a1601.qxd
2010-04-10
21:29
Page 1
Ten przeklęty Katyń!
TYGODNIK
www.angora.com.pl
ISSN 0867 8162 Nr indeksu 378739 K 45850
wap.angora.com.pl
PRZEGLĄD
PRASY
KRAJOWEJ
I ŚWIATOWEJ
Nakład: 492 027 egz.
Nr 16 (1035)
Rok XXI 18 kwietnia 2010 r.
Cena 3,50 zł (w tym 7 % VAT)
Fot. East News (14), P. Krzywicki/Forum (1). Opracowanie Katarzyna Zalepa
USA – 3.00 USD; CANADA – 3.10 CAD; EUROPA – 1.50 EUR, UK – 1.80 GBP
WARSZAWA-CHICAGO-DORTMUND-TORONTO-NOWY JORK
10 kwietnia o godz. 8.56 w lesie pod Smoleńskiem rozbił się prezydencki samolot.
Zginęło 96 osób. Lecieli oddać hołd pomordowanym w Katyniu – czytaj str. 2-12
a1602-04.qxd
2010-04-10
21:56
2
Page 2
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
10 kwietnia o godzinie 8.56 w katastrofie samolotu prezydenckiego...
Zginęli w drodze do Katynia
Lech Kaczyński – prezydent
Polski, urodzony 18 czerwca
1949 roku, (znak zodiaku – Bliźnęta). Prezes NIK w latach
1992-1995, minister sprawiedliwości w rządzie Jerzego Buzka
w latach 2000-2001, prezydent
Warszawy w latach 2002-2005,
współzałożyciel PiS i jego
pierwszy prezes. Doktor habilitowany nauk prawnych, specjalista w zakresie prawa pracy.
Brat Jarosława, ojciec Marty
i dziadek Martyny i Ewy.
Maria Kaczyńska – żona
prezydenta. Z wykształcenia
ekonomistka. Jako Pierwsza
Dama prowadziła szeroką działalność charytatywną i społeczną, angażowała się w wiele akcji na rzecz kobiet. Pochodziła
emigracji w Wielkiej Brytanii.
22 grudnia 1990 r. przekazał insygnia władzy prezydenckiej Lechowi Wałęsie w dniu jego zaprzysiężenia na prezydenta III RP.
Krzysztof Putra – wicemarszałek Sejmu. Urodzony 4 lipca
1957 r. (zodiakalny Rak). Jeden
ze
współzałożycieli
PiS.
W 2007 r. przed przedterminowymi wyborami do sejmiku wo-
jewództwa na Podlasiu obiecał,
że jeżeli wybory wygra Prawo
i Sprawiedliwość, zgoli swoje
charakterystyczne wąsy. Wybory wygrało PiS i Krzysztof Putra
dotrzymał obietnicy. Żonaty,
ośmioro dzieci.
Jerzy Szmajdziński – wicemarszałek Sejmu. Urodzony
9 kwietnia 1942 roku (zodiakalny
Baran), dzień wcześniej świętował urodziny. Jeden z czołowych
z rodziny wileńskich repatriantów, jeden z jej wujów zginął
w Katyniu. Matka Marty, babcia
Martyny i Ewy.
Ryszard
Kaczorowski
– ostatni prezydent RP na
uchodźstwie. Urodzony 26 listopada 1919 r. (zodiakalny Strzelec). Aresztowany w 1940 r.
przez NKWD, skazany na karę
śmierci, zamienioną na dziesięć
lat łagrów. Był wywieziony na
Kołymę. Walczył pod Monte
Cassino. Po wojnie pozostał na
zajmował stanowisko kierownika wydziału i dyrektora Biura
Kadr Ministerstwa Spraw
Zagranicznych. W latach
1994-1998 pełnił funkcję ambasadora Polski w Hadze w Holandii, a w latach 1999-2004
– ambasadora Polski w Wielkiej
Brytanii.
Mariusz Handzlik – podsekretarz stanu Kancelarii Prezydenta Rzeczypospolitej Pol-
polityków lewicy, w Sejmie od
1985 do 1989 i ponownie nieprzerwanie od 1991 r., były minister obrony, kandydat SLD na
prezydenta. Żonaty, dwoje
dzieci.
Krystyna Bochenek – wicemarszałek Senatu. Urodzona
30 czerwca 1953 roku (zodiakalny Rak) absolwentka filologii
polskiej Uniwersytetu Śląskie-
cji 2001-2006 i 2007-2009, minister obrony narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego.
Z wykształcenia prawnik.
Paweł Wypych – sekretarz
stanu w Kancelarii Prezydenta.
Ur. 20 lutego 1968 roku (znak
zodiaku – Ryby). Ukończył studia w Instytucie Profilaktyki Spo-
go. Od 1976 roku dziennikarka
i publicystka Polskiego Radia
Katowice, w latach 2002-2004
dyrektor kreatywny Radia Katowice. Bezpartyjna. Twórczyni
ogólnopolskiego Dyktanda
i pomysłodawczyni imienin Krystyny obchodzonych hucznie
przez znane Krysie z całego
kraju. W 2005 roku, z najwyższym wynikiem w kraju
(53,28%), została wybrana z listy Platformy Obywatelskiej do
Senatu VI kadencji. Mężatka,
dwoje dzieci.
Władysław Stasiak – szef
Kancelarii Prezydenta RP. Urodzony 15 marca 1966 (znak zo-
diaku – Ryby). Był ministrem
spraw zagranicznych w rządzie
Jarosława Kaczyńskiego, były
szef BBN. Żonaty.
Aleksander Szczygło – szef
Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Ur. 27 października 1963
roku (zodiakalny Skorpion). Poseł na Sejm w pierwszej kaden-
łecznej i Resocjalizacji oraz na
Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Były wiceminister pracy i prezes ZUS,
w Kancelarii Prezydenta od
2009 roku. Żonaty, dwoje dzieci.
Stanisław Jerzy Komorowski – podsekretarz stanu
w MON. Urodzony 18 grudnia
1953 r. (zodiakalny Strzelec)
– dyplomata, fizyk, były wiceminister spraw zagranicznych, od
26 listopada 2007 r. podsekretarz stanu w Ministerstwie
Obrony Narodowej. W 1991
skiej od 9 października 2008 r.
Urodzony 11 czerwca 1965
w Bielsku-Białej (zodiakalna
Waga). Odpowiedzialny za
politykę zagraniczną. Magister socjologii ze specjalizacją
stosunki międzynarodowe,
ukończył Wydział Nauk Społecznych Katolickigo Uniwersytetu Lubelskiego. Ojciec
trojga dzieci: córki – Julia oraz
Iwona, syn – Jan.
Andrzej Kremer – podsekretarz stanu w MSZ. Urodzony
8 sierpnia 1961 r. (zodiakalny
Lew). Absolwent Wydziału Pra-
wa i Administracji Uniwersytetu
Jagiellońskiego (1984 r.).
W 1993 r. obronił pracę doktorską na Wydziale Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego i uzyskał
stopień doktora nauk prawnych.
Tomasz Merta – polski
urzędnik państwowy, historyk
myśli politycznej, publicysta,
a1602-04.qxd
2010-04-10
21:56
Page 3
3
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
kratycznej w PRL-u, polityk.
Urodzony 9 maja 1951 r. w Lublinie (zodiakalny Byk).
Tadeusz Stefan Płoski – ur. 9
marca 1956 r. w Lidzbarku Warmińskim (zodiakalny znak Ryb) –polski
duchowny katolicki, dziekan Nadwiślańskich Jednostek Wojsko-
w latach 2005-2010, podsekretarz stanu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego
oraz generalny konserwator zabytków. Urodzony 7 listopada
1965 r. (zodiakalny Skorpion).
Maciej Płażyński – polski
prawnik, polityk, wojewoda
gdański w latach 1990-1996,
marszałek Sejmu w latach
1997-2001, jeden z założycieli
i były przewodniczący Platformy Obywatelskiej oraz jej klubu
parlamentarnego, poseł na
Sejm III, IV i VI kadencji, senator
i wicemarszałek Senatu VI kadencji. Urodzony 10 lutego
1958 r. (zodiakalny Wodnik).
Mariusz Kazana – dyrektor
Protokołu Dyplomatycznego.
Urodzony 5 sierpnia 1960 r.
suwnicy. Za niezależną działalność związkową została dyscyplinarnie zwolniona z pracy
7 sierpnia 1980 r., gdy brakowało jej 5 miesięcy do emerytury. Decyzja dyrekcji wywołała
14 sierpnia strajk, w czasie którego powstał NSZZ „Solidarność”, a Walentynowicz i zwolnionego niedługo potem Lecha
Wałęsę przywrócono do pracy.
Andrzej Przewoźnik – sekretarz generalny Rady Ochrony Pa-
Parlamentarzyści:
sta, od 2007 r. prezes Narodowego Banku Polskiego. Urodzony 10 maja 1963 r. w Katowicach (zodiakalny Byk).
Janusz Marek Kurtyka – polski historyk, dr hab. nauk historycznych, od 2005 r. prezes
wych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, dziekan
Biura Ochrony Rządu, biskup polowy Wojska Polskiego, generał dywizji Wojska Polskiego, doktor habilitowany nauk prawnych, profesor
nadzwyczajny Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, tamże kierownik Katedry Prawa Administracyjnego i Nauki o Administracji,
członek Rady Ochrony Pamięci
Walk i Męczeństwa.
Mirosław Miron Chodakowski, oficjalny tytuł w PAKP: Jego
Ekscelencja Najprzewielebniejszy Miron, arcybiskup hajnowski, prawosławny ordynariusz
mięci Walk i Męczeństwa. Urodzony 13 maja 1963 r. (zodiakaly Byk)
– historyk, działacz państwowy.
Janusz
Kochanowski
– rzecznik praw obywatelskich.
Urodzony 18 kwietnia 1940 r.
Instytutu Pamięci Narodowej.
Urodzony 13 sierpnia 1960 r.
w Krakowie (zodiakalny Lew).
Janusz Krupski – polski historyk, działacz opozycji demo-
w Bydgoszczy (zodiakalny Lew).
Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.
Anna Walentynowicz – działaczka Wolnych Związków Zawodowych, Dama Orderu Orła
Białego. Urodzona 15 sierpnia
1929 r. w Równem (zodiakalny
Lew). Robotnica Stoczni Gdańskiej pracująca jako operator
ur. 8 września 1951 r. (zodiakalna Panna) w Koniuszowej koło
Nowego Sącza – polski dowódca wojskowy, oficer Wojsk Lądowych. Żonaty, dwoje dzieci.
Przez krótki czas był sprawozdawcą sportowym w Polskim Radiu.
Sławomir Stanisław Skrzypek – polski inżynier, ekonomi-
w Częstochowie (zodiakalny
Baran). Ukończył studia na Wydziale Prawa i Administracji
Uniwersytetu Warszawskiego.
Żonaty, dwoje dzieci.
Piotr Nurowski – prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Urodzony w 1945 r. W 1967 r.
ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.
Wojska Polskiego. Urodzony
21 października 1957 r. w Białymstoku (zodiakalna Waga).
ks. ppłk Adam Pilch – ur.
26.06.1965 r. w Wiśle (zodiakalny
Rak),
ordynowany
15.07.1990 r. w Sorkwitach.
1990-93 – wikariusz parafii Świętej Trójcy w Warszawie; 1993-95
– administrator parafii Wniebowstąpienia Pańskiego w Warszawie, a od 1996 r. proboszcz
tej parafii; od 1999 r. zastępca
ewangelickiego biskupa wojskowego; od 2000 r. – dziekan
Wojsk Lądowych. Żonaty z Kornelią z d. Lerch, ojciec Emy (6).
ks. ppłk Jan Osiński – Ordynariat Polowy Wojska Polskiego
gen. Franciszek Gągor
– szef Sztabu Generalnego WP,
Leszek Deptuła (PSL) – ur.
25 lutego 1953 w Żaganiu
(znak zodiaku – Ryby). Żonaty,
dwóch synów: Tomasz, który
ukończył studia z zakresu biotechnologii i pracuje w firmie
farmaceutycznej, oraz Michał,
który jest studentem Wydziału
Prawa na Uniwersytecie Marii
Curie-Skłodowskiej w Lublinie.
Grzegorz Dolniak (PO)
– ur. 17 lutego 1960 w Będzi-
nie (zodiakalny Wodnik). Żonaty (żona Barbara), ma córkę Patrycję.
Grażyna Gęsicka (PiS) – dr
nauk humanistycznych. Ur. 13
grudnia 1951 w Warszawie
(zodiakalny Strzelec). W wyborach parlamentarnych w 2007
uzyskała mandat poselski,
kandydując z listy Prawa
i Sprawiedliwości w okręgu
rzeszowskim. 6 stycznia 2010
4
a1602-04.qxd
2010-04-10
21:56
4
Page 4
KATYŃ 2010
Zginęli w...
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
wielu publikacji z zakresu historii, polityki i kultury oraz scenariuszy filmów dokumentalnych.
Jolanta Szymanek Deresz
(KP Lewica) – ur. 12 lipca 1954
3
Stanisław Zając (PiS) ur.
1 maja 1949 w Święcanach
objęła stanowisko przewodniczącego Klubu Parlamentarnego PiS.
Przemysław
Gosiewski
(PiS) – ur. 12 maja 1964 r.
Zbigniew
Wassermann
(PiS) – ur. 17 września 1949
w Krakowie (zodiakalna Panna)
polityk, prawnik, prokurator.
Członek Rady Ministrów w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza,
w Przedborzu (zodiakalny Rak)
Mężatka, ma córkę Katarzynę.
Wiesław Woda (PSL) ur.
17 sierpnia 1946 w Paleśnicy
(zodiakalny Byk), polityk, adwokat, senator RP
Przedstawiciele Sił
Zbrojnych RP:
w Słupsku (zodiakalny Byk).
Przewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS. Przemysław
Gosiewski był mężem posłanki V kadencji Małgorzaty Gosiewskiej; ma z nią syna Eryka.
Z obecną żoną, Beatą, ma
dwoje dzieci.
Sebastian Karpiniuk (PO) –
ur. 4 grudnia 1972 w Kołobrze-
a następnie w rządzie Jarosława
Kaczyńskiego,
poseł
na
Sejm IV, V i VI kadencji.
Aleksandra
Natali-Świat
(PiS) – ur. 20 lutego 1959
w Obornikach Śląskich (zodiak
Ryby). 12 stycznia 2008 została
wybrana na wiceprezesa Prawa
i Sprawiedliwości.
Arkadiusz Rybicki (PO) – ur.
12 stycznia 1953 w Gdyni
(zodiakalny Koziorożec). Autor
gu (zodiakalny strzelec) polityk
i prawnik, poseł na Sejm.
Izabela Jaruga-Nowacka
(KP Lewica) – ur. 23 sierpnia
1950 w Gdańsku (zodiakalny
Lew). Matka dwóch córek –
Barbary i Katarzyny, żona profesora Jerzego Nowackiego,
rektora Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych w Warszawie.
(zodiakalny Lew), inżynier rolnik, poseł na Sejm RP.
Edward Wojtas (PSL). ur.
1 marca 1955 w Wólce Modrzejowej (znak zodiaku – Ryby) żona
Alina, dwie córki: Monika – mgr
ekonomii UMCS, Małgorzata
– mgr prawa UMCS. Na jego stronie internetowej wciąż są wielkanocne życzenia: „Spokoju ducha,
wiary w Boga i ludzi, umiejętności
dostrzegania pięknego świata”.
Janina Fetlińska – senator
RP (PiS) – ur. 14 czerwca 1952
w Tuligłowach (znak zodiaku –
Bliźnięta). Mąż Włodzimierz jest
inżynierem mechanikiem, syn
Bartosz Witold jest studentem
Wydziału Elektroniki i Technik
Informacyjnych Politechniki
Warszawskiej.
GEN. BRONI Bronisław
Kwiatkowski – dowódca Sił
Operacyjnych. Urodzony 5 maja
1950 (zodiakalny Byk) – generał
broni, oficer wojsk pancernych
i powietrzno-desantowych.
GEN. Andrzej Błasik – dowódca Sił Powietrznych. Urodzony 11 października 1962 w Poddębicach (zodiakalna Waga)
– generał broni, pilot Wojska Polskiego, od 19 kwietnia 2007 dowódca Sił Powietrznych. Żonaty,
dwoje dzieci
GEN. Tadeusz Buk – dowódca Sił Lądowych ur. 15 grudnia
1960 (zodiakalny Strzelec)
w Mójczy, woj. świętokrzyskie,
generał dywizji. Od września
2009 dowódca Wojsk Lądowych
Rzeczypospolitej Polskiej
GEN. Wojciech Potasiński
– dowódca Wojsk Specjalnych
urodzony 31 lipca 1956 roku
w Czeladzi (zodiakalny Lew).
Wiceadmirał Andrzej Karweta – dowódca Marynarki Wojennej. Urodzony 11 czerwca 1958
roku w Jeleniu (zodiakalny Bliźniak) – oficer dyplomowany polskiej Marynarki Wojennej w stopniu wiceadmirała na etacie admirała floty, magister inżynier nawigator. Żonaty, dwie córki i syn
GEN. Kazimierz Gilarski
– dowódca Garnizonu Warszawa. Urodzony 7 maja 1955 w Rudołowicach (zodiakalny Byk).
Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych im. T. Kościuszki we Wrocławiu. Żonaty, córka i syn.
Zginęli również: Joanna
Agacka-Indecka, Ewa Bąkowska, Anna Maria Borowska, Bartosz Borowski, Czesław Cywiński, Zbigniew
Dębski, Katarzyna Doraczyńska, Edward Duchnowski,
Aleksander Fedorowicz, Jarosław Florczak, Artur Francuz, Bronisław Gostomski,
Roman Indrzejczyk, Paweł
Janeczek, Dariusz Jankowski, Józef Joniec, Stanisław
Nałęcz-Komornicki, Paweł
Krajewski, Zdzisław Król, Andrzej Kwaśnik, Wojciech Lubiński, Tadeusz Lutoborski,
Barbara Mamińska, Zenona
Mamontowicz-Łojek, Stefan
Melak, Stanisław Mikke, Janina Natusiewicz-Mirer, Piotr
Nosek, Bronisława Orawiec-Loeffler, Katarzyna Piskorska, Ryszard Rumianek, Andrzej Sariusz-Skąpski, Wojciech Seweryn, Leszek Solski, Jacek Surówka, Izabela
Tomaszewska, Marek Uleryk,
Teresa Walewska-Przyjałkowska, Janusz Zakrzeński,
Gabriela Zych, Dariusz Michałowski, Agnieszka Więcławek-Pogródka
Członkowie załogi: kapitan
Arkadiusz Protasiuk, członek
załogi Robert Grzywna, członek załogi Andrzej Michalak,
członek załogi Artur Ziętek,
stewardesa Barbara Maciejczyk, stewardesa Natalia Januszko, stewardesa Justyna
Moniuszko.
Zdjęcia: Piotr Kamionka/
Ag. Fot. Angora, Reporter,
Forum, East News, PAP
Żelichowski miejsce w samolocie oddał koledze
„Czuję się podwójnie dobity”
Rządowym samolotem TU-154, który rozbił się pod Smoleńskiem, miał lecieć Stanisław Żelichowski z Polskiego Stronnictwa
Ludowego. Poseł nie poleciał, a swoje miejsce odstąpił koledze.
– Czasami los ludzki jest poplątany. Nigdy nie da się wszystkiego przewidzieć. Kolega bardzo chce... Czuję się podwójnie dobity – powiedział poseł w rozmowie z TVN.
Żelichowski nie powiedział, kim był jego kolega. – Ja byłem
w Katyniu. Umożliwiłem mu wylot za mnie – mówił przez łzy.
Poseł dodał, że zginął kwiat polskiego kierownictwa. – Musimy
teraz godnie się zachowywać. I godnie ich pożegnać – zakończył.
(TVN 24)
a1605.qxd
2010-04-10
21:27
Page 1
NA SKRÓTY...
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Przeczytane
PRZED WIZYTĄ LECHA KACZYŃSKIEGO
W KATYNIU
Tygodnik „Wprost” podał za dziennikiem „Wriemia Nowostiej”, że potrzeba
zorganizowania powtórnej ceremonii
w Katyniu pojawiła się u polskiego prezydenta Lecha Kaczyńskiego po tym,
gdy dowiedział się, że Donald Tusk
przyjął zaproszenie Władimira Putina do
wspólnego odwiedzenia Katynia (...).
Służby protokolarne musiały się sporo
napracować, aby znaleźć wyjście z niezręcznej sytuacji, powstałej z powodu
rywalizacji wewnątrz polskich elit politycznych. W efekcie w Warszawie postanowiono zorganizować podróże premiera i prezydenta w różne dni”.
***
„Rosyjski premier zaprosił polskiego,
ale prezydent Dmitrij Miedwiediew nie
wystosował podobnego zaproszenia
do Lecha Kaczyńskiego. I według źródeł w rosyjskim MSZ – wystosować nie
zamierzał. A jednak polski prezydent
chciał przybyć do Katynia. – Kaczyński
może przyjechać. Ale nikt nie będzie się
z nim spotykał (...)” – mówiła zaprzyjaźniona z „Newsweekiem” osoba w rosyjskim MSZ (...). Gest dobrej woli ze strony rosyjskich władz mógł więc zamienić
się w międzynarodowy skandal. – Pojawia się podejrzenie, że Putin próbował
doprowadzić do konfliktu między polskim premierem a prezydentem – mówi
Krzysztof Bobiński, szef Fundacji Unia &
Polska (...). Na Kaczyńskiego Kreml od
dawna miał alergię. Wystarczy wymienić tylko kilka niedawnych utrapień, których ten mu dostarczył. Najpierw wspólne wystąpienie z Micheilem Saakaszwilim na mityngu w Tbilisi podczas wojny
z Osetią Południową. Ubiegłej jesieni
partia Kaczyńskiego wniosła pod obrady Sejmu projekt uchwały z okazji 70.
rocznicy okupacji przez wojska sowieckie wschodniej Polski. W tekście działania Armii Czerwonej nazwano ludobójstwem (...)”.
***
„Gazeta Wyborcza” dowiedziała się,
że Moskwa zaproponowała Polsce
uprzywilejowaną pozycję na uroczystości 9 maja, podczas obchodów rocznicy zakończenia II wojny światowej na
placu Czerwonym. Prezydent Lech Kaczyński miał zajmować honorowe eksponowane miejsce. Nasi żołnierze mieli
defilować tuż za rosyjskimi, przed reprezentacjami pozostałych aliantów – ponoć dostali nawet już marsze, które będą grane w Moskwie, by ćwiczyli w ich
takt odpowiedni krok.
W ten sposób władze Rosji chciały
wpłynąć na naszego prezydenta, by jego przemówienie w Katyniu nie miało
antyrosyjskich akcentów. „W taki sposób Polska nie była traktowana na uroczystościach w Moskwie od czasów radzieckich. Wtedy nasz kraj tradycyjnie
zajmował drugie miejsce po ZSRR ze
względu na nasz wkład w II wojnę światową i to, że polskie wojsko było drugą
co do wielkości armią Układu Warszawskiego (...)”.
EWA WESOŁOWSKA
Obejrzane
WSPOMNIENIE PRZYJACIELA
Bardzo bym chciał, żeby zamilkły
spory polityczne, żeby to było jakieś
katharsis, że politycy się obudzą, że te
ich spory, często brutalne, marginalne,
małe, płaskie, ustąpią miejsca normalnemu dialogowi. Przestanie się narzucać swoje poglądy, jak się ma jeden
głos więcej, a zacznie się budować
consenss. Chciałbym, żeby to nieszczęście nas w jakiś sposób zjednoczyło jako naród wokół polskiej racji
stanu. Wokół tych wartości, które reprezentował Lech Kaczyński – tradycja
historyczna, polityka międzynarodowa,
idea solidaryzmu. O tym trzeba pamiętać. Odejście Lecha Kaczyńskiego nie
zwalnia nas z tego (…).
Dla młodych pokoleń to nauka, że
są rzeczy zasadnicze, a to, czym się
zajmujemy na co dzień, to często są
głupstwa, w które nie warto angażować swoich ambicji, swoich namiętności (…).
Bardzo bym chciał, żeby się zmienił
sposób postrzegania polityków. To byłaby jakaś sensowna odpowiedź na to
tragiczne doświadczenie, które nas
spotkało. Mam nadzieję, że część polityków zrozumie, że poszli za daleko.
Już dzisiaj zmienia się stosunek
do Leszka Kaczyńskiego. Już nie jest
jak zwykle filmowany od dołu, deformowany, to już jest nawet sympatyczny prezydent Rzeczypospolitej Polskiej. Nawet to się zmieniło.
Leszka
Kaczyńskiego
znam
od 1978 roku. To było takie śmieszne,
przypadkowe spotkanie. Obchodziliśmy wtedy z KOR-em 60. rocznicę odzyskania niepodległości. Przygotowaliśmy cały memoriał w sprawie obchodów. Cały KOR, włącznie ze starszym
państwem, miał to kolportować
po wyjściu z katedry. Ja wtedy miałem
dostarczyć te ulotki. Od razu miałem
na plecach całą obstawę, która nie
ukrywając się, szła za mną do autobusu i z autobusu. Ja tu miałem 10.000
ulotek. Nie wiadomo było, co z tym
zrobić. Stanąłem przed kościołem, oni
za mną. Ludzie zaczęli o 10 wychodzić
ze mszy. W pewnej chwili rzuciłem się
w ten tłum, on się za mną zamknął
i tamci nie zdołali się przedrzeć. Wszedłem do bocznej nawy i patrzę – stoi
Jarek. Pracowaliśmy z nim w Komisji
Interwencji. Dając mu te teczki, mówię: – Ja mam tu pełną obstawę, namierzyli mnie. Postaraj się dostarczyć
to do kościoła św. Marcina. Za 5-7 minut Jarek się zjawia, oddaje mi te teczki i mówi: – Ja nie jestem Jarek, ja jestem Leszek. Nawet nie wiedziałem, że
Jarek ma brata bliźniaka. Wtedy
znacznie mniej się różnili.
Wicemarszałek Senatu Zbigniew
Romaszewski o Lechu Kaczyńskim
TVP 1, 10.04.2010.
A.B.
