Neurony w szkolnej ławce
Olga Woźniak, 05.06.2014 , Gazeta Wyborcza
Dlaczego mózgu nie da się zmusić do uczenia? Co emocje mają wspólnego z pamięcią? Czy nasze szare
komórki lubią matematykę? Czego nauczyciele mogą nauczyć się u lekarza? Mówi o tym nowa dziedzina
wiedzy - neurodydaktyka.
Olga Woźniak: Wiedza na temat mózgu - po co to nauczycielom? Dlaczego poloniści czy matematycy mają się
interesować synapsami, neuroprzekaźnikami, dendrytami?
Dr Marzena Żylińska*: Bo mózg ucznia to miejsce pracy nauczyciela. Żeby dobrze pracować, musimy znać swoje
miejsce pracy, jego możliwości i ograniczenia.
Jak pani na to wpadła? Nie jest pani specjalistką od mózgu.
- Jestem metodykiem nauczania języków obcych. Nieraz musiałam obserwować zajęcia moich studentów. Byli
świetnie przygotowani do lekcji, mieli scenariusze, odtwarzacz CD, zabawy - wszystko niby było dograne, ale aktywni
na tych lekcjach byli co najwyżej uczniowie z pierwszych ławek. Im głębiej w klasę, tym mniejsze z ainteresowanie.
Zastanawiało mnie: dlaczego? I czemu metodycy tego nie widzą? A może coś jest nie tak z tymi dziećmi, które nie
chcą się uczyć? Odpowiedź znalazłam przypadkiem na wiedeńskim lotnisku...
Co ją przyniosło?
- Czekając na samolot, kupiłam sobie książkę Manfreda Spitzera "Jak uczy się mózg?". I wszystko tam było!
Okazało się, że z dziećmi było wszystko w porządku?
- O tak, błąd został popełniony w innym miejscu. Ludzki mózg został stworzony do tego, żeby się uczyć i niczego nie
robi lepiej. Tylko chce to robić inaczej, niż oczekuje od niego szkoła.
A czego oczekuje szkoła?
- Kiedy dzieci przychodzą do szkoły w wieku sześciu-siedmiu lat, mają w płacie czołowym - a to część mózgu
odpowiedzialna za planowanie, świadomość, uczucia wyższe, cz yli wszystko to, co czyni nas ludźmi - największą
ilość połączeń nerwowych, jakie kiedykolwiek mózg może mieć. Nikt inny, nawet największy mędrzec, nigdy nie
będzie miał tyle połączeń w tym miejscu mózgu, ile ma sześciolatek. Dzieci przychodzą do szkoły z kwitnącymi
mózgami i od środowiska, które im stworzymy, zależy, ile tych połączeń się zachowa. Pozostaną bowiem tylko te,
które są używane. Reszta zniknie.
Więc im bardziej stymulujemy dziecięcy mózg, tym lepiej?
- Właśnie. A dzieci na samym wstępie zostają "ukrzesłowione". Pani nauczycielka mówi: "Jasiu, tu nikogo nie
interesuje, co ciebie interesuje, kochany. Tu jest szkoła. Będziemy realizować program". Tym samym wyłącza Jasiowi
te wszystkie mechanizmy uczenia się, w jakie wyposażyła go natura.
Czyli?
- Po pierwsze - ciekawość. Ciekawość poznawcza to najsilniejszy mechanizm, który pcha ludzi do poznawania świata.
U dzieci przejawia się stawianiem pytań. One potrafią zamęczyć pytaniami. Tak się uczą. W normalnym świecie
pytania zadaje ten, kto czegoś nie wie temu, kto wie. W szkole odwrotnie. Niektórym dzieciom trudno to zrozumieć.
Dziecięce pytania przeszkadzają nauczycielom, którzy realizują swój plan wynikowy.
A do dzieci wkrótce dociera, że dorosłych nie interesuje ich ciekawość?
- Gdy nauczycielka westchnie: "Dziecko, a ciebie znowu coś interesuje... To będzie w trzeciej klas ie, poczekaj". Myśli
pani, że dziecko poczeka?
