1
Socjoterapia a projekty – refleksja wychowawcy
Elżbieta Rembiasz
Po raz kolejny przekonuję się, że na wszystko potrzebny jest właściwy czas. Sięgam
pamięcią wstecz i widzę początki mojej pracy – „te trudne” poniedziałki, kiedy
cyklicznie
raz
w
tygodniu
dzieci
zbierały
się
w
kółeczku
na
zajęciach
socjoterapeutycznych. Doskonale pamiętam skutki tych poniedziałków – opór dzieci,
małą frekwencję, frustrację wychowawców, którzy mimo wiedzy, doświadczenia i
najszczerszych chęci nie byli w stanie przekonać wychowanków do celowości
poniedziałkowych spotkań w kręgu…
Okazało się też, że dzieci nie umiały przenieść zdobytych doświadczeń na realia życia
codziennego – dla nich to była kompletna abstrakcja. Nie chcę tu negować skuteczności zajęć
socjoterapeutycznych, stwierdzam jedynie, że w przypadku dzieci ze specyficznego
środowiska (duże natężenie wszelkich przejawów patologii), droga do korygowania zaburzeń,
rozwoju umiejętności i kompetencji społecznych musiała potoczyć się inaczej, zataczając
niejako koło.
Kiedy wydawało się, że jesteśmy w ślepym zaułku, a każda kolejna superwizja dobitnie
pokazywała nam, że nie możemy brnąć dalej i upierać się przy sposobach pracy, które w
przypadku naszych dzieci nie spełniają swojej roli, nagle pojawiło się światełko w tunelu.
Aleksandra Karasowska, towarzysząca nam od początku w naszych zmaganiach, na jednym
ze szkoleń pokazała zupełnie inne spojrzenie na pracę z dziećmi. Nowa dla nas metoda
projektu, która opierała się na wspólnym zaangażowaniu dzieci i wychowawców,
odwoływała się do prawdziwych życiowych doświadczeń i stwarzała szansę na wyjście
naszych podopiecznych na zewnątrz, poza mury świetlicy i środowisko, w którym muszą żyć
– wniosła świeży powiew i dała nadzieję. Postanowiliśmy spróbować. Początki nie były
łatwe, gdyż wymagały przygotowania nowego warsztatu, pierwszych pomysłów do
zrealizowania, a przede wszystkim zmiany sposobu myślenia. Wszystkim się wydawało, że
projekt to musi być coś spektakularnego, naprawdę na dużą skalę. Wiele obaw wiązało się z
tym, jak odniosą się do pracy nową metodą dzieciaki i czy my sprostamy nowym
wymaganiom.
Już pierwszy zrealizowany pomysł pokazał nam, że droga, którą obraliśmy jest właściwa.
Początkowo nasze projekty bazowały głównie na energii wychowawców, a dzieci były
jedynie współrealizatorami. Z czasem wychowankowie zaczęli przejmować coraz większą
odpowiedzialność za realizowane przedsięwzięcia, a nawet podawać własne pomysły, stając
2
się kreatorami i organizatorami, zaś rola wychowawców zaczęła ewoluować w kierunku
koordynatorów i doradców. Praca metodą projektów uzmysłowiła nam, że do tej pory głównie
skupialiśmy się na problemach dzieci, ich brakach i trudnościach a przecież równie ważne są
ich ogromne zasoby. Jak powiedziała Maria Montessori Skoncentrujmy wysiłek na
wzmacnianiu tego co dobre i w taki sposób, aby dobro pozostawiało coraz mniej miejsca na
zło… Wzmacniając mocne strony naszych podopiecznych, inwestujemy w nich budując
fundament do pracy nad ich trudnościami i zaburzeniami. Ponadto zaletą projektów jest to, że
można je tworzyć nie tylko dla konkretnej grupy, ale także dla pojedynczych osób albo nawet
całej świetlicy. W projekty realizowane przez naszą świetlicę zaangażowani byli różni ludzie
spoza niej – pasjonaci – amatorzy, ale i specjaliści. W część działań włączani byli rodzice,
środowisko lokalne, kościół, władze miasta, itd. Współpracujące z nami osoby stanowiły
wielkie bogactwo i ogromny kapitał, ich talenty, entuzjazm oraz czas, którym chcieli dzielić
się z naszymi podopiecznymi były bezcenne. Dzieci w naturalny sposób nabywały i
trenowały umiejętności i kompetencje życiowe, potrafiąc skorzystać z nich w codziennym
życiu. My – wychowawcy z dumą obserwowaliśmy postępy jakie nasi wychowankowie
czynili z każdym dniem.
W trakcie realizowanych przedsięwzięć rozwijał się proces grupowy, pojawiały się różne
problemy – konflikty między dziećmi, reakcje lękowe, wycofanie z podjętych zobowiązań.
Wszystkie te sytuacje były rozwiązywane w grupie, była to praca na prawdziwych
doświadczeniach i emocjach. Z czasem jednak dzieci zaczęły same dostrzegać zalety
trenowania niektórych umiejętności „na sucho”, zaczęły pytać czy mogą w scenkach
poćwiczyć sobie, jak warto zachować się w sytuacjach konfliktowych – co należy wtedy
powiedzieć,
co
zrobić.
Początkiem
zainteresowania
wychowanków
zajęciami
socjoterapeutycznymi stała się trudna sytuacja w grupie przeżywającej fazę konfrontacji i
konfliktu. Dwie dziewczynki, prowokujące najwięcej kłótni, uczestniczyły przez pewien czas
w intensywnych zajęciach indywidualnych, podczas których ćwiczyły z wychowawcą
sposoby
reagowania
w
różnych
trudnych
sytuacjach,
odgrywając
scenki.
Po
dwutygodniowym treningu zaproponowano im przeprowadzenie wspólnie z wychowawcą
zajęć dla grupy. Pomysł okazał się „strzałem w dziesiątkę”.
Zajęcia bardzo spodobały się dzieciom i zaczęły domagać się więcej. Planowane są kolejne
tematy: „Jak radzić sobie z uczuciem złości”, „Nie bez przyczyny są chłopcy i dziewczyny –
o dojrzewaniu” (prowadzone oddzielnie), „Babskie sprawy” (cykl zajęć poruszających tematy
ważne dla dziewczynek), „Ja-Ty-My” (zajęcia o budowaniu współpracy i zaangażowania w
3
grupie), „Parasol” – zajęcia wprowadzające dzieci w świat wartości. Tak oto okazało się, że
trzeba było przejść długą drogę, by dzieci dojrzały do momentu, kiedy będą gotowe na
przyjęcie tego typu doświadczeń. Obecnie nie jest problemem trenowanie nowych zachowań
w sztucznych warunkach, poruszanie trudnych tematów, przekazywanie potrzebnej wiedzy.
Zatoczyliśmy koło. Zajęcia, które kiedyś wywoływały bunt i nie spełniały swojej roli, dziś są
atrakcyjne, pożądane i skuteczne. Jak napisał Paulo Coelho …drogę wytycza się idąc i my
wciąż idziemy, wytyczając z wychowankami naszą wspólną drogę, ucząc się od siebie
nawzajem, przekraczając schematy. 
Autorka jest pedagogiem, socjoterapeutką, wychowawcą w Świetlicy Socjoterapeutycznej
bł. ks. J. Czempiela w Rudzie Śląskiej.
Download

Socjoterapia a projekty – refleksja wychowawcy Elżbieta Rembiasz