Usłyszane
PREZYDENT MACEDONII TEŻ
ZGINĄŁ W KATASTROFIE LOTNICZEJ
26 lutego 2004 roku w Bośni i Hercegowinie w katastrofie lotniczej zginął
prezydent Macedonii Boris Trajkovski.
Delegacja Macedonii udawała się do
Mostaru na konferencję ekonomiczną,
na której miało dojść do zainicjowania
macedońskich starań o przyjęcie do
Unii Europejskiej. 13-miejscowy samolot prezydencki Beechcraft 200 Super
King Air rozbił się przy słabej widoczności (mgła i deszcz) o wzgórze w pobliżu miejscowości Huskovici i Rotimlja
15 km na południowy wschód od Mostaru. Akcję ratunkową utrudniało zaminowanie terenu katastrofy, pozostałość po wojnie serbsko-chorwackiej
z lat 90. Z 9 osób będących na pokładzie nikt nie przeżył katastrofy.
Trójka, 10.04.
FERALNA MASZYNA
Tu-154M to wdzięczny i dobry samolot, ale ma swoje prawidłowości
– mówi doświadczony pilot, były dowódca pułku specjalnego Tomasz
Pietrzak. To technologia z lat 60., tym
samolotem niemożliwy jest manewr
„touch and go” (dotknięcia kołami pasa i ponowny start), załoga musi mieć
informację, że warunki na lotnisku są
dobre – wyjaśnia. Tu-154M charakteryzuje się dużą prędkością przelotową,
dzięki znacznemu skosowi skrzydeł,
jednak ta sama cecha powoduje, że
stosunkowo wysoka jest także prędkość lądowania, co utrudnia lądowanie na krótkich pasach. W ostatnich latach w samolotach tego typu zdarzały
się usterki, opóźniające podróże i powodujące konieczność podstawienia
innych samolotów. W styczniu stwierdzona na ziemi usterka układu sterowania opóźniła odlot polskich ratowników z Haiti. W grudniu 2008 roku samolot, którym prezydent podróżował
po Bliskim Wschodzie, miał kłopoty ze
sterowaniem klapami. Także tę usterkę
stwierdzono na ziemi. Z Mongolii do
Japonii prezydent poleciał z kilkugodzinnym opóźnieniem wyczarterowanym samolotem. W 2004 roku Tu-154M, którym podróżował premier
Marek Belka, miał kłopoty na lotnisku
w chińskim Kunming – usterkę miał
agregat rozruchowy jednego z silników, z którego zaczęły się wydobywać kłęby dymu. By kontynuować podróż, wyczarterowano inny samolot.
O wymianie wysłużonych samolotów
obsługujących najwyższe władze mówi się od lat 90. W ubiegłym roku premier Donald Tusk i minister obrony
Bogdan Klich zapowiadali rozwiązanie
polegające na wyczarterowaniu od
PLL LOT średnich samolotów pasażerskich.
RMF FM, Fakty, 10.04.
B.W.
5
Złapane w sieci
PRZEKLĘTE MIEJSCE
Internauci są wstrząśnięci tragedią,
która zdarzyła się w Smoleńsku. Na
wszystkich portalach internetowych pojawiły się tysiące komentarzy.
A tyle walczyli o organizację tych
obchodów... (~)
Po 70 latach znów kwiat polskiej
inteligencji zginął na ziemi katyńskiej.
(radzyn)
Katyń to miejsce przeklęte na ziemi
rosyjskiej. Teraz zebrał kolejne ofiary.
Po tej tragedii mam nadzieję, że nasi
politycy otrząsną się z bezsensownego
amoku sporów politycznych o byle co,
wyciszą się i już nigdy nie będzie takich
podziałów, jak chociażby ostatnie tragiczne obchody 70-lecia mordu katyńskiego, kiedy to były podwójne obchody dwóch obozów. Czas na prawdziwe
wyciszenie i rozsądek klasy politycznej.
Nie zrobiliśmy tego po śmierci Jana
Pawła II, zróbmy to teraz! (leliwa)
A jam mam nadzieję, że chociaż
podczas tygodnia żałoby nie będzie
żadnych podziałów politycznych. (katolik)
Ta tragedia na pewno zapisze się
w historii Polski. (inya_la _magica)
Przed niedzielą Miłosierdzia Bożego zmarł Jan Paweł II, a pięć lat później
też przed niedzielą Miłosierdzia Bożego zmarł tragicznie prezydent Polski
Lech Kaczyński. (kom)
Oby przykład śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego pociągnął młode
pokolenie Polaków ku prawdziwej miłości Ojczyzny. (maria 2001)
Nie wszystkich lubiłem, lecz
wszystkich bardzo mi żal. Trudno opisać ten smutek. Cześć ICH pamięci!
(wamar)
Byłem przeciwnikiem prezydenta,
nie lubiłem jego żony, nie znosiłem
wręcz Gosiewskiego. Niejednokrotnie
źle się o nich wypowiadałem i używałem obelg. Dzisiaj mówię przepraszam,
przebaczcie (...). (pietro)
Wielkich ludzi docenicie po ich
śmierci... (komes)
To jest wielka kompromitacja
wszystkich rządzących do chwili obecnej, przed całym światem. Od lewicy do
prawicy, a szczególnie kompromituje ta
tragedia premiera Tuska, który obiecywał zakup nowych samolotów dla prezydenta i rządu. I co? I nic! (karol)
Upchać osoby, pełniące najważniejsze funkcje w państwie do jednego samolotu to faktycznie dramat. (miszczu)
Wypadek CASY nikogo niczego
nie nauczył. (człowiek)
A ja, gdy słuchałem dzwonu Zygmunta, to słychać było, jak Zygmunt
płacze. (deszcz)
Nie wiem, co mam napisać, ale po
prostu nie chcę być sam... (rockon1)
www.interia.pl, www.onet.pl,
www.gazeta.pl
(bin)
a1606 MIKKE I SZPAKI.qxd
6
2010-04-10
PRZEGLĄD TYGODNIA
Trzy blogerki pięknie
pożegnały Prezydenta
RP Lecha Kaczyńskiego w salonie24. – Szkoda, że za życia wiele
dobrego o sobie nie usłyszał – napisała sławna Kataryna. Trafnie przewidując, jak sądzimy, orgię hipokryzji i pięknosłowia po Jego śmierci. – Już nikt Ci
nie ubliży – Ufka. – Żegnaj Mały, Wielki
Człowieku! – ifigenia.
Dyrdymały o polskiej polityce zagranicznej opowiadał w Sejmie Radosław
Sikorski. – Staliśmy się partnerem cenionym przez innych, krajem, o którego zdanie się pyta, którego rady się szuka. W Europie jest zapotrzebowanie na aktywny
wkład naszego kraju w rozwiązywanie
problemów, przed którymi stoi cały kontynent – plótł imperialnie. „Sukcesy” Zdradka to: gazociąg północny, faktycznie zamrożone stosunki z USA, brak Polaków
w dyplomacji UE, brak reakcji na represje
wobec Polaków na Białorusi, publiczne
poniżanie prezydenta RP etc.
Polskie wojsko, walczące w Afganistanie, nie ma ortopedów, chirurgów
i anestezjologów. I dlatego minister obrony Bogdan Klich (z zawodu psychiatra,
więc niepotrzebny) zawarł porozumienie
z władzami w Kijowie o wypożyczenie
ukraińskich lekarzy, którzy będą służyć
w szpitalu polowym w bazie Ghazni. Poza
tym słabo funkcjonuje tam ochrona kontrwywiadowcza, żołnierze dokupują sprzęt
na własny koszt, park transportowy to
złom.
CBA po raz kolejny odmówiło Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka podania
liczby podsłuchów. Zasłoniło się rutynowo tajemnicą państwową. Co do CBA nie
wiemy, ale za to krasnoludki doniosły
nam, że liczba podsłuchów zakładanych
przez ABW wzrosła z ok. 8 tys. w 2007 roku (pamiętamy! – państwo policyjne!) do
ok. 14-15 tys. w 2009 roku.
Ministerstwo Finansów zamierza
zmusić do „tajnej współpracy” portale
handlowe typu allegro.pl i ebay.pl. Pod
groźbą kar zażąda nazwisk, adresów
i numerów kont kupujących i sprzedających. W ściganiu osób niepłacących podatków ma pomóc tzw. biały wywiad
skarbowy. Wszyscy zarabiający w internecie mogą spodziewać się wzmożonych kontroli – przewiduje Krajowy Plan
Dyscypliny Podatkowej. Z allegro pewnie
się uda, ale minister mgr Rostowski chyba nie wie, że ebay jest firmą amerykańską i może jej skoczyć. To dziki kraj – Miro ma rację.
Adwokaci Putina zalęgli się w Kancelarii Premiera. Na jej stronie internetowej sfałszowano tekst Putina. – W tej ziemi leżą obywatele Rosji, którzy zostali
zniszczeni podczas Wielkiej Czystki lat
30., polscy obywatele, żołnierze, którzy
zostali zabici na rozkaz Stalina – brzmi
wersja adwokatów. Choć nazwisko Stalin
w przemówieniu NIE PADŁO. Za rubelki,
czy społecznie?
BOHDAN MELKA
ZBIGNIEW NATKAŃSKI
21:25
Page 2
FELIETONY NIEKONTROLOWANE
W DRODZE....
Janusz
Korwin-Mikke
Prezydent III Rzeczypospolitej z Małżonka nie żyją. Gdy Państwo to czytają,
z pewnością trwa żałoba narodowa,
ogłoszona przez zastępującego Prezydenta NCzc. Bronisława Komorowskiego, Marszałka Sejmu. Ironia losu: śp.
Lech Kaczyński jako Prezydent
nad’używał tej formy okazywania bólu
po stracie; tym razem jest ona jak najbardziej usprawiedliwiona. Składam tą
drogą wyrazy szczerego współczucia
pani Jadwidze Kaczyńskiej – i Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Wraz z Parą Prezydencką zginęło
całe dowództwo Wojska Polskiego:
gen. broni Bronisław KWIATKOWSKI (d-ca Operacyjny Sił Zbrojnych
RP), gen. Franciszek GĄGOR (Szef
Sztabu Generalnego WP), gen. broni
pil. Andrzej BŁASIK (d-ca Sił Powietrznych), gen. dyw. Tadeusz BUK
(d-ca Wojsk Lądowych), gen. dyw.
Włodzimierz POTASIŃSKI (d-ca
Wojsk Specjalnych RP), v-admirał Andrzej KARWETA (d-ca Marynarki Wojennej) i gen. bryg. Kazimierz GILARSKI (d-ca Garnizonu Warszawa). Chyba nigdy w historii żadnego państwa
żaden akt wojny nie zgładził CAŁEGO
dowództwa sił zbrojnych!!!
Wojsko, na szczęście, ma jasno
określoną hierarchię: miejsce dowódcy, który zginął, obejmuje zastępca
– i kierownictwo jest nienaruszone.
Trochę inaczej jest w świecie polityki...
W przypadku Prezydenta sprawa
jest jasna: zastępuje Go Marszałek
Sejmu. Na krótko: Art. 128 Konstytucji III Rzeczypospolitej w punkcie 2 powiada: (...) w razie opróżnienia urzędu
Prezydenta Rzeczypospolitej – [marszałek Sejmu zarządza wybory] nie
później niż w czternastym dniu po
opróżnieniu urzędu, wyznaczając datę
wyborów na dzień wolny od pracy
przypadający w ciągu 60 dni od dnia
zarządzenia wyborów.
Czyli wybory będą w maju lub na początku czerwca! W związku z tym
zwrócę się za tydzień do Państwa
z prośbą o pomoc w zbieraniu podpisów...
NIE WYLĄDOWAŁ
Z ogromnym smutkiem, przybici jak
wszyscy Polacy tym wielkim nieszczęściem, PYTAMY CIĘ PANIE
Cośmy Ci uczynili Panie Boże w niebiesiech
Że tak bardzo boleśnie los tragiczny nam niesiesz
Jakich win się znów czara w Twym mniemaniu przelała
Że kolejny raz gniew Twój odczuć Polska musiała
Przecież Tyś miłosierny Ty wybaczasz rozgrzeszasz
Ty najtwardszych grzeszników w ich tragedii pocieszasz
Czemu nam nie odpuszczasz tylko karzesz wciąż srodze
Czy tak bardzo Ci z nami nie jest Boże po drodze
Jeszcze łzy nie obeschły po poprzednim Twym gniewie
A już Naród ma nowy znak tragiczny od Ciebie
Daj nam Panie odetchnąć nie słów patrzaj lecz czynów
Nie zabieraj bez przerwy Polsce wielkich jej synów
Przecież tak żyć nie można od dramatu do klęski
Kiedy Boże ten Naród ma być wreszcie zwycięski
Jak ma przyszłość budować pośród łąk rzek i lasów
Kiedy Ty mu nie dajesz na to zbyt wiele czasu
Przeto dziś Cię błagamy od Szczecina po Kraków
Weź zapomnij Przedwieczny o istnieniu Polaków
Damy radę zobaczysz będziesz nawet z nas dumny
Że historię tworzymy przez sukcesy nie trumny
SOBCZAK i SZPAK
PS Nie raz i nie dwa powiadali Wybrańcy Narodu, że polski pilot, jak trzeba, to na
drzwiach od stodoły poleci i wyląduje. Teraz widzimy, ile w tym ze wszech miar niemądrym powiedzeniu było ZAROZUMIALSTWA i PYCHY! NIE WYLĄDOWAŁ!
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Pozostali politycy też mają swoich zastępców – jednak ile razy minister pośle
gdzieś zastępcę, podnosi się klangor
oburzenia. Bierze się to stąd, że np.
v-ministrowie są z klucza politycznego:
jeśli minister jest z jednej partii, to zastępca jest z innej (lub z innego skrzydła
tej samej!!) – i często reprezentuje zupełnie inne poglądy. Potem nie wiadomo, czy jest to stanowisko oficjalne tzw.
Rządu – czy nie?
Praktyczne konsekwencje tego wypadku są bardzo poważne.
Przede wszystkim: w walce politycznej w Polsce przewagę nad ludźmi
dawnej SB uzyskuje środowisko dawnego WSI. Nastąpi też przesunięcie
z opcji pro-amerykańskiej na opcję
pro-europejską. Płakałbym nad tym
– gdyby nie to, że w USA też rządzą
obecnie socjaliści, więc różnica nie
jest taka wielka...
Tak czy owak: nastąpią niewątpliwie
nowe mianowania. Zacznijmy od szefa
IPN: wiele razy się nie zgadzałem z Jego stanowiskiem – trzeba jednak przyznać, że pozwalał On prokuratorom
i historykom IPN mówić prawdę. Nie
całą, oczywiście – ale prokuratorzy nie
są od mówienia całej prawdy – a tylko
o tym fragmencie, który służy oskarżeniu. Teraz, obawiam się, ujawnienia
znikną. O tyle to dobrze, że często były wykorzystywane w politycznym interesie PiSu... Ale generalnie: BARDZO
źle. Nie rozbrojone bomby będą nadal
tykać.
Zginął Prezes NBP. Istnieje obawa,
że Jego następca będzie parł pełną
parą do likwidacji złotówki i wprowadzenia fiuro. Macherzy od zarabiania
na zawirowaniach finansowych już
przebierają nogami z niecierpliwości,
by się na tym obłowić.
Na koniec prywatnie: zginęło dwoje
moich przyjaciół: Bożena Łojkowa,
wdowa po naszym wybitnym historiozofie, Jerzym Łojku, prezeska Polskiej
Fundacji Katyńskiej – i Stefan Melak,
Prezes Komitetu Katyńskiego.
Myślę, że Ich dusze są zadowolone,
że śmierć spotkała Ich w drodze na
uroczystości w Katyniu...
Bo, jak mawiał ks. Bronisław Bozowski: „Nie ma przypadków: są tylko
ZNAKI”.
http://korwin-mikke.pl
Koledze
MARKOWI
SOBCZAKOWI
z powodu śmierci
Wujka
JERZEGO
MARCINIAKA
wyrazy głębokiego
współczucia składają
Przyjaciele z ANGORY
a1607 martenka.qxd
2010-04-10
21:21
Page 1
Z ŻYCIA SFER
POLSKICH
Henryk
Martenka
Była sobota, czterdzieści jeden minut po dziewiątej rano. W Krakowie
siąpił wiosenny deszczyk. W sali wykładowej Wyższej Szkoły Europejskiej
im. ks. Józefa Tischnera przy ulicy św.
Filipa prowadziłem właśnie zajęcia
z grupą licealistów z Jarosławia. Ambitni młodziankowie z dużym samozaparciem poznają kulisy dziennikarstwa, raz w miesiącu zapraszając wybranego przez siebie dziennikarza,
a żeby nie fatygować nikogo na Kresy,
sami zajeżdżają do królewskiego Krakowa. Mnie zaproszono, bym wprowadził słuchaczy w sekrety felietonu.
Był sobotni poranek, czterdzieści jeden minut po dziewiątej...
Mój wyciszony telefon zadrżał na
metalowym stoliku. Starając się nie
przeszkodzić czytającej głośno swój
tekst dziewczynie, zerknąłem na ekranik komórki. Pisał do mnie Patryk
Urbaniak, jeden z „Angorowych” tłu-
WEJŚCIE
DLA
ARTYSTÓW
Sławomir Pietras
Ogólnonarodowy szok spowodowany
tą wiadomością przyćmił wspomnienia
z poranka pierwszego dnia stanu wojennego, a dla starszego pokolenia – pamięć o wrześniowym ataku na Polskę.
Ostatnia sobota pozostanie nieszczęściem trudnym do znalezienia w dziejach innych narodów świata.
To zdarzyło się niemal 600 lat od bitwy
pod Grunwaldem, 100 lat od napisania
roty „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”,
70 lat po mordzie katyńskim i 5 lat po
opuszczeniu nas przez Ojca Świętego.
Nikt poza Panem Bogiem nie wybiera
ani wyznacza terminu żadnej tragedii.
Ich wymiar, patos i siła są potem zawsze
przetwarzane w dziełach literackich, poetyckich, muzycznych, teatralnych i malarskich.
Grafomani już zabierają się do roboty.
Prawdziwi mistrzowie sztuki trwać będą
w odrętwieniu aż do chwili, kiedy lud
przestanie rozpaczać, rozpamiętywać
i zacznie się proces zapominania, ulgi
i przechodzenia do codzienności. Wtedy
dopiero odezwie się naprawdę natchniona twórczość. Ona zawsze wiernie towarzyszyła dziejom naszego narodu. Po
Grunwaldzie w powieściach Józefa Kra-
7
PISANE PO OBIEDZIE
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Płakaliśmy przed monitorami
maczy. „Witam. Rozbił się samolot
prezydenta RP. Zginęło 87...” tekst był
urwany, ale jego dramatyzm do mnie
nie dotarł. Odłożyłem telefon, mimowolnie wypierając ze swej świadomości porażającą treść SMS-a. Dziewczyna nadal czytała przygotowany
tekst, ale już jej nie słuchałem. W głowie wirowała mi myśl coraz bardziej
zatrważająca. Sięgnąłem znów po telefon. Tym razem informacja dotarła
głębiej. Narastał we mnie szok, którego nie potrafiłem ukryć. Ściskając
w dłoni telefon, starając się zachować
belferski spokój, podszedłem do
dziewczyny, chcąc przeprosić ją i poprosić o przerwanie lektury. Kilkoro ze
słuchaczy miało otwarte laptopy, więc
pomyślałem, by zweryfikować newsa,
ale w tym momencie opiekunka grupy, Małgorzata Matusz, poderwała się
z krzesła i wskazując na swój telefon,
odezwała się głuchym głosem: – Ja
też to dostałam. Ale to przecież niemożliwe... Podobne głosy odezwały
się z rzędów, gdzie siedzieli uczniowie. Atmosfera w sali zgęstniała, jakby
nagle zabrakło w niej tlenu.
Kilkadziesiąt sekund później, gdy
uruchomiły się w komputerach portale
informacyjne, wiadomość o katastrofie
została potwierdzona. Coś, co nie mieściło się w wyobraźni, wreszcie do nas
dotarło. Przez kilkudziesięcioosobowe
grono przeszedł nerwowy szmer. Ktoś
zaczął płakać, grupy uczniów pochyliły się nad monitorami laptopów. Zarządziliśmy przerwę w zajęciach.
Przez kilka minut niezmiernie trudno
było zapanować nam wszystkim nad
swoimi emocjami. Skala tragedii przekraczała nasze doświadczenie, a napływające symboliczne skojarzenia
z Katyniem, rocznicą mordu katyńskiego, jakimś straszliwym fatum, wywracały naszą wrażliwość na opak.
Prezydent państwa nie żyje, Jego małżonka nie żyje? Pani Maria, którą ceniłem i lubiłem za jej naturalną kulturę,
sympatyczny styl bycia i – szczególnie
– za atencję dla Paderewskiego. Najwyżsi urzędnicy Kancelarii Prezydenta
martwi? Pośród nich Izabela Tomaszewska, dyrektor gabinetu Pierwszej
Damy, kobieta ujmująca wrodzoną
elegancją... Spalona we wraku rozbi-
Dlaczego, Panie Boże?
szewskiego, Henryka Sienkiewicza i malarstwie Jana Matejki. Po czasach
krzywd od zaborców w poezji Marii Konopnickiej i muzyce Feliksa Nowowiejskiego. Po śmierci Jana Pawła II artyści
we wszystkich dziedzinach sztuki wyrazili powszechny narodowy ból po stracie
symbolu polskiego sumienia.
Dzieła opiewające tragedię katyńską
dopiero powstaną. Późno, bo trzeba
było najpierw wywalczyć niepodległość, potem dojść do prawdy o Katyniu, przejść ekshumacje, pochylić się
w modlitwie nad szczątkami ofiar. Mamy już wybitny film Andrzeja Wajdy,
tworzy się poezja, literatura i muzyka.
To najlepszy sposób, aby nie zatracić
bohaterstwa przodków w powodzi bylejakości, koniunkturalizmu, doraźnej
polityki, niewiedzy i powszechnego zapominania.
Tak było od starożytności. Najpierw
wielkie czyny, herosi, zwycięstwa lub klęski. Potem eposy, hymny, tragedie i pieśni niosące w przyszłość chwałę zwycięzców i tragizm największych bohaterów ojczyzny.
Tym razem setka wybrańców narodu
w drodze do lasku katyńskiego, aby po
70 latach być bliżej zamordowanych tysięcy współbraci, utknęła we mgle tuż
przed lądowaniem. Zginęli wszyscy. Odwołując się do polskiego fatalizmu, mesjanizmu, narodowej wyjątkowości i specjalnego miejsca w sercu Pana Boga,
trzeba powiedzieć, że takie nieszczęście
mogło spotkać tylko nas.
Dlaczego, Panie Boże? Na to pytanie
nie odpowiedzą, niestety, żadne speckomisje, politycy ani uczeni. Po czasie
łez, rozpaczy i żałoby zajmą się tym polscy twórcy. Oby utalentowani, wierni ojczyźnie, z wyobraźnią i wiedzą, wrażliwi
na duchowe potrzeby narodu. Oni postarają się odpowiedzieć na odwieczne pytanie, dlaczego Bóg nas karze, a my i tak
– krnąbrni – zbieramy siły, aby trwać dalej.
Niech nasze łzy osuszy requiem ofiarom katastrofy, wiersze opiewające służbę dla ojczyzny, powieści o bohaterskich
tego samolotu? To nie mieściło się
w naszych głowach. To zakrawało na
absurd. Nieludzki, bezsensowny.
Naturalnym odruchem wobec tragedii jest skupianie się w grupie. Jarosławscy uczniowie, niemonitowani,
powrócili z przerwy i w milczeniu zasiedli w sali. Kilka dziewcząt miało
czerwone od płaczu oczy. Sam czułem się poruszony do głębi, wstrząśnięty jak rzadko kiedy. Poprosiłem
o minutę ciszy. Staliśmy tak przed sobą, patrząc sobie w oczy, nawet nie
próbując zracjonalizować emocji.
Tych zajęć nie skończyliśmy tak, jak
chcieliśmy. Zadzwonił Paweł, naczelny, sugerując wcześniejszy powrót do
redakcji. Przesunięto deadline na późny wieczór, wstrzymano druk środkowej legi, wymieniono kolumny, które
ze względu na wymowę narodowej
tragedii byłyby w gazecie nie na miejscu. Redakcja była – jak zawsze, gdy
wymaga tego nadzwyczajna chwila
– przygotowana do działań niekonwencjonalnych. Żegnając się z młodymi, mądrymi jarosławskimi licealistami, przeprosiłem za przerwane spotkania. Mam nadzieję, że spotkamy
się znów. Mamy sobie wiele do powiedzenia. I może nie przeszkodzi nam
już w tym inna tragedia...
czynach, pomniki, obrazy i filmy, utrwalające sylwetki bohaterów. Wszystko to dla
najmłodszych, którzy dopiero próbują
pojąć, co się stało, i potomnych, aby ich
wzmocnić przed przyszłymi, nieuchronnymi przecież tragediami.
Wkrótce po katastrofie mgła pod
Smoleńskiem ustąpiła. Za kilka dni zostaną pozbierane szczątki rozbitego samolotu. Wszystkie ofiary przewieziemy
do ojczyzny i pochowamy z największą
czcią i honorem. Do następnej wiosny
miejsce tragedii zarośnie nowa trawa,
młode krzewy i drzewa, tak jak było to
przed siedemdziesięciu laty.
Ale niech ten katyński las będzie na
zawsze przeklęty, mimo że otula ciała
tak wielu synów i córek naszego narodu.
Jak wszyscy w kraju i na świecie jesteśmy wstrząśnięci
katastrofą polskiego samolotu w Smoleńsku.
To największa tragedia w historii naszego kraju.
Jeszcze nigdy w katastrofie lotniczej nie zginęło
tak wielu znamienitych obywateli.
Pogłębia ją jeszcze śmierć Prezydenta RP
i jego Małżonki.
W obliczu tego dramatu
łączymy się w bólu z Rodzinami i Bliskimi ofiar.
Redakcja ANGORY
a1608-09.qxd
2010-04-10
22:00
Page 2
8
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Przeklęte miejsce
Rozmowa z Aleksandrem Kwaśniewskim
JACEK PAŁASIŃSKI: – To jakiś
straszny dzień! Jakieś przeklęte miejsce ten Smoleńsk!
