemiec i Unii Europejskiej.
Nowo wybrany prezydent RP, Bronisław
Komorowski, swoim wywiadem zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej” rozpętał
wojnę o krzyż, która przez kilka miesięcy
dzieliła Polaków na tych mądrych, europejsko nastawionych, a więc antyklerykalnych
i antychrześcijańskich i tych z ciemnogrodu, moherowców, broniących tradycji narodowych i przywiązanych do Kościoła. Te
haniebne sceny, które rozgrywały się przed
pałacem prezydenckim na Krakowskim
Przedmieściu, bezkarne ataki na obrońców
krzyża, którzy modlili się i śpiewali pieśni
kościelne i patriotyczne przez nasłanych
meneli i szumowiny społeczne, to bezsporna wina Bronisława Komorowskiego
i prezydenta Warszawy – pani Hanny Gronkiewicz-Waltz. Ci ludzie, którzy mienią się
być katolikami, okazali się wyrafinowanymi cynikami, ludźmi władzy, jej sługami, bezwzględnymi obrońcami wcale nie
prawa i porządku, ale małymi, zimnymi
i wyrachowanymi wykonawcami złej woli
(jątrzenie, jak przez wiele lat, inspirowanie
i „napuszczanie” przez „Gazetę Wyborczą”
na Kościół, narodowców, obrońców tradycji, prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Prawo
i Sprawiedliwość). Pan prezydent Komo-
rowski „odpłacił się” Adamowi Michnikowi, którego uhonorował ostatnio Orderem
Orła Białego, najwyższym polskim odznaczeniem za wybitne zasługi dla kraju. Obok
kolesiów pana premiera Donalda Tuska
z Kongresu Liberalno-Demokratycznego
i Młodej Polski: Jana Krzysztofa Bieleckiego
(premiera przez krótki okres) i Aleksandra
Halla (wiceministra w rządzie T. Mazowieckiego, męża pani minister edukacji).
Co „wielkiego” dla Polski uczynili ci panowie, tylko pan Komorowski raczy wiedzieć.
Od początku swej prezydentury blamuje
się przy wielu okazjach. Cóż wymagać od
11-dniowego magistra historii (bo tyle pisał pracę magisterską, jak wyznał w jednym
z wywiadów): taki prezydent, jakie jego
wykształcenie, rzec można, parafrazując
jego słowa pod adresem Lecha Kaczyńskiego. Co prawda w sondażach ma wysokie
uznanie za swoją pracę jako prezydent RP,
ale jest to normalne w pierwszej fazie (100
dni) sprawowania władzy. Procenty będą
mu spadały w miarę upływu czasu, bo
ani walory inteligencji, ani samodzielność
w myśleniu i sprawowaniu ograniczonej
przecież władzy, ani ludzie, których skupia
wokół siebie (żadnej wybitnej indywidualności) nie rokują tej prezydenturze dobrze.
Wizerunek prezydenta i pani prezydentowej kreowany w mass mediach, dziś pełen
ochów i achów, będzie bladł, bo nie są to
ludzie czymkolwiek się wybijający, naznaczeni jakąś charyzmą, ale mocno siermiężni, nastawieni na wymuszane uśmiechy
i schlebiający swojemu elektoratowi, potakujący władzy platformerskiej, z której się
wywodzą.
Jaka więc będzie Polska w 2011 roku,
kiedy będzie się kończyć władza PO-PSL
i odbędą się wybory parlamentarne?
Biedna i coraz biedniejsza ekonomicznie,
zadłużona i pogrążona w przedkryzysowej sytuacji finansowej. Polska będzie
kondominium rosyjsko-niemieckim, nic
nieznaczącym (albo niewiele) w Unii Europejskiej, z którą można się zupełnie
nie liczyć, bo spolegliwość jej rządu, wasalizm, a nawet serwilizm wobec silniejszych państw nie daje jej żadnych szans
wybicia się. Dalej będzie w ogonie Europy.
Żadnej drugiej Irlandii nie będzie, jak nie
było drugiej Japonii. I choć prawdopo-
dobnie PO wygra wybory parlamentarne
i dalej będzie nieudolnie rządzić wespół
z PSL-em, nie czeka nas nic dobrego,
oprócz stagnacji i stabilizacji (małej stabilizacji, jak za czasów W. Gomułki, bo
sytuacja jest podobna). Państwo będzie
rządzone i opanowane przez kolesiów,
ze wzrastającą korupcją i bezprawiem. To
złe wróżby! Ale takie są fakty, a z faktami, jak wiadomo, nie dyskutuje się. Kiedy
się Polacy obudzą i przestaną uczestniczyć
w tym platformerskim tańcu – trudno powiedzieć. Można tylko mieć nadzieję, że
nie wszystko wiecznie trwa. A opozycja
(ta prawdziwa, czyli Prawo i Sprawiedliwość, bo Sojusz Lewicy Demokratycznej w żadnej mierze nią nie jest) powinna „robić swoje” mimo „rozrabiactwa”
zdrajców spod znaku pani E. Jakubiak
i J. Kluzik-Rostkowskiej. W przyszłych wyborach przepadną i ślad po nich zaginie.
Każdy bowiem jest kowalem własnego losu
– rozłamowcy także (nomen omen, swojego Kowala już mają). I co dalej? Po prostu
nie dajmy zniszczyć Polski, przeciwstawiajmy się temu z całą mocą.
na marginesie 21
Józef Żmijewski
Gasnąca gwiazda KGHM
Osiągnięcia najlepszej polskiej firmy
górniczej KGHM Polska Miedź S. A. budzą coraz więcej refleksji nad jej kondycją
techniczną, technologiczną i inwestycyjną.
Póki są wysokie ceny miedzi na giełdach
i znaczące dochody, nikogo to nie interesuje. Na swoich stronach internetowych
firma informuje o kolejnych swoich sukcesach. W minionym roku niewątpliwie
tego rodzaju osiągnięciem było zajęcie jedenastego miejsca w światowym rankingu
producentów tego surowca. Jeszcze rok
temu było to siódme miejsce, a przedtem
piąte. Spadek o cztery miejsca w dół jest
też sukcesem. W uprawianej tu propagandzie sukcesu wszystko, co się zdarzy jest
sukcesem. Wszak zawsze mogłoby być gorzej. Polskie media na ogół bezkrytycznie
i z zachwytem komentują plany KGHM
i ich realizację na światowym rynku inwestycyjnym złóż rud miedzi. Tymczasem
tego rodzaju firmy górnicze o dużo mniejszej tradycji i kondycji produkcyjnej oraz
finansowej śmiałymi przedsięwzięciami
przebijają się do czołówki światowej. Daleko za sobą pozostawiają one ociężały
i mało mobilny aparat urzędniczo – polityczny kierujący bez żadnych perspektyw
polskim gigantem miedziowym.
Trudności
Ponieważ kierownictwo naszego kolosa miedziowego nie potrafi pokonać
naturalnych trudności w eksploatacji własnego złoża uzysk miedzi z tego źródła
systematycznie spada. Obecnie już 30%
jego produkcji pochodzi ze skupowanego
w całej Europie złomu. Oczywiście, że lepiej kupować i przerabiać złom niż nic nie
robić. Niemniej proces ten wskazuje na
stale spadającą rolę własnych kopalń. Eksploatacja złoża prowadzona jest na głębokości zbliżonej do 1,5 kilometra w temperaturze przekraczającej w wyrobisku
40 stopni Celsjusza. Lokalne schłodzenia
są niezwykle kosztownym przedsięwzięciem. Do tego dochodzą coraz mocniejsze
i coraz groźniejsze zjawiska tąpnięć związane z głębokością prowadzonych robót
górniczych. Na dodatek roboty górnicze
w dwóch podstawowych kopalniach Sieroszowice – Polkowice i Rudna coraz bardziej niebezpiecznie zbliżają się do złoża
22 na marginesie
gazu ziemnego, który kilka kilometrów
dalej jest eksploatowany z tego samego
poziomu, co złoże miedzi. Nie można powiedzieć, że na to wszystko machnięto
ręką. Nawet wiele się robi. Niemniej zakres
tych prac i wyciąganych z nich wniosków
mało się różni od metod, jakie stosowano jeszcze pół wieku temu. Wystarczy tu
wspomnieć, że ogromne nakłady na prace
badawcze w znacznej części są lokowane
w instytutach naukowych w celu pozyskania ich przychylnych opinii dla podejmowanych tutaj decyzji. Zdecydowana
większość tych prac to „półkownicy”, czyli
prace odkładane na półkę.
Udokan To i Rosjanie pilnie poszukują
międzynarodowych kapitałów dla uruchomienia eksploatacji złoża Udokan położonego w górach o tej samej nazwie,
w pobliżu jeziora Bajkał. Polskie górnictwo, kadra i jej doświadczenie mają bardzo dobrą opinię w tym kraju. Jest ona
niezależna od wszelkich zawirowań politycznych, jakie od 1989 roku odnotowywane są pomiędzy Polską, a Rosją. Polski
kapitał byłby tu dobrze widziany, tym
bardziej że wielu specjalistów górniczych
chętnie przyznaje się tu do polskich korzeni. Samo złoże rud miedzi jest pod każdym
względem bardzo podobne do tego, które
eksploatuje KGHM. Na korzyść Udokanu
zaliczyć trzeba jednak jego znacznie korzystniejsze warunki geologiczno – górnicze. Może być ono eksploatowane już od
samej powierzchni, gdyż jego wychodnie
są widoczne na górskich zboczach. Również pokłady osiągają grubość blisko dziesięć razy większą niż w Lubinie.
Udokan to nie tylko nazwa złoża, lecz
także pasma górskiego w syberyjskich Górach Stanowych – złoże położone jest na
wysokości ok. 2000 m n. p. m. w trudno
dostępnych partiach górskich. Tu trzeba
od nowa wybudować drogi, osiedla, doprowadzić prąd elektryczny i wszystkie
inne media potrzebne do jego funkcjonowania. Samo złoże występuje w krystalicznych, litych i masywnych skałach
metamorficznych zaliczanych do proterozoiku, który datowany jest na ok. 2,5
mld lat, jako najstarszy po archaiku okres
w historii skorupy ziemskiej. Warunki te
w jakiś sposób kompensują wszystkie braki
cywilizacyjne na tym terenie. Po pierwsze,
wychodnie złoża są na powierzchni ziemi.
Nie trzeba wielkich inwestycji górniczych,
aby uzyskać pierwsze wydobycie rudy. Po
drugie, masywne i lite skały gwarantują
bezpieczną eksploatację bez tąpnięć, zawałów i wstrząsów sejsmicznych. Po trzecie, nakłady na ochronę środowiska będą
tu dziesiątą częścią tego, co wydaje się w
centrum Europy. Samo złoże swoją wielkością jest zbliżone do tego, jakie posiada
KGHM. Ilość rudy wynosi ok. 1,4 mld ton.
Zawiera ona przeciętnie ok. 1,56% Cu.
W przybliżeniu odpowiada to zawartości
miedzi w polskich złożach. Zamierza się
z niego odzyskać ok. 20 mln ton czystej
miedzi. Jego atutem są towarzyszące mu
metale szlachetne, a przede wszystkim
złoto i srebro, których zawartości są tu ok.
10 razy wyższe niż w Polsce. Te wszystkie
korzystne warunki są dla KGHM tylko teoretyczne. Rosjanie nie chcą przestarzałych
polskich technologii, które pod tym względem niewiele się różnią od tego, co sami
posiadają. Już na starcie KGHM ze względu
na swoje zacofanie nie może brać udziału
w tym wielkim światowym procesie inwestycyjnym.
Oyu Tolgoi
Podobnie jak ze złożem Udokan wygląda sprawa z największą w tej chwili inwestycją górniczą w zakresie eksploatacji rud
miedzi, jaką jest projekt mongolskiej kopalni Oyu Tolgoi. Położona na Pustyni Gobi
przy granicy chińskiej stała się ona pod
każdym względem bardzo atrakcyjnym
przedsięwzięciem zarówno górniczym, jak
i biznesowym. Według multimedialnych
prezentacji złoże rud miedzi o tej nazwie
ma kształt gruszki. Jej „ogonek” został odkryty na powierzchni ziemi, w głąb złoże
się poszerza i zwiększa swoje zasoby. Rozciągłość tej „gruszki” wynosi 6,6 km. Zasadniczy swój kształt przybiera dopiero na
głębokości ok. 700 m i dochodzi do głębokości ok. 1300 m. Zasoby rudy ocenia się
na około 14 mld ton o zawartości 1,33%
miedzi i 0,47 g/t złota. Zasoby pozabilansowe wynoszą ok. 2,4 miliarda ton o zawartości 0,78% miedzi i 0,33 g/t złota. Jest
to jedno z największych złóż tego rodzaju
na świecie. Daje to zasoby wielkości 200
milionów ton miedzi i około 8 tysięcy ton
złota. Około 140 km od złoża znajduje się
odkrywkowa kopalnia węgla kamiennego
o zasobach ok. 6 miliardów ton. O tym, jakiego rodzaju są tu złoża świadczy fakt, że
pokład węgla ma grubość ok. 40 m! Węgiel
ten będzie stanowił zaplecze energetyczne
dla całego przedsięwzięcia udostępnienia
i eksploatacji złoża rud miedzi. Po wielu
fazach negocjacji trwających 5 lat koncesję
na wydobycie rudy miedzi otrzymała kanadyjska firma Ivanhoe Mines. Natychmiast
podjęła ona pierwsze roboty inwestycyjne
związane z budową 7 m średnicy szybu
sięgającego spągu złoża na głębokości
1300 m. Na drugim końcu złoża aktualnie
jest głębiony kolejny szyb o tych samych
parametrach. Gigantyczna odkrywka powinna sięgnąć do poziomu, skąd rozpoczyna się eksploatację podziemną. Szerokość wyrobiska odkrywkowego wynosi ok.
2 km. W ciągu 35 lat planuje się uzyskać
z tego złoża ok. 40 mln ton miedzi i ok.
2 tys. ton złota. Są to wielkości zawrotne.
Tu także zabrakło zainteresowania i kapitału KGHM. Zabrakło przede wszystkim
pomysłu, inicjatywy i przebojowości oraz
związanych z tym nowoczesnych rozwiązań organizacyjnych i górniczych. Skutek
tego jest taki, że złoże będzie eksploatować kanadyjska firma Ivanhoe Mines, która w rankingu dochodów i stażu w górnictwie plasuje się daleko za KGHM.
Kanada
Jeżeli nie da się grać w pierwszej lidze, to
trzeba, chociaż dobrze wypaść w drugiej.
Mimo że wszem i wobec głosi się udział
w grze wśród najlepszych na tym świecie,
rzeczywistość jest jednak całkiem inna. Na
miejsce porzucanych przez kapitał kana-
dyjski własnych złóż miedzi wchodzi polski
kontrahent. Kanadyjska kopalnia należąca
do Abakus Mining wykupiona została za
37 mln dolarów (51% udziałów). Ma ona
zasoby wielkości ok. 440 mln ton rudy. Jej
eksploatacja ma dać 50 tys. ton miedzi
i 3 tony złota rocznie. Złoże ma być wyeksploatowane w ciągu 23 lat. Program
ma ruszyć w 2013 roku. Jest to jakieś
skromne pocieszenie w stosunku do tego,
co na rynku miedziowym czynią najwięksi
i najlepiej do tego przygotowani potentaci
miedziowi. Mankamentem przedsięwzięcia jest jego czysto kapitałowy charakter.
Wszystkie roboty wykonają Kanadyjczycy.
Tymczasem wspomniane dwie inwestycje
Udokan i Oyu Tolgoi wyeliminują KGHM
z intratnego rynku chińskiego. Związany
z tym spadek cen żółtego metalu może
sprawić, że dalsze trwanie KGHM Polska
Miedź w niezmienionej postaci przestanie
być opłacalne.
