cover
cover
WSTĘPNIAK
Drodzy Czytelnicy!
Spis treści
Sylwestrowe emocje już dawno
opadły i została codzienność Nowego Roku, a wraz z nią – nasze
postanowienia. Z pewnością każdy
kiedyś próbował coś sobie obiecać,
wierząc, że zmiana daty nie będzie
tylko jednym dniem, a jakimś przełomem. Prawda jest taka, że powodzenie zależy przede wszystkim od
nas, naszej silnej woli, więc właśnie
tego Wam życzę w 2012 roku: odwagi i wytrwałości w spełnianiu własnych planów. A jeśli chcielibyście przeczytać jak
można sobie pomóc w ich realizacji, to w tym numerze Pulsu znajdziecie kilka rad.
Nie martwcie się, nie zapomnieliśmy, że styczeń to
nie tylko karnawał – dla nas, studentów, to przecież przede
wszystkim czas, kiedy znacznie częściej pojawiają się w zwykłych rozmowach Eeeee... (może z racji, że dość często pojawia się to słowo na uczelnianych korytarzach, nie będę już go
wspominać). Chciałam tylko zaznaczyć, że jeśli i Wy uważacie, że nauki jest znacznie więcej niż zwykły śmiertelnik,
jakim jest student, jest w stanie przyswoić, warto przeczytać
artykuł, który jest naszym tematem numeru: mnemotechniki.
Być może wśród nich znajdziecie sposób na ułatwienie sobie
zapamiętania kolejnych porcji naukowego materiału.
Jednak jeżeli to stres jest Waszym największym wrogiem, powodując, że ani nie możecie spać, ani się uczyć,
polecam Wam artykuł o ziołach działających uspokajająco
– zobaczycie, że nie tylko popularna melisa może być deską
ratunku w takiej sytuacji.
A jeśli przestaliście już wierzyć, że cokolwiek pomoże,
odpocznijcie przy lekturze nowego numeru „Pulsu”, by zacząć naukę ze świeżym, wypoczętym umysłem.
Powodzenia!
Katarzyna Paczkowska
Mikroskop....................................................................4
Ostatni wieczór............................................................6
Dr Miś Dzieciom........................................................6
Wariograf – Janina Lulek..........................................7
Z dwojga złego...........................................................8
Nadzieja................................................................9
Pamiętnik lekarza stażysty cz. 4................................10
Bez nerwów...............................................................12
Pulsterwencja......................................................13
Temat Numeru – Gdy do wkucia coraz więcej.....14
Kwestia Stażu!...........................................................16
Dawna opowieść odc. 2............................................17
Zdrowie to podstawa..................................................19
APAP.....................................................................20
A od Nowego Roku...................................................22
Chór UMP..................................................................24
PZWL.......................................................................25
Konferencja Przedstawicieli STN..............................25
IMPREZOŻERCY........................................................26
Razem i osobno, tacy jak nikt cz. III..........................28
Uczta kinomana.........................................................30
Krzyżówka z Muzą....................................................31
Kącik Filmowy...........................................................32
Muzyczne podsumowanie 2011 roku.......................34
POGOTOWIE MUZYCZNE....................................35
Jolka...........................................................................36
Nagrodzeni.............................................................37
Humor...............................................................37
Redaktor Naczelna: Katarzyna Paczkowska ([email protected])
Z-ca Redaktor Naczelnej: Anna Zajączkowska ([email protected])
Sekretarz: Anna Płóciennik ([email protected])
Redaktor Techniczny: Katarzyna Kordiuk ([email protected])
Skarbnik: Anika Mielewczyk ([email protected])
Grafik: Agnieszka Brychcy
Fotograf: Joanna Pluto-Prondzinska
Kolegium Redakcyjne: Ewelina Bukowska, Bartosz Fiłka, Justyna
Kwitowska, Patryk Nowak, Magdalena Pawlaczyk, Anita Pogorzelska,
Marta Ptaszyk, Barbara Średzińska
Współpracownicy: Łukasz Brzyski, Marta Kamińska, Justyna Koszarska,
Beata Leszczak, Marta Mozol-Jursza, Martyna Musik, Lena Niewiada, Paulina
Patalas, Maciej Tomczak, Grzegorz Sławiński, Ewa Socha, Jolanta Wlizło,
Marta Zawacka
www.pulsum.pl
Adres redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”,
60-356 Poznań, tel./faks (61) 658-44-35,
Druk: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Medycznego w
Poznaniu, nakład 4000 egz.
Okładka: Agnieszka Brychcy
Skład: K. Kordiuk, A. Mielewczyk, M. Pawlaczyk, M. Zawacka
Numer zamknięto: 13.01.2011
Prosimy o przesyłanie tekstów na adres
[email protected]
Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Redakcja zastrzega
sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich
tytułów.
[email protected]
3
MIKROSKOP
P
O
K
S
KRO
MI
Niedobór żelaza nowym czynnikiem ryzyka
choroby zakrzepowo-zatorowej?
Naukowcy z Imperial College London przebadali grupę 609 pacjentów, u których rozpoznano uprzednio wrodzoną naczyniakowatość krwotoczną – genetycznie uwarunkowaną chorobę, charakteryzującą się malformacjami naczyniowymi i zwiększoną skłonnością do krwawień. Co ciekawe, w tej grupie pacjentów częściej występują też epizody zakrzepowo-zatorowe, czego przyczyna nie została w pełni poznana. Rozpatrywano wpływ
różnych czynników na ryzyko wystąpienia zakrzepicy, m.in. poziom markerów stanu zapalnego czy żelaza. U wielu pacjentów stwierdzono niedobór żelaza, ze względu na powtarzające się krwawienia, co korelowało ze zwiększonym stężeniem VIII osoczowego czynnika krzepnięcia oraz podwyższonym ryzykiem wystąpienia zakrzepicy.
U pacjentów, którzy przyjmowali suplementy pozwalające uzupełnić niedobory pierwiastka, ryzyko było wyraźnie niższe. Wyjaśnienia tych zależności należy poszukiwać na etapie regulacji ekspresji genów, a są one logiczne
z ewolucyjnego punktu widzenia – w przypadku obniżenia poziomu żelaza, wzrasta synteza osoczowego czynnika VIII,
zapobiegając tym samym krwawieniom i pogłębieniu istniejącego niedoboru.
14 grudzień 2011, Thorax
Poznano fizjologiczne znaczenie witaminy E
Witamina E to grupa związków chemicznych, których wspólną cechą jest dwupierścieniowy szkielet 6-chromanolu
oraz łańcuch boczny zbudowany z 3 jednostek izoprenowych. Powszechnie występuje w przyrodzie, dlatego jej niedobór
u człowieka należy do rzadkości. Może natomiast towarzyszyć zespołom złego wchłaniania, wadom dróg żółciowych
u dzieci oraz karmieniu wcześniaków sztucznym pokarmem. Choć jest stosowana pomocniczo w wielu stanach chorobowych, jej działanie fizjologiczne pozostawało do niedawna nieznane. Na podstawie badań opartych na modelu zwierzęcym, przeprowadzonych przez badaczy z Georgia Health Sciences University, wykazano iż odgrywa ważną rolę w naprawie uszkodzonych błon komórkowych. Jest to możliwe dzięki jej właściwościom antyoksydacyjnym oraz stabilizującym
wpływem na błony komórkowe. Rozpuszczalność w tłuszczach pozwala na zmianę właściwości fizycznych takich jak
na przykład płynność błony, a zdolność oddziaływania grupy chromanolowej z hydrofilowymi „głowami” fospolipidów
ogranicza ich mobilność.Szczególnie istotne działanie witaminy zaznacza się w komórkach o wysokim poziomie metabolizmu, w których reaktywne formy tlenu powstają w dużych ilościach. Przykładem są miocyty, które były przedmiotem zainteresowania badaczy. Wyjaśnia to związek pomiędzy niedoborem witaminy a występowaniem ciężkiej miopatii
u zwierząt, który przez wiele lat pozostawał nieznany.
20 grudzień 2011, Nature Communications
Skład flory bakteryjnej skóry może decydować o podatności na malarię…
Sugerują holenderscy naukowcy, którzy swe spostrzeżenia oparli na badaniach z udziałem komarów należących do
gatunku Anopheles gambiae, który odgrywa istotną rolę w szerzeniu się choroby. Każdy człowiek ma unikalny skład
mikroflory skóry, a ta decyduje o indywidualnym zapachu, który może być mniej lub bardziej atrakcyjny dla komarów.
Wyniki badań sugerują, że osobnicy z mniejszą różnorodnością mikroflory bakteryjnej są chętniej wybierani przez komary należące do ww. gatunku. Niels Verhulst – koordynator projektu, nie wyklucza, że osobnicy posiadający bardziej
zróżnicowaną florę bakteryjną skóry, są jednocześnie gospodarzami konkretnej grupy lub gatunku bakterii, odpowiedzialnych za te ochronne właściwości.
28 grudzień 2011, PLoS ONE
4
Gazeta Studentów
MIKROSKOP
„Rzadkie” schorzenie neurologiczne okazuje
się powszechniejsze niż sądzono.
Międzynarodowy zespół neurobiologów pod przewodnictwem Mayo Clinic z Florydy odkrył mutację w genie CSF1R
odpowiedzialną za rozwój rzadkiego, jak uważano, zaburzenia mózgu – dziedzicznej leukoencefalopatii (HDLS). Ta neurodegeneracyjna choroba powodująca demielinizację prowadzi do śmierci między 40. a 60. rokiem życia. Dotychczas
jej zdiagnozowanie wymagało biopsji tkanki mózgowej. Neurolog prof. Zbigniew K. Wyszolek: „Ponieważ symptomy
HDLS nie są specyficzne i obejmują wszystko od zmian zachowania i osobowości po problemy z poruszaniem się, pacjenci cierpiący na tę chorobę byli błędnie diagnozowani jako chorzy na MS, schizofrenię, epilepsję, chorobę Parkinsona
i inne. Wiele z nich zażywało środki, które zamiast leczyć jedynie szkodziły mnóstwem efektów ubocznych”. W laboratorium Dr Rosy Rademarkers – pierwszej autorki pracy – zbadano DNA członków 14 rodzin, w których przynajmniej
jedna osoba cierpiała na HDLS i porównano je z próbkami od 2 000 osób zdrowych. U większości członków badanych
rodzin znaleziono mutację powodującą HDLS, jednak wcześniej błędnie zdiagnozowano u nich szereg innych chorób. „
Dzięki tym naszym odkryciom będzie można zaprojektować odpowiedni test krwi pomagający w prawidłowej diagnozie
HDLS” twierdzi badający dziedziczne choroby układu nerwowego prof. Wszolek.
25 grudnia, Nature Genetics
Testy na biomarkery mogą pomóc
zdiagnozować atak serca w ciągu godzin.
Jedną z najbardziej powszechnych przyczyn, dla której pacjencji znajdują się na oddziale ratunkowym, jest ostry
ból w klatce piersiowej. Dla tych nowoprzyjętych użycie wysoce czułego testu na poziom troponiny I może pomóc
w wykluczeniu zawału mięśnia sercowego (MI), a zmiany stężenia oznaczanego biomarkera w ciągu trzech godzin od
przyjęcia są użyteczne przy potwierdzaniu diagnozy MI. Dr Till Keller z Uniwersytetu w Hamburgu (Niemcy) wraz
ze współpracownikami zbadali na grupie 1,818 pacjentów, u których podejrzewano ostry zespół wieńcowy, poziom
dwunastu markerów w tym dwa troponinowe (hsTnI i cTnI). Z osób badanych u 22,7% ostatecznie potwierdzono MI,
na podstawie podwyższonych hsTnI i cTnI w stosunku do pozostałych oznaczonych biomarkerów. „Wartość predykcyjna wyniku dodatniego dla hsTnI wzrasta od 75,1% przy przyjęciu do szpitala do 95,8% po 3 godzinach, a dla cTnI
w tym samym czasie zmienia się od 80,9% do 96,1%” pisze autor. „Dane te pokazują, jak bardzo odpowiednie testy
na biomarkery mogą ułatwić wczesne diagnozowanie ataku serca”.
28 grudnia, JAMA
Od Nowego Roku rzucam palenie – niekoniecznie!
Zapewne wiele osób jako postanowienie noworoczne obrało sobie rzucenie paskudnego nałogu, jakim niewątpliwie jest palenie papierosów. Naukowcy doskonale zdają sobie sprawę z tego, jaki temat jest na przełomie lat na topie,
więc 1 stycznia w jednym z czasopism pojawiła się kolejna już alternatywa dla palaczy. Polega ona na użyciu „zdrowszych” papierosów, których filtry zawierać będą naturalne przeciwutleniacze (likopen oraz wyciąg z nasion winogron).
Dowiedziono, że znacznie obniżają one ilość wolnych rodników (jednych z głównych kancerogenów) dostających się
wraz z dymem papierosowym do organizmu palacza. Podobne próby podejmowane były w przeszłości, między innymi
z użyciem hemoglobiny i aktywowanego węgla (które obniżały ilość wolnych rodników nawet o 90%), jednak z powodu
wysokich kosztów, papierosy tego typu nie zostały nigdy wprowadzone na rynek. Pozostaje mieć nadzieję, że wyciąg
z nasion winogron okaże się tańszy...
1 styczeń 2012, The Journal of Visualized Experiments
Opracowali: Martyna Musik, Anna Płóciennik, Grzegorz Sławiński
Puls UM
5
ROZMAITOŚCI
Ostatni wieczór
Można powiedzieć jak co roku: na ostatnią chwilę
trzeba było iść po coś do sklepu, bo a to rodzynek do ciasta
zabrakło, a to się bratu przypomniało, że czegoś nie kupił,
bo w sklepie nie było.
Krótko podsumowując: przedświąteczne przygotowania, gdy jak zawsze za dużo zostało do zrobienia na ostatnią chwilę. Dobrze, że chociaż prezenty były już spakowane i spokojnie czekały pod choinką na obdarowanych,
chętnych by rozerwać starannie zawinięte pakunki.
Jak co roku, po kilku godzinach, gdy karp był już
usmażony, w domu pachniało ciastem a za oknem zapadał zmrok, zasiadaliśmy do wigilijnego stołu. Był biały
opłatek, łamany na znak pojednania i 12 tradycyjnych potraw. Wszystko podobnie jak zawsze, rodzinnie, a mimo
to – inaczej. I nie tylko dlatego, że 365 dni nas zmieniło:
wzbogaciło o nowe doświadczenia, czegoś nauczyło, czy
wymalowało zmarszczkę na twarzy. To puste miejsce przy
stole nabrało innego znaczenia – czekało na kogoś, kto
wiedziałam, że już przy nim nie zasiądzie i nie złoży najważniejszego życzenia, podając opłatek: żebyśmy za rok
znów spotkali się przy wspólnym stole. I tak naprawdę nic
nie było „tak samo” – na kilka dni przed Wigilią zabrakło
kogoś bardzo ważnego.
Kiedy mija szok i pojawia się codzienność, a w niej radosne życzenia wykrzykiwane na ulicy, tylko jedno pytanie pozostaje bez odpowiedzi: dlaczego los, tak przewrotnie, nie poczekał jeszcze kilku dni? Głupie, retoryczne
pytanie, które plącze się po głowie.
„Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość
zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest
wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak
bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę” Gabriel
Garcia Marquez.
Być może wiele osób, czytając ten tekst stwierdzi, że
bez sensu jest pisać o pożegnaniu w czasie karnawału – ja
jednak wiem, że zbyt często zapominamy, jak bardzo jesteśmy bezsilni; i że być może właśnie dzisiaj ostatni raz
trzymamy za rękę kogoś, kogo kochamy.
Na Nowy Rok, życzę Wam, żeby jedno znalazło się
wśród Waszych postanowień: cieszcie się codziennością,
bo wzniosłe chwile miło się wspomina, ale tęskni się za
drobnymi gestami i wieczorną rozmową; uśmiechem,
spojrzeniem i dotykiem rąk. Najbardziej brakuje obecności.
I choć później, z pozoru, dla innych, wszystko wydaje
się takie samo jak zawsze, wcale nie jest...
kp
Doktor Miś Dzieciom
Finał XI akcji "Doktor Miś Dzieciom" odbył się 15
grudnia 2011 roku w Szpitalu Klinicznym przy ulicy Szpitalnej. W uroczystym rozpoczęciu uczestniczył Prorektor
d.s. Studenckich dr hab. Mariusz Puszkiewicz, Dyrektor Szpitala dr n. med. Paweł Daszkiewicz, a kilka słów
w imieniu studentów powiedziała Anna Zajączkowska.
W świąteczny nastrój wprowadził wszystkich uczelniany
6
Chór, śpiewając kolędy.
Następnie przejść należało do części praktycznej!
Różne były reakcje małych pacjentów na widok Mikołaja i jego Pomocników, lecz nieważne czy był to śmiech,
krzyk bądź płacz, nawet najmniejszy maluch obdarowany
został pluszowym misiem, który w tym roku występował
aż w dwóch wersjach: beżowej i kanarkowożółtej.
Radości i uśmiechów jednak było co niemiara,
a każdemu uczestnikowi udzielił się magiczny klimat Bożego Narodzenia. Jest to przecież czas, gdy
wszelkie marzenia się spełniają! W każdych okolicznościach powinien być mile spędzony, nawet
jeżeli przyjdzie leżeć w łóżku na ponurym oddziale
szpitalnym z dala od rodzinnego domu.
Przypominamy również, iż akcja bynajmniej
nie dobiegła końca! Pozostaje jeszcze koncert Chóru uczelnianego, który odbędzie się 23 stycznia
o godzinie 12:15 w Kościele pw. Matki Boskiej Bolesnej przy ul. Głogowskiej 97 (więcej informacji
na stronie: www.chor.ump.edu.pl).
Gorąco zapraszamy!
Maga
Gazeta Studentów
Janina Lulek
Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy:
Prof. dr hab. n. farm., od 1.10.2007 kierownik Katedry
i Zakładu Technologii Postaci Leku, (wcześniej Katedra
i Zakład Chemii Nieorganicznej i Analitycznej)
1. Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują: niezależna, odważna, pracowita
2. Jestem mistrzem w: pieczeniu kruchego ciasta
z owocami
3. Mam słabość do: moich wnuków
4. Nie potrafię: grać na pianinie i długo milczeć
5. Zawsze chciałam się nauczyć: biegle mówić po
angielsku
6. Chciałabym jeszcze: zdobyć Mont Blanc i zobaczyć
z bliska Himalaje
7. Autorytetem jest dla mnie: Jan Paweł II
8. Kiedy kłamię: Świadomie nigdy, gdyż ..... na szczęście, a może niestety, mam z tym problem...
9. Słowa, których nadużywam: koleżanko, kolego
10. Irytuje mnie: brak motywacyjnego systemu wynagrodzeń na naszej Uczelni i piętrzące się bariery administracyjne
11. Kim lub czym chciałabym być, gdybym nie była
tym, kim jestem? kiedyś lekarzem, ale dzisiaj chyba
prawnikiem
12. Studentom zazdroszczę: generalnie niczego, gdyż
„wszystko ma swój czas”
Puls UM
13. Kiedy stoję w korku: to... śpiewam lepiej lub gorzej
14. Zawsze mam przy sobie: bilet miesięczny Przewozów Regionalnych
15. Niezwykła umiejętność, którą posiadam: wymaganie od siebie, nawet jeśli inni ode mnie nie wymagają...
16. Moje ulubione miejsce na Ziemi: Tatry, a w nich szczególnie Czarny Staw Gąsienicowy i Zielony Staw
w Kaczej Dolinie
17. Muzyka, przy której się bawię: każda, byle
nie za głośna
18. Muzyka, przy której odpoczywam: Mozart,
Beethoven i ....„Stare Dobre Małżeństwo”
19. Energii dodaje mi: współpraca z młodzieżą
i wiara, że uda się coś zmienić na lepsze
20. Moja dobra rada dla studentów: „nic nie może przecież wiecznie
trwać”, nawet młodość, więc nie należy
zapomnieć, że „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”...
7
Z DWOJGA ZŁEGO
Z dwojga złego...
Ciąg dalszy dywagacji. Tym razem kwestia gorąco
dyskutowana na każdym (przynajmniej moim!) rodzinnym
spędzie – student: mieszkający z rodzicami czy samodzielnie? Życzymy smacznej lektury i z góry uprzedzamy, że
prywatne poglądy jednej z autorek są odmienne od tych
zaprezentowanych poniżej.
Razem z rodziną – brzmi sensownie.
Pewnie zarzucicie mi wygodnictwo tudzież inne dewiacje. A ja po prostu jestem racjonalna. Nie zamierzam
na siłę, w dodatku na złość rodzicielom, odmrażać sobie
uszu, czyli na gwałt wyprowadzać się z rodzinnego gniazda. A priori – szczegół niezwykle istotny – moje gniazdo od
zawsze jest w Poznaniu. Kwestia wyprowadzki do innego
miasta to zupełnie inna bajka.