ALEKSANDER
KWAŚNIEWSKI:
– Miejsce przeklęte. Jakaś straszna
symbolika tego miejsca. Lecąc na uroczystości upamiętniające ofiary mordu
katyńskiego, gdzie wymordowana została elita II Rzeczypospolitej, w tragedii
samolotowej giną wspaniali ludzie, fachowcy – elita III Rzeczypospolitej. Aż
trudno w to uwierzyć. Ciarki przechodzą po plecach...
J.P.: – Jak pan się dowiedział o tej
tragedii?
A.K.: – Chyba pierwsze było radio.
Przygotowywałem dla żony kawę i usłyszałem. Później przełączyłem się na telewizję. Dostałem też mnóstwo telefonów.
J.P.: – Czy miał pan na pokładzie
kogoś bliskiego? Znajomego?
A.K.: – Tak. Chcę zacząć od prezydenta Kaczyńskiego i jego małżonki.
Ginie w wypadku głowa państwa – prezydent Rzeczypospolitej. To tragedia,
która zdarza się bardzo rzadko. To tragedia wszystkich Polaków. Wyrażam
słowa najgłębszego współczucia naj-
bliższym Lecha Kaczyńskiego. Mogliśmy się politycznie nie zgadzać, ale
trudno było nie doceniać ich talentów.
Na pokładzie było troje ludzi, z którymi
byłem szczególnie zżyty. Jerzy Szmajdziński, Jolanta Szymanek-Deresz
– wieloletnia szefowa mojej kancelarii;
Izabela Jaruga-Nowacka. To tragiczny,
dramatyczny, przeklęty Katyń!
J.P.: – Jak pan przyjął te wiadomości?
A.K.: – To był dla mnie ogromny
szok. Każda następna minuta potęgowała dramat. Dzwonili do nas ludzie,
pytając, czy nas nie było na pokładzie
tego samolotu. Wiedzieliśmy, że te samoloty są już stare i należałoby je wymienić, o czym wielokrotnie wspominałem. Nie sądziłem, że ta tragedia
może się wydarzyć w samolocie, który
był jednak częściej modernizowany.
Szok potęguje miejsce zdarzenia. Lecą najwyżsi oficjele naszego kraju oddać hołd tam pomordowanym i giną
nie oddawszy im tego hołdu. To jest rana, która w polskim życiu publicznym
długo się nie zagoi.
J.P.: – O ile sobie przypominam,
w historii nie było takiej tragedii,
w której zginęłoby tylu oficjeli naraz.
A.K.: – Również nie przypominam
sobie takiej katastrofy w naszym rejo-
nie świata, który można uznać za bardziej rozwinięty. Zginęła ogromna grupa wybitnych parlamentarzystów i najwybitniejsi dowódcy polskich sił zbrojnych. Zginęli biskupi. Wszystkich znałem. Każde nazwisko z listy ofiar to dla
mnie cios nożem. Zwykliśmy używać
wytartego i nieprawdziwego stwierdzenia, że nie ma ludzi niezastąpionych.
Gdyby spojrzeć na jakość tych ludzi,
na ich wartość, na to, czego już dokonali i czego mogli jeszcze dokonać, to
można powiedzieć, że zginęło tam
mnóstwo ludzi niezastąpionych. Będzie ich nam brakowało jeszcze przez
całe lata.
J.P.: – Gdzie siedzi prezydent w samolocie?
A.K.: – W pierwszym salonie. Samolot ten w czasie mojej prezydentury
przechodził modernizacje. Zmienił się
na lepsze w sensie komfortu latania.
W lewo jest kabina pilotów i miejsce
dla stewardów. Po prawej stronie znajduje się kabina prezydencka, z dwoma
dużymi fotelami, w których siedzi prezydent i małżonka lub ktoś inny, kto towarzyszy prezydentowi. Jest też pomieszczenie z kanapą, gdzie podczas
bardzo długich lotów można odpocząć. Kabina dla VIP-ów znajduje się
za częścią prezydencką i dalej są kabi-
ny, które znamy z lotów rejsowych.
J.P.: – Czy podczas prezydentury
zdarzały się panu podbramkowe sytuacje podczas lotu tym samolotem?
A.K.: – Jakość pilotów 36. Pułku
jest bardzo wysoka. To są świetnie wyszkoleni ludzie, którzy lądowali w warunkach szczególnie trudnych. Doskonale pamiętam trudne lądowanie
w Smoleńsku sprzed pięciu lat. To jest
straszne lotnisko. Za krótki pas do lądowania – 1600 metrów, gdzie do lądowania tego typu samolotów wymagany jest pas długości minimum 2 kilometrów. Pamiętam, że pas był w fatalnym stanie, brakowało tam systemu
naprowadzania samolotów do lądowania.
J.P.: – Co robi ochrona, gdy są problemy z lądowaniem?
A.K.: – W samolocie obowiązują te
same procedury, jak w innych lotach,
które mają problem z lądowaniem.
Ochrona nie zachowuje się jakoś
szczególnie w takich sytuacjach.
J.P.: – W tej chwili najbardziej zajętym człowiekiem w kraju jest Bronisław Komorowski...
A.K.: – Premier. Przed nim jest ogrom
spraw, które należy załatwić. Muszą zostać powołane specjalne komisje, które
wyjaśnią tragedię i nie wiadomo, czy
premier nie stanie na czele takiej komisji. Inną sprawą są ceremonie, które
muszą odbyć się w najbliższych
dniach; żałoba narodowa. Ogrom
spraw! To tragedia 38 milionów Polaków. Nieważne, jakie mamy poglądy
polityczne, na kogo głosowaliśmy. Wie-
9 kwietnia, w dniu swoich urodzin w Super Stacji
Ostatni wywiad Jerzego Szmajdzińskiego
– Czy Grzegorz Napieralski dzwonił
już z życzeniami ze Stanów Zjednoczonych?
– Nie, będzie dzwonił trochę później
(śmiech)
– Jakie życzenia przyjmował pan
dzisiaj najczęściej? Czy tylko takie,
które dotyczyły wyborów?
– Wyborów też. Jak zawsze – „zdrowia, trzymaj się, bo szczęście to
masz...” (śmiech).
– Największym życzeniem Jerzego
Szmajdzińskiego jest prezydentura?
– Dobrze wypaść, wykonać pracę,
którą zakładam, wytrzymać tempo, które jest dosyć intensywne. Widzę
po pierwszym etapie, że dam radę.
– Jak pan ocenia swoje szanse
na ten moment?
– O szansach trudno mówić. To
wszystko jest zbyt świeże. To co się
wydarzyło w PO – niekandydowanie
Donalda Tuska. Wyborcy są daleko
przed podjęciem decyzji. Nie ma decyzji PiS-u, PSL-u.
– 23 maja w Łodzi ma być wielka
konwencja PiS-u, gdzie Lech Kaczyński ma poinformować, że będzie
ubiegać się o reelekcję.
– Nie wiemy, które informacje były
prawdziwe. Czy o konwencji, czy o wahaniach Lecha Kaczyńskiego.
– Dlaczego PiS stawia na Lecha Kaczyńskiego, który tak słabo wypada
w sondażach?
– Myślę, że dominuje tutaj opinia Jarosława Kaczyńskiego, który twierdzi,
że nie ma żadnych powodów, dla których by o reelekcję nie ubiegał się jego
brat. On na sondaże nie zwraca uwagi.
– Pan jest zadowolony, że to Lech
Kaczyński będzie kontrkandydatem
ze strony PiS?
– Ocena pięcioletniej kadencji Lecha
Kaczyńskiego jest krytyczna. Z pewnością
groźniejszy byłby ktoś, kto ma czystą kartę. Lech Kaczyński czystej karty nie ma.
– Jest panu bliska teza, że przegrana Lecha Kaczyńskiego będzie początkiem końca Prawa i Sprawiedliwości?
– Na pewno tego PiS-u. PiS-u braci
Kaczyńskich. Będzie to wejście w smu-
gę cienia. I być może do wyborów parlamentarnych nic nie stanie się istotnego. Po wyborach nastąpi rewizja i tej
polityki i rozwiązań personalnych, które
oznaczają dyktaturę Jarosława Kaczyńskiego.
– Czy Zbigniew Ziobro powinien
trafić przed Trybunał Stanu?
– To, co przez ponad dwa lata robił
w prokuraturze, te kompetencje, które
przyznał mu Jarosław Kaczyński, co
pozwalało mu panować nad całym obszarem służb specjalnych i innych jednostek podległych ministrom, powinno
skłonić do zastanowienia się nad rozliczeniem go. Sprawa Barbary Blidy, która jest symbolem jego działania. Martwi
mnie to, że mija trzeci rok i Zbigniew
Ziobro nie został rozliczony za dziesiątki spraw, które spowodowały wiele nieszczęść.
– A dlaczego nie został rozliczony?
– Bo nie ma takiej woli w PO. Być może dopiero teraz zgromadzono odpowiednie materiały na jego temat.
– Jarosław Kaczyński też powinien
stanąć przed Trybunałem Stanu?
– Za przekroczenie uprawnień.
Za przyznanie Ziobrze uprawnień, których nie miał prawa otrzymać – bezpośredniego zwierzchnictwa nad służbami, policją, dezinformowanie przełożonych.
– PO zastanawia się, czy będzie
można postawić Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu. Może lewica by napisała także taki wniosek?
– Na razie jest udokumentowane doniesienie do prokuratury.
– Zostawmy kwestie krajowe. Sejm
przez aklamację przyjął uchwałę dotyczącą 70. rocznicy zbrodni katyńskiej, która mówi, że „Sejm oczekuje
wyjaśnienia wszystkich okoliczności
zbrodni, ujawnienia dokumentów
śledztwa katyńskiego oraz rehabilitacji ofiar”. Czy wydarzenia ostatnich
dni zbliżają nas do tego wszystkiego?
– Myślę, że tak. To, co powiedział
Władimir Putin, odcinając się od stalinizmu, nazywając go totalitaryzmem,
czyli zrobił coś, co do tej pory nie
miało miejsca w Rosji, to absolutny
a1608-09.qxd
2010-04-10
22:00
Page 3
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
rzę, że dziś Polacy są solidarni i jednoczą się w bólu.
J.P.: – Przed chwilą dałem panu listę osób, które były na pokładzie samolotu...
A.K.: – To jest wstrząsające. Okazuje
się, że straciliśmy całe dowództwo Wojska Polskiego...
J.P.: – Czy to jest normalne, że całe
dowództwo sił zbrojnych wsiada
do jednego samolotu?
A.K.: – Nie wiem, jakie są procedury
w wojsku. Dla laika wydaje się to nienormalne. To musi zostać później wyjaśnione. Na liście jest ostatni prezydent
Polski na uchodźstwie – Ryszard Kaczorowski, który w tych uroczystościach zawsze brał udział. Niezwykle
dostojny człowiek...
J.P.: – Dlaczego pana nie było
na pokładzie tego samolotu?
A.K.: – Nie byłem zaproszony na ten
wyjazd.
J.P.: – A gdyby był pan zaproszony?
A.K.: – Z pewnością bym poleciał,
jednak – nie rozwijajmy tego wątku... To
szokujący dla mnie temat.
J.P.: – Co dalej z Polską?
A.K.: – Musimy mężnie przeżyć tę
tragedię. Wytrzymać ten cios. Rana ta
będzie się jednak zabliźniać bardzo
długo. Nie można dziś zwolnić nikogo
z obowiązku troszczenia się o sprawy
państwa.
J.P.: – Gdyby Bronisław Komorowski poprosił pana o konsultacje...
A.K.: – Jestem do dyspozycji. Rząd,
marszałek i struktury Sejmu mają poważne zadanie do wykonania. Muszą uhonorować ofiary. Trzeba zastanowić się nad
godną formą uczczenia pamięci tych ludzi. Trzeba też jak najszybciej wyjaśnić ten
wypadek, czego z pewnością będzie domagała się opinia publiczna. Współczuję
wszystkim rodzinom ofiar i wszystkim Polakom, bo to nasza wspólna tragedia.
JACEK PAŁASIŃSKI
Lech Wałęsa dla TVN24
– To jest nieszczęście drugie
po Katyniu, tam nam próbowano
głowę odciąć i teraz też zginęła elita
naszego kraju. Niezależnie od różnic, strata intelektualna, wielka dla
narodu. Wyrwano nam po raz drugi
część elity tego kraju, będziemy długo uzupełniać, długo szkolić, to już
nie będzie to, co było. Musimy jednak widzieć, jak nasze życie jest mało ważne.
przełom. To, że przyklęknął. Rosjanie
nie są skorzy do przeprosin. Nie ma
słów właściwych, które mogłyby
określić skalę zbrodni katyńskiej, dlatego taki gest, jak uklęknięcie, zapalanie znicza, składanie znicza i powiedzenie, że nikt już nigdy tej prawdy nie ukryje, że była to stalinowska
zbrodnia, to słowa, które wskazują,
że z drogi do pojednania zejścia już
nie będzie.
– Dlaczego Putin decyduje się
na takie wystąpienie?
– Dlatego, że młode pokolenie Rosjan bardzo krytycznie ocenia stalinizm.
Chce sprawiedliwej oceny tego, co było zasługą Stalina, i prawdy o zbrodniach, które wydarzyły się z podpisem
Stalina. Władimir Putin i Miedwiediew
uważają, że z Polską powinny być lepsze relacje.
– Dlaczego powiedział pan, że nie
ma przełomu w relacjach polsko-rosyjskich?
– Bo brakuje tych rzeczy, na które
zwrócił uwagę Sejm. Dobrze, że wiele
się stało w sprawie Katynia, ale nie
wszystko się w tej sprawie wyjaśniło.
Niejasne jest postępowanie władz rosyjskich przed trybunałami międzynarodowymi. Tam się mówi o „sprawie”,
a nie o „Zbrodni”. Nie ma dostępu
do dokumentów w sprawie śledztwa
9
Fot. Reporter
katyńskiego. Pełny przełom oznacza
rozwiązanie innych trudnych kwestii
z biurokracji rosyjskiej.
– Jutro do Katynia leci prezydent
Lech Kaczyński, delegacja parlamentarna. Pan również tam będzie. Jakich
słów prezydenta się pan spodziewa?
– Nie można wykluczyć, że wystąpienie
Lecha Kaczyńskiego będzie ostrzejsze,
ale chciałbym, żeby nie zostały przekroczone granice, które utrudniłyby dialog.
Słowa prezydenta nie powinny zepchnąć,
nas z drogi ku pojednaniu z Rosją.
– Czy zaskoczy pan nas czymś
w tej kampanii wyborczej? Co szykuje Jerzy Szmajdziński?
– Nie, niczego nie szykuję. Miałem
przyjemność rozmawiać z panem Piotrem Szulkinem, z którym byliśmy
na pogrzebie nieodżałowanego Krzysztofa Teodora Toeplitza, który powiedział
mi: – „Ja akceptuję pana takiego, jakim
pan jest i to, co pan robi”. Nie chcę się
zmieniać, bo to wszystko byłoby
sztuczne. Niczego rewelacyjnego
w moim zachowaniu ani wyglądzie nie
będzie. Będę się starał pokazywać różne elementy sposobu widzenia polskich problemów i ich rozwiązania,
i tym będę starał się zaskakiwać.
Rozmawiała:
Karolina Kawska
Fot. East News
Kwiaty i znicze przed
Pałacem Prezydenckim
Już kilka minut po godzinie dziesiątej przed Pałac Prezydencki przy
Krakowskim Przedmieściu przychodzili ludzie. Przynosili znicze i kwiaty.
Było ich coraz więcej. Wszyscy poważni, w zadumie, choć przez kilka
chwil chcieli wyrazić swoją solidarność w tym tragicznym momencie dla
naszego kraju.
Po kilku godzinach dojazd samochodem w okolice Pałacu Prezydenckiego
graniczył z cudem. Korki na ulicach prowadzących w stronę placu Marszałka
Piłsudskiego, zastawione autami parkingi i pobliskie ulice. Zajęte były wszystkie
dostępne i niedostępne miejsca.
W stronę Krakowskiego Przedmieścia zmierzało coraz więcej osób, niektóre nawet z bardzo odległych dzielnic
stolicy. Wiele z kwiatami. Niosły tulipany, róże, całe wiązanki.
We wczesnych godzinach popołudniowych pomiędzy hotelem Bristol
i ulicą Trębacką z drugiej strony zgromadził się już tłum. Krakowskie Przedmieście było nieprzejezdne. W pobliżu
stały wozy satelitarne bodaj wszystkich
większych stacji radiowych i telewizyjnych. Pojawiło się sporo policjantów,
funkcjonariuszy straży miejskiej i karetki pogotowia.
Większość osób w skupieniu starało
się dotrzeć do miejsca, gdzie paliły się
znicze, składano kwiaty, a z czasem położono zdjęcia Marii i Lecha Kaczyńskich.
Jakub i Bożena, dwójka młodych ludzi, przyszli z bukietem tulipanów.
– Chcieliśmy złożyć hołd ofiarom katastrofy. Jestem politologiem. Ta dzisiejsza katastrofa to dramatyczny przypadek. Nie zastanawiam się nawet, co będzie dalej.
Halina Szymaszek: – Brakuje mi
słów. Zginęli najlepsi synowie. Tak jak
70 lat temu. To przeklęta ziemia i ciąg
dalszy tragedii w Katyniu. Tylko, dlaczego? Jestem wstrząśnięta. Dramatyczny dzień dla Polski i wszystkich Polaków.
Dwóch młodych warszawiaków: – Byliśmy na spacerze. Kiedy się o tym dowiedzieliśmy, uznaliśmy, że należy
przyjść w to miejsce. To teraz pewien
symbol. Chcemy oddać hołd, zjednoczyć się w modlitwie z rodzinami ofiar
i wszystkimi Polakami. Szok, nie możemy w to uwierzyć. To narodowa tragedia.
Pani Zofia przyszła sama. Mąż nie
mógł, tak to przeżywa. – Chcę złożyć
kwiaty, zapalić znicz, a potem spróbuję
wpisać się do księgi kondolencyjnej.
Cały czas płaczę, nie potrafię się opanować. Czy takie dramaty zawsze muszą
spotykać naród polski? Szok, wstrząs,
tragedia. Teraz nie należy wiele mówić.
Lepiej milczmy i jednoczmy się w modlitwie.
Małżeństwo z córką przyniosło trzy
wiązanki kwiatów. – Daleko mi było
do polityki prezydenta Kaczyńskiego
– mówi pan Krzysztof. – Ale teraz to nie
ma znaczenia...
(Toga)
a1610.qxd
2010-04-10
22:02
Page 2
10
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Śmierć PiS-u, czyli krajobraz po katastrofie
Przez ostatnie lata, na wzór brytyjski
czy amerykański, budowaliśmy w kraju
dwupartyjny system parlamentarny. W zależności od zdolności partyjnych piarowców i zmęczenia wyborców miały na
przemian rządzić Platforma Obywatelska
lub Prawo i Sprawiedliwość. Ta formuła
sprawdzała się przez dwie kadencje i zapewne sprawdziłaby się przez kolejne.
Mimo że w ostatnim czasie notowania PiS nieco spadły, to rosło poparcie
dla Lecha Kaczyńskiego. Było niemal
pewne, że w drugiej turze prezydent
spotka się z Bronisławem Komorowskim i z każdym miesiącem ma większe szanse na wygraną.
Wszystko to, cały polityczny układ,
przestało istnieć 10 kwietnia o godz.
8.56. W jednej chwili PiS praktycznie
zniknął z politycznej mapy Polski.
W roztrzaskanym tupolewie prócz
prezydenta zginęli prawie wszyscy
wpływowi politycy tego ugrupowania.
Grażyna Gęsicka, szefowa klubu parlamentarnego, największe odkrycie Jarosława Kaczyńskiego w ostatnich
dwóch latach. Krzysztof Putra, wicemarszałek Sejmu, Aleksandra Natali-Świat,
wiceprezes partii, Przemysław Gosiewski, były wicepremier i szef klubu, bezwzględnie oddany braciom Kaczyńskim, prawdziwy tytan pracy, który mógł
skutecznie pracować po 12 godzin na
dobę. Władysław Stasiak, lubiany przez
dziennikarzy szef Kancelarii Prezydenta. Aleksander Szczygło, były minister
obrony, a dziś szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Prezydencki minister Mariusz Handzlik. Gwiazda komisji
śledczych, były koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann. Paweł
Wypych, kiedyś najlepszy prezes
w dwudziestoletniej historii ZUS-u,
a potem rzecznik Lecha Kaczyńskiego.
Po tak gigantycznej stracie PiS już
się nie podniesie. Na polu bitwy pozostał samotny Jarosław Kaczyński, który gdyby zdecydował się wystartować
w wyborach prezydenckich, może
miałby jakieś szanse, ale myślę, że
prezes prawdopodobnie wycofa się
z polityki.
Kto więc zostanie? Wypalony w polityce Adam Lipiński, nieobliczalny Jacek Kurski, byli młodzi gniewni europosłowie Adam Bielan i Michał Kamiński, nijaki Marek Kuchciński, zapomniane partyjne gwiazdy Marek Suski
i Zbigniew Giżyński.
Tak więc w wyniku negatywnej selekcji okazuje się, że teraz partia będzie musiała opierać się tylko na
dwóch filarach: mającym wielkie ambicje i skromniejsze możliwości Zbigniewie Ziobrze oraz Joachimie Brudzińskim, przewodniczącym Komitetu
Wykonawczego.
Do tej pory PiS mógł skutecznie opierać się dominacji Platformy także dlatego, że zdołał obsadzić oddanymi sobie
ludźmi najważniejsze pozarządowe
i pozaparlamentarne stanowiska w kraju. Sztabowcom Platformy spędzali sen
z powiek: Sławomir Skrzypek, prezes
Narodowego Banku Polskiego, Janusz
Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich, i Janusz Kurtyka, prezes Instytutu
Pamięci Narodowej. Osierocone przez
nich stanowiska bez żadnego problemu
zajmą ludzie Platformy Obywatelskiej.
Uznaniem Lecha Kaczyńskiego cieszyli się też zmarli generałowie,
zwłaszcza: szef Sztabu Generalnego
Franciszek Gągor i dowódca Wojsk Lądowych Tadeusz Buk. Teraz prezydent
Komorowski na ich miejsce zapewne
powoła oficerów cieszących się zaufaniem Platformy.
Katastrofa nie oszczędziła też liderów Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Wicemarszałek Jerzy Szmajdziński nie
tylko szykował się do zrobienia dobrego wyniku w wyborach prezydenckich,
ale także objęcia przywództwa w partii,
do czego od lat namawiali go starsi
działacze SLD. W katastrofie zginęły
też dwie sztandarowe postaci Sojuszu:
Izabela Jaruga-Nowacka, wicepremier
w rządzie Marka Belki, i Jolanta Szymanek-Deresz, szefowa kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego.
Teraz SLD może już tylko pomóc
Włodzimierz Cimoszewicz, i to tylko
pod warunkiem, że stanie się kandydatem na prezydenta całej zjednoczonej
lewicy.
Nie ma wątpliwości, że przed Platformą Obywatelską co najmniej pięć tłustych lat. Nikt nie będzie wetował ich
projektów ustaw, nikt nie będzie przeciwstawiał się drenażowi środków
z banku centralnego, żaden rzecznik
nie będzie już zadawał niewygodnych
pytań ministrom Donalda Tuska.
10 kwietnia obudziliśmy się w innym
kraju, gdzie cała władza jest lub będzie
skupiona w rękach jednej przewodniej
siły narodu. Jak to się może skończyć,
dobrze wiemy z naszej najnowszej historii.
KRZYSZTOF RÓŻYCKI
Jak państwo jest przygotowane na sytuacje kryzysowe?
Zgodnie z art. 131 ust. 2 Konstytucji
w przypadku śmierci prezydenta tymczasowo zastępuje go marszałek Sejmu – Bronisław Komorowski. Przysługują mu takie same uprawnienia jak
prezydentowi, z wyjątkiem możliwości
skrócenia kadencji Sejmu.
W przypadku gdyby marszałek Sejmu nie mógł wykonywać swoich obowiązków zastępuje go marszałek Senatu – Bogdan Borusewicz.
W dotychczasowej historii Polski
zdarzyły się dwa przypadki zastępowa-
nia prezydenta przez marszałka Sejmu,
pierwszy – po zabójstwie G. Narutowicza 16 grudnia 1922 r., drugi – po zrzeczeniu się urzędu przez S. Wojciechowskiego po zamachu majowym
w 1926 r.
Na podstawie art. 128 ust. 2 Konstytucji marszałek Sejmu w ciągu 14 dni zarządza wybory prezydenta RP, wyznaczając datę wyborów na dzień wolny od
pracy, przypadający w ciągu 60 dni od
daty ich zarządzenia. Będzie to prawdopodobnie niedziela 20 czerwca 2010 r.
Prezesa NBP Sławomira Skrzypka
zgodnie z art. 10 ustawy o NBP zastępuje pierwszy zastępca prezesa NBP
Piotr Wiesiołek.
Szefa Sztabu Generalnego WP gen.
Franciszka Gągora zastępuje jego
pierwszy zastępca – gen. broni Mieczysław Stachowiak.
Szefa Dowództwa Operacyjnego Sił
Zbrojnych gen. broni Bronisława
Kwiatkowskiego zastępuje gen. dyw.
pil. Sławomir Dygnatowski.
Dowódcę Sił Powietrznych gen. bro-
ni pil. Andrzeja Błasika zastępuje gen.
dyw. Krzysztof Załęski.
Dowódcę Wojsk Lądowych gen.
dyw. Tadeusza Buka zastępuje szef
Sztabu – gen. dyw. Edward Gruszka.
Dowódcę Marynarki Wojennej wiceadmirała Andrzeja Karwetę zastępuje
wiceadmirał Waldemar Głuszko, szef
Sztabu Marynarki Wojennej.
Dowódcę Wojsk Specjalnych gen.
dyw. Włodzimierza Potasińskiego zastępuje gen. bryg. Marek Olbrycht.
J.W.