Mongolia spisana na straty
Mongolia, niezwykle bogata we wszelkie kopaliny, stanowi skuteczną konkurencję dla podobnej pod tym względem
Syberii. Jednakże położona znacznie bliżej żywiołowo rozwijających się azjatyckich „tygrysów” gospodarczych ma dużo
większe szanse na zdobycie zagranicznych
kapitałów na uruchomienie kolejnych inwestycji. Jednakże polski kapitał górniczy
nie jest zainteresowany mongolskim Eldorado. Wyrazem tego stała się likwidacja
w 2009 roku polskiej ambasady w stolicy
tego kraju. Decyzja ta sama w sobie jest
skandaliczna, gdyż minister Sikorski mówi,
że oszczędza w ten sposób tysiące dolarów, tymczasem na skutek braku zainteresowania nadarzającą się okazją państwo
traci ich miliony, co podkreśla KGHM Polska Miedź S. A, główny miedziowy polski
inwestor zagraniczny. Jest to tym bardziej
przykre, że polskie tradycje poszukiwań,
badań i kontaktów są tu bardzo dobre,
długotrwałe i wzajemnie korzystne. Jedną
nierozważną (?) decyzją szefa MSZ nasze
aktywa przejęła tutaj konkurencja. Wszystko to jeszcze można naprawić, tylko trzeba najpierw zdać sobie sprawę z tego, co
straciliśmy spisując nasze zainteresowanie
Mongolią na straty.
na marginesie 23
Krystian Przemkowicz
A to Polska właśnie
Wypadałoby na początku przypomnieć,
skąd te skrzydlate słowa, które powtarza
się, niejednokrotnie nie bardzo zdając sobie sprawę, kto jest ich autorem. Przypomnę może scenę z „Wesela” Stanisława
Wyspiańskiego:
POETA
Po całym świecie
możesz szukać Polski, panno młoda,
i nigdzie jej nie najdziecie.
PANNA MŁODA
To może i szukać szkoda.
POETA
A jest jedna mała klatka –
o, niech tak Jagusia przymknie
rękę pod pierś.
PANNA MŁODA
To zakładka
gorseta, zeszyta trochę przyciaśnie.
POETA
– – – A tam puka?
PANNA MŁODA
I cóż za tako nauka?
Serce – ! –?
POETA
A to Polska właśnie.
Stanisław Wyspiański
(Wesele. Akt III, scena 16)
I już wszystko wiadomo. Genialny dramat
Wyspiańskiego wystawiony po raz pierwszy w 1901 roku, pamflet na społeczeństwo polskie, jego uśpienie narodowe
i polityczne. Stańczyk „wygarnia” grzechy
Dziennikarzowi, a ten zupełnie nie wie, o
czym mowa i odpowiada mu od rzeczy.
Stańczyk, symbol trzeźwości politycznej
i narodowej, utrwalony został przez Jana
Matejkę w obrazie portretowym jako
królewski błazen zamyślony i zadumany
nad losami Ojczyzny, gdy szlachta się budzi i tańczy (uchylone drzwi ukazują owe
szlacheckie zabawy), czy w historycznym
obrazie „Zawieszenie dzwonu Zygmunta” (właściwie: „Zawieszenie dzwonu
24 na marginesie
Zygmunta na wieży katedry w r. 1521
w Krakowie”). Zapamiętany został w
tradycji Polaków jako mędrzec, który
ostrzega, wskazuje i protestuje przeciw
nieliczeniu się w naszym życiu osobistym i obywatelskim z Ojczyzną, krajem rodzinnym, nad którym zbierają się
chmury. Sam Dziennikarz mówi o Stańczyku – Wielki Mąż. I choć sam jest redaktorem naczelnym stańczykowskiego
pisma „Czas”, ze swoim patronem niewiele ma wspólnego. Bo przypomnieć
trzeba, że stańczycy, jak ich popularnie
nazywano, to konserwatywne ugrupowanie polityczne, które działało i trzymało „rząd dusz” w Galicji, czyli w zaborze
austriackim po 1867 roku, kiedy to dano
tym ziemiom dość szeroką autonomię
i spolonizowano urzędy, administrację
i szkolnictwo. Sejm Krajowy zbierał się
i obradował w stolicy Księstwa Galicji
i Lodomerii, czyli we Lwowie (z niemiecka – Lembergu). Wiemy, że zdominowany był przez stańczyków, którzy głosili
i wcielali w życie zasadę trójlojalizmu
wobec trzech zaborców, wyrzekając się
myśli o niepodległości Polski. I to właśnie
stało się dla autora „Wesela” kamieniem
obrazy i przyczyną wyrażenia niezgody
na takie polityczne dictum, któremu uległa inteligencja i przyjęła za własny światopogląd. Uwiąd myślenia w kategoriach
patriotycznych, czyli o wolności Polski
i jej niepodległości, uśpienie ducha narodowego najlepiej obrazuje ostatnia scena „Wesela”, kiedy to Chochoł (symbol
narodowej niemocy) gra na skrzypcach
lunatyczno-somnambuliczną
melodię,
w rytm której zarówno inteligencja, jak
i chłopi tańczą ów chocholi taniec. Jasiek-drużba zgubił złoty róg, schylając
się po czapkę z pawimi piórami i nie ma
kto (i czym) wezwać Polaków do walki
o niepodległość, do powstania. Cóż, Jasiek myślał o swoich prywatnych sprawach, nie o złotym rogu, ale sprawę
przywiezioną przez Wernyhorę (wzniecenie powstania) przespał i przegapił
Gospodarz – przedstawiciel inteligencji.
Chłopi i inteligencja, czyli społeczeństwo
polskie, nie dojrzało, nie dorosło jeszcze
do walki o wolną Polskę – sądził Wyspiański na początku XX wieku. Stąd zło-
śliwe słowa śpiewane pod adresem Jaśka
(ale i całego ówczesnego społeczeństwa
polskiego):
Miałeś, chamie, złoty róg,
miałeś, chamie, czapkę z piór:
czapkę wicher niesie,
róg huka po lesie,
ostał ci sie ino sznur,
ostał ci sie ino sznur.
Stanisław Wyspiański
(Wesele, Akt III, scena 37)
Zdawać by się mogło, że problematyka
„Wesela” jest mało lub prawie zupełnie
nieaktualna, skoro jest to diagnoza stanu duchowego Polaków przedstawiona
już ponad sto lat temu. Ale tylko niektórym się tak wydaje, bo aktualność
„Wesela” dzisiaj wręcz bije w oczy, a ci,
którzy tak myślą, mają bielmo na oczach
i są niewrażliwi na sprawy polskie. Tak
jak ludzie spod znaku „Gazety Głównej”, którzy przez ponad dwadzieścia lat
transformacji uczyli i nadal uczą niechęci, a nawet nienawiści do wszystkiego,
co należy do tradycji polskiej, narodowej,
bo to zaściankowe, prowincjonalne i zacofane. Ważniejsze, prawdziwsze i dobre
dla Polski jest tylko to, co europejskie,
płynące z Brukseli, stolicy Unii Europejskiej. Obrzydzanie i wyśmiewanie tego,
co narodowe i polskie, w tym naszych
mitów narodowych, dzięki którym przetrwaliśmy czasy zaborów, heroizmu walk
niepodległościowych i bohaterów tych
walk – to plan „Gazety Głównej” pod redakcją Redaktora. Bo to - według niego
i dziennikarzy ślepo wykonujących jego
polecenia, konformistów i skończonych
oportunistów pozbawionych kręgosłupa moralnego, którzy nie powinni się
nazywać dziennikarzami a „pismakami”
(określenie Władysława Terleckiego, wybitnego pisarza, autora między innymi
powieści „Pismak”) - jest nacjonalizmem,
a nawet szowinizmem czy faszyzmem.
I zawsze źle służyło Polsce i Polakom.
Natomiast plucie na świętości narodowe
i ukazywanie tradycji religijnej jako ciemnoty i zabobonu, jakoś nie budziło w czytelnikach „Głównej” odruchów niechęci
czy buntu. Największy moralista naszych
czasów, Redaktor – naczelny „Gazety
Głównej” - ten, który pouczał (i poucza
nadal), czym jest HONOR, wyklinał swoich adwersarzy i obrońców „Ciemnogrodu”, był i jest największym szkodnikiem
Polski i Polaków. Zakłamanie i hipokryzję, cynizm i dwulicowość łatwo wyczytać z „moraliów”, które ten pan głosi
na łamach swojego pisma. Wspomaga
go jego psiarnia dziennikarska (piszę
na wzór mickiewiczowskiego określenia
otoczenia Senatora z „Dziadów, części
III” – „psiarnia Nowosilcowa”), ludzie
o zaprzedanej duszy i bez skrupułów moralnych. Naszym elitom wystarcza tylko
kupowanie i lektura tej gazety, oglądanie
wiodącego kanału TV, aby widzieć świat
i Polskę oraz jej sprawy jednowymiarowo.
Jedynie słuszna opcja i wiara w słowa
i komentarze jedynie słusznego Redaktora i redaktoropodobnych – to „takie widzi
świata koło, jakie tępymi zakreśla oczy”
(„Oda do młodości” A. Mickiewicza).
Świat i Polska widziane przez pryzmat
„Gazety Głównej” są zdeformowane,
odrealnione, nieprawdziwe i zakłamane.
Jeśli Rudolf Starzewski, czyli Dziennikarz
z „Wesela”, widział Polskę w stańczykowskim zwierciadle, to dziś mamy to samo,
karmiąc się „mądrościami” płynącymi
z „Gazety Głównej”. Pocieszeniem może
jedynie być to, że nakład tej gazety jest
coraz mniejszy. Ale czy elity wywodzące
się z czasów PRL-u lub wychowane przez
nauczycieli ze skazą „postkomunizmu”
albo
lewicowo-liberalną
zrezygnują
z lektury tej antypolskiej gazety? Raczej
wątpliwe.
Polska właśnie, ukryta i bijąca w sercu
wielu Polaków, jest tym wyrazem patriotyzmu, który nie umarł, który żyje i wydaje owoce. Bo jak napisał inny poeta
okresu Młodej Polski, Jan Kasprowicz:
Rzadko na moich wargach –
Niech dziś to warga ma wyzna –
Jawi się krwią przepojony,
Najdroższy wyraz: Ojczyzna.
na marginesie 25
Zygmunt Pośpiech
Chopin – czy na pewno gruźlica?
Zarówno miłośnikom, jak i biografom
Fryderyka Chopina (22 II lub 1 III 1810
– 17 X 1849) nie daje spokoju pytanie
o przyczyny jego nieustannych problemów
zdrowotnych i przedwczesnej śmierci. Odpowiedź nadal kryje się w gąszczu zaginionych dokumentów i spornych teorii.
Chopin – twórca nieśmiertelnych dzieł
– zadziwia i fascynuje jako człowiek i...
pacjent. Pochłonięty od dziecka pracą
kompozytorską, inteligentny, wykształcony radził sobie z przeciwnościami losu
i trudami kawalerskiej egzystencji. Udzielając z zapałem lekcji gry licznym uczniom,
znajdował czas dla przyjaciół, na bywanie
w świecie, korespondencję i to mimo nierzadkich życiowych stresów i niedomagań
fizycznych. Szczególną wymowę ma fakt,
że w ciągu niespełna 40 lat życia – jak żaden inny kompozytor – korzystał z usług
ponad 30 lekarzy. Jarosław Iwaszkiewicz
w rozważaniach o Chopinie napisał, że
każdy szczegół jego życia ma dla nas niesłychaną wartość, a więc i szczegółowe
informacje na temat jego zdrowia. Chcę
podkreślić, że w dawniejszej, a nawet
nowszej chopinografii, sprawy zdrowia
poruszane były na ogół incydentalnie
i stanowiły drobny margines. Inna sprawa,
że dawniej nie było w zwyczaju rozpatrywanie niedomagań fizycznych wybitnych
twórców, a co dopiero mówić o chorobach
tak wstydliwych jak gruźlica lub tak błahych jak bóle głowy czy fluksje odzębowe.
Inną niekorzystną okoliczność stanowiło
to, że Chopin – w odróżnieniu od innych
wielkich romantyków, nie tylko taił swoje
dolegliwości – szczególnie przed rodziną
– ale i dysymulował, nie doceniając niebezpieczeństw z nimi związanych, co jednakże
nie przeszkadzało mu pilnie się leczyć.
Pierwsza z rodzimych publikacji autorstwa Skarżyńskiego ukazała się dopiero
w1960 r. W dalszych latach głos zabierali polscy historycy medycyny, ftyzjatrzy,
alergolodzy i laryngolodzy. Tych lekarzy
specjalistów nazwano patografami, dla
odróżnienia od muzykologów i biografów.
Określenie to jest pochodną pojęcia patografii, tj. nauki, która bada kompleksowo
życie wybitnych twórców z uwzględnieniem ich chorób i cech konstytucjonalnych. Wynikać by mogło, że temat jest
26 na marginesie
dostatecznie rozpatrzony, ale tak jednak
nie jest. Przede wszystkim większość autorów pomija niemal całkowicie liczne
niegruźlicze schorzenia Chopina. Powielany jest dawny pogląd o dobrym zdrowiu
w okresie warszawskim i wiedeńskim albo
nowsze medyczne sugestie niegruźliczego
podłoża jego podstawowej choroby. Wymienia się tu alergię, mukowiscydozę, rozstrzenie oskrzeli i temu podobne. Można
też dowiedzieć się o ponad 50 lekarzach,
których się radził, podczas gdy w rzeczywistości było ich 33 z tym, że kilku badało go tylko raz, a paru twierdziło, że się
u nich leczył. Nowe spojrzenie na choroby
Chopina umożliwiło opracowanie korespondencji George Sand wydane w 23 tomach we Francji w latach 1964-1990 oraz
wspomnienia jej córki Solange, która przez
11 lat przebywała w bezpośredniej bliskości kompozytora.
Ojciec – Mikołaj Chopin – cierpiał na
gruźlicę płuc o łagodnym długotrwałym przebiegu. Fryderyk wziął po nim
szczupłą sylwetkę, zbliżony wzrost około
170 cm, wydatny rzymski nos, gęstość
owłosienia, a także żywe, nerwowe usposobienie, skłonność do stanów kataralnych i do gruźlicy. Po matce – Justynie
– odziedziczył delikatną jasną cerę, kasztanowy odcień włosów oraz wcześnie ujawnioną predyspozycję do próchnicy zębów
i choroby reumatycznej. W latach 1810-1819 polscy kronikarze pisali zgodnie,
że od urodzenia był dzieckiem wątłym,
niepozornym oraz delikatnym niezmiennie, bladym i słabowitym. Początkowo
bardzo spokojny, rychło zaczął zdradzać
objawy nadwrażliwości. Należał do tzw.
dzieci niejadków i niebawem zaczął miewać zaburzenia gastryczne typu nadmiaru
kwasów. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpiał z powodu refluksu przełykowo – żołądkowego. Często i wcześnie skarżył się
na bóle zębów. W latach pacholęcych był
przede wszystkim wystawiony na dwa źródła infekcji: ze strony ojca oraz dziedziczki
Żelazowej Woli, hr. Ludwiki Skarbkowej,
zmarłej w 1827 r. najprawdopodobniej
z powodu gruźlicy płuc. Poza tym rozwijał
się prawidłowo i nie znając jeszcze pisma
muzycznego, skomponował pierwsze nie
opusowane utwory.
Do 13 roku życia pobierał nauki
w domu, w którym Chopinowie prowadzili stancję dla chłopców z ziemiańskich
rodzin. To u Frycka zwiększało możliwość
nadkażenia rozpowszechnioną wówczas
gruźlicą ze strony jego szkolnych kolegów, Białobłockiego oraz Rogozińskiego,
którzy później chorowali na suchoty. To
samo dotyczy wykładowcy warszawskiego konserwatorium W. Würfla, który nie
tylko bywał w domu rodziców, ale w latach 1822-1824 uczył Frycka gry na organach. Później często spotykał się z nim
w Wiedniu, a zmarł z powodu gruźlicy
płuc w 1832 r., w wieku 42 lat.
