A6
www.e–dp.pl
PIĄTEK, 24 CZERWCA 2011
Małopolska
Oranżada na kartki,
czyli rewolucja krasnali
HISTORIA. „Krasnale
wszystkich krajów łączcie się!” – taki napis
wita gości wystawy poświęconej Pomarańczowej Alternatywie
Każdy wchodzący dostawał przy
wejściu specjalną kartkę zaopatrzeniową, na którą mógł
otrzymać charakterystyczną pomarańczową czapeczkę krasnala, pomarańczową oranżadę
w proszku, pomarańczowy balonik oraz słodycze: „Krówki”
i pomarańczowe lizaki.
Oranżada i lizaki cieszyły
się dużą popularnością, do stoisk z nimi ustawiały się spore
kolejki, a obsługa nie nadążała
z napełnianiem szklanek.
W taki oto sposób twórcy
wystawy chcieli wprowadzić
widzów w atmosferę lat 80.,
w których powstała i działała
wrocławska Pomarańczowa Alternatywa – jeden z najbardziej
oryginalnych i charakterystycznych ruchów społecznych Polski
u schyłku komunizmu.
– Jeszcze dwadzieścia kilka
lat temu system wydawał się
nie do ruszenia. Obecność sześćdziesięciu tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej czyniła wszelkie
marzenia o finlandyzacji Polski
utopią. I to właśnie w takim
kontekście, szczególnym miejscu, jakim był Wrocław, powstała Pomarańczowa Alternatywa, ruch, który stał się
szczególnym doświadczeniem
pokolenia solidarnościowego
– mówił na wernisażu dyrektor
MCK prof. Jacek Purchla.
Utworzona na początku lat
80. we Wrocławiu Alternatywa
za pomocą żartów, kpin i wygłupów pokazywała absurdal-
Jedyny warunek to konieczność wystukania odpowiedniego
podania na prehistorycznej maszynie do pisania... FOT. PAWEŁ STACHNIK
ność ustroju, jego założeń, haseł
i rytuałów, ale kpiła czasem
także z działań opozycji. Kierowany przez Waldemara Fydrycha „Majora” nieformalny ruch
organizował w kilku miastach
Polski (a głównie we Wrocławiu)
prześmiewcze happeningi: „Papier Toaletowy – tzw. pierwsze
rozdanie”, „Dzień Milicjanta”,
„Dzień Wojska, czyli Manewry
Melon w majonezie”, „Pogrzeb
Stalina albo Pogrzeb Sobie Sam”
i wiele innych. Znakiem rozpoznawczym PA stały się krasnoludki rysowane na murach, a także absurdalne hasła w stylu:
„Rewolucja krasnali!”, „Przyłączyć Afrykę do ZSRR!”, „Jesteśmy mali, ale czerwoni”, „Milicja w krainie czarów”.
Do tej właśnie atmosfery
chcieli nawiązać twórcy wystawy w Międzynarodowym Centrum Kultury. Zaopatrzonych
w czapeczki, słodycze i baloniki
widzów wita na pierwszym piętrze MCK kiosk Ruchu jakby
żywcem przeniesiony z lat 80.
Można w nim zobaczyć butelki
z octem, papierosy „Poznańskie”, klej biurowy i papier toaletowy w kolorze szarym. Tuż
obok kiosku stoi naturalnych
rozmiarów tekturowy milicjant,
spoglądający na wchodzących
czujnym okiem. W kolejnych
salach na ścianach widnieją
graffiti i hasła z happeningów
Pomarańczowej Alternatywy:
„Kto się boi papieru toaletowego?”, „Napięcia społeczne za-
grożeniem podstaw ustroju socjalistycznego”, „Układ Warszawski awangardą pokoju”,
„Pomarańczowy major czy czerwony generał?”. Dla widzów
przygotowano odbitki ulotek
i plakatów z lat 80., w tym „Manifestu surrealizmu socjalistycznego” ze znamiennym zdaniem:
„A nas nie zatrzyma nawet brama szpitala psychiatrycznego”…
W kolejnej sali, zaaranżowanej na kino, oglądać można
na ekranie archiwalne materiały
filmowe z akcji PA, a w jeszcze
kolejnej goście sami mogą spróbować pisania haseł na ścianach
– do dyspozycji chętnych są
pędzle i farby. Jako jedno
z pierwszych pojawia się hasło:
„Major do Krakowa!”.
Przy stojącym w kącie stole
każdy może sobie zrobić z bibuły
i kleju czapkę krasnala. Jedyny
warunek to konieczność wystukania podania na antycznej maszynie do pisania. W ostatniej
sali obejrzeć można dokumentację ostatnich akcji: udział w Pomarańczowej Rewolucji na
Ukrainie w 2004 r., happeningu
„Wykształciuchy” i kampanii
wyborczej Waldemara Fydrycha
na prezydenta Warszawy. Puentą jest wygłoszona na wernisażu
deklaracja Fydrycha, że w najbliższych wyborach będzie się
ubiegał o mandat senatora. Zastanawia się tylko, czy z Warszawy, czy z Krakowa. Pomarańczowy happening trwa dalej.