Przestanie pytać.
- Bo dostanie komunikat: nie interesujesz mnie - nie są ważne ani twoje zainteresowania, ani twoje pytania, ani twoje
trudności. Ciekawość dzieci często odbierana jest jako przeszkadzanie na lekcji i wygaszana. A pochodną ciekawości
jest motywacja. Jeśli wygaszamy ciekawość, motywacja znika. To wtedy robimy szkolenia dla rady pedagogicznej:
"Jak motywować uczniów do nauki".
Stworzyliśmy system, który jest sprzeczny z naturalnymi mechanizmami uczenia się i uwielbiamy go testować. To jak
produkować złe samochody i sprawdzać, jak daleko da się nimi zajechać.
No przecież gdyby było tak źle, reagowaliby chociaż rodzice!
- Wbrew pozorom zapotrzebowanie wielu rodziców na złą szkołę jest ogromne. I to rodzice wymuszają na szkole
najgorsze metody, bo przecież tak zawsze było: ja się tak uczyłem, moi rodzice, dziadkowie. Po co to zmieniać?
Rodzice, zapisując dzieci do szkoły, często najbardziej interesują się, jak dana placówka wypada w testach i
jak przygotowuje do nich dzieci.
Testy! Kogo to może motywować do nauki? Same testy nie są niczym złym. Ale uczenie pod testy jest niszczeniem
motywacji. Z pomocą testów nie można mierzyć wszystkiego. Kreatywności, umiejętności pracy w grupie,
wyszukiwania informacji, organizowania sobie pracy. Testy wychodzą także z założenia, że uczniom można
wyznaczać zewnętrzne cele i z pomocą systemu nagród i kar wymuszać ich realizację, bo nikt z własnej woli uczyć
się nie chce. Uczą także, że na każde pytanie jest jedna prawidłowa odpowiedź. Gdy tak wychowywani ludzie
dorosną, dalej chcą prostych wykładni i czarno-białych podziałów.
No ale dzieci faktycznie często nie chcą się uczyć same z siebie. Jak je zachęcić? Nagrodami?
- Jest taki klasyczny eksperyment z 1973 roku powtórzony w latach 90. Psychologowie dali dwóm grupom dzieci
nowe, atrakcyjne kredki. Jednym pozwolili po prostu nimi rysować, drugim obiecali nagrodę za najlepszy rysunek.
Które dzieci rysowały dłużej?
Te, przed którymi stała wizja nagrody?
- Wręcz przeciwnie. Badania pokazują, że sama obietnica nagrody sprawia, że miejsce motywacji wewnętrznej
zajmuje zewnętrzna. Nagroda odciąga uwagę od zadania. To też wyjaśnia, dlaczego uczniowie przestają się
zajmować danym zagadnieniem po napisaniu sprawdzianu i zdobyciu oceny.
Mamy zrezygnować z oceniania?
- Dzieci, które przychodzą do szkoły, są ciekawe, chcą się uczyć, ale system szybko skupia ich uwa gę na różnego
typu ewaluacjach. Podświadomie są przekonane, że treści przekazywane przez nauczycieli nie są atrakcyjne, skoro
potrzebny jest system nagród i kar, by je opanować. I tak na pierwszy plan wysuwają się sprawdziany i testy. A test to
tylko narzędzie pomiaru. Od ciągłego mierzenia jeszcze nikt nie urósł. Myślę, że tutaj edukacja mogłaby sporo przejąć
z medycyny.
Wysyła pani nauczycieli do lekarza?
- Owszem. Po pierwsze, kiedy do niego idziemy, to nie skupia się on na ciągłym pomiarze naszego ciśnienia czy
innych wskaźników. Gdy już zmierzy, wie, co nam dolega, podejmuje terapię. Lekarze wiedzą, że muszą dobrać
terapię do pacjenta. Gdy ta jest nieskuteczna, nie szukają winy po stronie chorego, ale zmieniają leki. W szkołach jest
inaczej. Gdy nie ma oczekiwanych efektów, nauczyciele często winą obarczają uczniów - więc nie muszą szukać
nowych sposobów nauczania. Nauczyciele nie stawiają sobie pytania fundamentalnego dla każdego lekarza: może w
tym przypadku inna metoda byłaby skuteczniejsza? My dziś myślimy, że proces uczenia się jest prostą pochodną
procesu nauczania. Ale gdyby tak było, to najlepsze efekty mieliby nauczyciele, którzy szybko mówią. Nie da się
niczyjego mózgu zmusić do uczenia.