Kto zastąpi tragicznie zmarłych posłów
Nr okręgu wyborczego
40
32
25
Siedziba
Koszalin
Sosnowiec
Gdańsk
Komitet wyborczy
PO
PO
PO
23
15
6
Rzeszów
Tarnów
Lublin
PSL
PSL
PSL
1
26
16
Legnica
Gdynia
Płock
Lewica i Demokraci
Lewica i Demokraci
Lewica i Demokraci
24
35
25
23
33
13
3
Białystok
Olsztyn
Gdańsk
Rzeszów
Kielce
Kraków
Wrocław
PiS
PiS
PiS
PiS
PiS
PiS
PiS
Nazwisko i imię
KARPINIUK Sebastian
DOLNIAK Grzegorz
RYBICKI Arkadiusz
Liczba głosów
25 827
38 444
13 968
Nazwisko i imię
Suchowiejko Wiesław
Śliwińska Anna
Ołowski Piotr
Liczba głosów
5 967
4 158
8 177
DEPTUŁA Leszek
WODA Wiesław
WOJTAS Edward
6 688
13 365
8 375
Rygiel Wiesław
Sztorc Andrzej
Smolarz Henryk
4 389
3 484
6 270
SZMAJDZIŃSKI Jerzy
JARUGA-NOWACKA Izabela
SZYMANEK-DERESZ Jolanta
42 724
14 827
20 536
Zakrzewska Elżbieta
Gappa Aleksander
Kruszewski Zbigniew
3 467
4 240
3 198
PUTRA Krzysztof
SZCZYGŁO Aleksander
PŁAŻYŃSKI Maciej
GĘSICKA Grażyna
GOSIEWSKI Przemysław
WASSERMANN Zbigniew
NATALI-ŚWIAT Aleksandra
53 651
29 592
58 318
28 982
138 405
6 478
21 999
Tołwiński Krzysztof
Plawgo Tadeusz
Smoliński Kazimierz
Warzecha Jan
Dorywalski Bartłomiej
Ryniak Monika
Kilian Wiesław
5 854
3 996
2 776
10 002
2 490
1 494
5 210
Na podstawie www.pkw.gov.pl oraz www.sejm.gov.pl
a1611-12 fiszer.qxd
2010-04-10
21:40
Page 1
NASZ EKSPERT
Michał Fiszer
– komentuje
10 kwietnia 2010 r. Polskę dotknęła
chyba największa tragedia od czasów II wojny światowej. W katastrofie, która nie miała precedensu na
świecie, zginęła para prezydencka
i elita polskiego społeczeństwa. Nie
ma Polaka, który by nie przeżył niemal osobistej tragedii.
W katastrofie zginął prezydent mojego kraju, Lech Kaczyński. Polityków się
lubi, lub nie, ale z postacią prezydenta
związani jesteśmy wszyscy, to jest nasz
przywódca i reprezentant Rzeczypospolitej Polskiej. Wraz z nim zginęła też
powszechnie lubiana pierwsza dama,
Maria Kaczyńska, odbierana jako dobry
duch prezydenta. Straciliśmy też wiele
innych wybitnych postaci – lista jest,
niestety, bardzo długa i porażająca. Elita Polski poniosła niepowetowaną stratę, trudną do odrobienia w kolejnych
pokoleniach.
Dla mnie jest to też osobista tragedia.
W katastrofie zginął gen. broni pil. Andrzej Błasik, absolwent dęblińskiej
Szkoły Orląt z 1985 r. Podobnie jak
w przypadku gen. Andrzeja Andrzejewskiego, który zginął w katastrofie samolotu CASA C-295M 23 stycznia 2008 r.
w Mirosławcu, razem kończyliśmy szkołę, służyliśmy w tych samych jednostkach. Strata gen. Andrzeja Andrzejewskiego dwa lata temu i strata gen. Andrzeja Błasika dziś, to wielki cios dla Sił
Powietrznych Polski. Gen. Błasik poświęcał swojej pracy cały swój wolny
czas, wyprowadzał Siły Powietrzne
z kryzysu spowodowanego niedofinansowaniem z lat 90., miał wizję ich przyszłości i konsekwentnie ją realizował.
W wojsku, jak to w wojsku, ktoś pełnił
obowiązki dowódcy Sił Powietrznych.
W czasie gdy Andrzej udał się za granicę, w kraju został zastępca pełniący jego obowiązki, więc ciągłość dowodze-
11
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Katastrofa bez precedensu
Fot. Jacek Fiszer
nia została zachowana. Z tego punktu
widzenia, kryzys nam nie grozi. Jeśli
jednak ktoś w tak młodym wieku zostaje dowódcą rodzaju sił zbrojnych, to
jest to wyjątkowa indywidualność, wybitny profesjonalista, ktoś nietuzinkowy,
będzie więc trudno zastąpić gen. Andrzeja Błasika.
Niemal natychmiast ciśnie się na usta
pytanie, dlaczego do tej tragedii doszło? I rodzą się kolejne pytania.
O przestarzałym sprzęcie 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego
mówiło się i pisało bardzo wiele. Samoloty i śmigłowce jednostki były co prawda doskonale utrzymane, w dobrym
stanie technicznym. Jest niemal wykluczone, by katastrofa zdarzyła się wskutek zaniedbania personelu technicznego jednostki. Starsze samoloty są nieco
bardziej podatne na różne drobne awarie, które same w sobie nie stanowią zagrożenia, ale w kombinacji z innymi
czynnikami mogą ułożyć się w śmiertelny łańcuch. Dodatkowo wyposażenie
nowo budowanych samolotów jest bogatsze i nowocześniejsze niż nawet
wielokrotnie modernizowanych starszych typów, zwiększając możliwości
latania takimi samolotami w trudnych
warunkach atmosferycznych i nawiga-
cyjnych. Jednakże to nie Tu-154 był słabym ogniwem 36. Pułku, a raczej samoloty Jak-40, pilnie wymagające zastąpienia. Jednak żaden z polityków nie
zdecydował się na zakup nowych maszyn dla pułku, choć usilnie zabiegali
o to kolejni dowódcy Sił Powietrznych,
w tym gen. Andrzej Błasik.
Tu-154 to najbardziej udane radzieckie samoloty pasażerskie. Pierwszy samolot tego typu został oblatany 4 października 1968 r. Od tamtej pory do 2001
r. zbudowano 926 samolotów tego typu.
Oblot w 1968 r., nie jest niczym szokującym, najpopularniejszy obecnie samolot
pasażerski świata, Boeing 737, został
oblatany 9 kwietnia 1967 r. Na Tu-154 było może nieco więcej wypadków niż na
podobnych samolotach tej klasy, ale nie
dlatego, że samolot jest zły. Obecny wypadek jest 58. w historii Tu-154, podczas
gdy na przykład Boeingów 737 rozbiło
się 146, spośród nieco ponad 6 tys. zbudowanych maszyn tego typu. Wypadki
Tu-154 zdarzyły się jednak wskutek zaniedbań użytkowników, głównie z krajów
dawnego ZSRR. Ogólnie można go
uznać za maszynę bezpieczną. Co do
wieku naszych Tu-154, to warto wiedzieć
jedno. Jak na standardy lotnictwa, wcale
nie były stare. Samolot który się rozbił,
zbudowano w czerwcu 1990 r., miał więc
blisko 20 lat. Dla porównania, amerykańskie „Air Force One”, czyli Boeingi VC-25
(wojskowa odmiana modelu 747) zostały wprowadzone do użycia odpowiednio
w sierpniu i w grudniu tego samego
1990 r. W podobnym wieku są polskie
Boeingi 767, najstarszy też pochodzi
z 1990 r.
Poziom obsługi technicznej w Siłach
Powietrznych był zawsze bardzo wysoki, a w 36. Specjalnym Pułku Lotniczym
– szczególnie wysoki. Nie można więc
raczej mówić o złym stanie technicznym naszych samolotów. Inna sprawa,
że samolot i jego silniki niedawno przechodziły remont w Rosji. Dotychczas
nie było zastrzeżeń co do remontów naszych statków powietrznych w tym kraju, ale co do remontu silników, już
niekoniecznie. Strona polska oskarżała
radzieckie wówczas zakłady remontowe o wadliwie wykonane remonty silników, co miało doprowadzić do obu katastrof naszych Iłów-62. Notabene
w drugiej katastrofie z 1987 r. rozbił się
samolot Ił-62M, napędzany silnikami
Sołowiew D-30KU, tego samego typu,
choć innej wersji, jak w przypadku naszych Tu-154M.
12
Usterki i awarie
Decyzje o lądowaniu podjął pilot
Stan polskiej floty dla VIP-ów od lat pozostawiał wiele do życzenia. Dwudziestoletnie Tupolewy zawodziły w wielu ważnych momentach.
W styczniu na Haiti uległ awarii samolot z polskimi ratownikami. Usterka została jednak szybko usunięta. W ubiegłym roku podczas oficjalnej
podróży Lecha Kaczyńskiego do Japonii awaria TU-154 spowodowała
10-godzinne opóźnienie, a na miejsce prezydent dotarł na pokładzie samolotu wypożyczonego od mongolskich linii lotniczych.
W październiku 2004 roku w samolocie Tu-154, którym do Hanoi miał
lecieć ówczesny premier Marek Belka, zapalił się silnik. Ostatecznie premier poleciał czarterem, za który rachunek wyniósł 35 tys. dolarów.
Nieprzyjemny epizod z rządowymi „tutkami” miała też była marszałek
Senatu Alicja Grześkowiak. W 1999 roku samolot, którym leciała, awaryjnie wylądował na pustyni w Arabii Saudyjskiej.
(tvn24)
– To jakaś zupełnie wyjątkowa sytuacja. Bardzo często w złych
warunkach nie podchodzi się w ogóle do lądowania, tylko leci na
inne lotnisko. Drugie podejście już jest bardzo rzadko spotykane,
ale cztery? Chyba tylko na wojnie – powiedział w TVN 24 dr Tomasz
Szulc z Politechniki Warszawskiej. – Pilot był w bardzo trudnej sytuacji, bo z jednej strony miał na pokładzie tyle ważnych osób,
a z drugiej przecież zależało mu na tym, aby wszystkich tych ludzi
dowieźć bez spóźnienia na taką uroczystość – mówił specjalista
w zakresie lotnictwa. Jak podał natomiast internetowy serwis gazeta.ru, dyspozytor zasugerował pilotowi Tu-154, aby lądował w Mińsku, oddalonym o 200 kilometrów od Smoleńska. Pierwszy pilot
podjął jednak decyzję o kontynuowaniu lotu – pomimo złych warunków pogodowych.
(tvn24, gazeta.ru)
a1611-12 fiszer.qxd
2010-04-10
21:40
12
Page 2
KATYŃ 2010
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Katastrofa...
11 Oczywiście na obecnym etapie zupełnie nie można powiedzieć, co mogło
być przyczyną tragedii. Na pewno przyczyniły się do tego dwa czynniki. Po
pierwsze, fatalna pogoda ograniczająca
widzialność i utrudniająca wykonanie
prawidłowego podejścia do lądowania.
Mgła to wróg każdego samolotu i wciąż
pomimo zaawansowanych technologicznie systemów awioniki lądowanie
w tych warunkach jest trudne, wręcz
niebezpieczne. Dodatkowo lotnisko
w Smoleńsku, baza wojskowa Smoleńsk Siewiernyj, jest lotniskiem wojskowym, wyposażonym nie w międzynarodowy, zachodni system lądowania
według przyrządów ILS, lecz w jego radziecki (obecnie rosyjski) odpowiednik,
PRMG. Pomimo podobieństwa działania ILS i PRMG nie są ze sobą kompatybilne. Nasze Tu-154M na pewno zostały wyposażone w system ILS, umożliwiający im na w miarę bezpieczne korzystanie z większości lotnisk na świecie, najprawdopodobniej jednak nie były wyposażone w system PRMG, typowy dla lotnictwa rosyjskiego. W takim
przypadku podejście do lądowania
w Smoleńsku, w panujących warunkach atmosferycznych, było niezwykle
trudne, wręcz niemożliwe. Czy w tej sytuacji pilot powinien decydować się na
próbę lądowania? Tego do końca nie
wiemy. Piloci samolotów VIP często są
pod presją swoich pasażerów, którzy
wymagają lądowania w zaplanowanym
miejscu, w zaplanowanym czasie, niezależnie od okoliczności. Pamiętamy
niedawną awanturę po tym, jak pilot 36.
Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego odmówił lądowania w Tbilisi,
w Gruzji. Normalną praktyką jest jednak
próba podejścia do lądowania i jeśli jest
ona nieudana – wtedy dopiero przechodzi się na „drugi krąg” i odlatuje na lotnisko zapasowe.
Informacje na temat wypadku są
wciąż sprzeczne i chaotyczne. Praktycznie mogło się zdarzyć wszystko, od
błędu załogi na podejściu do lądowania
po awarię techniczną (na przykład awaria silnika podczas próby przejścia „na
drugi krąg”). W tym ostatnim przypadku
ciąg dwóch pozostałych silników mógł
nie wystarczyć, by odpowiednio wcześnie przerwać zniżanie samolotu.
Przyczyny katastrofy zapewne zostaną wyjaśnione dość dokładnie. Wówczas będzie można mówić więcej
o ewentualnej odpowiedzialności takich
czy innych osób, a może to tylko fatalny
zbieg okoliczności? Wiemy jednak jedno
– na lotnictwie, a zwłaszcza na jego bezpieczeństwie, nie warto oszczędzać.
A szczególnie ważne jest, by najważniejsze osoby w państwie miały do dyspozycji odpowiedni sprzęt lotniczy.
Więcej o katastrofie w
Smoleńsku czytaj na str. 69-72
Przywódcy państw, którzy zginęli
w katastrofach lotniczych
1936, Arvid Lindman
1977, Dzemal Bijedic
Szwedzki premier zginął 9 grudnia
w Londynie, podczas niefortunnego
startu amerykańskiego samolotu pasażerskiego Douglas DC-2. Zanurzony w gęstej mgle samolot uderzył
w budynki, nieopodal lotniska.
Premier Jugosławii poniósł śmierć
18 stycznia w katastrofie lotniczej
w górach w okolicach Kreszeva,
w Bośni.
1943, Władysław Sikorski
4 lipca polski premier Rządu Emigracyjnego zginął w katastrofie lotniczej na Gibraltarze. Samolot transportowy B24C Liberator rozbił się
tuż po starcie, wpadając do morza.
1959, Barthelemy Boganda
Polityk środkowoafrykański, od
1958 prezydent autonomicznej RŚA,
zginął w tajemniczej katastrofie lotniczej 29 marca, w drodze do Bangui.
1961, Dag Hammarskjöld
Samolot DC-6B ze szwedzkim politykiem i sekretarzem generalnym
ONZ na pokładzie został ostrzelany
i strącony 17 września w Zambii.
1966, Abdul Salam Arif
Prezydent Iraku zginął 13 kwietnia
podczas lotu helikopterem w gwałtownej burzy.
1981, Jaime Roldos Aguilera
Prezydent
Ekwadoru
zginął
24 maja podczas lotu Beech Super
King Air 200 FAE-723. Do katastrofy
przyczyniły się ciężkie warunki pogodowe.
1981, Omar Torrijos
Przywódca Panamy zmarł 31 lipca
w niewyjaśnionym do dziś wypadku
samolotowym.
1986, Samora Machel
Mozambijski prezydent poniósł
śmierć 19 października, kiedy jego samolot Tupolew-134A podchodził do lądowania podczas
burzy.
1988, Muhammad Zia Ul-Haq
Pakistański prezydent został zabity w katastrofie lotniczej 17 sierpnia.
Samolot Air Force Lockheed C-130B
uderzył w ziemię tuż po starcie
w Bahawalpur.
1994, Juvenal Habyarimana
i Cyprien Ntaryamira
Prezydent Rwandy (Habyarimana)
oraz prezydent Burundi (Ntaryamira)
ponieśli śmierć w zamachu lotniczym 6 kwietnia. Ich samolot Dassault Facon 50 9XR-NN został strącony podczas zbliżania się do lotniska w Kigali.
2004, Boris Trajkovski
26 lutego macedoński prezydent
zginął w katastrofie lotniczej, kiedy
Beechcraft Super King Air 200 Z3-BAB podchodził do lądowania w fatalnych warunkach atmosferycznych.
2005, John Garang
Sudański wiceprezydent nie przeżył lotu śmigłowcem 30 lipca. Podczas bardzo trudnych warunków pogodowych helikopter rozbił się
w górach w Sudanie Południowym.
2010, Lech Kaczyński
10 kwietnia polski prezydent zginął na pokładzie Tupolewva 154. Samolot roztrzaskał się przy podchodzeniu do lądowania w gęstej mgle.
(zw)
(Na podst. bbc.co.uk)
Kolumny o tragedii pod Smoleńskiem przygotowali: W. Andrzejewski, J. Barcz, E. Białkowska, A. Berestowski, J. Binkowski, A. Erikson, Z. Galant, T. Gawiński, K. Gorzkiewicz, P. Kamionka, A. Kot, E. Klosova, A. Kuliś,
R. Kuliś, M. Kruczkowska, H. Krupiński, A. Laskowska, B. Melka, J. Michoń, Z. Natkański, A. Owczarek, G. Ożga,
A. Ożga, A. Pacho, K. Pastuszko, A. Pluta, E. Przespolewska, P. Rajczyk, A. Sieroń, M. Stankiewicz, M. Szkulmowska, P. K. Urbaniak, E. Wesołowska, B. Wojdyła, B. Woldan, Z. Woldan, A. Wójtowicz, K. Zalepa.
a1613.qxd
2010-04-10
20:43
Page 1
TRUDNA HISTORIA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Na Wschodzie bez zmian
Rozmowa z OLEGIEM ZAKIROWEM, byłym majorem KGB, który, wbrew
swoim przełożonym, próbował ujawnić prawdę o Katyniu
– Jak pan odebrał wystąpienie
premiera Putina w Katyniu?
– Odniosłem wrażenie, jakby słowa
Putina nie były skierowane do Polaków, lecz do Rosjan. Mimo że premier
Rosji pochylał się nad grobami zamordowanych oficerów, podległa mu prokuratura wojskowa nadal odmawia
uznania tego mordu za ludobójstwo.
Jestem rosyjskim prawnikiem i zastanawiam się, dlaczego nikt nie zwrócił
uwagi, że taka decyzja rosyjskiej prokuratury jest naruszeniem prawa polegającym na ukrywaniu przestępstwa.
– Na jakiej podstawie pan tak sądzi?
– W 1993 roku prokurator Jabłokow
zamówił oficjalną ekspertyzę prawniczą u najwybitniejszych rosyjskich
naukowców. Na czele zespołu ekspertów stał akademik Topornin. Prawnicy jednoznacznie stwierdzili, że
zbrodnia katyńska była ludobójstwem i zbrodnią przeciwko ludzkości. Do dziś nikt tej ekspertyzy nie
podważył i nie zanegował. Na jakiej
więc podstawie prokuratorzy stwierdzili, że to było tylko nadużycie służbowych uprawnień? Dlatego bez
względu na to, co Putin powiedział
w Katyniu, Rosja nadal żyje w zakłamaniu. Dlatego to, co powiedział rosyjski premier nad polskimi grobami,
to zaledwie pół kroku we właściwym
kierunku.
– Niektórzy polscy dziennikarze,
relacjonując uroczystości w Katyniu, zauważyli u Putina wzruszenie.
Czy były oficer KGB, który w przeciwieństwie do pana był dumny ze
swojej służby i formacji, może odczuwać wzruszenie, wiedząc, że
sprawcami mordu byli jego starsi
koledzy?
– Putin był nie tylko oficerem KGB,
ale i potomkiem czekisty. Jego ojciec
służył przecież w NKWD i w Smierszu
(dziadek także był czekistą – przyp.
autora). To człowiek bardzo zimny
i moim zdaniem jego wizyta w Katyniu nie wynika ze współczucia dla
ofiar czy wyrzutów sumienia, ale jest
to tylko taktyczne zagranie mające
zmylić zachodnią opinię publiczną.
– Myśli pan, że Rosjanie ukrywają jeszcze przed Polakami jakieś
istotne tajemnice dotyczące mordu
katyńskiego?
– Razem z dr. Tadeuszem Kisielewskim prowadziłem badania, z których
wynika, że w Katyniu zamordowano
co najmniej 200 Polaków więcej, niż
podają oficjalne źródła. Przed laty jako oficer KGB przesłuchiwałem
w charakterze świadka Klimowa
(w 1940 r. był funkcjonariuszem
NKWD w Smoleńsku), który powiedział mi, że w piwnicach NKWD rozstrzelano polskich duchownych. To
samo potwierdził jeszcze jeden świadek, a także zeznania wywiadu Polskiego
Państwa
Podziemnego
z 1940 roku, do których dotarł dr Kisielewski. Zapewne także z tej przyczyny Rosjanie nie zgodzą się na
otwarcie swoich archiwów. Mimo
wcześniejszych spekulacji nie zgodzili się także na przekazanie polskiej
stronie „listy białoruskiej”. A przecież
miejsc masowego mordowania Polaków jest dużo więcej. To nie tylko Katyń czy tajne cmentarze NKWD
w Smoleńsku i okolicach, ale także
masowe mogiły znajdujące się dalej
na wschodzie.
– Mówił pan o przesłuchiwaniu
funkcjonariuszy NKWD. Czy Klimow i jego koledzy, którzy brali
udział w tej zbrodni, będąc starymi
ludźmi odczuwali wyrzuty sumienia
lub chociaż zwykły żal?
– W 1989 r. prócz Klimowa przesłuchiwałem też Baradenkowa, Nozdriowa, Gurkowa i kilku innych funkcjonariuszy NKWD. Niektórzy z nich rzeczywiście przeżywali coś, co można
nazwać wyrzutami sumienia. Jeden
prosił o przebaczenie i płakał nad katyńskimi grobami. On i jeszcze jeden
z przesłuchiwanych przeze mnie
oprawców popełnili później samobójstwo. Jednak moim zdaniem w rozmowie z tymi starymi ludźmi przede
wszystkim wyczuwało się w nich
strach, że mogą zostać postawieni
przed sądem.
– A jakie wrażenie wywołały ich
zeznania u pańskich kolegów, śledczych z KGB?
– Jestem przekonany, że połowa
z nich, gdyby urodziła się kilkadziesiąt lat wcześniej, bez oporów byłaby
w stanie rozstrzeliwać niewinnych
jeńców na rozkaz. Ci ludzie mieli do
mnie pretensje, że niepotrzebnie staram się ujawnić zbrodnię katyńską,
i mówili, że mnie także powinno się
zastrzelić tak, jak polskich oficerów.
Jednak niektórzy koledzy z KGB byli
tymi zeznaniami bardzo poruszeni.
Ostatecznie zostałem zwolniony ze
służby i uznany za chorego psychicznie.
– Putin pomodlił się w Katyniu,
zbrodnią zajmuje się Trybunał
w Strasburgu... Czy w takiej sytuacji polski rząd powinien jeszcze
wysuwać wobec Rosji jakieś żądania?
– Oczywiście. Dokumenty z 5 marca 1940 r. (zgoda Biura Politycznego
na zamordowanie polskich jeńców
– przyp. autora) mówią o prawie 25 tysiącach jeńców, tymczasem twierdzi
się, że zabito 14 tysięcy. Do tego dodajmy 11 tysięcy zmarłych podczas
deportacji żon i dzieci polskich oficerów. Pamiętajmy też, że na mocy rozkazu 00485 już w latach trzydziestych
rozstrzeliwano i zabito 111 tysięcy
obywateli radzieckich polskiego pochodzenia. Nie rozumiem, dlaczego
państwo polskie nigdy nie upomniało
się o tych ludzi. Czy to nie byli Polacy? Uważam, że rząd w Warszawie
powinien postawić sprawę mordu na
Polakach, także tych z radzieckim
obywatelstwem, na forum Unii Europejskiej. Francja i Wielka Brytania,
które tyle lat milczały na temat Katynia, mają teraz moralny dług, żeby
pomóc Polsce wyjaśnić wszystkie tajemnice i wpłynąć na Rosję, aby
otworzyła wszystkie swoje archiwa.
Tylko poprzez działania całej Unii
można zmusić Kreml do formalnego
zrehabilitowania zamordowanych.
– Z tego, co pan mówi, nie powinniśmy spodziewać się więc żadnego przełomu.
– Myślę, że trzeba poczekać, aż Putin straci władzę, co może potrwać
bardzo długo. Dopiero gdy Rosja stanie się demokratycznym państwem,
a wierzę, że kiedyś to nastąpi, poznamy całą prawdę.
Rozmawiał:
KRZYSZTOF RÓŻYCKI
***
Rozmowa z JANEM
MALICKIM, dyrektorem
Studium Europy
Wschodniej
Uniwersytetu
Warszawskiego
– Podziela pan optymizm naszych polityków, że wystąpienie
premiera Putina w Katyniu stanowi
przełom w polsko-rosyjskich stosunkach?
– W przemówieniu premiera Putina
pojawiło się kilka nowych elementów,
z których najważniejszym było moim
zdaniem wymienienie Armii Krajowej jako antyhitlerowskiego sojusznika. Przypomnę, że przez 65 lat dla Kremla oddziały AK były jedynie zwykłymi „AK-owskimi, burżuazyjnymi bandami”.
13
Obecność premiera Rosji na uroczystościach 70-lecia Katynia jest też ostatecznym potwierdzeniem, że jego kraj przyjmuje na siebie odpowiedzialność za tę
zbrodnię. Warto w tym miejscu powiedzieć też o wydarzeniu, które miało
miejsce tuż przed wizytą Putina w Katyniu, a mianowicie o wyemitowaniu w telewizji państwowej filmu „Katyń” Andrzeja Wajdy. Jestem przekonany, że
w Rosji zrobi to druzgocące wrażenie.
– Jeszcze nie tak dawno Putin
uważał upadek Związku Radzieckiego za największe nieszczęście
geopolityczne XX w. i nie w głowie
było mu pochylenie się nad grobami Katynia. Co takiego się stało, że
ten wyrachowany i chłodny polityk
zmienił front?