PAWEŁ STACHNIK
Nie wszystko da się rozwiązać, myśląc racjonalnie
→ROZMOWA. WALDEMAR
FYDRYCH „Major”, twórca
i lider „Pomarańczowej
Alternatywy” o potędze
śmiechu
DP Skąd wziął się pomysł, żeby
walczyć z ustrojem za pomocą
żartu, śmiechu i kpiny, a nie
działać jak poważni opozycjoniści: martyrologicznie, bogobojnie i na smutno?
– Obejrzałem kiedyś „Biesy”
w reżyserii Andrzeja Wajdy
w Starym Tatrze w Krakowie.
One pokazały mi opozycję w sposób niezwykle karykaturalny.
W jednej ze scen rewolucjoniści
zastanawiają się, czy Bóg istnieje. W pewnym momencie
wstaje pewien kapitan i pyta:
– „Skoro Boga nie ma, to co ze
mnie za kapitan?”. A zatem to
właśnie ta komórka rewolucyjna
miała ustalić na zebraniu, czy
Bóg istnieje, czy też nie.
Czytywałem też ironiczne
książki Kurta Vonneguta, który
pasował mi nawet bardziej niż
Mrożek. To wszystko wywoływało w mojej głowie przewrotne
myśli. Jeszcze w szkole średniej
byłem autorem pewnego happeningu (choć wtedy jeszcze nie
wiedziałem, że to się nazywa
happening). Wszedłem mianowicie na trybunę pierwszomajową, twierdząc, że przyniosłem
krople dla chorego ojca. Odmó-
wiłem też udziału w samym pochodzie, co wywołało konsternację w mojej szkole. Krótko
mówiąc: podobały mi się takie
zachowania, które walczyły z hipokryzją. Mieszkając jeszcze
w Toruniu zacząłem działać.
Później, już we Wrocławiu, przyłączyłem się do opozycji. Zobaczyłem wtedy, że jest jak u Dostojewskiego w „Biesach”, że
działamy po omacku, jesteśmy
odklejeni od rzeczywistości. Dlatego postanowiłem, że moja aktywność będzie inna – kpiąca,
prześmiewcza i absurdalna. Nie
wszystko trzeba rozwiązywać,
myśląc racjonalnie.
– Jak waszą happeningową
działalność odbierali ludzie
w latach 80.? Traktowali to
jako zgrywę, czy formę walki
z ustrojem?
– Myślę, że przeważało przekonanie, że jednak walczymy
o wolność, a nie zgrywamy się.
Druga połowa lat 80. to był marazm, działalność opozycji przygasła, ulice były puste, a my jednak coś robiliśmy, coś, co było
wesołe, kolorowe i zabawne.
Mam wrażenie, że trochę rozruszaliśmy społeczeństwo i przyczyniliśmy się jakoś do doprowadzenia do rozmów Okrągłego
Stołu. Nie rozpatruję tego, broń
Boże, w kategoriach jakiejś mojej
megalomanii, ale wydaje mi się,
że mieliśmy swoją działalnością
jakiś na to wpływ.
W najbliższych wyborach
parlamentarnych „Major”
będzie się ubiegał o mandat
senatora. Zastanawia się
tylko, czy z Warszawy, czy
z Krakowa... FOT. PAWEŁ STACHNIK
– Po 1989 r. nie zaprzestał Pan
aktywności. Dalej urządza Pan
od czasu do czasu happeningi
kpiące z polityków.
– Bo politycy nie bardzo się
zmienili od tamtego czasu. Nasza
nowa, posolidarnościowa klasa
polityczna wcale nie jest inna
od tamtej, starej. Też jest przywiązana do swoich interesów,
a nie do interesów społeczeństwa.
Po dwudziestu latach jesteśmy
dopiero w fazie średnio rozwiniętego państwa demokratycznego. Wiele osób jest rozczaro-
wanych tym, jak wygląda dziś
Polska i uważa, że przez te dwadzieścia lat można było zrobić
więcej i lepiej. Rozczarowali się
też młodzi ludzie. Mam nadzieję,
że uda się kiedyś przełamać ten
ciężar pieniądza, który przytłacza
marzenia młodych i że będą oni
bardziej wyzwoleni. Bo społeczeństwo nie jest wyzwolone.
Choć ja mam nadzieję, że i tak
jest bardziej wyzwolone niż sobie
wyobrażają politycy, którzy traktują nas jak durniów. Przechodzą
z partii do partii, opowiadają
bzdury, a wszystko po to, by mieć
słupki wyborcze.
– Poinformował Pan podczas
otwarcia wystawy, że będzie
kandydował w najbliższych wyborach do Senatu. To tak na poważnie?
