cover
cover
W STĘPNIAK
Drodzy Czytelnicy!
Spis treści
Koniec roku akademickiego jest już zdecydowanie blisko – ostatnie egzaminy, kolokwia i czas rozpocząć upragnione wakacje.
Dla niektórych z Was – ostatnie „studenckie”, dla innych – już „absolwenckie”; jakkolwiek je nazwać – grunt, że to blisko
trzy miesiące (a dla niektórych nawet
więcej) wolnego czasu, który możemy
zagospodarować według własnego
uznania. Niektórzy zdecydują się na
szalone wojaże, inni wyjeżdżają na zagraniczne praktyki, by tam doskonalić umiejętności zawodowe, a przy okazji poznać trochę inną kulturę.
Jest też spora grupa studentów, dla których wakacje to
najlepsza okazja by zarobić „trochę grosza” i podreperować
swój studencki budżet. Więcej na ten temat możecie przeczytać w artykule, będącym tematem numeru. Postanowiliśmy
przyjrzeć się studenckiej pracy trochę bliżej. I to nie tylko tej
wakacyjnej, ale również podejmowanej w czasie roku akademickiego. Jeśli chcecie wiedzieć, czy można ją pogodzić z nauką albo w jakich branżach szukać zatrudnienia przed otrzymaniem dyplomu, odsyłam Was do wspomnianego artykułu.
W numerze czeka na Was również początek nowego
cyklu, z którego dowiecie się o kulturowym życiu Poznania,
a także wywiad o tym, dlaczego warto mieć pasję i ją rozwijać
– w rozmowie ze studentką naszego Uniwersytetu.
Na koniec wszystkim Wam, drodzy Czytelnicy, życzę
udanych i pełnych ciekawych przeżyć wakacji. Do zobaczenia
w przyszłym roku akademickim!
Wariograf – Miłosława Zowczak-Drabarczyk....................4
Mikroskop...........................................................................5
Temat numeru – Praca na studiach......................................6
Od przelewu do przelewu....................................................7
Sekrety....................................................................................8
Apteki na krańcach świata....................................................8
Z dwojga złego....................................................................10
Kulturożercy........................................................................12
Kto czyta, nie błądzi............................................................13
Tajemnicja starzenia............................................................14
Lepsze jutro dla farmacji...................................................17
Podróże małe i duże VIII..........................................................18
Pamiętnik z praktyk pielęgniarskich.................................21
Celebryci sieci.......................................................................22
Rozmowa z Łucją Zielińską.............................................23
Medycyna. Średniowiecze. Film.........................................25
English twist.........................................................................26
Studia od kuchni..................................................................28
Pogotowie muzyczne..........................................................29
Kino Muza............................................................................30
Kącik filmowy......................................................................31
Jolka..........................................................................32
Nagrodzeni............................................................33
Humor.......................................................................34
Katarzyna Paczkowska
Adres redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”,
60-356 Poznań, tel./faks (61) 658-44-35
Redaktor naczelna: Katarzyna Paczkowska ([email protected])
Z-ca redaktor naczelnej: Anna Płóciennik ([email protected])
Sekretarz: Agnieszka Brychcy ([email protected])
Redaktor techniczny: Łukasz Stępniak ([email protected])
Skarbnik: Weronika Genderka ([email protected])
Grafik: Agnieszka Brychcy ([email protected])
Fotograf: Joanna Pluto-Prondzinska
Kolegium: Agnieszka Bobeńczyk, Łukasz Brzyski, Michał Klimont,
Justyna Koszarska, Martyna Musik, Paulina Patalas, Magdalena
Pawlaczyk, Anita Pogorzelska, Marta Ptaszyk, Grzegorz Sławiński,
Barbara Średzińska, Olga Tarasewicz, Jolanta Wlizło
Współpracownicy: Piotr Czarnota, Wioleta Kalet, Maciej Tomczak,
Anna Zacharzewska, Anna Zajączkowska
Korekta: Koło Edytorów „Trantiputl”
www.pulsum.pl
Druk: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Medycznego
w Poznaniu, 60-812 Poznań, ul. Bukowska 70
Ark. druk. 3,0. Papier offset,
kl. III 80 g/m2, 70x100
Format B5. Zam. nr 35/2012
Druk ukończono w czerwcu 2013 r.
Nakład: 4000 egz.
Okładka: Agnieszka Brychcy
Rysunki: Paulina Patalas, Agnieszka Bobeńczyk, Anna Słomiak,
Agnieszka Dymek
Skład: Łukasz Stępniak
Numer zamknięto: 01.06.2013
Prosimy o przesyłanie tekstów na adres
[email protected]
Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Redakcja zastrzega
sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich
tytułów.
[email protected]
3
Miłosława Zowczak -Drabarczyk
Imię i nazwisko:
Miłosława Zowczak-Drabarczyk
Stopień naukowy, stanowisko,
miejsce pracy:
doktor nauk medycznych, adiunkt
w Katedrze Chemii i Biochemii Klinicznej, Zakład Biochemii Klinicznej
i Diagnostyki Laboratoryjnej
Staż na uczelni: 17 lat (zauważam to
z niemałym zdzwieniem)
Trzy słowa, które najtrafniej mnie
opisują:
przeciwieństwa, nadzieja, poszukiwanie.
Jestem mistrzem w:
poszukiwaniu i prowadzeniu terapii
u dziecka z zespołem Downa; wymyślaniu porównań, by łatwiej było
zrozumieć studentom materiał; pływaniu wpław; błyskawicznym robieniu
przetworów (w duuużych ilościach);
rozpoznawianiu odmian jabłek; jedzeniu obiadu ze słoika podczas jazdy
samochodem na popołudniowe zajęcia
w pracy (staram się jeść podczas
postoju na światłach); planowaniu zbyt
wielu czynności na dany okres, co czyli
plany niemożliwymi do wykonania;
przypalaniu czajnika…
Mam słabość do:
dzieci, butów (trudno mnie przewrócić, noszę „męski rozmiar”), gorzkiej
czekolady, kawy o zdecydowanym
aromacie, białej i zielonej herbaty,
arbuzów i ananasów (choć mogę
poprzestać na kilogramie jabłek),
przestrzeni, zieleni, „świszczącego”
powietrza, wody, ptaków etc.
Nie potrafię:
realizować wielu swoich planów, ale
potrafię dostosowywać je do zmieniającej się sytuacji; ogarnąć jednocześnie
wszystkiego w domu i w pracy – wciąż
mam poczucie, że coś „leży”.
Zawsze chciałam się nauczyć:
4
grania na instrumencie, rysowania,
historii, umiejętności pełnego relaksu
i pełnej koncentracji.
Chciałabym jeszcze:
zrealizować badania, o których marzę
i by choć trochę wniosły do wiedzy
i praktyki, nauczyć się mówić tylko
to, co rzeczywiście chcę przekazać,
zgłębiać Biblię i lepiej przekładać ją
na życię.
Autorytetem jest dla mnie:
Jan Paweł II i kilku innych świętych
i błogosławionych, a także wielu zwyczajnych ludzi, w myśl powiedzenia,
że nie ma takiej osoby, od której nie
dałoby się czegoś jeszcze nauczyć.
Kiedy kłamię:
rumienię się i pocę, staram się bardzo
uzasadnić to, co powiedziałam,
a czasem po prostu się wycofuję
z kłamstwa.
Słowa, których nadużywam:
pewnie, wielu.
Irytuje mnie:
robienie innym krzywdy (szczególnie
dzieciom), jedzenie śmieci (szczególnie
przez dzieci i studentów medycyny!),
(nad)używanie alkoholu, palenie
papierosów i inne formy zabijania
siebie, tzw. zabijanie czasu, natarczywa
reklama, komercja, brak możliwości
świadomego wyboru.
Kim lub czym chciałabym być,
gdybym nie była tym, kim jestem?
Pewnie pozostałabym przy łóżku
pacjenta (tak miało być).
Studentom zazdroszczę:
możliwości swobodnego zadawania
pytań, dostępu do wiedzy, lepszej
organizacji studiów.
Kiedy stoję w korku:
modlę się, ćwiczę elementy kinezjologii edukacyjnej, dzwonię, planuję (czas
z rodziną, zakupy, obiad, terapię dla
dziecka…).
Zawsze mam przy sobie:
towarzystwo Stwórcy (mam nadzieję!)
i własne.
Niezwykła umiejętność, którą
posiadam:
tego nie potrafię ocenić.
Moje ulubione miejsce na Ziemi:
wiele jest takich miejsc odległych
i bliskich, np. WPN.
Muzyka, przy której się bawię:
kiedyś m.in. latynoska.
Muzyka, przy której odpoczywam:
szum lasu, wody, śpiew ptaków, muzyka poważna, instrumentalna.
Energii dodaje mi:
ruch na świeżym powietrzu, dobra
współpraca, choćby drobne osiągnięcia, marzenia, plany, robienie czegoś
dla kogoś.
Moja dobra rada dla studentów:
życie jest zbyt piękne, zaskakujące
i krótkie, by je marnować w jakikolwiek sposób. Lepiej je poznawać,
smakować, dawać, tworzyć ze świadomością, że z pewnością się skończy
(ów koniec to niezbędny element
życia) i nie mieć żalu do życia o trudne
doświadczenia – one pomagają dojrzewać. Za Markiem Kamińskim: „Droga
jest ważniejsza niż cel”.
Gazeta Studentów
MIKROSKOP
P
O
K
S
O
MIKR
Rak wątroby – skuteczne testy skriningowe?
Na raka wątrobowokomórkowego (HCC – hepatocarcinoma) chorują ludzie na całym świecie. Mimo to, wykrywanie tego nowotworu nadal opiera się na przestarzałych metodach, takich jak USG i oznaczanie we krwi alfa-fetoproteiny
(AFP). Wykazują one jednak niewielką skuteczność w wykrywaniu tej choroby. Tymczasem wczesne zdiagnozowanie
raka wątrobowokomórkowego znacząco zwiększa szanse na
wyleczenie pacjenta. Z tego powodu prowadzone są liczne
badania mające określić efektywność wielu metod i ich znaczenie we wczesnej diagnostyce HCC. Jedne z nich wykazały
istotne różnice pomiędzy metabolitami różnych substancji
w moczu chorych na HCC a tymi występującymi u osób
zdrowych, chorych na marskość wątroby czy raka dróg żółciowych (CC-cholangiocarcinoma). Wykazano między innymi, iż pacjenci z HCC mają podwyższone stężenie metioniny,
karnityny, kreatyny w moczu oraz obniżone, w porównaniu
z próbą kontrolną, stężenie kreatyniny. Czułość i swoistość
tych testów diagnostycznych okazała się większa, aniżeli
oznaczanie AFP czy przeprowadzanie USG.
The International Liver Congress 2013,
kwiecień 2013
Wpływ masy urodzeniowej dziecka na ryzyko rozwinięcia autyzmu
Od dawna nie dostrzegano związku między masą urodzeniową dziecka a ryzykiem rozwoju autyzmu. Jednak dopiero
niedawno, badając ponad 40 tysięcy urodzonych w Szwecji
dzieci, udowodniono zależność pomiędzy ocenianymi czynnikami. Badania wykazały, że urodzenie dziecka o masie ciała
przekraczającej 4,5 kg wiąże się z wystąpieniem o 60% większego ryzyka zachorowania na autyzm. Również narodziny
dziecka o masie ciała nieprzekraczającej 2,5 kg koreluje ze
zwiększonym aż do 63% ryzykiem rozwinięcia się u niego
tej choroby. Spekuluje się, że jest to powiązane z nieprawidłowym funkcjonowaniem łożyska, do którego dochodzi
często w przypadku wystąpienia skrajnych mas urodzeniowych u noworodków. Niemniej jednak potwierdzenie tej tezy
wymaga dodatkowych badań.
American Journal of Psychiatry,
maj 2013
Jak zwiększyć szansę na przeżycie chorego na raka płuca?
Badacze porównali kilka metod leczenia niedrobnokomórkowego raka płuca w stadium III. Zestawiono chemioradioterapię z następczą operacją, zabieg operacyjny
z uzupełniającą chemioradioterapią oraz wyłączną chemioradioterapię. Wykazano, że pacjenci poddani zabiegowi operacyjnemu po wcześniejszej chemioradioterapii uzyskiwali
dwukrotnie wyższy wskaźnik 5-letniego przeżycia. Uzyskane
wskaźniki przeżycia pięcioletniego wynosiły odpowiednio
(dla wyżej wymienionych grup): 34%, 20% oraz 13%. WyPuls UM
niki te ukazują istotną rolę multidyscyplinarnego zespołu
zajmującego się pacjentem z rakiem płuca. Współpracować
ze sobą powinni zwłaszcza torakochirurg oraz onkolog kliniczny, uzgadniając optymalne dla danego pacjenta postępowanie.
Journal of Thoracic Oncology,
kwiecień 2013
Opracował: Grzegorz Sławiński
5
U:
NUMER
T
A
M
E
T
Praca na studiach
Czego zazdrości się studentom? Młodości, beztroski, czasu, braku zobowiązań… Wszystko to prawda, ale każdy student wie, że do pełni szczęścia potrzebne są też pieniądze. Bo
choć istnieją zniżki na komunikację miejską, promocje w jadłodajniach i wiele darmowych
imprez, z pustym portfelem nie pociągnie się zbyt długo. I choć wspierają nas rodzice, im
jesteśmy starsi i dojrzalsi, tym większa rodzi się w nas potrzeba usamodzielnienia, również
finansowego. Tak więc z konieczności, chęci lub kaprysu decydujemy się poświęcić część
beztroski i wolnego czasu na pozyskiwanie dodatkowych funduszy.
Zdecydowałam się przeprowadzić ankietę na temat
pracy wśród studentów różnych wydziałów naszej Uczelni.
Wynika z niej, co nikogo nie powinno dziwić, że dla zdecydowanej większości głównym źródłem utrzymania są pieniądze dostawane od rodziców. 34% korzysta też z zarobionych
przez siebie pieniędzy, a 22% ze stypendium przyznawanego
przez Uniwersytet. Ponad połowa ma za sobą epizod pracy
w czasie roku akademickiego. Do najpopularniejszych zajęć
należą: korepetycje, praca w gastronomii (głównie jako kelnerka), praca w sklepie odzieżowym, opiekowanie się dziećmi, rozdawanie ulotek, hostessa,
praca w telemarketingu. Tylko około 10% spośród pracujących wykonuje działalność w swojej branży.
Są to głównie pielęgniarki, ale również asystenci stomatologiczni czy
pomocnicy farmaceutyczni. Zdobycie doświadczenia zawodowego
nie jest jednak główną pobudką
dla podjęcia pracy, najbardziej powszechna przyczyna to posiadanie
pieniędzy na własne wydatki, a co
za tym idzie odciążenie finansowe rodziców. 55% ankietowanych stwierdziło, że studentowi łatwo jest znaleźć pracę,
ale już tylko 23% uważa, że bez trudu można pogodzić ją
z nauką. Wśród najczęściej wymienianych problemów, związanych z połączeniem obowiązków zawodowych ze studenckimi, pojawiły się: brak elastyczności w rozkładzie zajęć,
niezrozumienie ze strony asystentów i wykładowców, brak
możliwości odrobienia zajęć. Do minusów należy też oczywiście brak czasu na sen, spotkania ze znajomymi czy własne
przyjemności. Większość spośród niepracujących studentów
tłumaczy się brakiem czasu lub brakiem potrzeby.
W ankiecie poruszyłam też temat pracy wakacyjnej, która jest coraz bardziej popularna wśród studentów. 59% spośród zapytanych odpowiedziało, że zdarzyło się im pracować
w czasie wolnym od zajęć akademickich, a 19% znalazło
zatrudnienie za granicą. Podejmowane zajęcia to najczęściej
sezonowe zbiórki owoców, praca fizyczna: na budowie lub
w magazynie, na hali produkcyjnej, praca w hotelu, sprząta-
6
nie, opieka nad dziećmi oraz praca w sklepie. Przy pomyślnie
zakończonej sesji student może cieszyć się aż trzema miesiącami odpoczynku, chociaż specyfika naszych kierunków
często uszczupla je o 4 tygodnie, w czasie których odbywają
się nieodpłatne praktyki. Pomimo tego, coraz większe grono
młodych ludzi szuka zatrudnienia, by zarobić na wymarzone
wakacje, zaoszczędzić trochę pieniędzy na czas nauki lub po
prostu konstruktywnie wykorzystać wolny czas. A jakie są
profity pracy za granicą? Poza zwykle większym wynagrodzeniem, praca za granicą daje możliwość zwiedzania, poznania
innej kultury, przeżycia niezapomnianej przygody. Jeśli uda
się znaleźć zajęcie zapewniające kontakt z mieszkańcami danego kraju, jest to jednocześnie darmowy, a nawet przynoszący zysk, kurs językowy.
W porównaniu z innymi uczelniami, zdecydowanie rzadziej łączymy studiowanie i pracowanie. Brak czasu, związany nie tyle z dużą ilością zajęć, co raczej koniecznością
poświęcenia go na przyswojenie obszernej wiedzy, to główna przyczyna, dla której rezygnujemy z pracy. Nie ulega też
wątpliwości, że nasz Uniwersytet nie ułatwia dostosowania
planu zajęć do godzin pracy, a priorytetem zawsze jest nauka.
Na innych uczelniach zajęcia są często kumulowane w ciągu
3-4 dni roboczych, by student mógł być bardziej dostępny
dla potencjalnych pracodawców. Nie zmienia to faktu, że jeśli
komuś zależy i ma potrzebę zarobienia własnych „paru groszy”, zawsze znajdzie sposobność i właściwe rozwiązanie.