Adhibe rationem difficultatibus. Studiuję medycynę, co
dosyć ogranicza zarówno moje zasoby finansowe, jak i czasowe. Choćbym chciała zamieszkać w komórce na miotły
w najpodlejszym z akademików, na jedzenie i utrzymanie
samej siebie we względnym zdrowiu i czystości musiałabym, chcąc – niechcąc, wydać ładnych kilka stów. To prawie tak, jakby wyrzucić je przez okno. Nie wspominając
o jakichkolwiech dobrach luksusowych. Słowem – mieszkanie z rodzicami w oczywisty sposób się opłaca; zwłaszcza, jeśliby przyjąć, iż jakąś część z zaoszczędzonej w ten
sposób sumy dostanę na własny użytek. I nikt mi nie wmówi, że utrzymuje się li tylko ze stypendium naukowego!
Zgoda, powyższy argument był łopatologiczny; idźmy
więc dalej. Kiedy padając na twarz wracam (z zasady później niż wcześniej) do domu, miło jest wiedzieć, że znajdę
tam coś do zjedzenia i nie będę musiała martwić się o pranie, które razem z rodzicielami robimy co kilka dni, systemem zmianowym. Nie znaczy to, że jestem leniwa. Wręcz
przeciwnie – dopóki mogę, gotuję z upodobania, a nie z konieczności. No i przyjemnie jest dzielić domowe obowiązki
z kilkoma osobami, zwłaszcza unikając nielubianych elementów (prasowanie!). W dodatku osiągamy tym samym
szczyty ergonomii.
Co więcej, bardzo mocno przemawia do mnie argument
złożony z siły oddziaływania wielu udogodnień, których
w momencie wyprowadzki samą siebie pozbawię. Przykłady? Garaż, a w nim samochód mamy, z którego zwykle
mogę korzystać. Mój motocykl, bez którego nie wyobrażam sobie lata. Wypasione, ojcowskie głośniki. Salon,
a w nim miejsce dla ewentualnych gości. Fajny ekspres do
kawy (ważny argument dla uzależnionych). Darmowy internet, bo rodziciele i tak za niego płacą. Zwierzaki domowe. Półki pełne książek. Wypielęgnowany siłą ojcowskich
dłoni ogród, który mogę podziwiać, uwaliwszy się z książką na tarasie. Zmywarka do naczyń. Krytyczne, ale pomocne komentarze mojej mamy na każdym kroku. Codzienne
dyskusje z rodzicielem na temat właśnie przeczytanego artykułu w GW. Et caetera, chyba już zrozumieliście.
Zapomniałabym o najważniejszym – święty spokój.
Nie, nie oznacza to, że nie kłócę się z rodzicielami (absurd?). Raczej to, że mój pokój zawsze będzie azylem spo-
8
koju, bez współlokatorów chcących pogadać czy imprez
studenckich. Co za dużo socjalizacji, to jak dla mnie niezdrowo. Ach, no i cudowny syndrom „wolnej chaty” – zdarza mi się na tyle często, że bytność rodzicieli w domu jest
zdecydowanie przyjemną odmianą – kohabitacja układa się
przyzwoicie.
Oczywiście, chętnie i rączo wybędę z domu na stałe.
Rozsądek jednak podpowiada mi, że warto poczekać na to
jeszcze kilka lat – ot, na przykład do końca studiów. Uwierzcie mi, jeszcze się przesycicie tą waszą niezależnością.
Graviora manent. A póki możecie, doceniajcie zalety domowego ogniska, bo zostało Wam już tylko kilka lat.
Samodzielność przede wszystkim
I zapędziłam się w pułapkę – jak argumentować dla
mnie oczywistą oczywistość, że kwintesencją bycia studentem jest fizycznie odseparowanie się od rodziców? Ba,
sam fakt, że trzeba to zrobić już kosztuje mnie spory wysiłek intelektualny, co nie jest wcale takim złym pomysłem,
po tygodniu intensywnego odmóżdżania się przy grach
strategicznych.
Kilka spraw na samym początku: argument finansowy
jest bezsprzecznie najważniejszy dla osób, których rodziców nie stać na utrzymywanie dziecka na studiach. Mieszkając w dużym mieście uniwersyteckim to jeszcze pół biedy, ale dramat pojawia się, gdy się chce studiować, a nie
ma gdzie. Mogłabym fanatycznie upierać się, że ze stypendium socjalnym i naukowym da się radę, ale do oderwanej
od życia fanatyczki mi daleko. Dlatego przede wszystkim
będę się odwoływać do, hmm, idei bycia Studentem.
Kim jest Student? – osobą, która Studiuje. Czyli, co
właściwie robi? Opuszcza rodzinne gniazdo na rzecz samodzielnego poznawania nauk tajemnych, co w rzeczywistości sprowadza się do beztroskiego korzystania z życia,
poznawania innych sobie podobnych, tym samym utrzymywania się w przekonaniu, że jeszcze zdąży przyswoić
owe nauki w trakcie sesji, a jak to później wygląda – sami
doskonale wiecie.
Zagadnienie kluczowe – samodzielność. W cudownej,
pełnej hipokryzji wersji, bo przecież rodziciele wiąż łożą
na nasze utrzymanie, ale poza tym „szczegółem” możemy
próbować dorosłości. Jasne, że zdarza mi się złożeczyć,
gdy późno wracam z zajęć, głodna jak wataha wilków,
a tu brudne naczynia straszą i szantażują („jeśli nas nie
umyjesz, nie będziesz miała na czym zjeść!”), a przecież
trzeba się jeszcze nauczyć na jutrzejszą wejściówkę, itp..
itp... Ale nikt nie mówił, że będzie tylko łatwo i przyjemnie. Za to gdy już sprostam wszystkim tym przyziemnym
wyzwaniom, moje ego jest solidnie podbudowane i mogę
wszystko (łącznie z rysowaniem syntezy de novo nukleotydów purynowych). Niezależnie od tego, jak liberalnych
rodziców mamy, to zawsze w domu rodzinnym będą panowały ich zasady i trudno od nich wymagać, by cieszyli
się na organizowane tam imprezy. A ja chciałabym mieć
możliwość jedzenia lodów na obiad bez krytycznych spojrzeń rzucanych w moją stronę, wybiegania na zajęcia i nie
Gazeta Studentów
FELIETON
zawracania na „koniecznie załóż czapkę!”, nie tłumaczenia
się z każdej aktywności towarzyskiej tylko dlatego, że stereotypowo student medycyny nie powinien robić nic, tylko
siedzieć w książkach.
Wyprowadzanie się z domu dopiero po studiach wydaje mi się być rzuceniem na bardzo, bardzo głęboką wodę,
i to bez okresu przygotowawczego. Ma to już niewiele
wspólnego z beztroską, niezależność bywa dotkliwa, praca
– duża odpowiedzialność, rodzina – jeszcze większa odpowiedzialność. Tylko, że wtedy margines błędów, jakie
można popełnić, adaptując się do nowej sytuacji, gwałtownie się zwęża.
Argument o świętym spokoju w ogóle do mnie nie trafia.
Z autopsji widzę, że nawet mieszkając w akademiku i nie
będąc zdecydowanie imprezową osobą można uczyć się we
względnej ciszy ile tylko dusza zapragnie (i jeszcze dłużej)
i korzystać z obecności znajomych w innych pokojach, gdy
najdą nas wątpliwości lub brak pomocy naukowych. Dobrze jest zawsze mieć do kogo pyszczek otworzyć i wpaść
na herbatę. Na dodatek przyznam, że trudno mi sobie te-
raz wyobrazić, jak można uczyć się w domu rodzinnym.
Od półtora roku zostałam pozbawiona tej umiejętności
do tego stopnia, że muszę uważnie planować terminy powrotów, by nie wypadały przed ważnymi zaliczeniami, bo
wiem, że nic konstruktywnego wtedy nie zrobię. Co paradoksalne – od kiedy bywam u rodziców co ileś tygodni,
stosunki z nimi i z rodzeństwem uległy znaczącej poprawie. Może dlatego, że zamiast kłócić się o różnice światopoglądowe dotyczące porządku w pokoju, jest więcej
miejsca na rozmowy na sensowne tematy.
Będę się upierać, że próba życia na własną rękę poza
domem, jest najwiekszą frajdą w okresie studiów. Tak
naprawdę, gdyby nie ten element, czym by się studia różniły od liceum? Mam w tej chwili przed oczami kolegę,
który z roświetlonym dumą licem informował, że ugotował sobie, zupełnie sam, zupę i będzie ją teraz jadł przez
tydzień, i jest z siebie bardzo zadowolony, bo nie umiał
nigdy gotować. Mała rzecz a cieszy.
Ania Płóciennik i Magda Pawlaczyk
Nadzieja
Zajęcia lekarza stażysty polegają na bardzo wielu
rzeczach: od skomplikowanej diagnostyki i prowadzenia
wywiadu począwszy, a na skakaniu do piekarni za rogiem
skończywszy. Ale o tym opowiedzą Wam znajomi w okolicznościach nieco mniej publicznych.
Każdy zresztą będzie miał pewnie inne doświadczenia.
Sądzę jednak, że w pewnej kwestii się zgodzą... Stażowanie jest nieustannym czekaniem.
Czasem jest to śledzenie w napięciu pracy laboratorium, które analizuje próbki naszego pacjenta.
Takie czekanie jest potwornie
stresujące. Bo nawet mając opiekuna nad głową, czuje się za swojego
pacjenta ogromną odpowiedzialność.
To chyba trochę tak jak z każdym
pierwszym razem, można to opisywać po sto razy, a i tak słuchający
wyobrazi to sobie inaczej. Ludzki
język jest na to stanowczo za wąski,
a telepatię udowodniono niestety tylko u królików...
W każdym razie radzenie sobie z czekaniem tego typu,
to chyba najtrudniejsza i najważniejsza umiejętność, jakiej
będziemy musieli się nauczyć. Nie tylko jako lekarze, ale
też pielęgniarki, fizjoterapeuci i wszyscy Ci, którzy będą
w przyszłej pracy wchodzić w relację z pacjentem. To zresztą najdziwniejszy typ związku w jakim do tej pory byłam.
Z jednej strony szalenie bliski, z drugiej pełen koniecznego
dystansu. Ale ja nie o tym miałam...
Drugi rodzaj czekania, zwany dla uproszczenia „czekajos clinicos vulgaris” albo klasyczny oczekiwaniem oddziałowym, to wszystkie te momenty, kiedy chwilowo nasza
praca jest zawieszona, aby niebawem znów ruszyć. Wbrew
Puls UM
pozorom w tak zwanym międzyczasie człowiek uczy się
niezwykle dużo. Można obserwować pracę doświadczonych lekarzy, sposób działania oddziału, zapoznawać się
z meandrami systemu rejestracji chorych.
Polecam jeszcze jedną aktywność – przestudiowanie
książeczek edukacyjnych, które tak chętnie rozdajemy naszym pacjentom.
Warto wiedzieć co się poleca.
Przecież mogą tam być totalne brednie, w które pacjent uwierzy tym
chętniej, że sami je reklamowaliśmy.
Z takim przypadkiem się jak dotąd nie spotkałam, choć polecam uważać. Zaskoczyła mnie natomiast inna
kwestia.
Otóż periodyki te bardzo skupiają
się na odczuciach pacjenta o których
my na co dzień nie myślimy...
Weźmy na przykład siedemnastolatka z mukowiscydozą, który od
5 miesięcy trafia do nas co jakiś czas
z zaostrzeniem. Wcześniej jego stan
był stabilny, ale zaczął zaniedbywać
drenaż i inhalacje.
Można powiedzieć więc, że trafia do szpitala przez własną głupotę.
Ale gdyby wgryźć się w to nieco głębiej, zauważa się
w tym wszystkim człowieka. Nastolatka, który chce żyć
normalnie. Który od najmłodszych lat, codziennie mnóstwo
czasu poświęca na nudne ćwiczenia, po których ma często
okropny, męczący kaszel. Który nie zawsze może wyjść ze
znajomymi, bo oto musi się „drenażować”. Który pyta –
dlaczego ja?
W naturalny sposób przychodzi nam do głowy pytanie
– „czy ja miałbym tyle siły?” No właśnie – miałbyś?
9
PAMIĘTNIK STAŻYSTY
Łatwo jest powiedzieć: „gdybym wiedział, że od tego zależy moje zdrowie”. Serio? Zależy także od wysiłku fizycznego, odpowiedniej wagi, higienicznego trybu życia. Jestem
przekonana, że codziennie spełniasz w tej kwestii zalecenia
WHO (tak, mam na myśli TAKŻE ostatnią imprezę).
Strach może być silną motywacją, ale tylko na chwilę,
bo ile można się bać. Pozostaje więc nadzieja – słabsza, ale
długotrwała.
Jeżeli więc nadzieja może prowadzić naszych pacjen-
tów do lepszego dbania o własne zdrowie, warto dać im
trochę nadziei. Tej realnej oczywiście.
W chwilach zawodowego załamania, kiedy czujemy, że
mamy na barkach problemy całego świata, nam też łatwiej
wytrwać dzięki nadziei właśnie. Na to, że niedługo, bardzo
niedługo, będziemy mądrzejsi i silniejsi. Bo przecież będziemy, prawda?
Marta Mozol-Jursza
Pamiętnik lekarza stażysty cz. 4
1.12.2011
Chyba dałem radę. Rano zbadałem pacjentów, a później na podstawie notatek napisałem obserwacje. Podczas
obchodu dokładnie zapisałem zalecenia Ordynatora, a następnie przelałem je na zlecenia i skierowania. Usłyszałem,
że dobrze się przygotowałem. A śniło mi się wczoraj, jak
byłem odpytywany z moich pacjentów. Zobaczymy, czy
do jutra, gdy wróci właściwy lekarz moich sal, wszystkie
7 osób przeżyje.
2.12.2011
Przeżyli. Okazało się jednak, że poradziłem sobie połowicznie. Nie pomyślałem, że cukrzykom wypada przedłużyć codzienne oznaczanie poziomu glukozy. Ale teraz
już będę wiedział.
5.12.2011
Znowu prowadzę te same sale. Pani doktor rozchorowała się. Zostało 5 pacjentów, a dzisiaj jednego wypisałem. Tym razem pamiętałem o glukozach.
6.12.2011
Pacjenci mi się powoli wykruszają. Ale to ponoć nie
dlatego, że ja ich prowadzę. Niemały udział ma na pewno
ich wiek, oscylujący wokół 90 lat.
8.12.2011
Wróciła pani doktor. Zastrzeżeń nie miała. Pochwał
też nie. Ale najważniejsze, że nikogo nie zabiłem – uważam, że całkiem nieźle jak na „zaraz po studiach”.
9.12.2011
Skończyłem internę. Od poniedziałku rozpoczynam
intensywną terapię.
15.12.2011
Właściwie trudno coś napisać – intensywna terapia to
nie jest interna. Na oddziale pacjentów jest w porywach kilku, a człowiek bez odpowiedniej wiedzy i umiejętności nie
jest w stanie za wiele przy nich zrobić. Dlatego czas spędzam głównie na sali operacyjnej. Pomagam w podłączaniu
pacjenta do aparatury, monitoruję, rozmawiam z lekarzami
i wykonuję szeroko pojęte transporty wewnątrzblokowe.
A oprócz tego intensywnie korzystam z komórki, bo w czasie 2-3 godzinnego zabiegu można co najwyżej umrzeć
z nudów. Szczególnie w trakcie znieczulenia podpajęczynówkowego, podczas którego nawet ciśnienie pacjentom
nie spada. Wiedzieliście, że da się wyładować całą baterię
w ciągu tych kilku godzin? Ano można.
16.12.2011
Moja pierwsza intubacja na żywym człowieku.
10
I, niestety, nieudana. To coś, co miało być aditus laryngis, było co najwyżej wejściem do przełyku. Możliwe też,
że pacjent miał jakąś nietypową krtań, ale wątpię w to,
skoro anestezjolodzy ocenili go w skali Mallampati na
II i zaintubowali go bez trudu. W każdym razie po kilku sekundach odpuściłem, mając świadomość, że pacjent
już nie oddycha. Teraz myślę, że mogłem jeszcze chwilę
popróbować, korzystając z mającej przed chwilą miejsce
preoksygenacji biernej i czynnej – saturacja pacjentki nadal wynosiła 100%, gdy zaniechałem próby. Następnym
razem będę o tym pamiętał.
19.12.2011
Dzisiaj pracowałem jako pielęgniarka anestezjologiczna. Czułem się prawie tak, jakbym to ja usypiał pacjenta.
Wszystko się udało, poza tym, że trochę leku trysnęło mi
w powietrze – chyba za słabo włożyłem strzykawkę do
wenflonu. Nie wiem, nikt mnie tego nie uczył, więc cud,
że w ogóle wiem, z której strony się to wsadza.
22.12.2011
Cieszcie się, Koleżanki i Koledzy Studenci. Cieszcie
się, bo macie już ferie w czasie, gdy Wasi starsi koledzy
pracują. I wrócą po świętach prosto do pracy. Teraz, gdy
człowiek chce gdzieś wyjechać, musi brać urlop. Z drugiej
strony pamiętam, że te wielkie dwa tygodnie często były
wykorzystywane na naukę na trzy egzaminy, które były
w styczniu, więc chyba nie mam czego żałować.
27.12.2011
Pierwszy dzień na chirurgii i już zoperowałem wyrostek. No, asystowałem. Szło mi jeszcze słabo, ale mam
nadzieję, że wkrótce stanę się asystą, która jest lepsza niż
brak asysty.
30.12.2011
Czas okołoświąteczny to kiepski okres na szkolenie
się w operacjach – ludzie chyba nie potrafią się zebrać,
żeby tuż po świętach dawać się kroić. Dlatego większość
czasu spędzam na SOR-ze, gdzie zawsze jest co robić.
3.01.2012
Nowy rok. Nowe możliwości. Do moich osiągnięć
muszę zaliczyć zszycie skóry podczas operacji. Pierwszy
raz w życiu! Wolę chyba jednak robić to w zacisznym gabinecie na SOR-ze, gdzie jestem sam z pacjentem. Na sali
operacyjnej czuje się wszechobecną, niewypowiedzianą
presję, by jak najszybciej kończyć. Mimo tego dyskomfortu, liczę, że nie ostatni raz trzymałem imadło, będąc
ubranym w zieleń.
Lekarz stażysta
Gazeta Studentów
KONFERENCJA
5
th
European Conference EHNS
on Head & Neck Oncology
2012, 19–21 April
Poznań / Poland
ORGANIZER: The European Head and Neck Society LOCAL ORGANIZERS: The Polish Study Group of Head and Neck Cancer
The Greater Poland Cancer Centre
The Poznan University of Medical Sciences
MAIN SCIENTIFIC TOPICS: n Molecular biology in head and neck cancer
n Innovation in head and neck oncology n Value of the present image diagnostic in evaluation of head and neck recurrences
n Standardization in multidisciplinary treatment of head and neck cancer
n Reconstruction in head and neck cancer
PRE-CONFERENCE COURSES: REGISTRATION FEE: for physicians in training Not exceeding € 300
Pre-conference courses free of charge PSGH&N Travel Grants for participants from Eastern Europe wishing to participate in pre-conference courses and the 5th European Conference on Head and Neck Oncology. CONFERENCE BUREAU: 15 Garbary Street, 61-866 Poznań, Poland Phone/fax no: +48 61 8850801 Email:[email protected]
www.ehns2012.pl
Puls UM
11
Z KOCIOŁKA MŁODYCH ZIELAREK
Bez nerwów
Egzaminy coraz bliżej!... Poczuliście pewien niepokój? No właśnie! Wyobraźcie sobie jak będziecie się czuli, gdy naprawdę nadejdzie czas popisywania się wiedzą.
Solidaryzując się z Waszymi odczuciami, postanowiłyśmy
w dzisiejszym kociołku upichcić trochę ziółek na uspokojenie skołatanych nerwów,
wyciągnięcie załamanych studentów z egzaminacyjnej depresji i poprawienie jakości
KLUCZOWEJ w czasie sesji
czynności – snu. A więc – na bok
książki, kociołki w ruch!
Korzeń kozłka – kiedyś
stosowany jako „lek na wszystko”. Dziś jego wykorzystanie
jest związane głównie z działaniem uspokajającym i ułatwiającym zasypianie. Możemy nie
obawiać się, że korzeń kozłka
zadziała „ogłupiająco”, ponieważ działaniu uspokajającemu
nie towarzyszy osłabienie koncentracji i sprawności umysłowej. Same plusy. Szczególnie,
jeżeli wziąć pod uwagę, że kozłek lekarski może skutecznie
zastępować benzodiazepiny –
leki stosowane w zaburzeniach
lękowych, nie powodując przy
tym uzależnienia i zbędnych skutków ubocznych. Istnieje
kilka doniesień dotyczących mechanizmu działania kozłka, które łączy się z obecnością w surowcu seskwiterpenów, lignanów i flawonoidów. Podobno jego działanie
uwarunkowane może być interakcją z systemem GABA,
działaniem agonistycznym na receptory A1-adenozynowe
lub wiązaniem się z receptorami serotoninowymi. Moglibyśmy powiedzieć, że o tej popularnej roślinie leczniczej
wiemy już wszystko, gdybyśmy tylko wiedzieli, dlaczego
zapach kozłka przyciąga koty, szczury i… dżdżownice?