– W polityce ważne jest, by
skutki były poważne i korzystne
dla ludzi, wyborców. Natomiast
forma wcale nie musi być poważna, to nie ma aż takiego znaczenia. Inna sprawa, że obserwując polską politykę wcale nie
jestem przekonany, że to wszystko dzieje się na poważnie. To, że
panowie politycy ubierają się
w garnitury, krawaty i robią poważną minę, wcale nie znaczy,
że są poważni. Będę chciał, żeby
moja kampania była ciekawa,
taka, jaką udało mi się zrobić
podczas wyborów na prezydenta
Warszawy.
Rozmawiał PAWEŁ STACHNIK
Hitler chciał
jego głowy
– za karykatury
Irvin Ungar (z lewej), dyrektor The Arthur Szyk Society
z Kalifornii, oraz prof. Aleksander B. Skotnicki FOT. JERZY SAWICZ
WYSTAWA. Artur Szyk znał
wszystkich wielkich ówczesnego
świata, jego karykatury wymierzone w Hitlera angielskie samoloty zrzucały niczym bomby na
Niemcy.
On sam – polski Żyd z Łodzi,
choć wyjechał z kraju jeszcze
przed wojną, do końca życia został wielkim polskim patriotą.
Dziś trzeba go przypominać.
Zrobił to prof. Aleksander B.
Skotnicki w stworzonym przez
siebie Stradomskim Centrum
Dialogu w Krakowie, gdzie prezentowane są słynne w swoim
czasie miniatury i karykatury
Szyka. – To największy miniaturzysta XX wieku, człowiek
o olbrzymiej wiedzy historycznej
i zakochany w Polsce jak mało
kto – opowiada prof. Skotnicki,
który wraz ze swymi młodymi
współpracownikami postanowił
przywrócić artystę naszej pamięci.
Artur Szyk, urodzony tuż
przed końcem XIX w., żyjący
w pierwszej połowie XX wieku,
zdobył uznanie na świecie już
w okresie międzywojennym,
ilustrując wiele przypowieści
biblijnych. Był też autorem iluminacji do Statutu Kaliskiego
– nadanego przez księcia Bolesława Pobożnego w 1274 r.,
przyznającego prawa mniejszości żydowskiej najpierw
w Wielkopolsce, a potem w całym kraju. Szybko stał się on
rarytasem bibliofilskim, wysoko
cenionym przez koneserów.
W latach 30. Szyk stworzył cykl
historyczny pt. „Waszyngton
i jego czasy”, który polski prezydent Ignacy Mościcki zakupił
w oryginale i ofiarował prezydentowi USA Franklinowi Rooseveltowi. Prace były eksponowane w Białym Domu i do dziś
pozostają w Muzeum Roosevelta w Nowym Jorku.
W 1939 r. rząd polski zamówił u Szyka serię grafik podkreślających wkład Polaków
w historię Stanów Zjednoczonych – w związku z organizacją
pawilonu polskiego na wystawie
światowej w Nowym Jorku. Prace te, w postaci pocztówek wydrukowane przez Drukarnię
Narodową w Krakowie w 1939 r.,
były sprzedawane z tej okazji
za oceanem. Organizatorom
obecnej wystawy udało się je
pozyskać i można je teraz oglądać w Centrum Dialogu.
Przebywając jesienią 1939 r.
w Londynie Artur Szyk przygotował cykl antynazistowskich karykatur – podkreślając bohaterstwo żołnierza polskiego i jednocześnie wielką tragedię Żydów
w pierwszych miesiącach wojny.
Swoje prace wystawił w styczniu
1941 r. w prestiżowym Royal Society of Art w Londynie, informując zachodnią opinię publiczną o brutalnej okupacji niemieckiej w Polsce, tym samym ostrze-
To największy
miniaturzysta
XX wieku,
zakochany w Polsce
jak mało kto
– mówi prof. Aleksander
Skotnicki
gając przed istniejącym zagrożeniem.
Stał się delegatem Rządu
Brytyjskiego i Polskiego na
Uchodźstwie – podjął misję skłonienia Ameryki do udziału w europejskiej wojnie przeciwko hitleryzmowi. Jego słynne karykatury ukazujące przywódców
hitlerowskich mobilizowały żołnierzy państw sprzymierzonych
do walki z hitleryzmem. Media
opisywały zaangażowanie Szyka
w walkę prowadzoną przez
aliantów, pisano nawet o wyznaczeniu przez Hitlera nagrody
za jego głowę.
Prezentująca twórczość Szyka wystawa odbywa się pod patronatem Konsulatu Generalnego
USA w Krakowie. Do sukcesu
wystawy przyłożyli się wolontariusze, studenci historii judaistyki i medycyny UJ. W związku
z wystawą prof. Aleksander B.
Skotnicki przygotował wyjątkowy katalog, a jednocześnie przewodnik po wystawie.
Wystawę można oglądać do
20 sierpnia w SCD. Jest czynna
w godz. 10–18. Wstęp wolny.
(MM)
Download

Oranżada na kartki, czyli rewolucja krasnali