– Myślę, że Rosja uznała, że ich
propaganda, która starała się przekonać Zachód, iż Polacy rusofobię
wyssali z mlekiem matki, już nie jest
tak skuteczna. Być może wzięto też
pod uwagę, że Polska kilka razy pokazała, iż w Unii potrafi tworzyć sojusze, które przeciwstawiają się próbom rosyjskiej dominacji. Nie wykluczajmy także takiego scenariusza, że
Rosja chce wyłuskać Polskę z tworzenia w przyszłości koalicji z takimi państwami jak: Łotwa, Litwa, Estonia, Rumunia, Czechy, Słowacja czy inne
kraje tzw. Nowej Unii.
– Żadne słowa Putina nie zastąpią faktu, że rosyjska prokuratura
wojskowa nie chce uznać mordu
katyńskiego
za
ludobójstwo
i zbrodnię przeciwko ludzkości.
– Rosyjskie władze boją się, że taka
decyzja zmusiłaby sądy do rehabilitacji ofiar, a to stworzyłoby możliwości
dochodzenia odszkodowań przez ich
spadkobierców.
– Czego tu się bać? Przecież to
kropla w morzu przy 40 milionach
obywateli ZSRR, którzy zostali zamordowani w latach 1917-1956.
– Kreml nie obawia się wniosków
o odszkodowania od własnych obywateli, tylko boi się roszczeń rodzin zamordowanych obywateli obcych państw.
Nie tylko rodzin katyńskich, ale Łotyszy,
Litwinów, Finów, Estończyków, Rumunów. Dlatego odpowiadając na zarzuty
Trybunału w Strasburgu, władze w Moskwie usztywniły swoje stanowisko niczym za czasów Andrieja Gromyki, który na Zachodzie zwany był „mister niet”
(minister spraw zagranicznych ZSRR
w latach 1957-1985 – przyp. autora). Jeżeli więc Strasburg uznałby mord katyński za ludobójstwo i zbrodnię wojenną,
otworzyłby możliwość ubiegania się
o odszkodowanie, zwłaszcza dla rodzin
15 tysięcy naszych oficerów i 10 tysięcy
pozostałych ofiar decyzji z 5 marca
1940 r., ale także dla spadkobierców zamordowanych obywateli wspomnianych wyżej krajów. Według bardzo
ostrożnych szacunków – mogą to być
setki tysięcy ofiar.
Rozmawiał: K.R.
a1614-15.qxd
2010-04-10
20:43
Page 2
14
TRUDNA HISTORIA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Świadkowie zbrodni w Katyniu(1)
Zawróceni z drogi na śmierć
Kilkaset metrów przed
miejscem straceń NKWD
kazało wracać dwóm polskim
oficerom. Los pozwolił im
przeżyć i po latach wskazać
sprawców zbrodni.
Wąska droga między dworcem
w Gniazdowie a miejscem egzekucji
w katyńskim lesie miała być ostatnią
drogą tego generała. W kwietniu
1940 roku nazwisko Jerzy Wołkowicki znalazło się na liście osób wyczytanych podczas apelu w obozie
jenieckim w Kozielsku. Wszyscy z tej
listy jeszcze tego samego dnia mieli
zostać wysłani transportem w inne
miejsce. Nikt z więźniów nie wiedział
dokąd. Spodziewano się, że wrócą
do domu, bo upomniały się o nich
Anglia i Francja. Notatki znalezione
przy zwłokach wiele miesięcy później świadczą o tym, że wszyscy
z ochotą i nadzieją opuszczali obóz.
Z Kozielska wyjechali specjalnym,
opancerzonym pociągiem, pod
eskortą NKWD. Trafili do łagru
w Pawliszczewie Borze, skąd później odjeżdżali do Gniazdowa. Tam
upychano ich w ciężarówki i wieziono w stronę Katynia. Stamtąd już
nikt nie miał wrócić. Jedną ciężarówkę zatrzymano tuż przed lasem. Oficer NKWD wywołał nazwisko Wołkowickiego i zabrał go z transportu.
Generał wrócił do łagru, a potem do
obozu jenieckiego. Po jego towarzyszach słuch zaginął. Ich zwłoki odkryto trzy lata później w masowych
grobach w lesie katyńskim. Wszyscy
zginęli od strzału w tył głowy.
Bohater spod Cuszimy
Zgodnie z bolszewicką logiką, generał Wołkowicki powinien znaleźć
się w pierwszym transporcie jeńców
przeznaczonych na rozstrzelanie.
Był bowiem idealnym przykładem
wroga klasowego tak bardzo znienawidzonego w komunistycznym
ustroju. Po pierwsze dlatego, że wywodził się z inteligenckiej rodziny
szlacheckiej o bogatych tradycjach
niepodległościowych (dziadek walczył w powstaniu styczniowym). Po
drugie: był wykształconym, wysokim
rangą oficerem z uznawanej za burżuazyjną Polski. W końcu po trzecie:
zasłużył się w wojnie z bolszewikami
w 1920 roku. Co się więc stało, że
w ostatniej chwili wyciągnięto go
Dwaj polscy oficerowie mieli wielkie szczęście, inaczej skończyliby jak reszta naszych żołnierzy
Fot. East News
z transportu zmierzającego na egzekucję? Wołkowicki miał jeszcze jeden epizod w swoim życiorysie. Po
ukończeniu Korpusu Morskiego
w Sankt Petersburgu w 1905 roku,
jako miczman, czyli świeżo upieczony podporucznik marynarki wojennej, służył na pancerniku „Imperator
Nikołaj I”, który wchodził w skład Floty Bałtyckiej. Jego okręt opłynął zachodnią Europę i całą Afrykę, aby
przyjść z pomocą oblężonemu przez
Japończyków miastu Port Artur.
W trakcie tej kampanii wywiązała się
bitwa morska pod Cuszimą, która
była punktem zwrotnym w wojnie rosyjsko-japońskiej. Rosjanie ponieśli
druzgocącą klęskę. Wołkowicki
sprzeciwił się jednak bezwarunkowej
kapitulacji resztek rosyjskiej floty.
W trakcie narady u szefa eskadry wyrzekł słynne zdanie: Walczyć do końca, a potem wysadzić okręt w powietrze i ratować się. Świadkiem rozmowy był Aleksiej Nowkow-Priboj, który
opisał wszystko w powieści „Cuszima”. Książka ukazała się w 1932 roku i stała się jedną z najczęściej czytanych powieści w ZSRR, a autorowi
gratulacje złożył sam Józef Stalin.
Stalin uważał wojnę z 1905 roku za
pierwszą proletariacką wojnę. Dlatego Wołkowicki, choć służył w znienawidzonej przez bolszewików armii
carskiej, mógł uchodzić za bohatera
nawet w czasach ZSRR. W dodatku
w 1906 roku został odznaczony Orderem Świętego Jerzego za odwagę
w bitwie z Japończykami. Historycy
są dziś zgodni, że to właśnie tamte
wydarzenia uchroniły Wołkowickiego od śmierci w Katyniu. Żaden oficer NKWD nie mógł bowiem pozwolić sobie na rozstrzelanie bohatera
narodowego Rosji. Tym bardziej że
książka o tym bohaterze wzbudziła
aplauz u samego Stalina.
Wspomnienia po latach
w Chislehurt w hrabstwie Kent. Tu
zakończył się awanturniczy etap jego życia, ale nie skończyła się służba dla Polski. Stary generał dożywał
swoich dni, pisząc piękne wspomnienia ze wszystkich wojen. Jako
pierwszy ujawnił to, że do Polaków
w Katyniu strzelali Rosjanie. Jego
wspomnienia odnaleziono i wydano
wiele lat później, dopiero po jego
śmierci. Zmarł 7 stycznia 1983 roku,
dwa tygodnie przed swoimi setnymi
urodzinami.
Wołkowicki zapewne nie miałby
szczęścia przeżyć, gdyby szefowie
NKWD przewidzieli, że rok później
Hitler zaatakuje ZSRR, a Wehrmacht
odkryje masowe groby w Katyniu.
Latem 1941 roku Sowieci uciekali
w panice przed armią niemiecką, zapominając, że pozostawili świadka
ludobójstwa. Świadek ten mógł być
dla nich tym bardziej niebezpieczny,
że już latem 1941 roku znalazł się
w strukturach polskiej armii utworzonej w ZSRR na mocy specjalnego
traktatu z rządem Polski na uchodźstwie. Walczył do 1942 roku. Potem
odebrano mu przydział i kazano
czekać. Bezskutecznie czekał długie
miesiące, aż skończyła się wojna.
Wołkowicki zbyt dobrze rozumiał
nowe realia polityczne, by łudzić się,
że ojczyzna, dla której przelał tyle
krwi, będzie dla niego łaskawa. Wyjechał do Anglii i osiadł w przytułku
Był 30 kwietnia 1940 roku. Na
dworcu w Gniazdowie z łoskotem
zatrzymał się kolejny pociąg z transportem polskich jeńców. NKWD
szczelnym pierścieniem otoczyło
każdy wagon. Oficerowie wychodzili
według czytanej głośno listy nazwisk. Wszystkich umieszczano
w autobusach, których okna pokryte
były wapnem. Jednemu nakazano
zostać w pociągu. Tym jednym był
porucznik Stanisław Swianiewicz
– przed wojną profesor uniwersytetu
w Wilnie. – Myślałem, że przyszedł
na mnie kres – wspominał po wielu
latach. – Moich kolegów gdzieś odwieziono, a mnie pozostawiono
w wagonie. Przez dziurę w suficie
wagonu Swianiewicz widział, jak jego koledzy odjeżdżają autobusami
do pobliskiego lasu. Żaden z nich
Tajemnica koloru teczki
a1614-15.qxd
2010-04-10
20:43
Page 3
TRUDNA HISTORIA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
nie wrócił. Historycy nie rozstrzygnęli, dlaczego Swianiewicz nie pojechał na miejsce kaźni. Udało się
tylko ustalić, że jego teczka personalna miała inny kolor niż pozostałe.
Dlaczego – nie wiadomo. W ostatniej chwili z Moskwy przyszedł rozkaz, aby go nie rozstrzelać. Co było
przyczyną tego rozkazu – nie wiadomo do dziś. Według jednej z wersji,
NKWD chciało wykorzystać jego
wiedzę uniwersytecką na temat Niemiec. Tego samego dnia Swianiewicz wyjechał do więzienia w Smoleńsku, skąd przetransportowano
go do Moskwy. Ten pobyt w pobliżu
lasku katyńskiego zaciążył na całym
moim późniejszym życiu – napisał
wiele lat później we wstępie do
książki „W cieniu Katynia”. – Od czasu, gdy w 1943 roku prawda o Katyniu stała się jasna, miałem ciągle poczucie, że jeżeli Opatrzność wyratowała mnie jedynego z czterech z górą tysięcy oficerów kozielskich wiezionych na stracenie i pozwoliła
osiągnąć świat ludzi wolnych, to wynika stąd, że ciąży na mnie jakiś obowiązek. Tym słowom pozostał wierny do końca życia.
Z Moskwy Swianiewicza wywieziono do łagru na Syberię. Został
skazany na 8 lat ciężkich robót. To
druga tajemnica. Dlaczego żołnierzowi najpierw pozwolono przeżyć
w Katyniu, a potem wysłano go na
Syberię? Czyżby NKWD nie zdawało
sobie sprawy z tego, że Polak będzie świadkiem zbrodni? Czy był to
przypadek, czy efekt gry operacyjnej? Odpowiedzi na te pytania skrywają zapewne tajne archiwa na Łubiance.
– po wojnie cenionego profesora
i wykładowcy – upływało między pracą naukową a walką o prawdę na temat zbrodni katyńskiej. W drugiej
połowie lat 40. pod przysięgą złożył
tajne zeznania przed brytyjskimi organami ścigania. Tajne, bo w obawie
przed siepaczami z NKWD nie chciał
ujawniać swojej tożsamości. Zgłosił
się jako świadek w procesie norymberskim, ale sąd nie dopuścił go do
złożenia zeznań. Pięć lat później zaprosiła go za to amerykańska komisja powołana w amerykańskim Kongresie do zbadania zbrodni katyńskiej. Wystąpił w czarnej masce zasłaniającej twarz. – Przez cały okres
po II wojnie światowej Ojciec żył
w przekonaniu, że musi spłacić dług
wobec zamordowanych w Katyniu towarzyszy broni – wspomninała Bernadetta Szeglowska, córka profeso-
ra. – Nie opuszczał żadnej okazji, żeby o tym świadczyć, ale stale miał
poczucie niewypełnienia tej misji.
Trudno się temu dziwić, bo choć komisja amerykańska orzekła jednoznacznie, że za zbrodnię odpowiadają Sowieci, to Amerykanie nie zdecydowali się podnieść tej sprawy na
forum ONZ. Nad sprawą zbrodni na
wiele lat zaległa cisza.
Do tematu wróciła komisja powołana w Kopenhadze po doniesieniach o aresztowaniu słynnego fizyka Andrieja Sacharowa. Komisja
chciała udowodnić łamanie praw
człowieka w ZSRR. Polski profesor
został wezwany na przesłuchanie.
Kilka dni wcześniej został napadnięty na ulicy. Nieznany mężczyzna
silnie uderzył go w głowę i uciekł.
Prawdopodobnie był to zamach,
który miał uniemożliwić składanie
15
zeznań. Jest to tym bardziej prawdopodobne, że Swianiewicz pracował nad książką „W cieniu Katynia”. Profesora przewieziono do
szpitala. Gdy odzyskał przytomność, powiedział – Chwała Bogu,
książkę już złożyłem u Giedroycia,
mogę umierać. Mylił się. Żył jeszcze ponad 20 lat, a łaskawy los
w 1990 roku pozwolił mu odwiedzić wolną Polskę. Śmierć, której
tyle razy uciekał, dopiero siedem
lat później połączyła go z towarzyszami broni, z którymi NKWD rozdzieliło go 57 lat wcześniej na drodze między Gniazdowem a laskiem
brzozowym w Katyniu.
LESZEK SZYMOWSKI
PS O polskich oficerach, którzy
przeżyli egzekucję w Katyniu, czytaj
na portalu Onet.pl
Uciec przed śmiercią
Gdy powstawała polska armia,
Swianiewicz – jak wszyscy inni Polacy – został objęty amnestią. Tyle tylko, że jego, jako jedynego, nie
chciano wypuścić z łagru. Z pomocą przyszedł mu polski ambasador
w Moskwie Stanisław Kot. Kot pominął protokół dyplomatyczny i podjął
interwencję u szefa łagru na Syberii.
NKWD wiedziało jednak, jaką tajemnicę skrywa w sobie Swianiewicz.
Władze robiły wszystko, aby nie wypuścić go z ZSRR. Odmówiono mu
paszportu i wizy, co wywołało kolejną interwencję dyplomatyczną i protesty samych Brytyjczyków. Na statek odpływający z Kujbyszewa Swianiewicz wszedł w ostatniej sekundzie. Przez Astrachań i Teheran dotarł do Londynu. Tam złożył wstrząsające świadectwo o zbrodni katyńskiej. Jego zeznania wywołały burzę. Żyjący uciekinier zadawał kłam
twierdzeniom rosyjskiej propagandy, jakoby to wojska niemieckie były
odpowiedzialne za ludobójstwo dokonane na polskich jeńcach.
Życie Stanisława Swianiewicza
R E K L A M A
a1616-19.qxd
2010-04-09
15:08
Page 2
16
JAK W RAJU
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Kiedy Aleksander Kwaśniewski myśli o czasach swojego urzędowania, najbardziej brakuje
mu ośrodka Mewa. I mówi, że to samo uczucie będzie towarzyszyło Lechowi Kaczyńskiemu
Tajemnice rezydencji prezydenta
Nr 79 (3-5 IV). Cena 3,40 zł
Ośrodek Mewa to jedno z najbardziej tajemniczych miejsc
w Polsce. Prezydencką rezydencję na Helu odwiedzali Havel,
Bush, Merkel, Solana. Tu do akcji
szykowała się jednostka GROM.
W Mewie prezydent Kwaśniewski
dyskutował w wąskim gronie, co
zrobić ze sprawą pułkownika Kuklińskiego. Premier Miller dochodził do zdrowia po wypadku lotniczym, Lech Kaczyński przy winie
zawierał kompromis z Donaldem
Tuskiem. A jego brat śmigał po Zatoce Puckiej na skuterze wodnym.
Od bramy do zabudowań jedzie
się jakiś kilometr przez sosnowy las.
Niedaleko bramy tablica, która przypomina, że ośrodek odzyskał świetność dzięki Jolancie i Aleksandrowi
Kwaśniewskim. Pracownicy trochę
pokpiwają, że Kwaśniewscy sami sobie fundowali pamiątkowe napisy.
Mewa leży na półwyspie, niedaleko Juraty, choć administracyjnie
należy do gminy Hel. Piękna plaża
nad zatoką, otoczona ponad 100
hektarami lasu.
– Kiedyś był to ośrodek Ministerstwa Obrony Narodowej, który
przeszedł pod zarząd Rady Państwa. Jakby z marszu Kancelaria
Prezydenta przejęła go w 1989 roku – wspomina Andrzej Gdula, pod
koniec lat 80. pracownik KC PZPR,
potem szef zespołu doradców prezydenta Kwaśniewskiego.
Pierwszym prezydentem, który pojawił się w Mewie, był Lech Wałęsa,
ale nie zapałał sympatią do miejsca.
Lubił łowić ryby, pograć w ping-ponga z Mieczysławem Wachowskim.
W zapuszczonej rezydencji chyba
się nudził.
– Był tu może ze dwa razy – przyznaje burmistrz Helu Mirosław Wądołowski.
Wałęsa w 1993 roku użyczył sporego kawałka ośrodka niedawno
sformowanej jednostce GROM.
Z Aleksandrem Kwaśniewskim
sprawy miały się inaczej. On i jego
małżonka uwielbiali Hel. Spędzali tu
wakacje (np. w 1994 roku w pobliskim Cetniewie. Dziennikarze zarzucali Kwaśniewskiemu, że z oficerem
KGB Władimirem Ałganowem).
Lider lewicy był entuzjastą tenisa. Gdy bywał nad morzem, grywał
w Juracie, na korcie ośrodka Bryza
należącego do Zbigniewa Niemczyckiego.
Prezydencka rezydencja – ośrodek Mewa zamuje ponad sto hektarów lasu na Półwyspie Helskim
Fot. Kacper Kowalski/Forum
Zapomniana rezydencja od razu
przypadła Kwaśniewskim do gustu.
Państwo Kwaśniewscy
remontują
Kiedy Kwaśniewski zawitał pierwszy raz do Mewy, był zdziwiony
– wspomina Dariusz Szymczycha,
współpracownik ówczesnego prezydenta. – Jakieś „postgomułkowskie”
wille. Wszystko podniszczone.
Zapadła decyzja o remoncie i rozbudowie ośrodka.
– Byłem tam w lecie 1996 roku.
Prace trwały pełną parą – wspomina
Leszek Miller.
– Co pan tam robił?
– Rozmawialiśmy z Aleksandrem
Kwaśniewskim i ministrem sprawiedliwości Leszkiem Kubickim o sprawie pułkownika Kuklińskiego. Zastanawialiśmy się, jakie są możliwości
jego rehabilitacji – mówi Miller, wówczas szef Urzędu Rady Ministrów.
W czasie remontu powstało centrum konferencyjne i wieża widokowa przypominająca latarnię morską.
– Wieża była pomysłem Jolanty
Kwaśniewskiej. Na szczycie pokój
z kominkiem dla czterech–sześciu
osób, z panoramą zatoki. Tam można odbywać kameralne rozmowy.
W dolnej części wieża jest połączona z basenem, gabinetem odnowy
i sauną – opowiada burmistrz Wądołowski, kiedyś bywalec Mewy.
Renowacji zostały też poddane wille wypoczynkowe. W domu numer 1 mieszka prezydent, niedaleko dom dla najdostojniejszych gości i kilka innych, gdzie można zakwaterować ludzi z otoczenia dygnitarzy. W ośrodku jest także kort
tenisowy.
A przy wieży tablica ku czci byłej
pierwszej damy.
– Zaraz tablica, mała tabliczka
– wyjaśnia Leszek Miller.
Pracownicy Mewy mówią, że do
urządzania wnętrz mocno przyłożyła
rękę Jolanta Kwaśniewska, która ma
ambicje dizajnerskie. Efekt jednym
się podoba, innym mniej. Pierwsi
twierdzą: „Nie ma złotych klamek,
ale wszystko jest eleganckie, w wysokim standardzie”.
Drudzy narzekają, że trochę zbyt
nowobogacko, w stylu „luksus przełomu lat 90. i dwutysięcznych”.
Podziały są raczej funkcją gustów
niż poglądów politycznych:
– We wszystkich budynkach rządowo-prezydenckich do tej pory pośmierduje Peerelem. Tu boazeria pa-
miętająca Gierka, tam śledzik pod
pierzynką w menu. A to nowoczesny
ośrodek pod każdym względem
– opowiada polityk PiS.
Pożegnanie z GROM
Kiedy remont się kończył, powrócił
problem kłopotliwego sąsiedztwa.
Połowa ośrodka z plażą i lasem była
we władaniu komandosów. Obie
części oddzielone jedynie 30-centymetrowym płotkiem. Kwaśniewscy
mogli więc „podglądać” oddział specjalny i vice versa.
– Sprawiali miłe wrażenie – wspomina ówczesny dowódca GROM,
generał Roman Polko. – Zbierali
śmieci wyrzucone przez morze. Nie
robili tego na pokaz, tylko żeby było
czyściej.
Polko przyznaje, że baza na Helu
była jednostce potrzebna.
– Mieliśmy tam lądowisko dla helikopterów i podejście dla okrętów
podwodnych – wspomina. Komandosi ćwiczyli, ale baza miała jeszcze
jedną funkcję.
– Jeśli GROM miał np. odbijać zakładników w odległym zakątku świata, to takiego zadania nie stawiano
w jednostce. Wybierało się ludzi,
przewoziło do bazy i tam mówiło, co
a1616-19.qxd
2010-04-09
15:08
Page 3
mają robić – opowiada Polko. – Oddział przygotowywał się we własnym gronie, omawiał szczegóły,
a w końcu ruszał na akcję. Taką rolę
pełnił ośrodek na Helu.
W 2002 roku Kancelaria poprosiła
GROM, żeby zebrał manatki.
– Broniłem, jak mogłem. W końcu
skapitulował mój następca. Nie potępiam, bo co miał zrobić, skoro Kancelaria Prezydenta nalegała – opowiada Polko.
Po stracie ośrodka na Helu GROM
dostał pieniądze na rozbudowę bazy
w Gdańsku.
– Dziś jest tam obiekt z prawdziwego zdarzenia – mówi Polko.
Koniec remontu współpracownicy
Kwaśniewskiego przyjęli entuzjastycznie, bo prezydent przez miesiąc
siedział w jednym miejscu.
W ośrodku zamontowano nowoczesne systemy ochrony, więc był
bezpieczny. Mewa ma doskonałą
łączność, a gdy trzeba było załatwić
coś w cztery oczy, do rezydencji
można się było wybrać helikopterem.
– Kwaśniewski czasem chciał posłuchać, co się dzieje w Warszawie,
albo pogadać. Wzywał i przyznam,
że było to przyjemne polecenie
– opowiada Dariusz Szymczycha.
Andrzej Gdula przypomina sobie,
że za czasów Kwaśniewskiego Me-
17
JAK W RAJU
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
wa żyła głównie latem i podczas wizyt gości zagranicznych. – Prezydent jeździł tam wypoczywać; jeśli
w ciągu roku chciał zorganizować
naradę poza Pałacem, najczęściej
wybierał podwarszawski Klarysew
– opowiada.
Nie znaczy to, że na Helu za czasów Kwaśniewskiego nie zapadały
ważne decyzje. – Była na przykład
narada z udziałem premiera Marka
Belki i Jana Truszczyńskiego, negocjatora naszego członkostwa w UE,
o przyszłości Polski w Unii – wspomina Szymczycha.
Leszek Miller też jako premier bywał gościem Mewy.
– Aleksander Kwaśniewski zapraszał mnie na rozmowy w cztery oczy
lub w wąskim gronie.
Premier właśnie w Mewie przechodził rehabilitację po wypadku rządowego helikoptera w 2003 roku.
– Świetna rezydencja. Jest tam basen, jacuzzi, wszystko, co jest potrzebne, by dojść do siebie.
Wizytówka
polskiej gościnności
Aleksander Kwaśniewski zaczął
wykorzystywać Mewę do przyjmowania gości zagranicznych.
– Gościł tam m.in. Javiera Solanę,
a Vaclav Havel z małżonką spędził
tam dwa tygodnie. Mewa stała się
więc wizytówką państwa i polskiej
gościnności – opowiada Szymczycha.
Chwile świetności przeżywał burmistrz Helu.
– Najczęściej to ja witałem gości
w porcie wojennym na Helu i wiozłem do rezydencji – wspomina Wądołowski.
Kancelaria prowadziła „politykę
otwartych drzwi” dla samorządowców.
– W centrum konferencyjnym przygotowaliśmy wielką konferencję
o UE z udziałem samorządu i lokalnych mieszkańców. Potem było
zwiedzanie ośrodka – mówi Szymczycha.
– Dostaliśmy od Kancelarii gwarancje, że możemy korzystać z sali
konferencyjnej, były też wycieczki
dla miejscowych – opowiada burmistrz.
Takiej otwartości nie było wobec
dziennikarzy. Kwaśniewscy nie
chcieli wpuszczać do rezydencji reporterów. Rozsierdzony „Super
Express” posłał fotografa na motolotni, który przeleciał się nad rezydencją. Nie wykryto żadnych tajemnic, ale zrobiono zdjęcie dwóm paniom opalającym się topless. Zrobił
się skandal, bo przypuszczano, że
nagie biusty mogły należeć do prezydentowej i jej córki.
Kwaśniewscy nie zamykali się
w rezydencji. Prezydent pomykał na
rowerku do Juraty, prezydentowa
chodziła do cukierni. Lokalne gazety
pisały o pierwszej parze jako o atrakcji turystycznej półwyspu. Ale Kwaśniewski ma u mieszkańców Helu
jedną krechę:
– Często mawiał, że jedzie na korty do Juraty. I rzeczywiście jeździł
pograć w tenisa do ośrodka Bryza
należącego do Niemczyckiego. Potem grał już na korcie w rezydencji
Mewa, a mimo to powtarzał Jurata,
Jurata i tak się utarło. A Mewa jest
przecież w granicach gminy Hel!