Weronika
Gazeta Studentów
TEMAT NUMERU
Od przelewu do przelewu –
psychologiczny dodatek nadzwyczajny
Na całym świecie obserwuje się ewidentne odwlekanie momentu wkroczenia w dorosłość,
rozumianą przede wszystkim jako uniezależnienie się od rodziców. Obraz imprezującego,
dwudziestoparoletniego studenta, żyjącego kolejny rok na garnuszku rodzicieli, jest niemalże ikoną naszej generacji – co potwierdza przeprowadzona przez nas ankieta. Studia mają być
w końcu najpiękniejszym okresem w naszym życiu, dlaczego więc nie wyciągać z niego ile
się da? Czy istnieje tajemniczy powód, sprawiający, iż nie spieszy nam się do pracy zarobkowej w tym wspaniałym okresie i jednocześnie nie odczuwamy potrzeby zmiany takiego stanu
rzeczy? Uważam, że warto zanurzyć się odrobinę w odmętach psychologicznych zagadnień
tematu.
Psychologowie uzbrojeni w abstrakcyjne narzędzia, zakasali już rękawy i przyglądają się zjawisku pod szkłem powiększającym. Jak ma się zarabianie pieniędzy do bycia dorosłym?
Otóż, według prac naukowych, na dorosłość składają się
elementy subiektywny i obiektywny. Obiektywny to podjęcie
ról społecznych, czyli usamodzielnienie, ukończenie edukacji,
założenie rodziny i podjęcie stałej pracy. Ze strony subiektywnej, osoba jest dorosła, kiedy uważa się za taką oraz podejmuje
dalekosiężne decyzje i zobowiązania, czuje, że jest w pełni samodzielna i kieruje swoim życiem.
Porównując dwie grupy badawcze: osoby, które po zdaniu
matury zaczęły życie zawodowe i osoby podejmujące studia
wyższe, okazało się, że przedstawiciele grupy pierwszej dużo
chętniej niż ich rówieśnicy – studenci – określali siebie jako
osoby dorosłe. Dorosłość kojarzy się z pracą i co ciekawe,
rzeczywiście czynnik subiektywny – odczucie dojrzałości,
a konkretnie jego braku, może być podstawą do odwlekania
podjęcia decyzji o zarabianiu pieniędzy.
Studenci to niezwykle interesująca grupa społeczna, z pewnością stanowi podatny grunt pod niejedną pracę naukową,
a i problemy badawcze szybko się nie wyczerpią. Psycholodzy
w odpowiedzi na wyniki badań dotyczących braku
poczucia „bycia dorosłym” u studentów wnoszą
o utworzenie nowego stadium rozwoju człowieka.
Wyłaniająca się dorosłość ma obejmować okres
od 18 do 25 roku życia i dzielić czas wczesnej
dorosłości i późnej adolescencji. U podstawy
fenomenu ma stać tożsamość, rozumiana
jako wizja własnej osoby oraz plan swojej
przyszłości. Jej zadaniem jest wykształcenie
na tyle pewnego obrazu „ja”, by na takiej
podstawie zrodziło się wspomniane już
wrażenie dorosłości, jak i umiejętność podejmowania życiowych decyzji.
Puls UM
W efekcie zauważyć można 25-latka na stałej posadzie,
żonatego, z dzieckiem w drodze i zaciągniętym kredytem hipotecznym i 25-letniego studenta, który co miesiąc dostaje
przelewem pieniądze od rodziców. Czy postawić między nimi
znak różności, mniejszości, większości? Otóż przedstawione
przypadki nie różnią się ostatecznie osiągnięciem dojrzałości,
lecz drogą, jaką do niej dotrą. Doszło bowiem do indywidualizacji procesu dojrzewania. Jeśli zdecydujemy się na studia
jako przyszłościowy środek zdobycia zawodu, będzie to jedyna życiowa decyzja podjęta nawet w ciągu 6 lat (jak nie więcej).
Środowisko rozumie i toleruje to, że żacy żyją „od przelewu
do przelewu”.
Cóż za niesprawiedliwość – jesteśmy studentami i korzystamy z dobrodziejstw systemu edukacji, a eksplorują nas badaniami psychologicznymi niczym egzotyczny, nowo odkryty przez Imperium Brytyjskie kontynent. O co style szumu?
Artykuł miał być przecież o drobnych pracach zarobkowych,
jakich podejmują się studenci naszej Uczelni, nie wiwisekcją
całej generacji.
Nazywa się nas pokoleniem Y. Chętnym do rozwoju, wyzwań, z technologią za pan brat, ceniącym wygodę życia nade
wszystko. Na całym świecie od kilku lat notuje się najwyższy od dawna odsetek bezrobocia wśród młodych
ludzi z wyższym wykształceniem. Może i wykształciło się przyzwolenie na beztroskie życie studenckie,
lecz jakim kosztem? Po odbiorze dyplomu zostaje
mało czasu na przestawienie się na myślenie zarobkowe. Zostajemy rzuceni na głęboką wodę.
Może jednak warto choć spróbować przekonać się na własnej skórze, jak to jest zarobić
kilka groszy, rozruszać nieco tożsamość przed
nagłym odcięciem od konta rodziców? Otóż
– możliwości jest wiele, co samo w sobie jest
największym problemem.
Maga
7
FELIETON
Sekrety
Nie po to mam flaki upchane po kątach, żeby je ktoś
oglądał. Jeśli istniałaby osoba, która wiedziałaby o mnie
absolutnie wszystko, to należałoby zdecydowanym ruchem
wbić ostre narzędzie w jej arteria carotis. Każda rola, którą
gram, ma upchane coś pod czerepem – córka nie puszcza
z nikotynowym dymem ostatnich złotówek, przyjaciółka
nie uśmiecha się pod nosem do chłopaka przyjaciółki. Sekret o nieposiadaniu sekretu też da się z powodzeniem wykorzystywać. Ostatecznie i tak istotności wychodzą na jaw,
a schowane grosze mogą błyszczeć i udawać złoto.
Nakładam hijab i czuję się bezpiecznie, ale w miarę mknięcia Ziemi po swojej orbicie zaczynam się pocić.
Wymieniam szczelności na bezczelności i okryta długim
płaszczem znajduję przypadkowe oczy, którym w ekshibicjonistycznym geście ukazuję kilka fałd umysłu. Kompletuję cztery źrenice i ich symetryczne ustawienie naprzeciwko
siebie, żeby strumień informacji lecący z przyspieszeniem
a, wprost proporcjonalnym do jego masy, trafił w odpowiednie miejsce i nie rozplenił się po kątach.
Smycz tajemnicy jest bardzo mocna, jeśli umie się ją
dobrze trzymać w dłoniach. Skutecznie zmniejsza obszary
stref publicznych, osobistych i intymnych między jednostkami złączonymi tunelem sekretu. Wiem o tobie coś, czego
inni nie wiedzą – mam cię w garści. Powiedziałem ci coś,
czego inni nie wiedzą – mam cię w garści. Czasem na pokaz balansuję aluzjami wśród obcych, żebyś wiedział, że
wystarczy kilka razy mlasnąć i kłapnąć, a wyłoni się robaczek z jabłuszka, który na razie spokojnie drąży swe domki
w twoim rdzeniu kręgowym.
Zbrodnie popełniane w parach owocują siatką porozumiewawczych spojrzeń, ciągnących się grubymi nićmi na
oczach osób postronnych. Jaskrawe półuśmiechy drażnią
zmysł odprężenia i uwalniają czynniki marszczące brwi.
Dawaj! Do wora te dwa kociaki, niech poobgadują nas
wszystkich w drodze nad rzekę. I tak okazuje się, że cała
grupa stała się tajemnicza. Rzeka nie wychluśnie tego, co
ukrywa, ale w bandzie jest zbyt wiele niepozakręcanych
zaworów ust, z których każdy ma różne zaufane słuchowiska…
Chodź, powiem ci coś na uszko: słyszałam, że koleżanka matki mojej przyjaciółki ma coś do ukrycia, co wypluję
teraz wprost do twojego i tylko twojego kanału słuchowego. Błony bębenkowe aż drżą z zadowolenia: och naprawdę, nikomu nie powiem! Pofrunęły plotka, anegdotka,
sekrety wyciekły kiedyś z nieuszczelnionego systemu zaufania. Uszy rumienią się jedno po drugim niczym rażone
pałeczkami grypy. Jeśliby osobie zainteresowanej umknęło coś ze wstydliwego zdarzenia, wujek Władek może jej
dokładnie opowiedzieć, wtrącając zupełnie świeże, jeszcze
bardziej interesujące szczegóły. Jedynie ciocia Klocia wie,
jak to wszystko się rozpoczęło. Ty teraz słuchaj i obryzguj
śliną informacji resztę niezainteresowanego świata.
Wszystko zostało napisane szeptem, tajemnice mają
swoje rytuały.
ote
Apteki na krańcach świata
Część II: Farmacja w krainie klonowego liścia
Kanada to drugi pod względem powierzchni kraj na świecie. Wbrew pozorom nie jest to tylko
ojczyzna syropu klonowego, ale wielokulturowa mieszkanka potomków brytyjskich i francuskich osadników na południu oraz Inuitów na północy. Kraj ten ma rozległe terytorium
z licznymi lasami, jeziorami i zamieszkującymi je wieloma gatunkami zagrożonych wyginięciem zwierząt. Czy jednak zawód farmaceuty także jest tam na wymarciu? Pora spojrzeć na
to krytycznym okiem…
W Kanadzie pracuje ponad 30 tysięcy licencjonowanych
farmaceutów, stanowiących trzecią co do wielkości grupę
zawodową we wszystkich branżach związanych z ochroną
zdrowia. 10% kolegów znajduje zatrudnienie poza apteka-
8
mi, pracując jako konsultanci, doradcy, aktywni działacze
różnych stowarzyszeń. Farmaceuci są w Kanadzie zintegrowanym i dobrze zorganizowanym środowiskiem, a to dzięki
uwarunkowaniom historycznym.
Gazeta Studentów
APTEKI NA KRAŃCACH ŚWIATA
Jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu w Kanadzie
brakowało farmaceutów. Szczególnie tam, gdzie gęstość zaludnienia jest niewielka, czyli na północy kraju, nie było wymaganych obsad w gminnych aptekach. Na przykład na terytoriach północno-zachodnich, pod względem powierzchni
trzy razy większych od Polski, pracowało 10 farmaceutów
(dziś 22). Mimo iż Kanada otworzyła szeroko drzwi emigrantom, wciąż pozostaje jednym z najsłabiej zaludnionych
krajów świata. Udało się jednak sprowadzić wielu dobrze
wykształconych specjalistów, w tym farmaceutów. Pochodzili z różnych krajów. Według spisu powszechnego z roku
2000 w Kanadzie żyją 34 grupy etniczne liczące więcej niż
100 tysięcy osób. Ponieważ każdy z przybyszów posługiwał
się innym dyplomem, był kształcony według różnych standardów i stosował inną politykę wobec pacjentów, Canadian
Pharmacists Association (Kanadyjskie Stowarzyszenie Farmaceutów) wprowadziło obowiązek uzyskiwania kanadyjskich certyfikatów, bez których nie można podjąć legalnej
pracy w zawodzie farmaceuty. Jednocześnie, aby zachęcić
wszystkich zagranicznych specjalistów do podejmowania
nauki i zdawania państwowego egzaminu, przygotowano dla
nich coś w rodzaju programu asymilacyjnego. Dzięki temu
dziś większość członków stowarzyszeń działa w nich aktywnie i czuje się członkami już nie tyle grupy zawodowej, co
społeczności. Wspólnie walczą o to, by farmaceuci z różnych regionów kraju pracowali według tych samych zasad,
za podobne wynagrodzenie i według jednolitych procedur.
CPhA usilnie pracuje nad tym, żeby coraz więcej młodych ludzi w Kanadzie decydowało się na studiowanie
i praktykowanie farmacji. W narodowym systemie ochrony
zdrowia tylko ten element wciąż nie jest stabilny. W kompleksowej opiece nad pacjentem mają współpracować lekarze, pielęgniarki i farmaceuci. Tych ostatnich jest, mimo
dobrych warunków płacowych, wciąż za mało, zatem szuka
się ich nawet w liceach. W apelu do uczniów kończących
szkoły średnie można przeczytać: „Jeśli rozważasz karierę
farmaceuty, musisz zadać sobie pytanie, jak sobie wyobrażasz przyszłą pracę. Być może wydaje ci się, że farmaceuta
to osoba, która spędza czas gdzieś na zapleczu apteki, licząc
pigułki i przyjmując dostawy. Od kilku lat nasza praca wygląda już zupełnie inaczej. Najważniejsze cele to rozpoznać
i odpowiedzieć na potrzeby pacjenta, a także zapobiegać
rozwojowi jego schorzeń. Nazywamy to pełną opieką farmaceutyczną. Jak widzisz, nie da się praktykować tego zawodu
bez bardzo bliskiego kontaktu z człowiekiem. Jeśli chcesz do
nas dołączyć, powinieneś lubić ludzi. Pomóż nam poprawiać
jakość życia”.
W Kanadzie dopuszczonych jest do obrotu ponad 10
tysięcy leków. Studenci nie mają więc łatwego zadania, by
je wszystkie spamiętać. Niektórych od kariery farmaceuty
Puls UM
odstrasza konieczność ciągłego kształcenia się. Nauka nie
kończy się na uniwersytecie, ale tam zaczyna. W najbliższych
latach tempo przepływu informacji o lekach i nowych sposobach terapii nie będzie spadać, ale stopniowo się zwiększać, a farmaceuci nie mogą sobie pozwolić na pozostawanie
w tyle. W tym sensie zawód jest rodzajem służby publicznej,
bowiem zobowiązuje do bezustannego doskonalenia się. Na
pocieszenie, ambitny pracownik kanadyjskiej apteki może liczyć na zarobki sięgające 95 000 dolarów kanadyjskich rocznie, co jest chyba rekompensatą za włożony wkład pracy.
Mieszkając w Kanadzie, możemy nigdy nie mieć okazji
do zobaczenia drugiego końca kraju. Poszczególne regiony
funkcjonują jako autonomiczne struktury, a ich mieszkańcy
często bardziej asymilują się z lokalną społecznością niż z całym narodem. Niemniej, jeśli ktoś ma wystarczająco czasu
i dostatecznie dużo gotówki, zachęcam do odwiedzenia kilku niezwykłych miejsc w tym niezniszczonym jeszcze ludzką
ręką kraju. Spośród wielkich metropolii z pewnością warto
spędzić parę dni w najbardziej wieloetnicznym mieście świata
– Toronto, kosmopolitycznym Vancouver, czy pozostającym
pod silnymi wpływami francuskimi Montrealu. Nie powinno
się też podarować sobie odwiedzenia stolicy francuskiej prowincji z zapierającą dech w piersiach historyczną dzielnicą
Vieux-Québec. Dla poszukiwaczy skarbów nie lada gratką
może okazać się Oak Island – wyspa skarbów, leżąca u wybrzeży Nowej Szkocji. Wyspa Dębów znana jest z powodu
znajdującej się tam Studni Pieniędzy, w której według legend
ukryto ostatnią część skarbu Templariuszy lub dokumenty
dowodzące, że to Bacon był autorem dzieł Szekspira.
Kanada kojarzy się jednak nieodłącznie z dziewiczą
przyrodą i jej chciałbym poświęcić ostatni akapit artykułu.
Z pewnością do końca swoich dni każdy turysta wspominać
będzie podziwianie zorzy polarnej nad wodami Wielkiego
Jeziora Niedźwiedziego. Gdy już wspomniano tego wielkiego ssaka, warto zaznaczyć, że widok przechadzających się
grizzly, niedźwiadków brunatnych czy polarnych na samej
Północy nie jest rzadki. Dla wielbicieli fauny niezwykłym
przeżyciem będzie także obserwacja karibu na pograniczu
z amerykańską Alaską, czy orek na przybrzeżnych południowych wodach kanadyjskiego Pacyfiku. Kanada oferuje możliwość eksplorowania 42 parków narodowych, położonych
w najbardziej odległych zakątkach kraju. Można zwiedzać
dno oceanu podczas odpływu w Zatoce Fundy, ale osobiście
polecałbym pobudkę o wschodzie słońca w Glacier National
Park, gdzie pośród górskich lodowców i bacznie przyglądającemu się nam świstakowi czy karibu możemy delektować
się smakiem prawdziwego syropu klonowego…
Cogaiseoir
9
Z DWOJGA ZŁEGO
Z dwojga złego
Literatura piękna… albo i nie. I nie mam tutaj na myśli szmatławców czy kioskowych romansideł, a rzeczywiście znane i cenione powieści. Czy książka musi, przywołując Gombrowicza, „zachwycać, kiedy nie zachwyca” oraz czy faktycznie wartościowe są jedynie ugłaskane
językowo i stylistycznie pozycje? Z góry zaznaczam: dysputa toczy się pomiędzy dwiema
zagorzałymi miłośniczkami słowa pisanego.
I księgi mają swoje losy
Fakt, nie bez powodu ludzkość powołała do życia dziedzinę sztuki zwaną literaturą piękną. Od wieków miała ona
kilka jasno określonych celów do spełnienia – w tym również wychowywanie kolejnych pokoleń inteligentów, ludzi
o otwartych umysłach i dobrze wykształconej wrażliwości
emocjonalnej. Rolę tę, a także kilka innych, jak choćby zaznajamianie odbiorcy z coraz bardziej wyszukanym słownictwem, książki zaliczane do kanonu literatury z powodzeniem
spełniają te funkcje po dziś dzień i będą to czynić zapewne
dopóty, dopóki chadza po Ziemi Homo sapiens. Uważam
jednak, że funkcja literatury, zwłaszcza współcześnie, nie
może już ograniczać się do tak wąskiego poletka. W końcu,
można by po prostu wykuć na pamięć słownik wyrazów bliskoznacznych, a do tego przeczytać kilka antycznych tragedii
– et voilá! intelektualista gotowy.