Czasem się jednak zmusza.
- I wtedy mózg fantastycznie symuluje, że coś robi. Szare komórki to nie mięśnie. Jak się gal ernikom każe wiosłować
pod karą chłosty, to przybędzie im masy mięśniowej, czy tego chcą czy nie. Ale jak się kogoś zmusza do nauki pod
karą stopnia czy zawiedzionych oczekiwań rodziny, to mu dużo wiedzy nie przybędzie. A jak przybędzie, to tylko na
chwilę. Wie to każdy, kto rozumie biologiczne mechanizmy uczenia się.
To jak uczy się mózg?
- W naszym mózgu jest 100 mld neuronów, każdy może mieć do 10 tys. wypustek, tzw. dendrytów, którymi łączy się z
innymi komórkami. Tu zawsze trwa ruch. Miliony impuls ów nerwowych pędzą po skomplikowanej sieci neuronów. Gna
informacja. Jeśli jest ważna, zyskuje priorytet, puszczana jest po drodze uprzywilejowanej. Trasy najczęściej używane
są stabilne, solidne, mają wiele odnóg i rozjazdów. Dobrze odżywione, wzmacniane ciągłą dostawą nowych
neuroprzekaźników.
Jest też sporo wątłych ścieżek, które pojawiają się i nikną - dziś są, jutro ich nie będzie. Tu nie ma miejsca dla
nieużywanych tras. Tak działa pamięć. Każdy fakt, który chcemy w niej przechować, zapisuje się w na szym mózgu
nowym wzorcem połączeń między komórkami. Drogi używane i ważne na trwałe wbudowują się w sieć neuronalną.
Błahe, źle utrwalone ślady pamięciowe giną - ścieżki dostępu do nich są wymazywane i zapominane.
Co decyduje o tym, co ważne, a co nieznaczące?
- Zdecydowanie inne mechanizmy niż te, które zapisane są w podstawach programowych i planach szkolnego
nauczania. To dlatego bez trudu jesteśmy w stanie przywołać z pamięci wyniki meczów piłkarskich ulubionych klubów
na pięć lat wstecz, a z takim wysiłkiem wydobywamy z niej - o ile w ogóle nam się to udaje - wzór potrzebny do
obliczenia pola trójkąta.
Jak to zmienić?
- Wystarczy zrozumieć mechanizmy, które sterują naszym zainteresowaniem i uwagą. Tu główną rolę odgrywa
dopamina. To mózgowy hormon, neuroprzekaźnik, który odpowiada za utrzymywanie naszej uwagi oraz stymuluje
komórki w układzie nagrody. Gdy zalewa ów układ - mózg odczuwa przyjemność. Gdy jej brak - zaczyna się jej
domagać. W ten sposób, dostarczając mózgowi przyjemności, poszukujemy wciąż nowych wrażeń, które powodują
uwolnienie się dopaminy. Wysoki poziom dopaminy pojawia się w mózgu, kiedy skupiamy uwagę na jakimś nowym
bodźcu. Kiedy się uczymy. Bo nasze neurony "lubią" przetwarzać informacje, doznania. Poszukują ich. Muszą na
czymś skupiać uwagę. Gdy zaspokajamy tę potrzebę, są zadowolone.
Nie każdy jednak bodziec godzien jest takiej samej uwagi. Nie każdy uwolni falę dopaminy i sprawi mózgowi
przyjemność.
Czego potrzeba, by tak się stało?