W związku z zaburzeniami gastrycznymi
i niezadowalającą kondycją ogólną (często
ulegał przeziębieniom), państwo Chopinowie ucieszyli się z propozycji rodziców
szkolnego kolegi Frycka – Dziewanowskiego, żeby razem z ich synem Dominikiem
spędził lato (1824) we wsi Szafarnia. Pod
czujnym okiem rodziców Dominika zażywał pigułki na przytycie, pił codziennie pół
karafki kwiatu lipowego i sześć szklanek
kawy z palonych żołędzi, którą zlecił lekarz, a jadał tylko białe bułki specjalnie dla
niego pieczone we dworze. Wiejski klimat
wyraźnie służył nastoletniemu mieszczuchowi, który mężniał i zdrowiał.
Później nastąpiło pogorszenie stanu
ogólnego zdrowia, wyrażające się osłabieniem, zwiększeniem pobudliwości nerwowej i emocjonalnej, złym wyglądem
zewnętrznym, bólami głowy, z powodu
których opuszczał lekcje. Obserwowano
kaszel i stany podgorączkowe. W najbliższym otoczeniu pojawiło się istotne
zagrożenie ze strony siostry Emilii, która
cierpiała z powodu otwartej gruźlicy płuc.
W 1826 r. lekarze warszawscy zalecili Fryderykowi, u którego podejrzewali stan
przedgruźliczy, wyjazd do Bad Reinertz,
czyli modnych podówczas Dusznik, który
miał stłumić chorobę w zarodku. (W rozumieniu współczesnej medycyny było to
uczynnienie wcześniej powstałego ogniska płucnego – tj. zespołu pierwotnego).
Skierowanie Fryderyka i Emilii, jak również
chorującej hr. Ludwiki Skarbkowej do odległego i kosztownego uzdrowiska, było błędem. W Dusznickim Diariuszu Lekarskim
było napisane Tuberculose ausgeschlossen
(gruźlica wykluczona), ponieważ w takich
przypadkach notowano tamże nawet zejścia śmiertelne. Tymczasem Fryderyk w
liście do Józefa Elsnera pisze, że jest postawiony na nogi i całkiem inny. Była zatem
poprawa, w czasie której dał dwa słynne
koncerty dobroczynne, ale była to poprawa tylko częściowa. Wystarczy bowiem
zajrzeć do następnego listu pisanego już
po powrocie do Warszawy, by przekonać
się, że jesień zeszła mu na kontynuowaniu
leczenia i zaostrzonym reżimie domowym
zarządzonym przez doktora Malcza: „idę
spać o 9. 00, wszystkie herbatki, wieczory,
bale w łeb wzięły”. Zachodziły poważne
obawy, że Chopin może być skazany na
suchoty, gdyż Emilka i pani Skarbkowa
zmarły rok później.
Stan zdrowia Fryderyka zdecydowanie poprawił się dopiero wiosną 1827 r.,
kiedy drobne jątrzące ognisko w płucach
uległo samoistnemu wygojeniu. Franken
(autor artykułu o lekarzach kompozytora)
twierdzi, że wstrząs, jaki Chopin przeżył
w związku z cierpieniem i śmiercią Emilki,
wpłynął na przedłużenie mu życia. Okres
od wiosny 1827 r. do lata 1830 r. to w
życiu Chopina nie tylko czas komponowania coraz doskonalszych utworów, w tym
obu koncertów F i E – mol, ale i utajenia
choroby płuc. Nadal jednak miewał bóle
głowy, nieżyty nosa, a zwłaszcza bóle zębów. Samopoczucia nie poprawiały również stany eskscytacji nerwowej i emocjonalnej spowodowane przepracowaniem.
Stephen Heller, pianista węgierski, w roku
1829 występował w Warszawie i wówczas
widział Fryderyka. Zanotował, że był: „
wątły, szczupły, miał zapadnięte policzki,
mówi się tu, że jak wielu geniuszy, umrze
młodo ”. Nie kłóci się to z późniejszymi
wspomnieniami Konstancji Gładkowskiej
: „ nie okazałby się dobrym mężem, gdyż
był nerwowy, pełen przeróżnych fantazji
i słabowity ”. Wiosną 1830 r. w listach do
przyjaciół skarży się pisząc: „jeszcze się męczę i słabnieję”, „jakoś przytomność często
mnie odchodzi, czasem czuję się jak pijany”. Skąd u 20– letniego młodzieńca, z dyplomem geniusza muzycznego w kieszeni,
tyle i to tak poważnych obaw o zdrowie,
o brak sił i przytomność? Nie były to „zwykłe dolegliwości”, lecz zaburzenia równo-
wagi psychicznej, jeśli nie neuropatyczna
hiperekscytacja oraz fizyczne osłabienie
z utratą wagi i przewlekającą się infekcją
dróg oddechowych. Nie można w tym
miejscu nie zauważyć, że podobnym stanom Chopina w dużej mierze zawdzięczać
należy powstanie utworów, między innymi
takich jak Etiuda Rewolucyjna. Dosłownie
nieco później, w maju 1831 r., w liście do
przyjaciół Chopin dziwi się swemu nadspodziewanie dobremu zdrowiu i dodaje,
że jest to zasługą malfatowskich zupek, tj.
posilnej polskiej diety, jaką mu wcześniej –
obok psychoterapii – zastosował wiedeński lekarz, przyjaciel Beethovena, żonaty
z Polką – dr Giovanni Malfatti. Dr Malfatti
nie wiedział, że Fryderyk miał już początki
gruźlicy i nie zapobiegł jego odwiedzinom
u Würfla, będącego wówczas w zaawansowanym stadium tej choroby, co niewątpliwie przyczyniło się do ponownego
nadkażenia gruźlicą i uczynnienia zespołu
płucnego. Tak więc powielanie informacji
o pełnym zdrowiu młodego Chopina w
okresie warszawskim i wiedeńskim to legendy. Prawdą natomiast jest, że właśnie
wtedy w pierwszej lub drugiej dekadzie
życia uległ zakażeniu gruźlicą. Potwierdził to poniekąd sam Chopin, który w liście do lekarza Jana Matuszyńskiego pisał:
„a wiesz, ile razy się ja już rozłaził?” Ftyzjatrzy twierdzą, że nawroty gruźlicy brane
często są za przeziębienie i z czasem stają
się coraz częstsze, a okresy remisji, krótsze.
Ta opinia zbieżna jest z odczuciami Chopina. Poza tym gruźlica nie upośledza w
zasadzie zdolności do pracy, przy czym jej
jad – tuberkulina – niczym narkotyk – działa toksycznie, ale jednocześnie pobudza
aktywność i kreatywną wyobraźnię. Co
ważne, intoksykacja tuberkulinowa może
oddziaływać również w okresach remisji.
Lata 1831-1835 to okres remisji, w którym szybko ugruntowała się jego wyjątkowa sytuacja materialna i społeczna. Zaczął
wydawać utwory zarówno napisane wcześniej (głównie etiudy), jak i nowe, udzielał
lekcji, bywał w wielkim świecie. Innymi
słowy, w życiu młodego kompozytora rozpoczął się szczęśliwy czas, kiedy cieszył się
dobrym, jakkolwiek delikatnym zdrowiem.
Czas bardzo pracowity, wypełniony pracą
i podróżami, ale bez dostatecznego rege-
nerowania sił. Pisał wtedy z Wiednia, że
„serio mówiąc, moje zdrowie nędzne”, ale
jednak przybrał na wadze i zmężniał. W listopadzie 1835 r. po dalekich rozjazdach –
Karlowe Vary, Dziczyn, Drezno, Lipsk oraz
po przebyciu choroby przeziębieniowej
– doktorzy Raciborski i Matuszyński rozpoznali ostry nieżyt oskrzeli, a po dłuższym
czasie, kiedy wysoko gorączkował i miał
krwioplucie, stwierdzili zapalenie płuc
i rozpad ogniska gruźliczego. Chopin, mając 25 lat przeczuwał śmierć i sporządził
testament, ani trochę jednak nie zmienił
sposobu życia.
Wczesną wiosną w 1836 r. znowu ciężko
zapadł na zdrowiu. Należy przypuszczać,
że była to wznowa przewlekłej choroby.
Młodsza siostra Marii Wodzińskiej pisała
o nim, że nieraz sprawiał wrażenie chorego suchotnika, którego dni są policzone.
Kiedy wstawał od fortepianu zawsze był
tak wyczerpany i zdenerwowany, iż nie
wiedział, co się z nim dzieje, robiąc wrażenie człowieka, który lada chwila ma zemdleć. Remisje zasadniczej choroby ulegały znacznemu skróceniu. W dużej mierze
sam się do tego przyczynił, gdyż nie było
siły, która by go skłoniła do zmiany „ rutyny paryskiej”. Przyjmował co prawda mikstury wykrztuśne, lecz nadal ciężko pracował. Wbrew zaleceniom lekarzy ubierał
się lekko i elegancko, późno chodził spać
i wcześnie wstawał. Nie stosował diety,
odżywiał się w restauracjach i na przyjęciach. Zapewne też nie leczył zębów. Toteż
już w lutym 1837 r., kiedy w Europie szalała epidemia grypy, nastąpiło katastrofalne
pogorszenie zdrowia, z powodu którego
musiał kilka tygodni leżeć w łóżku. Był
to najprawdopodobniej trzeci rzut gruźlicy. Chopin był tak wycieńczony, że trzeba
było odwołać jego udział w koncercie Lista. Był też niespokojny co do wzajemności Marii Wodzińskiej, a utwór który miał
być marszem weselnym, przerodził się
w marsz żałobny.
Po rozstaniu z Marią Wodzińską,
w roku 1838 związał się z George Sand.
Związek ten do dziś frapuje badaczy
ze względu na diametralnie różne opinie co do jego charakteru. Na przykład
E. Gauche zauważa, nie bez złośliwości, że 28-letni Chopin był nowicjuszem
na marginesie 27
w miłości, a z kolei G. Sand w tym czasie
pisze o trzech miesiącach szczęścia i upojenia. W listopadzie, 8 dni po przyjeździe
na Majorkę, doszło ponownie do poważnego zaostrzenia choroby. Epizod marokański składał się właściwie z dwóch
epizodów przedzielonych ponad miesięczną remisją, która umożliwiła kompozytorowi ukończenia cyklu preludiów.
Pojawiły się bóle w klatce piersiowej oraz
przedłużający się bezgłos z zaburzeniami
połykania. Po trzech miesiącach napisał:
„ zaczynam mówić i jeść jak wszyscy”.
Pragnę przypomnieć, że w pierwszej połowie XIX wieku tylko w Hiszpanii i we
Włoszech gruźlicę zaliczano do chorób
zakaźnych i zwalczano ją przede wszystkim za pomocą izolowania chorych i dezynfekowania przedmiotów, z którymi
się stykali. W innych krajach, jak Polska
i Francja, izolację, kwarantanny itp. środki stosowano tylko w przypadkach cholery i dżumy. Opiekuńcza G. Sand wezwała najlepszych na Majorce lekarzy. Choć
w szczegółach niezupełnie zgodni, w
rzeczywistości dokonali oni sumiennego
badania, ustalili właściwe rozpoznanie,
uzgodnili sposób leczenia i w rezultacie
wyprowadzili chorego z niebezpiecznego stanu. Nie ukrywali, że idzie o ostrą
postać suchot o złym rokowaniu. Postępowanie lekarzy Chopin opisał 3 grudnia
1838 r. w liście do Juliana Fontany: „ jeden wąchał com pluł, drugi stukał skądem
pluł, trzeci macał i słuchał jakem pluł. Nie
mów ludziom, żem chorował, bo zrobią
bajkę”. Chopin i G. Sand zgodzili się tylko na leczenie zachowawcze i o dziwo,
po dwóch tygodniach nastąpiła pewna
poprawa. Z czasem, wobec narastającej
niechęci miejscowej ludności, która obawiała się, że Chopin choruje na gruźlicę,
jedyną osobą go doglądającą była George, dzielna przyjaciółka. Dokładała wszelkich starań, by postawić ukochanego na
nogi, jednak trudności z aprowizacją i surowe warunki klasztoru, w którym się zatrzymali, nie sprzyjały jej wysiłkom. Ostatecznie w lutym 1839 r. Chopin i Sand
z dziećmi ruszyli w trudną drogę powrotną. Krytyczny stan Fryderyka skłonił
ich do zatrzymania się w Marsylii, gdzie
kompozytorem zajął się doktor Francois
28 na marginesie
Cauviere. Jego opieka przyniosła niespodziewane rezultaty. Chopin wydobrzał na
tyle, że prosił Juliana Fontanę, żeby spalił
jego pozostawiony w Paryżu testament.
Doktor zalecił Chopinowi długi pobyt
na wsi. Fryderyk i George pojechali do
jej posiadłości w Nohant. Tam czekał na
Chopina dr Gustave Papet. Wydawało się
po pewnym czasie, że Fryderyk na dobre
stanął na nogi i pod koniec lata powrócił
do Paryża. Niestety, niekończące się wieczory koncertowe, dysputy, obiady, wielogodzinne lekcje i całe mnóstwo innych
miejskich atrakcji na powrót nadwerężyły
jego zdrowie. Poza tym złożony boleścią
po śmierci ojca, przeleżał dwa tygodnie
w skrajnej depresji. Stan jego zdrowia
stale się pogarszał, aż do maja 1847 r.,
kiedy nastąpił silny atak choroby, którą
zdiagnozowano jako astmę. Złożonego
niemocą kompozytora doglądał dr Jean-Jacques Molin, który rozpoczął kurację
homeopatyczną. Przyniosła ona wyraźną poprawę, skoro Fryderyk mógł wziąć
udział w dobroczynnym koncercie w sali
Hertza.
Nieznaną dotąd u Fryderyka chorobą
był ostry napad reumatyzmu, prawdopodobnie skłonność po matce i na pewno
powikłanie zakażeń odzębowych. Pojawiły się pierwsze rozdźwięki w ich związku,
coraz większa abstynencja, według niego
„ nie do zniesienia”, a z nastaniem jesieni zwiększona wrażliwość na czynniki
fizyczne, jak zimno, wilgoć i mgła. Towarzyszyły temu pojawiające się okresowo
febry, z powodu których był zmuszony
coraz częściej przebywać w domu, cieplej
się ubierać. Odwoływał lekcje z uczniami
i nie przyjmował znajomych. W tym
okresie jego samopoczucie było skrajne,
G. Sand skomentowała, że „ jego zdrowie
było równie dziwaczne co charakter”. Tę
opinię potwierdza relacja uczennicy Chopina, Rosengardówny, zgodnie z którą
„na jednych lekcjach skarżył się na coraz
rzadszy oddech i drgania konwulsyjne,
a grając robił się niepokojąco blady, na innych śmiał się, pokpiwał, a bywało, że tupał nogami a nawet skakał”. Prawdą jest,
że Chopin o swoich dolegliwościach pisał
w stanach wyraźnej poprawy, stąd całkiem inna ich ocena oraz nierzadkie ironi-
zowanie także na temat lekarzy, którymi
w chwilach słabości bynajmniej nie gardził. Z kolei w innym liście pisała, że jest
„żółty zwiędły, zmarznięty, a podpisując
się (nie ukończywszy jeszcze 35 lat) zaczął
przy swoim nazwisku dodawać żartobliwie i nie bez krytycznej samoobserwacji
– stary, bardzo stary, a nawet mumicznie
stary”. Miał dusznościowe ustawienie
klatki piersiowej, a na twarzy zawsze wyraz jakiejś troski albo cierpienia. Miał nawroty chrypki usprawiedliwionej ciągłym
odkrztuszaniem.