Wręcz przeciwnie, jeszcze nigdy tak bardzo jak dziś nie
była nam potrzebna literatura „złej strony mocy”, to jest brutalnie nazywająca rzeczy po imieniu i dosadnie opisująca rzeczywistość. Co więcej, jestem przekonana, że sensownie użyte wulgaryzmy czy kolokwializmy potrafią niejednokrotnie,
zwłaszcza na zasadzie kontrastu, lepiej niż wysublimowane,
pełne ozdobników zdania przemówić do współczesnego odbiorcy, a nawet nim wstrząsnąć. Diabeł tkwi w szczegółach
– nie o to idzie, by czytelnika literacko sponiewierać, lecz
by wzmocnić siłę przekazu. Sprawny pisarz bezbłędnie wyczuwa czas i moment, w którym użycie nawet prostackiego
języka przykuje uwagę odbiorcy, skłoni go do przemyśleń,
czy chociażby podkreśli ironiczne nacechowanie zdania.
Nie chciałabym jednak stworzyć wrażenia, że uważam
współczesnego czytelnika za, w jakikolwiek sposób gorszego od jego dziejowych poprzedników, swoistego literackiego
troglodytę. Wierzę głęboko, że dziś równie dobrze jak przed
laty potrafi on zrozumieć zawiłe opisy, subtelne aluzje i gry
słowne. Cieszę się jednak, że doczekaliśmy czasów, w których autorzy dysponują szerokim arsenałem środków wyrazu, nie musząc obawiać się zaburzenia zasady decorum.
I bardzo dobrze, gdy z umiarem i rozmysłem korzystają z całego spektrum odcieni, w jakich kształtuje się słowo pisane.
Czy powieści Tryzny, Masłowskiej lub Martina tracą
w jakikolwiek sposób, ponieważ ich autorzy odważnie szafują językiem „trotuarowym”? Czy rzucone tu i ówdzie prze-
10
kleństwo przekreśla wartość literacką ich dzieł? Rzekłabym,
że wręcz przeciwnie, już choćby z racji tego, że stymulują
one do przemyśleń, jak użycie konkretnego słowa wpływa
na odbiór wypowiedzi przez adresata komunikatu. Niewiele
sformułowań tak mnie zastanowiło, jak wulgaryzmy, których niemało w ustach dzieci, bohaterów „Panny nikt” czy
„Idź, kochaj”, często stojące w kontraście do inteligentnych
i racjonalnych treści przekazu. Owo przeplatanie się form,
swobodne i celowe mieszanie światów (uładzonego i brutalnego) zdecydowanie ubogaca powieści.
Gwoli ścisłości – powyższy tekst napisała osoba, która
nie dalej jak trzy dni temu wpadła w zachwyt nad powieścią
„Madame” Libery, do którego to zachwytu nielicho przyczynił się kwiecisty, nieomal poetycki język tejże książki. Nie
chodzi więc o to, by na siłę forsować prostactwo literackie
i ubogość formy, ale by doceniać wszystkie możliwości, którymi dysponuje współczesny autor. Ot, na wszystko znajdzie
się odpowiedni czas i miejsce.
Kwestia smaku
Temat okazuje się bardzo trudny do dyskutowania, bo
właściwie mowa o gustach. Czy łamać zasadę decorum? Pewnie, że łamać, tylko że łamie się ją od jakiś kilkuset lat i każde
pokolenie jest mniej lub bardziej zszokowane poczynaniami
swoich następców. Bez łamania schematów nie byłoby postępu. Jednak to, w czym ja osobiście widzę zagrożenie dla
jakości literatury, to szokowanie na siłę, to robienie z łamania
zasad decorum czy przyzwoitości nie środka, a celu. To moje
główne „ale” w tym temacie. Reszta to luźne dywagacje.
Bardzo nie lubię uintelektualniania się na siłę – szczęśliwie, czasy wertowania słownika wyrazów obcych w wieku
lat trzynastu, by pochwalić się w towarzystwie nowym słówkiem, najlepiej łacińskim [sic!] mam już za sobą. Dlatego też
nie chodzę do muzeów sztuki współczesnej, bo obawiam się,
że skończę jak w reklamie Skody, podziwiając czyjeś przypadkowe płaszcze na wieszaku, przytakując z mądrą miną.
Ale, ale... Uwielbiam gry słowne, językowe, niedopowiedzenia, ukryte subtelności, jakiś delikatny flirt autora z czytelnikiem, łechtanie ego, drobne łaskotki i ukradkowe pieszczoty.
Słowem literacką grę wstępną. Nie uważam, żeby to w jakikolwiek sposób oddalało mnie od meritum, wręcz przeGazeta Studentów
Z DWOJGA ZŁEGO
ciwnie, a ile frajdy dostarcza czytanie takich dopracowanych,
przemyślanych do bólu fragmentów twórczości.
Nigdy nie myślałam o sobie w kategoriach patrioty, ale
jeśli miałabym zupełnie hipotetyczną możliwość zmienić język, którym się posługuję jako ojczystym, nigdy w życiu nie
zamieniłabym języka polskiego na kaleczony przez cały świat
angielski, czy przywodzący na myśl rąbanie drzewa język niemiecki. Naprawdę długo i rzewnie mogę rozwodzić się nad
urodą naszego języka ojczystego, jednak teraz chciałabym
zaznaczyć troskę o niego. Taka troska objawia się na przykład tym, że wulgaryzmy użyte bez finezji w literaturze jak
i w codziennym życiu mnie po prostu odpychają. A o finezję
wcale nie tak łatwo. Podam kilka przykładów. Moi prywatni
mistrzowie finezji językowej to Gombrowicz i Sapkowski.
Obaj nie boją się utytłać wulgaryzmami i prostotą językową,
ale obaj robią to tak cudnie, że ich pojedyncze zdania mogę
czytać i czytać w kółko. Inny przykład: Pratchett versus Piekara. Jeśli ktoś gustuje w fantastyce, to zrozumie, o co mi
chodzi, choć nie musi tego wcale podzielać. „Świat dysku”
Pratchetta niejednokrotnie spływa w książkach krwią, ale
w żadnej z kilkudziesięciu dotychczas przeczytanych nie
znalazłam opisu krwawej masakry, który by raził po oczach
swoją obrazowością, wręcz przeciwnie – czytelnik ma całkowitą świadomość koszmaru, który rozgrywa się na jego
oczach, ale opis jest bardzo... elegancki i pełen humoru (choć
nierzadko czarnego). Brzmi to może absurdalnie, ale tylko
w przypadku, gdy ktoś nie zna Pratchetta, tego gorąco zachęcam do lektury. Natomiast Piekara, modny od jakiegoś
czasu polski pisarz fantastyki, jest dla kontrastu obrzydliwie
obrazowy, wulgarny i generalnie nie w moim typie, więc będę
go raczej odradzać niż polecać. Wniosek z tego przydługiego
akapitu jest taki, że – moim zdaniem – na sto wulgarnych
książek dziewięćdziesiąt dziewięć będzie po prostu wulgar-
Puls UM
nymi, a jedną ewentualnie można uznać za perełkę, lub (zasłyszane porównanie) za pieczareczkę wyrosłą na tym językowym kompoście.
Wzmacniać siłę przekazu można na bardzo różne sposoby, a język prostacki jest jednym z nich, nie jedynym, na
dodatek często nieumiejętnie nadużywanym, a nadużywane
wulgaryzmy mają to do siebie, że tracą na sile, co nijak się ma
do wzmacnianej siły przekazu. Unikam takich książek, bo
obawiam się, że w powiedzeniu „jeśli trafisz między wrony,
musisz krakać tak jak one” znajduje się całkiem spore ziarno
prawdy, a między takie przeklinające wrony trafić ochoty najmniejszej nie mam, zwłaszcza, gdy przypomnę sobie angielski odpowiednik tego przysłowia: if you fly with the crows, you get
shot with the crows. I Masłowskiej też nie lubię.
Magda Pawlaczyk i Ania Płóciennik
11
KULTUROŻERCY
KULTUROŻERCY
czyli całkowicie subiektywny przegląd wydarzeń i spektakli
Owszem, dobrze przeczytaliście. Po wielu epizodach i nocnych eskapadach Imprezożercy usuwają się w cień, pozostawiając Wam zaszczytną misję odwiedzania i oceniania poznańskich
lokali. Czas na powiew świeżości w życiu studenckim, choć niekiedy może on uchodzić za
przejaw snobizmu czy, o zgrozo!, nudziarstwa. Tak, zapraszam do towarzyszenia mi podczas
wypraw do teatru, na wystawy oraz do współudziału w szeroko rozumianym życiu kulturalnym
Poznania. Zapewne wielu z Was nie zgodzi się z niektórymi moimi komentarzami – tym lepiej.
Czemu wszakże, jeżeli nie stymulacji emocjonalnej i intelektualnej, ma służyć sztuka?
Wnętrza
Poznański Teatr Nowy intryguje nie pierwszy raz, tym
razem inscenizacją scenariusza Woody’ego Allena. Spektakl
ten nie jest błyskotliwą komedią typową dla nowojorskiego
mistrza ironii. W najlepszym razie jest on dość ponurym komediodramatem. Pierwowzór, czyli film z 1978 roku, został
zainspirowany życiem Ingmara Bergmana i stanowi niewątpliwie wysokiej klasy analizę psychologiczną ludzkich zachowań,
zdecydowanie godną polecenia, choć jej odbiór jest trudny.
Wróćmy jednak do wersji scenicznej, która siłą rzeczy
korzysta z innych środków wyrazu niż film. Niemniej, główne wątki fabularne pozostają niezmienione. Otóż „Wnętrza”
w reżyserii Pawła Miśkiewicza opiewają fragment życia rodziny, której nieformalną przywódczynią jest Eve – artystka,
architekt. Poznajemy ją w momencie, gdy Arthur, jej mąż,
zostawia ją dla kobiety-lekkoducha, Pearl. Sytuacja ta jest
pretekstem do licznych konfrontacji matki z trzema córkami,
z których każda mierzy się z własnymi demonami emocjonalnymi. Wątkiem drugoplanowym, a zarazem osobnym, równoległym spektaklem, jest oglądany przez protagonistów film
na motywach „Pana B.”, również dzieła Allena.
Z góry uprzedzam – „Wnętrza” nie są spektakularnym
festiwalem alegorii czy aluzji, jeżeli już, to raczej przeciwnie,
odzierają z jakichkolwiek złudzeń. Portret rodziny, której
członkowie nie mają ze sobą wiele wspólnego, wszyscy bowiem współzawodniczą, jednocześnie chorobliwie zabiegając
o uwagę i pochwałę, wydaje się, niestety, boleśnie bliski rzeczywistości. Kreacje aktorów (bardzo udane) tylko podkreślają wyobcowanie i zdezorientowanie jednostek.
Ciekawa jest tu wieloznaczność tytułu spektaklu: wskazuje zarówno na rewelacyjną, minimalistyczną scenografię,
oddającą obraz przestrzeni zamieszkiwanej przez bohaterów,
jak i rolę przedmiotów w ich życiu, które urastają do rangi zdecydowanie przekraczającej definicję sztuki użytkowej.
Stanowi także istotną wskazówkę interpretacyjną – każdy
z bohaterów stworzył sobie własny mikrokosmos, wnętrze,
w którym pielęgnuje własne ego, nie starając się wchodzić
w interakcje z innymi.
12
Wygórowane ambicje, uczuciowa rezerwa i skoncentrowanie na sobie – to podstawowe zarzuty kierowane do
członków przedstawionej rodziny. Ponadto spektakl zmusza
do stawiania sobie niewygodnych pytań. Jakie jest miejsce
jednostki w rodzinie? Jak czerpać radość z życia, tak by nie
zatracać siebie, ale równocześnie nie tłamsić bliskich nam
osób? I pytanie odwieczne: jaki właściwie jest sens tego nieustannego miotania się między emocjami?
Jeżeli któryś z powyższych wątków wzbudził Wasze zainteresowanie, zachęcam do obejrzenia filmu, a od nowego
sezonu, również odwiedzenia Teatru Nowego.
MP
Gazeta Studentów
KTO CZYTA, NIE BŁĄDZI
Trylogia husycka –
o historii nieco inaczej
Czy Wy też tak macie, że w związku z ukończeniem liceum i klasy biologiczno-chemicznej
nigdy specjalnie nie przykładaliście się do lekcji (m.in.) historii a teraz od czasu do czasu
brakuje Wam historycznego ogarnięcia czasu i przestrzeni? Jeśli tak, to dobrze – przynajmniej nie jestem sama z tym problemem. Dlaczego o to pytam? Dlatego, że książka a nawet
trzy książki, bo mam zamiar polecić Wam Drodzy Czytelnicy trylogię, której akcja w całości
rozgrywa się na przestrzeni XV wieku, dzięki czemu można czemu ów XV wiek można sobie
trochę przypomnieć i ułożyć te resztki wiedzy na jego temat w głowie.
„Narrenturm”, „Boży bojownicy”
i „Lux perpetua” to trzy kolejne części
tzw. trylogii husyckiej autorstwa Andrzeja Sapkowskiego – pisarza obracającego
się w klimatach fantastyki. Andrzej Sapkowski znany jest szczególnie jako autor
sagi o Wiedźminie. W związku z moim
wielkim zamiłowaniem do tego gatunku, chciałabym przekonać do tego typu
książek szczególnie te osoby, które nie
przepadają za literaturą niedostatecznie
mocno osadzoną w rzeczywistości. Jest
kilka powodów, dla których chciałabym
to zrobić.
Najważniejszym z nich będzie fakt
wydania dwóch pierwszych części trylogii w formie audiobooków. I to nie byle
jakich audiobooków! Nie są to bowiem
czytane monotonnym głosem lektora
nagrania, ale „megaprodukcja” Polskiego Radia i audioteki.pl zrealizowana
z całym bogactwem efektów dźwiękowych przy udziale ponad stu znanych
polskich aktorów. Zdecydowanie wolę
audiobooki od tradycyjnej książki,
głównie z tego względu, że tu nikt nie
ingeruje w treść, a ponadto podczas
przewracania stron książki i podążania
oczyma za tekstem, moja wyobraźnia
nie jest w stanie karmić mnie takimi
sugestywnymi odgłosami: bitew, bójek,
lasu o poranku, gospodarstw, chórami
męskimi, pieśniami wojennymi, tętentu
koni... Coś pięknego. I jakie to praktyczne. Nie trzeba już targać ze sobą „tomiszcza” (bo, nie ukrywajmy, jest to jednak pokaźne objętościowo dzieło), lecz
można słuchać audiobooka w czasie
Puls UM
jazdy tramwajem lub podczas biegania
czy jazdy na rowerze – co kto lubi.
Teraz trochę o treści. Jak wspomniałam wcześniej, akcja umiejscowiona jest u schyłku średniowiecza – XV
wiek, głównie na Śląsku i w okolicach.
Nie można traktować dzieła Sapkowskiego jako podręcznika do historii – to
wciąż tylko (lub aż) beletrystyka – ale
sytuacja gospodarczo-socjalno-polityczna jest w niej świetnie zobrazowana,
wraz z wszelkimi antypatiami między
poszczególnymi narodami. Całość jest
pewną symulacją tego, jak wyglądało życie w tych zamierzchłych czasach, łącznie z przekonująco stylizowanym językiem. Sapkowski oddaje także napięte
nastroje między warstwami społecznym. Powieść opowiada historię młodego medyka, zwanego Reynevanem,
który dostawszy się w zębatki historii,
próbuje – z różnym skutkiem – dać so-
bie radę. Owe zębatki to wybuchające
na tle religijnym wojny husyckie oraz
cały zamęt, jaki ze sobą przyniosły.
Jeśli chodzi o element fantastyczny
w trylogii, to nie da się ukryć, że jakaś
tam magia się zaplątała, ale jest jej jak
na lekarstwo, co według mnie na dobre wyszło całości. Owszem, główny
bohater para się subtelnymi sztukami
magicznymi, ale tylko w ostateczności,
a jego wróg numer jeden, poza tym, że
potrafi zmieniać swoją formę cielesną,
jest bardzo zwyczajnym okrutnikiem,
łotrem i mordercą. W książce można
też znaleźć sporo elementów z dawnych słowiańskich wierzeń i naszych
rodzimych mitów, które w niczym nie
ustępują tym greckim czy rzymskim,
a z jakiegoś powodu nie omawia się ich
jednak w szkole.
Kolejnym ogromnym atutem powieści jest język. Całość jest napisana
z rozmachem, ale bez patetyzmu; miejscami zabawna do łez, ale bez niepotrzebnego błazeństwa; pełna ciekawych
nawiązań do znanych nam faktów historycznych, miejscami stylizowana na
kronikarskie zapiski, gdzie indziej na
opowieści przy piwie. Kiedy już czytelnik poradzi sobie z olbrzymią ilością nazwisk, rodów panujących, nazw włości
i herbów, to trylogię po prostu „pochłonie”, tak przyjemnie jest ona napisana.
Bardzo, bardzo, bardzo, polecam
i sama z niecierpliwością czekam na
„Lux perpetua” w formie audiobooka.
Anna Płóciennik
13
ROZMAITOŚCI
Tajemnice starzenia
Patrzycie czasem w lustro? Niby wszystko pięknie, ładnie, sprężyście, ale jednak jakoś inaczej niż jeszcze tych kilka lat temu… Te delikatne linie w okolicach oczu to pewnie pozostałość po ostatniej nocy spędzonej nad książkami. Ciekawe też, dlaczego skóra wierzchu dłoni,
gdy się ją lekko uszczypnie, dużo wolniej wraca do swojego zwyczajnego położenia. No cóż,
na pewno przez te lateksowe rękawiczki…
Jest w tym wszystkim nutka refleksji, że może czas także
i nas nie omija, a ciężkie (oj, ciężkie…) życie studenta uczelni
medycznej, wypełnione stresem przy zaliczeniach, brakiem
czasu na ruch i zdrowe posiłki oraz innymi równie wyczerpującymi aspektami „studenckiego życia”, może pozostawiać
na nas swoje piętno już teraz. Dlatego trzeba zrobić dobry
wywiad i zawczasu poznać wroga.
netycznie uwarunkowane choroby „imitujące” przyspieszony
proces starzenia – progerie. Ostatnią, szeroko rozpowszechnioną teorią jest teoria wolnorodnikowa, według której wolne
rodniki indukują zmiany w makrocząsteczkach i doprowadzają do śmierci komórek. Należałoby wspomnieć też o teorii
skracania telomerów, która może wyjaśniać, dlaczego komórki
owcy Dolly były starsze niż ona sama.