Sposób przygotowania: Polecamy przygotowanie naparu lub stosowanie gotowych preparatów.
Melisa lekarska – któż z nas o niej nie słyszał? Liść
melisy jest jednym z najbardziej znanych środków powszechnie polecanych w celu uspokojenia skołatanych
nerwów. Rzeczywiście, jest to surowiec stosowany od
wieków w celu łagodzenia napięcia, drażliwości i niepo-
12
koju oraz dla ułatwienia zasypiania. Działanie sedatywne
surowca wiązano przez długi czas ze składnikami olejku
eterycznego, po wielu badaniach można jednak przyjąć, że
za to działanie odpowiedzialne są również związki hydrofilne surowca. Melisa jest również stosowana w leczeniu
objawów zaburzeń trawiennych, ze względu na działanie
spazmolityczne i pobudzające wydzielanie soku żołądkowego. Polecana jako surowiec uspokajający dla dzieci.
Sposób przygotowania: Melisę możemy zaparzać na
różne sposoby, uzyskując w zależności od potrzeby łagodniejsze lub mocniejsze wyciągi. Jeśli chcemy uzyskać
napój o działaniu uspokajającym – ok. 1,5 łyżeczki wysuszonych liści melisy zalewamy szklanką wrzącej wody
i trzymamy napar pod przykryciem ok. 10 minut. Dla
uzyskania napoju relaksującego i odprężającego możemy
użyć nieco mniejszą ilość surowca.
Lupulina i szyszki chmielu – Zarówno szyszki, jak
i lupulina wykazują działanie uspokajające poprzez hamujący wpływ na czynność kory mózgowej, zmniejszenie wrażliwości niektórych ośrodków w rdzeniu przedłużonym i w rdzeniu kręgowym, a także utrudniając
przenoszenie bodźców do mózgu. Za działanie uspokaGazeta Studentów
PULSTERWENCJA
jające prawdopodobnie odpowiedzialny jest związek powstający z kwasów goryczowych. Jak konkretnie działa?
Prawdopodobne są trzy mechanizmy: interakcje z systemem GABA, działanie antagonistyczne w stosunku do receptorów melatoninowych lub wiązanie się z niektórymi
receptorami serotoninowymi.
Dzięki działaniu sedatywnemu, szyszki chmielu i lupulina są stosowane w stanach zmęczenia i wyczerpania
nerwowego, w związanych z tym trudnościach w zasypianiu, przy nadpobudliwości nerwowej. Ze względu na
zawartości substancji gorzkich, surowiec ten wzmaga wydzielanie soku żołądkowego, a także pobudza łaknienie.
Dlatego też chmiel zalecany jest w nerwicach żołądkowojelitowych i zaburzeniach trawiennych.
Sposób przygotowania: Napar z szyszek chmielu przygotować przez zalanie 1-2 łyżek rozdrobnionego surowca
1 szklanką wrzącej wody. Odstawić pod przykryciem na
30 minut, przecedzić. Pić 2 razy dziennie po 100-200 ml.
Passiflora – roślina niezwykła, szczególnie jeśli dobrze przyjrzeć się jej kwiatom i… nazwie. Po polsku nazywana jest męczennicą (passio – cierpienie i flos – kwiat) co
pozostaje w związku z budową jej kwiatów, posiadających
elementy przypominające symbole Męki Pańskiej: korona
cierniowa, młoty, gwoździe, lance i sznury! Legenda głosi,
że wyrosła z łez Chrystusa, które upadły na ziemię. Nie
mniej zadziwiające są jej właściwości. Passiflora ma działanie uspokajające i przeciwlękowe, dzięki czemu może
pomagać w zasypianiu zarówno dzieciom (powyżej 12
roku życia) , jak i dorosłym. Co również istotne w stresujących sytuacjach, preparaty passiflory łagodzą zaburze-
nia gastryczne pochodzenia nerwowego poprzez działanie
spazmolityczne na mięśnie gładkie przewodu pokarmowego. Można stosować ją w depresji, stresie i zmęczeniu
(nie sugeruję oczywiście, że studenckie życie dostarcza takich atrakcji ;) ). Działa także przeciwbólowo, szczególnie
w migrenie lub bólach menstruacyjnych.
Sposób przygotowania: Proponujemy zaopatrzyć się
w preparaty dostępne w aptece.
Kwiat lawendy – jest kolejnym surowcem, który pomoże nam w stanie zdenerwowania i niepokoju. Wyciąg
wpływa na ośrodkowy układ nerwowy działając łagodnie
uspokajająco, zmniejsza bezsenność i napięcie nerwowe.
Obniża także ciśnienie krwi i zapobiega gromadzeniu się
płynów w organizmie. Dodatkowo reguluje zaburzenia gastryczne, kolki, wzdęcia i nudności.
Sposób przygotowania: Napar z kwiatów lawendy
sporządzić zalewając 1 łyżkę surowca 1 szklanką wrzącej wody lub mleka. Pić 2-3 razy dziennie po 100-200 ml
lub 1 szklankę na noc, jako środek pomagający w zaśnięciu. Polecany raczej jako dodatek do wieloskładnikowych
mieszanek.
Na koniec musimy oczywiście dodać, że najlepszym
sposobem na niestresowanie się zaliczeniami i egzaminami jest rozplanowanie pracy, sumienność, dobre przygotowanie i systema…. Eee tam…! Wpadnijcie lepiej na
meliskę ;)
Anita Pogorzelska
Marta Ptaszyk
Pulsterwencja – napisz do nas: [email protected]
Marta: „1) Jakie są obowiązki Rady Mieszkańców DS?
2) Czy mają jakieś oficjalne spotkania i jak można przekazać im swoje uwagi?
3) Czy we wszystkich akademikach właściwie działają?”
Rada Mieszkańców DS „Eskulap”: ad 1.) Odsyłam do
regulaminu Domów Studenckich. Dostępny jest na stronie
RUSSu: Sprawy socjalne -> Regulaminy. Tam określone
są główne pola działania Rad Mieszkańców i zakres ich
obowiązków.
Ad 2.) Rada Mieszkańców w D.S. “Eskulap” ma swoją
gablotę obok wind,, a wszelkie uwagi można zgłaszać na zamieszczonego tam maila: [email protected] W naszym
przypadku regularnych spotkań, tudzież dyżurów, nie prowadzimy, ale jesteśmy ze sobą w stałym kontakcie i wszelkie
sprawy staramy się przedyskutowywać na bieżąco.
Ad 3.) Czy właściwie działają? Trudne pytanie :) Obecnie RM działają w “Eskulapie” i “Wawrzynku”. Może ta
szeroko rozumiana "działalność" nie jest przez wszystkich
Puls UM
zauważalna, ale jeśli chodzi o D.S. “Eskulap” to RM odbyła kilka spotkań z Kierownictwem DS, zapadły pewne
konkretne postanowienia, zostały wprowadzone zmiany
i teraz oceniamy ich efekty.
Cały czas myślimy nad kolejnymi udogodnieniami
i zmianami, które podniosłyby komfort życia w akademiku, ale, co zrozumiałe, ograniczają nas kwestie finansowe.
Póki co staramy się znaleźć kompromis między oczekiwaniami studentów – czyli także naszymi:) – a wszechobecnymi regulaminami i rozporządzeniami.
Kontakt do Rady Mieszkańców: w DS „Eskulap” – Paweł Sznajder 500 091 294
w DS „Wawrzynek” – Barbara Majer 793 953 085
13
:
UMERU
N
T
A
TEM
znaczące (akrostychy), np. FILM TW, zawierający pierwsze litery nazw aminokwasów egzogennych, lub też nieznaczące, jak w przypadku wyrażenia MIGOSEPP, które jest
skrótem umożliwiającym zapamiętanie gałęzi psychologii
(medyczna, indywidualna, genetyczna, ogólna, społeczna,
edukacyjna, przemysłowa, prawnicza).
Jeżeli chodzi o pierwsze litery, możemy też przyswajać kolejność pewnych faktów przez układanie zdań
z pierwszych ich liter (przykład z dziś: stwierdzenie „mama
i tata kochają dzieci” pozwoliło mi zapamiętać kolejność pojawiania się markerów zawału serca w surowicy – mioglobina,
troponina, kinaza kreatyniny, dehydrogenaza mleczanowa).
WIERSZYKI. Układamy mało skomplikowane rymy,
np. łódka płynie, księżyc świeci, trójgraniasty groszek leci,
na trapezie, trapeziku wisi główka na haczyku – dzięki któremu nauczyliśmy się właśnie kości nadgarstka.
METODA OGNIW. Wymyślamy krótką, barwną historyjkę, umożliwiającą zapamiętanie ciągu informacji.
Przykładem jest sytuacja kiedy wybieramy się do sklepu
i mamy kupić chleb, ser, sałatę, jogurt i sok. Listę zakupów
przypomnimy sobie dzięki myszy z serem w pyszczku,
która przestraszywszy się sałaty, poślizgnęła się na plamie
z soku i przewróciła pojemnik z jogurtem na chleb (podobno im bardziej bzdurna opowieść tym lepiej – mysz może
być dla przykładu wściekle różowa).
UKŁADY SKOJARZENIOWE – znane powiedzenie
„na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym” pozwala zapamiętać rok założenia Rzymu – 753.
METODA HAKÓW – jest przydatna do nauczenia się
ciągu informacji, których kolejność ma zasadnicze znaczenie. Dla przykładu przyporządkowujemy kolejnym cyfrom
symbole: 1 – schody 2 – Achilles 3 – jezioro 4 – drzewo
5 – kostka do gry, które będą naszymi hakami. Następnie
„przybijamy” informacje do haków: 1 – schody pokonujemy skokami, 2 – pięta Achillesa, 3 – łódka płynąca po
jeziorze, 4 – trzy drewniane kliny, 5 – sześcienna kostka do
gry. Ten sposób pozwolił nam zapamiętać kolejność kości
śródstopia.
CYFRY REPREZENTOWANE PRZEZ LICZBĘ
LITER W SŁOWIE.
Tu pole do popisu ma nasza wyobraźnia. Układamy
zdania, w których liczba liter w słowach reprezentuje konieczne do zapamiętania cyfry.
Pamiętajmy, że aby dana metoda skutkowała, w naszym
umyśle musimy ją znacznie przejaskrawić. Chodzi o zaangażowanie wszystkich lub prawie wszystkich zmysłów, widzenie ruchów oraz wyolbrzymianie. Nasz zmęczony szarą
codziennością mózg z większą łatwością koduje obrazy
irracjonalne, wykraczające poza standardowe ramy. Jeżeli
uda nam się tę cechę wykorzystać, mamy możliwość znacznego powiększenia liczby naszych osobistych gigabajtów.
CIA
U
K
W
O
J,
D
E
Y
C
GD
WIĘ ywa…
Z
A
COR a nie przyb
sc
a miej
Przydadzą się już niedługo, kiedy na karku poczujemy zimny oddech sesji. Kiedy po serii pracowitych nocy brakuje szufladek
do magazynowania kolejnych informacji, proste techniki zapamiętywania (mnemotechniki) mogą okazać się
zbawienne. Kilka najciekawszych przedstawiam poniżej.
Czym są mnemotechniki?
Mnemotechnika lub mnemonik (gr. mneme – pamięć,
grecka bogini pamięci – Mnemozyna) to ogólne pojęcie
oznaczające sposób ułatwiający zapamiętywanie, przechowywanie i przypominanie sobie informacji. Za jej twórcę
uważany jest Symonides z Keos, który jako pierwszy zastosował technikę tzw. „pałacu pamięci” (poniżej). Mnemonik polega na kategoryzacji i przyswojeniu nowych
wiadomości według pewnych skojarzeń, analogii i na zasadzie podobieństwa, następnie zaś zapamiętaniu ich w formie łatwiejszej, tj. żartobliwej, rymów czy też skrótów.
Do przyswojenia wykorzystujemy czynniki wzmacniające
takie jak kolory, dźwięki, obrazy, rytm. Proces przypominania sobie polega na skojarzeniu wytworzonych symboli
z przyporządkowanymi im informacjami. Umożliwia to
wzmocnienie i poszerzenie zakresu pamięci.
Mnemotechniki dzielimy na proste i złożone. Do prostych należą techniki takie jak akronimy, krótkie wierszyki, układy skojarzeń czy pierwszych liter, gra słów, metoda
ogniw, haków czy reprezentowanie cyfr poprzez liczbę liter
w słowie. Do złożonych natomiast zaliczymy wspomniany
już „pałac pamięci” i Główny System Pamięciowy.
Mnemoniki proste
AKRONIMY. Tworzymy słowo z pierwszych liter
zapamiętywanych wyrazów. Utworzone słowa mogą być
14
Gazeta Studentów
TEMAT NUMERU
Mnemoniki złożone
W tym zakresie mieszczą się bardziej skomplikowane
techniki pamięciowe, takie jak „pałac pamięci” („rzymski
pokój”) i Główny System Pamięciowy. Do ich zastosowania konieczne jest wcześniejsze stworzenie pewnych podstaw by w miarę swobodnie poruszać się pomiędzy zapamiętanymi symbolami.
PAŁAC PAMIĘCI. Ta technika wymaga stworzenia
w wyobraźni potencjalnego pomieszczenia, w którym
będziemy umieszczać w formie obrazów (symboli) kolejne informacje. Metoda skutkuje w momencie, kiedy do
przyswojenia mamy znaczną partię materiału. Symonides
– uważany za twórcę tej techniki – wyobrażał sobie przestronny pokój, w którego określonych punktach umieszczał mocne, charakterystyczne „haki” ilustrujące osoby,
fakty czy słowa które chciał zachować w pamięci. Inną
znaną postacią stosującą ten motyw był dr Hannibal Lecter, bohater powieści Thomasa Harrisa. Mnemonikiem tym
interesowali się ponadto św. Tomasz z Akwinu, Giordano
Bruno czy Jezuici.
Metoda „pałacu pamięci” umożliwia przypomnienie
sobie ok. 50% więcej faktów niż przy standardowych metodach uczenia. „Haki”, czyli specyficzne symbole, warto rozmieszczać (oczywiście w wyobraźni) we własnym pokoju,
wyimaginowanym pomieszczeniu, na swoim ciele, wzdłuż
znanej drogi czy też na innym obiekcie z dużą ilością charakterystycznych punktów. Do tych samych punktów przybijać możemy bardzo dużą ilość informacji. Podobno umysł
będzie w stanie rozróżnić wszystkie nowe fakty.
GŁÓWNY SYSTEM PAMIĘCIOWY.
Jest to bardzo zaawansowana technika, w której cyfry zamieniamy na głoski alfabetu fonetycznego, dzięki czemu zapamiętujemy łatwe do wizualizacji słowa.
Na początek musimy
przyswoić sobie poniższe zestawienie:
0 – s, z
1 – t, d
2–n
3–m
4–r
5–l
6–j
7 – k, g
8 – f, w
9 – p, b.
Zestawienie dwóch
głosek przy niektórych
cyfrach oparte jest na
podobieństwie w ich wymawianiu (fonetyce), natomiast do
Puls UM
skutecznego zapamiętania powyższego zestawienia mogą
posłużyć poniższe skojarzenia:
0. „z” to pierwsza głoska w słowie „zero”,
a „o” to ostatnia
1. litery „t” lub „d” mają jedną pionową kreskę
2. pisane „n” ma dwie pionowe kreski
3. pisane „m” ma trzy pionowe kreski
4. główną głoską w słowie „cztery” jest „r”
5. w rzymskiej cyfrze L (50) kryje się słowo „pięć”
6. litera „j” to lustrzane odbicie 6
7. z dwóch siódemek można ułożyć duże K
8. pisane f ma dwie pętelki jedna nad drugą, jak cyfra 8
9. litery p i b to lustrzane odbicia cyfry 9.
Kolejnym krokiem jest stworzenie słów – kluczy, które kojarzyły nam się będą z tylko i wyłącznie jedną cyfrą,
np. dla cyfry 1 – mech, dla cyfry 9 – puch. Ważne jest,
aby wyraz przyporządkowany danej cyfrze zawierał tylko
i wyłącznie głoskę mu przypisaną. Dla zapamiętania ciągu
cyfr tworzymy słowa zbudowane z danych głosek w odpowiedniej kolejności, dla przykładu dla liczby 3142 konieczne jest użycie głosek M, T(D), R, N. Dobrym słowem
stworzonym na zasadzie podobieństwa fonetycznego będzie słowo MATRONA. Jeżeli więc ciąg 3142 jest naszym
pinem, przed wpisaniem go przypominamy sobie najpierw
dumną diwę w długiej, czarnej sukni, następnie „alfabet fonetyczny” i nasz pin. Podana technika w medycynie może
być przydatna do zapamiętania ogromnej liczby „wartości
prawidłowych” parametrów oznaczanych w badaniach.
Mnemotechniki to stosunkowo proste, ale bardzo efektywne triki. Po opanowaniu ich nawet w średnim stopniu,
jesteśmy w stanie zamienić naukę w zabawę, a jedynym
ograniczającym nas czynnikiem jest nasza własna
wyobraźnia. Pamiętajmy:
twórzmy osobiste, kolorowe scenariusze, których nie zrozumie nikt
inny, a nasz wzbogacony
w nie umysł zapewni nie
tylko świeże spojrzenie na zimowo-sesyjną
aurę, ale także otworzy
nowe szlaki dla setek
właśnie wkuwanych informacji, między którymi
w końcu zaczniemy poruszać się coraz swobodniej.
j.w.
15
INFORMACJE
Kwestia Stażu!
Jest druga połowa roku akademickiego. Większość
z nas, studentów VI roku, ma przed sobą żmudne cztery
miesiące zajęć klinicznych, średnio osiem absorbujących
umysł egzaminów, ostatnie wakacje w życiu (jak los da,
to i ze zniżką studencką) i decyzję o wyborze miejsca stażowego. Posady, która pozwoli nam rozpocząć starania
o otrzymanie, innego aniżeli ograniczone, prawa wykonywania zawodu. Jak podejść, do tego niełatwego wyzwania? Jak rozeznać się w stercie papierów i podań? Jak nie
zapomnieć o znaczących datach? I od czego w ogóle zacząć? Podpowiadamy i radzimy.
To co najbardziej istotne, to świadomość, że do połowy sierpnia tego roku musimy wyrobić się ze zdaniem
wszystkich obowiązujących nas egzaminów, by wraz
z początkiem października móc rozpocząć staż podyplomowy. Dla tych, którym się to nie uda kolejnym terminem
jest 1 marca. Jednak już do 30 czerwca, niezależnie od
liczby zdanych egzaminów, jesteśmy zobowiązani złożyć podanie o staż we właściwej Okręgowej Izbie Lekarskiej. Formularz znajduje się na stronie www.wil.org.pl
(dla woj. wielkopolskiego), w zakładce "kształcenie / staż
podyplomowy". Umieścić w nim należy swoje dane osobowe wraz z miejscem zamieszkania i dwa sugerowane
miejsca przyszłej pracy. Co ważne! Liczy się kolejność
wpisanych placówek stażowych, która ma znaczenie i jest
rozpatrywana w procesie rekrutacji.
Kolejnym krokiem, który powinniśmy podjąć, już po
zdaniu wszystkich egzaminów, jest dostarczenie do OIL
następujących dokumentów:
- wniosku o przyznanie ograniczonego prawa wykonywania zawodu,
- zaświadczenia o średniej wydawanego przez Dziekanat,
- arkuszu zgłoszeniowego lekarza stażysty,
- odpisu dyplomu ukończenia studiów,
- zaświadczenia o stanie zdrowia na druku Izby Lekarskiej
wydanego przez lekarza medycyny pracy,
- 2 zdjęć legitymacyjnych,
- ksera dowodu osobistego,
- ksera decyzji o nadaniu NIPu.
Wszelkie wzory wniosków i arkuszy dostępne są na
stronie: wil.poznan.ibip.pl, w zakładce "staże podyplomowe". Znajdziemy tam również wykaz placówek uprawnionych do zatrudniania lekarzy stażystów. Odpis dyplomu ukończenia studiów (nie oryginał, który wręczą nam
na uroczystym Dyplomatorium w październiku 2012 r.)
otrzymamy z Dziekanatu w terminie do 30 dni po całko-
16
witym rozliczeniu się z Uczelnią, tj. po złożeniu w pokoju
nr 023 w Collegium Maius, ul. Fredry 10, kompletu dokumentów:
- karty egzaminacyjnej,
- indeksu,
- karty obiegowej,
- książeczki praktyk wakacyjnych,
- 4 zdjęć dyplomowych – 45x65mm (w stroju odpowiednim do okoliczności),
- legitymacji studenckiej (jeżeli nie zdarzy się nam jej zgubić),
- dowodu wpłaty za dyplom na kwotę 60 zł.