Zadziwia okoliczność, że przy takiej
eskalacji zaburzeń, chorób i ich następstw
oraz intensywnej pracy pedagogicznej
i redaktorskiej powstały dzieła tej miary
co Barkarola, Polonez – Fantazja, czy sonata wiolonczelowa. Innymi słowy, lata
1840 – 1847, kiedy pojęcie „ zdrowie
Chopina” właściwie zatraciło swój sens,
są równocześnie szczytowym, trzecim
– według muzykologów – okresem twórczym. Można postawić tezę, że Chopin
tworzył nie tylko mimo rozlicznych cierpień, lecz w pewnym stopniu poprzez nie
i pod ich wpływem. Podobną myśl wyraził
F. Liszt twierdząc, że w aurze nieuleczalnej
choroby tworzył swoje największe dzieła.
Chory na płuca Karol Szymanowski, pisząc
o Chopinie, wyraził się podobnie, mówiąc
że „ ludzkość nie wie, ile zawdzięcza prątkom gruźlicy”.
Nie ulega wątpliwości, że Chopin pomimo licznych chorób mógł żyć kilka,
a nawet kilkanaście lat dłużej, gdyby nie
wcześniejsze zaniedbania zdrowia i zima
na Majorce, zerwanie z George Sand,
a także wyjazd do Londynu i Szkocji. Londyn ze swoim klimatem był odwrotnością
tego wszystkiego, czego potrzebował.
W Anglii dał dwa koncerty, na początku
i pod koniec września. Oto, jak zapamiętał
go jeden ze słuchaczy: „obracał się żywo
w towarzystwie, z jasno kasztanowymi
włosami, chudą twarzą”. Podkreślał jego
blady, prawie trupi wygląd. Inni natomiast
zachwycali się cieniowaną grą – jednakże
piano niż forte.
J. Cruveilher napisał w znajdującym się
w Anglii skrypcie, że u Chopina doszło
do wysiewu gruźlicy z płuc do osierdzia,
niezależnie od istniejącej już niedomogi
mięśnia sercowego, czemu towarzyszyły
powikłania w postaci bólu brzucha i biegunki. Ciekawostką jest to, że w rozdziale
o chorobach serca autor umieścił nazwisko Chopin na marginesie opisu gruźliczego zapalenia osierdzia. Nie wiadomo
czy uczynił to bardziej z uwagi na osobę
chorego, czy na rzadkość powikłania.
Dnia 21 listopada konsultował go klinicysta i znawca gruźlicy, lekarz królowej Wiktorii, sir James Clark, który bez
ogródek orzekł zaawansowane suchoty.
Zapisał środki objawowe i zlecił natychmiastowy powrót do Paryża. Chopin już
na statku czuł się bardzo źle, niespokojnie minęła mu również pierwsza noc po
powrocie do Francji, spędzona w hotelu.
Po przyjeździe, 24 listopada, dotarła do
niego wiadomość o śmierci doktora Molina, którego darzył wielkim zaufaniem.
Opiekę nad wycieńczonym pacjentem
niemal jednocześnie przejęli czterej lekarze. Wizyty tych specjalistów – niekiedy
dwukrotnie w ciągu dnia – kosztowały
majątek. Pieniędzy brakowało, bowiem
kompozytor nie mógł dostatecznie dużo
zarabiać. Lekcje gry dawał tylko tym
osobom, których nauczanie nie wymagało dużego wysiłku. Należały do nich
protektorka artystów Maria Kalergis,
Delfina Potocka, baronowa Rothschild
i księżna Marcelina Czartoryska. Osłabiony Fryderyk zimę spędził w domu. O lekarzach, którzy odwiedzali go w tym czasie, pisał do Solange: „błądzą po omacku
a ulgi mi żadnej nie przynoszą. Wszyscy
są zgodni, że potrzebny mi jest dobry klimat, spokój i odpoczynek. Odpoczynek
znajdę pewnego dnia i bez ich pomocy”.
W tym samym liście pisał:„ słońce wiosenne będzie moim najlepszym lekarzem”.
I rzeczywiście tak się stało. Po kilku miesiącach Chopin poczuł się na tyle dobrze,
że znów zaczął odbywać spacery po mieście. Próbował komponować, jednak nie
przychodziło mu to łatwo.
Na początku lipca wystąpiła biegunka,
o której ówcześni lekarze dobrze wiedzieli, że jeśli się pojawi u chorego na
suchoty, oznacza rychły koniec. Z tego
powodu poproszony został Jean Cruveilher. Profesor potwierdził rozpoznanie i wykluczył planowany przez Chopi-
na wyjazd na zaproszenie Potockiej do
Nicei. Chorego artystę odwiedził malarz
E. Delacroix. Fryderyk godzinami prowadził z nim rozmowy o przemijającym życiu,
sztuce, muzyce, a także o George Sand,
o której wciąż nie mógł zapomnieć. Bywał też niedawno poznany Cyprian Kamil
Norwid. Kompozytora odwiedzał dawny
znajomy z Warszawy ksiądz Aleksander
Jełowicki. Zapragnął on przywrócić Chopina na łono kościoła, ten jednak, mimo że
deklarował chęć wyspowiadania się, twierdził, że nie będzie traktował spowiedzi w
kategoriach sakramentu. W końcu nasilenie choroby wzmogło się tak znacznie, że
przyjaciele artysty stracili wszelką nadzieję
na jego powrót do zdrowia. Niebawem
w ogóle nie wstawał już z łóżka i prawie
zupełnie przestał mówić. Na wieść o tym
przyjechała z Warszawy jego siostra, która
pozostała w Paryżu i do samego końca czuwała przy jego łóżku. Chopin widział niepokój i lęk całego otoczenia, czytał w oczach
złe przeczucia i coraz bardziej wzmagający
się smutek. Zachował się jednak tak, jakby
niczego nie dostrzegał. Chciał być pochowany obok V. Belliniego, z którym utrzymywał równie zażyłą i serdeczną przyjaźń
w czasie pobytu w Paryżu.
W pierwszych dniach października rozwiały się już wszelkie złudzenia. Krytyczna chwila zbliżała się nieuchronnie. Siostra artysty i jego uczeń i przyjaciel, Adolf
Gutmann, ustawicznie czuwali przy chorym, ani na chwilę nie opuszczając jego
pokoju. Hrabina Potocka, patrząc na cierpienia Chopina, była głęboko wzruszona,
łzy płynęły jej z oczu. Na prośbę Fryderyka
śpiewała mu słynną pieśń do Najświętszej
Panny. Chopin poczuł się gorzej i wszystkich ogarnęło przerażenie. Odruchowo
rzucili się na kolana, a on sam jak gdyby wiedząc z góry, że nadchodzi decydująca chwila, zapragnął natychmiast
przyjąć ostatni sakrament. Kiedy ksiądz
Aleksander Jełowicki udzielał mu komunii świętej, umierający przyjął ją z wielką
pobożnością, otoczony gronem przyjaciół. W nocy z poniedziałku na wtorek nie
wymówił już ani jednego słowa i zdawał
się nie rozróżniać otaczających go osób.
17 października 1849 r. około godziny
drugiej po północy zaczęła się agonia.
Zimny pot obficie spływał mu z czoła. Na
chwilę spokojnie zasnął, po czym spytał
ledwie dosłyszalnym szeptem – „kto jest
przy mnie?” Pochylił głowę i ucałowawszy rękę podtrzymującego go Gutmanna,
wydał ostatnie tchnienie. Umarł tak jak
żył, kochając.
Żywiąc nabożną cześć dla geniuszu Mozarta, prosił przed śmiercią, by w czasie
jego pogrzebu odegrano Requiem. Życzeniu uczyniono zadość.
Dokumenty związane ze śmiercią Chopina spłonęły w 1871 r. i podczas II wojny
światowej. Co się tyczy rozpoznania wpisanego na dokumencie wydanym przez
Cruveilhera, to musiało ono brzmieć mniej
więcej tak : niewydolność serca spowodowana przez rozległą jamisto-włóknistą
gruźlicę płuc.
Reasumując, należy podkreślić, że
główna choroba Chopina, gruźlica płuc,
przybrała formę jawną i postępującą,
kiedy miał 25 lat. Do zaburzeń i chorób
o podłożu niegruźliczym w części dotąd
nieznanych należały: nerwobóle twarzy,
próchnica zębów, rozstroje nerwowe typu
schizoidalnego, częste nieżyty górnych
dróg oddechowych, epizody choroby reumatycznej oraz zespół sercowo – płucny
Nie bez znaczenia były cechy konstytucjonalne kompozytora, liczne stresy życiowe
oraz ogólna intoksykacja. Jeśli mimo walki
z tyloma chorobami i przeciwnościami losu
przeżył 39 lat, ciężko przy tym pracując, to
trzeba to zawdzięczać dobrym warunkom
bytowym, brakowi typowych nałogów,
troskliwej opiece rodziny, G. Sand i długotrwałemu leczeniu.
Przyczyną śmierci był skokowy rozwój
gruźlicy płuc, a zwłaszcza jej rozsiew do
innych narządów, a bezpośrednią – wtórna niedomoga serca. Leczenie Chopina na
pewno nie miało nic z eksperymentu. Składały się na nie kąpiele wzmacniające, aeroterapia – długie pobyty na wsi, potem w
Nohant, wzbogacona dieta, zabiegi takie,
jak inhalacje, masaże oraz różnorodne leki
o działaniu kojącym, mukolitycznym, przeciwkrwotocznym, co w sumie przedłużyło
mu życie. Była w tym niemała zasługa
przynajmniej części z jego trzydziestu kilku
lekarzy działających zgodnie z możliwościami ówczesnej medycyny.
na marginesie 29
Stanisław Kostkiewicz
Rodem – warszawianin, sercem Polak
„Rodem warszawianin, sercem – Polak,
a talentem obywatel świata” – tak Cyprian
Kamil Norwid określił najwybitniejszego
kompozytora polskiego – Fryderyka Chopina. Znał go osobiście, bywał na jego koncertach, odwiedzał w mieszkaniu, gdy leżał
już na łożu boleści i oczekiwał na śmierć.
W jednym z esejów napisanym piękną
polszczyzną, a mianowicie w „Czarnych
kwiatach”, opowiedział o swoich ostatnich spotkaniach z Fryderykiem. Czarny
kolor kojarzy się nam tradycyjnie z żałobą,
bo krepa czy kir ma właśnie taką barwę,
stąd „Czarne kwiaty”, w których między
innymi pisał o ostatnich dniach życia naszego wielkiego kompozytora i wirtuoza
fortepianu. Bo Chopin, o czym się czasem
zapomina, był również znakomitym, po
mistrzowsku grającym na fortepianie wirtuozem. Norwid pisze o czarnych kwiatach,
których praktycznie w naturze nie ma, jak
nie ma czarnej róży, a tylko kolorem jest
bliska czerni. Ten kolor to smutek, żałoba, żal, śmierć, odejście i umieranie. Jest
w nim coś majestatycznego, odświętnego,
nadzwyczajnego, ale i pięknego, bo związanego z myśleniem o tym drugim świecie,
a właściwie zaświatach, gdzie wędrujemy
po śmierci. Fryderyka Chopina w ostatnią
drogę na cmentarz paryski odprowadzały
tłumy wielbicieli jego talentu, przyjaciele
i znajomi, w tym siostra Konstancja, która przyjechała do Paryża, aby towarzyszyć
bratu przy jego umieraniu. To ona zdecydowała się przewieźć przez granicę serce
Fryderyka. Prochy Chopina pozostały we
Francji, serce powędrowało do Polski, do
kraju, gdzie się urodził, spędził lata dzieciństwa i młodości, zdobył wykształcenie
muzyczne i uznanie, gdzie zaczął koncertować i zdobywać sławę. Do kraju, który
ukochał, uznał za swoją ojczyznę, bo zawsze czuł się Polakiem i podkreślał swoją polskość, a nie francuskość (po ojcu
był przecież Francuzem, o czym świadczy
jego nazwisko). Urnę z sercem Fryderyka
Chopina wmurowano w jeden z filarów
warszawskiego kościoła Świętego Krzyża.
Widnieje na nim cytat z Ewangelii: „Gdzie
skarb twój, tam serce twoje”. Kościół został zrujnowany w czasie powstania warszawskiego, ale urna z sercem Chopina
ocalała. Warszawa – Mazowsze – Żelazowa
30 na marginesie
Wola nad Utratą, gdzie się urodził i gdzie
w pięknym, jakże polskim dworku znajduje się muzeum jego imienia, to serce Polski, tu odbywają się koncerty wirtuozów
z całego świata. Trzeba być w Żelazowej
Woli, w otaczającym dworek pięknym
i urokliwym parku, trafić na koncert fortepianowy, aby wczuć się w niepowtarzalną
atmosferę tego miejsca i przeżywać niezapomniane wzruszenia muzyczne. To jedno
z tych miejsc, gdzie tak wyraźnie bije serce
Polski, gdzie można nałykać się „ojczyzny-polszczyzny”. Drugim takim miejscem są
Łazienki w Warszawie, gdzie znajduje się
pomnik Fryderyka Chopina pod wierzbą
(nieodzownym elementem pejzażu mazowieckiego, który tak ukochał i tak bardzo
mu go brakowało na emigracji we Francji), gdzie odbywają się koncerty fortepianowe przyciągające rzesze słuchaczy.
Autorem tego pięknego, romantycznego
w swej wymowie monumentu jest Wacław
Szymanowski, wybitny rzeźbiarz okresu
Młodej Polski i Dwudziestolecia międzywojennego, (jego projektu jest także nasz
wrocławski pomnik Juliusza Słowackiego,
znajdujący się w parku jego imienia, nieopodal Panoramy Racławickiej). Wiemy, że
wykonywanie muzyki Chopina zabronione
było przez hitlerowców w okresie II wojny
światowej. Za złamanie tego zakazu groziły surowe kary, ale mimo to wykonywana
była konspiracyjnie, bo budziła uczucia patriotyczne i poiła nadzieją na lepszą przyszłość. Zdemontowano też i przetopiono
na armaty warszawski pomnik Chopina, jak
zresztą inne monumenty, które przypominały heroiczną przeszłość Polaków. O tym
barbarzyńskim czynie wzruszający wiersz
napisał Leopold Staff („Na zburzenie pomnika Fryderyka Chopina w Warszawie”).
Przypominamy go, bo ma on uniwersalne
przesłanie i najlepiej wyraża nasze uczucia
wobec narodowego kompozytora, jakim
był niewątpliwie Fryderyk Chopin. Wiersz
nie jest tak znany jak inne utwory Staffa,
dlatego powinno się go popularyzować,
szczególnie teraz, w dwusetną rocznicę
urodzin Chopina, kiedy w dodatku obchodzimy Rok Chopinowski.
Trzeba koniecznie wspomnieć o Międzynarodowym Festiwalu Chopinowskim
w Dusznikach Zdroju. Tu przebywał i kon-
certował Fryderyk Chopin, dlatego na jego
cześć odbywają się muzyczne recitale starszych i młodych wirtuozów fortepianu.
Tym ostatnim często otwierają one drogę
do światowej kariery. Oczywiście, nie dorównuje on rangą Międzynarodowemu
Konkursowi Chopinowskiemu, który odbywa się co pięć lat w Warszawie. To wielkie
święto muzyki Chopina, która rozbrzmiewa w całej swej wielkości, wykonywana
przez najlepszych pianistów z Europy, Azji
i obu Ameryk. Przyciąga rzesze wielbicieli
tej muzyki i jej wykonawców. Konkurują
ze sobą najlepsi, więc poziom jest bardzo
wysoki, a zdobywcy nagród mają otwarte
drzwi do sal koncertowych na całym świecie. Ostatni, XV Konkurs, przyniósł zwycięstwo polskiemu wykonawcy Rafałowi
Blechaczowi, który koncertuje już na wielu
scenach świata i rozsławia muzykę polską,
w tym właśnie Fryderyka Chopina.