- Trzech rzeczy: emocji, akcji i zaangażowania wielu zmysłów naraz. Czy zatem naszemu mózgowi sprawi
przyjemność przydługi wykład? Zbiór suchych faktów przygotowanych przez nauczyciela do zapamiętania? Na jak
długo zostanie dzieciom w głowie lekcja, w której ich główną aktywnością było wpisywanie brakujących liter w puste
miejsca lub przeklejanie naklejek z lewa na prawo?
Uczenie się jest procesem poznawczo-emocjonalnym. A efektywność nauczania zależy przede wszystkim od
motywacji ucznia, czasu poświęconego danemu zagadnieniu i głębokości przetwarzania informacji.
Im więcej struktur w mózgu podczas uczenia się zostaje pobudzonych, tym lepiej?
- Im częściej poszczególne neurony są aktywowane, tym lepiej omawiane treści zostają zapisane w pamięci.
Manipulując informacjami, przetwarzając je i używając w różnych kontekstach, uzyskujemy efekt trwałego zapisania w
pamięci bez konieczności uciążliwych i nielubianych powtórzeń.
Tymczasem większość szkolnej wiedzy używa tylko jednego kanału przekazu: werbalnego. Sadzamy dzieci w
ławkach i mówimy do nich, oczekując, że potok słów, którym je zalewamy, przełoży się na pokłady wiedzy w ich
mózgach. Nic bardziej błędnego.
Nauczanie musi pobudzać jak największą liczbę zmysłów. Włączać wzrok, tak samo jak słuch, dotyk, a najlepiej
jeszcze węch czy smak. No i ruch.
Ruch? Ma być więcej WF-u?
- Aktywność fizyczna powoduje tworzenie się w mózgu, zwłaszcza w obszarach związanych z funkcjami
poznawczymi, substancji zwanej czynnikiem wzrostowym mózgu, to "odżywka dla neuronów". Ruch polepsza także
koordynację ręka - oko, rozwija wyobraźnię przestrzenną i wzmacnia połączenia między półkulami mózgu, co
przyspiesza przepływ informacji. Dlatego czasem najlepszą terapią na dysleksję jest gra w piłkę. Gra rozwija też
wyobraźnię przestrzenną, czyli struktury, które są ważne do rozumienia matematyki.
Matematyka - czy to dla większości z nas nie jest koszmar dzieciństwa?
- Bo jest nauczana całkiem wbrew mózgowi. Nasze mózgi nie są maszynami stworzonymi do zapisywania danych.
Jeśli są zmuszone do robienia tego, działają z małą efektywnością i niechętnie. Są za to świetne w przetwarzaniu
danych i wyciąganiu z nich ogólnych reguł. Mózgi potrzebują wielu dobrych przykładów. Jeśli je dostają, to reguły
tworzą sobie same. Jeśli zaś te reguły podamy im gotowe, to zabieramy mózgom możliwość zrobienia tego
samodzielnie. Zmuszamy mózgi do płytkiego przetwarzania, które nie tworzy trwałych śladów.
To jak skłonić mózg do przetwarzania głębokiego?
- Wiedza ma swoją architekturę. Wszystko musi być tak zbudowane jak dom. Musi mieć fundament, na nim ściany, w
nich okna. Ten fundament to są doświadczenia cielesne. Fizyczne doświadczanie ś wiata. Nie uczymy się pojęć przez
definicje. Żadna mama nie mówi dziecku, co to znaczy "ciepłe", "miłe". To się czuje przez kontekst sytuacyjny.
Dziecko siedzi w wannie i dolewamy ciepłej wody, mówiąc "ciepła woda, nie za gorąca?" I dziecko zaczyna rozumie ć,
co to jest ciepło. Tak właśnie powinniśmy nauczać matematyki: tu ważne jest doświadczanie świata i manipulacja
konkretami - dopiero na tej bazie możemy budować rozumienie abstrakcji. W nauczaniu - każdego przedmiotu ważne są też emocje. To markery naszej pamięci. Dobra szkoła musi dostarczać przeżyć.
Czasem dostarcza ich aż za dużo. Dzieci boją się szkoły.