– protestuje burmistrz Wądołowski.
– Nawet na tablicy przed wjazdem
jest napis: „Rezydencja Jurata -Hel”,
to koszmarek.
Helanom zależy, żeby Mewa była
„ich”. Jurata i tak jest rozkręcona
w mediach jako kurort. Hel – będący
do niedawna bardziej bazą wojskową niż miejscowością turystyczną
– rozwija się, ale ciągle jest na dorobku.
Namiętny spacerowicz
Po przejęciu władzy w końcówce
2005 roku obóz braci Kaczyńskich
patrzył na Mewę z lekką niechęcią.
Zaraz po wyborach państwo Kwa 18
R E K L A M A
a1616-19.qxd
2010-04-09
15:08
Page 4
18
JAK W RAJU
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Tajemnice rezydencji prezydenta
17 śniewscy zaprosili do Pałacu prezydenta elekta z małżonką na obiad.
Zachwalali rezydencję, przekonywali
następców, że na pewno się w niej
zakochają. Ale była rezerwa. PiS krytykował przecież w kampanii „bizancjum” poprzedniej władzy. Jeśli trzymać się tej retoryki, to rezydencja
była bizantyjską perłą.
– Poza tym dochodziły głosy, że
pierwsza dama bolała nad tą stratą
najbardziej. Z żalem mówiła w obecności urzędników: „Myśmy z mężem
zrobili, a korzystać będą następcy”.
Takie wieści nie wywoływały najlepszych uczuć w otoczeniu braci – opowiada współpracownik Kaczyńskich.
R E K L A M A
Ale nastawienie szybko się zmieniło. Między innymi dlatego, że nowy
prezydent nie polubił monumentalnej atmosfery Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, w którym „nie
można przesunąć kanapy” bez zgody konserwatora zabytków.
Kaczyński jest człowiekiem kameralnym i ma swoje przyzwyczajenia.
Na przykład lubi pochodzić, kiedy
rozmawia przez komórkę albo dyskutuje z którymś ze współpracowników.
– Kiedy chodzę, lepiej mi się myśli
– mawia. Polityk PiS: – Bracia mają
bzika na punkcie przechadzek. Tyle
że nie mogą pójść do parku, bo zaraz zrobi się tam zbiegowisko. Mewa
na spacery okazała się idealna. Alej-
ki w sosnowym lesie. Zupełnie jakby
ktoś to wymyślił dla nich. Teren jest
ogrodzony, strzeżony. Można się poczuć swobodnie bez obawy, że ktoś
będzie podsłuchiwał albo robił zdjęcia. Tej swobody w Pałacu nie ma.
Doszło do tego, że Kaczyński zapałał do ośrodka większą sympatią
niż poprzednik, który głównie spędzał tam letnie urlopy. Obecny prezydent wpada znacznie częściej, nawet na weekend.
– Jeździ na rowerze, no i namiętnie
spaceruje – mówi współpracownik
prezydenta.
Kaczyński mniej chętnie wyskakuje do pięknie wyremontowanego, za
czasów Kwaśniewskich, zameczku
w Wiśle. Po pierwsze dojazd z Warszawy jest dłuższy, po drugie dolna
część rezydencji w Wiśle jest wynajmowana gościom. Nie ma takiej wolności jak w Mewie.
Były oficer BOR: „W piątek po południu samolot z 36. Pułku Specjalnego leci z prezydentem nad morze,
wraca w niedzielę. Maszyna ląduje
na lotnisku w Rębiechowie, rzadziej
na wojskowym lotnisku na Oksywiu.
Bywa, że prezydent kursuje na trasie
Warszawa – Hel częściej niż raz w tygodniu”. (Tabloid „Fakt” podliczył, że
od listopada 2007 do czerwca 2009
r. prezydent latał nad morze 141 razy).
Kaczyński woli latać samolotem
niż śmigłowcem – jest bardziej komfortowo i bezpiecznie. Śmigłowiec
służy temu, żeby przedostać się już
z lotniska w Gdańsku lub na Oksywiu do Mewy, szczególnie latem lub
w długie weekendy, gdy wąska droga na półwyspie jest zakorkowana.
Janusz Kaczmarek, były prokurator krajowy, potem szef MSWiA:
– Gdy prezydent leciał z Warszawy
do ośrodka na weekend, zawsze
proponował samolotową podwózkę.
To były miłe gesty. Na pokładzie byli
też inni współpracownicy z Trójmiasta, na przykład szefowa jego sekretariatu Zofia Gust albo minister Maciej Łopiński.
Do samej rezydencji nie jest łatwo
się dostać. Minister w rządzie PiS
opisywał nam, że między prezydentem a jego małżonką istnieje niepisana umowa, na mocy której na Hel
przyjeżdżają osoby zaakceptowane
przez nich oboje. Pani Maria dba, by
rezydencja była azylem i żeby nie
przenoszono tam pałacowych emocji.
Do Mewy wpada brat prezydenta.
Nawet kiedy Jarosław Kaczyński był
premierem, zjawiał się na Helu nie
jako szef rządu, ale jako członek rodziny prezydenta.
Prezes PiS dostaje do dyspozycji
oddzielną willę nazywaną w otocze-
niu braci premierówką, tam przyjmuje gości oraz współpracowników.
W wakacje 2007 roku szalał nawet
na skuterze wodnym po Zatoce Puckiej, co ujawnił kiedyś jego były
rzecznik Jan Dziedziczak. Otoczenie
premiera chciało, żeby popisy mogli
zobaczyć fotografowie, ale Kaczyński odmówił. – Gdyby to był Marcinkiewicz, zdjęcia byłyby następnego
dnia w tabloidach! – utyskiwali przyboczni prezesa.
Ośrodek odegrał ważną rolę podczas kampanii wyborczej w 2007
roku. To tu, na należącym do rezydencji molo, zrobiono zdjęcie Jarosławowi Kaczyńskiemu, które potem wykorzystano na plakacie wyborczym. Przedstawia ono prezesa
PiS opartego o barierkę pomostu,
w tle zatoka i kawałek wybrzeża.
Napis głosi: „Premier Kaczyński
– zasady zobowiązują”.
W Mewie bywała też mama braci,
ale podczas jednej z wizyt jej miastowy kot złapał alergię i to nieco zniechęciło Jadwigę Kaczyńską do rezydencji. Poza tym dla 83-letniej pani
podróż na Hel jest zbyt męcząca.
Dlatego matka braci na odpoczynek
chętniej wybiera prezydencką rezydencję Promnik, położoną nieco ponad 70 kilometrów na południe od
stolicy.
Prezydent i jego małżonka
w ośrodku zmienili niewiele. – Wymieniono ogrodzenie – mówi burmistrz Wądołowski. Zostały tablice
przy wjeździe do ośrodka i wieży
widokowej, które upamiętniają zasługi Kwaśniewskich.
– Lech żartobliwie mówił, żeby ich
nie demontować, bo chce je pokazywać jako atrakcję turystyczną
– opowiada były współpracownik
prezydenta. Na pewno zmienił się
styl funkcjonowania głowy państwa.
Kwaśniewski często odwiedzał Hel
czy Juratę, nie unikał kontaktów
z ludźmi. Kaczyński tego nie robi.
W pierwsze wakacje po objęciu władzy przez nowego prezydenta burmistrz Wądołowski nie brał urlopu
i czekał w pogotowiu, żeby pokazać
głowie państwa port w Helu, fokarium i inne atrakcje na cyplu. Ale nic
z tego nie wyszło i czeka do dziś.
– Prezydent nie podtrzymał tradycji ścisłej współpracy z samorządem. Ale broń Boże tego nie krytykuję, bo lubimy wszystkich prezydentów! – zastrzega burmistrz.
Bardziej otwarta od męża jest pani
prezydentowa, która wyskakuje
z Mewy do miasta i jest, podobnie
jak jej poprzedniczka, patronką festiwalu muzyki kameralnej w Helu.
Busha zaprosiłeś,
a mnie nie
Jedno natomiast Kaczyńskiego
i Kwaśniewskiego łączy. Obaj używali rezydencji do kameralnych
a1616-19.qxd
2010-04-09
15:08
Page 5
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
rozmów politycznych. W marcu
2007 r. na nieoficjalne rozmowy do
Mewy przyjechała kanclerz Angela
Merkel. Doszło wtedy do wpadki organizacyjnej. Kaczyński chciał pokazać pani kanclerz panoramę okolicy z wieży widokowej. I jak na
złość właśnie wtedy zacięła się winda. Oboje musieli się wspinać na
wieżę po słabo oświetlonych schodach. Największym wydarzeniem
w Mewie podczas mijającej kadencji była wizyta prezydenta George’a W. Busha w czerwcu 2007 roku. Przyjazd organizowano na wariackich papierach. Bush miał tournée po Europie, ale na trasie nie
było Polski. Pomysł na przyjazd Busha na Hel zrodził się bardzo późno. Jeszcze pod koniec maja nic
nie było pewne. W końcu Joshua
Bolten, szef gabinetu prezydenta
USA, dał odpowiedź, że Bush może
wpaść na półwysep na kilka godzin. – Atmosfera była bardzo przyjacielska. Z Kaczyńskimi była ich
wówczas czteroletnia wnuczka.
Wspólnie z Laurą Bush rozpakowywały prezenty. Po rezydencji kręcił
się Tytus, szkocki terier Kaczyńskich. Psa tej samej rasy mieli Bushowie – opowiada Elżbieta Jakubiak, była szefowa gabinetu prezydenta. Bushom rezydencja się
spodobała, Bolten się urwał i chodził boso po plaży. Tabliczki upamiętniającej Jolantę Kwaśniewską
w wieży widokowej goście nie zobaczyli. Przykryto ją dywanikiem.
Wieść o tym, że w rezydencji jest
uroczo, rozeszła się po świecie. Na
przykład Nicolas Sarkozy miał pretensje do Kaczyńskiego, że ten nie
zaprosił go na Hel. – Busha zaprosiłeś do domu, a mnie nie – wyrzucał prezydentowi. Kaczyński usiłował tłumaczyć: – To nie jest mój
dom, to państwowa rezydencja.
Ale widać było, że Francuz ma
o to żal.
Mewa była też świadkiem dramatycznych momentów.
Wieczorem 7 sierpnia 2008 r. leniwy urlop przerwał Lechowi Kaczyńskiemu telefon od zaprzyjaźnionego prezydenta Micheila Saakaszwilego. Gruziński przywódca
mówił, że wojna wisi na włosku
i Rosja szykuje się do dużej operacji. Kaczyński próbował przekonywać Saakaszwilego, by nie dał się
sprowokować. Niedługo po rozmowie Kaczyński ruszył do Warszawy,
potem z misją do Tbilisi.
W Mewie rozgrywała się duża
polityka krajowa. Na przykład
w marcu 2008 roku. Prezydent
– który wynegocjował traktat lizboński i przedstawiał to jako swój
sukces – nagle zmienił front. Wygłosił antytraktatowe orędzie przygotowane przez Jacka Kurskiego.
Politycy Platformy zacierali ręce.
Już mieli pomysł, żeby organizować referendum, które pchnęłoby
Kaczyńskich do antyeuropejskiego
narożnika. Do rozmowy ostatniej
szansy między Lechem Kaczyńskim i Donaldem Tuskiem doszło
w sobotę. Willa prezydenta była
opustoszała. Kręcili się tylko oficerowie BOR i kelnerzy. Rozmowa
w cztery oczy nie zaczęła się dobrze, ale prezydentowi potrzebna
była zgoda i lody zostały szybko
przełamane.
Politycy mówili sobie po imieniu,
rozmawiali na piętrze w pokoju
z wielkim oknem, przez które roztacza się imponujący widok na zatokę. Spotkanie przedłużało się, podawano jedzenie i wino. W pewnym
momencie prezydencki minister Michał Kamiński połączył się telefonicznie z siedzącym piętro niżej Sławomirem Nowakiem, który przybył
do Mewy z Tuskiem. „Jak idzie?”.
„Chyba dobrze, z góry nie słychać odgłosów walki” – żartował
Nowak.
Wino rozluźniło obu polityków.
Premier relacjonował potem swoim
najbliższym współpracownikom, że
„rozmawiał z Lechem, jakiego znał
wiele lat temu”. Prezydent miał proponować nawet spotkanie w gronie: oni dwaj, Jarosław Kaczyński
i Grzegorz Schetyna. Rozmowa
skończyła się kompromisem, szef
rządu opowiadał, że przy pożegnaniu Kaczyński wyglądał na człowieka, któremu ulżyło.
Wszyscy, którzy byli w rezydencji
– niezależnie od opcji – mówią, że
nadmorski ośrodek to powód do
dumy.
– O tym, że Mewa jest przepiękna, świadczą delikatne prośby od
przywódców innych krajów, którzy
od czasu do czasu „wpraszają się”
tu na urlop – opowiada współpracownik prezydenta.
– Za pieniądze podatników?
– pytamy.
– Jeśli nawet, to są to doskonale
zainwestowane środki. Ci, którzy
raz byli w rezydencji, chcieliby tam
wracać – oświadcza z przekonaniem rozmówca.
Dobitnym przykładem tego uzależnienia może być prezydent Kwaśniewski, który w niedawnym wywiadzie dla „Polski” stwierdził: „Jeśli mam mówić tak osobiście, czego mi brakuje z prezydentury,
i Lech Kaczyński pewnie podzieliłby moje zdanie, to brakuje mi... Juraty. Juraty mi żal”.
Burmistrz Helu, gdy cytujemy mu
wywiad, śmieje się: – Rozmawiałem z nim kilkanaście razy... Wiem,
że mówiąc „Jurata”, ma na myśli
także Hel – komentuje dyplomatycznie.
MICHAŁ MAJEWSKI
PAWEŁ RESZKA
R E K L A M A
A1622-23 BZDURY UNII.qxd
2010-04-09
22
15:14
Page 2
AKADEMIA GŁUPICH KROKÓW
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Kura w klatce ma stać pazurami do przodu
Rozmowa z prof. MIROSŁAWEM PIOTROWSKIM, posłem do Parlamentu
Europejskiego, organizatorem konkursu na największy unijny absurd
Nr 79 (3-5 IV). Cena 2,30 zł
– Już pierwszego maja, poda pan
wyniki ogłoszonego przez siebie
konkursu na największy unijny absurd. To będzie już piąta edycja konkursu. Co skłoniło pana do jego zorganizowania?
– Kiedy ponad pięć lat temu zostałem wybrany na posła do Parlamentu
Europejskiego, często w trakcie obrad,
a zwłaszcza w trakcie głosowania nad
różnymi dokumentami, posłowie wokół
mnie zrywali się z miejsc i rozrzucali papiery, krzycząc: „Przecież to absurd!
Nad czym my tutaj głosujemy?!”. A potem w kuluarach wymieniali się zgryźliwościami na temat przepisów, nad którymi trzeba było głosować. Dorzucali
kolejne absurdy.
– Co ich tak bardzo bulwersowało?
– Na przykład kwestia lusterek
wstecznych w ciągnikach rolnych
i osobno lusterek wstecznych w ciągnikach leśnych, którą kiedyś omawialiśmy. A potem głosowaliśmy. I dalej: wycieraczki przednie w ciągnikach rolnych i leśnych.
– Pan to podaje tak dla prowokacji,
prawda? Tak symbolicznie tylko?
– Pan nie wierzy? Ależ tak! My naprawdę nad tym głosowaliśmy. Parlament Europejski reguluje nie tylko kwestię wycieraczek w ciągnikach leśnych.
A co pan powie na taką debatę, cytuję
dosłownie. „Rola i znaczenie cyrku
w Unii Europejskiej”.
– Jeśli przyjąć, że tym cyrkiem jest
sam Parlament Europejski... Ale on
chyba nie jest okrągły jak nasz
Sejm...
– Albo taka debata, która odbyła się
kilka miesięcy temu. Jej tytuł: „Jak przybliżyć przestrzeń kosmiczną do Ziemi”.
– Chyba najlepiej za pomocą lunety.
– Posłowie byli innego zdania. Tak
więc, nagradzane propozycje konkursowe pokazują z jednej strony absurdalność niektórych pomysłów unijnych, a z drugiej strony nadmierne
marnotrawstwo.
– Na przykład?
– Pięć lat temu, gdy wybieraliśmy
szefa Komisji Europejskiej, pana Barroso, nasza grupa polityczna w PE zażądała od niego wykazu utajnionych komitetów roboczych, pomagających komisji opracowywać różne przepisy. My
domagaliśmy się ujawnienia ich spisu,
przypuszczając, że było ich około trzystu. Barroso jednak nie chciał nam ich
ujawnić, więc postawiliśmy mu ultima-
tum, że jeśli nam nie dostarczy pełnej listy, to będziemy głosować przeciwko
niemu. Na dzień przed głosowaniem
wysłał nam wykaz tych komitetów
z własną linią budżetową, z prośbą
o niepublikowanie jej w mediach.
– Co to jest linia budżetowa? Kaska do przetrwonienia?
– Zarezerwowane środki do wykorzystania na konkretne cele tych komitetów. Okazało się, że było ich trzy tysiące dziewięćdziesiąt cztery.
podparte konkretną dyrektywą lub cytatem wypowiedzi, np. komisarza UE.
Co roku wpływa około stu zgłoszeń. Jako pierwszy absurd nasza komisja nagrodziła pięć lat temu dyrektywę, która
brzmi: „O produkcji jaj hodowlanych na
wolnym wybiegu”.
– Brzmi pożytecznie.
– Owszem. Tyle tylko, że po wielu
miesiącach ciężkiej pracy orzeczono,
cytuję dosłownie: „Kura w klatce ma
stać pazurami do przodu”. Koniec cy-
Prof. Mirosław Piotrowski: – W każdym takim absurdzie chodzi
o duże pieniądze
Fot. Iwona Burdzanowska/Ag. Gazeta
– Chyba trzysta dziewięćdziesiąt
cztery.
– Nie, trzy tysiące dziewięćdziesiąt
cztery komitety robocze, stałe i tymczasowe. Dziesięć razy tyle, ile podejrzewaliśmy.
– Po co ich aż tyle? I czym się zajmowały?
– Wśród nich znalazło się aż kilka komitetów do spraw etykietowania tekstyliów, dalej komitet do spraw wind, komitet do spraw dobrego samopoczucia
zwierząt, komitet do spraw banana, tak,
tak, do tego obśmiewanego banana
i jego krzywizny. I tak dalej, i tak dalej...
Teraz zmieniono ich nazwę na grupy
eksperckie i zredukowano ich liczbę.
– Do wyjściowych trzystu?
– Obecnie jest ich równy tysiąc.
– Wróćmy do konkursu...
– Wprawdzie ja jestem jego pomysłodawcą i fundatorem nagród, ale decyzję podejmuje jury pod przewodnictwem znanego politologa prof. Marka
Żmigrodzkiego. Nasze jury przyjmuje
zgłoszenia tylko udokumentowane,
tatu. To było jedno z donioślejszych
ustaleń. Wszystkie te unijne absurdy
dzielę na dwie kategorie. Pierwsze to
są absurdy techniczne, czyli dyrektywy
i szczegółowe przepisy, a drugie rudymentarne to te, które wiążą się z ideologią i polityką Unii Europejskiej oraz
wpływają na jej działania.
– Jak to rozumieć?
– Na przykład kilka lat temu utrącono
kandydaturę Rocco Buttiglione na komisarza z powodu jego chrześcijańskich poglądów, choć ojcami założycielami UE byli przecież chrześcijańscy
demokraci.
– Pamiętam tę wrzawę. On wtedy
powiedział, że para homoseksualistów to nie jest małżeństwo.
– I ukarano go za te poglądy. Po tym
wszystkim jeden z kardynałów niemieckich stwierdził, że dziś żaden z ojców założycieli Unii Europejskiej, takich jak na przykład Konrad Adenauer
czy Robert Schumann, w świetle tej interpretacji nie mógłby zostać komisarzem UE.
– Tak się Unia wyszlifowała w politycznej poprawności, że odtrąciłaby
własnych ojców?
– Tak. I to właśnie zaliczam do tej drugiej kategorii unijnych absurdów.
– Eurobiurokraci boją się waszego
konkursu?
– Na pewno go monitorują. Niedawno KE wycofała przepis nakazujący liczenie sęków w desce, co poczytuję za
drobny sukces naszego konkursu. Poza tym stwierdzono, że nikt się do tego
przepisu nie stosował.
– A komu próbowano w ten sposób dogodzić?
– Zarówno Rada, jak i Komisja Europejska dążą do tego, aby wszystko
standaryzować, ujednolicać, aby mieć
wpływ na każdy aspekt życia i aktywności człowieka. Podliczanie sęków było
właśnie taką desperacką próbą standaryzowania czegoś, co niekoniecznie
trzeba znormalizować.
– Kolejne przykłady?
– Proszę bardzo. Tarcznik niszczyciel. Jest to szkodnik, który niszczy
drzewa. Rada i Komisja Europejska postanowiły z nim walczyć, wydając, cytuję, „zakaz posiadania jego okazów poprzez państwa członkowskie”.
– To jest tak, jakby chcąc walczyć
z katarem, zakazać ludziom kichania.
– Kiedyś publicznie powiedziałem, że
jak kogoś latem na działce tną komary,
to wystarczy napisać do Komisji Europejskiej, a ona wyda stosowną dyrektywę o zakazie posiadania komarów.
– Ale na takim liczeniu sęków to
ktoś nieźle wcześniej zarobił przez te
dwadzieścia lat?
– Dyrektywa ta była po prostu lekceważona.
– Ale przecież Unia to też masa korzyści: brak kontroli na granicach,
możliwość pracy, przemieszczania
się, jedna waluta...
– Te zalety są bezsporne, choć przykład wspólnej waluty w kontekście problemu greckiego jest przynajmniej dyskusyjny. Poza tym w imię czego musimy godzić się, aby Unia wchodziła we
wszystkie aspekty naszego życia? Już
nawet nie gospodarczego, ale rodzinnego, prywatnego. Dlaczego decydenci unijni mają ustalać wielkość ogórka...
– O tym słyszałem...
– ...albo ciężar kapusty...
– A to dla mnie nowość!
– Albo czy musi nam regulować kanty ścian w szpitalach?
– Kanty?
– Tak. Muszą być okrągłe i to ściśle
według drobiazgowo opracowanych
instrukcji. Albo czy Parlament Euro-
A1622-23 BZDURY UNII.qxd
2010-04-09
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
pejski musi zajmować się takimi uregulowaniami, o proszę, mam je nawet
przed sobą, jak „Minimalne wymagania
dotyczące komunikatów werbalnych”?
– A co to w ogóle jest i jaka jest pana odpowiedź?
– Są to określone unijne standardy
dotyczące formułowania krótkich wypowiedzi. Należy się zastanowić, czy
na pewno chcemy na to przeznaczać
naszą składkę członkowską.
– Dziękuję panu jako płatnik podatków za tę odpowiedź. No to słucham
dalej.
– A dalej jest... jeszcze dalej! Na przykład w zeszłym roku otrzymaliśmy zalecenie, żeby unikać zwrotów wskazujących na konkretną płeć. W Wielkiej Brytanii ukazał się nawet prześmiewczy artykuł pt. „Unia neutralna płciowo”. Według zaleceń nie można używać słów
typu dyrektorka, kierowniczka...
– Toż dopiero co feministki walczyły o tę dyrektorkę...
– A dziś jest to już niepostępowe. Nasze feministki pozostały w tyle. Ma być
bezpłciowo. No widzi pan, jak to szybko idzie.
– Ale przecież nie we wszystkich
językach rzeczowniki mają różne rodzaje. W angielskim „teacher” to nauczyciel – i on, i ona.
– Tym razem ten rzeczownik pozostawiono w spokoju, ale o innych pomyślano w stosownych gremiach. Zalecono również, aby np. w języku angielskim unikać zwrotów Mrs, Miss,
w niemieckim Frau, Fraulein, czyli pani,
panna. Zamiast tego zaleca się zwracać się po imieniu, ponieważ autorzy
uważają, że samo wskazanie stanu cywilnego jest już dyskryminacją.
– A pocałować w rękę jeszcze
można?
– W niektórych krajach może to zostać uznane za molestowanie seksualne, więc doradzałbym ostrożność.
– Czy jest coś, czym nas jeszcze
Unia zadziwi w produkcji przepisów?
– Kiedyś w europejskim towarzystwie
zażartowałem sobie, że Komisja Europejska zajęła się regulacją sznurowania
butów, oddzielnie prawego, oddzielnie
lewego. I moi rozmówcy w to uwierzyli.
Ale nie dlatego, że tacy naiwni, ale że
przyzwyczaili się do absurdalnych regulacji.
– Może ja tego nie zapiszę, bo ktoś
przeczyta i jeszcze podchwyci i będzie miał dobrze płatną robotę na
pięć lat?
– Może... W zeszłym roku nagrodziliśmy tylko propozycję przepisu, a nie
gotowy przepis, żeby wprowadzić dwa
różne egzaminy na prawo jazdy: jeden
na manualną skrzynię biegów, a drugi
na automatyczną.
– Gdybym zatem zamienił swego
fiata z ręczną skrzynią na jakiegoś
automatycznego „amerykana”, musiałbym raz jeszcze zdawać prawko?
– Tak, choć tryb przypuszczający jest
tu raczej niewłaściwy. Jak pokazuje
15:14
Page 3
AKADEMIA GŁUPICH KROKÓW
pragmatyka działań w UE, tego typu
ogłaszane propozycje po prostu wchodzą w życie i stają się prawem.
– Skąd w nich taka pasja do płodzenia tylu regulacji?
– Rodzą się one w wyniku kompromisów w Radzie i Komisji Europejskiej,
ale także nie należy zapominać, że
w różnych strukturach UE pracuje tysiące urzędników. Aby więc tę swoją
pracę uzasadnić, aby jej nie stracić, wykazują się częstokroć nadmierną fantazją twórczą i wymyślają problemy.
– Słynne powiedzenie Stefana Kisielewskiego...
– Że socjalizm rozwiązuje bohatersko problemy, które sam sobie stwarza.
– Ale żeby aż tak przeginać? Przecież europosłowie i eurourzędnicy
nie są durniami.