W czym tkwi fenomen muzyki Chopina i światowa sława kompozytora? Jego
pierwsza kompozycja ukazała się drukiem,
gdy miał zaledwie siedem lat (genialne
dziecko). A talent improwizacyjny młodego Chopina budził podziw w warszawskich
salonach. „Szczególna zdolność – geniusz
muzyczny” – napisał o swoim uczniu Józef
Elsner. „Kapelusze z głów, panowie – oto
geniusz” – tak zareagował Robert Schumann na pierwsze lipskie wydanie utworów Chopina.
W czasie licznych wycieczek w podwarszawskie okolice Fryderyk często słuchał wiejskich kapel i notował w pamięci
melodie. W momencie wyjazdu z kraju
w 1830 roku był już w pełni ukształtowanym artystą. Na rogatkach Warszawy przyjaciele wręczyli mu puchar z ziemią ojczystą. Do kraju miał już nie wrócić, a ziemia
z pucharu została rozsypana na jego grobie w Paryżu, gdzie zmarł na gruźlicę, nie
dożywszy czterdziestu lat.
Chopin gry na fortepianie uczył się najpierw w Warszawie u Wojciecha Żywnego, następnie w latach 1826-29 studiował teorię muzyki i kompozycję w Szkole
Głównej Muzyki pod kierunkiem Józefa
Elsnera. W wieku 8 lat zaczął koncertować publicznie, występując między innymi w salonach warszawskiej arystokracji.
W 1826 roku w czasie kuracji dał kon-
cert na cele dobroczynne w Dusznikach,
a w 1829 roku – w Wiedniu. Z początkiem
listopada 1830 roku wyjechał na zawsze
z kraju, by w 1831 roku osiedlić się w Paryżu. Początkowo koncertował publicznie,
m. in. w salonach Pleyela w Paryżu, w Czechach, Niemczech, Anglii. Łącznie dał 30
koncertów. Występował głównie podczas
kameralnych spotkań w różnych salonach
arystokracji, gdzie nie tylko grał własne
utwory, ale także improwizował, wzbudzając zachwyt publiczności. Z czasem poświęcił się jednak przede wszystkim komponowaniu i pracy dydaktycznej, dając
lekcje gry na fortepianie. Zaprzyjaźnił się
ze znaną pisarką francuską, George Sand,
z którą odbył podróże na wyspę Majorkę
w 1838 roku. Te nie zawsze romantyczne,
a często trudne chwile między Chopinem
a George Sand przedstawił Jarosław Iwaszkiewicz w dramacie „Lato w Nohant”, a
Andrzej Żuławski w filmie „Błękitna nuta”
(ciekawostką jest obsadzenie w roli głównej, czyli Chopina laureata Konkursu Chopinowskiego, pianisty Janusza Olejniczaka,
z której to wywiązał się znakomicie).
Chopin utrzymywał też bliskie kontakty z wieloma artystami tego okresu,
m. in. Franciszkiem Lisztem, Robertem
Schumannem czy z Eugene’em Delacroix,
który malował jego portrety. Mocno też
związał się z życiem Wielkiej Emigracji,
przyjaźniąc się z Adamem Mickiewiczem,
Cyprianem Kamilem Norwidem, Stefanem
Witwickim i Delfiną Potocką.
Chopin należał do tej generacji muzyków romantycznych, którzy stworzyli
polską szkołę narodową w muzyce. Jego
dorobek obejmuje kompozycje fortepianowe: z orkiestrą 2 koncerty (F-moll
z 1829 roku, E-moll z 1830 roku), wariacje B-dur na temat „Don Giovanniego”
W. A. Mozarta. Także: 3 sonaty, 2 fantazje, 27 etiud, 26 preludiów, 16 polonezów,
58 mazurków, 17 walców, 21 nokturnów,
4 ballady, 4 scherza, 4 impromta, 1 kołysankę, 1 barkarolę, 19 pieśni (inspirowanych m. in. utworami S. Witwickiego,
A. Mickiewicza, B. Zaleskiego, Z. Krasińskiego, z których „Życzenie” i „Znasz-li ten
kraj” są chyba najbardziej znane).
Muzyka Chopina łączy bogactwo treści
emocjonalnych z doskonałością formy.
Ważnym czynnikiem inspirującym kompozytora była polska muzyka ludowa (głównie z regionu Mazowsza i Kujaw) i pieśni
narodowe. Chopin wzbogacił m. in. zasób
środków harmonicznych, wykształcił specyficzny typ melodyki kantylenowej, zmodyfikował i udoskonalił tradycyjne formy
muzyczne (np. sonatę, preludium). Wywarł ogromny wpływ na rozwój muzyki
II połowy XIX wieku i początków XX wieku
(np. Liszta, Wagnera), na przedstawicieli
tzw. szkół narodowych, głównie rosyjskiej
i skandynawskiej. Chopin spopularyzował fortepian jako instrument muzyczny
i muzykę fortepianową. Fakt wyrzucenia
w 1863 roku przez żołnierzy carskich na
bruk uliczny fortepianu, na którym grywał,
posłużył C. K. Norwidowi do stworzenia
jednego z najsłynniejszych jego wierszy
– „Fortepianu Szopena”, sumującego poglądy poety na życie i sztukę:
Tyś znał na ducha swego wysokości
Stokrotnie sroższą męczarnię boskości
I skromny spiż twój taka kryła chwała,
Że godnie tykać go jedynie śmiała
Muzyką blasków swych Różanopalca.
Aż się targnęła dzika dłoń zuchwalca
Na twój majestat. Zbir, wściekłością ślepy,
Rozbił twą niemą postać na czerepy.
Rozkaz przedśmiertny obarczył mordercę.
– Jeżeli umrę, przebijcie mi serce,
Aby żywego mnie nie pogrzebano –
Rzekłeś. I jesteś dzisiaj jedną raną.
Ostatnia wola twa się dokonała,
Bo twoim sercem jest twa ziemia cała,
Którą przebito skroś. I jesteś żywy.
Nie pogrzebany, w otchłani burzliwej
Chmur gromów, grając – o, bogom
podobny! –
Nieszczęście świata Wielki Marsz Żałobny.
(„Martwa pogoda”, 1946)
A w tym, coś grał: taka była prostota
Doskonałości Peryklejskiej, […]
I była w tym Polska, od zenitu
Wszechdoskonałości dziejów
Wzięta, tęczą zachwytu –
Polska – przemienionych kołodziejów!
Muzyka Chopina jest niezwykle bogata,
wszechstronna, ale nie zawsze prosta. Na
pewno brzmią nam w uszach „Marsz żałobny” z Sonaty B-moll (ostatnio choćby
na pogrzebie świętej pamięci prezydenta
RP Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki
oraz ofiar tragedii smoleńskiej), mazurki,
scherza (zwłaszcza H-moll – z motywem
kolędy „Lulajże Jezuniu”) czy preludium
z motywem ulubionej przez kompozytora
pieśni „Laura i Filon”. Muzyka Chopina jest
ponadczasowa, zniewala coraz to nowe
pokolenia.
LEOPOLD STAFF
ZNISZCZENIE POMNIKA CHOPINA
W WARSZAWIE
Wyrażał ciebie nie brąz, lecz powietrze
Drżące dźwiękami, co od marzeń letsze
Plotą się z sobą jak aniołów ręce
W niebiańskich chórów harmonijne wieńce.
Choć cię, wolnego już, jak nas nie gniecie
Bezmiar podłości w ukochanym świecie,
rys. Paweł Jaszczuk
na marginesie 31
Olesko, fot. http://longinus.org.pl
Krzysztof Bauer
Miasta hetmańskie
Ci, którzy jeszcze w latach 70-tych i 80-tych ubiegłego wieku chcieli odwiedzać
ŻÓŁKIEW, spotykali się z odmową, bo takiego miasta nie było w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej. Od 1945
do 1991 roku miasto to bowiem nosiło
nazwę Nesterow. Dziś znów jest Żółkwią,
bo to siedziba rodowa Żółkiewskich i miejsce spoczynku hetmana Stanisława Żółkiewskiego, bohatera bitwy pod Cecorą.
Żółkiew pierwotnie nazywała się Winniki,
a wzmiankę o nich odnajdziemy już w 168
roku. To zachwycające zabytkami miasto
leży w ziemi lwowskiej, a jego historia to
wycinek historii Polski. Dziedzic, Andrzej
Wysocki, w 1556 roku darował swoje dobra Stanisławowi Żółkiewskiemu, wojewodzie bełskiemu. Po śmierci wojewody
jego syn, także Stanisław, jako kasztelan
lwowski i hetman polny, zbudował dla
mieszkańców kościół Najświętszej Marii
Panny oraz cerkiew. W 1594 roku miasto
splądrowali Tatarzy. Skłoniło to właściciela do obwarowania Żółkwi. Rozpoczęła się
budowa zamku obronnego, a naprzeciwko
niego kościoła we włoskim stylu. W 1595
roku król Zygmunt III Waza wysłał hetmana
do poskromienia Kozaków. W roku 1603
Stanisław Żółkiewski pokonał Szwedów
pod Rewlem, w zamian za co król nadał
miastu przywilej magdeburski. Pierwszym
zarządcą majątku został lwowski architekt, Paweł zwany Szczęśliwym, który zajął
się rozbudową i rozplanowaniem miasta.
32 na marginesie
Sprowadzili się tu Ormianie, wskutek czego powiększyła się liczba rzemieślników.
W 1620 roku hetman Żółkiewski poległ
w bitwie pod Cecorą – nie było mu dane
zobaczyć ukończonej budowy. Ciało zasłużonego hetmana spoczęło w ufundowanej
przez niego świątyni, żółkiewskiej farze.
Od momentu, kiedy Stanisław Żółkiewski zlecił budowę zamku, Żółkiew stała się
obronną fortecą. Do miasta prowadziły
cztery bramy: Lwowska, Zwierzyniecka,
Glińska i Żydowska, a wokół niego dobudowano w 1626 roku wały. Jan III Sobieski
w 1678 roku odnowił zamek. Dobudował
do niego cztery kopuły w stylu tureckim
i wzniósł na wzgórzu letnią rezydencję; do
dzisiaj przetrwały przy zamku trzy bramy.
Główną ozdobą miasta jest kościół, konsekrowany w 1623 roku, ozdobiony bogato przez Jana III Sobieskiego, który ufundował tu cztery piękne marmurowe pomniki
dla rodziny Żółkiewskich, dla Stanisława
Daniłowicza i Jakuba Sobieskiego. Największą ozdobą świątyni jest obraz Matki
Bożej karmiącej Dzieciątko Jezus, pędzla
Karola Dolce. Kościół został zbudowany
z ciosanego kamienia. Z rozkazu króla Jana
III Sobieskiego przeniesiono tutaj obraz
przedstawiający bitwę pod Kłuszynem.
Król zlecił też namalowanie obrazu przedstawiającego bitwę pod Chocimiem. Oba
wielkie malowidła zawieszono nad stallami
w prezbiterium. W kaplicach św. Anny i
Matki Boskiej znajdowały się obrazy przed-
stawiające bitwę pod Wiedniem oraz Parkanami, ale zdjęto je i znajdują się w ukraińskich magazynach. Wyeksponowany został
jedynie fragment odsieczy wiedeńskiej. Wiszący w świątyni portret Jana Żółkiewskiego zaginął. Kolegiata została zdewastowana po roku 1945 i zamieniona na magazyn.
Obecnie przywrócono jej funkcję kościoła.
Po śmierci ostatniego potomka rodu
Żółkiewskich dziedzicem Żółkwi został Jan
Daniłowicz, kasztelan lwowski i wojewoda
ruski, a po nim Jakub Sobieski, kasztelan
krakowski. Jego syn, Jan Sobieski (jednocześnie prawnuk Stefana Żółkiewskiego),
pełniący wtedy jedynie godność chorążego koronnego, przez osiem dni gościł w
Żółkwi króla Jana Kazimierza. Po zwycięstwie nad potęgą otomańską odniesionym
11 listopada 1673 roku, Jan Sobieski wrócił
do Żółkwi, gdzie witano go z wielkim entuzjazmem. Kiedy 21 maja 1674 roku został wybrany na króla Polski, osiadł w Wilanowie, jednak wielokrotnie tutaj wracał.
Przybył też z całym dworem między innymi
po odebraniu w 1676 roku od króla Francji,
Ludwika XIV, Orderu Św. Ducha za swoje
zwycięstwa.
Warto przyjrzeć się rynkowi w Żółkwi,
bo jest jednym z najpiękniejszych na naszych Kresach Wschodnich. Od północy
zamyka go fara i cerkiew bazylianów, od
zachodu dawny zamek królewski, a od
wschodu – długi rząd kamienic z podcieniami. Znajdowały się tutaj również ogro-
Zamek Sobieskich, Żółkiew, fot. http://pl.wikipedia.org
dy królowej Marysieńki. Niedaleko rynku
znajduje się kościół i klasztor dominikanów
(fundowany przez matkę Jana Sobieskiego
– Zofię Teofilę z Daniłowiczów). To w tym
kościele król Jan III Sobieski wystawił nagrobek matki i starszego brata Marka (został wzięty do niewoli kozackiej i ścięty na
rozkaz B. Chmielnickiego). W 1682 roku
do Żółkwi zostali sprowadzeni bazylianie,
którym oddano cerkiew Narodzenia Chrystusa. Zachowały się w niej portrety polskich patriotów i księży, choć obecnie są
zakryte. Przetrwała także synagoga, która
należy do najbardziej okazałych tego typu
budowli w Europie Środkowo-Wschodniej.
Została wzniesiona za zgodą Jana III Sobieskiego, który również ufundował materiały
na jej budowę. Gmach na planie kwadratu
posiada arkadową attykę z wieżyczkami po
bokach. Znajdowały się na niej herby rodu
Sobieskich. Nie zachowało się jednak nic
z dawnego wyposażenia synagogi. Król
wydał także pozwolenie Filipowi i Dawidowi Lewim na założenie pierwszej w Rzeczypospolitej drukarni hebrajskiej, w której
drukowano Talmud.
Z rodem Sobieskich związane jest Olesko,
które zostało przyłączone do Polski w roku
1366 przez króla Kazimierza Wielkiego
na mocy traktatu z książętami litewskimi.
W latach 1382-1432 toczyły się o Olesko
walki polsko-litewskie, zakończone nadaniem grodu przez Władysława Jagiełłę rycerzowi Janowi z Sienna za zasługi wojenne.
Rezydencja przechodziła z czasem w posiadanie kilku kolejnych rodów. Na początku
XVI wielu była własnością dwóch córek
ostatniego z Siemieńskich: Hanny Herburtowej i Jadwigi Kamienieckiej. W II połowie XVI wieku Kamienieccy sprzedali swoją
część Oleska Stanisławowi Żółkiewskiemu.
Na początku XVII wielu przez małżeństwo
córki Żółkiewskiego z wojewodą ruskim,
Janem Daniłowiczem, Olesko przeszło na
własność Daniłowiczów, a w następnym
pokoleniu przez Teofilę z Danielewiczów
– na Jakuba Sobieskiego, starostę krasnostawskiego. W roku 1629 urodził się tu Jan
Sobieski, przyszły król Polski. W 1719 roku
hetman Mateusz Rzewuski kupił od królewicza Jakuba Sobieskiego cały klucz oleski
i połączył go z dobrami w Podhorcach.
Zamek w Olesku należy do najważniejszych i najstarszych polskich zabytków na
Kresach. Został wzniesiony na przełomie
XVI i XVII wieku na wzgórzu, na planie
owalu. Podstawę stanowi fortalicja z XIV
wieku, przerobiona w XVI wieku na rezydencję magnacką. Budynek jest dwupiętrowy, z basztą w jednym z narożników.