Na posiedzeniu OIL zostaje nam przyznane ograniczone prawo wykonywania zawodu. Jako prawie pełnoprawni lekarze (a jak wiemy, prawie robi wielką różnicę)
możemy wreszcie wyrobić sobie pieczątkę. Należy na niej
umieścić: imię, nazwisko, tytuł zawodowy (LEKARZ –
przypominamy) oraz numer ograniczonego prawa wykonywania zawodu. Dla właścicieli ciekawych dzwonków
polifonicznych dopuszczalne jest podanie również swojego numeru telefonu.
Wyniki postępowania kwalifikacyjnego Okręgowa
Izba Lekarska ogłasza we wrześniu. Po przyznaniu miejsca stażowego jesteśmy zobowiązani zgłosić się do Izby
Lekarskiej w celu otrzymania następujących dokumentów: uchwały o przydzieleniu miejsca stażowego, karty
stażu podyplomowego oraz anonimowej oceny stażu.
Następnie musimy udać się do przyszłego pracodawcy
w celu podpisania umowy o pracę na czas określony oraz
ustalenie kolejności odbywania staży cząstkowych, które
w przypadku lekarzy obejmują następujące dziedziny:
- choroby wewnętrzne – 11 tyg. (w tym 1 tydzień krwiodawstwo i krwiolecznictwo),
- pediatria – 8 tyg. (w tym 2 tygodnie neonatologii),
- chirurgia – 6 tyg. chirurgia ogólna i 2 tyg. chirurgia urazowa,
- położnictwo i ginekologia – 7 tyg.,
- intensywna terapia i medycyna ratunkowa – 6 tyg.
(w tym 2 tyg. intensywnej terapii, 1 tydzień kursu z ratownictwa medycznego i 3 tyg. pomocy doraźnej),
- psychiatria – 4 tyg.,
- medycyna rodzinna – 6 tyg.,
- orzecznictwo lekarskie – 20h realizowane w ciągu 3 dni
odbywa się w ZUS-ie,
- bioetyka – 20 h realizowane w ciągu 3 dni odbywają się
w Izbie Lekarskiej ul. Nowowiejskiego 51,
- prawo medyczne – 30h realizowane w ciągu 4 dni
w Izbie Lekarskiej .
Gazeta Studentów
OPOWIADANIE
Po szybkich rachunkach uzyskujemy czas 13 miesięcy
pracy w roli lekarza stażysty. Na szczęście nie bez urlopu, który przysługuje nam w wymiarze 20 dni. Osobną
kwestią jest urlop zdrowotny przyznawany na okres nie
dłuższy niż 20 dni. Niezdolność do pracy trwająca dłużej
niż 21 dni, urlop macierzyński czy wychowawczy oraz
bezpłatny urlop (max. 3 mies.), zgodnie z Rozporządzeniem Ministra Zdrowia, przedłużają naszą praktykę o czas
naszej nieobecności. Miejsca i terminy odbycia stażu na oddziałach, których nie ma w szpitalu, gdzie jesteśmy zatrudnieni (np.
psychiatria), odrabiamy na zasadzie oddelegowania do
innej jednostki medycznej. Leży to w gestii pracodawcy,
ale praktycznie rzecz ujmując musimy zatroszczyć się o to
sami. W sytuacjach losowych istnieje możliwość zmiany
miejsca odbywania stażu. Wymaga to przede wszystkim
czasu, cierpliwości oraz oczywiście zgody obu (obecnego
i przyszłego) pracodawców. Jeżeli chcemy odpracować te
13 miesięcy za granicą, zgodnie z opinią członka Komisji
Młodych Lekarzy WIL lek. Marcina Żytkiewicza, najbardziej problematycznym zagadnieniem jest zaliczenie szkoleń z zakresu prawa medycznego, bioetyki i orzecznictwa.
Zainteresowanym proponuje się w związku z tym indywidualne konsultacje w OIL. Znane są jednak przypadki
osób, którym częściowo lub w całości umożliwiono pracę
poza granicami naszego kraju.
Ostatnią, naszym zdaniem bardzo ważną, kwestią
związaną ze stażem podyplomowym jest wynagrodzenie.
Miesięcznie będziemy otrzymywać 2007 zł brutto, a za
każdą godzinę dyżuru medycznego, pełnionego w porze
dziennej oraz nocnej przysługuje nam wynagrodzenie
w wysokości 125 % stawki godzinowej zasadniczego wynagrodzenia miesięcznego.
Na koniec przyjemna rzecz, gdyż po odbyciu stażu oraz po zdaniu Lekarskiego Egzaminu Państwowego
otrzymamy pełne prawo wykonywania zawodu z wszelkimi tego konsekwencjami.
Poruszając temat stażu podyplomowego chciałyśmy
w dużej mierze uwolnić Was od, w wielu miejscach, spornych kwestii związanych z zawiłością przepisów prawa
oraz ułatwić starcie z uciążliwą biurokracją. Nasz tekst
oparłyśmy na: "Ustawie o zawodzie lekarza i lekarza
dentysty" (z dn. 5.12.1996 z późniejszymi poprawkami),
informacjach znajdujących się na stronie www.wil.org.pl
oraz wiedzy i doświadczeniu lek. Marcina Żytkiewicza
z KML WIL. Serdecznie dziękujemy za pomoc.
W kolejnym artykule, na łamach PulsUM będziecie mogli przeczytać o tym, jak zdobyć tytuł specjalisty, a w kwietniu Młodzi Lekarze i RUSS zapraszają na spotkanie dotyczące obu tych tematów. Więcej informacji na stronach RUSS.
Anna Zajączkowska
Marta Zawacka
Dawna opowieść odc. 2
Sytuacja przedstawiała się następująco: zbójecka banda
napadła zakonnych, po czym zamknęła ich w podpalonym
kościele, by spłonęli żywcem, a następnie zabrała się za
plądrowanie zakonnych piwnic. Lecz w związku z tym, iż
duchowni byli już bezpieczni, nikomu więcej przecież życie nie zagrażało. Piwnice bogate były wprawdzie w wino,
ale kilka kropel trunku nie jest warte ryzykowania własnej
głowy. Zygmunt stwierdził, że niestety niczego nie jest
w stanie zrobić. Wtem podszedł do niego jeden z zakonników. Kaszlał ciężko od dymu. Chwycił mocno chłopaka
za ubranie, przyciągnął do siebie i, próbując stłumić kaszel,
z trudem z siebie wydobył:
– Wzięli ojca Roberta.. uh.. Zabiją go z pewnością.
Ratunku! – Ciężki kaszel przerwał mu dalszą wypowiedź.
Z wielkim wysiłkiem zdołał jeszcze powiedzieć – Jest ich
czterech! Nagrodzimy cię. Dostaniesz tyle złota, ile tylko
zechcesz – powiedziawszy, osunął się na ziemię, usiłując
złapać kolejny oddech.
– Złoto… Niech będzie i złoto!
Zygmunt postanowił rozeznać się w terenie. Oparł się
plecami o ścianę kościoła i wychylił się, aby szybko rzucić
okiem na sytuację. Drzwi piwniczne znajdowały się cztery
duże susy od niego. Zbój pilnujący ojca Roberta, trzymając
Puls UM
miecz przy gardle duchownego, stał przy wozie dobrze już
wypełnionym łupem. Dwóch z bandy musiało być w piwnicy, trzeci stał w drzwiach, przerzucając łupy na deski wozu.
Na szczęście nie zauważyli młodego awanturnika. Jest
szansa! Trzeba tylko dobrze akcję rozegrać!
Zygmunt biegiem wrócił do zgromadzonych nieopodal
chłopów. Zaczął, obficie gestykulując, objaśniać swój świeżo opracowany plan działania.
– Kiedy się zaczaimy, zrobimy tak…
– Człowieku, daj żyć!
– Dziewica orleańska nam z nieba spadła….
– A idź, niech plądrują co tam chcą. Ojciec Robert bierze drogo za odpust. Poza tym mam chorą nogę.
Gotowość zgłosiło może 3 mężczyzn, reszta z rozbawieniem patrzyła na dalszy rozwój wydarzeń, a na widok
Zygmunta stukali się palcem w czoło. Powstała nawet
grupka oficjalnych kibiców akcji. Usiadła na baraniej skórze, jedząc pieczoną świnię i popijając miejscowym piwem.
Obiecali się podzielić, jeśli którykolwiek z walecznych,
szlachetnych mężów przeżyje. Zapraszają później do pobliskiej gospody, gdzie serwują świetne jedzenie, muzyka jest
żywa, towarzystwo żądne zabaw, zaś pokoje po przystępnej cenie. Po czym ułożyli piosenkę bojową, śpiewaną ku
17
OPOWIADANIE
pokrzepieniu dla tej niecodziennej, jednakże beznadziejnej
sytuacji.
– Słuchajcie co sił, pieśni, co pierś rozpala z przejęcia!
Młody zuch, co w nagłym napadzie werwy
Na łotrów, palących kościoły, porywających księży,
Naciera armią złożoną z parobka, dekarza i snycerza!
Hej ho! Ho ha!
*
Było ich razem czworo. Jakkolwiek Zygmunt znał swoje możliwości fizyczne, tak nie był do końca pewny reszty
swojej kompanii. Obok niego stała trójka mężczyzn różnej
fizjonomii. Posługując się nomenklaturą z pieśni bojowej,
dekarz był w miarę wysoki, ale otyły i przeraźliwie sapał
przy każdym kroku. Zaklinał się jednak, że mieczem włada całkiem sprawnie i że bezmyślnie życia nie chce oddać,
więc można na niego liczyć. Parobek był najroślejszy z całej grupy, lecz przedwcześnie, zważywszy na porę dnia,
policzki mu zaszły piwoniową czerwienią. Snycerz był
wysoki, wątły i przygarbiony, lecz pragnął odegrania się
na zbójach, jako sam, we własnej osobie, ozdabiał wnętrze
kościoła, więc zobaczywszy zgliszcza, jakie pozostawił po
sobie pożar, zapałał pragnieniem zemsty. Poza tym zapewnił, iż potrafi posługiwać się procą.
W trójkę zakradli się na tyły kościoła. Zygmunt ponownie wychylił się powoli, aby przekonać się czy sytuacja się
zmieniła od poprzedniego razu. Nie! Wszystko było jak
ostatnio. Można wprowadzić plan w życie.
Po drugiej stronie ogrodów znajdował się już snycerz.
Dał znak ręką, iż czeka na sygnał rozpoczęcia akcji. Zbój
stojący w drzwiach piwnicznych akurat odwrócił się, by
odebrać kolejną beczkę z piwnicy. To był właściwy moment! Zygmunt podniósł swój miecz, dając do zrozumienia,
iż pora zacząć misję ratunkową. Na ten znak snycerz wyszedł z zarośli i z procy strzelił zbója przy wozie. Dekarz
błyskawicznie podbiegł do drugiego złodzieja, popchnął
go do wnętrza piwnic, szybko zatrzasnął drzwi, a parobek
zabarykadował je drewnianą belką i oparł się o nią całym
swym masywnym cielskiem.
Zygmunt ruszył na pomoc pojmanemu duchownemu.
Udało się to dosyć łatwo, gdyż łotr nadal był zdezorientowany strzałem z procy, wystarczyło jedynie wyszarpnąć
ojca Roberta z poluźnionego chwytu. Gdy oprawca odwrócił się, by zobaczyć, co się stało, Zygmunt już zamachnął
się mieczem, uderzając celnie rękojeścią w niczym nie osłoniętą głowę złoczyńcy. Ten jęknął potwornie, chwycił się
za czoło, z którego lała się jasnoczerwona krew. Omal nie
osunął się za ziemię. Chłopak krzyknął do ojca Roberta, by
uciekał jak najdalej, co też uczynił, z twarzą bladą niczym
kość słoniowa.
– Atakuje! Atakuje, uważaj! – zawołał snycerz.
Z donośnym rykiem, zamierzając się do ciosu, zbój natarł na złotowłosego chłopaka, jednak szybkim ruchem jego
atak został odparowany. Nogi Zygmunta były jak sprężyny.
Zwinnie okręcił się wokół przeciwnika i ponownie wymierzył mu cios rękojeścią, tym razem w sam środek brzucha.
Ugodzony upadł, kaszlnął krwią, zgiął się w pół i jęknął bo-
18
leśnie. Nagle rzucił swoją broń na ziemię, podniósł rękę do
góry i wykrzyknął.
– Czekaj! Czekaj! – Splunął obficie krwią – Posłuchaj!
Nie chcę z tobą walczyć!
– Miło mi to słyszeć, drogi Panie. A ja chcę jedynie oddać cię w ręce miejscowych, by rozprawili się z Tobą i Twoją bandą za grabież i grożenie zakonnym!
– I za zniszczenie kościoła! – Dodał snycerz z rozpaczą
w głosie.
– Oczywiście, za zniszczenie kościoła również. Wstawaj, nie próbuj mi tu żadnych sztuczek.
– Nic nie rozumiesz – mówił ugodzony, z grymasem
bólu na twarzy; dłonią wycierał twarz od krwi, przez którą
ledwo co mógł widzieć – Posłuchajże, to sam na oczy przejrzysz! Zakonnicy to oszuści, mogę to udowodnić!
W tym momencie pojawiła się ta sama dziewczyna,
która przedtem wylała mleko w pobliżu rynku. Wbiegła do
ogrodu, stanęła jak wryta zobaczywszy leżącego na ziemi,
zakrwawionego mężczyznę i młodego chłopaka z wycelowanym w niego mieczem. Zrobiła jeden krok na przód, lecz
po chwili leżący nagle wstał, chwycił na powrót swój leżący
nieopodal miecz, wykręcił jej rękę na plecy i oparł ostrze na
dziewczęcym gardle. Złapał ją też za długie, falowane, rozpuszczone włosy, uwydatniając bladą, smukłą dziewczęcą,
nerwowo drgającą szyję.
– Nie waż mi się krzyczeć, moja Droga, gdyż nie
w smak mi uszkadzać cię w żaden sposób. A Ty, młodzieńcze, odwołaj swoją heroiczną bandę. Niech uwolnią moich
ludzi, to sikoreczce nic się nie stanie.
Nieoczekiwany zwrot akcji. Wszyscy patrzyli na Zygmunta, co też odpowie. No tak – pomyślał, patrząc na sukienkę dziewczyny, która jeszcze była mokra od mleka –
żadnych ofiar.
– Co się z nami stanie, jak uwolnimy twoich z piwnic?
Oprawca zaśmiał się na tyle głośno, na ile pozwalał mu
bolący brzuch. Jeszcze mocniej chwycił zakładniczkę za
włosy, przeciągnął ostrze delikatnie po skórze dziewczyny,
co miało przyspieszyć decyzję odważnego młokosa.
– Pozabijają nas, jeden po drugim bez zastanowienia! –
Z przerażeniem wykrzyczał dekarz.
Łotr znowu się zaśmiał, podszedł do wozu, głową wskazał na leżące na nim beczki i pakunki.
– Jak myślisz, co to jest, Mój Synu? Wino mszalne?
Najwyższej jakości! Może sam powinieneś się przekonać?
– Zarechotał ponownie przerażającym, drwiącym śmiechem – no, dalej! Dzierlatka mi tu pomału traci nerwy –
przycisnął ją jeszcze mocniej.
Zygmunt podszedł do wozu, wziął jedną z beczek
i zrzucił ją na kamienny chodnik. Roztrzaskała się w drobny mak, a z jej wnętrza wytrysnęły złote monety, biżuteria,
perły, i klejnoty. Wszyscy patrzyli oniemiali na obsypany
skarbem chodnik. Jedynie zbójnik głośno i donośnie śmiał
się, obserwując wyraz ich twarzy.
– Wino w złoto! Coś mi się wydaje, iż sam Jezus pozazdrościłby sztuczki.
c.d.n.
Maga
Gazeta Studentów
ROZMAITOŚCI
Zdrowie to podstawa – po raz drugi!
Kolejny raz studenci z Uniwersytetu Medycznego
udowodnili, że w zdobywaniu wiedzy o zdrowiu i pacjentach, nie ograniczają się tylko do teorii wykładanej w murach naszej Almae Matris czy zajęć w szpitalu klinicznym,
gdzie pacjenci są gruntownie przebadani przez niejedną
grupę przyszłych lekarzy. Zdecydowali mianowicie o wyjściu do szerokiej grupy odbiorców, aby również edukować
i propagować profilaktykę zdrowotną. 19 listopada w Koninie, odbyła się kolejna akcja z cyklu „Zdrowie to podstawa”, nad którą patronat objął Prezydent miasta Konina.
W pochmurny,
listopadowy sobotni poranek, grupa
studentów ze Studenckiego
Koła
Naukowego Hipertensjologicznego,
działającego przy
Katedrze i Klinice
Hipertensjologii,
Angiologii i Chorób
Wewnętrznych, ruszyła „na
wschód” – gdzie
100 km od Poznania, znajduje się
Konin. Wraz z tamtejszym Centrum Edukacji i Specjalistycznej Opieki Medycznej działali na rzecz poprawy edukacji, a co za tym
idzie, świadomości i odpowiedzialności za własne zdrowie wśród mieszkańców. Wydarzenie z cyklu „Zdrowie
to podstawa” przebiegało pod hasłem „Przeciwdziałaj
cukrzycy. Teraz.” Przypomnijmy, że właśnie listopad jest
międzynarodowym miesiącem cukrzycy.
Dlaczego hipertensjologia i diabetologia? Odpowiedź
na to pytanie jest prosta – cukrzyca bardzo często współwystępuje z nadciśnieniem tętniczym i vice versa. Część
leków stosowanych w farmakoterapii nadciśnienia może
przyczynić się do szybszego rozwoju zaburzeń tolerancji
glukozy, co stanowi preludium do rozwinięcia się cukrzycy. Ponadto, obydwie choroby są przewlekłe, wymagające
stałego, regularnego przyjmowania leków normalizujących ciśnienie tętnicze czy poziom glukozy. Zarówno nadciśnienie tętnicze, jak i cukrzyca, mają niechlubną opinię
i nazywane są „cichymi zabójcami” – obydwie nie bolą,
latami mogą pozostać bezobjawowe, jednocześnie „pracując” na powikłania, które mają wiele wspólnych konsekwencji – uszkodzenie wzroku, nerek, serca.
Puls UM
W ramach akcji profilaktycznej, studenci z SKN Hipertensjologicznego, razem z panią Beatą Stepanow, dyrektor Centrum, swoimi umiejętnościami i wiedzą, pomagali mieszkańcom zrozumieć istotę tych chorób.
Warto dodać, że tego samego dnia, Beata Stepanow
odebrała na gali w Sieradzu statuetkę Kryształowego Kolibra, jako „Pielęgniarka Roku 2011”. Koliber - "ptak nadziei" (ang.: the bird of hope) w 1980 r. stał się oficjalnym
symbolem Międzynarodowej Federacji Diabetologicznej
(International Diabetes Federation). Kryształowe Kolibry
– prestiżowe wyróżnienia
w dziedzinie diabetologii, są przyznawane przez
Polskie
Stowarzyszenie
Diabetyków w 10 kategoriach, między innymi:
produktom,
programom
medycznym i edukacyjnym, które przyczyniły się
do poprawy opieki, a także
profesjonalistom medycznym, którzy w minionym
roku mieli
szczególne
osiągnięcia w pracy na
rzecz chorych z cukrzycą.
W ramach akcji studenci wykonywali pomiar
ciśnienia tętniczego. U pacjentów bez cukrzycy określano
ryzyko jej rozwoju za pomocą skali FINDRISC. Wykonywano badanie EKG. Mieszkańcy mieli także możliwość
skorzystania z pomiaru glikemii przygodnej, hemoglobiny
glikowanej, konsultacji z diabetologiem oraz oceny dna
oka przy pomocy Funduskamery i skonsultowania wyniku
z okulistą. Czym jest Funduskamera? To urządzenie służące do komputerowego badania dna oka, z otrzymaniem
wyniku – zdjęcia przedstawiającego wnętrze gałki ocznej.
Dzięki tak rozbudowanej akcji, przez studenckie ręce
„przewinęło” się mnóstwo mieszkańców – niesamowite
wrażenie i prawdziwe wyzwanie!
Podziękowania za pomoc chcemy złożyć prof. Andrzejowi Tykarskiemu, Kierownikowi Katedry i Kliniki
Hipertensjologii Angiologii i Chorób Wewnętrznych oraz
P. dr. n. med. Arkadiuszowi Niklasowi.
Myślimy już o kolejnych akcjach, nie tylko w Koninie. Może uda się Wam spotkać nas w Poznaniu!