Coraz dłuższe życie
Pierwszą dobrą wiadomością jest to, że żyjemy coraz dłużej, przez co okres młodości i pełni sił również się wydłuża.
Mądrzy ludzie zajmujący się historią stwierdzili, że 5 tysięcy
lat temu średnia długość życia wynosiła około… 20 lat! Na
początku XX wieku okres ten wydłużył się do 40 lat i obecnie wzrasta coraz szybciej, bo w 1996 roku mężczyźni żyli
już średnio 72, a kobiety – 79 lat. Nietrudno się domyślić, że
jest to efekt postępu medycyny i higieny – pozbyliśmy się niejednego czynnika eliminującego słabsze osobniki z populacji,
więc zwiększyło się prawdopodobieństwo przeżycia. Wiadomo jednak, że istnieje pewna granica wytrzymałości ludzkiego
organizmu, którą naukowcy szacują na około 122 lata. Potwierdził to przypadek Francuzki Jeanne Calment, która żyła
122 lata i 164 dni. Liczba przeżytych lat rośnie tak gwałtownie,
że już spodziewana długość życia dla naszych dzieci (dokładniej córek) wynosi około 100 lat. Ma to również swoje negatywne skutki – głównie socjoekonomiczne. Obecnie ponad
10% ludności na świecie ma powyżej 60 lat, a Europa jest pod
tym względem „najstarszym” kontynentem ze wszystkich. Nie
da się ukryć, że dla młodszych pokoleń jest to duży wysiłek.
Wolne rodniki – strach się bać?
Teoria mówiąca o ataku wolnych rodników to jedno z najpowszechniej akceptowanych wyjaśnień dla procesu starzenia.
Wolne rodniki to cząsteczki lub ich fragmenty z niesparowanym elektronem, gotowym do ataku na ważne biologicznie
związki – głównie DNA i białka. Ich uszkodzenia mają dla
komórki fatalne skutki. Aż trudno uwierzyć, że takie spustoszenie może siać tak łagodny i niezbędny do życia pierwiastek,
jakim jest tlen. Reaktywne formy tlenu mogą powstawać na
skutek działania zewnętrznych czynników fizycznych – promieniowania jonizującego, nadfioletowego i ultradźwięków,
ale również pod wpływem substancji pochodzących z zanieczyszczenia środowiska. Nie można jednak zrzucać całej winy
na te czynniki, bo nawet w chronionej komórce mitochondria
lekko „przeciekają”, uwalniając wolne rodniki. Cząsteczka tlenu może ulegać w nich czteroelektronowej redukcji, a energia
uwolniona podczas tego procesu wykorzystywana jest do syntezy ATP, co umożliwia komórce tlenowej życie. Jednak, jak to
czasem bywa,tak intratna reakcja jest okupiona poświęceniem.
Pewna liczba cząsteczek tlenu w procesie oddechowym ulega
redukcji jednoelektronowej, co skutkuje powstaniem anionorodnika ponadtlenkowego O2. Jest to najważniejsze źródło
rodników O2 w większości komórek tlenowych. Komórki
jednak nie pozostają bezbronne – wykształciły arsenał enzymów antyoksydacyjnych i gromadzą naturalne antyutleniacze – tokoferole, karotenoidy, witaminę C, glutation. Niestety
z czasem możliwości tych enzymów wyraźnie się zmniejszają
i uszkodzenia kumulują się coraz silniej, prowadząc do starzenia się organizmu. W tym miejscu pojawia się typowy dylemat
z serii: „co było pierwsze – jajko czy kura?”.Jest on trudny do
rozstrzygnięcia, bo nie wiadomo, czy osłabienie działania enzymów wynika już ze szkodliwości wolnych rodników, czy też
inny proces starzenia osłabia enzymy ochronne, wyzwalając
zmasowany atak wolnych rodników i przyspieszając tylko cały
proces. Jedyne, co możemy stwierdzić z całą pewnością, to
Dlaczego się starzejemy?
Istnieje kilka koncepcji próbujących wyjaśnić, dlaczego się
starzejemy. Jednak cały czas bezpośrednia odpowiedź nie jest
w zasięgu naszej ręki. Teoria stochastyczna zakłada, że w trakcie życia przypadkowe uszkodzenia DNA i białek kumulują
się, przez co organizm stopniowo opada z sił i pogarszają się
jego funkcje, aż do całkowitego ich ustania – śmierci. Teoria rozwojowa traktuje starzenie jako kolejny proces rozwoju
i dojrzewania organizmu związany ze zmianami w układzie
odpornościowym, hormonalnym i nerwowym. Jeszcze dalej
idzie teoria programowanego starzenia, obwiniająca zespół
odpowiedzialnych za ten proces genów, obniżających stopniowo aktywność życiową komórek. Za tą teorią przemawiają ge-
14
Gazeta Studentów
ROZMAITOŚCI
fakt, że uwalnianie wolnych rodników jest skorelowane ze starzeniem się, co jednak nie jest jednoznaczne z wywoływaniem
starzenia. Z drugiej strony, muszki owocowe z nadekspresją
genów chroniących przed wolnymi rodnikami żyją dłużej
niż ich koleżanki bez mutacji. Logicznym wydaje się więc, że
wzbogacanie diety w dodatkowe porcje naturalnych antyoksydantów
spowolni starzenie lub
zapobiegnie wielu
chorobom. Dlatego
trudno dziś, przechodząc sklepową
alejką, nie zwrócić
uwagi na produkty
krzyczące: „Hej, jestem bogaty w antyoksydanty!”. Trzeba
przyznać, że to sprytny chwyt marketingowy. Każdy przecież
chce pozostać młody
i zdrowy jak najdłużej
i nie będzie ryzykował beztroskiego życia bez ochrony
przed antyoksydantami. Zastanówmy się, czy nie za szybko daliśmy się pognać ze stadem…
Zanim wyciągniesz rękę po antyoksydanty…
Jak się okazuje, teoria ma też wiele słabych punktów. Nie wydaje się
na przykład, żeby wolne rodniki
były wytwarzane w komórkach
w ilościach toksycznych. Ponadto, niektóre reaktywne formy tlenu,
jak nadtlenek wodoru, są wykorzystywane przez
komórkę jako cząsteczki sygnałowe i bez problemu utrzymywane w ryzach. Co więcej, możemy żyć bez katalazy – głównego enzymu rozkładającego nadtlenek wodoru. Defekt genetyczny, polegający na braku tego enzymu, opisano w Japonii
w 1950 roku i nie skutkuje on niczym więcej niż infekcjami
zębów. Viviana Pérez i jej współpracownicy z University of
Texas Health Science Center w San Antonio obserwowali myszy z nadekspresją genów dysmutaz ponadtlenkowych, czyli
zwiększoną ochroną przed wolnymi rodnikami. Myszy faktycznie wykazywały większą odporność na stres oksydacyjny,
ale w przeciwieństwie do muszek owocowych, ich życie wcale
się nie wydłużyło.
Puls UM
Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności wydał
oświadczenie, że nie ma związku pomiędzy spożywaniem
produktów oznaczonych jako bogate w antyoksydanty (często
używa- nymi jako konserwanty) a jakimikolwiek
korzystnymi efektami w organizmie.
Może nie warto więc dodatkowo
płacić za „zwalczający wolne
rodniki” produkt, a za to
utrzymać swoje zwyczaje
żywieniowe w granicach
zdrowego rozsądku?
Tak naprawdę jedynym udowodnionym
sposobem na przedłużenie życia nie
jest jedzenie antyoksydantów, a jedzenie
wszystkiego mniej. Jak
do tej pory tylko deficyt kaloryczny okazał
się skutecznie przedłużać życie.
Dlaczego
komórki
owcy Dolly były „starsze” niż ona sama?
Nie ma chyba osoby,
która nie słyszałaby o sklonowanej owcy Dolly. Pomimo
że nie było to celem naukowców, jej przypadek podsunął nam
nowe wskazówki na temat starzenia.
I to tylko dlatego, że nie wszystko
poszło po myśli naukowców. Mianowicie Dolly jako młoda owca była
już… starą owcą. Dużo szybciej
dopadły ją choroby związane
z owczą starością – na przykład zapalenie stawów. Żeby dowiedzieć się, dlaczego tak się stało, naukowcy
musieli „zajrzeć” do komórek Dolly i sprawdzić,czym różnią
się one od komórek jej rówieśniczek. Okazało się, że komórki
sklonowanej owcy posiadały skrócone telomery – „końcówki” chromosomów, zabezpieczające materiał genetyczny przed
degradacją. Proces replikacji wiąże się z tym, że z każdym podziałem komórki następuje utrata małej części końcówki chromosomu. Nie da się go odbudować, bo enzymy replikacyjne
nie mają już na czym się „oprzeć”, by dorobić ostatni kawałek.
Dlatego też z wiekiem telomery stają się coraz krótsze, co nie
pozwala komórkom dzielić się w nieskończoność. Jądro komórkowe w pierwszej komórce, z której powstała Dolly, nie
15
ROZMAITOŚCI
pochodziło z połączenia materiału genetycznego komórki
jajowej i plemnika, lecz było wyjęte z komórki somatycznej
dorosłej już owcy, przez co jej telomery były już porządnie
skrócone. Dolly rozwinęła się, ale nie miała już tego życiowego
potencjału, co inne owce w jej wieku. Klonowanie jest jednak
bardzo skomplikowanym procesem i udowodniono, że w przypadku wielu innych zwierząt skracanie telomerów w nim nie
zachodzi, ponieważ w trakcie rozwoju ulegają one wydłużeniu
i klony są normalnymi, młodymi zwierzętami. Dlaczego więc
owca Dolly przedwcześnie się zestarzała – dokładnie nie wiadomo. Powiązanie telomerów z procesem starzenia stało się
jednak niezaprzeczalne. Co więcej, ich poznanie zwróciło nam
uwagę na jeszcze jeden fakt – starzenie się jest niezbędne! Wiele komórek nowotworowych ma tak aktywny enzym wydłużający telomery – telomerazę – że kolejne podziały nie robią im
żadnej szkody.
Czy starzenie się mamy w genach? Teoria taka istnieje, lecz zaprzecza jej choćby fakt, że starość występuje poza okresem zdolności reprodukcyjnej. Dlatego też hipotetyczne geny odpowiedzialne za włączenie programu starzenia nie mogą podlegać selekcji. Z drugiej strony,
geny, które mają pozytywny wpływ na przebieg rozwoju, a więc
podlegające selekcji, mogą na starość działać na jego niekorzyść. Jak jednak wytłumaczyć w tym kontekście występowanie
dziedzicznych chorób przyspieszających starzenie – progerii?
Naukowcy nie znaleźli jeszcze jednoznacznej odpowiedzi na to
pytanie. W chorobach tych występują liczne zmiany przypominające starzenie, jednak najczęściej są identyfikowane z mutacją
w pojedynczym genie (jak w zespole Wernera czy Hutchinsona-Gilforda). Czy geny te odpowiadają również za starzenie lub
spowolnienie tego procesu u ludzi – do końca nie wiadomo.
Obserwowane objawy komórkowe są podobne jak w zwykłym
starzeniu komórek: niestabilność genomu, skracanie się telomerów, zaburzona homeostaza komórek macierzystych.
Jak wykiwać wroga?
Niestety, starzenie jest procesem nieuniknionym i nie
do końca poznanym. Pierwsze zmarszczki pojawiają się już
w okolicach 25. roku życia, więc najwyższy czas zastanowić
się, jak można „zatrzymać młodość” (nie polecamy tylko metody „na wiecznego studenta”). Na starzenie się nie ma też
leku, chociaż pewną karierę w tym względzie robi ostatnio
metformina oraz hormony takie jak melatonina czy testosteron. Z prostych, codziennych obserwacji, a także z badań naukowych wynika jednak, że styl życia warunkuje jego długość.
Po pierwsze, należy unikać smażenia i grillowania. Produkty
zaawansowanej glikacji (w skrócie AGE – przypadek?) powodują wyzwalanie wolnych rodników i prowadzą do przewlekłego lekkiego stanu zapalnego, który jest cechą starzejących
się organizmów. Pewnym sposobem na opóźnienie starzenia
może być też głodówka, która nie powinna być jednak prowadzona bez kontroli lekarza. Ruch to zdrowie – półgodzinny
spacer pięć razy w tygodniu może wydłużyć życie o siedem
lat! Równie istotne jest zapewnienie swojemu organizmowi
siedmiu godzin snu oraz unikanie stresu. Jednak chyba najbardziej zaskakującym, ale i najprzyjemniejszym zaleceniem
jest znalezienie dla siebie hobby. Japońscy naukowcy obserwowali związek między zdrowiem a rozwijaniem zainteresowań. Badanie wykazało, że wśród osób mających jakieś pasje
niższa jest nie tylko śmiertelność, ale i ryzyko chorób obłożnych. Posiadanie hobby obniża również ciśnienie, być może
przez to, że łagodzi napięcia, a co za tym idzie, chroni przed
szkodliwymi zachowaniami jak palenie czy picie. Nietrudno
też domyślić się, że zainteresowania aktywują mózg i sprzyjają
zawiązywaniu kontaktów z ludźmi – a te sprawiają, że czujemy
się szczęśliwsi, co pomaga w utrzymaniu zdrowia.
Marta Ptaszyk
Lepsze jutro dla farmacji
Można marudzić, narzekać i płakać, ale można również wziąć los w swoje ręce, chwycić byka
za rogi i walczyć. Jednak bitwa nie jest łatwa. Na pewno nie można walczyć w pojedynkę
tylko w grupie. Razem jesteśmy w stanie coś zmienić. Hasło „Solidarność”, tak wiele znaczące 30 lat temu, zabrzmiało równie dźwięcznie i wyraźnie w tym roku w Gdańsku. Może
to zbieg okoliczności, ale znowu rewolucja zaczyna się na Pomorzu. Miejmy nadzieję, że tak
jak jej poprzedniczka, zjednoczy cały kraj, a przede wszystkim środowisko farmaceutyczne
w Polsce.
Przyszli farmaceuci boją się o pracę, słyszymy lament
i narzekania starszych kolegów. Jednak głos z Gdańska rośnie w siłę. Nasze koleżanki – Anna Niżyńska, Katarzyna
Nowak i Justyna Pac – napisały w grudniu zeszłego roku
petycję do Ministra Zdrowia. Niestety wciąż pozostaje ona
16
bez odpowiedzi, a dotyczy spraw najbardziej naglących, jak
chociażby bezpieczeństwa pracy.
Pismo zawiera postulaty o konieczności regulacji prawnej zawodu farmaceuty i określeniu go jako zawodu medycznego. Narasta problem z zatrudnieniem dla absolwenGazeta Studentów
ROZMAITOŚCI
tów farmacji, związany z wadliwym
systemem kontroli aptek przez Inspektorat Farmaceutyczny, brakiem
specjalizacji dla farmaceutów oraz
wieloma innymi czynnikami, o których zmianę możemy i powinniśmy
walczyć.
Petycja była pierwszym dużym
i odważnym krokiem. Pod nią podpisało się kilkuset studentów farmacji
z całego kraju. O akcji było głośno
w mediach. Sytuacją zainteresowały
się nie tylko gazety farmaceutyczne
czy uniwersyteckie pisma, ale również
„Panorama” Programu Drugiego Telewizji Polskiej, w której pojawił się
reportaż o poruszeniu i jednoczeniu środowiska farmaceutycznego.
Jako studenci możemy liczyć również na wsparcie naszych Pedagogów. Dziekani wszystkich wydziałów farmaceutycznych w kraju podpisali się pod listem poparcia petycji studentów do Ministra Zdrowia. Na szczęście pedagodzy
otrzymali odpowiedź. My jeszcze nie, ale czekamy. Przez
ostatni kwartał szerzyliśmy wśród znajomych informację
o istniejącej sytuacji, mobilizowaliśmy ich do wspólnej walki
o naszą przyszłość.
W minionym miesiącu odbyła się konferencja, która była
podsumowaniem dotychczasowych wydarzeń. Zakończyła
się dyskusją na temat kolejnych pomysłów walki w słusznym celu – celu, którym jest dobro pacjenta, a zapewnić je
może jedynie profesjonalny personel farmaceutyczny.
W pierwszej części konferencji wysłuchaliśmy relacji z dotychczasowych zdarzeń, pomysłów na przyszłość
oraz rad ze strony Dziekana Wydziału Farmaceutycznego
w Gdańsku, Inspektora Farmaceutycznego, nauczycieli akademickich oraz przedstawicieli starszych kolegów.
W kolejnej części odbyła się dyskusja. Rozmowa ograniczyła się do właściwie jednego wątku, czyli do problemu,
który w obecnej sytuacji jest dla nas, przyszłych farmaceutów, bardzo ważny – mianowicie istnienie, zakres prac
i obowiązków techników farmaceutycznych.
Problem jest znany wszystkim: brak odpowiedzialności,
a właściwie pełna odpowiedzialność na barkach magistra
farmacji, który powinien być obecny podczas każdej zmiany
w aptece. Niezrozumiałe jest również, że kontrole inspektoratu nie wykrywają tych uchybień. Istnieją luki prawne, które
pomagają sprytnym właścicielom, niestety często nie-farmaceutom, „obejść przepisy”. Przypadki tego typu można by
wymieniać w nieskończoność, ale o tym, co jest nie tak, wie
prawie każdy z nas, kto się tylko tym interesuje.