Składa się z dwóch skrzydeł połączonych
ze sobą wysoką wieżą z bramą wjazdową.
W sali bawialnej zamku znajduje się kominek z barokową płaskorzeźbą przedstawiającą „Sąd Parysa”. Komnata, w której
urodził się Jan Sobieski, usytuowana jest
na drugim piętrze. Dobrze zachowane są
obramienia kamienne z herbami, stiuki
i rzeźbione gzymsy. W latach 80-tych XVII
wieku Maria Kazimiera gruntownie odnowiła zamek. Później Jan III Sobieski wielokrotnie odwiedzał twierdzę. Po I rozbiorze Polski zamek został zamieniony przez
Austriaków na koszary (ten sam los spotkał
zresztą Wawel w Krakowie). W dwusetną
rocznicę odsieczy wiedeńskiej twierdza
została odrestaurowana i zamieniona na
muzeum. Podczas obydwu wojen światowych budowla była poważnie uszkodzona.
W latach 1961-65 zamek został odnowiony i dziś jest filią Lwowskiej Galerii Sztuki.
Barokowy klasztor i kościół kapucynów,
położone u stóp zamku, ufundowane zostały w 1739 roku przez Józefa Seweryna Rzewuskiego. Wnętrze kościoła przebudowano
po II wojnie światowej, dzieląc je na dwie
kondygnacje. Obecnie kościół służy jako
magazyn zbiorów lwowskiego muzeum.
Na rynku znajduje się dawny kościół parafialny w stylu barokowym, a obok – okrągła dzwonnica o wyglądzie potężnej baszty obronnej ze strzelnicami działowymi.
W kościele (obecnie cerkwi) znajduje się
grobowiec wojewody ruskiego, Jana Daniłowicza, dziadka Jana III Sobieskiego. Jak
więc widzimy dwa wielkie rody, Żółkiewskich i Sobieskich, były blisko spokrewnione
ze sobą, stąd także i majątkowe powiązania. Dwaj wielcy hetmani I Rzeczpospolitej
i dwa hetmańskie miasta: Żółkiew i Olesko.
Warto i nawet trzeba je odwiedzić, bo są
perłami Kresów Polskich.
na marginesie 33
4
Bruno Dobiecki
Wolność, równość, braterstwo... czy rzeczywiście?
Poprzedno wspomniana została rola
bankierskiej rodziny Rothschildów w finansowaniu różnych wydarzeń kształtujących
historię świata. Należy w tym miejscu dobitnie podkreślić, że nie ma żadnych dowodów na istnienie spisku żydowskiego
czy jakiejś globalnej żydowskiej konspiracji
i takie teorie należy z bezwzględnie odrzucić. To, że część finansjery światowej
ma żydowskie korzenie, nie ma specjalnego znaczenia. Podejrzewanie Żydów o
międzynarodowy spisek jest pozbawione
sensu. Natomiast bardzo interesująca jest
siatka powiązań Rothschildów z innymi
rodzinami bankierskimi i tajnymi związkami. Poprzez przeplatanie się związków
małżeńskich i korzystanie z usług podstawionych ludzi powstało imperium wpływające w niemałym stopniu na gospodarkę
i politykę światową, mimo że w przypadku polityki wpływy te były raczej pośrednie
i niejawne. Dość wspomnieć, że między
innymi poprzez liczne koligacje rodzina ta
jest ściśle powiązana z Morganami, Warburgami, Oppenheimerami, Cohenami,
Rockefellerami. Związki rodzinne są tu zawsze starannie planowane, aby nie dopuścić do rozdrobnienia firmy, a sekrety zawodowe ograniczyć do jak najmniejszego
kręgu wtajemniczonych. Rothschildowie w
interesach kierowali się przede wszystkim
chłodnym pragmatyzmem. Ich imperium
wyrosło dzięki pożyczkom udzielanym europejskim domom panującym i posługiwaniu się bankowością częściowych rezerw.
Taka strategia pozwalała i nadal pozwala
kontrolować podaż pieniędzy w obiegu.
Udzielali pożyczek praktycznie wszystkim
głowom koronowanym, między innymi
rządowi i dworowi brytyjskiemu, stając się
partnerem Banku Anglii, czy Habsburgom.
Prowadzili swoistą grę, oczywiście w wielkiej tajemnicy, finansując rządy różnych
krajów, a następnie – w celu wymuszenia
ich uległości – antagonizując je. O tym, jak
wielkie wpływy na finanse i gospodarkę
34 na marginesie
Stanów Zjednoczonych miała i ma rodzina Rothschildów niech świadczy fakt, że
wspomagali finansowo takich bankierów,
jak Abraham Kuhn, Salomon Loeb, Jakub
Schiff czy wręcz finansowali działalność
E. Harrimana (koleje żelazne), A. Carnegiego (stal) i J. D. Rockefellera („Standard
Oil”). Nie sposób tu wszystkiego wymienić,
bowiem historia tego rodu jest obszerna
i bardzo intrygująca, tym bardziej że nawet jej zaufani biografowie mają utrudniony dostęp do wielu dokumentów. Dodam
tylko, że o potędze wpływów tej rodziny
świadczy to, iż mieli swoich delegatów na
Kongresie Wiedeńskim, w czasie Komuny
Paryskiej w 1871 r. wsparli finansowo międzynarodówkę socjalistyczną, a po wojnie
francusko-pruskiej Rothschild proponował
w Wersalu wysokość kontrybucji. W XIX w.
nawiązali ścisłe kontakty z innymi bankami
europejskimi, m. in. z Guinsburgiem w Petersburgu i z Schombergiem w Nowym Jorku. Istotne jest to, że do pewnego stopnia
musieli kontrolować kraje, w których działali, aby chronić swoje inwestycje. Wkrótce
po ukonstytuowaniu się Stanów Zjednoczonych postanowili zawładnąć bankami
amerykańskimi i poszerzyć znacząco strefę
swoich wpływów. Doskonale to ilustruje
historia banku centralnego w USA.
Pierwszy Bank Stanów Zjednoczonych,
który działał w latach 1791-1811, wzorowany był ściśle na Banku Anglii: 20% kapitału pochodziło od rządu centralnego,
a 80% od prywatnego sektora bankowego,
w tym od Rothschildów, którzy – podobnie
jak inni bankierzy europejscy – usiłowali
przejąć kontrolę nad emisją pieniądza w
Ameryce. Działalność banku doprowadziła do inflacji, toteż odrzucono wniosek
o odnowienie licencji. Jednakże chaos w
finansach i wojna z 1812 r. przyczyniły się
do tego, że w 1816 r. Kongres USA wystawił licencję na 22 lata Drugiemu Bankowi.
W 1832 r. prezydent A. Jackson uznał bank
centralny za instytucję niekonstytucyjną
i niebezpieczną dla wolności kraju ze względu na rosnące wpływy arystokracji finansowej w administracji państwowej i w 1836 r.
bank przestał działać. Dziwnym zbiegiem
okoliczności właśnie wówczas dokonano
pierwszej próby zamachu na prezydenta
i wywołano panikę wskutek ograniczenia
kredytów przez prezesa banku Nicholasa Biddle`a. Zdaniem niektórych historyków był on agentem Jacoba Rothschilda
z Paryża. Prezydent Jackson pozostał nieugięty w swej decyzji. Później kilkakrotnie
bezskutecznie próbowano utworzyć bank
centralny w oparciu o kapitał europejski,
z czym ściśłe związana była wojna Pólnoc-Południe. Przypuszcza się nawet, że także śmierć prezydenta Abrahama Lincolna
miała związek z jego niechętnym stanowiskiem wobec idei banku centralnego.
Bankierzy europejscy zastosowali taktykę, którą posługiwali się już wcześniej.
W 1907 roku przybył do USA sprzymierzony z Rothschildami Paul Moritz Warburg,
a J. P. Morgan rozpuścił plotki na temat niewypłacalności nowojorskiego Knickerboker Banku. Wywołał w ten sposób panikę,
a w konsekwencji kryzys monetarny i bankructwo wielu zwyczajnych Amerykanów,
które z kolei przysporzyło miliardy elicie
bankowej. Cel został osiągnięty: osłabiono
banki amerykańskie i wzbudzono w społeczeństwie potrzebę utworzenia banku
centralnego. Kongres ustanowił Narodową
Komisję Walutową z senatorem Nelsonem
Aldrichem na czele, który był wspólnikiem
J. P. Morgana i teściem Johna D. Rockefellera Jr., powiązanego z Rothschildami. Senator Aldrich swoją działalność sprowadził
do prawie dwuletnich podróży po Europie
w celu konsultacji z czołowymi reprezentantami banków centralnych Anglii, Francji, a zwłaszcza Niemiec, gdzie głównym
udziałowcem Reichsbanku byli Rothschildowie i rodzinna firma Warburga – M. M.
Warburg Company. W 1910 r. doszło do
spotkania tajemniczej „siódemki” ( bankie-
rów międzynarodowych), w czasie którego
zapadła ostateczna decyzja o powołaniu
w USA centralnego systemu bankowego
pod nazwą Federal Reserve System (Bank
Rezerw Federalnych). Ponieważ projekt
reformy bankowej nie miał ani poparcia
społecznego ani prezydenta, bankierzy
z Wall Street wypromowali swojego kandydata na to stanowisko. Był nim Woodrow
Wilson. Tak więc w dniu 23 grudnia 1913 r.
Kongres USA przyjął Akt Rezerwy Federalnej i tym samym emisja pieniądza jak i kontrola kredytu narodowego zostały przejęte
przez małą grupę prywatnych bankierów,
która praktycznie nie podlegała i nie podlega żadnej kontroli politycznej. System
Rezerwy Federalnej tworzy obecnie 12
banków rezerwowych obsługujących poszczególne części kraju, z których pozycję
dominującą ma New York Federal Reserve
Bank. FED odgrywa ogromną rolę w gospodarce światowej, ale nie jest to organ
amerykańskiego rządu. Jest to prywatna
organizacja banków członkowskich powiązanych z rodzinami Rothschildów, Morganów, Rockefellerów, Warburgów i innych.
Warte podkreślenia jest to, że członkowie
FED już w 1913 r. podjęli decyzje gospodarczo-finansowe zobowiązujące USA do
udziału w wojnie, która zresztą wkrótce
wybuchła. Mimo że jeszcze w dniu 4 sierpnia 1914 r. Stany Zjednoczone formalnie
deklarowały zachowanie neutralności pod
względem wojskowym, to w istocie od
dłuższego czasu intensywnie wspomagały walczące strony. Ogromne pożyczki z Federalnego Banku Rezerw pomogły
w znacznym stopniu w kontynuacji I wojny
światowej, na długo po tym jak cała Europa była już bankrutem. Od października
1914 roku rząd USA pozwalał na pożyczki
i dostawy dla aliantów za pośrednictwem
firmy Morgana oraz na inną pożyczkę dla
Francji z banku Kuhn, Loeb & Co., którym
kierował powiązany z Rothschildami Jakub
H. Schiff. Interesjące jest to, że inwesto-
wał on ogromne pieniądze, aby obalić carat w Rosji, najpierw finansując rewolucję
1905 r., a następnie bolszewicką z 1917
r. Ponadto w 1905 r. finansował on amerykańską organizację „Przyjaciół Wolności
Rosjan”, która zajmowała się propagandą
bolszewicką wśród jeńców rosyjskich wziętych do niewoli podczas wojny rosyjsko-japońskiej.
Wróćmy jednak jeszcze do zasad funkcjonowania FED. Emituje on banknoty,
które są pieniądzem prywatnie emitowanym, natomiast odpowiedzialność za pokrycie potencjanych strat banków, które go
emitują ponoszą podatnicy. W taki właśnie
sposób wymyślono finansowanie wydatków rządów. Zadaniem FED jest zwiększenie strumienia pieniądza i kredytu w celu
zapewnienia stabilnego wzrostu gospodarczego, stabilizacji dolara i długofalowej
równowagi bilansu USA w rozliczeniach
z zagranicą. Biorąc jednak pod uwagę naprzemienne okresy inflacji i recesji można
mieć co do tego szereg wątpliwości.
W 1971 r. za prezydentury Richarda
Nixona zawieszono wymienialność dolara na złoto i zdewaluowano go, co legło
u podstaw obecnego kryzysu finansowego, który w gruncie rzeczy jest kryzysem
zaufania. Banki zaczęły wprowadzać coraz bardziej wyrafinowane zasady gry,
czyli rachunki à vista (zdeponowane środki można wycofać w każdym momencie).
Obecnie pieniądze powszechnie są zastępowane „debetowymi” kartami plastikowymi, a obsługa tych kart, czyli dostęp
do własnego kapitału, kosztuje klientów
(właścicieli pieniędzy) coraz więcej. Pieniędzmi klientów obraca bank pożyczając je na procent, który jest zyskiem, ale
prawo do niego posiada wyłącznie bank.
Klient jeszcze do tego dopłaca i cieszy się,
że ma pieniądze bezpiecznie schowane
i w każdej chwili dostępne ! Jest to wysoce
opłacalny proceder, dlatego wymusza się
na obywatelach, aby zakładali rachunki
bankowe. Ktoś przecież musi finansować
zyski światowej finansjery. Przypomnijmy
sobie, w jaki sposób przymuszono Polaków do zakładania ROR-ów w „wolnej”
Polsce po 1989 r. Jakiś czas temu prasa pisała jak bardzo banki „troszczą się” o to,
że w Polsce jeszcze stosunkowo niewielki procent ludzi posiada konta bankowe.
Jest bardzo duża grupa poza kontrolą,
czyli emeryci, którzy otrzymują regularnie pieniądze bezpośrednio od listonosza
i trzymają je w domu. Aby zawłaszczyć ten
spory „rynek”, zaczyna się początkowo
nieśmiałą kampanię medialną, czyli pokazuje się lub opisuje troskliwy, bezpieczny
bank i nagminne napady na starszych ludzi odbierających emerytury pod okienkiem na pocztach. Komunikat jest następujący: bank gwarantem bezpieczeństwa,
poczta i listonosz – nie. Ani słowem nie
wspomina się o kosztach związanych
z posiadaniem konta. W zamian wysyła się
zachętę do posługiwania się plastikowymi
kartami płatniczymi (realny pieniądz jest w
banku) oraz informacje o licznych kredytach, bardzo chętnie udzielanych niemal
każdemu. Nie mówi się o tym, że wydawanie pieniędzy z kredytu jest ściśle monitorowane przez banki. Każda operacja dokonywana kartą płatniczą czy kredytową
jest księgowana. Umożliwia to inwigilację
społeczeństw na niespotykaną dotychczas skalę. Analizując strukturę wydatków
można sterować zachowaniami całych
społeczeństw jak i wpływać na wybory
poszczególnych ludzi. Kryzysy finansowe
wykorzystywane były zawsze do tego, aby
w gruncie rzeczy ograniczyć wolność jednostki. Dla poparcia tej tezy odwołam się
do ostatniego, który jeszcze przetacza się
przez świat i rujnuje gospodarki. Proszę
zwrócić uwagę, że obecnie banki udzielanie kredytów uzależniają od przyzwolenia
na niezwykle restrykcyjne formy kontroli
obywateli, który nawet mediom wydaje
się przesadny i niebezpieczny.
na marginesie 35
4
Margaret J. Swanson
Barwy miłości
Zostawiła Olivera przy półce z winami.
Stał jak głaz z niezbyt mądrym wyrazem
twarzy. Wydawało się, że nie bardzo rozumie, co Charlotte do niego powiedziała.
Po tym wszystkim straciła nagle ochotę
na dalsze zakupy i szybko opuściła sklep.