Beata Stepanow
Anna Piekarska
19
Z ŻYCIA UCZELNI
Punkt widzenia
zależy od punktu siedzenia,
czyli kto i jak ocenia Akademicki Program Analizy Pensum.
Z punktu widzenia Koordynatora Akademickiego
Programu Analizy Pensum: rozmowa z Dziekanem
WL II profesorem Andrzejem Tykarskim
Jak Pan Profesor – jako Koordynator z ramienia JM
Rektora – ocenia przeszło roczną działalność APAPu?
Dla Was studentów APAP skończył dopiero pierwszy rok życia, ponieważ poznaliście go po wprowadzeniu
w październiku 2010 możliwości internetowych zapisów
na fakultety i oceniacie go z tej tylko perspektywy. Tymczasem APAP działa już dwa i pół roku. Warto poznać pokrótce jego historię: “po co powstał?”, “co umożliwia?”,
bo to pozwala zrozumieć jak funkcjonuje w pewnych
aspektach Wasza Uczelnia. Wszystko zaczęło się zaraz
po objęciu funkcji Rektora przez prof. Wysockiego, który
polecił mi przygotowanie reformy kadrowej Uczelni. Jej
ważnym elementem musiała być ocena, czy zatrudniamy
odpowiednią liczbę nauczycieli akademickich w stosunku
do potrzeb dydaktycznych, ponieważ 2/3 finansowania
Uczelni pochodzi z dydaktyki (głównie dotacja państwowa
+ studenci płatni, w tym anglojęzyczni). Każdy pracownik musi zatem wykonać pensum, czyli określoną liczbę
godzin nauczania w roku, bo to „z dydaktyki” Uczelnia
ma fundusze na jego pensję. Tymczasem dotychczas nie
było nad wykonaniem pensum realnej kontroli na Uczelni,
a sprawdzanie „na piechotę” wymagałoby armii urzędników. Dlatego wiosną 2009 zaczęliśmy budowę programu
komputerowego o nazwie APAP, w którym Dziekanaty
opracowują plany zajęć i zlecają Zakładom, Klinikom odpowiednią liczbę godzin, a odpowiedzialne osoby w tych
Jednostkach rozplanowują te godziny dydaktyki pracownikom (tzw. preliminarz pensum), a po zakończeniu
podsumowują ich wykonanie (tzw. rozliczenie pensum).
APAP nie pozwala na żadne, mówiąc delikatnie, pomyłki,
„rozmnażanie” godzin itp. Stopniowo okazało się, że spełnia wiele ważnych funkcji. Pozwala uczciwie ocenić, czy
Zakładowi, Klinice potrzebny jest nowy etat, przejął funkcję nadzoru wypłat za nadgodziny i zajęcia anglojęzyczne,
służy do dokonywania analiz ekonomicznych dla władz
Uczelni. W tej chwili stanowi największą bazę danych
o naszej Uczelni. No i od roku służy studentom do zapisów na fakultety. O to pewnie będziesz pytać najwięcej.
A jakże. Czy do Pana, jako do Dziekana Wydziału
Lekarskiego II, często trafiały pisemne prośby studen-
20
tów o zgodę na wypisanie/przepisanie ich ze źle wybranych w systemie fakultetów?
Tak. Około 20-30 w semestrze. W każdej sytuacji,
gdy wypisanie studenta nie zmniejszało liczebności grupy
fakultetu poniżej 12 osób, automatycznie wyrażałem zgodę. To ostatnie zastrzeżenie wynika z faktu, że gdy grupa
powstanie, jednostka i studenci powinni mieć pewność, że
zajęcia się odbędą. Studenci wypisując się z zajęć po ich aktywacji mogą doprowadzić do zmniejszenia grupy poniżej
limitu aktywacyjnego, a to wiąże się z rozwiązaniem grupy.
Brak kontroli nad procesem wypisywania się z aktywnych
zajęć spowodowałby likwidację wielu grup. Trudno byłoby
studentom i jednostkom cokolwiek zaplanować.
Studenci zwracają uwagę, że tworzenie pism bywa
czasochłonne. Czy w ogóle oficjalnie zwracanie się
z prośbą o wypisanie/przepisanie z zajęć w przypadku
pomyłki do Dziekanów odpowiednich Wydziałów jest
elementem koniecznym? Czy może dałoby się tę procedurę wpisać w system elektroniczny?
Student może wypisać się z zajęć fakultatywnych bez
zgody Dziekanatu do czasu powstania aktywnej grupy (12
osób). APAP jest ciągle poprawiany. Myślę, że w kolejnej wersji możliwe będzie samodzielne wypisanie się w APAP-ie każdego studenta nawet z grupy zaktywowanej
pod warunkiem, że nie zmniejszy to liczby poniżej 12.
Z dziennikarskiej ciekawości: czy opinie studentów
cytowane wcześniej w „Pulsie UM” lub docierające do
administratora drogą elektroniczną miały duży wpływ
na modyfikacje działania APAP-u?
No pewnie. Znam wszystkie Wasze artykuły w „Pulsie
UM” z X 2010, I 2011 czy III 2011. Średnio 2-3 godziny
w tygodniu poświęcamy z doktorem Uruskim, który na
szczęście jest moim asystentem w Klinice, na rozwiązywanie różnych problemów APAP-u, w tym również tych studenckich związanych z fakultetami. Jak w X 2010 system
nie uciągnął pierwszej fali zapisów na fakultety, to po prostu nie przewidzieliśmy, że 5000 studentów będzie chciało
wejść do APAP-u w ciągu kilku godzin. W poprzednim
roku mieliśmy tylko doświadczenia z „pracowniczą” częścią APAP-u, gdzie 300 osób rozliczających pensum ma
na to, nie śpiesząc się, miesiąc, a 2000 osób rozliczających
sobie umowy dydaktyczne ma na to cały rok bez wyścigów. Ale znaleźliśmy sposób. Nawet nie mogę się przyznać jaki, bo Dział Informatyki mógłby mieć pretensje.
Gazeta Studentów
Z ŻYCIA UCZELNI
APAP już się nie zawiesza w „godzinach szczytu” fakultetowego. Na szczęście mamy świetną firmę zewnętrzną
Code Lab, która stworzyła APAP od strony informatycznej
i reaguje ponadstandardowo szybko na wszystkie zgłaszane problemy. Jak zgłosiliście problem, że Jednostki ograniczają liczbę osób na fakultet do tej minimalnej 12-tki,
to przeforsowaliśmy w Senacie w Uchwale o Pensum, że
minimalna liczba studentów, która ma prawo zapisać się
to 20. Znajdziemy również radę na „dziurawe” i spóźnione plany zajęć obowiązkowych przed terminem zapisów
na fakultety i zbyt małą liczbę miejsc na atrakcyjnych fakultetach. Ważne żeby Wasze uwagi były konstruktywne,
a nie na zasadzie „to jest chore”. W końcu studencką część
APAP-u budujemy dla Was, a nie przeciw Wam.
Jak przebiegło rozszerzanie użytkowników
APAP-u o studentów anglojęzycznych i niestacjonarnych?
Jeśli chodzi o system zapisów na fakultety to są one
stopniowo rozszerzane i w tym roku zapisy są sukcesywnie uruchomiane dla wszystkich kursów anglojęzycznych,
a od roku 2012/2013 planujemy uruchomienie zapisów dla
studentów studiów niestacjonarnych. Na chwilę obecną
nie mamy większych kłopotów z uruchamianiem zapisów
dla kolejnych grup użytkowników, bo schemat działania
systemu jest taki sam dla wszystkich użytkowników. Włączanie nowych grup jest głównie ograniczone przygotowaniem jednostek i Dziekanatów do tego procesu, a nie
możliwościami technicznymi systemu APAP.
Właśnie, jednostki.... Jak Pan ocenia współpracę z innymi organami UMP, które miały wpływ na ostateczny
wygląd systemu? Mam w szczególności na myśli umieszczanie w systemie terminów fakultetów i zajęć z WF.
Należy sobie zdawać sprawę z tego, że system APAP
został zaprojektowany w taki sposób, by dane były wprowadzane w układzie rozproszonym przez wielu użytkowników. Do takiego rozwiązania zmusiła nas liczba danych,
które obsługuje APAP. Aktualnie są to już miliony informacji rocznie, które w dużej mierze są wzajemnie powiązane. W związku z tym dane zawarte w systemie są
zależne od wielu użytkowników: Dziekanatów, jednostek,
pracowników i studentów. Z każdą grupą docelową pracuje się inaczej, mają one inne zadania i role. APAP w naszej
Uczelni jest pierwszym globalnym systemem, w którym
wiele osób musi pracować w sposób ciągły, dlatego szkolenia techniczne musieliśmy prowadzić dla każdej grupy
docelowej (z wyjątkiem studentów).
Ponadto wiele problemów było związanych ze zmianą sposobu myślenia użytkowników. APAP ze względu
na swoją logikę wymusił uregulowanie wielu spraw, spowodował ujednolicenie wielu procedur, przez to stały się
bardziej przejrzyste. Jednak początkowo część użytkowPuls UM
ników nie mogło się z tym pogodzić, podważając zasady funkcjonowania poszczególnych elementów systemu.
W końcu APAP spełnia wobec pracowników funkcję kontrolną ważnego obszaru ich pracy, a nikt nie lubi być kontrolowany. Wymagało to determinacji w obronie systemu
ze strony władz Uczelni. Wielu mówiło, nawet życzliwie,
że połamiemy sobie zęby na APAPie, bo wcześniejsze próby ogarnięcia kontroli pensum, a były takie podejmowane
kilkakrotnie lata temu, nie powiodły się.
Obecnie współpracę z użytkownikami oceniam dobrze,
początkowo były różnego rodzaju problemy i pewien dystans do skuteczności działania APAP-u, ale jak pokazuje
obecny rok, problemów tych jest coraz mniej i chyba już
nikt nie myśli o tym, że APAP należy zlikwidować i wrócić do zapisów oraz rozliczeń papierowych.
Co do umieszczania w systemie terminów fakultetów
i zajęć fakultatywnych z WF sprawa ma się następująco.
Studium WF mogłoby umieścić znacznie większą liczbę
fakultetów. Jest to ograniczone administracyjnie poprzez
przepis, że tylko 2 fakultety w czasie studiów mogą być
związane z wychowaniem fizycznym ze względu na profil
Uczelni. Natomiast umieszczanie terminów zajęć w systemie przez jednostki kliniczne i nauk podstawowych jest
ich suwerenną decyzją, którą muszą podejmować w oparciu o swoje możliwości dydaktyczne. Zdaję sobie sprawę, że w wielu przypadkach jednostki podają terminy po
czasie rozpoczęcia zapisów i aktualnie nie mamy narzędzi pozwalających skutecznie usprawnić ten element. Ale
w przypadku najbardziej obleganych fakultetów staram
się aktywnie namawiać jednostki do zwiększania liczby
terminów. Tu funkcja Dziekana bardzo mi się przydaje.
Studenci od początku wprowadzenia elektronicznej formy zapisów wyrażali swoje obiekcje dotyczące
kryterium, jakim się kierują wybierając konkretne zajęcia, którym nie jest bynajmniej ich poziom zainteresowania tematem, ale kompatybilność z planem zajęć
podanym przez Dziekanaty. Co więcej, na niektórych
wydziałach szeroki wybór fakultetów lub zajęć wychowania fizycznego jest tylko fikcją, ponieważ część
proponowanych przez jednostki terminów pokrywa się
z wcześniej wspomnianym planem. Czy możliwe jest
rozwiązanie tego newralgicznego problemu?
Aktualnie pracujemy nad pewnymi rozwiązaniami,
które pozwolą nam w przyszłości na systemową kontrolę nad planami zajęć w całej uczelni. Zapewne część tych
elementów będzie mogła być wykorzystana w zapisach na
zajęcia fakultatywne. Jednak obecnie, bez elektronicznego
systemu wspomagającego plany zajęć, nie jesteśmy w stanie sprawdzać kolizji między zajęciami obowiązkowymi
i fakultatywnymi. Poza tym ideą zajęć fakultatywnych
jest uczestnictwo w nich osób z wielu grup, lat czy nawet
21
Z ŻYCIA UCZELNI
kierunków, więc sprawdzanie wszystkich zależności jest
bardzo skomplikowane i bardzo trudne.
Natomiast bezwzględnie będę starał się dążyć do tego,
by plany zajęć były do Waszej dyspozycji bez opóźnień,
na dwa tygodnie przed zapisem na fakultety. Tu ważna jest
współpraca Dziekanów wszystkich Wydziałów. Najlepiej
wrzucać kamyki do swojego ogródka. Na Wydziale Lekarskim II problemy tego typu zgłosili mi studenci dietetyki
i już podjąłem pewne kroki żeby poprawić sytuację.
Czy „studencka” część APAP-u dotycząca fakultetów spełniła w ocenie Pana Profesora oczekiwania ?
Spełniła. Jest mi oczywiście łatwiej powiedzieć to
w tym roku, gdy większość kłopotów mamy za sobą.
Najpierw aspekt ekonomiczny, który pewnie mniej Was
interesuje. W roku 2009/2010 rozliczono 13007 godziny
w ramach zajęć fakultatywnych, a w roku 2010/2011 tylko
8389 godzin, co przekłada się na ok. 660 000 zł oszczędności rocznie. Zarówno studenci jak i Władze Dziekańskie
otrzymały przejrzystą i pełną informację na temat popularności poszczególnych zajęć, co pozwoliło uporządkować
fakultety na wielu kierunkach. W miejsce niewybieranych
zajęć pojawiły się nowe propozycje. Po drugie zebraliśmy
na początku cenne doświadczenia, jak ważna jest przepustowość systemu i to będzie procentować przy kolejnych
projektach informatycznych dla studentów. Kolejne korzyści to ogromna oszczędność czasu studentów i przejrzystość systemu. Na atrakcyjne limitowane fakultety nie
można zapisać się „z boku”, z ominięciem systemu. Podejmowano takie próby, ale szybko wycofano się po reakcjach studentów w sieci, bo system jest transparentny.
Ostatni sukces APAP-u w module zapisów na fakultety
to uruchomienie pierwszych fakultetów międzywydziałowych, co było wieloletnim postulatem studentów.
Jakie są plany na przyszłość? Czy możemy się spodziewać kolejnych poprawek i udoskonaleń?
Jeśli chodzi o APAP, to cały czas staramy się odpowiadać na zapotrzebowanie, które generuje energia studen-
tów. Poza rozszerzaniem zapisów na kolejne grupy użytkowników i poprawianiem wyglądu poszczególnych stron
APAP, pracujemy obecnie nad doskonaleniem baz danych
dotyczących studentów w systemach uczelnianych (DziekanatXP), które są aktualnie odpowiedzialne za większość
problemów zgłaszanych przez studentów. Już podczas
zapisów na II semestr postaramy się poprawić ergonomię
pracy w systemie, pozwalającą na szybszą analizę dostępnych miejsc i terminów zajęć.
W przyszłości planujemy rozszerzyć działalność APAP
o koordynację planów zajęć pomiędzy różnymi kierunkami, co usprawni ich układanie i pozwoli uniknąć kolizji
zajęć np. fakultatywnych z obowiązkowymi oraz umożliwi lepsze wykorzystanie bazy dydaktycznej. W tym roku
wprowadziliśmy w APAP-ie obowiązek wpisania miejsca
odbywania poszczególnych zajęć dydaktycznych. Następnie zweryfikujemy te dane i w przyszłym roku w oparciu
o APAP, nie chcę za wiele obiecywać, ale być może uda
nam się rozwiązać „nierozwiązywalny” dotychczas problem przydziału sal dydaktycznych. Wtedy mająca czasami miejsce sytuacja, że na tą sama godzinę przychodzą na
zajęcia do tej samej sali dwie grupy i dwóch wykładowców, albo zajęcia lekko się nakładają, odejdzie w przeszłość.
Ale APAP „to Pikuś”. Trzeba powiedzieć, że nasza
Uczelnia długo była trochę zapuszczona informatycznie
i teraz przyspieszamy. Musimy odrobić dystans dzielący
nas od niektórych uczelni. Obecnie pracujemy z inicjatywy Rektora nad systemem WISUS (Wirtualny System
Usług dla Studenta), który ma zintegrować wszystkie dostępne na UMP programy obsługujące studentów, które
staramy się unowocześnić (APAP, Dziekanat XP i inne).
Ale to temat na osobną rozmowę.
ciąg dalszy w kolejnym numerze...
Anna Płóciennik
A od Nowego Roku…
Jak co roku w większości – jeśli nie wszyscy – poczyniliśmy, przy świątecznym stole bądź w oczekiwaniu na Sylwestra, swoją magiczną listę. Magiczną listę
postanowień noworocznych. Ano magiczną, choć słowo
to po raz trzeci przewija się w tym zdaniu. Jakże niebywale szybko znika jej zarys – niczym karty w ręku czy
królik w kapeluszu iluzjonisty. Choć tak bardzo staraliśmy się przyłapać na tym, że tym razem się nam uda.
W momencie pisania tych słów kończy się pierwszy
tydzień Nowego Roku. Obiecywaliśmy sobie m.in.: je-
22
dząc do upadłego świąteczne smakołyki – „schudnę!”;
biegnąc z językiem po kolana za autobusem – „poprawię
kondycję!” bądź „przestanę się wiecznie spóźniać!”; łapiąc się po raz tysięczny na przesiadywaniu przy “twarzoksiążce” czy innym internetowym pożeraczu czasu
– „mniej marnotrawstwa czasu przez Internet!”; gasząc
n-tego papierosa – „ograniczę lub rzucę!”; znowu się
spłukałem – „zacznę racjonalnie planować wydatki!”;
idzie sesja – „zacznę się regularnie uczyć” (chyba najczęstsze studenckie oszustwo ;) ), etc, etc...
Gazeta Studentów
FELIETON
Tylko tydzień, a jednak część już się poddała, choć
nawet starali się walczyć ze swym leniem lub zapominalstwem. Wielu już zdążyło zapomnieć, że cokolwiek
poprzysięgło w związku z wejściem w 2012 rok. Coroczny rytuał został wykonany.
I nie chodzi tu o znęcanie się nad tymi, którzy już
sobie odpuścili. Stawianie sobie celów i tworzenie planów to rzecz dobra. Tylko wkurzamy się na te postanowienia i na to, że nie umiemy ich spełnić. Obiecujemy
sobie, że już więcej
nie będziemy sobie
ich przysięgali! A potem co roku łamiemy
tę przysięgę i prawdopodobne zrobiliśmy/
zrobimy tak i tym
razem. Będziemy się
na siebie wściekać, że
składamy postanowienie, wiedząc z góry, że
będzie obietnicą bez
pokrycia. Nie wszystkie też możemy od
razu realizować. Ale
czy coroczne obiecywanie sobie tego samego lub podobnych
nie zakrawa na jakąś
nieścisłość?
Najważniejszym
warunkiem dobrego postanowienia jest jego prawdopodobieństwo dotrzymania. Nie zakładajmy więc, że
znajdziemy “gruszki na wierzbie czy śliwki na sośnie”
:) Tak zwane „chcieć i móc”. Lecz nie byle jakie, bo
z własnej woli, nie z przymusu. Motywacja ma wielką
moc i nieraz już jej cudownych skutków doświadczaliśmy. Nie należy frustrować się już na samym starcie
„pewnie i tak znowu mi się w tym roku nie uda”. Warto formułować treść swojego postanowienia w sposób
realny.
Do najczęstszych postanowień należy zmniejszenie
wagi lub zwiększenie aktywności fizycznej. Po co przysięgać sobie chodzenie codziennie na siłownię, kiedy
mamy ogrom obowiązków i minimalną ilość czasu? Ten
sam cel, wprawdzie wolniej, ale konsekwentnie, można osiągnąć małymi kroczkami: zamiast stać w korku
w komunikacji miejskiej, przejść się jeden-dwa przystanki lub pokonywać większe trasy spacerem/marszem; wchodzić na 4. piętro pieszo; przerzucić się na
modną ostatnio jazdę rowerem po zakupy lub na zajęcia; wyjść na spacer z książką (o ile aura na to pozwala).
Puls UM
Może nie wszystko naraz, ale wszystkiego po troszkę
i będzie postęp :)
Na kolejnej pozycji plasują się nałogi – mniejsze
lub większe. Palenie, przesadzanie z Internetem, podjadanie słodyczy, bycie śpiochem, itd. (w rzucaniu tego
pierwszego pewnie pomagać będzie kolejna fala podwyżek cen ;) ) To postanowienia trudne i każdy musi
indywidualnie opracować swój system. Pomocne jest
podzielenia się nim z innymi. Opcjonalnie zapisujmy
codziennie w kalendarzu lub
ustawiajmy przypomnienie
w telefonie. Kiedy tylko będzie chwila słabości i chęć
na zrobienie kroku w tył
– bliscy czy notatka dają
szansę na przezwyciężenie
spadku motywacji. Na pewno nie popuszczą, że obiecywaliśmy co innego niż właśnie robimy/mamy zamiar
zrobić – w końcu łatwiej
przypilnować
wszystkich,
tylko nie siebie :) Poza tym
nic tak nie pobudza do walki
ze słabością jak pozytywny
doping!