Puls UM
Moim zdaniem ważnym, pozwolę sobie zaryzykować
– najważniejszym – wnioskiem płynącym z przeprowadzonej konferencji jest zdanie obecnego na sali młodego, bo
jedynie z dziesięcioletnim stażem, kierownika apteki. Co
istotne, jego zdanie poparli też inni prelegenci, m.in. Dziekan, prof. dr hab. Wiesław Sawicki. Apelowali oni wszyscy
zgodnie o solidarność – solidarność wśród nas, studentów,
przyszłych adeptów sztuki, którzy już teraz zauważają problemy. Nie chowamy głowy w piasek, ale próbujemy walczyć
i jednoczyć się. Ta współpraca jest naszym kluczem do sukcesu, tak mówią nasi starsi koledzy, którzy sami zauważyli,
ile jest zawiści i wzajemnej niechęci w ich szeregach. Każdy
z nas może to zmienić. Nie zaprzepaśćmy tej szansy, zróbmy
coś razem, walczmy solidarnie! Walczmy o dobro pacjenta, nie pozwólmy, aby absolwenci po ciężkich studiach byli
zastępowani przez nieprzeszkolony odpowiednio personel
medyczny. Nigdy nie zapominajmy o prestiżu tych studiów.
Noszenie na kitlu plakietki magistra farmacji powinno być
dla nas chlubą.
Problemów jest wiele, ale mamy potencjał – wykorzystajmy go i zmieńmy przyszłość. Zachęcam Was wszystkich,
nie tylko studentów farmacji, choć tych w szczególności:
śledźcie bieżące wydarzenia. Podstawowym źródłem wiedzy jest chociażby Facebook. Na stronie Młodej Farmacji
możecie znaleźć informacje o aktualnych zdarzeniach oraz
zaproszenia na konferencje, na których możecie zabrać
głos i pochwalić się swoim pomysłem na przeprowadzenie
zmian. Przede wszystkim możecie nauczyć się czegoś nowego. Zapraszam również na spotkania poznańskiego oddziału MF (poniedziałki, godz. 18:00 w Domu Studenckim
„Aspirynka”, pokój nr 1).
Proszę Was o rozpowszechnianie informacji o istniejącej sytuacji, o petycji, o naszej wspólnej walce. Wierzę, ze
sami też się przyłączycie. Mówmy o tym, niech nasz wspólny głos nie zginie!
17
OPOWIADANIE
Podróże małe i duże.
Podróży koniec czy początek?
Zdaje się, że już każdy z nas odczuwa zbliżający się koniec roku akademickiego. Egzaminy i kolokwia skutecznie
odbijają się na naszym zdrowiu, wiążą się z niedoborem
snu, a także z brakiem czasu na przyjemności i… podróże.
W ciągu ostatnich miesięcy raczyłam Was historiami wojaży
z serii raczej tych „małych”. Zdaję sobie sprawę, że nie były
to wyprawy na Gibraltar, Syberię czy Hawaje. Nie zdobyłam
szczytu Mount Everest, nie nurkowałam, oglądając rafę koralową. Jednak każda historia odcisnęła na mnie swoje piętno, tak jak dziś robią to wcześniej wspomniane egzaminy.
Na Facebooku niejednokrotnie czytałam wpisy znajomych
odnoszące się do jazdy naszymi polskimi kolejami. Nie
zdarzyło się, żeby były to opinie pochlebne. Ja odbieram
to inaczej – wracając do domu na weekend, nie wiesz, co
tym razem może Cię spotkać i jak kolej Cię zaskoczy. To
jest pierwszy czynnik, przemawiający do mnie za tym, że
pociągami jeździć warto. Drugi argument jest taki, że różnorodność ludzi, których możemy tam spotkać, sama w sobie sprawia, że podróż pociągiem nigdy nie będzie nudna.
„Małe” podróże też mają swój urok. Okazuje się bowiem,
że w ciągu dwóch dni można poznać wiele świetnych osób,
przeżyć mnóstwo cennych historii, za które nie zapłaci się
kartą MasterCard. Takie małe wyjazdy odrywają od rzeczywistości, budzą kreatywność i pomagają zapomnieć o sprawach typowo przyziemnych. Niewyspanie, głód czy zmęczenie absurdalnie sprawiają, że jest się wypoczętym.
Ostatnio opowiedziałam Wam historię w nieco osobliwej formie. Jeśli przebrnęliście przez tekst na „P”, to dzisiejsza historia powinna Wam wszystko rozjaśnić. Ta sama
historia opowiedziana innymi słowami, to wszystko. A było
to tak… (bo według P., każda dobra historia zaczyna się od
„a było to tak…”).
Był czerwiec. Pamiętam jak dziś, bo to „sezon chrabąszczowy”, a one lubią się zaplątać nie tylko we włosy, ale
i w pamięć. Poznałam go zupełnie przypadkiem na portalu
traktującym o podróżowaniu. Wymieniliśmy ze sobą kilka
wiadomości raczej w sposób naturalny, szczędząc sobie informacji typowo prywatnych. Okazało się, że oboje lubimy podróżować i historie te przelewać na papier. W jednej
z wiadomości napisałam mu, że kiedy przeczytam sto razy
to, co do mnie napisał, to zostaniemy przyjaciółmi. Zdawało mi się, że w jego przypadku trzeba było czytać między
wierszami. Jednego dnia rozmowa zeszła na tor „wsiąść do
pociągu byle jakiego”, z zastrzeżeniem, aby zrobić to DZIŚ.
Chcąc nie chcąc, umówiliśmy się przy Dworcu Głównym
w Poznaniu. Słońce powoli szykowało się do snu, a ja wręcz
18
przeciwnie – szykowałam się do braku snu. Moja współlokatorka – P. – zniechęcała mnie do tego za wszelką cenę,
przestrzegając: „To może być świr, może cię zabić”. Decyzję
podjęłam, było za późno na odwodzenie mnie od pomysłu podróży z nieznajomym. W drodze na dworzec standardowo skakałam po białych pasach przejścia dla pieszych,
zgrabnie omijając asfaltowe tło. Kiedy dotarłam na miejsce,
odczytałam SMS: „Może czekając na mnie, przeczytaj to
chociaż kilka razy, żeby mnie trochę poznać”. Odpowiedziałam bez zastanowienia: „Nie, podróż z nieznajomym brzmi
dużo ciekawiej”. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie
wiem nic o tym człowieku. Ile ma lat, czym się zajmuje poza
podróżowaniem? Niedługo po tym stanęliśmy przed sobą
twarzą w twarz. Przedstawił się jako P., stwierdziłam, że ma
okropne imię. Rzucił nieprzyzwoicie głupim żartem, który
najwidoczniej nie rozbawił ani mnie, ani jego samego. Zapowiadało się okropnie. W zasadzie przyznam się Wam, że
chciałam go spławić i uciekać czym prędzej, jednak chęć
przeżycia przygody zwyciężyła. Wybraliśmy pierwszy lepszy pociąg – padło na Wrocław. Przed podejściem do kasy
P. wyciągnął dłoń, w której trzymał jakieś drobne monety
i zapytał: „Wystarczy mi tyle?”. Już wtedy stwierdziłam, że
jest albo nienormalny, albo po prostu głupi. Oczywiście powiedziałam, że nie wystarczy.
– Założymy się? – rzucił z uśmiechem.
– Ok, o co?
– Hmm, o twoją prawą rękę – wypowiedział zdanie,
które totalnie zbiło mnie z tropu.
– No i co zrobisz z tą ręką?
– Jak to co? Utnę ci ją.
– No to zakład – zatwierdziliśmy uściskiem dłoni.
Po chwili podszedł do kasy i poprosił o bilet do Wrocławia. Na wyświetlaczu pojawiła się cena – 8 zł. Tkwiłam
w szoku, nerwowo przełykając ślinę.
– Ale, ale…? ALE JAK TO? – naprawdę nie dowierzałam temu, co właśnie się stało – mój bilet kosztował około
dwudziestu złotych.
– No wiesz, mam żółte papiery i zniżkę z tej okazji.
Wtedy ogarnęło mnie zupełne przerażenie. Nie wiedziałam, czy mam uciekać, krzyczeć, czy wzywać odpowiednie
służby, bo może koleś uciekł ze szpitala psychiatrycznego.
Powiedziałam więc: „Jeśli mi tego nie wyjaśnisz, to sobie
pójdę”. Wyjaśnił, a ja głupia wcześniej na to nie wpadłam –
ma zniżkę rodziny pracownika kolei. Wiecie, dopiero kilka
miesięcy później P. uzmysłowił mi, że wtedy, podczas zakładu, nie powiedziałam, co chcę, jeśli ja wygram…
Gazeta Studentów
OPOWIADANIE
Do pociągu mieliśmy jeszcze dłuższą chwilę. W związku z tym postanowiliśmy wybrać się do sklepu po coś
„mocniejszego”. Po wyjściu z monopolowego stwierdziłam, że przecież nie będę piła „z gwinta”. Nim zdążyłam
się obejrzeć, P. pociągnął mnie za rękę w stronę jakiejś bramy. Okazało się, że kiedy odebrałam telefon na boku, on
zaczepił młodego mężczyznę z zapytaniem o jakieś plastikowe kubeczki – gdzie można je o tej porze dostać, a musicie wiedzieć, że była już noc. Chłopak mieszkał w kamienicy naprzeciwko i stwierdził, że ma kilka w domu. Po
chwili zrzucił nam je z okna swojego mieszkania, prosząc
o wypicie za jego zdrowie. Byłam w szoku. Pierwszy kubeczek z gorzką zawartością został opróżniony na ławce
w przydworcowym parku. Później było już tylko gorzej.
Wracając na dworzec, P. zaczął przebiegać po białych pasach dokładnie tak, jak zwykłam to robić ja. Było całkiem
fajnie móc się z kimś ścigać, a nie skakać w pojedynkę,
zwracając uwagę przechodniów. Kiedy dotarliśmy na peron, osiągnęliśmy już odpowiedni stan umysłu. Zajęliśmy
miejsce w pustym przedziale, kontemplując rzeczy mniej
lub bardziej istotne. P. wskazał na półkę bagażową:
– Siedziałaś tam kiedyś?
– Nie…
– To zaraz usiądziesz.
Podniósł się z fotela i podjął się wspinaczki na górę.
Po chwili i ja próbowałam dostać się na półkę po mojej
Puls UM
stronie przedziału. Nic z tego. Jestem może płcią piękną,
ale niestety często słabą. Pomógł mi wejść na półkę po
swojej stronie i sporą część drogi spędziliśmy kilka „metrów od chodnika”. Na miejsce dotarliśmy chwilę przed
czwartą nad ranem. Ruszyliśmy w stronę centrum, a po
drodze wstąpiliśmy w jakieś podwórko obdrapanej kamienicy. Ujawnił się napis na murze: „zakaz spożywania
alkoholu”, z tym że w słowie „zakaz” przemalowano „z”
na „n”. W związku z tym posłusznie postąpiliśmy według
instrukcji.
– Piłaś tutaj kiedyś wódkę?
– Nie.
– To wypijesz.
Było kolorowo, dopóki
nie zjawił się tajemniczy gość
w postaci przebiegającego
szczura. Przestraszyłam się na
tyle, że dość mocno ścisnęłam
ramię P. Ruszyliśmy dalej. Na
Starym Rynku naprawdę mnie
zmogło, musiałam trochę pospać, a za poduszkę nie służyło mi nic innego jak kolana
P. Później spotkaliśmy jeszcze
kilku naćpanych panów, którzy
zaczepiali nawet pomniki czy
darzącą nas chyba zbyt intensywnym uczuciem parę pijanych, młodych ludzi. Generalnie nudno nie było. Około
ósmej rano byliśmy już z powrotem na dworcu we Wrocławiu. Tam, mimo wypitej chwilę
wcześniej kawy, znowu zasnęłam na „poduszce”, która stała
się niezwykle wygodna. Koło
południa byliśmy już w Poznaniu. Przywitała nas ulewa.
Zbiegaliśmy po schodach, finiszując skokiem prosto w kałużę. Zapytałam go, czy jeszcze się spotkamy. Odpowiedział: „Za pięć tysięcy lat”.
Cóż, od tamtego dnia minęło wiele miesięcy. To był
koniec czy początek podróży? Tak jak ten rok akademicki –
to nie koniec, a dopiero początek. Ja i P. już jakiś czas temu
zamieszkaliśmy razem. Stąd mój wniosek: niektóre „małe”
podróże mogą okazać się dla nas naprawdę „duże”.
W związku ze zbliżającymi się wakacjami – wszystkim
Wam życzę jak najwięcej takich „małych” podróży!
Włóczykij
19
Z PAMIĘTNIKA MŁODEJ ZIELARKI
Jak miód na moje... serce?
Słodki, pachnący, pyszny... Z pewnością nie brzmi to jak opis specyfiku wykorzystywanego w wielu przypadłościach. Nic bardziej mylnego. Wbrew powszechnej opinii nie każde
lekarstwo musi być gorzkie i niesmaczne – najlepszym dowodem popierającym tę tezę są
lecznicze właściwości miodu, wykorzystywanego od pokoleń jako pierwsza pomoc w różnych
dolegliwościach.
Apiterapia
Choć nasze mamy i babcie stosują miód często intuicyjnie i może wydawać się nam, że jest to kolejne „domowe”
lekarstwo, to zarówno miód jak i inne produkty pszczele zajmują ważne miejsce w terapii wielu schorzeń. Istnieje nawet
odrębna dziedzina zajmująca się tą problematyką – apiterapia, czyli leczenie chorób przy pomocy produktów pszczelich, takich jak miody i ziołomiody, pierzga, propolis, mleczko pszczele czy wosk.
Układ oddechowy
Leczenie schorzeń dróg oddechowych miodem jest jednym z najbardziej powszechnych zastosowań. Czy kiedy poczujemy lekkie drapanie, chrypkę czy ból gardła nie sięgamy
najczęściej po ten specyfik? I słusznie, gdyż zostało udowodnione, że miody skutecznie chronią i osłaniają drogi oddechowe. Zadowalające efekty uzyskuje się w terapii ostrych
i przewlekłych zapaleń migdałków podniebiennych, gardła,
zatok, krtani i tchawicy. Dobre wyniki odnotowuje się w terapii postępującego zaniku śluzówki górnych dróg oddechowych, w nieżycie więzadeł głosowych, tylnej ściany gardła
i w chrypce. Efektem jest ustąpienie suchości w gardle, właściwe nawilżenie śluzówek oraz zanik wydzieliny ropnej.
Ale to nie wszystko. Jeśli męczy nas kaszel, możemy
również śmiało sięgnąć po miód, ponieważ posiada on właściwości upłynniające śluz oskrzelowy – działa więc wykrztuśnie. Takie działanie umożliwia pomocniczą terapię ostrego
i przewlekłego zapalenia oskrzeli.
Choć każdy z miodów ma inne, własne walory smakowe i zapachowe to ważne jest jaki rodzaj miodu wybierzemy
do leczenia danego schorzenia. Przy przeziębieniu, grypie,
kaszlu i zapaleniu oskrzeli najkorzystniej jest stosować miód
lipowy lub spadziowy. Podczas bólu gardła – tymiankowy,
wrzosowy, nostrzykowy lub szałwiowy.
Układ krwionośny
Kto by pomyślał, prawda? Co innego przeziębienie
i chrypka, gdzie jesteśmy skłonni uwierzyć w lecznicze
działanie miodu, a co innego problemy z sercem i układem
krwionośnym. A jednak, również w tym zakresie udowodniono skuteczne działanie miodu. Jak to możliwe? Otóż
miód wpływa na zwiększenie diurezy, co jest związane
20
z zawartością cukrów – głównie glukozy i fruktozy – występujących w stężeniu około 70%. W jej wyniku następuje
rozszerzenie naczyń wieńcowych, spadek ciśnienia tętniczego i normalizacja rytmu serca. Prowadzi to do zwiększenia
siły i wydajności skurczu mięśnia sercowego. Dobre efekty
odnotowano u chorych na nadciśnienie tętnicze i chorobę
niedokrwienną serca. Wykazano, że systematyczne przyjmowanie miodu zmniejsza częstotliwość takich objawów jak ból
w klatce piersiowej, kołatanie serca i bezsenność.
Zaleca się przyjmowanie miodu na godzinę przed posiłkiem, po rozpuszczeniu go w szklance ciepłej wody. W schorzeniach układu sercowo naczyniowego dobowa dawka miodu wynosi od 3 do 6 łyżek stołowych.
W leczeniu choroby niedokrwiennej należy podawać
100-200 g miodu dziennie. Powinien być to miód lawendowy, melisowy lub walerianowy.
Inne zastosowania
Słodki specyfik jakim jest miód może ukoić nasze skołatane nerwy i okazać się lekiem na każde zło. Wykazuje
bowiem łagodne działanie uspokajające i nasenne, ponadto
minimalizuje skutki nadmiernego napięcia nerwowego.
Pszczeli produkt możemy stosować także wspomagająco w leczeniu miażdżycy. W tym przypadku powinniśmy
zdecydować się na miód gryczany lub rzepakowy. Jednak tutaj terapia powinna być prowadzona ostrożnie i pod kontrolą
lekarza – w miażdżycy istotna jest ilość spożywanych węglowodanów, w które miody przecież obfitują.
Przysmak Kubusia Puchatka reguluje czynności wydzielnicze oraz ruchowe żołądka i jelit. Okazuje się, że stosowanie
roztworów wodnych miodu wpływa korzystnie na odczyn
pH soku żołądkowego i stopniowo eliminuje takie dolegliwości jak: bóle żołądka, problemy trawienne, zgaga, nudności czy wzdęcia.
Korzystne działanie miodu może odczuć także nasza
wątroba. Jest to zasługa cukrów prostych, a zwłaszcza glukozy, która pełni ważną rolę w procesach odtruwania naszego
organizmu.
Według najnowszych doniesień, miód może wspomagać
organizm w walce z chorobami nowotworowymi – wykazano, że hamuje przerzuty komórek nowotworowych do tkanek.