Starała się jakoś szybko uspokoić wmawiając sobie, że nic się nie stało, ale mimo
wszystko była nadal dosyć mocno wzburzona. Spotkanie z Oliverem wcale jej nie
ucieszyło, wprost przeciwnie. Ochłonęła
dopiero w drodze do domu i wtedy uświadomiła sobie, że z całą pewnością jednak
coś do niego jeszcze czuje. Ten stan rzeczy
jeszcze bardziej ją zirytował, zdała sobie
bowiem sprawę z tego, że emocjonalnie
chyba nadal tkwi w związku z Oliverem,
a jeszcze niespełna godzinę temu była
pewna, że jest inaczej.
Dojechała do domu, zostawiła samochód w garażu i wjechała windą na drugie
piętro. Po śmierci rodziców sprzedała dom,
który był po prostu dla niej za duży i kupiła sobie mieszkanie. Przeniosła do niego
część najbardziej wartościowych starych
mebli po rodzicach. Byli oni pasjonatami
antyków i zbierali je od lat, ale Charlotte
zajmowała teraz niewielkie, trzypokojowe
mieszkanie z dużym balkonem wychodzącym na bardzo dobrze utrzymane patio
i nie wszystkie meble mogła pomieścić.
Dlatego właśnie część z nich sprzedała lub
oddała dalszym krewnym.
Otworzyła drzwi i usłyszała dzwonek
telefonu, nie spieszyła się jednak z jego
odebraniem. Wychodziła z założenia, że
jeśli ktoś będzie miał coś ważnego, to
się nagra, albo zadzwoni ponownie, a ze
szpitala zawsze najpierw dają znać na pager. Nikt się jednak nie odezwał. Powiesiła płaszcz w przedpokoju i zdjęła buty
na wysokich obcasach. Weszła do pokoju
i zauważyła czerwone światełko na sekretarce. Odsłuchała wiadomości. Dzwoniła
koleżanka ze szpitala, z którą jutro miała
mieć dyżur. Przypominała jej, żeby przyniosła kryminały do czytania. Kilka telefonów było głuchych, a ostatni był od...
Olivera. Poinformował ją, że przyjechał na
kilka miesięcy z Bostonu w sprawie jakiegoś projektu i chciałby się z nią spotkać.
Zostawił także numer swojej komórki
i prosił, żeby oddzwoniła.
36 na marginesie
Charlotte wyjęła z lodówki pomarańcze,
wycisnęłą z nich sok i ze szklanką w ręce
usiadła wygodnie w fotelu. Pijąc sok małymi łykami kilkakrotnie odsłuchała sekretarkę i – musiała przyznać sama przed sobą
– z przyjemnością odbierała brzmienie
głosu Olivera. – Dlaczego on do mnie zadzwonił? – zadawała sobie w myślach to
pytanie, niezmiennie od kilku lat, od kiedy
po raz pierwszy szukał z nią kontaktu po
ślubie z Annabel. – Ile to już lat? Chyba
osiem. Mimo wszystko bardzo dawno.
I jak on to dzisiaj powiedział? Chyba jakoś
tak... że... nie może mnie zapomnieć? No
cóż, nic dziwnego, przecież zawsze wydawało mi się, że byłam pierwszą kobietą
w jego życiu, chociaż on nigdy się do tego
otwarcie nie przyznał. Właściwie nigdy nie
chciał o tym mówić, jakby się wstydził,
chciał coś ukryć... ale dlaczego? Czyżby był
tak bardzo wrażliwy, czy chodzi tu o coś
tak niezrozumiałego i dziwnego dla kobiety, jak męska duma?
Wypiła sok, odstawiła szklankę na stolik
i rozpaliła w kominku. Położyła się na kanapie bezmyślnie patrząc na wesołe płomienie ognia., ale to nie trwało długo, bo
już po chwili zadźwięczał pager. Sprawdziła wiadomość. Proszono ją o szybki
kontakt z kliniką. Błyskawicznie połączyła się z podanym numerem. Odezwał się
John McKenzie, młody lekarz, zaledwie po
stażu, który dopiero zaczynał samodzielnie dyżurować. Charlotte była jego bezpośrednią przełożoną. Doktor McKenzie
prosił ją o konsultację. Chodziło o jedno
z trojga dzieci operowanych tego dnia
przez Charlotte. Wydawało mu się, że
występują u niego objawy krwotoku wewnętrznego. Dziecko miało złamane żebra
i przebite prawe płuco, ale Charlotte po
operacji była niemal pewna, że jego stan
szybko ulegnie zdecydowanej poprawie.
A tu taka wiadomość ! – To niemożliwe –
pomyślała – nie mogłam się aż tak pomylić
w ocenie stanu tego dziecka.
– Zaraz tam będę, to na pewno nic takiego – powiedziała bardzo spokojnym,
opanowanym głosem. Bardzo szybko zareagowała, żeby młody doktor nie wpadł
w panikę. Pamiętała bardzo dobrze swoje
pierwsze samodzielne dyżury: ogromny
lęk i towarzysząca mu przytłaczająca od-
powiedzialność za życie powierzonych jej
pacjentów. Była już doświadczonym lekarzem i wiedziała, że to dosyć szybko mija
i bardzo ważne jest odpowiednie zachowanie wobec młodego kolegi. Wykazała
pełne opanowanie i spokojnym głosem
powiedziała mu, co ma robić:
– Zbieram się, a ty, zanim dojadę, ustal
wszystkie parametry biochemiczne. O tej
porze nie powinno być korków – powiedziała łagodnie do słuchawki.
Jadąc do kliniki bez przerwy analizowała przebieg operacji. Próbowała przypomnieć sobie, czy wszystko zrobiła tak, jak
należało, czy nie przeoczyła czegoś przez
przypadek. Szybkim krokiem weszła na
oddział i skierowała się do dyżurki. Doktor
McKenzie sprawdzał wyniki badań, które
właśnie przed chwilą pielęgniarka przyniosła z laboratorium. Charlotte spytała,
co się dokładnie dzieje z dzieckiem i kiedy
doktor zdawał relację, szczegółowo analizowała opisywane objawy i wyniki badań.
Wydawało się, że podejrzenia doktora się
nie sprawdziły i wszystko jest w porządku,
ale dla pewności poszli jeszcze do sali chorych. Przy małej Samancie Smith siedziała
młoda, drobna kobieta, jej matka. Wyglądała na zmartwioną i zmęczoną. Charlotte poprosiła ją, żeby na chwilę wyszła na
korytarz i kiedy drzwi się za nią zamknęły,
przystąpiła do badania małej pacjentki.
Spojrzała na drobną, bladą twarzyczkę
pięcioletniej dziewczynki i zauważyła jej
bystre spojrzenie i uśmiech.
– Jak się czujesz Samanto? Czy coś cię
boli?– zapytała spokojnym głosem jednocześnie delikatnie dotykając ciało dziecka.
– Nie i nie chce mi się wcale spać...
i mama się smuci. Niech ją pani trochę
rozśmieszy – Samanta miała tak bardzo
przejętą minę, że Charlotte z całą powagą obiecała, że na pewno mamę zaraz
rozśmieszy, a jej przyniesie czarodziejskie
lekarstwo na dobry sen. Pogłaskała dziewczynkę po rączce i wyszła z pokoju. Poszła
do dyżurki pielęgniarek i wpisała do karty
zleceń podanie środka nasennego w kroplówce. Okazało się, że doktor McKenzie
był przesadnie ostrożny i to, co brał za objaw powikłania, było jak najbardziej prawidłowe. Odetchnęła z ulgą, bo z relacji
początkującego lekarza wynikało, że po-
dejrzewa krwotok wewnętrzny, a to byłby
już bardzo poważny problem.
– Chodźmy na herbatę, wytłumaczę ci,
skąd wziął się błąd w twoim rozumowaniu.
– Oczywiście, ale chciałem jeszcze poinformować panią Smith o stanie córki – jej
młodszy kolega miał zakłopotaną minę
i zrobiło się jej go żal. Przypomniała sobie
swoje początki w roli chirurga. Też nie były
łatwe.
– Lepsza zawsze jest nadmierna ostrożność, niż przeoczenie jakiegoś objawu –
usiłowała dodać mu odwagi – ja też uczyłam się od starszych kolegów. Teraz idź
i uspokój ją, a najlepiej odeślij do domu,
żeby się wyspała i odpoczęła, bo mała dostała środki znieczulające o działaniu nasennym i na pewno do rana się nie zbudzi.
Czekam na ciebie w dyżurce.
Ze szpitala wróciła bardzo późnym wieczorem, ale mimo to nie czuła jeszcze zmęczenia. Rozsiadła się w wygodnym fotelu
i przypomniały się jej telefony od Hazel
i oczywiście spotkanie w kawiarni. – Miałam przecież czegoś poszukać w Internecie
na jego temat. Jak on się nazywał? Gdzieś
miałam wizytówkę. – Zaczęła szukać w torebce i w kieszeni żakietu, ale nie mogła
jej znaleźć. Nie pamiętała, że zostawiła ją
na stoliku w kawiarni. Przez chwilę zastanawiała się nad nazwiskiem malarza, które
jakoś szybko wyleciało jej z głowy. Włączyła laptop licząc na to, że za chwilę je sobie
przypomni, ale nic z tego.
– Do diabła z nim, wcale nie będę się
przejmować – postanowiła, ale jednak
gdzieś w głębi duszy malarz nie dawał jej
spokoju. Dla odprężenia przejrzała kilka
plotkarskich stron i przez ciekawość wpisała hasło „pracownie malarskie”. W ten
sposób prawie całkiem przypadkiem trafiła na stronę Williama Robertsa.
– Całkiem sporo tego, jak na jednego
człowieka – zauważyła i wciągnęła się
w szczegóły. Przede wszystkim okazało
się, że Roberts jest od niej o rok młodszy
i studiował malarstwo w Europie: w Wiedniu, w Paryżu i w Krakowie, co zajęło mu
ponad sześć lat. Miał też kilka ważnych
wystaw indywidualnych, a od kilku lat
– tak jak przypuszczała – ma pracownię
w byłej fabryce porcelany. Na wszelki wypadek przerzuciła adres do „ulubionych”.
– Może mi się przyda? Kto to wie? – pomyślała. Nie znalazła zbyt wielu informacji
na temat jego życia prywatnego, tak więc
trudno było cokolwiek wywnioskować
o jego związkach z kobietami. Obejrzała
kilka jego obrazów i stwierdziła, że są całkiem niezłe, zwłaszcza kolory były dobrze
dobrane i mocno działały na wyobraźnię.
Nawiązywały do ekspresjonizmu, który
zawsze się jej podobał. Nie było jednak
wśród nich portretów, ani postaci, a już
tym bardziej aktów.
– To dziwne – pomyślała – przecież
proponował mi pozowanie, a tu ani jednego obrazu z modelką. O co tu chodzi?
Ciekawe czy Hazel coś znalazła? – przez
moment się zastanowiła i już miała do
niej dzwonić, kiedy przypomniała sobie
jej minę bardzo zazdrosnej kobiety. – Ona
za dużo chce o mnie wiedzieć i chciałaby
mną manipulować. Czy ja muszę o wszystkim ją informować? Przecież to jest moje
życie. Sama wiem, na co mam ochotę,
a na co nie. Hazel jest bardzo zaborcza
i apodyktyczna. Chyba nawet Oliver coś
takiego dzisiaj wspomniał – przypomniała
sobie zaskakujące spotkanie. – Oliver... ten
też jest dobry... Właściwie, czego on ode
mnie chce? Zostawił mnie bez słowa wyjaśnienia, zniknął na parę miesięcy, a później
Hazel oznajmiła mi, że ożenił się z jej kuzynką, tą wstrętną, rozlazłą, zarozumiałą
Annabel. I jaką przy tym miała minę... .
Coś mi się zdaje, że nie jest żadną moją
przyjaciółką, tylko tak udaje. Swoją drogą
dziwna jest ta nasza „przyjaźń”. Trwała
od kiedy pamiętam, ale to raczej rodzice
się bardziej przyjaźnili niż my, dwie jedynaczki z sąsiedztwa. Ona chyba nigdy nie
była szczera. To wszystko jakoś dziwnie
się układa – rozmyślania przerwał jej silny
ból głowy i znowu pojawiły się te dziwne
zaburzenia widzenia, którym towarzyszył
lęk. Odeszła od komputera i położyła się
na kanapie. Starała się oddychać spokojnie i głęboko, jednak nie umiała poradzić
sobie z potwornym lękiem, który powodował skurcz krtani i uczucie duszenia się. Już
miała sięgnąć po słuchawkę, kiedy uświadomiła sobie, że nie jest w stanie wydobyć
z siebie głosu. Pozostało jej tylko spokojne leżenie i czekanie na ustąpienie ataku.
Czas włókł się niemiłosiernie. Uświadomi-
ła sobie, że samotne życie nie jest wcale
takie komfortowe, bo cóż z tego, że ma
telefony, pager, Internet, jeżeli nie jest
w stanie sprowadzić sobie pomocy. Nie
wiedziała, jak długo leżała czekając na
ustąpienie tych przykrych objawów, ale
kiedy już wreszcie minęły, była tak wykończona, że nie miała siły przenieść się
do sypialni. Została na wygodnej kanapie,
przykryła się miękkim pledem i zasnęła.
Obudziła się koło dziewiątej. – O Boże!
Jak późno – powiedziała do siebie. – Jak
mogłam nie usłyszeć budzika? Jak to się
stało? Może go nie włączyłam – już chciała to sprawdzić, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Odebrała go. Dzwonił ordynator z urazówki, doktor Rudi Burnes:
– Co się dzieje? Powinnaś już od godziny być w klinice. Chciałem się zapytać, jak
szybko przyjedziesz i czy mam za ciebie
zrobić wizytę? – Charlotte usiłowała jakoś
szybko zebrać myśli jednocześnie słuchając głosu kolegi, którego brzmienie działało na nią kojąco.
– Zaspałam. Wczoraj miałam dwa razy
dziwny atak bólu głowy, który mnie dosłownie wyczerpał i dzisiaj rano nie słyszałam budzika. Ale postaram się przyjechać
jak najszybciej. Jeśli możesz, to zastąp
mnie na obchodzie.
– Czy na pewno sobie poradzisz? Może
przyjechać po ciebie? Może powinnaś zbadać te bóle? Jeśli tylko chcesz, to zaraz wyślę któregoś z asystentów.
– Myślę, że sobie poradzę. Dzisiaj czuję się nieźle. Może to była migrena? Co
prawda, dawno już nie miałam ataków,
ale to nigdy nic nie wiadomo. W każdym
razie dziękuję za troskę. Bardzo ci dziękuję. Wiesz co, na wszelki wypadek zadzwoń
do mnie na komórkę, gdybym zbyt długo
nie pojawiała się w klinice. Będę ją miała
przy sobie.
– Dobrze, nie martw się. Jak przyjedziesz,
to zobaczymy co z tą twoją migreną. Czekamy. Jedź ostrożnie.
– Jakie to jednak jest przyjemne uczucie, kiedy ktoś się o nas troszczy – pomyślała ciepło o swoim koledze. Zaparzyła
poranną kawę i zjadła lekkie śniadanie.
Nie chciała wychodzić na czczo, bo uważała, że śniadanie jest podstawowym
posiłkiem. W miarę szybko wykonywała
na marginesie 37
wszystkie poranne czynności, cały rytuał.
Po czterdziestu minutach siedziała w samochodzie i jechała do pracy. Po drodze,
niestety, był korek i utknęła w nim na dobre pół godziny. Postanowiła jednak, że
nie będzie się tym przejmować i wysłucha
za to dokładnie wiadomości lokalnych.
W końcu przecież korki to normalna rzecz
w takich dużych miastach, a Charlotte – na
szczęście – nie musiała się spieszyć jakoś
szczególnie. Usiadła wygodnie, włączyła
radio i już miała przymknąć powieki, kiedy
kątem oka zauważyła na sąsiednim pasie
po prawej stronie mężczyznę całkiem podobnego do Olivera Barringtona.