Nie warto zrażać się małym potknięciem i rzucać
całego postanowienia w kąt.
Pewne chińskie powiedzenie
mówi: „Nawet stumilowa podróż zaczyna się od pierwszego kroku”. Nie załamujmy rąk, gdy po dwóch tygodniach obiecanego wyrzeczenia się słodyczy, poddamy
się hipnotycznej mocy tabliczki czekolady :) W końcu
te dwa tygodnie to AŻ dwa tygodnie. I od jutra będę
działać dalej!
Ilu ludzi, tyle postanowień noworocznych. Dlatego życzę sobie i Wam, żeby nie zabrakło nam przede
wszystkim cierpliwości, wytrwałości i asertywności
w dążeniu do upragnionego celu. Nie rozczarujmy się
oczekiwaniem na spektakularne efekty naszych wyrzeczeń w krótkim czasie. Postanówmy: „nie rezygnować
z byle powodu!”. By za rok powiedzieć sobie „udało mi
się choć trochę”.
A w zasadzie to czy każdy dzień roku nie jest dobry
na postawienie sobie ambitnego celu? Czy nie warto
powrócić do porzuconego?
Można też nie mieć konkretnych postanowień noworocznych – ważne, by obecny rok nie był gorszy od
swego poprzednika :)
Anika
23
Z ŻYCIA UCZELNI
Prague Advent Choral Meeting 2011
Punktualnie o północy z czwartku na piątek chór UM
zebrał się pod Collegium Anatomicum, by stamtąd wyruszyć na podbój stolicy Czech. Cel wyjazdu: „Prague Advent
Choral Meeting”, na które przygotowywaliśmy się właściwie od początku roku akademickiego (o tym, czy było warto
w dalszej części, chociaż pewnie wszyscy domyślacie się,
że było;)).
Do miejsca zakwaterowania, czyli Top Hotelu, naprawdę Top – z basenem, kortami tenisowymi, salonem piękności – za dodatkową opłatą, a co najważniejsze – niebotyczną
ilością jedzenia w ramach szwedzkiego (czeskiego?) stołu
dotarliśmy ok. godziny 10.
Jeśli ktokolwiek spodziewał się prysznica i odpoczynku, srogo się rozczarował! Od razu wyruszyliśmy
zwiedzać Pragę pod przewodnictwem pani Łucji
(Czeszki polskiego pochodzenia), która oprowadziła
nas po obowiązkowych
punktach: Most Karola,
Stare Miasto z Ratuszem
(i wędrującymi o pełnych
godzinach figurkami apostołów), czy Hradczany.
Wygłodniali udaliśmy się
na obiad do restauracji z tradycyjnym czeskim jedzeniem
w przystępnej cenie (oczywiście rekordy popularności biły
knedliki na słodko i wytrawnie). Pogoda sprzyjała leniwym
(w końcu mieliśmy za sobą nieprzespaną noc) spacerom –
słonko, delikatny wiaterek – bajka. W końcu zmęczenie nas
zmogło i po powrocie do hotelu mało kto miał siły na cokolwiek poza prysznicem i kolacją.
Sobota została przez Maestro określona jako „dzień artystyczny” – zaczęliśmy od występu w Kościele Zbawiciela,
potem słuchaliśmy kolegów po fachu z Niemiec, Irlandii,
Meksyku, Szwajcarii i Włoch. Zakończyliśmy wspólnym
odśpiewaniem kilku kolęd i utworu Siyahamba – w klimacie
gospelującym, z klaskaniem i tanecznymi podrygami (w granicach rozsądku – pamiętajmy, że nadal byliśmy w kościele).
Na długo zapamiętamy ten dzień i cały wyjazd z innego powodu: po udanym występie odwiedził naszą garderobę gość
z Meksyku – Pan Jose Antonio Rincon. Okazało się, że chór
ma w swoim repertuarze jego utwór „Bullerengue”. Kompozytor oprócz tego, że pochwalił koncert, to jeszcze obdarzył
nas i Profesora niesamowitym komplementem. Oświadczył,
że zna nas stąd, że widział wykonanie „Bullerengue” przez
24
chór UM na YouTube i jest ono najlepszym, jakie słyszał...
Wielkie wow i oklaski to wszystko, na co mogliśmy się zdobyć. Dla mnie nowicjuszki to najlepszy dowód na wysoki
poziom Chóru i kunszt Profesora (w końcu wydobył z zimnokrwistych Europejczyków gorący temperament ;)). Po
zakończeniu koncertu nastąpiło wspólne wykonanie „Bullerengue” przez chór z Puebla i z Poznania pod batutą prof.
Pałki – efekty możecie obejrzeć pod adresem: http://www.
youtube.com/watch?v=ffhyAI_rQd8.
Popołudniem zaśpiewaliśmy na powietrzu – na świątecznym jarmarku Andel, gdzie dotarliśmy do publiczności
bardziej obeznanej z muzyką
rozrywkową – zatem szczególnie spodobało jej się „Killing me softly” i „Tears in
heaven”. Następnie był czas
wolny na zakupy – w końcu wrócić z pustymi rękami
z wyjazdu zagranicznego to
grzech!
Niedzielny ranek poświęciliśmy na wykwaterowanie,
po czym śpiewaliśmy na polskiej mszy w parafii pw. św.
Idziego (zagadka: jaka jest
różnica między kościołami
w Polsce i Czechach? Odpowiedzi prosimy przesyłać smsem na nr... niee, żartuję. Chodzi oczywiście o temperaturę powietrza – po 1h w kościele
skostniali z ulgą wyszliśmy na cieplutki dwór). Po obiadku
i czasie wolnym (spędzonym jak kto woli – na pogoni za
pamiątkami, kawce czy zjadaniu przysmaków z jarmarku
na Starym Rynku) z ulgą wsiedliśmy do cieplutkiego i suchutkiego (Praga pożegnała nas deszczowo – tak smutno jej
było, że już odjeżdżamy!) autokaru. Szybka podróż powrotna (film za filmem) i w noc z niedzieli na poniedziałek wróciliśmy w rodzime strony.
Wyjazd należał do udanych, co zdradziłam już we wstępie;). Dlaczego? Hmm... W dobrym towarzystwie nawet
w zapadłej dziurze jest ciekawie, a co dopiero w pięknej
i gościnnej Pradze! Zatem oprócz wszechobecnych figurek Krecika, czekolady Studentskiej (ponoć najlepsza – jak
okres studiów w życiu?) i knedlików zapamiętam radosną
atmosferę „Prague Advent Choral Meeting”, bez niezdrowej
rywalizacji, po prostu ze wspólnym muzykowaniem ludzi
z różnych zakątków Europy i nie tylko.
Anna Zacharzewska, 1 rok farmacja
Gazeta Studentów
PZWL
Nowości PZWL
„Procedury zabiegowe” red. T. Nutbeam, R. Daniels
Książka zawiera opis różnych procedur – od tych wykonywanych powszechnie, jak np. pobieranie krwi do badań diagnostycznych, do tych rzadszych,
aczkolwiek czasem niezbędnych, jak zapewnienie dostępu
doszpikowego – wykonywanych w codziennej praktyce zarówno przez lekarzy, pielęgniarki czy ratowników.
To, co mnie się najbardziej
w niej podoba, to jej przejrzysty
układ i dokładne, „krok po kroku”, wyjaśnienie kolejnych etapów postępowania. Zawiera ona
bardzo dużo ilustracji i zdjęć przedstawiających zarówno sprzęt,
jak i sposób jego użycia, czyli całą procedurę. Wyjaśnienie jej
przeprowadzenia jest bardzo jasne i czytelne, co sprawia, że
nawet osoba, która nigdy wcześniej nie miała z nią styczności,
zrozumie na czym polega.
Minusem, jest fakt, że zbyt mało miejsca poświęcono szyciu chirurgicznemu. Co prawda, w jednym rozdziale zostało
omówione to zagadnienie, jednak jest on bardzo krótki i zawiera
jedynie podstawowe informacje. W moim odczuciu brakuje rodzajów węzłów – ich wykonania czy wskazania do założenia.
W związku z faktem, że często w toku kształcenia lekarskiego przeważa wiedza teoretyczna i za mało jest praktyki,
opisywana książka może pomóc osobom chcącym się nauczyć
danych procedur, jak je wykonywać. Z pewnością żadna literatura nie zastąpi praktyki przy łóżku chorego i nie pozwoli
nabyć niezbędnych umiejętności, jednak bez wiedzy na temat
elementów wykonywanego zabiegu, tym ciężej jest to zrobić,
zwłaszcza w sytuacji stresowej. Dlatego polecam wszystkim
studentom lekturę tej książki, a następnie próby wykonania poznanych procedur w czasie zajęć lub praktyk – pod okiem osoby
doświadczonej, mogącej skorygować nasze postępowanie.
„Rośliny w kosmetyce i kosmetologii przeciwstarzeniowej” E. Lamer-Zarawska, C. Chwała, A. Gwardys
Chyba każdy chciałby pozostać młody przez wiele lat –
dlatego też cały czas nie ustają poszukiwania środka na „długowieczność”. Co jakiś czas pojawiają się reklamy środków,
które „z pewnością” zatrzymają proces starzenia – nie martwcie się, prezentowana książka nie zawiera opisu kolejnej „terapii-cudu”, a informacje o roślinach i ich wpływie na ludzki
organizm – ze szczególnym zwróceniem uwagi na skórę – oraz
ich zastosowanie w kosmetyce.
Prezentowana pozycja podzielona została na rozdziały
według związków chemicznych, np. węglowodany lub lipidy i woski, a w każdym z nich znajduje się opis roślin je
zawierających. Przedstawiono
najczęstsze formy, w jakich
stosuje się dane preparaty: kremy, emulsje, czy np. napary,
a przede wszystkim problemy
dermatologiczne, w których
mogą być wykorzystane.
Plusem jest zdecydowanie
dokładne omówienie roślin
w przystępny i ciekawy sposób, wskazując na ich cechy
charakterystyczne, a także
trzecia część książki, zawierająca informacje o środkach,
które są używane w danych problemach klinicznych, jak np.
bliznowce czy odleżyny.
Dla mnie minusem jest układ graficzny – brakuje zdjęć
czy rycin (jest ich zaledwie kilka), dzięki którym pozycja
wiele by zyskała.
Podsumowując, mogę powiedzieć, że dzięki tej książce poznałam także wiele ciekawostek, jak chociażby fakt, że pieprz
biały, który do tej pory uważałam, że znajduje swoje zastosowanie w kuchni, jest składnikiem preparatów kosmetycznych. Jeśli
jesteście ciekawi dlaczego, zachęcam Was do lektury!
Konferencja Przedstawicieli STN
2 grudnia minionego roku spotkaliśmy się (a przez my
rozumiem trzyosobową delegację: Marek Konkol, Dorota
Błażejewska i niżej podpisana Katarzyna Paczkowska) na
Dworcu Głównym PKP, by wyruszyć w podróż do Katowic.
Stolica Śląska nie była jednak obiektem naszych turystycznych zainteresowań (choć przyznam, że pierwszy raz miałam szansę tam być), a zdecydowanie bardziej naukowych
– braliśmy udział w I Ogólnopolskiej Konferencji PrzedstaPuls UM
wicieli Studenckich Towarzystw Naukowych Uczelni Medycznych.
W czasie trzech dni obrad poruszaliśmy różne kwestie,
zarówno związane z samym funkcjonowaniem STN-u: jego
organizacją czy finansami, jak i zadaniami, jakie realizuje
na poszczególnych Uczelniach: przygotowywaniem konferencji, warsztatów czy nadzorowaniem pracy kół naukowych. Rozpoczęliśmy od krótkiego przedstawienia działań
25
IMPREZOŻERCY
Zarządów, jednak był to nie tylko czas na chwalenie się,
a przede wszystkim na refleksję, co funkcjonuje lepiej na
innych Uczelniach i u nas również warto by to wprowadzić
czy zmienić.
Moim zdaniem na uwagę w tym miejscu zasługuje fakt,
jak na tle innych, wypadła nasza Alma Mater. I nie mamy
się czego wstydzić, a wręcz przeciwnie – możemy być
dumni. Mimo faktu, że nasz budżet jest znacznie skromniejszy niż ten zaprezentowany np. przez ŚUM, organizujemy wiele ciekawych przedsięwzięć, jak chociażby
Międzynarodowy Kongres, podczas którego corocznie
prezentowanych jest wiele prac przygotowanych przez
młodych naukowców. Dodatkowo członkowie naszego
STN-u mogą ubiegać się o granty naukowe na prowadzenie swoich badań, co okazało się rzadkością wśród
pozostałych Uczelni. Taka pozytywna opinia nie jest
jedynie moją subiektywna oceną, a przede wszystkim
osób, które reprezentowały Zarządy innych Studenckich
Towarzystw Naukowych.
Konferencja nie pozostała jedynie „suchą dyskusją”,
wysunęliśmy z niej m.in. postanowienie poszerzenia
współpracy między STN-ami Uczelni Medycznych, co
wiąże się to także z ciekawymi, wspólnymi projektami,
o których z pewnością niedługo usłyszycie.
Wyjazd ten był dla nas bardzo istotną możliwością
nie tylko poznania działalności innych Zarządów, ale przede
wszystkim wysunięcia wniosków, które pozwolą nam rozwijać studencką działalność naukową.
Katarzyna Paczkowska
IMPREZOŻERCY
czyli całkowicie subiektywny przewodnik
po poznańskich miejscówkach
Witajcie w nowym roku! Oby był przynajmniej równie udany i wypełniony życiem
nocnym, jak ubiegły. Skoro już odespaliśmy Sylwestra, czas na posmakowanie poznańskiej karnawałowej atmosfery klubowej. W tym odcinku dwa niezwykle popularne miejsca – praktycznie zawsze pękające w szwach, mimo że ich target jest zupełnie odmienny.
Obie miejscówki znajdziecie na Wrocławskiej, możecie więc zakosztować ich w jedną noc.
Do wyboru, do koloru.
Cuba Libre
Kawałek Ameryki Południowej w centrum Pyrlandii.
Dość łatwo tu trafić, gdyż przed wejściem do klubu prawie zawsze kręcą się jacyś niecierpliwi goście. Wchodzimy przez bramę, po schodach w dół i lądujemy w środku.
Uwaga na selekcję (!) – ludzie pod wpływem tudzież zbyt
młodzi (sprawdzajcie, w jakie dni obowiązuje jaki limit
wiekowy) muszą obejść się smakiem.
Po minięciu szatni dostajemy się do głównej sali. Jasno tu, głównie dzięki ciepłym barwom, przez co wnętrze
wydaje się bardziej przestronne, niż jest w rzeczywistości.
A może to tylko złudzenie, bo parkiet jest pełen? W każ-
26
dym razie, zdecydowany plus dla tego, kto urządzał klub.
Miło jest też w małej loży umieszczonej w osobnym pomieszczeniu, z tym, że zazwyczaj jest ona zarezerwowana.
Z tego też powodu miejsce to cieszy się dużą popularnością przy organizowaniu imprez zamkniętych.
Nie przychodzi się tu jednak siedzieć! Kto nie lubi
tańczyć, niech zostanie w domu i zamilknie na wieki.
W Cuba Libre rządzi salsa. Nie martwcie się, jeśli ten gorący taniec jest wam obcy – co tydzień, w określone dni
(sprawdźcie www), początkujący mogą nauczyć się tu
podstaw tego tańca. Muzyka, rzecz oczywista, to kubańsko-brazylijskie rytmy, żywe i gorące niczym południowe słońce. Słowem – wyjdziecie stamtąd zadowoleni, ale
z odciskami na stopach. I o to chodzi. Dodam, że przy
Gazeta Studentów
IMPREZOŻERCY
częstszym bywaniu w Cuba zaczniecie rozpoznawać poszczególnych gości, gdyż klub ma wielu zagorzałych miłośników, z których wielu w dodatku rewelacyjnie śmiga
na parkiecie.
Polecam też mohito, które jest tutaj bardzo dobre
(moim skromnym zdaniem – drugie w Poznaniu). Ceny
zdecydowanie umiarkowane, za to różnorodność drinków – duża. Za minus można zaś uznać tłok, powstający
w godzinach środkowo nocnych, oraz wysoką temperaturę (dosłownie) w środku. Kogo to nie zraża, niech pędzi
zakosztować prawdziwie latynoskich rytmów, które zapewne tym przyjemniejsze okażą się w zimnym, polskim
karnawale.
Cuba Libre (www.cuba-libre.pl)
ul. Wrocławska 21
czynne codziennie od 19.00 (czw-sob od 18.00) do oporu
duże piwo: 7zł, przeciętny cenowo drink: 14zł
Czekolada
Ośmielę się stwierdzić, że to w Poznaniu drugie co do
prestiżu i popularności, miejsce (po SQ). Znane jest zwłaszcza miłośnikom stricte klubowej muzyki, ale zdarzają
się też miłe, tematyczne odmiany, jak wieczory w stylu R’n’B, funk’u czy czarnej muzyki. Niecierpliwym
doradzam zachowanie stalowych nerwów, gdyż kolejka do wejścia potrafi być niemiłosiernie długa. Jednak
przynajmniej raz, każdy poznański „bywalec” powinien tam zajrzeć, choćby z przyzwoitości.
Gdy już przebijemy się do środka, czeka nas
miła niespodzianka. Oprócz wejścia, znajdującego się
na parterze i sąsiadującego z restauracją Czekolada,
klub zajmuje dwa piętra, co jest dość rzadkie w warunkach ścisku na uliczkach przylegających do Starego Rynku. Obie kondygnacje są utrzymane w podobnym, chłodnym i raczej eleganckim stylu, mimo, iż
Puls UM
różnią się detalami (drugie piętro jest zdecydowanie
spokojniejsze). Dominuje czerń siedzisk i stalowy
błysk kontuarów. Słowem – wszystko, co bywalec
klubów dobrze zna i lubi.
Podobnie jak klub wyżej, Czekolada raczej
nie jest miejscem na towarzyskie pogaduchy. Tu się
tańczy. Pomimo iż sporych rozmiarów, już o północy parkiet jest zdecydowanie zatłoczony. Dominują
nowoczesne brzmienia, nie spodziewajcie się klimatów lat „-tych”. Można za to trafić na noce ze znanymi DJ’ami oraz usłyszeć najnowsze house’owe czy
elektroniczne kawałki. Jak zwykle – kwestia, co kto
lubi. Zaściankowości nie można jednak Czekoladzie
zarzucić, zwłaszcza, iż sieć tych klubów podbiła już
kilka miast w Polsce.
Jeśli chodzi o bar, fajerwerków brak. Standardowe
drinki czy piwo oczywiście dostaniemy, jednak jakoś nie
powaliły mnie one na kolana. Chyba po prostu barmanom
brak fantazji – a może to po prostu wina tłumów, wiecznie okupujących kontuar. Ceny też dość wygórowane,
co niestety jest do przewidzenia, jeśli znamy aspiracje klubu, który (mimo wszystko, na wyrost) reklamuje się jako
„poznańska Ibiza”. Nie liczcie też raczej na darmowe wejście. Jednak – wydawałoby się, że konkurencyjnie do SQ
– również i tutaj w środy obowiązuje dyspensa pieniężna
– do 23.00 panie piją gratis.
Reasumując – jeżeli najdzie was ochota na klubowe
szaleństwo, jesteście pod dobrym adresem. Prawie na pewno
traficie tu na waszych co bardziej przebojowych znajomych.
Na spokojniejsze wieczory lokal zdecydowanie odpada.
Ale cóż, w końcu nie o to chodzi w clubbingu.
Czekolada (www.klubczekolada.pl/poznan)
ul. Wrocławska 18
czynna od 21.00 do ostatniego klienta
duże piwo: 8zł, przeciętny cenowo drink: 16zł
MP
27
OPOWIADANIE
Razem i osobno, tacy jak nikt
Część III
Iwona krzątała się gdzieś między łazienką a swoją
kosmetyczką, nie wypuszczając z dłoni lusterka, szminki, lakieru do paznokci, pianki do włosów, eyeliner’a […]. W zasadzie nosiła ją ze sobą. Niespodziewanie
wyszła, obwieszczając swoją złość na Magdę głośnym
trzaśnięciem drzwi. Jej kroki ucichły, a w pokoju zagościła błoga cisza.
– Ufff. – Magda odetchnęła z ulgą i zgarnęła z biurka
przerwaną lekturę.
Z chwilą przewrócenia pierwszej kartki jej ramiona
zadrżały miarowo rozkołysane głośną muzyką dobiegającą zza ściany. Próżno szukała schronienia w kuchni.