Gazeta Studentów
PAMIĘTNIK PIELĘGNIARKI
Miód możemy stosować również zewnętrznie, na skórę. Jego składniki szybko przez nią przenikają, dzięki czemu
mogą ją odżywić i dotlenić. Przyspieszają także procesy regeneracyjne, oczyszczają ranę z chorej tkanki i ułatwiają ziarninowanie naskórka.
Nie każdy jest wielbicielem miodów. Dla niektórych jest
za słodki, ma nieodpowiedni smak i zapach. Często jest to
opinia wydana na podstawie jednej spróbowanej odmiany.
Gatunków jest bardzo dużo – wystarczy wymienić: wielo-
kwiatowy, rzepakowy, wrzosowy, gryczany, akacjowy, lipowy,
manuka, bławatkowy czy mniszkowy. I choć w poważniejszych schorzeniach nie bez znaczenia jest jego rodzaj to
podstawowe właściwości przejawiają się w każdym pszczelim produkcie. Teraz, kiedy znacie już tak wiele zastosowań
leczniczych tego słodkiego specyfiku, zachęcam do wypróbowania i znalezienia swojego ulubionego smaku.
Anita Pogorzelska
Pamiętnik z praktyk pielęgniarskich
26.03.
Oddział Kardiologii F serdecznie wita. Mimo że jest niezwykle mały, z ciasnymi salami pełnymi chorych, naprawdę
tętni życiem. Zrobić łóżka, potem nie zapomnieć o EKG no
i zmierzyć ciśnienie – cóż, ani chwili na wytchnienie. A to
nie koniec. Prawdziwe zamieszanie zaczyna się, kiedy w ruch
wchodzą łóżka, tzn., gdy trzeba pacjenta gdzieś zabrać lub
skądś przywieźć. Na Oddziale Kardiologii F to wielkie, iście
logistyczne zadanie, dlatego nieodzowna jest pomoc naszej
dzielnej oddziałowej. To dzięki niej ostały się tu jeszcze
wszystkie futryny. :)
27.03.
Jednak, żeby ktoś nie pomyślał, że studenci pielęgniarstwa tylko „jeżdżą łóżkami”, dziś parę słów o koronarografii. Tak, oprócz przyszłych lekarzy, także adepci pielęgniarstwa uczestniczą w tego rodzaju badaniach. Dzięki temu nie
tylko przyglądamy się działaniom lekarzy, ale też poznajemy
specyfikę pracy pielęgniarki-instrumentariuszki. To dzięki jej
pracy w rękach operującego nigdy nie brakuje fachowych
narzędzi. Swoją drogą, podziwiam panie instrumentariuszki
za ogrom ich wiedzy i stalowe nerwy. Być może ktoś z nas
pójdzie kiedyś w ich ślady i będzie pracować na bloku operacyjnym bądź właśnie w pracowni hemodynamiki.
08.04.
Dzisiejszego dnia, dzięki wspaniałomyślności jednej
z naszych koleżanek z grupy oraz życzliwości oddziałowej,
„zwiedziliśmy” Oddział Kardiochirurgii i Transplantologii.
Było to ciekawe przeżycie, tym bardziej, że mogliśmy zobaczyć specjalną salę ze śluzą, na której przebywają pacjenci
przygotowywani do przeszczepienia serca. To właśnie tutaj
dostają oni szansę na nowe życie! Szkoda tylko, że sala wraz
z całym sprzętem przez większą część roku stoi nieużywana.
Niestety, brak dawców nie pozwala na przeprowadzenie tutaj
więcej niż 3-4 przeszczepów w roku.
Puls UM
17.04.
W ramach dni przedsiębiorczości Oddział odwiedziła
dziś sympatyczna licealistka, by zobaczyć, jak wygląda (jej
wymarzona) praca w szpitalu. Urządziliśmy więc mały pokaz prawidłowego mierzenia ciśnienia i tętna. Poza tym, na
Kardiologii F zawsze dużo się dzieje, więc myślę, że koleżanka nie była zawiedziona i kiedyś, tak jak ja i moja grupa,
wybierze pielęgniarstwo. Bo przecież pielęgniarstwo to piękny i szlachetny zawód. Przynajmniej tak twierdzi większość
pacjentów, z którymi się spotykamy. Mówią do nas często:
„o znów przyszły moje aniołki” albo: „kochane duszyczki”.
Po takich słowach serce aż rośnie. :)
23.04.
Dzisiaj mogłam się przekonać, jak ogromne spustoszenie może w ludzkim organizmie powodować niewydolność
serca: duszność, wodobrzusze, narastające i dodatkowo już
przesiąkające obrzęki. Wtedy nawet przejście z łóżka na wózek staje się niemal nadludzkim wysiłkiem. Czasem tak jest,
że choćby się bardzo chciało, nie można pacjentowi już bardziej pomóc...
06.05.
Od paru dni jesteśmy na Oddziale Chirurgii Ogólnej
i Naczyń C. Dla mnie to najfajniejsze praktyki – opatrunki,
pobieranie krwi, mnóstwo czynności pielęgnacyjnych. Naprawdę jest się w czym wykazać i czego nauczyć. Niestety,
znów zbliża się deadline i więcej o chirurgii, a tym bardziej
o czerwcowej pediatrii nie będę mogła zamieścić. A z racji
zbliżającego się Dnia Pielęgniarek i Położnych pragnę życzyć
zarówno pracującym już w zawodzie, jak i tym dopiero się
uczącym: wszystkiego dobrego, samych pozytywnych chwil,
wyrozumiałych i życzliwych pacjentów oraz udanych wkłuć.
:)
Wioleta Kalet
21
FELIETON
Celebryci sieci
Niegdyś sława, pieniądze, szybkie samochody były domeną gwiazd telewizji i tak zwanych
„wyższych sfer”. Telewizyjne ekrany przyciągały miliony widzów, a osoby tam pojawiające się
traktowane były z ogromnym szacunkiem. Z biegiem lat ten stan nieco się zmienił. Gwiazdy
telewizji zamiast cieszyć się sławą są obiektem kpin na portalach plotkarskich, a ich życie
prywatne polega na uciekaniu przed paparazzi i dementowaniu coraz bardziej wydumanych
plotek. W telewizji brakuje ciekawych programów, a różnorodność kanałów zmusza największe stacje utrzymania widowni i „sprzedawania” ludziom treści wybitnie niskiej jakości ale
– niestety – cieszącej się ogromną popularnością.
Za spadkiem jakości programów telewizyjnych musi iść coś nowego, co wypełni
lukę, zapewni rozrywkę ludziom coraz częściej korzystająym z nowych technologii.
Na fali popularności Internetu rozrastały
różnego rodzaju się serwisy. Wśród nich był
YouTube, początkowo źródło głupawych filmów (zresztą nadal nim jest), dzisiaj serwis
nieco bardziej wyspecjalizowany, otwarty na
wartościowe treści i na ambitnych twórców,
których wspiera różnego rodzaju programami partnerskimi.
Siła Youtube jak i całego Internetu polega na możliwości wybrania treści, jaką chcemy oglądać, czytać czy bezmyślnie przeglądać. To już nie telewizja z programem, który
startował o dwudziestej i wtedy trzeba było
zasiąść przed TV. I chociaż widz ma dzisiaj
coraz więcej możliwości (może program
nagrać, przewijać, oglądać w wysokiej jakości HD1080p) to i tak telewizja coraz mniej
„kręci” i również ucieka do Internetu, gdzie
to właśnie widz może przejąć kontrolę nad
tym, co chce obejrzeć. Stąd rosnąca popularność serwisów typu tvnplayer.pl czy Ipla.tv.
Kim oni są?
Polskich Youtuber’ów można podzielić
na trzy grupy. Pierwszą stanowią gracze nagrywający filmy ze swoich osiągnięć w Minecrafcie, Ligue Of Legends czy Don’t Starve
oglądani przez innych internautów, głównie
w wieku szkolnym, choć nie tylko.
Towarzystwo jest dość mocno hermetyczne (bo ile można oglądać jak ktoś gra?)
ale, co dziwne, sam śledzę giganta tego „przemysłu” – Remigiusza Maciaszka (w serwisie
obecnego pod pseudonimem RockAlone2k)
obdarzonego świetnym, radiowym głosem,
22
Sprawdź kanały wymienione w tekście
skanując fotokody
smartfonem!
CeZik
Games Rock
Studia w USA
Życie w Dubaju
przyjaznym usposobieniem oraz cieszącego się ogromną społecznością śledzącą jego
poczynania. O dziwo, pod jego filmami mało
powszechnego w tym środowisku hejtu (tj.
negatywnych komentarzy, złośliwych uwag
itd.).
Koleją kategorią są vlogi – cykliczne filmy,
w których autor mówi coś o sobie, o miejscu
w którym mieszka, zainteresowaniach itd. Są
też programy naukowe, kulinarne oraz satyryczne. Znaleźć tu można wiele vlogów
o tematyce kosmetycznej i modowej. Damy
prawią 10 minut o kremie, ale ze względów
oczywistych raczej stronię od tego typu tyrad.
Polecić zaś mogę „Blog o życiu w Dubaju”
(wiele ciekawostek), „Studia w USA” (praktyczne informacje nt. życia i nauki w USA +
relacje z tamtejszych fastfoodów) oraz oraz
filmy ekipy z „Lekko Stronniczy”.
Ci ostatni to już prawdziwa marka. Codziennie o 18:00 można obejrzeć ich nowy
odcinek, poza tym mają swoją poranną audycję radiową dostępną w Internecie, urządzają akcje charytatywne, są bardzo aktywni
na portalach społecznościowych. Możliwe,
że kiedyś trafią do jakiejś rozgłośni albo do
telewizji, bo telewizja, mimo słabszej pozycji
wśród młodych ludzi, jest nadal miejscem
większej popularności niż ta, bądź co bądź,
wirtualna. Choć może kiedyś się to zmieni.
Ostatnią kategorią są profile wykonawców,
artystów. Kiedyś na YouTube kwitło piractwo.
Ktoś, kto miał gdzieś zgrany teledysk wrzucał
go do sieci i wszyscy mogli go słuchać – to
nie podobało się wytwórniom i na ich zlecenie dochodziło do masowych blokad filmów
i kont. Jednak była to walka z wiatrakami.
Teraz każdy szanujący się artysta lub/i wytwórnia mają swoje konta. Przed premierami
Gazeta Studentów
ROZMAITOŚCI
albumów pojawiają się tam single, a także filmy okołomuzyczne takie jak relacje z tras, wywiady, występy na żywo itd.
Wśród profili muzycznych pojawiają się zupełnie nowe głosy.
W Polsce pionierem był i jest CeZik, który zaczynał od śpiewania piosenek od tyłu, a teraz nagrywa własne kompozycje
opatrzone zabawnymi klipami.
Veni, vidi, vici 2.0
Dynamiczny rozwój dotyczy również innych serwisów.
Autorzy znanych kanałów na YouTube prowadzą ich aktywną promocję na Twitterze czy Facebooku. Im większa liczba
subskrybentów czy osób lubiących posty – tym większa po-
pularność i zapewne większe wpływy z reklam (bo YouTube
dzieli się zyskami).
Zapewne przychody uzyskane w ten sposób nie wystarczą na „szybkie samochody” ze wstępu, ale niewątpliwie dają
ogromną satysfakcję twórcom, bardzo często prezentującym
swoje życiowe pasje. Internet może stać się inspiracją również dla nas, bo tam każdy dysponujący kamerą (nawet tą
w telefonie), lekkim piórem czy ciętą ripostą może w szybkim tempie stać się „kimś”. Bez castingów, rekrutacji czy
znajomości.
Łukasz Brzyski
„Więcej energii, więcej motywacji...”
Rozmowa z Łucją Zielińską o tym, co można zyskać,
rozwijając swoją pasję.
Najdziwniejsze ćwiczenie akorskie, jakie przyszło Ci
wykonać?
Trudne pytanie. Pamiętam, jak kiedyś w pomieszczeniu,
w którym panował dwudziestoparostopniowy zaduch mieliśmy zagrać umierających na mrozie ludzi. To było ćwiczenie
na wyobraźnię, bo w takich skrajnie różnych warunkach nie
zostaje nic poza wyobraźnią . Kiedyś jeszcze musiałam zagrać
małpkę w zoo (śmiech), co wcale nie jest takie łatwe, bo nigdy
nie wiesz, co siedzi w głowie takiego zwierzęcia.
Teraz bardziej tendencyjne pytanie – kiedy to się zaczęło?
W moim liceum, w Szczecinie, w pierwszy dzień wiosny
nie mamy dnia wagarowicza, ale organizujemy wielki przegląd małych form teatralnych – każda klasa wystawia, albo
przynajmniej powinna zrobić, swoje przedstawienie. Współpracowaliśmy z teatrem współczesnym w Szczecinie, gdzie to
wszystko się odbywało i to był pierwszy raz, gdy zagrałam
na scenie.
Jako?
Jako „Myśl obojętna”. Była to sztuka o schizofreniku,
który nie bierze leków, całość napisana przez moją koleżankę
z klasy. Traktowałam to jako nowe, ciekawe doświadczenie,
ale to jeszcze nie było „to”. Rok później pojawił się projekt
„Teatr i szkoła”. Pod wpływem impulsu zapisałam się do tego
projektu. Trafiłam na świetnych ludzi. Po pół roku poznałam tak zakręconego reżysera, tak nie z tego świata, że trudno
to sobie wyobrazić. Dużo z nim rozmawialiśmy o emocjach,
o tym co nas denerwuje we współczesnym świecie, o tym,
o czym chcielibyśmy zrobić sztukę. I z koleżanką napisałyśmy
sztukę, którą wystawiłyśmy na przeglądzie małych form tePuls UM
atralnych. W trakcie premiery, gdy wyszłam na scenę i poczułam energię od ludzi, wtedy właśnie zdecydowałam, że teatr
jest dla mnie. Wszystko zależy od publiczności – wystarczy, że
do jednej osoby z tej drugiej strony trafia to, co mówisz i od
razu masz większą – nie wiem, jak to określić – motywację
do działania, do grania, wczuwasz się maksymalnie w to, co
mówisz w to, co przeżywasz na scenie. Drugi moment, kiedy
nakierowałam się, a właściwie nakierowano mnie na aktorstwo, miał miejsce na przeglądzie teatralnym, na którym co
prawda strasznie skrytykowano naszą sztukę, ale na którym
poznałam człowieka-bratnią duszę, z którym przegadałam
całą noc o życiu, sztuce, o wszystkim właściwie, i który na
koniec powiedział mi, że widział mój występ i uważa, że mam
talent, powinnam go rozwijać i pójść do szkoły aktorskiej.
Czyli jesteś w liceum, zbliża się matura, stajesz przed
tak naprawdę życiowym wyborem i zamiast aktorstwa
obecnie studiujesz farmację. Jak do tego doszło? Przyznam,
że trudno mi wyobrazić sobie dwa tak kompletnie różne
kierunki studiów.
Długo się zastanawiałam, co wybrać i jedyne, co wiedziałam, to to, że nigdy nie mogłabym grać w telewizji. Powód
– brak publiczności, która dodaje aktorowi energii. Wiem
też, że praca aktora teatralnego, którą szalenie trudno dostać,
nie wiąże się z dużymi zarobkami i wiem, że w takiej sytuacji
nie miałabym takiej przyjemności, jaką bym chciała. Dlatego
zdecydowałam się skończyć farmację i po studiach zająć się
teatrem alternatywnym, gdzie będę mogła sama interpretować własne teksty. Pod okiem reżysera aktor nie ma nigdy tyle
swobody. W tej chwili myślę o pójściu do studium aktorskiego
w Poznaniu na czwartym roku farmacji albo o skończeniu studiów farmaceutycznych i rozpoczęciu drugich – aktorskich.
23
ROZMAITOŚCI
Tak czy owak, wciąż wiążesz swoje plany z aktorstwem.
Tak, cały czas. Są chwile, gdy zastanawiam się, czy na
pewno podjęłam dobrą decyzję co do kierunku studiów.
Myślę o tym, gdy jest ciężko, gdy załamuję się, bo coś mi
nie wyszło, i wtedy wydaje mi się, że na aktorstwie byłabym
szczęśliwsza. Ale to na szczęście przemijające myśli. Zresztą,
farmację znam od dziecka. To tradycja rodzinna, chociaż nie
poszłam na farmację tylko ze względu na tradycję, po prostu sama widzę, że to zawód dla mnie. Możesz to nazwać
powołaniem. Pracuję czasem jako pomoc apteczna i widzę,
że ludzie do tej apteki wracają, chociażby po rozmowę. To
już nie jest tylko sprzedawanie w sklepie, ale miejsce, gdzie
naprawdę można człowiekowi pomóc.
Mówisz, że jest ciężko, trudno się nie zgodzić. Czy i jak
w takim razie znajdujesz czas na swoją pasję? Ile to pochłania?
Średnio znajduję ten czas. W tej chwili najczęściej wyszukuję w Internecie wiersze autorów, których lubię i interpretuję je na własny sposób – to w ramach odstresowania
się. Dopiero co zakończony projekt „Monologi waginy”,
w którym występowałam również był okazją, żeby się odciąć na chwilę chociaż od ogromu nauki, z którym w końcu
muszę się zmierzyć. Wciąż próbuję znaleźć czas, by przelać
na papier pomysły, które gdzieś tam w głowie mi się kłębią,
ale często po zajęciach jestem tak zestresowana i zmęczona
nauką, że po prostu nie mam na to siły.
Czy uważasz, że na UMP jest tak ciężko, że uniemożliwia to rozwijanie swoich pasji? Wiadomo, że jest ciężej niż
na innych uczelniach, ale czy osoby twierdzące, że nie mają
żadnych zainteresowań, nie rozwijają ich, bo nie mają na to
czasu, są rzeczywiście usprawiedliwione?
Nie. Ja na przykład dodatkowo działam jeszcze w Samorządzie Studenckim, a to pochłania naprawdę sporo energii.
Ale mimo że jest ciężko, zawsze znajduję chwilę dla siebie.