– Oczywiście, że nie. Są to ludzie kulturalni, wykształceni, władają kilkoma
językami, są obyci w świecie. Jednak
każda z pozoru absurdalna decyzja ma
drugie dno – finansowe.
– Jak to rozumieć?
– Odpowiem tak. W 2006 roku kapituła naszego konkursu wyróżniła pomysł uznania ślimaka za rybę śródlądową. Tę inicjatywę Unia wcieliła w życie
w tym roku i ślimak został rybą. Dlaczego? Otóż zamiana ślimaka na rybę powoduje, że Francuzi, którzy zbierają
i hodują najwięcej ślimaków, będą mogli otrzymać na hodowlę „ślimakoryb”
takie same dotacje, jak na prawdziwe
ryby. Znana jest sprawa marchewki,
która w Portugalii została uznana za
owoc. Dlaczego? Bo Unia dotuje dżem,
a dżemy robi się z owoców. Ale w Portugalii dżemy robi się z marchewki,
więc aby pozyskać na te portugalskie
dżemy dotacje, marchewka stała się
owocem. Obśmiewany banan i jego
krzywizna też jest tylko sprawą wtórną.
Bo tak naprawdę kryje się za tym chęć
narzucenia Unii, aby dofinansowywała
banany tylko z byłych kolonii francuskich. Powołano komisję, która miała
odrysować banan francuski i zrobić
rzekomo wzorcowy bananowy szablon.
– I każdy banan, który nie zmieści
się w szablonie, miał iść na śmietnik?
– Nie, on był za mało unijny, przestawał być bananem. Można się zastanowić, czy np. banan Chiquita stał się
jabłkiem? Z pewnością zaczął mieć
większe problemy niż tzw. banan unijny, ale przede wszystkim nie mógł być
dotowany.
– To trochę tak, jak się ustawia
przetargi w polskich gminach, gdzie
tak mocno mnoży się parametry i wymagania, aby spełniała je jedna tylko
firma. Przypadkiem należąca do znajomego wójta.
– Powtarzam: za tymi absurdami,
które nas tak oburzają lub rozśmieszają, kryje się głęboki sens, często finansowy. Dlatego nasz konkurs nie jest tylko czczą zabawą na wyłapywanie absurdów europejskich. On ma zadanie
uświadamiać ludziom, na co wydawane są ich pieniądze. Na co przeznacza
się ten jeden procent PKB składki każdego kraju, także Polski.
– A jak pana tam traktują w Brukseli? Jako rozrabiakę? Albo może jako
taran? Przychodzą i mówią: „Kurczę,
panie Mirku, niech pan coś robi, bo
nam nie starcza odwagi. Boksuj ich
pan, panie Mirku z Polski!”?
– Owszem, wielu podchodzi i wyraża poparcie. Są nawet tacy europosłowie i urzędnicy, którzy chętnie by dorzucili własne, nieznane dotychczas
propozycje.
– A dlaczego pan organizuje te
konkursy? Mógłby się pan dostosować, brać dietę i opowiadać głodne
kawałki o integracji i tolerancji...
– Niektórzy nawet idą dalej niż pan
w tych dociekaniach. Pytają na przykład, co ja robię w Parlamencie Europejskim, skoro krytykuję poczynania
UE w wielu sektorach. Odpowiadam
wtedy, że wiele osób posiadających
podobne poglądy ma prawo mieć swojego reprezentanta w PE. Wszyscy
w Polsce bez względu na swój stosunek do UE płacimy na nią składkę.
Gdyby tę składkę wpłacali wyłącznie
bezkrytyczni euroentuzjaści, pytanie to
byłoby zasadne. Niedawno we Włoszech w Bari europosłowie debatowali
nad inicjatywą Unii Śródziemnomorskiej, takiej potencjalnej wewnętrznej
23
struktury w ramach UE, lansowanej
przez wcześniejszą prezydencję francuską. Taka Unia to dodatkowe fundusze dla jej członków. I całe popołudnie
zastanawiano się całkiem serio, jaki jest
wyróżnik europejskiego mieszkańca
basenu Morza Śródziemnego. Wie
pan, jaki?
– Jest nim kędzierzawy, opalony
krzykacz wymiatający bagietką talerze?
– Blisko! Uznano, że mieszkaniec
przyszłej Unii Śródziemnomorskiej to
człowiek żywiący się owocami morza.
– Ale przecież w Oslo czy w Helsinkach też jedzą owoce morza. Zaraz,
zaraz, ja też ostatnio kupiłem w Tesco mieszankę morskich robaków.
Hura, jestem człowiekiem Śródziemnomorza!
– Ja nie mówię, kto nim jest, ale w jaki sposób planuje się przekierowanie
środków unijnych i jakie argumenty będą formułowane, aby dofinansować
część obywateli UE, ale tylko z południa Europy.
– To może zacznijmy jeść ośmiorniczki, a wtedy się na tę kasę załapiemy?
– Gwarantuję panu, że wówczas
zmieniono by kryteria.
Rozmawiał:
ZBIGNIEW GÓRNIAK
R E K L A M A
a1624 rak.qxd
2010-04-09
16:25
Page 2
24
RAK NIE WYROK
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Czy tak będziemy leczyć w przyszłości?
Siedem metod na nowotwory
Nr 81 (7 IV). Cena 3,40 zł
Chirurgia, radioterapia, chemioterapia – te tradycyjne środki wkrótce
wzbogacą się o metody bazujące
na manipulacjach genetycznych i nanocząsteczkach dostarczających lek
wprost do guzów.
– Rak ma wiele form, jest skomplikowany i łatwo się adaptuje. Wojna z nim stała
się coraz bardziej złożona i obejmuje nowe fronty – uważa dr Susan M. Gapstur
z Amerykańskiego Towarzystwa Walki
z Rakiem. Oto siedem metod, przedstawionych w ciągu zaledwie ostatniego miesiąca, które pomogą nam pokonać tę
chorobę.
Zamrażanie. – Minimalnie inwazyjna krioterapia otwiera drzwi do potencjalnie nowych metod leczenia raka
piersi. Zapewnia bezpieczną i skuteczną
opcję oszczędzenia piersi, przy małym
dyskomforcie – zapewnia dr Peter J. Littrup, radiolog z Barbara Ann Karmanos
Cancer Institute.
W tym przypadku lekarze wykorzystali kilka cienkich igieł. Wstrzyknięto przez
nie bardzo zimny gaz. „Lodowa kula”
zniszczyła komórki nowotworu. Podobny sposób wykorzystywano wcześniej
w salach operacyjnych (np. do leczenia
prostaty). Jak podkreśla dr Littrup, postęp techniki sprawił, że igły są cieńsze,
można wykorzystać jednocześnie kilka,
a nakłucia są mniej bolesne. Dzięki temu
można niszczyć nawet guzy mające
5 cm średnicy. Tak można też walczyć
z przerzutami do jajników, kości, nerek
i płuc – zapewniali eksperci podczas
zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa
Radiologii Interwencyjnej.
Promieniotwórcze koraliki. Na etapie testów z udziałem ludzi jest nowa
metoda walki z rakiem wątroby. Jak twierdzi dr Riad Salem z Northwestern Memorial Hospital, trzy czwarte pacjentów z tym
nowotworem nie może skorzystać z operacji chirurgicznej. Guz jest albo za duży,
albo jest ich zbyt wiele. Dlatego jego zespół opracował nową formę terapii. Kuleczki (każda z nich ma wielkość pięciu
czerwonych krwinek) wypełnione radioaktywnym izotopem itru 90 wprowadza
się przez tętnicę udową. Koraliki napromieniowują komórki nowotworu od wewnątrz.
Efekty leczenia? W grupie prawie 300
pacjentów okres życia bez choroby to
osiem miesięcy, później trzeba było powtarzać terapię. Bez leczenia ludzie mogą
liczyć na półtora roku życia.
Złote kule. Podczas zjazdu Amerykańskiego Towarzystwa Radiologii
Interwencyjnej naukowcy z Northwestern
University w Chicago zaprezentowali inną
technikę – złote nanocząsteczki zawierają-
ce lek zabijający komórki raka trzustki. Nanocząsteczki mają ok. 13 nanometrów
średnicy (nanometr to jedna miliardowa
część metra). Na średnicy ludzkiego włosa zmieściłoby się ich 8 tys.
– Obecnie stosowane metody leczenia
raka trzustki dają znikome efekty. Potrzebujemy zupełnie nowych rozwiązań – mówił prof. Reed A. Omary, którego zespół
prowadził testy, na razie na zwierzętach.
Zespół prof. Omary’ego wprowadzał
nanocząsteczki bezpośrednio do trzustki
za pomocą cewnika. Dzięki temu w jednym miejscu stężenie leku było bardzo
wysokie. Zatrucie całego organizmu, powodujące m.in. wymioty czy wypadanie
włosów, zostało przez to zmniejszone prawie do zera.
Niszczyciel białek – tak nazywają
opracowaną przez siebie technologię naukowcy ze Scripps Research Institute. W jednym z ostatnich wydań „Nature
Chemical Biology” opisują, jak udało im
się wykonać cząsteczkę aktywowaną
światłem. Efektem działania takiej „bojowej głowicy” jest rozrywanie białek.
Do budowy włącznika świetlnego zespół prof. Thomasa Kodadeka użył rutenu. – Kiedy ruten absorbuje światło, musi
oddać część energii, aby powrócić
do pierwotnego stanu – tłumaczy prof. Kodadek. – W tym procesie wytwarza szczególnie aktywną formę tlenu (tzw. tlen singletowy), który rozrywa na kawałki wszystkie białka, jakie napotka.
Taki świetlny włącznik pozwoli niszczyć
białka wewnątrz i na zewnątrz komórek.
Laser sterowany komputerem to
metoda najbliższa wprowadzenia
do codziennego użytku w szpitalach
– wszystkie potrzebne elementy są już dostępne. Lekarze ze słynnej Mayo Clinic wykonali pierwszą na świecie, jak twierdzą,
operację laserowego wypalenia raka prostaty sterowaną obrazem uzyskanym z rezonansu magnetycznego. Nowy rodzaj zabiegu przeszło na razie czterech pacjentów.
– Terapia zachowuje funkcje seksualne, nie
zaobserwowaliśmy żadnych komplikacji – zapewnia dr David Woodrum z Mayo Clinic.
Wyciszanie genów. Metoda opisana
przez naukowców z California Institute
of Technology (Caltech) w jednym z ostatnich wydań „Nature” może zrewolucjonizować nie tylko walkę z rakiem, ale generalnie
z chorobami, u których podstaw leży wadliwe funkcjonowanie genów. Zespół pracujący pod kierunkiem Marka Davisa skonstruował polimerową nanocząsteczkę wyposażoną w łańcuch tzw. siRNA, powodującą
wyciszanie konkretnych genów, a co za tym
idzie – blokowanie produkcji wybranych
białek. Nanocząsteczki wstrzyknięte
do krwiobiegu wnikają do komórek nowotworu i dezorganizują ich działanie.
– Te nanocząsteczki potrafią dostarczyć
łańcuchy siRNA wyciszające geny w dowolne miejsce ciała – tłumaczy Davis. Jego zespół przeprowadził już pierwszą fazę
badań klinicznych. Wyniki będą znane
wkrótce. Wcześniejsze próby – na komórkach raka w probówce – dowiodły skuteczności tej metody.
Zatrzymać wzrost guza. – Wcześniej dowiedliśmy, że można zniszczyć komórki raka nanocząsteczkami pobudzanymi światłem, ale co zrobić, gdy
nie możemy z tym światłem dotrzeć
do guza? – pyta Mostafa El-Sayed
z Georgia Tech. Jego naukowcy znaleźli
odpowiedź: wnikająca do komórek raka
złota nanocząsteczka może zablokować
proces podziału i doprowadzić do samobójczej śmierci komórki.
– Jeżeli możemy zatrzymać komórki
przed podziałem, to możemy też zatrzymać raka – mówi naukowiec.
Na razie metodę przetestowano na komórkach guzów z nosa, gardła i uszu.
4.
5.
1.
6.
2.
7.
3.
Info: B. Gąsiorowska/Studio Graficzne Rzeczpospolitej
PIOTR KOŚCIELNIAK
a1625.qxd
2010-04-09
16:40
Page 1
PARAGRAF 22
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
25
Nieprzemyślane zakupy resortu zdrowia
Rentgen na pryszcze
Aparat rentgenowski na oddziale
dermatologicznym, endoskopy na chirurgii szczękowej. To jednostkowe
przykłady nielogicznych inwestycji,
które muszą zrealizować dyrektorzy
polskich szpitali. Zmusza je do nich
rozporządzenie Ministerstwa Zdrowia,
które trwoni gigantyczne pieniądze podatników.
Wszystko przez rozporządzenia „koszykowe”, które powstawały w bardzo
chaotycznych warunkach. Przy ich tworzeniu Ministerstwo Zdrowia wykorzystywało opracowane w Narodowym Funduszu Zdrowia materiały, które zakładały
obecność aparatury rentgenowskiej
w każdym szpitalu. Zatwierdzone w tempie ekspresowym prawo zawiera szereg
zapisów, na mocy których NFZ może egzekwować obecność urządzeń medycznych w placówkach leczniczych ubiegających się o kontrakt z funduszem. Tak
zaczęły się problemy łódzkiego szpitala
dermatologicznego, któremu aparat rentgenowski potrzebny jest tak samo, jak
górnikowi maszyna do szycia.
– To jest kompletny absurd! – komentuje zirytowany Wojciech Bieńkiewicz, dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego
Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
– W rozpoznaniu i leczeniu schorzeń skórnych nie używa się aparatury rentgenowskiej! Mimo że jest to sprzeczne z praktyką kliniczną, NFZ, bazując na rozporządzeniu ministra, zażądał od nas zakupienia takiej aparatury pod groźbą utraty kontraktu. Ponieważ bezmyślność systemu
zabrnęła zbyt daleko, zanim zakupiłem
aparat rentgenowski, usiłowałem przerwać błędne koło, jakie się wokół niego
zaplotło. Bez skutku... – mówi zrezygnowany.
6 sierpnia 2009 r. dyrektor szpitala próbował ustalić zasadność bytu aparatury
rentgenowskiej w liście do prezesa NFZ.
Wysłane obiegiem służbowym pismo do
chwili obecnej pozostało bez odpowiedzi.
15 października 2009 r. Bieńkiewicz pisze
do Ministra Zdrowia, prosząc o interwencję w sprawie absurdalnego wymogu.
Odpowiedź przychodzi dopiero 5 listopada, w treści podtrzymując wymogi postawione przez rozporządzenie „koszykowe”
i zarządzenie prezesa NFZ. Dyrektor szpitala się nie poddaje. 27 listopada zwraca
się z ponowną prośbą o rozważenie konieczności posiadania aparatury rentgenowskiej w 50-łóżkowym budynku dermatologicznej filii szpitala. Bez skutku.
Urzędnicy ministerstwa w odpowiedzi
z dnia 18 stycznia 2010 r. podtrzymują
swoją decyzję. – Utrzymać wymogi stawiane w przepisach prawnych – wynika
z pisma Tomasza Pawlęgi, dyrektora De-
partamentu Ubezpieczenia Zdrowotnego
w Ministerstwie Zdrowia.
Aparat rentgenowski to dla szpitala
wydatek rzędu od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. – Realizacja wymogów prawnych byłaby dla naszej kliniki ogromnym obciążeniem, co gorsza
– wydatkiem, który nie przynosiłby jakiejkolwiek korzyści dla pacjentów z chorobami skóry. Wolałem za takie pieniądze
kupić nową – równie drogą – lampę do
naświetlań zmian skórnych pacjentów.
Nie ryzykując utraty kontraktu z Funduszem, postanowiłem, że zaspokoję
urzędnicze oczekiwania. Kupiłem od innego szpitala wysłużony, lecz sprawny
i certyfikowany aparat rentgenowski za
dużo mniejsze pieniądze, niż kosztowałoby nowe urządzenie. Mam nadzieję, że
z naszego nieużywanego aparatu urzędnicy z NFZ są zadowoleni – mówi Bieńkiewicz. – W relacjach z urzędnikami
z łódzkiego oddziału NFZ widzę, że zdają oni sobie sprawę z tego, że przy powstawaniu rozporządzeń „koszykowych”
wyszedł kiks. Porażająca jest tylko stagnacja systemu. Wszyscy widzą, że wyszło głupio, a nikt nie chce naprawić błędów – komentuje szef Centralnego Szpitala Klinicznego.
Gdyby groteski było mało – kilkaset
metrów od dermatologicznej filii szpitala
mieści się inny wielospecjalistyczny szpital, który dysponuje wysokiej klasy aparaturą rentgenowską i bardzo chętnie
przyjmie zlecenie na wykonanie zdjęć za
25 złotych. Szpitale te od dawna współpracują z sobą w ramach umowy, bo
zdarza się, że pacjent leczący skórę zapadnie na przykład na zapalenie płuc.
Wtedy konieczne jest prześwietlenie. Zleceń na wykonanie zdjęć rentgenowskich
klinika dermatologii w ubiegłym roku wystawiła aż 8 na łączną kwotę 200 zł. Argument oszczędności także nie przekonywał najwyraźniej rozrzutnych urzędników
z NFZ i Ministerstwa Zdrowia, którzy tak
bardzo zapędzili się w swoich procedurach, że nie wzięli pod uwagę, iż utrzymanie pracowni radiologicznej w przypadku
szpitala dermatologicznego wiązałoby
się z kosztem rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. – Ponieważ czas
pracy radiologów wynosi 5 godzin na dobę, zapewnienie 24-godzinnej obsługi
pracowni byłoby niezwykle trudne i kosztowne. A wszystko tylko po to, żeby w roku zrobili kilka zdjęć. Absurd! Byłyby to
najdroższe zdjęcia rentgenowskie na
świecie! – mówi dyrektor Bieńkiewicz.
Szpital dermatologiczny to wcale nie
jedyna placówka, która w ramach przepisów musiała nabyć drogi sprzęt po to tylko, żeby się kurzył. – Realizując warunki
kontraktu z Funduszem, musieliśmy zakupić dermatoskop, urządzenie, które nie
jest niezbędne w rozpoznaniu schorzeń
W przypadku kliniki dermatologicznej w Łodzi bez zakupionego
rentgena kontrakt z NFZ zostałby zmniejszony o ok. 300 tys.
złotych
Fot. Piotr Kamionka/Ag. Fot. Angora
onkologicznych, gdyż doświadczony onkolog bez najmniejszego problemu rozpozna czerniaka, nie posługując się kosztownym urządzeniem. Kupiliśmy sprzęt,
którego nie mieliśmy okazji ani razu użyć.
Pieniądze wydane na dermatoskop można by spożytkować w sposób dużo bardziej przemyślany, bo potrzeby niedofinansowanej od wielu lat łódzkiej onkologii są ogromne – mówi Wojciech Jabłkowski, chirurg onkolog z Wojewódzkiego Szpitala im. M. Kopernika w Łodzi.
Innym przykładem zbędnych zakupów, oczekiwanych przez resort zdrowia
są endoskopy, które w myśl obowiązujących przepisów muszą znaleźć się na
wyposażeniu... chirurgii szczękowej.
Fundusz wymaga, więc trzeba je zapewnić podobnie jak na każdym innym oddziale chirurgicznym, a że w leczeniu
schorzeń dentystycznych będą kompletnie niepotrzebne, to urzędników dbają-
cych o najwyższe standardy wyposażenia szpitali wydaje się nie obchodzić.
Przecież nie płacą za sprzęt z własnej
kieszeni, lecz z pieniędzy podatników...
– Nagłośniłem sprawę, ponieważ działam w interesie publicznym. Boję się pomyśleć, ile te chore przepisy kosztują nasze społeczeństwo w skali kraju. Minister
zdrowia może rozporządzeniem zmienić
zapis prawny, który jest moim zdaniem
sprzeczny z logiką i interesem pacjentów
– mówi Wojciech Bieńkiewicz. – Wszystko, co mówię, to informacje jawne, do
których dostęp ma każdy obywatel. Moje
działania nie są wymierzone przeciw komukolwiek. Chciałbym, by przyczyniły się
one do usprawnienia systemu ochrony
zdrowia w Polsce. Czy to może być powodem do obaw?
WOJCIECH
ANDRZEJEWSKI
R E K L A M A
a1626-27 POLSKA.qxd
2010-04-09
17:32
26
Page 2
A TO POLSKA WŁAŚNIE
Na peronie
Kolej płaci za taxi!
Ryszard Gołuchowski z Czarnego
na Pomorzu – pracownik kolei – pozwał do sądu spółkę Przewozy Regionalne. Nie bez powodu, wszak
planował pociągiem podróż z Chojnic do domu, lecz gdy stawił się na
peronie przed czasem odjazdu ostatniego składu, zobaczył tylko oddalające się wagony. Wrócił więc taksówką, za którą zapłacił 150 zł. Gdy kolej
nie uznała reklamacji, mężczyzna poszedł po sprawiedliwość do sądu,
gdzie domagał się zwrotu pieniędzy
wydanych na taxi. I wygrał. Sąd uznał
pozew za zasadny i nakazał wypłatę
wspomnianej kwoty na rzecz powoda
– pisze „Dziennik Łódzki”.
Działa tylko zegar...
Przez brudną szybę w poczekalni
zamojskiego dworca widać tylko budzące się z zimowego letargu muchy
i pająki. O tym, że obiekt całkiem nie
umarł, świadczy działający zegar na
peronie głównym. „Tygodnik Zamojski” opisał agonię jeszcze do niedawna tętniącego życiem dworca, jak
i 17 innych w regionie, które stoją puste i marnieją. Zamknięto je po tym,
jak PKP Intercity uznała, że utrzymanie ruchu kolejowego w regionie się
nie opłaca. Po torach jeżdżą już tylko
pociągi towarowe...
Jak w noclegowni
Wiosna może być ulgą od fetoru
dla kasjerek pracujących na rawickim
dworcu PKP. Halę stacji od noclegowni dla bezdomnych odróżnia tylko to,
że podjeżdża tu pociąg i można pić
alkohol i załatwiać się pod dowolną
ścianą dworca. Gazeta „ABC” opisuje horror, jaki przeżywają podróżni
i pracownicy PKP. Policja jest bezradna, bo na siłę nie mogą zabrać „lokatorów” do noclegowni, gdzie przecież
nie można pić. Za smród do paki
wsadzić też ich nie można. A i mandaty za pijaństwo i nieobyczajne zachowanie to tylko procedura, bo są
nieściągalne...
Szybciej z drugim fotelem
Aby z Łodzi do Warszawy można
było dojechać szybciej niż z łódzkiego Janowa na Teofilów, trzeba w pociągach zamontować dodatkowy fotel
dla drugiego maszynisty. To nie żart
– przestrzega „Dziennik Łódzki”.
W 2012 roku pociągi na wspomnianej
trasie mają mknąć z prędkością
160 km/godz. Kłopot w tym, że przepisy wymagają, by przy prędkości
przekraczającej 130 km/godz. pociągiem kierowało dwóch maszynistów.
Tymczasem w składach PESA ED74
jest tylko jeden fotel dla kierującego.
Konieczna jest więc kolejna przeróbka wagonów. To dobrze, przynajmniej
jeden z maszynistów się wyśpi...
KONDUKTOR
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Urzędnicy udowodnili piekarzom, że lepiej
wyrzucić, niż dać biednym...
Gniją tony chleba
Nr 14 (6-11 IV). Cena 2,50 zł
Tysiące bochenków chleba gniją
i pleśnieją na terenie nieczynnej fermy lisów na peryferiach Świdnicy.
Właściciel piekarni, której etykiety są
na pieczywie, twierdzi, że nie wie,
skąd pieczywo się tam wzięło. – Nie
wiem i odp... się ode mnie – wykrzyczał zagadnięty o niewygodny temat.
Chleb do połowy wypełnia zdewastowany budynek gospodarczy. Ciasno
ułożone bochenki zgromadzone są również w trzech klatkach, w których niegdyś trzymano lisy.
Wokół czuć trudny do opisania fetor.
Po gnijącym i pleśniejącym pieczywie
pełza robactwo. Prawdopodobnie ostatnia partia pieczywa została tam dostarczona nie dalej niż kilka tygodni temu.
Na pieczywie są etykiety piekarni „Antek” w Świdnicy. Jej właściciel – Franciszek Wojdyła – twierdzi, że nie wie, skąd
chleb wziął się na terenie starej fermy.
W trakcie rozmowy telefonicznej był bardzo wzburzony. – Panie, daj pan spokój,
k..., odpier... się ode mnie! – krzyczał.
– Może jakiś rolnik kupił chleb dla świń
i tam go wyrzucił. Jak pan chce, też mogę panu sprzedać. Ile worków pan
chce? – dodawał.
Piekarze przyznają, że mają problem
z zagospodarowaniem nieświeżego pieczywa. – Jeszcze kilka lat temu można
było je sprzedawać rolnikom, którzy kar-
Fot. Tomasz Pietrzyk
mili nim świnie. Dzisiaj przepisy już tego
zabraniają – mówi proszący o anonimowość właściciel dużej świdnickiej piekarni. – Możemy jedynie dokarmiać leśną
zwierzynę i tak wiele piekarń robi, wystawiając chleb w miejscu żerowania dzików – dodaje. Niesprzedany, nieświeży
chleb powinien trafić do utylizacji. To
jednak spory problem i koszt, bo najbliższy zakład utylizujący pieczywo jest koło Jeleniej Góry. Nie do końca wiadomo,
kto powinien dopełnić tego obowiązku.
– Teoretycznie to sklep powinien zaopiekować się niesprzedanym towarem, ale
właściciele sklepów żądają, byśmy odbierali od nich zwroty. Jeśli nie odbierzemy, nie chcą wziąć towaru i koło się zamyka – tłumaczy nasz informator.
Po doświadczeniach piekarza z Legnicy, który splajtował po kontroli urzędu skarbowego (ten zwrócił się do
przedsiębiorcy o podatek należny za
darowiznę na rzecz potrzebujących),
piekarnie boją się oficjalnie przekazywać chleb instytucjom pomocowym.
Najtaniej i najprościej jest więc go po
prostu wyrzucić. Kilka lat temu olbrzymie nielegalne składowisko pojawiło się
w Tąpadle w gminie Marcinowice. Tym
razem padło na nieużytkowaną i zdewastowaną fermę lisów. To idealne miejsce
na urządzenie nielegalnego śmietniska.