Próbowała nawet czytać pod kocem, niemniej muzyka
zamknięta w tym prowizorycznym namiocie stawała się
coraz bardziej uciążliwa. Wsunęła stopy w kapcie, zabrała telefon i papierosy, książkę zaś wsunęła pod pachę
i ruszyła korytarzem. Poszukując zacisznego miejsca
trafiła na klatkę schodową. Kiedy pokonywała ostatnie
półpiętro wydawało jej się jakby dostrzegła czerń, zwyczajnie znikającą za zakrętem. Usiadła na trzecim od
dołu stopniu chłodnych schodów i odpalając papierosa
po omacku odnalazła wsuniętą między kartki zakładkę.
W tej samej chwili „błazen”, nie zatrzymywany
przez nikogo zmierzał do pokoju oznaczonego jako
709B, gdzie jak sądził sprawi swojej dziewczynie miłą
niespodziankę. Był przekonany, że domyśla się ona jego
zamiarów, tym większe było jego zdziwienie kiedy ujrzał ją stojącą pod oknem w objęciach blondyna w koszulce z logo „Ulicy Sezamkowej”. Pogrążony w milczącym oczekiwaniu oparł się o ścianę. Doczekał się.
Dziewczyna zawisła na ramieniu nieznanego amanta po
czym z własnej woli złożyła na jego ustach pocałunek,
nie wyglądający na przyjacielski.
Wbrew wszystkiemu, wbrew emocjom uśmiechnął się i rzucił tej dwójce płomienne spojrzenie. Choć
wierz mi, w myślach mordował ich właśnie po raz sto
czterdziesty trzeci. Teraz go dojrzała i jakby z pytaniem
w oczach zwróciła głowę w jego stronę, jakby nie mając
sobie nic do zarzucenia.
– Tak. – powiedział na głos „młodzieniec od torby”
i ruszył w drogę powrotną.
Nie był na nią zły, był zły na siebie. Zły za to, że
pozwolił wodzić się za nos. Za to, że zaufał kobiecie,
która to zaufanie zdradziła. Przyśpieszył kroku, licząc
na to, że Eliza nie ma zamiaru go gonić, że oszczędzi mu
konieczności wysłuchiwania jakichkolwiek tłumaczeń,
28
które zapewne spotęgowałyby wyrzuty sumienia. Miał
ochotę śmiać się i krzyczeć jednocześnie. Wyciągnął
paczkę papierosów i dobywając jednego z nich schował
ją powrotnie do wewnętrznej kieszeni płaszcza.
–Najmocniej przepraszam, czy aby nie ma Pani zapalniczki? A iżli tak, czy skłonna byłabyś o Pani szlachetna, na chwil kilka jej użytku mi uświadczyć? – zapytał lekko rozchmurzony ujrzawszy znajomą twarz.
Magda nie podnosząc głowy znad książki uśmiechnęła się szeroko, udzielając niemej odpowiedzi. Po krótkiej szarpaninie z kieszenią bluzy wyciągnęła zieloną
zapalniczkę i podała ją potrzebującemu.
– Sprzedajesz coś? – jej wzrok zatrzymał się na niewielkiej torbie podróżnej, którą miała już okazję bliżej
poznać.
– Słucham? – odpowiedział zaskoczony pytaniem na
tyle, że zakrztusił się dymem.
– Znowu masz ze sobą tą torbę, pomyślałam, że jesteś
akwizytorem czy coś… – powiedziała z uśmiechem.
– Aaa, torba. – odparł lekko rozbawiony tokiem myślenia dziewczyny – Nie, mam tu swoje rzeczy.
– Wyjeżdżasz czy przyjechałeś?
– W zasadzie i jedno i drugie. Przyjechałem w odwiedziny, jednak za dwie godziny wracam.
– Trochę krótka ta wizyta… – stwierdziła zaciekawiona Magda.
– Fakt, powiedzmy, że nastąpiła niespodziewana
zmiana planów.
– Hmm, myślałam, że plany są właśnie po to by się
ich trzymać.
– Ja swoich trzymałem się od początku do końca.
– Więc kto ci je pokrzyżował, jeśli mogę zapytać?
– Naprawdę interesuje cię los obcego ci człowieka?
– Może odrobinę – jej policzki zarumieniły się,
a twarz przybrała udawanie obojętny wyraz.
– Dziewczyna, do której tutaj przyjechałem. To
ona… – urwał niespodziewanie.
– Zmieniła twoje plany? – próbowała odgadnąć drugą część urwanego zdania.
– Tak, dokładnie. – odetchnął z ulgą na myśl, że nie
będzie musiał wszystkiego tłumaczyć.
– W jaki sposób to zrobiła? Nie zastałeś jej?
– Rzecz w tym, że zastałem, jednak w towarzystwie.
Nie samą, jak miałem w planach – dodał z przekąsem.
– No dziś o to nie trudno, wszyscy imprezują, w końcu to początek weekendu.
Gazeta Studentów
OPOWIADANIE
– Więc dlaczego nie jesteś na jednej z nich?
– Nie miałam nastroju, o czym zresztą mogłeś się już
dziś przekonać.
– Naprawdę? Myślałem, że po prostu jesteś taką
zrzędą – mówiąc to puścił do niej oczko, uśmiechając
się od ucha do ucha.
– Miałeś rację, zaraz zadzwonię na policję, jeśli to
rozbrykane towarzystwo nie przestanie śpiewać sto lat
po raz ósmy tego wieczoru – próbując powstrzymać
śmiech, wydała odgłos niczym mała, zabawna świnka
z kreskówki, co niesamowicie rozbawiło jej rozmówcę.
– Magda. – wyciągnęła rękę w kierunku młodego
mężczyzny.
– Darek. – zatwierdził znajomość delikatnym pocałunkiem złożonym na jej dłoni.
– Powiedz mi Darku jedno. Ja nie miałam ochoty na
imprezę, ale ty mogłeś do nich dołączyć i zostać, zamiast
tłuc się pociągiem, nocą. Dlaczego tego nie zrobiłeś?
– Bo zdecydowanie wolę duety od tercetów. – zaśmiał się ironicznie.
– Co masz na myśli? – zapytała niedowierzając jego
słowom, chciała się jednak upewnić.
– Wiesz, chyba się przejdę. Trochę tu duszno a i tak
nie mam tu już czego szukać. Czy mimo tak późnej pory
zechcesz mi towarzyszyć?
Magda uśmiechnęła się i skinęła głową. Powoli
wstała i spokojnym krokiem ruszyła na górę. Kiedy tylko zniknęła mu z oczu puściła się biegiem by nie kazać
zbyt długo na siebie czekać. Pośpiesznie zbierała swoje
rzeczy wrzucając je kolejno do torebki. Dopiero zakładając buty zdała sobie sprawę, że ma na sobie dwie różne
skarpetki, co przestało ją już dziwić, robiła to nagminnie. Szybko związała burzę brązowych loków i ściskając
w dłoni szalik zwinięty w kłębek, nerwowo próbowała
trafić kluczem do zamka.
– Trzy papierosy. Ale dla tego widoku warto było
czekać. – odrzekł najwidoczniej rozbawiony tym co zobaczył.
– Coś nie tak? – Magda nerwowo zaczęła rozglądać się po sobie, zaczynając od kołnierza płaszcza, na
stopach kończąc. Właśnie wtedy zdała sobie sprawę,
że skarpetki jednak odwróciły jej uwagę od czynności,
którą wykonywała. Na lewej stopie zamiast skórzanego
trampka pozostał o ile niebrzydki, o tyle nie adekwatny
do pogody kapeć, pluszowy miś. Pokręciła głową hołdując swojemu roztargnieniu.
Po pięciu minutach szli już wolnym, lecz miarowym krokiem w zupełnie przypadkowym kierunku. Odchodząc od wysokich murów akademika, Darek rzucił
kpiące spojrzenie w stronę okna Elizy. Nie zdając sobie
sprawy z tego, że w ogóle otworzył usta, wydobyło się
Puls UM
z nich ciche „baw się dobrze”.
– Teraz mógłbyś mi już wyjaśnić o co chodzi? –
Magda zebrała się w końcu na odwagę by poruszyć najwyraźniej drażliwy temat.
Opowieść okazała się długa i wyboista nie mniej niż
brukowany rynek, którym kroczyli.
– Co powiesz na kawę? – zaproponowała.
– Jedyny trunek, na który jest pora zawsze i wszędzie.
Magda zaakceptowała odpowiedź uśmiechem i ruszyli w kierunku najbliższej kawiarni.
– Tam. – powiedział uśmiechając się.
– O nie, nie. – pokręciła głową z niedowierzaniem.
– Zgódź się! – pociągnął ją za rękę w stronę szykownej, francuskiej restauracji.
Darek pchnął drzwi i zaprosił Magdę do środka.
Weszła tam niechętnie, już na wstępie speszona przepychem i elegancją.
– Dobrchy wieczóchr – stojący przy pulpicie kelner
ukłonił się Magdzie, po czym skinął sztywno w kierunku jej towarzysza.
– Bonsoir, auriez-vous l’esprit de nous Donner une
table de libre? [Dobry wieczór, czy zechce pan wskazać
nam wolny stolik ?] – akcent Darka był bezbłędny.
– Bien sûr, s'il vous plaît suivez-moi. [Oczywiście,
proszę za mną] – kelner uśmiechnął się promiennie
i wskazał im dwuosobowy stolik.
– Skąd ty... – nie mogąc wyjść ze zdumienia zajęła
miejsce przy stoliku.
– Długa historia. – odpowiedział siadając naprzeciwko niej z tajemniczym uśmiechem.
Dalsza część wieczoru była nie tyle nudna co spokojna. Butelka półwytrawnego wina bardzo wolno ukazywała swoje dno. Aromat topiącego się wosku przyjemnie
wypełniał powietrze, zaś rozmowa zdawała się nie mieć
końca. Restauracja powoli pustoszała, a oni sami byli
jakby gdzieś obok, gdzieś poza tym wszystkim. Z ust
Magdy nie znikał uśmiech, już dawno nikt w tak zabawny sposób nie próbował jej nakłonić do rzucenia palenia.
Zwłaszcza jeśli robi to osoba, która pali dwa papierosy
jednocześnie. Wieczór nieubłaganie ustępował miejsca
nocy. Swoją podróż zakończyli na hali dworca głównego, gdzie pierwsze oznaki braku snu zwalczyli mocną
kawą, tym razem w nieco mniej wykwintnym wydaniu
– automat niestety nie podaje tego napoju w filiżankach
z porcelany. Gwizdek konduktora zdawał się obudzić
Magdę z trwającego ostatnie sekundy snu. Po chwili pozornie obca, a już tak bliska jej twarz wychylająca się
z okna zniknęła za zakrętem.
B.
29
KINO
Uczta kinomana
Po obżarstwach wszelakich, rozpustach rodzinnego
stołu, świątecznych piernikach i karpiach, gdy już zażyty pierwszy ruch przy sylwestrowych wygibańcach, a jedynym echem pysznych wyrobów domowych mrożonki
mamine w zamrażalce, mnie się na monolog o jedzeniu
właśnie, tradycyjnie – w kinie, zebrało. Bo w zasadzie
jedzenie, posiłki i rodzinne, kuchenne stoły to jeden
z motywów przez IX muzę
szeroko
eksploatowany
i można nawet pokusić się
o stwierdzenie – ukochany.
Jak powiedziała Anne Andreu w swoim dokumencie:
"Za pośrednictwem jedzenia
można pokazać wszystko.
Psychologię postaci, naturę więzi społecznej, stosunek do ciała, do żądzy, do
śmierci. Akt jedzenia jest
chwytem reżyserskim, który
odsyła do tego, co ukryte,
niepokojące. Ustanawia relację między światem cielesnym a duchowym". W nawiązaniu do powyższego
nasuwa mi się bezpośrednie
skojarzenie z filmem Bunuela „Dyskretny urok burżuazji”. Ambasador południowoamerykańskiego państwa i kilkoro jego bogatych przyjaciół wybierają się wspólnie na obiad do państwa Senechal.
Problem tkwi jednak w tym, że w wyniku wielu zbiegów
okoliczności (np. umiera właściciel restauracji, bohaterowie mylą dni tygodnia) do posiłku, którego wszyscy pożądają, nie dochodzi. Jedną z najciekawszych scen w filmie
jest moment, gdy zebrani zasiadają do stołu, gaworzą przy
nim i nagle uświadamiają sobie (warto wspomnieć, że
Bunuel to ojciec surrealizmu), że są obserwowani przez
widownię, a całość jest jedynie spektaklem. Ich dążenie
do realizacji uczty staje się obsesją, która jest tu bardzo
metaforycznym obrazem pędu ku zaspokojeniu konsumpcyjnych potrzeb. Można odnieść wrażenie, że kontynuację
tego wątku poczynił w swoim filmie „Wielkie żarcie”
Marco Ferreri. Tutaj troje zamożnych panów postanawia
popełnić samobójstwo z przejedzenia. Jak długo można
konsumować bez opamiętania? Nadmiar, jaki serwuje
nam współczesny, dostatni świat tak poraża ogromem do-
30
starczanych produktów, że w pewnym momencie wzbudza wrażenie przesycenia, które staje się bardzo męczące. Niegdyś szokujący i prowokujący film, dziś pozostaje
trafną diagnozą współczesnego społeczeństwa bezmyślnie
pochłaniającego wiele zbędności podsuniętych przez szeroko pojęty rynek.
Rodzinny stół
Odejdźmy jednak już od
tematu jedzenia jako metafory konsumpcji w szerszym
tego słowa rozumieniu. Chabrol powiedział: "Wspólny
posiłek zawiera w sobie
komunię i antagonizm. Komunię, bo dzielisz się posiłkiem z innymi, antagonizm,
bo przy stole często zaczynamy wygarniać sobie, co
nam leży na sercu”. W filmie
o potwierdzenie tych słów
nietrudno. Choćby niedawno w kinach obecny „Mine
vaganti, o miłości i makaronach”. To tutaj prześwietny obraz włoskiego ducha,
którego centralizacja nad
kuchennym stołem. Zajadają się bohaterowie, czynią
wyznania, kłócą się i godzą.
Podobnie ma się sprawa w dalekiej Szwecji u Bergmana.
W jego filmie „Fanny i Aleksander” rodzina Ekdahlów
spotyka się przy stole z okazji świąt, narodzin i rocznic, co
stanowi okazję do konfrontacji (nie zawsze pozytywnej)
oraz oddania czci zbudowanemu fundamentowi, jakim jest
rodzina i jej przyjaciele. O płonącym Reichstagu i przyszłości faszystowskich Niemiec rozmawia też przy suto
zastawionym stole familia, która poprzez swych członków
bohaterem filmu „Zmierzch bogów”.
Kino idzie na kolację!
Posiłki to jednak też sprawa wyjątkowo intymna.
Gerard Depardieu w filmie Anne Andreu mówi: "To nie
bulimia, ani żarłoczność. To po prostu apetyt! Miłość do
życia". Z tym na życie apetytem idzie w parze miłość, ta
międzyludzka, lub jej zapowiedź – fascynacja. W kinie
jednym z najczęściej eksponowanych narzędzi służących
do uwodzenia jest jedzenie właśnie. Trudno zapomnieć
oblewającą się mlekiem przy śniadaniu młodziutką Emanuelle Segnier w „Gorzkich godach” Polańskiego. O wiele
Gazeta Studentów
KINO
subtelniej ma się wątek wspólnego posiłku w „Spragnionych miłości”, choć jest on dla filmu niezwykle istotny.
Dwoje sąsiadów, każde z nich mimo zobowiązań, głęboko
pogrążone w samotności. Najpierw mijają się w restauracji, z której biorą obiady na wynos, by pewnego dnia,
dla zagłuszenia pustki zjeść ze sobą kolację. Ona każe mu
zamówić to, co zwykła jadać jego żona, on ulubioną potrawę jej męża. To chyba jedna z najbardziej emanujących
magnetyzmem scen w kinie, po której nie dzieje się już
nic więcej. Cały erotyzm obojga skupia się na czynności
konsumowania. W „Jestem miłością” Guadagnino idzie
dalej, poznając główną bohaterkę i jej przyszłego kochanka w kuchni właśnie. Gdy Emma odwiedza restaurację,
w której pracuje Antonio, ten serwuje jej na talerzu rozpustę pobudzającą wszystkie zmysły bohaterki. Gdy ona,
po spędzonej z nim nocy gotuje mu regionalną zupę Ukha,
po raz pierwszy wspomina o swojej rosyjskiej przeszło-
ści i zrzuca z siebie sztuczną, przybraną
wiele lat temu pozę. Uwodzenie może
dotyczyć nie tylko pojedynczej jednostki,
ale i większych społeczności. Tak ma się
właśnie sprawa w najcudowniejszym filmie o jedzeniu, jaki kiedykolwiek zdarzyło
mi się zobaczyć. „Uczta Babette” to historia, w której tytułowa bohaterka, francuska
uciekinierka – na co dzień służąca ascetycznych i bogobojnych córek duńskiego
pastora, za wygrane w loterii pieniądze
postanawia wyprawić wystawną kolację
na cześć nieżyjącego ojca swych przełożonych. Pomysł ten spotyka się z olbrzymią niechęcią purytańskich mieszkańców
wioski, którzy doceniają życie jedynie w jego prostocie
i umiejętności wyrzekania się. Agata Ciastoń w swoim
artykule pisze: „To właściwie pierwszy film, w którym
jedzenie sprawia wyraźną rozkosz biesiadnikom. W dwudziestominutowej scenie uczty świecące oczy jedzących
osób i zarumienione, uśmiechnięte twarze nie pozostawiają wątpliwości, że bohaterowie znaleźli się w kulinarnym
niebie”. Nawet lęk przed Bożym gniewem, na który powoływali się bojkotując pomysł Babette, nie potrafi zahamować ich apetytu, gdy skuszą się choćby na jedną, maleńką
przepiórkę w wykonaniu bohaterki...
Mam nadzieję, że narobiłam Wam apetytu. Na kino
i na kolację. Mimo sesji, zimy i pluchy za oknem, gotujcie
sobie, pieczcie i kuście zapachami sąsiadów. Bon apetit!
Justyna Kwitowska
W tym numerze przygotowaliśmy dla Was 7 podwójnych zaproszeń do kina „Muza” na dowolnie wybrany
seans. Bilety można wykorzystać do końca marca 2012 r. Odpowiedzi podpisane imieniem i nazwiskiem należy przesyłać na adres [email protected], w temacie wpisując KONKURS FILMOWY”. Czekamy do 29 stycznia 2012 r.
6
8
3
1
7
5
2
1
2
Puls UM
3
Pionowo:
1. Najlepszy film 2008 r. - zdobywca
nagrody BAFTA
2. „ ... Mistrza” film Agnieszki Holland
3. kultowa komedia Olafa Lubaszenko z
1997 r.
4. „Wszystko ...” w reżyserii W. Allena
4
4
5
6
Poziomo:
1. „ ...Lodowcowa”
2. „Zakochany ...”
3. Grała Matyldę w filmie „Leon Zawodowiec”
7
8
31
KĄCIK FILMOWY
Ostatni mecz sezonu
To będzie tekst poświęcony jednej osobie. Hołd oddany temu, który, w ostatnio przeprowadzonych z nim wywiadach, deklarował rychły koniec swojej aktorskiej kariery i chęć realizowania się w świecie kinematografii przede
wszystkim jako producent. Ma prawie pięćdziesiątkę na
karku, a w swoim dorobku dość sporo nagród filmowych
(jednak bez tej najważniejszej, do której był dwukrotnie
nominowany) i szereg niezapomnianych wcieleń aktorskich, za które można go równie mocno kochać, co nienawidzić. Brad Pitt, bo o nim mowa, to osoba z najwyższej
aktorskiej półki. Porsche Carrera GT wśród samochodów
sportowych. I nie chodzi tu wcale o moją sympatię do tego
gościa, która nie sięga wiele więcej ponad przeciętną, ale
tak właśnie wyobrażam sobie artystę, któremu proponuje
się rolę w filmach takich jak: „Matriks”, „Adwokat diabła”, „Karmazynowy przypływ”,
„American Gangster”, „Źródło”
czy „Jeździec bez głowy”.
W filmie Bennetta Millera
„Moneyball”,
który
w początkach grudnia miał
w Polsce swoją premierę, Pitt
wciela się w rolę menadżera
amerykańskiej drużyny Oakland
Athletics i jako aktor niewątpliwie triumfuje. Dysponując
wszechstronnie wypracowanym
(patrząc na jego dorobek artystyczny) warsztatem aktorskim,
tworzy postać silnie absorbującą
uwagę widza, której meandry
osobowości stają się tematem
przewodnim filmu. Wbrew pozorom nie traktuje on bowiem
o sporcie, ani też o finansowym
jego zapleczu, a dotyka kwestii
pewnego, nazwijmy to, marzenia. Billy Beans to niedoszła gwiazda amerykańskiego baseballu, którą tuż przed
przyjęciem na studia w Stanford, łowcy talentów, obiecując błyskotliwą karierę, zwerbowali do zawodowej
drużyny. Wystawiony w pierwszym meczu, na pierwszej
zmianie, mimo świetnych wyników w amatorskich klubach, nie sprostał pokładanym w nim oczekiwaniom. Jako
zawodnik na boisku zawiódł. Nie opuścił jednak branży
baseballowej a w roli menadżera niskobudżetowej drużyny z Oakland zaczął pozyskiwać dla niej zawodników.