Moim zdaniem, gdy ktoś mówi, że nie ma czasu na swoją
pasję – co może brzmieć jak hipokryzja w moich ustach – to
jest bardzo smutne. To oznacza, że taki ktoś jest po prostu
zamknięty w murach edukacji i Uczelni. Są ludzie, których
pasją jest nauka i to też jest świetne, ale zdecydowana większość nie czerpie z tego żadnej przyjemności. Znam ludzi,
którzy organizują mnóstwo wyjazdów, jeżdżą autostopem po
Europie i znajdują na to (jakimś cudem) czas. Oczywiście,
wiąże się to z pewnym ryzykiem i zawsze trzeba mieć świadomość, że taki wypad trzeba będzie nadrobić – to może
stanowić problem, ale jak bardzo się chce, to podejmuje się
to ryzyko.
24
A w drugą stronę, czy aktorstwo pomaga Ci w studiach? Czy to procentuje w zwykłym studenckim życiu?
Teraz, gdy byłam zaangażowana w realizację „Monologów waginy”, miałam o niebo więcej energii na wszystko,
w tym na naukę. Więcej energii, więcej motywacji, byłam
bardziej odporna na stres i negatywne emocje, które towarzyszą mi w trakcie studiów. To na pewno pomaga w codziennym życiu.
Wspominasz o „Monologach waginy”. Czy mogłabyś
trochę więcej powiedzieć na temat tego projektu?
Rok temu grałam jakąś małą rolę w „Monologach”, było
to ciekawe, ale aktorsko nie miałam za bardzo okazji się spełnić. Natomiast w tym roku dostałam mail z zapytaniem, czy
chciałabym zagrać w „Monologach”, i że mogę sobie wybrać postać, w jaką ewentualnie chciałabym się wcielić. Co
prawda ta najciekawsza była już zajęta, ale zagrałam kobietę,
która wyszła ze schroniska dla osób, które w dzieciństwie
były gwałcone. Miałam straszne ciarki, czytając ten tekst,
tyle emocji w jednym miejscu. W trakcie spektaklu popłakałam się – tak bardzo wciągnęła mnie ta rola. Postać, którą
odgrywałam, początkowo przywołuje swoje wspomnienia
z piątego, szóstego roku życia, by potem, w ramach sporego
przeskoku, stać się kolejno trzynastoletnią i szesnastoletnią
dziewczyną, która poznaje swoją przyszłą partnerkę. Ta pokazuje, że świat seksu nie jest tak obrzydliwy i okropny, jak
głównej bohaterce się dotychczas wydawało, uczy, że można
z niego czerpać radość, pomaga w odkrywaniu swojej seksualności. To wszystko musiałam pokazać na scenie – było to
wymagające i trudne, ale publiczność dodawała mi sił. Byłam
wtedy bardzo szczęśliwa.
Jesteś bardzo aktywną studentką. Mówiłaś wcześniej
o pracy w Samorządzie – czym się tam zajmujesz?
Działam w RUSS-ie właściwie od początku studiów.
Obecnie jestem przewodniczącą Komisji Kultury i zajmuję
się organizacją praktycznie wszystkich imprez uczelnianych.
Doktor Miś, Medykalia, Podkoziołek, Otrzęsiny, a teraz Juwenalia – to wszystko wymaga czasu, cierpliwości, przede
wszystkim umiejętności okiełznania innych organizatorów
(śmiech). Poza tym, działa u nas dużo kobiet, czasem się
śmieję, że za dużo, bo to rodzi niepotrzebne konflikty. Ale
wszyscy jesteśmy tylko ludźmi.
Podsumowując – da się?
Zdecydowanie da.
Rozmawiała Anna Płóciennik
Gazeta Studentów
ROZMAITOŚCI
Medycyna. Średniowiecze. Film.
Cześć, mam na imię Mateusz. Mam 23 lata i jestem na trzecim roku kierunku lekarskiego.
Przez rok studiowałem farmację. Chciałbym opowiedzieć Wam o moim projekcie w ramach
programu Stypendium z Wyboru, zainteresować Was nim i przede wszystkim zachęcić do
oddania głosu na moją aplikację.
Czym jest Stypendium z Wyboru?
Jest to dość niezwykły konkurs stypendialny. Po pierwsze
dlatego, że przy składaniu zgłoszeń Fundacji nie interesuje
średnia ocen, dyplomy z konkursów, opinia od opiekunów,
medale, status materialny, pobierane już stypendia. Drugą
ważną rzeczą jest fakt, że sama aplikacja nie jest oceniana,
nie rozważa się jej pod względem artystycznym, merytorycznym, finansowym. Komisja ma tylko stwierdzić zgodność
formy zgłoszenia z regulaminem. Po trzecie, zwycięzców jest
kilkunastu, nie zaś jeden, jak w większości podobnych programów. Adresatami są studenci i absolwenci, którzy mogą
ubiegać się maksymalnie o 5000 złotych, które przeznaczą
na cel związany z ich studiami i przyszłą karierą zawodową
np. aparat, instrument, opłacenie czesnego, bilet lotniczy –
wszystko, co pomaga w rozwoju. Wybór zwycięzcy odbywa
się poprzez głosowanie na portalu Facebook.com. Pula pieniędzy zostaje rozdzielona wśród osób z największą liczbą
głosów. Dzięki temu widzę sporą szansę na wygraną, pod
warunkiem jednak, że Wy mi w tym pomożecie. :)
Nie tylko średniowiecze i poradniki
Fabularyzowane dokumenty o dawnej medycynie i poradniki z zakresu psychologii to mój główny cel. Nie muszę jednak i nie zamierzam się do nich ograniczać. Sprzęt
do wideofilmowania znajdzie zastosowanie w wielu innych
dziedzinach studenckiego i uczelnianego życia, m.in. w filmach promujących Uniwersytet, starania katedr o międzynarodowe granty oraz osiągnięcia w zakresie innowacyjnych
metod leczenia. W dodatku pojawia się szansa na zaistnienie
z profesjonalnymi produkcjami na wspomnianym w prezentacji MedTube.com (filmy z operacji, rozmowy z lekarzami,
komentarze do zmian w prawie). Co powiedzielibyście na
wywiady znane z „Puls UM”, ale w filmowej wersji? Kolejna możliwość to włączanie się w wydarzenia stowarzyszeń
takich jak IFMSA czy ISPE; relacje z dni otwartych, z konferencji, filmiki wpierające akcje promocji zdrowia. W przekonaniu o słuszności mojego pomysłu utwierdza mnie fakt,
że Katedra Patomorfologii Klinicznej zamierza reaktywować
wideorejestrację sekcji, a Zakład Dydaktyki Anestezjologii
i Intensywnej Terapii rozważa odświeżenie i nagranie nowych
filmików instruktażowych. Coraz więcej osób widzi potrzebę
wyjścia poza standard prezentacji PowerPoint i silniejszego
wdrażania metod e-learningu.
Puls UM
Studenci studentom
Dzisiaj daję Wam szansę, by swoimi głosami wspomóc
mój projekt i odmienić Uczelnię. Jednocześnie oferuję coś
w zamian. Bardzo chętnie widziałbym Wasz udział w moich przedsięwzięciach – ba, bez Waszego wkładu marnie
widzę ich powodzenie. Jeśli macie choć małe zacięcie dydaktyczne lub chcecie się sprawdzić w roli prezentera, aktora,
dziennikarza – zapraszam, dla każdego znajdzie się miejsce.
Współpraca przy tworzeniu poradników, instruktarzy, miniwykładów o tematyce medycznej może kiedyś zaowocować
w postaci zdobytego doświadczenia i zwiększenia swoich
szans w walce o wymarzone stanowisko. Możliwe, że niektórzy zamierzają starać się o stypendia, dofinansowania na projekty naukowe i potrzebują dobrego filmiku promocyjnego
dokumentującego pracę.
Na działaniach stricte edukacyjnych możliwości się nie
kończą. Możemy stworzyć videoblog o życiu w akademikach, zapowiedź otrzęsin w formie krótkiego clipu, nowocześnie zrealizowane filmiki z połowinek, absolutoriów,
uczelnianych imprez andrzejkowych albo spot zachęcający
do oderwania się od nauki na korzyść sportu. Do Rajdów
Jagodowych przekonywać nie trzeba, ale czy nie chętniej
wzięlibyśmy udział w przygotowaniach do juwenaliowego
pochodu, oglądając dobre filmowe zaproszenie? Mój projekt
to szansa na propagowanie informacji o działalności studentów – chóru, kół naukowych, aktualnych meczów uczelnianych reprezentacji, ich osiągnięć itp. W końcu wisienką na
torcie możliwości jest Lip dub czy inne aktualnie popularne
przejawy pomysłowości, jak np. Harlem Shake. Od początku
projekt angażował spore grono moich znajomych. Jeśli uda
mi się wygrać, nie chciałbym na tej grupie poprzestać, lecz
zwerbować do wspólnej pracy oraz zabawy jeszcze więcej
studentów z naszej Uczelni. Bardzo proszę, trzymajcie mocno kciuki i zachęcajcie innych do głosowania!
Jak zagłosować:
1. Wejdź na: www.stypendiumzwyboru.absolvent.pl
2. Wyszukaj: Gąsiorowski lub medycyna
3. Kliknij zielony przycisk „ODDAJ GŁOS”
4. Zaloguj się przez konto z Facebook.com
5. Zrobione!
Mateusz Gąsiorowski
25
ENGLISH TWIST
Dlaczego Brytyjczyków nie bolały zęby?
Yes, as strange and impossible as it seems, it’s true.
We tend to imagine how difficult it was to treat dental
patients having no or very limited range of methods, let alone anaesthetics, at those remote times. Not surprisingly, quite
few of us dream of being such a dental patient of those ages,
visualizing excruciating pain such treatment would involve.
It was all not the way we think.
The most prominent
feature of all teeth in Britain before the seventeeth
century was severe attrition. It was so extensive
that most enamel could
be worn by the age of 40.
As the teeth were becoming
shorter by this wear, a natural phenomenon of supereruption set in, which was
meant to compensate for
lost tooth structure. The
teeth were growing, moving coronally through the
alveolar bone. As a result,
they lost much attachment
and became mobile.
What about tooth extraction? It was a simple matter because of this mobility or patients could pluck the teeth out
by themselves. Sometimes root furcation could also be exposed and a dentist (or rather „a tooth drawer“) could insert an
instrument into it and draw a tooth out easily and without
much pain!
Abscesses? Not a problem. Today they cause much
suffering as they are enclosed around the tooth apex in the
bone. Before, pus would find an easy path out and drain outside from below the tooth.
Caries? Rare. Due to occlusal attrition the fissures on the
working tooth surfaces would be ground completely thus
eliminating much occlusal caries. Interproximal attrition and
constant wear of contact points prevented food impaction
and thus interproximal caries was a rarity, too.
As you can see, the Medieval Brits were happy people.
Until the age of 40. Then they would lose their teeth altogether as they would fall out .
Based on: N.W.Kerr, „Dental pain and suffering prior
to the advent of modern dentistry“, British Dental Journal,
vol.184, No 8, 1998
Joanna Majzner,
Sylwia Wisniewska-Leśków,
SJO UMP
NOWA EDYCJA KURSÓW JĘZYKOWYCH ORGANIZOWANYCH
PRZEZ STUDIUM JĘZYKÓW OBCYCH UMP
– dla pracowników dydaktycznych i pracowników szpitali klinicznych,
– dla pracowników administracji,
– dla studentów
– grupy 12-osobowe,
– grupy 2- lub 4-osobowe,
– zajęcia indywidualne,
– tematyka dostosowana do potrzeb uczestników,
– General English,
– Cambridge ESOL,
– IELTS,
– elastyczne godziny spotkań,
– możliwość rozpoczęcia kursów od połowy września 2013 roku.
Wszystkie zainteresowane osoby prosimy o kontakt:
PRACOWNICY: [email protected]
STUDENCI: [email protected]; [email protected]
26
Gazeta Studentów
ENGLISH TWIST
Nieznajomość angielskiego szkodzi. Również tym, którzy chcą się nim komunikować na
piśmie. Ku przestrodze prezentujemy nonsensowne napisy zaobserwowane w różnych stronach świata, które rozśmieszają zamiast informować. Umielibyście je poprawić?
1. Napis w pewnym barze w Norwegii:
LADIES ARE REQUESTED NOT TO HAVE
CHILDREN AT THE BAR
czyli
PANIE SĄ PROSZONE ABY NIE RODZIĆ DZIECI PRZY BARZE
2. Napis w recepcji hotelowej w Paryżu:
PLEASE LEAVE YOUR VALUES AT THE FRONT
DESK
czyli
PROSZE POZOSTAWIĆ OSOBISTE PRZEKONANIA I WARTOSCI MORALNE W RECEPCJI
3. Napis w taksówce w Tokio:
PLEASE FASTEN SEATBELT TO PREPARE FOR
CRASH
czyli
PROSZE ZAPIĄĆ PASY ŻEBY PRZYGOTOWAĆ
SIĘ NA KRAKSĘ
WORDBANK
let alone anaesthetics – nie mówiąc o środkach znieczulających
remote – odległy
excruciating pain – rozdzierający ból
attrition – starcie
to wear-wore-worn – nosić; zetrzeć
phenomenon – zjawisko
supereruption – nadmierne wyrzynanie się zębów (jak
w objawie Godona)
to set in – umiejscowić się, rozpoczynać się, wdać się
to pluck out – wyrwać
furcation – rozgałęzienie korzeni
pus – ropa
to grind-ground-ground – mielić
food impaction – wklinowanie się jedzenia
thus – tak, w ten sposób
rarity – rzadkość
Puls UM
4. Napis na drzwiach sali wykładowej jednej z wyższych uczelni poznańskich:
THE BRINGING FOOD OR DRINKS INTO THE
LECTURE AND SEMINAR ROOMS IS PROHIBITED
czyli
WNOSZENIE JEDZENIE LUB NAPOJE DO SAL
WYKŁADOWYCH I SEMINARYJNYCH JEST ZABRONIONE
5. Napis na kasie w pewnej stacji benzynowej:
SORRY WE CANNOT CHANGE
czyli
PRZEPRASZAMY ALE SIĘ NIE ZMIENIMY
6. Napis w toalecie restauracji w Katowicach:
EMPLOYEES MUST WASH YOUR HANDS AFTER
EACH USE
czyli
PRACOWNICY MUSZĄ UMYĆ CI RĘCE PO KAŻDORAZOWYM UŻYCIU
7. Napis na straganie owocowo-warzywnym w
Egipcie:
RAPE TOMATOES
czyli
ZGWAŁCONE POMIDORY
8. Zasłyszane w sklepie osiedlowym w Polsce:
Jakiej firmy jest ta herbata?
Jest to herbata firmy „tea“
Co to jest za soczek?
To jest soczek „juicowy“
9. Z menu jednej z poznańskich restauracji:
CERVICAL CANCER
czyli
RAK SZYJKI MACICY, a nie szyjki rakowe
27
STUDIA OD KUCHNI
Angielski na skróty
Time is money, so a text code has been invented for mobile and e-mail massages to speed up communication. Can you decipher these texts as they would appear on your mobile?
HRU? I HD GR8 TIME YSTDY LUVU HAND
H&K 2U & TOM
WRU? URL8 4 MY BRTHDY
PLS W8 4 ME TMRRW AT 5 THNQ
SOL SPRING WL COME
PLS TXTME THX
Key:
1.
2.
3.
4.
5.
6.
How are you? I had a great time yesterday, love you, have a nice day
Hugs and kisses for you and Tom
Where are you? You are late for my birthday
Please wait fot me tomorrow at 5, thank you
Sooner or later spring will come
Please text me, thanks
1.
2.
3.
4.
5.
6.
Na straganie
Wraz z nadejściem ciepłych dni zielono robi się nie tylko w ogródkach i na łąkach, ale też w drewnianych
budkach w środku miasta. Od wczesnych godzin rannych straganiarze otwierają swe kramiki, starannie
układają towar, by przyciągnąć uwagę spragnionych witamin przechodniów. Naprawdę trudno nie skusić
się na świeże warzywa i owoce, które wprost uśmiechają się do nas z poznańskich targów i bazarów.
Przepisów na sałatki, warzywne
zupy, owocowe desery i tym podobne
jest całe mnóstwo. Niektóre produkty
pojawiają się na straganach tylko na
krótki okres, więc trzeba się spieszyć,
by nie przegapić momentu ich obrodzenia. Chciałabym przedstawić dwa
takie, powszechnie uwielbiane, owocowo-warzywne specjały, które mimo
że są pyszne bez żadnych dodatków,
warto wypróbować także w innych odsłonach.
Knedle z truskawkami
Ziemniaki ugotować i po wystudzeniu zagnieść razem z serem (najlepiej użyć praski do ziemniaków, ale
widelec też zda egzamin). Dodać mąkę,
jajko, sól i zagnieść ciasto. Na podsypanej mąką płaskiej powierzchni utoczyć
z ciasta wałek i kroić na równe części.
Następnie rozpłaszczać delikatnie ręką,
poukładać na nim umyte, wysuszone
28
Szparagi zapiekane z szynką
i z serem
500 g ziemniaków
250 g białego sera
1 jajko
200 g mąki pszennej
30 g mąki ziemniaczanej
szczypta soli
truskawki – tyle, ile knedli
truskawki (najlepiej wybierać te niewielkie) i uformować kulkę. Knedle
wrzucić do wrzącej, posolonej wody
i gotować ok. 5 minut od momentu wypłynięcia. Tradycyjnie polewa się je roztopionym masłem z bułka tartą i posypuje cukrem, ale równie są pyszne bez
żadnych dodatków.