- Przy przeżywaniu bardzo silnych negatywnych emocji następuje blokada intelektualna. Nauczyciel, który wywołuje
wysoki poziom stresu, blokuje proces uczenia się. Tymczasem pozytywne emocje ułatwiają zapamiętywanie. Mózg
musi mieć też poczucie sensu.
Trzeba dzieciom tłumaczyć, po co się uczą?
- Nie o to chodzi. Uczenie się jest naturalną cechą mózgu. Ale może on przetwarzać tylko te impulsy, k tórym potrafi
nadać znaczenie. A nadajemy znaczenie w stosunku do swoich poprzednich doświadczeń. Dzieci, jak czegoś nie
potrafią zrozumieć, mówią, że nie chcą tego robić, że to nudne, głupie. Mózg ciągle pyta: "po co mi to?" Ma głęboką
potrzebę sensu. I jak słyszy: "Dziś będą zaimki dzierżawcze", pyta: "pasjonują cię zaimki dzierżawcze?" Nie. No to się
nie włącza. Albo układ wydalniczy wypławka białego. Ciekawi cię?
Ale podręczniki są pełne takich rzeczy.
- Czasem z kolegami wyszukujemy w podstawie programowej pytania, których sensu nie widzimy. Czym się
charakteryzuje pirenoid i gdzie jest? Czym się różnią gleukofity od eugleny? I piszemy do profesorów z naszego
uniwersytetu, by nam powiedzieli, dlaczego każdy człowiek powinien to wiedzieć. Bo mamy nauczyć tego dzieci. Jeśli
nie znajdziemy argumentów, w jakim celu - to możemy być pewni, że ich mózg się nie włączy.
Tymczasem świat wokół nas jest taki fascynujący, pełen niezwykłych rozwiązań, a my w szkole mówimy o tym, jakby
to było coś oczywistego.
Trzeba umieć dziwić się światu. Większość z nas jest wyprana z tego zdziwienia.
- Bo wszyscy skończyliśmy szkołę. A mózgi najlepiej uczą się przez modelowanie, naśladowanie - do tego służy im
grupa tzw. neuronów lustrzanych, które skłaniają nas do naśladowania zachowań innych. A więc znudzony naucz yciel
nie zainteresuje uczniów lekcją.
Nie dość, że znudzony, to jeszcze gnający z programem...
- A neurony uczą się powoli. Im więcej razy coś powtórzysz i im różny będzie kontekst tych powtórzeń, tym lepiej
zostanie utrwalone. Jeśli pięć dni nie mamy kontaktu z tym, czego się uczyliśmy, zapominamy do 80 proc. materiału.
Dlatego uczenie czegoś raz w tygodniu mija się kompletnie z celem. Powtarzanie jest matką wiedzy - mawiali
starożytni. Neurofizjolodzy przyznają im rację. Trawa nie rośnie szybciej przez to, że się za nią ciągnie.
W mózgu nie ma drogi na skróty?
- Tylko praca wykonana przez dany mózg skutkuje zmianami. Ja nie mogę czegoś zrobić za kogoś, żeby mu się na
neuronie pojawił nowy dendryt. Ja mogę stwarzać warunki, ale pracę każdy musi wykonać sam.
Mamy dzieciom nie ułatwiać?
- Jeśli zbyt ułatwiamy, to paradoksalnie utrudniamy mózgom uczenie się. Zeszyty ćwiczeń, w których jest "połącz,
pokoloruj, wstaw, wklej" to jest najpłytsze przetwarzanie, jakie może być. Dziecko to robi, czas mija, ale ślad
pamięciowy jest tak płytki, że zaraz zniknie.
Czy po tym wszystkim już pani rozumie, dlaczego poloniści, nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej czy matematycy,
powinni się interesować synapsami, neuroprzekaźnikami, dendrytami?...
* Dr Marzena Żylińsk a - zajmuje się metodyk ą i neuropedagogik ą. Pracuje na Uniwersytecie Adama Mick iewicza w
Poznaniu. Autork a k siążk i "Neurodydak tyk a. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi". Prowadzi blog poświęcony
tej tematyce.
Download

Neurony w szkolnej ławce