– O nie, tylko nie to – nieomal jęknęła
sama do siebie. – To przecież niemożliwe,
żeby on mnie tak prześladował... po tylu
latach. Po co on się właściwie tu przywlókł?
Ledwie przyjechał, a już go wszędzie pełno – w sklepie, na ulicy... A może to tylko
ktoś podobny do niego? – pocieszała się
w myślach – A może wcale mnie nie zauważy, jeżeli nie będę mu się przyglądać.
Tak byłoby najlepiej. – W te niewesołe rozmyślania wdarł się głos spikera radiowego
informujący, że korek ten rozciąga się na
długości około kilometra, spowodowała
go awaria sygnalizacji świetlnej, którą właśnie usunięto i powoli sytuacja wraca do
normy. Zabrzmiało to bardzo optymistycznie i Charlotte zauważyła, że kierowcy
uwięzieni w swoich samochodach patrzą
na siebie nawzajem całkiem uprzejmie. –
„Homo homini deus, homo homini lupus”
– przypomniała się jej starożytna maksyma. – Jak doprawdy niewiele potrzeba,
żeby wyzwolić w ludziach dobro albo zło.
Tylko dlaczego częściej zdarza się ta druga
ewentualność? Ciekawe... może zło jest
bardziej pociągające, bo ludziom wydaje
się, że wówczas życie nie jest takie bardzo
monotonne, że uczestniczą w czymś interesującym? – zastanawiała się obserwując
tkwiących w korku. Wodziła odruchowo
wzrokiem po twarzach siedzących wokół
niej, a w pewnej chwili spojrzała w lusterko wsteczne i... zamarła. Nie mogła uwierzyć własnym oczom. W samochodzie tuż
za nią siedział nie kto inny, tylko William
Roberts. Była zaskoczona.
– To wręcz niewiarygodne ! Ich dwóch
naraz w tak bliskiej odległości od siebie?
38 na marginesie
To chyba jakieś czary, a może to po prostu jest pomyłka, a może ze mną coś nie
tak? Może mam zaburzenia widzenia? To
naprawdę coś niesłychanego, żeby ci dwaj
znależli się w tak niedużej odległośći od
siebie i ode mnie. – Spojrzała jeszcze raz
w lusterko, żeby się upewnić, czy aby na
pewno zobaczy Robertsa. Nie myliła się. To
z całą pewnością był on. Nie chciała, żeby
ją zauważył, ale spostrzegła, że Roberts
niestety wysiadł z samochodu i nieubłaganie podążał w jej stronę.
– Do diabła, tylko nie to – jęknęła głośno. Sytuacja była beznadziejna. Stała
w korku bez żadnej możliwości manewru. Nie zdążyła się nawet zastanowić nad
jakąkolwiek formą uniku czy wykrętu od
spotkania, kiedy Will stanął obok drzwi jej
samochodu i w bocznej szybie ukazała się
jego uśmiechnięta twarz. .
– Dzień dobry, co za spotkanie ! – wykrzyknął uradowany. Opuściła szybę i usiłowała się do niego uśmiechnąć, ale jakoś
marnie to wypadło.
– Czy coś się stało? – dopytywał się
i przyglądał się jej ze zdziwieniem.
– Nic poza tym korkiem – starała się jakoś
wytłumaczyć swoje dziwne zachowanie.
– Nie ma się czym przejmować, to przecież normalne, a czasem można dostrzec
nawet całkiem dobre strony tej sytuacji.
Ma pani taką minę, jakby wydarzyło się
jakieś straszne nieszczęście. Już myślałem,
że naprawdę coś się stało.
– Nie, naprawdę nic, może być pan spokojny. I... proszę się mną tak nie przejmować – przerwała mu.
– Jak to dobrze, że wszystko w porządku – zachowywał się, jakby nie chciał dostrzec, co mu dała do zrozumienia. – A jak
moja propozycja? Zastanawiała się może
już pani nad nią? – szybko zmienił temat,
jakby sądził, że nowy wątek przedłuży
przyjemność rozmowy z Charlotte.
– I tak, i nie. Właściwie nie znam pana
w ogóle, więc nie powinnam umawiać się
na żadne seanse. Przecież nie mam żadnej gwarancji, że jest pan tym, za kogo się
podaje. I... prawdę mówiąc, nie mam żadnych możliwości weryfikacji tego, co pan
mówi.
– No tak. Faktycznie. Z pani punktu widzenia jest to jakiś problem. Nie brałem
tego pod uwagę. Nie pomyślałem o tym.
Hm... Ale już wiem, jak to rozwiązać. Proszę wejść na moją stronę internetową. Jest
na wizytówce. Tam są wszystkie najważniejsze informacje.
– Chyba nic z tego. Nie mam pańskiej
wizytówki, gdzieś mi się zapodziała,
a poza tym nie mam żadnej gwarancji, że
to, co tam znajdę na pewno jest prawdą
i dotyczy pana.
– No tak, rzeczywiście. Zróbmy wobec
tego tak: dam pani wszystkie namiary na
mnie – wręczył jej nową wizytówkę. – Proszę wejść na podaną tu stronę internetową. Oprócz tego może mnie pani jeszcze
sprawdzić na stronie college`u, w którym
uczę rysunku. Adres też jest na wizytówce.
Myślę, że to już chyba wystarczy.
– No dobrze, zobaczę. No, niech pan
już tak nie stoi – ponagliła go, bo chciała
przyjrzeć się w miarę dyskretnie mężczyźnie bardzo podobnemu do Olivera. Malarz
jednak się nie spieszył. Odnosiła wrażenie,
że jest bardzo chętny do pogawędki, ale
absolutnie to jej nie odpowiadało. Nie
w tym momencie.
– Obiecuję, że zadzwonię do pana... na
pewno zadzwonię – powiedziała okazując
już zniecierpliwienie. Nie chciała dłużej
ciągnąć tej rozmowy, a nie miała żadnego zgrabnego pomysłu na jej zakończenie,
więc złożyła konkretną obietnicę nie zastanawiając się w danym momencie nad
jej konsekwencjami. Chciała, żeby jak najszybciej sobie już poszedł. I tak się wreszcie też stało.
Danuta Nespiak
Ignacy Jan Paderewski. Pro memoria
W listopadzie obchodziliśmy 150 rocznicę urodzin Ignacego Jana Paderewskiego.
W „powierzchownym” raczej przekazie
telewizyjnym jego osoba jawiła się przede
wszystkim jako wielkiego pianisty, kompozytora, a także polityka, usuwając na drugi
plan jego rangę jako męża stanu, jednego
z największych polskich patriotów i wielkiego darczyńcy na cele narodowe. Wielki patriotyzm dokumentował Paderewski
zarówno swoją olśniewającą karierą artystyczną, jak i równolegle prowadzoną
działalnością polityczną. Jego kunszt sztuki pianistycznej, dzięki której zyskał sławę
jednego z najwybitniejszych wirtuozów
– a koncertował na obu półkulach – stworzył mu również ogromne możliwości prezentowania publicznie swoich opinii politycznych. Miały one zawsze na uwadze
dobro Polski, jej interesy i niepodległość.
Ignacy Paderewski urodził się 6 listopada 1860 roku w szlacheckim dworku
w Kuryłówce na Podolu. Jego dzieciństwo ukształtowała patriotyczna atmosfera domu w pięknym kresowym pejzażu
Podola. Po studiach muzycznych w Warszawie, Berlinie i Wiedniu międzynarodową działalność koncertową rozpoczął w
marcu 1888 roku w Paryżu. Rok później
odbył tournee po Niemczech i Szwajcarii,
a wszystkie następne lata przyniosły mu
pasmo wspaniałych sukcesów.
Na trasie jego koncertów znalazły się
również tak ważne miasta w historii
II i III Rzeczpospolitej jak Lwów i Wrocław.
Lwów gościł go kilkakrotnie – pierwszy
raz jeszcze w marcu 1887 roku, drugi raz
2 lata później, trzeci raz w czerwcu 1901
roku. Było to z okazji polskiej premiery
opery Manru Paderewskiego na pięknej,
sławnej scenie Teatru Wielkiego, a operę
reżyserował Tadeusz Pawlikowski. Czwarty raz recital pianisty odbył się w czerwcu
1902 roku w starym teatrze hr. Skarbka.
Piąty raz Ignacy Paderewski koncertował
we Lwowie w październiku 1910 roku.
Jego występ odbył się w związku z uroczystościami zorganizowanymi w 100-lecie
urodzin Fryderyka Chopina, którego muzyka była z reguły obecna w repertuarze
mistrza. Ostatni występ lwowski Ignacego
Paderewskiego odbył się w marcu 1913
roku. Większą część honorarium ofiarował
wówczas na cele charytatywne. We Wrocławiu występował dwukrotnie. 6 lutego
1891 roku grał w sali neogotyckiego budynku Nowej Giełdy przy ul. Krupniczej.
Drugi jego koncert miał miejsce 10 lat
później. W sali Domu Koncertowego przy
ul. Piłsudskiego w październiku 1901 roku
Paderewskiego oklaskiwała gorąco grupa
studentów Polaków. Na przełomie XIX i XX
wieku wśród młodzieży polskiej we Wrocławiu działała tajna organizacja Zet i być
może właśnie to jej członkowie byli obecni
na tym koncercie.
Działalność polityczną rozpoczął Paderewski przed I wojną światową. W 1914
roku razem z Henrykiem Sienkiewiczem
założył Komitet Pomocy Polakom Ofiarom
Wojny, który działał na terenie Szwajcarii
i Anglii. W latach 1917-1918 był przedstawicielem Polskiego Komitetu Narodowego
w Stanach Zjednoczonych. Po powrocie
do Polski w 1919 roku objął stanowisko
premiera i ministra spraw zagranicznych.
W tym samym roku podpisał z Romanem
Dmowskim wersalski traktat pokojowy.
W latach 1912-1921 był delegatem
II Rzeczpospolitej przy Lidze Narodów
w Genewie. Z inicjatywy Ignacego Paderewskiego w jego szwajcarskiej posiadłości
w Morges w latach 1936-1938 powstało
polityczne ugrupowanie znane jako Front
Morges, do którego należeli między innymi generałowie Władysław Sikorski i Józef
Haller oraz Wojciech Korfanty i Wincenty Witos. Celem tego ponad partyjnego
ugrupowania była analiza sytuacji społeczno-politycznej Polski i założeń polityki
zagranicznej wobec wzrastającego zagrożenia ze strony faszystowskich Niemiec.
Front Morges w czasie II wojny światowej
odegrał znaczącą rolę w tworzeniu struktur polskich władz emigracyjnych.
W styczniu 1919 roku, po powrocie
z USA do Polski, Paderewski przemawiając
do ludności Warszawy powiedział: „Nie
przyszedłem po dostojeństwa, sławę, zaszczyty, lecz aby służyć, ale nie jakiemuś
stronnictwu … Stronnictwo powinno być
jedno – Polska i temu jednemu służyć będę
do śmierci”. Słowom tym pozostał wierny
do końca. Ignacy Jan Paderewski zmarł
29 czerwca 1941 roku w Nowym Jorku.
W roku 2011, a więc w przyszłym, minie
70 rocznica jego śmierci.
na marginesie 39
Agnieszka Jaworska
Mikołaje
Dziś pojawiają się tuż po Zaduszkach.
No tak, żeby zdążyć trzeba zacząć wcześniej. Mikołaje, bo jest ich wielu i nawet
w jednym pasażu można spotkać pięciu,
są dziś dodatkiem do ogromnych choinek,
głośnych kolęd, wszędobylskich kolorowych lampek i bieganiny przedświątecznej. Kiedyś, nie dawno, dawno temu, za
górami i lasami, ale zaledwie 23 lata temu
Mikołaje odegrały wielką rolę w walce
o wolność.
W grudniu „świat ze zdumieniem dowiadywał się, że we Wrocławiu zostali aresztowani święci Mikołaje. Do milicyjnych nysek
zapakowano uczestników happeningu, jak
i tych „prawdziwych”1 . To było komiczne
wydarzenie. Jeden z największym absurdów PRL-u. Happening rozpoczął się około 16.00 na ulicy Świdnickiej. Happenerzy
tańczyli, wśród nich były skrzaty, choinki.
Na koniec pojawił się tabun Mikołajów
uwiązanych liną, co miało utrudnić pracę milicji. Tak wydarzenie opisuje Major:
„Biegną skrzaty przebrane za choinki, kilka
elfów wraz z Mikołajami rozdaje cukierki,
trąbki, gwizdki. Przy aresztowaniu czwartego Mikołaja śpiewa się już „Sto lat”. (...)
Wrocław walczy o wolność, red. J. Banaś,
D. Przerwa, Wrocław 2005, s.118-119.
2
B. Dobosz, W. Fydrych, Hokus Pokus czyli
Pomarańczowa Alternatywa, Wrocław 1989, s.73.
3
J. Kuroń, J. Żakowski, PRL dla początkujących,
Wrocław 1995, s.256.
4
A. Politowicz, Fenomen Pomarańczowej Alternatywy. Rozmowa z dr Wiesławem Cupałą, „Uniwersytet
Zielonogórski”, nr 2, (2001), s.33.
1
40 na marginesie
Przy przejściu podziemnym zawieszone są
bombki i gałązki świerkowe. Aby odbić
Mikołaja tłum rusza w stronę gmachu Prezydium Milicji. W pobliżu Opery żołnierze
radzieccy. Chwila konsternacji i sojusznicza
armia znika z widnokręgu. Korowód rozciąga się na kilka metrów i zatacza wielki
łuk. Pod PDT milicja zatrzymuje etatowego
Mikołaja, który krzyczy, że jest prawdziwy
i wynajęty”2. Podsumowaniem akcji był
pochód, który odbył się przed Bożym Narodzeniem pod hasłem „Uwolnić św. Mikołaja”3. Inny aktywista – Wiesław Cupała
najsympatyczniej wspomina także właśnie
Dzień św. Mikołaja, kiedy to czerwone Mikołaje rozdawały drobne upominki. „Milicja postanowiła ich zatrzymać. Uczestnicy
zgromadzenia spontanicznie wykrzykiwali:
„Ale jaja, aresztują Mikołaja!” Aresztowano także Śnieżynki, asystujące Mikołajom,
studentki wrocławskich uczelni. Zatrzymani zostali „etatowi” Mikołaje, zatrudnieni przez wrocławskie sklepy”4. Wtedy
Pomarańczowi zostali zauważeni przez
zagraniczne gazety. Ukazał się artykuł
o działaniach ruchu w „Village Voice”. Studenci – działacze Pomarańczowej Alternatywy przebrani za Mikołajów nadali świętu
nowe znaczenie.
Teraz nie pamięta się o tych mikołajkach.
Dzisiejsi studenci, ubierając się w stroje Mikołajów i chodząc po wrocławskich ulicach,
pasażach, żeby dorobić sobie do marnego
stypendium, nie mają pojęcia, że w 1987
roku zostaliby pewnie aresztowani.
Wrocław walczy o wolność, red. J. Banaś, D.
Przerwa, Wrocław 2005, s.118-119.
2
B. Dobosz, W. Fydrych, Hokus Pokus czyli Pomarańczowa Alternatywa, Wrocław 1989, s.73.
3
J. Kuroń, J. Żakowski, PRL dla początkujących,
Wrocław 1995, s.256.
4
A. Politowicz, Fenomen Pomarańczowej Alternatywy. Rozmowa z dr Wiesławem Cupałą, „Uniwersytet Zielonogórski”, nr 2, (2001), s.33.
Zdjęcia udostępnione przez Niezależną Agencję
Prasową Naf Dementi
1
na marginesie
www.namarginesie.eu
Download

ORTOGRAFFITI z Bratkiem dla klas I-III