Jeśli uda wam się ocalić kilka szparagów przed natychmiastowym zjedzeniem zaraz po ugotowaniu, polecam
przygotować smaczną, prostą, ale jednocześnie efektowną przekąskę. Do jej
przygotowania nadają się zarówno te
białe, jak i zielone odmiany. Po umyciu
i obraniu, co bywa dość pracochłonnym
zajęciem, wrzucić szparagi do wrzątku
z odrobiną soli oraz cukru i gotować
aż będą miękkie, ale nie rozlatujące się.
Ostudzone zawijać w plaster żółtego
sera i następnie w plaster szynki konserwowej, układać na folii aluminiowej
na blasze i wkładać do nagrzanego do
180°C piekarnika na ok. 5-10 minut, aż
ser się roztopi. Pysznie komponują się
podane z pomidorem i szczypiorkiem.
Weronika Genderka
Gazeta Studentów
POGOTOWIE MUZYCZNE
POGOTOWIE MUZYCZNE
Na maj mam dla was coś ciekawego, coś świeżego. Drugą
płytę formacji Kim Nowak. Krążek „Wilk” – można powiedzieć, że jest jeszcze ciepły – wydany w listopadzie ubiegłego
roku. Ale na początek parę słów na temat samego zespołu.
Bracia Waglewscy (Fisz i Emade) znani są nie tylko z samego faktu bycia „znanymi”. Jak wszyscy dobrze wiedzą, są
synami genialnego muzyka Wojciecha Waglewskiego. Może
to i dobrze, bo z nim również stworzyli kilka naprawdę ciekawych projektów artystycznych. Na pewno jednak koneksje
rodzinne nie wpływają na ocenę ich kreatywności i talentu.
Skupmy się na historii i twórczości Kim Nowak. Zespół
powstał w 2008 roku. Do duetu braci dołączył gitarzysta
Michał Sobolewski, który nadaje kompozycjom coś w rodzaju czaru, dzięki czemu nie sposób się od nich oderwać.
Brzmienia są świdrujące, niepokojące, często wręcz brudne.
Celem zespołu jest uniknięcie efektu wypolerowanych w studio kompozycji, które byłyby w ich ocenie mocno spaczone
i nieprawdziwe. Gatunek? Cóż, najogólniej rzecz ujmując
to rock, może hard, może nie. Każdy może to sam ocenić,
jeżeli ma taką potrzebę. Pierwszy krążek pod zaskakującym
tytułem „Kim Nowak” ma zdecydowanie inny charakter niż
wydana ostatnio płyta. Jest bardziej krzykliwy, czasem agresywny. Na pewno to jednak ciekawy, mocny debiut.
Do rzeczy. Płyta „Wilk” zwraca uwagę niesamowitym klimatem krążącym gdzieś między melancholijną przeszłością
a elektryzującą przyszłością. Ten nastrój muzycznie poszukuje harmonii. Wiele osób widzi w nim inspirację, na przykład
w fascynacji Michała Sobolewskiego muzyką gitarową lat 60.
XX wieku. Fakt ten nie ma jednak wpływu na ostateczne
brzmienie płyty. Jej aura może nasunąć niektórym z odbiorców nieco skojarzeń z atmosferą filmów Davida Lyncha czy
Quentina Tarantino. W mojej ocenie dodaje to tylko pikanterii całemu brzmieniu. Kolejną rzeczą mocno oddziałującą na
słuchacza są słowa. W swojej prostocie przekazują różnorodne treści, w których każdy może znaleźć coś dla siebie. Autorem wszystkich tekstów jest Fisz, znany ze swojego talentu
krasomówczego, którego nie można podważyć.
Podsumowując – po co szukać daleko dobrych brzmień,
kiedy mamy je na własnym podwórku? Doceńmy urodzaj
polskiej sceny muzycznej, której dzieci mnożą się w bardzo
dobrym tempie. Kim Nowak jako jeden z owoców jest zdecydowanie godnym przedstawicielem naszego kraju. Warto
zapoznać się z twórczością zespołu. Nawet tylko po to, żeby
skrytykować. 8/10.
JK
W tym numerze przygotowaliśmy dla Was 7 podwójnych zaproszeń do kina „Muza” na dowolnie wybrany seans.
Aby otrzymać wejściówki, należy poprawnie rozwiązać poniższą krzyżówkę i przesłać rozwiązanie na adres mailowy:
[email protected] do 30.06.2013 roku w tytule maila wpisując KONKURS FILMOWY.
2
Pionowo
1. W kinach właśnie prezentowana jest szósta część tego filmu
2.
Film z 1999 roku z Brendanem Fraserem w roli głownej
3.
Zdobywczyni Oscara w 1996 roku za rolę drugoplanową
4
1
4
Poziomo
1.
Islandzki zespół grający znany z piosenki „Marmolade fires”
2. Aktorka, modelka i żona Nicolasa Sarkozy’ego
3.
Drugi człon filmu z Markiem Kondratem w roli głównej
1
Puls UM
2
1
2
2
3
3
3
3
4
1
4
29
KINO MUZA
30
Gazeta Studentów
KĄCIK FILMOWY
Żyli długo i szczęśliwie – „Amour”
Czymże by było kino bez filmów o miłości? Wystarczy spojrzeć na repertuary kin – większość
tytułów należy do produkcji, które hurtem można wsadzić do worka z napisem love story.
On i ona poznają się, dochodzi do zauroczenia które rozwija się po pewnym czasie w miłość
między dwojgiem ludzi. Dochodzi do sakramentalnego „tak” i po chwili na ekranie pojawiają
się napisy końcowe na tle romantycznej muzyki. I żyli długo i szczęśliwie, chciałoby się rzec.
Lecz co dalej? Miłość nie gaśnie razem ze światłami w kinie. Jak dokładnie wygląda niedopowiedziane zakończenie miłosnej historii?
Anna i Georges są małżeństwem, które czas zdążył już
oprószyć srebrem. Chadzają na recitale muzyczne, rozmawiają o codzienności. Starość wydaje się spokojna, wypełniona młodzieńczymi wspomnieniami namiętności. Ale wiąże
się z czymś jeszcze.
Zamknięcie światła tętnicy szyjnej, udar mózgu z porażeniem prawostronnym. Leczenie w szpitalu, zakup wózka
inwalidzkiego, łóżka z materacem przeciwodleżynowym, zatrudnienie jednej, później drugiej pielęgniarki.
Anna nie lubi szpitali, prosi męża, by przysiągł nigdy więcej jej tam nie zabierać. Mieszkanie pary staje się hermetycznym środowiskiem, poza które kamera już niemalże nie wychodzi. Owszem, drzwi otworzą się dla jednego czy dwóch
gości, lecz z czasem i oni zaczną być niemile widziani.
Rozpoczyna się walka z każdym dniem. Jakkolwiek zwykłe czynności, takie jak poranna toaleta, czytanie książki,
Puls UM
wdrapanie się na wózek z dnia na dzień przysparzają większych trudności, nie zmienia się jedno. Anna nadal jest Anną.
Cóż może począć? Jedyną jej bronią jest rosnący opór, rodzący się z ugodzonej godności. Wojuje nim zaciekle, nie
dając zapomnieć Georgesowi z kim ma do czynienia. Lecz
on pamięta. Staje się jej opiekunem, jak również strażnikiem
wciąż żyjącej w niej osoby.
Gra aktorska nastawiona jest na realistyczny minimalizm, nie licząc oczywiście roli Emmanuelle Riva grającej
sparaliżowaną Annę, za co została nominowana do Oscara.
Film od początku do końca ogląda się z zapartym tchem.
Opowiada bowiem bardzo prawdziwą i piękną historię, bez
różu i zachodów słońca.
Czym jest więc tytułowa miłość? Michael Haneke znany jest ze swoich kontrowersyjnych produkcji, „Amour” –
film za który dostał Oscara, nie jest tu wyjątkiem. Można
kwestionować pewne poruszane wątki moralne. Jednak patrząc na dorobek reżysera zauważa się, iż para imion Anna
i Georges jest przez niego często używana („Funny Games”,
„Ukryte” itd.), za każdym razem dla spokojnego, normalnego małżeństwa, które się kocha i jest sobie oddane. To
każdy. Miłość nie jest wyłącznie dla młodych, targanych żarem uczuć i namiętnością. Miłość nie jest dla wybranych, jest
wszystkim, również etapem życia, który przygotowuje do
ostatniej podróży.
Serdecznie zapraszam do obejrzenia filmu, jak również
do zapoznania się z pozostałą twórczością Haneke. Sprawia
ona bowiem, iż jest się prawdziwie dumnym z europejskiej
kinematografii.
Maga
Tytuł: Miłość
Gatunek: Melodramat
Premiera: 20 maja 2012
Reżyseria, scenariusz: Michael Haneke
Obsada: Jean-Louis Trintignant, Emmanuelle Riva, Izabelle Huppert
Czas trwania: 2 godziny 6 minut
31
JOLKA
4
13
Jolka
6
Odgadnięte hasła należy wpisać w odpowiednie
miejsce w diagramie – jak je znaleźć? Myślę, że każdy musi wypracować
17
własną taktykę. Litery z pól ponumerowanych od 1 do 18 utworzą rozwiązanie – łacińską sentencję.
Do wygrania atrakcyjne nagrody. Miłej zabawy i powodzenia!
11
4
10
13
15
6
1
17
11
10
15
2
12
5
1
16
2
12
3
5
9
16
18
8
14
3
9
18
14
7
8
1
2
3
4
5
10
11
12
13
14
14
6
7
8
9
15
16
17
18
Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, wraz z tytułem wybranej nagrody możecie przesłać na
adres: [email protected] – nazwiska zwycięzców znajdziecie też na naszej stronie: www.pulsum.pl
Czekamy do 30.06.2013!
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
14
15
16
17
18
NAGRODY:
„Choroby zakaźne u dzieci” C. J. Baker
„Fizjoterapia w ginekologii i położnictwie” D. Szukiewicz
„Immunologia w zarysie” J. Żeromski
„Interakcje leków w praktyce klinicznej” E. Kostka-Trąbka, J. Woroń
Uwaga! Większa liczba prawidłowych rozwiązań dostarczona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną!
32
Gazeta Studentów
NAGRODZENI
PIONOWO:
– choroba skóry w postaci drobnych czerwonych grudek
– zakładana na palec w czasie ślubu
– atrybut św. Mikołaja
– afrykańskie państwo nad Zatoka Gwinejską
– palenisko w domu
– symbol złota
– choroba zwana dawniej drżączką poraźną
– uchylenie się przed ciosem
– rosołek lub kapuśniaczek
– domena internetowa stron południowokoreańskich
– wędrowny śpiewak w starożytnej Grecji
– dyskusja na sporny temat
– dział medycyna zajmujący się schorzeniami skóry
– owijany wokół szyi
– rozkład natężenia promieniowania
– np. polarna
– kierunek badawczy koncentrujący się
na analizie zachowań indywidualnych
i zbiorowych
– symbol cyny
– tam on, gdzie twoje serce
– użycie języka
– Autonomiczny Układ Nerwowy
– biały puder
– tPA – … aktywator plazminogenu
– badanie służące do rozpoznania kiły
(skrót)
– niewielka budowla sakralna
– amerykańska piosenkarka, „It’s all about
me”
– dwukołowy pojazd z pedałami
– miękka żywica naturalna
– Ministerstwo Spraw Zagranicznych
– np. przyrody – obszar chroniony
– zbytek, przepych
– … Rida – zespół muzyczny
– 10 metrów kwadratowych
– droga dla pociągu
– osobliwość językowa
– miejsce walki bokserskiej
– śpiew
– symbol neonu
– Anthony Cruz (pseudonim)
– teza, na której oparty jest dowód twierdzenia
– łajdak, łobuz
– ilościowy sposób podawania leków
POZIOMO:
– budowla na planie koła
– nomen nominadum
– np. kulszowa
– dom zakonników
– czary, wróżby
– zdrowe przekąski z pokrojonych warzyw
– nad komorą w sercu
– wykrywacz kłamstw
– … Dortmund – klub piłkarski
– Armia Krajowa
– Real Life (skrót)
– wynik mnożenia
– miejsce wydobycia węgla
– choroba przenoszona przez kleszcze
– obręcz kończyny górnej
– klasyczna miara zmienności
– najtrudniejszy pierwszy
– prąd rzeki
– dom Eskimosa
– w kałamarzu
– może być akcentowy lub intonacyjny
– skrót od słowa adnotacja
– potocznie o chorobie reumatycznej (do
krzyżówki wpisać bez ostatniej literki)
– tlenek węgla
– ssak z rodziny łasicowatych, będący
materiałem na futro
– ruchome połączenie między składnikami
szkieletu
– Pola … – znana niegdyś polska aktorka
– nstrument, wyrostek i szczyt w Tatrach
– chwalenie się czymś, w slangu miejskim
– kształt twarzy
– lany przez klucz w Andrzejki
– członek stowarzyszenia wolnomularzy
– miejsce picia kawy
– wyrwa, luka
– … Marciniak – polska piosenkarka
– jasność, światłość
– drobnoziarnista skała osadowa
– na kiju, do mycia podłogi
– with woman
NAGRODZENI!
Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z numeru 151 „Pulsu UM” nagrody otrzymują:
„Medycyna ratunkowa na dyżurze” – Agnieszka Iwachów
„Zarys współczesnej ortodoncji” – Joanna Świercz
„Procedury pielęgnacyjne w chirurgii” – Małgorzata Eliks
„Farmakognozja” – Karolina Tylkowska
Hasło: UT AMERIS AMABILIS ESTO
Zwyciężczyniami krzyżówki „Konkurs Filmowy” zostały:
Olga Szkudlarz, Katarzyna Jarzyńska, Michał Piątkiewicz, Bartosz Sawicki,
Katarzyna Bolesta, Agnieszka Iwachów, Emilia Świderska
Po odbiór nagród zapraszamy w październiku przyszłego roku akademickiego.
Przewidywany czas odbioru nagród to trzy miesiące.
Puls UM
33
HUMOR
HUMOR
Zanzibarscy hakerzy stworzyli wirusa,
który przenika do poczty elektronicznej
i zjada małpę z adresu.
***
Pierwsze dziecko: połyka monetę –
jedziesz na pogotowie.
Drugie dziecko: połyka monetę –
czekasz, aż sama wyjdzie.
Trzecie dziecko: połyka monetę –
potrącasz mu z kieszonkowego.
Dzisiaj szef wezwał mnie do swojego biura z powodu mojego ubioru.
– Nie możesz chodzić w pracy w piżamie!
– Ale wszyscy tak chodzą...
– To są pacjenci!
Tata z synem jadą autem. Latorośl za
kierownicą:
– Tatku, jak myślisz, umiem już dobrze prowadzić?
– A widziałeś tę blondyneczkę w czerwonej miniówce, w okularach Dolce&Gabana, z zieloną torebką w paski, na
chodniku przed sklepem ogrodniczym?
– Nie.
– To nie umiesz.
***
***
Przez pierwsze trzy dni małżeństwa
byłem przekonany, że mam najlepszą
teściową na świecie. Bo to i mecz razem
obejrzeliśmy, o samochodach pogadaliśmy, nawet na ryby wybrała się ze mną.
No i tam wreszcie wytrzeźwiałem po
weselu, patrzę a to nie teściowa a teść.
– Tata, prezent mi obiecałeś!
– Pierwszy raz słyszę.
– Tata... No, przecież mi prezent
obiecałeś!
– Drugi raz słyszę.
***
***
Żona do męża:
– Mam trzy nowiny. Dobrą, złą i taką
sobie.
– Dawaj.
– Syn dostał dwie piątki! Ale się pieniądze na karcie skończyły.
– Jak to – skończyły? Dopiero co tam
pół pensji przelałem.
– Byłam na wiosennej wyprzedaży
i kupiłam sobie futro.
– Po kiego ci futro?!
– Tak sobie.
– Proszę pani, ale ta stówa jest fałszywa.
– O mój Boże, chyba zostałam
zgwałcona.
Widziałem dzisiaj na lotnisku pewnego Niemca, który czytał książkę
o II Wojnie Światowej. Miał za sobą
zaledwie kilkanaście pierwszych kartek i zauważyłem, że się uśmiechał...
Czytaj dalej, stary. Czytaj dalej.
***
***
– Coś taka wkurzona?
– Mężowi na urodziny kołowrotek
kupiłam do wędki.
– No to chyba dobrze? Twój stary co
weekend z kolegami przecież na ryby
jeździ. Nie spodobał mu się?
– Gorzej. Zapytał co to jest.
Drogówka zatrzymuje poloneza.
– Dzień dobry! Kontrola drogowa!
Aspirant Kowalski. Proszę bardzo, oto
50 złotych. Proszę jechać dalej. Szerokiej drogi!
Zdziwiony kierowca odjeżdża. Z radiowozu wytacza się kapitan i wrzeszczy:
– Kowalski! Co ty tu... wyczyniasz?
– Melduję, że zanęcam, Panie Kapitanie!
***
Poszedłem do sklepu po kiełbasę,
a nad kasą wisi tabliczka: „PROMOCJA! Do każdej flaszki wódki – karton
soku pomidorowego gratis!’’ I nagle nabrałem takiej ochoty na sok...
***
Wyniki potyczki paintballowej:
Ja – 114 pkt.
Mieszkańcy Domu Pogodnej Jesieni
„Borówka” – 0 pkt.
***
***
Ja i małżonka zostaliśmy zaproszeni
na bal przebierańców. Sam nie mogłem
się zdecydować na strój, więc spytałem
żonę „za kogo się przebierasz?”. Odpowiedziała, że za Quasimodo.
Ech, cała ona. Nic jej się nie chce.
34
Nie będzie kawałów o Łotyszach.
Jest tylko halucynacja z niedożywienia.
I Politbiuro. Takie jest życie.
***
***
Żydowski krawiec uważnie mierzy
materiał przyniesiony przez klienta. Ten
pyta żartobliwie:
– Co, kombinuje pan, żeby i dla pana
wystarczyło?
– Dla mnie na pewno wystarczy.
Kombinuję, żeby wystarczyło dla pana.
Gazeta Studentów
cover
Download

Miłosława Zowczak-Drabarczyk