Dobrze poznał świat tego sportu i mimo ograniczonych
środków finansowych zapragnął zdobyć mistrzowski tytuł
32
dla prowadzonego przez siebie teamu. Chciał udowodnić,
że tajemnica sukcesu tkwi w zespole grającym na boisku
i... liczbach statystycznych!
„Moneyball” to opowieść o człowieku, który mimo
wszelkich predyspozycji do tego, by odnieść sukces, z różnych względów tego sukcesu nie odnosi. Nawet wówczas,
gdy jego sytuacja życiowa ulega zmianie; proponują mu
dogodne warunki pracy i rekordowo duże wynagrodzenie.
Dla niego liczy się ostatni mecz sezonu, przeświadczenie o sile własnych przekonań i konsekwencji w podejmowaniu kolejnych decyzji. To postać w gruncie rzeczy tragiczna, którą w zmaganiach z ciężarem własnych
ograniczeń, nie interesują pieniądze, sława ani opinia
najbliższych mu osób. Czy słusznie? Wciąż nie mogę się
zdecydować. Reżyser konstruując fabułę filmu, przyszykował nam bowiem niemałą niespodziankę. Sprawił, że sympatia, którą
wzbudza, mimo swej enigmatycznej
i refleksyjnej natury, osoba Billy’ego
Beans’a, zostaje w ostatnich scenach
filmu niejako podważona. Łatwo po
jego obejrzeniu o konsternację i refleksję nad pytaniem: czy przewrotny
menadżer z nowatorskim podejściem
do baseballu, to prawdziwie oddany
swoim ideałom wizjoner czy po prostu zwykły frajer?
Już ta wątpliwość czyni ten film
wartościowym. Jego siłę stanowi też
płynnie rozgrywająca się akcja, z dobrze rozłożoną w czasie gradacją napięcia i zręcznie ograniczoną liczbą
dialogów, dzięki czemu przekaz tego
obrazu odczuwa się w pełni intuicyjnie.„Moneyball” to dramat, który po
prostu dobrze się ogląda. Na koniec
upomnę się jeszcze podziękować naszemu Achillesowi,
który swoją rolą na pewno nie musi strzelać sobie w piętę.
Moja ocena filmu 8/10.
Marta Zawacka
Tytuł: Moneyball
Gatunek: dramat, sportowy, biograficzny
Premiera: 09.12.2011 (Polska), 09.09.2011 (Świat)
Reżyseria: Bennett Miller
Scenariusz: Aaron Sorkin, Steven Zaillian
Obsada: Brad Pitt, Jonah Hill, Philip Seymour
Hoffman
Gazeta Studentów
KINO MUZA
Puls UM
33
MUZYKA
Muzyczne podsumowanie 2011 roku
Hucznie pożegnaliśmy 2011 rok i w wielkim stylu powitaliśmy 2012, ale ten tekst nie będzie o tym, co
przyszłe, ale o tym, co w minionym roku było według
mnie najlepsze – czyli pora na płytowe podsumowanie
2011 roku.
Muzycznie to był dobry rok. Dziesiątki festiwali,
mnóstwo koncertów, większych i mniejszych imprez.
Być może to był ostatni tak bogaty rok, gdyż kilka zespołów już uciekło ze swoimi tegorocznymi trasami z Europy w obawie przed kryzysem, a w Krakowie zastanawiają
się, czy miasto ma współfinansować osiem festiwali, czy
tylko jeden. W każdym razie, 2012 zapowiada pewnego
rodzaju zmiany. Jakie? Tego tak naprawdę nie wie nikt.
Poza koncertowymi emocjami pojawiło się sporo
ciekawych płyt. Kilka z nich niemal wybitnych, ale i kilka rozczarowujących. Przyznam, że w tym roku otworzyłem się na dźwięki, których wcześniej nie znałem.
Otworzyłem się na muzykę niszową, zdecydowanie mało
popularną, ale jakże piękną!
Przygotowując poniższe zestawienie jak zawsze miałem problem. Przez kilka dni w swoim notesie mieszałem, przestawiałem, wykreślałem, ale i tak nie jestem do
niego w pełni przekonany, bo niemal do każdego miejsca
można znaleźć równie dobry album innego wykonawcy.
Jedno jest pewne: dla części z Was to zestawienie może
się okazać kolekcją zupełnie nieznaną, ale na pewno wartą przesłuchania.
Zatem zaczynamy!
10. Iron & Wine – “Kiss Each Other Clean” – to
wspomnienie ubiegłorocznej zimy. Ciepły, gitarowy, trochę minimalistyczny, ale mocno wciągający album.
9. Arctic Monkeys – „Suck it and see” – Arctic
Monkeys przeszli długą drogę od nastoletnich bożyszczy
indie rocka (zacne pierwsze dwie płyty), aż do nowych
gwiazd garage rocka. Choć ta przemiana zaczęła się dość
niepewnie (trzeci „Humbug” nie ruszał), to efekt finalny
w postaci czwartego albumu „Suck it and see” jest wręcz
porywający!
8. Destroyer – „Kaputt” oraz Metronomy – „English Riviera”– podwójne miejsce, bo to dwie płyty, które zdecydowanie przypominają mi wiosnę i lato. Zresztą
więcej o tych albumach znajdziecie w majowo-czerwcowym numerze „PULSu”.
7. Florence and the Machine – „Ceremonials” – Flo
trzyma poziom! Po pięknym „Lungs” wydanym w kilku
wersjach (w tym jednym wzbogaconym o nowe piosenki),
przyszła pora na monumentalny album „Ceremonials”. Już
chyba wiadomo, kto w tym roku (poza Coldplay) będzie rzą-
34
dził na stadionach i salach koncertowych na całym świecie.
6. Youth Lagoon – „The Year Of Hibernation” –
żeby tego posłuchać i „kupić” trzeba zaparzyć dobrą herbatę, zgasić światło i zapalić kilka świeczek. Urzekający
spokojem album na deszczową jesień, która mimo kalendarzowej zimy, wciąż gości za oknem.
5. Coldplay – „Mylo Xyloto” – najpiękniejszy i najlepszy koncert tego lata! A podczas koncertu wiele utworów z nowej płyty, które w wersji „live” brzmią znacznie
lepiej niż na nagraniu (zwłaszcza plastikowe, przytłumione „Hurts Like Heaven”) . Trzeba jasno powiedzieć, że
Coldplay grają pop i są pop, choć bardzo chcieliby być
alternatywni. Jednak w ich wypadku to już raczej niemożliwe.
4. M83 – „Hurry Up, We're Dreaming” – już sam
tytuł zwiastuje bogatą zawartość. To opowieść, podróż,
ale raczej nie jakiś wydumany koncept album. Melodyjny,
trochę dream popowy, ale przy tym świeży i nowatorski.
3. Secret Cities – „Strange Hearts” – gitarowe indie z wysp brytyjskich chyba już wymarło. Dzisiaj indiegranie ma zupełnie inny wymiar i inne miejsce na mapie
– Stany Zjednoczone. Byli Vampire Weekend, są Secret
Cities oraz Cults (miejsce 2.) nagrywający płyty piosenkowe, lekkie i – nie ma co ukrywać – bardzo przyjemne
w odbiorze.
2. Cults – „Cults” – gdyby tak szukać albumu
z utworami prostymi, trochę popowymi, ale niepustymi
to zdecydowanie byłby to debiut zespołu Cults. Choć ich
talent znam ich od połowy 2010 roku, to dopiero ich debiut pokazał jak wiele potrafią i jak bardzo będą się liczyć
w przyszłości.
1. Bon Iver – „Bon Iver” – długo tego słuchałem,
a zwykle jak czegoś długo słucham, to okazuje się wspaniałe. Tak było i tym razem. Bon Iver, a właściwie Justin Vernon z zespołem, nagrał płytę, która definiuje mój
muzyczny 2011 rok. Rok wielu muzycznych odkryć. Bon
Iver w 9 osobowym składzie z dwiema perkusjami i perfekcyjnymi aranżacjami utworów jest bardzo wysoko na
mojej liście ‘must see’ w 2012 roku.
Czegoś zabrakło? Na pewno Lykke Li, Nosowskiej,
Howling Bells czy mojego ostatniego, polskiego odkrycia
– Kari Amirian. To również płyty zasługujące na uznanie
i przesłuchanie. Ale w sumie dobrze, że miałem problem
z nadmiarem, a nie brakiem dobrych płyt przy przygotowywaniu tego zestawienia. I właśnie dobrych, porywających
albumów brzmiących w Waszych głośnikach czy słuchawkach życzę Wam w 2012 roku!
Łukasz Brzyski
Gazeta Studentów
POGOTOWIE MUZYCZNE
POGOTOWIE MUZYCZNE
W styczniu coś dla fanów Tool`a. Rishloo to amerykański zespół założony w 2002 roku w Seattle przez
gitarzystę Dave’a Gillett’a oraz basistę Sean’a Rydquist’a . Dwa lata później kapela wydała swoją debiutancką
płytę „Terras Fames”. W 2007 roku wypuścili na rynek
„Eidolon”, który jak i resztę albumów, sfinansowali sami.
W 2010 roku powstał „Feathergun”. Obecnie zespół pracuje nad wydaniem swojego pierwszego winylu, który ma
zawierać stare kawałki w odświeżonej aranżacji. Będzie
go można nabyć już w 2012.
Gatunek reprezentowany przez Rishloo klasuje się
między art rockiem, rockiem progresywnym i psychodelicznym. Artyści inspirują się najróżniejszymi muzykami,
poczynając od The Beatles, Pink Floyd, poprzez Deftones,
The Mars Volta, na Tool i Radiohead kończąc. Znani są
przede wszystkim pośród użytkowników Internetu, gdzie zyskali bardzo dużą popularność,
zwłaszcza po wydaniu swojej
drugiej płyty. Nie są związani z żadną wytwórnią płytową,
co czyni ich niezależnymi, ale
również dlatego są praktycznie
nieznani szerszemu gronu odbiorców. Rishloo w trakcie tras
koncertowych po USA i Kanadzie dzielił scenę z artystami takimi jak: Fair To Midland, Ashes
Divide, Sevendust, Trapt, Strata
i Judas Priest. Poprzez lata koncertowania zespół wypracował
i ulepszył swoje bardzo oryginalne estradowe występy. To, co
Puls UM
oferują podczas koncertów, udowadnia, że można liczyć
na multizmysłowe doznania. Poza idolami muzycznymi
kapela do tworzenia swojej sztuki wykorzystuje dzieła
Odd Nerdrum i Zdzisława Beksińskiego. Nagrali nawet
kawałek pt. „Zdzisław”, który w sieci jest wzbogacony
pracami artysty.
Grono fanów ciągle się powiększa. Znaczący wpływ
na to zjawisko ma elektryzująca melodyka oraz skłaniające do myślenia teksty. Nie jest to muzyka łatwa, prosta
i przyjemna. Zespół rzuca wyzwanie odbiorcy, nie da się
dobrze poznać ich sztuki bez skupienia uwagi, co w dzisiejszych czasach wyróżnia Rishloo na tle popkulturowej
papki. W mojej ocenie zasłużyli na solidne 8/10.
Koncertownia:
- James Harries 23-01-2012 20:00 - Klubokawiarnia
Meskalina, ul. Stary Rynek 6,
- Kylesa, Ken Mode, Circle Takes The Square 29-012012 20:00 - Blue Note Jazz Club, ul. Kościuszki 76/78,
- The Merss, TZN XENNA 04-02-2012 - Scena Pod
Minogą, ul. Nowowiejskiego 8,
- Fucktory 04-02-2012 19:00 - BROGANS IRISH
PUB, ul. Szewska 20a,
- Arms and Sleepers 13-02-2012 20:00 - Blue Note
Jazz Club, ul. Kościuszki 76/78,
- Atrapa, Proletaryat 24-02-2012 19:00 - Klub RESET,
ul. Bożnicza 5,
- Zakopower 27-02-2012 18:00 - Teatr Wielki im. Stanisława Moniuszki, ul. Fredry 9
JK
35
JOLKA
Jolka
Odgadnięte hasła należy wpisać w odpowiednie miejsce w diagramie – jak je znaleźć? Myślę, że każdy musi wypracować
sobie własną taktykę. Litery z pól ponumerowanych od 1 do 21 utworzą rozwiązanie – łacińską sentencję.
Do wygrania atrakcyjne nagrody. Miłej zabawy i powodzenia!
4
12
8
1
2
19
22
17
5
16
14
11
23
15
3
24
7
10
6
9
13
21
18
20
1
2
3
4
5
6
7
15
16
17
18
19
8
20
9
10
11
12
21
22
23
24
13
14
W tym miesiącu możecie wybierać spośród następujących nagród:
„Farmacja Stosowana” – A.Fiebieg, S. Janicki, M.Sznitowska
„Protetyka stomatologiczna” – S.Piechowicz
”Diagnostyka internistyczna” – J.Tatoń, A.Czech
„Położnictwo. Podręcznik dla położnych i pielęgniarek” – G.H. Bręborowicz
Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, wraz z tytułem wybranej nagrody możecie przesłać na
adres: [email protected] – od teraz nazwiska zwycięzców znajdziecie też na naszej nowej stronie: www.pulsum.pl
Czekamy do 29 stycznia 2012 roku.
Uwaga! Większa ilość prawidłowych rozwiązań dostarczona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną!
36
Gazeta Studentów
NAGRODZENI
Pionowo:
– sport ze spadochronem
– dwuczuby ptak wodny
– kraj z Masajami
– miniaturowy układ scalony
– fetor; smród
– team Roberta Kubicy
– biblijny raj
– przekazuje czek innej osobie
– enzym niezbędny w procesie krzepnięcia
– poseł; delegat
– argument z rękawa (przez pomyłkę występuje podwójnie)
– trójmiejska kolejka
– poliuria
– elastyczne włókno poliuretanowe
– u ręki lub nogi
– amputacja piersi
– gra na trójkącie
– gwiazdozbiór z psem
– porwał piękną Helenę
– powietrze w jamach ciała
– rzadki lub zdrowia
– skrót „Służba Ochrony Zabytków”
Poziomo:
– kryptonim; ksywa
– starożytna kraina w górach Taurus prawie jak słynna
niewolnica
– eliminacja grup karboksylowych
– rzymski imperator
– czołg współczesny III generacj
– szkoła wyższa dla hutnika
– odbudowa; odnowa
– polskie „et cetera”
– król kojarzący się z popuszczaniem pasa
– amerykański nielot
– do udowodnienia
– państwo z Dakarem
– przestawny szyk zdania
– ang. „w”
– „mądrytelefon” Apple
– ybytek w uzębieniu
– miasto nad Jeziorem Barlewickim
– not black
– cerkiewny obraz
– Ormianka
NAGRODZENI!
Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z numeru 138 „Pulsu UM” nagrody otrzymują:
„Atlas Histopatologii” – Maciej Grymuza
„Chirurgia ogólna dla stomatologów” – Ewa Głowacka
„Leki wpływające na obwodowy układ nerwowy, przeciwzapalne i przeciwbólowe, psychotropowe”– Ada Piotrowska
„Diagnostyka różnicowa najczęstszych objawów w praktyce pediatrycznej” – Barbara Toczko
Rozwiązanie to: „EX INIURIA NON ORITUR IUS”
Zwycięzcami krzyżówki „Konkurs Filmowy” zostali: Patrycja Lewnandowska, Beata Tomaszewicz, Filip
Majtyka, Mateusz Maćkowiak, Katarzyna Misiewicz, Justyna Piecuszek, Monika Jańczyk
Rozwiązanie to: „AKTOR”
Po odbiór nagród zapraszamy na dyżury redakcji w każdy poniedziałek od 18:30 do 19:30
Przewidywany czas odbioru nagród to trzy miesiące
5
5
7
8
1
5
9
7
3
9
2
4
1
5
2
Puls UM
8
4
9
7
1
4
3
8
9
1
8
2
3
7
3
j
e
n
l
o
w
W ili :)
chw
37
HUMOR
HUMOR
W sali operacyjnej pielęgniarka zwraca się do lekarza:
– Panie doktorze, to już trzeci stół operacyjny, który pan
zniszczył w tym miesiącu. Proszę nie ciąć tak głęboko.
***
Psychiatra bada pacjenta za pomocą testu czytając: –
Ostatniej niedzieli był straszliwy wypadek drogowy. Motocyklista został rozjechany przez samochód tak nieszczęśliwie że stracił głowę. W chwilę potem wstał podniósł
głowę i poszedł do najbliższej apteki żeby przykleić ją do
tułowia. W tym miejscu badany uśmiecha się z niedowierzaniem. - Pańska historia nie trzyma się kupy. Przecież
apteki w niedzielę są zamknięte!
***
Bacę zaproszono w karnawale na bal przebierańców.
Pytają go znajomi, za co się przebrał.
– A za łoscypka.
– A jak to, baco, za oscypka?
– A siadne se w kąciku i bede śmierdział.
***
Wpada grzybek w occie do żołądka, rozejrzał się, zobaczył
wolne miejsce koło dwunastnicy, więc się położył i śpi.
Za chwilę wpada ogóreczek, zobaczył wolne miejsce koło
grzybka, więc też się położył i usnął.
W chwilę potem śledzik w towarzystwie zimnych nóżek
również wpadli, przytulili się do siebie i śpią.
Po chwili z wielkim chlupotem wlewa się seta wódki, rozejrzała się mętnym wzrokiem i pyta:
– Co jest chopaki? Tam na górze taka impra, a Wy się tu
wylegujecie!? Wracamy!
***
Przychodzi pacjent do dentysty:
– Ależ od pana czuć alkohol! – mówi oburzony stomatolog.
– To dlatego, że przykładałem go sobie
na bolący ząb!
– A od dawna boli?
– No, już jakieś cztery lata.
***
Tatry mają dwa miliony lat i trzy miesiące – mówi baca oprowadzając turystów.
– Baco, a skąd wiecie to z taką dokładnością?
– A był tu jeden profesor trzy miesiące temu i mówił że
mają dwa miliony.
***
Ksiądz na mszy zbiera datki. Podchodzi do kobiety, a ta
szuka drobnych pieniędzy. Ksiądz, widząc same stuzłotowe banknoty, mówi:
– Mogą być te stuzłotowe.
– To na fryzjera.
– Ale Maryja nie chodziła do fryzjera.
38
– A Jezus nie jeździł Mercedesem!
***
Wchodzi facet z wadą wymowy do sklepu mięsnego:
– Fofłose fu hilo młymła.
– Słucham?
– Fofłose fu hilo młymła.
– Słucham?!
– NO FU HILO MŁYMŁA!
Sprzedawca wychodzi na zaplecze i mówi do kolegi:
„Obsłuż klienta, idę do WC”.
Kolega wychodz i pyta:
– Co Panu podać?
– Fofłose fu hilo młymła.
– CZEGO?!
– MŁYMŁA!
Sprzedawca woła kierownika:
Kierownik, chcąc dać przykład personelowi, bardzo
uprzejmie:
– Czym mogę Panu służyć?
– HUWA MAĆ, FU HILO MŁYMŁA!
– Mógłby Pan powtórzyć?
– FIECHDOLONY SCHLEF, FU HILO MŁYMŁA
CHŚIAŁEM!
Kierownik przypomina sobie, że na zapleczu mają sprzątaczkę z wadą wymowy. Woła ją i tłumaczy, co co chodzi,
po czym udaje się na zaplecze.
Sprzątaczka obsługuje klienta:
– Fucham chana.
– Fu Hilo młymła.
Sprzątaczka zważyła, zapakowała, skasowała i wyszła na
zaplecze. Wszyscy do niej podbiegli.
– No i co on chciał?
– No jah fo – fu Hilo młymła.
***
Marek skarży się tacie:
– Tato, kolega z klasy mówi, że jestem pedałem!
– Uderz go, to przestanie!
– Ale on jest taki słodki..
***
Idą dwaj wariaci przez pustynię i niosą budkę telefoniczną. Nagle zaczyna gonić ich lew. Wariaci stawiają budkę
na piasku – jeden z nich wskakuje do środka, a drugi ucieka przed lwem dookoła budki.
Wariat z budki odzywa się:
– Co Ty się męczysz? Wskakuj do budki! Zaraz Cię lew
złapie!
– Nie martw się! Mam nad nim trzy okrążenia przewagi!
Anika Mielewczyk i Paulina Patalas
Gazeta Studentów
cover
Download

Janina Lulek