Z dala od siedzib ludzkich, jednocześnie
z wygodnym dojazdem.
– Zbezczeszczony został dar boży, została zbezczeszczona święta tradycja
Polaków, szanujących chleb; została
zbezczeszczona praca ludzka – mówi
ksiądz Łukasz Ziemski z biura prasowego Świdnickiej Kurii Biskupiej. Ksiądz nie
potrafi zrozumieć zachowania ludzi.
– Może nikomu z tych osób, które wyrzucają chleb, nigdy go nie brakowało? Takie marnotrawienie chleba nie jest ludzkie (...).
PRZEMYSŁAW GRZYB
Powstaje unikatowa kolekcja sławojek
Nr 13 (31 III). Cena 2,50 zł
Skansen w Wygiełzowie będzie
miał wkrótce plenerową ekspozycję
sławojek, czyli drewnianych budek
służących jako ubikacje. Te niezwykle
ważne budynki były do tej pory wstydliwie pomijane w kolekcjach muzealnych i zgromadzenie pełnego, przeglądowego zbioru nie będzie łatwe.
Czasy, gdy na wsi za potrzebą wychodzono za stodołę, a w mieście można było skorzystać z ubikacji służącej
czasem kilkudziesięciu osobom, skończyły się mniej niż sto lat temu za sprawą sławojek. Budowane w pobliżu domów, ale w możliwie ustronnym miejscu, sławojki rozpowszechniły się
w czasach II Rzeczypospolitej, gdy
funkcję premiera sprawował Felicjan
Sławoj-Składkowski. Nazwa obiektu
przyjęta została szybko i powszechnie
na jego hm... cześć. Ponieważ był z wykształcenia lekarzem, sprawy higieny
były mu szczególnie bliskie. Pomysł wykorzystania drewna do budowy i prosta
konstrukcja ubikacji to efekt wojennych
doświadczeń premiera. Walcząc w szeregach legionów, odpowiadał on m.in.
za sprawy sanitarne.
Latryna, według zaleceń premiera,
powinna mieć powierzchnię około metra kwadratowego. Stawiano ją nad
dość głębokim, uprzednio wykopanym
dołem. Konstrukcja budki wykonana
była w oparciu o drewniany szkielet
obity deskami. Kluczowym elementem
obiektu było siedzisko z wyciętym
okrągłym otworem dość sporej średnicy. Deski na siedzisko z wiadomych
względów powinny być solidnie heblowane. W drzwiach, wykonanych również z desek, wycinano często otwór,
na przykład w kształcie serduszka,
a jeśli stolarz był mniej wprawny, to wycinano romb. Otwór ten służył doświetleniu budynku, w pewnym stopniu
także jego wentylacji i oczywiście był
ozdobą. Dopełnieniem wyposażenia
w środku był wbity pod kątem gwóźdź,
służący do zawieszania papieru. Ostatnim ważnym szczegółem konstrukcyjnym było zamknięcie. Powinno być łatwe w obsłudze, bo przecież zdarza
się, że ktoś do ubikacji się spieszy,
musiało dać się uruchomić z wewnątrz
i z zewnątrz oraz być na tyle duże, aby
z pewnej odległości można było
sprawdzić, czy sławojka nie jest przypadkiem zajęta.
W najbliższych dniach będzie wiadomo, jakie rodzaje sławojek zamierza zakupić dyrektor skansenu w Wygiełzowie. Bardzo ważne jest, aby ubikacja
pochodziła z terenów historycznej ziemi
chrzanowskiej (...).
(I)
a1626-27 POLSKA.qxd
2010-04-09
17:32
Page 3
A TO POLSKA WŁAŚNIE
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Przez trzy miesiące okradała jubilerów
A to sroka!
Nr 78 (2 IV). Cena 2,20 zł
39-letnia Beata Z. jubilerów w Elblągu okradała od trzech miesięcy.
– Wybierała sklepy bez większego zastanowienia. Oglądała pierścionki,
kolczyki i bransoletki ze złota. Zagadywała sprzedawców i... wychodziła
z łupem ze sklepu – opowiada Jakub
Sawicki z elbląskiej policji.
Mimo sporej aktywności złodziejki,
tylko jeden elbląski jubiler powiadomił
policję o kradzieży dokonanej w jego
salonie. Beata Z. okradła go w marcu.
– To właśnie ekspedientka z tego sklepu rozpoznała 39-latkę – ujawnia Jakub
Sawicki. Co było powodem milczenia
pozostałych ofiar?
– Nie wykluczamy, że mogło to być
spowodowane obawą przed odpowiedzialnością, poczuciem winy za niedopełnienie obowiązków – zastanawia się
szef zespołu prasowego.
Sroce – bo taki pseudonim 39-letniej
Beacie Z. nadali elbląscy policjanci
– udowodniono na razie 22 kradzieże.
Jak się okazało, złodziejka była już
wcześniej karana.
Zaciągał na nią kredyty, preparował pisma,
trwonił majątek...
Jak mąż okradał żonę
Nr 10 (9-16 III). Cena 2 zł
Dorobek całego swojego życia straciła 40-letnia kobieta, matka dwójki
dzieci. Komornik nie tylko zajął jej
pensję, ale także zlicytował dom.
A wszystko przez męża, który zaciągał długi, gdzie tylko popadło, i ich
nie spłacał.
Od czasu do czasu do Prokuratury Rejonowej w Koninie wpływają doniesienia
od małżonków skarżących się na niegospodarność i lekkomyślność drugiej połówki. – Ale z tak drastyczną sprawą mieliśmy do czynienia chyba po raz pierwszy
– mówi Jadwiga Kwiatkowska, szefowa
Prokuratury Rejonowej w Koninie. – Mąż,
wykorzystując zaufanie swojej żony, roztrwonił wszystko, czego się dorobili. Nie
zostało im kompletnie nic. W tej chwili kobieta z dwójką dzieci żyje na granicy nędzy. Moralna ocena czynu mężczyzny
nie budzi żadnych wątpliwości. Prawnie,
niestety, wszystko jest jasne. – W związku
małżeńskim, zgodnie z kodeksem rodzinnym i opiekuńczym, małżonkowie
odpowiadają za długi wspólnie. Nawet
jeśli jedna strona nie wie o tym, co robi
druga. Dlatego w razie jakichkolwiek
niepokojących sygnałów warto postarać się w porę o zniesienie wspólności
majątkowej. To najlepsze zabezpieczenie dla siebie i dzieci – wyjaśnia prokurator.
Procedura jest prosta. Wystarczy, kiedy jedna i druga strona pojawią się
zgodnie u notariusza i podpiszą stosowne oświadczenie. Można też znieść
wspólność „wstecz”, ale tylko sądownie, po przedstawieniu konkretnego postępowania dowodowego, że któryś ze
współmałżonków zaciąga długi bez
zgody żony czy męża. W tym przypadku naiwność i wiara okazały się zgubne.
Beatę Z. zauważyła w centrum handlowym pracownica jubilera okradzionego w marcu. Przez piętnaście minut
razem z córką chodziły za Sroką krok
w krok. – Elblążanka rozpoznała w niej
złodziejkę, która okradła sklep. Zadzwoniła pod nr 997 i poprosiła o pomoc policjantów – mówi szef zespołu prasowego elbląskiej komendy. Beatę Z. zatrzymał, już po wyjściu z centrum, policyjny
patrol. Kobieta nie stawiała oporu.
W trakcie przesłuchania zatrzymana
wymieniła okradzione przez siebie sklepy. Wskazała miejsca, w których kradła
nawet po kilka razy w czasie ostatnich
trzech miesięcy. Nie można wykluczyć,
że Beata Z. dopuściła się większej liczby kradzieży.
WITOLD CHRZANOWSKI
częć państwowa. Wszystkie pisma wyglądały jak oryginalne.
Mimo że sytuacja żony z dwójką dzieci, spowodowana przez męża i ojca, wydawała się krytyczna, prokuratura umorzyła wobec niego śledztwo. – Nie było
podstaw do oskarżenia, bo samo wytworzenie dokumentów i nieposłużenie
się nimi przed instytucją nie daje żadnych podstaw, by potraktować to jako
przestępstwo – mówi prokurator. – Sfałszowane papiery zostały wykorzystane
przez sprawcę, by wprowadzić w błąd
żonę. Preparował je, żeby ją wyciszyć,
żeby myślała, że nie ma długów. A to nie
jest przestępstwem (...).
O długach swojego oficjalnego partnera
kobieta dowiedziała się dopiero wtedy,
gdy wszczęto śledztwo dotyczące pożyczki „wziętej” na jej podrobiony podpis. – Czarno na białym zostało udowodnione przez grafologa, że kredyt został wyłudzony – mówi prokurator.
– Mężczyzna stanął przed sądem jako
oskarżony i został skazany prawomocnym wyrokiem.
ach
Nie zmieniło to jednak
FOTOSZOPA
dramatycznej sytuacji jego rodziny. Przez pozoAlleluja i do przodu!
stałe długi żona z dwójką dzieci straciła wszystko. Dochody, które zajął
komornik, a także
mieszkanie, które wystawiono do licytacji. Pewnie nigdy by do tego nie
doszło, gdyby nie zabrakło czujności kobiety.
Kochająca żona długo
nie podejrzewała, że jest
zagrożona. – Mąż przedstawiał jej różne „urzędowe” dokumenty zapewniające o tym, że
jest bezpieczna – mówi
prokurator. – Preparował
pisma, aby ją uspokoić.
Wynikało z nich, że zajęcie pensji czy mieszkania zostało cofnięte. Że
licytacja komornicza została
unieważniona,
a nowy właściciel mieszkania zobowiązuje się
nie wyrzucić ich z tego Zdjęcie zrobiono 27 lutego tego roku na
domu do czasu ich... drodze prowadzącej do hipermarketów
śmierci. Kobieta w takiej Leroy Merlin i Auchan w Sosnowcu.
sytuacji nie miała powo- Nadesłał Sylwester Trzepizur
dów, by nie wierzyć mę- Zdjęcia prosimy nadsyłać pocztą lub na adres: [email protected], bo na każdym do- ra.com.pl wraz z danymi autora oraz dopiskiem, gdzie i kiedy zdjęcie zoWybrała: A. Pacho
kumencie widniała pie- stało zrobione.
27
Taka gmina!
Kalisz
(woj. wielkopolskie)
Od blisko roku nie ma w Kaliszu izby
wytrzeźwień i świat się nie zawalił – pisze „Życie Kalisza”. Nikomu bez „wytrzeźwiałki” nie stała się krzywda,
a miasto zaoszczędziło w budżecie
600 tys. zł. Kaliskiemu szpitalowi wraz
z policją udało się wypracować procedury postępowania z pijakami. Tych
drobnych, świadomych – odwozi do
domów, wystawiając za „kurs” stosowny rachunek. Ciężkie przypadki upojenia traktowane są jako zagrożenie życia. Tacy delikwenci trafiają do szpitala, co i tak jest korzystniejsze dla budżetu niż utrzymywanie izby wytrzeźwień. Dawnym bywalcom zamkniętej
izby może być tylko żal nieocenionych
znajomości i przyjaźni w niej zawieranych...
Sitno
(woj. lubelskie)
Chciwość nie popłaca! Przekonał
się o tej mądrości rolnik, który negocjował ze spółką gazową, która przeciągnęła gazociąg na jego ziemi. „Tygodnik Zamojski” pisze, że Krajowa
Spółka Gazownictwa proponowała
wpierw 84 tys. zł odszkodowania.
Chłop chciał więcej – 240 tys. zł. Poszli
do sądu, który orzekł, że rolnik może
co najwyżej dostać... 1500 zł. Mężczyzna złożył apelację, w której domaga
się 260 tys. zł odszkodowania. Biedny
sąd...
Jastrzębie-Zdrój
(woj. śląskie)
Komendant Straży Miejskiej chce
powołać w mieście społeczne patrole
osiedlowe, w skład których oprócz policji i strażników wchodziliby mieszkańcy – donosi „Dziennik Zachodni”. Ci
ostatni są w szoku, bo nie chcą powrotu PRL-u. Pikanterii sprawie dodaje
fakt, że Marek Wróbel pełnił kiedyś
funkcję zastępcy komendanta Milicji
Obywatelskiej. Zapewnia jednak, że
w swojej wizji nie wzoruje się na formacjach ORMO, lecz na podobnych jednostkach amerykańskich. Bóg jeden
wie, co lepsze...
Ełk
(woj. warmińsko-mazurskie)
Zamek wielkiego mistrza Jungingena idzie pod młotek! – obwieszcza
„Gazeta Olsztyńska”. Władze Ełku
wystawiły na przetarg zamek krzyżacki. Cena wywoławcza zamczyska stojącego niemal w centrum miasta wynosi niecałe 1,8 mln złotych. Po co
komu stare zamczysko z warownią,
gdzie mieściło się też stare więzienie?
– Dla kasy! Można tu urządzić centrum
konferencyjno-turystyczne
– uważa wiceprezydent Ełku. Pytanie,
czy aby nie za tanio włodarze chcą
„puścić” zamek...
WOJCIECH ANDRZEJEWSKI
a1628-29 rozycki.qxd
28
2010-04-09
15:10
EKONOMIA U LEGOWICZA
Rynek sam
sobie poradzi
Wiktor Legowicz: – W ciągu
ostatnich pięciu lat padła aż jedna trzecia małych, rodzinnych
sklepów. Czy potrzebne są jakieś
specjalne działania, by temu zapobiec?
Andrzej Cymer („Nowe Życie
Gospodarcze”): – Zdecydowanie
nie. Zwłaszcza że mamy niedobre
doświadczenie w tej sprawie. Pamiętamy, jak szaleli posłowie
z LPR-u, PiS-u i Samoobrony, żeby zwalczać te wielkopowierzchniowe obiekty handlowe. No
i czym to się skończyło? Ano,
wielkie sieci handlowe natych2
miast zeszły poniżej 400 m powierzchni, założyły małe dyskonty
osiedlowe i one dopiero namieszały wśród małych sklepów. To
dowód na to, że regulacje administracji zawsze są chybione. Z dala
od tego, rynek sobie sam poradzi.
A mali sklepikarze przetrwają, jeżeli potrafią się do nowych okoliczności dostosować. Sam mam
pod domem takiego, któremu nic
nie przeszkadza. Tyle się już zdarzyło, a on nadal znakomicie funkcjonuje. Ale ciągle myśli o tym, jak
zbliżyć się do sąsiadów.
Legowicz: – A co to znaczy zbliżać się do sąsiadów?
Cymer: – Zmienia co i raz asortyment pieczywa, wyrobów nabiałowych. Szuka nowych kooperantów. Przywozi znakomite wędliny
spod jakiejś wiejskiej chaty. Stara
się nam pomóc. I co ważniejsze,
nie szaleje cenowo. Jest drożej
niż w supermarketach, ale bez
przesady.
Miliardy z odszkodowań
Legowicz: – Jak wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń,
w ubiegłym roku Polacy odebrali
40 miliardów złotych odszkodowań. To rekord, najwięcej w historii. Pieniądze z ubezpieczalni
odbierało bardzo dużo kierowców.
ZBIGNIEW BISKUPSKI („Dziennik Gazeta Prawna”): – Kierowcy
zawsze odbierają bardzo dużo odszkodowań. Tak – to jest zawsze
najwyższa pozycja w ubezpieczeniach majątkowych. Wiadomo,
jest coraz więcej samochodów
i coraz większy ruch na drogach,
więc abstrahując od poważnych
wypadków, jest również coraz więcej stłuczek czy drobnych incydentów. Ale to nie jest problem, bo
i ubezpieczyciele zebrali bardzo
dużo składek.
Page 2
POLSKA DA SIĘ LUBIĆ
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Na Podlasiu znajduje się pierwsza w kraju prywatna hodowla żubrów
Król puszczy
Kiermusy, maleńka miejscowość
pod Tykocinem. Blisko stąd do Biebrzańskiego Parku Narodowego
i Puszczy Knyszyńskiej. Ziemie tu liche, za to krajobrazy urokliwe. W okolicznych lasach pełno zwierzyny i dzikiego ptactwa.
W takim to miejscu Andrzej Żamojda,
białostocki przedsiębiorca, postanowił
stworzyć pierwszą w kraju prywatną hodowlę żubrów.
– Zawsze marzyłem, żeby mieć hodowlę tego króla puszczy – mówi Żamojda. – Jeszcze dwa wieki temu żubry były
tu prawie tak samo pospolite jak bociany.
No trochę przesadziłem, ale okolice Kiermusów przez wieki były ich naturalnym
środowiskiem. Przygotowania zajęły mi
kilka lat. Najpierw musiałem kupić odpowiednią ilość zalesionej ziemi. Potem
wszystko ogrodzić, wybudować infrastrukturę, przeszkolić ludzi, wreszcie uzyskać wszelkie niezbędne pozwolenia.
Pierwsza żubrzyca przyjechała do nas
trzy i pół roku temu i tak to się zaczęło.
Przechodzimy przez drewnianą bramę, za którą znajduje się spory plac. Dalej droga prowadzi do samego wybiegu.
Cały teren, 7 hektarów, otoczony jest
wysoką siatką. Wzdłuż ogrodzenia biegnie odbój, gruba metalowa rura, która
chroni siatkę przed naporem potężnych
lokatorów. Kolejne zabezpieczenie to
elektryczny pastuch o napięciu 12 V,
który skutecznie zniechęca zwierzęta
przed zbliżaniem się do siatki.
Zorganizowanie hodowli wymaga wysokich nakładów i wielu lat
pracy
Wysokie na kilka pięter sosny dają
przyjemy cień. Nie brakuje także drzew
i krzaków liściastych.
Nigdzie nie widać żywego ducha. Ciszę zakłóca tylko szum falujących na
wietrze gałęzi oraz świergot ukrytych
w koronach drzew ptaków.
Przy ogrodzeniu znajduje się zadaszona zagroda pełniąca rolę zwierzęcej
jadalni.
Tam już czeka pan Darek. Do jego
obowiązków należy opieka nad stadem.
– Żubry odpoczywają na końcu wybiegu kilkaset metrów stąd, ale nie ma
żadnego problemu, żeby szybko się tu
zjawiły – zapewnia opiekun.
Uderza korytem o koryto. Głuchy odgłos niesie się po całym lesie. Już po kil-
Łagodny jak żubr
Rozmowa z prof. WANDĄ OLECH ze Szkoły Głównej Gospodarstwa
Wiejskiego, głównym koordynatorem hodowli żubrów w Polsce
– Czy organizowanie prywatnych
hodowli żubrów ma sens?
– Ma nie tyle dla względów czysto hodowlanych, chociaż cenne jest każde
kolejne miejsce rozmnażania, co propagandowych i edukacyjnych. Pamiętajmy
bowiem, że żubr nadal jest gatunkiem
zagrożonym.
– Jak duża jest światowa populacja
tego gatunku?
– W całym świecie żyje około 4 tysięcy osobników, z czego w Polsce 1100.
Najwięcej tradycyjnie w Puszczy Białowieskiej, a drugim takim skupiskiem są
Bieszczady. Cały czas powinniśmy jednak pamiętać, że gdy w 1919 roku padł
w Białowieży ostatni żubr, to do 1924,
kiedy pojawił się w poznańskim zoo,
nie mieliśmy w kraju ani jednego zwierzęcia tego gatunku (w tym czasie żu-
bry znajdowały się w hodowli dóbr
książąt pszczyńskich, które weszły
w skład państwa polskiego po III powstaniu śląskim – przyp. autora). Nic
nie jest dane raz na zawsze i dlatego
musimy być czujni i dbać o skarby naszej przyrody.
– Ile powinno być żubrów w świecie, żeby ten gatunek przestał być zagrożony?
– Co najmniej 10 tys. dorosłych osobników. To jest możliwe, gdyż coraz lepsze wyniki w hodowli notują: Rumunia,
Ukraina, Węgry i Rosja.
– Jakie trzeba spełnić kryteria, żeby
otworzyć prywatną hodowlę?
– Kiedyś stosowne zezwolenie wydawał minister, a dziś Generalny Dyrektor
Ochrony Środowiska. Żeby dyrektor wydał takie zezwolenie, właściciel hodowli
kudziesięciu sekundach między krzakami pojawiają się trzy ciemne wielkie bryły.
To trzy żubrze samice, czyli krowy.
W korytach czeka na nich smaczne
ziarno i marchew na osłodę.
– Największym przysmakiem, za który
oddałyby pewnie wszystko, są soczyste
buraki – wyjaśnia pan Darek. – Uwielbiają też sianokiszonkę, a na deser jabłka.
Niespotykanie spokojne
zwierzę
Obok koryt w poidłach znajduje się
świeża woda. Jednak wiosną i jesienią
zwierzęta wolą pić z płynącego przez
działkę niewielkiego strumienia, który
w ciepłe, letnie dni, niestety, wysycha.
Jedzenie musi być naprawdę pyszne
musi mieć odpowiednio duży teren, co
najmniej półtora hektara na jednego żubra. Wybieg musi być profesjonalnie
ogrodzony i mieć odpowiednio wyposażoną zagrodę. Gdy wszystko jest gotowe, zjawia się komisja i sprawdza, czy
teren został przygotowany zgodnie z wytycznymi. Dopiero wówczas można
otrzymać właściwą decyzję na przeniesienie żubrów.
– Ile kosztuje przeciętny żubr i gdzie
go można kupić?
– Żubry żyjące w Kiermusach pochodzą z Białowieży. Prywatny hodowca
nie może być właścicielem żubra. Jest
to zwierzę chronione, którego jedynym
właścicielem jest Skarb Państwa. Mając pozytywną opinię Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska, hodowca uzyskuje jedynie pozwolenie na
opiekę nad żubrem, która – jeżeli spełnione są wszelkie wymogi – zazwyczaj
trwa aż do śmierci zwierzęcia. Opłata
za taką opiekę, która jest rodzajem
dzierżawy, jednorazowo wynosi od
4 do 12 tys. zł. To mniej niż cena za do-
a1628-29 rozycki.qxd
2010-04-09
15:10
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
gdyż samice – nie przerywając przeżuwania – pozwalają pogłaskać się po pysku.
Po uczcie majestatycznie odwracają
się i odchodzą. Mimo że kroczą noga za
nogą, płoszą dwa daniele, które pasą
się kilkaset metrów dalej.
– Żubry to bardzo zrównoważone
zwierzęta, a samice to uosobienie spokoju – dodaje opiekun. – Jednak gdy już
się zdenerwują, wówczas mogą być niebezpieczne. – Kiedyś przez niewielką
dziurę w siatce, którą rogami zrobił samiec daniela, weszła młoda owca. Pewnie nigdy w życiu nie widziała żubra.
Gdy przechodziła obok pasącej się samicy, ta niespodziewanie ruszyła do ataku. Błyskawicznie dopadła owcy, wzięła
ją na rogi i rzuciła w powietrze dobre kilka metrów. Owca miała szczęście, upadła na trawę tak szczęśliwie, że nic się
jej nie stało. Trzeba było widzieć, jak
szybko uciekała.
Najważniejsza, bo największa w całym stadzie jest ośmioletnia Katusza.
Page 3
POLSKA DA SIĘ LUBIĆ
Cztery lata młodsza jest Kasjopeja. Przy
starszych samicach trzyletnia Karissa
nie wygląda zbyt okazale i w hierarchii
stada znajduje się na samym końcu.
Andrzej Żamojda dobrze zna zasady
PR i dlatego każda żubrzyca ma wpływowego „ojca chrzestnego”.
Chrzestnym Katuszy jest reżyser Jerzy Hoffman, Kasjopei – kosmonauta Mirosław Hermaszewski, a Karissy – dyrygent Jerzy Maksymiuk.
W każdą pierwszą niedzielę miesiąca
na polanie w Kiermusach odbywają się
jarmarki. Gdy pogoda dopisze, potrafi
zjawić się tu nawet 10 tysięcy ludzi.
Wielu z nich odwiedza wówczas żubrzą ostoję, co zwierzęta przyjmują
z wyniosłą obojętnością.
Na co dzień ruch jest dużo mniejszy.
Wiosną i jesienią przeważają szkolne
wycieczki. Przygotowano dla nich specjalny program edukacyjny, który zyskał
pozytywną opinię nauczycieli w szkołach Podlasia.
Żubrzyce są bardzo łagodne i podchodzą tak blisko, że można
je pogłaskać
brej klasy mleczną krowę. Oczywiście,
gdy urodzą się młode, hodowca nie
może ich oddać ani sprzedać nawet
osobie, która ma uprawnienia do prowadzenia takiej hodowli bez uzyskania
odpowiedniego zezwolenia.
– Ile żyje żubr?
– Krowy do 25 lat, a byki do 20 lat. Mówię o życiu w niewoli, gdyż na wolności
dwudziestoletni żubr miałby minimalne
szanse na przeżycie.
– Czy ten gigant ma jakichś naturalnych wrogów?
– Teoretycznie nie, ale w praktyce jest
różnie. Mimo że samce mogą ważyć nawet tonę, to ostatniej zimy wataha wilków zabiła samotnego żubra. Również
w starciu z niedźwiedziem żubr miałby
niewielkie szanse. Jednak do takich
konfrontacji mogłoby dojść jedynie
w Bieszczadach i to zimową porą, gdy
szczególnie trudno o jakikolwiek pokarm, a jak wiemy – wówczas niedźwiedzie śpią w swoich gawrach.
– Żubr znajduje się w herbie wielu
polskich miast. Jest logo wielkiego
banku, wreszcie to także symbol polskiej przyrody. Czy ten zwierzak zasługuje na takie względy?
– Oczywiście. Prócz majestatycznego
wyglądu, to całkiem inteligentne zwierzę. Ma dobrą pamięć, rozpoznaje ludzi.
Do tego ma spokojne usposobienie.
Niestety, nie nadaje się do uczenia go
różnych sztuczek. Rosjanie kiedyś próbowali pokazywać go w cyrku, ale bez
rezultatu.
– Od pięciu lat na terenie Polski
znajduje się prywatna hodowla bizonów należąca do syna znanego polityka. Niektórzy eksperci straszą, że istnieje możliwość niekontrolowanego
skrzyżowania bizona z żubrem, co
może zagrozić całej populacji.
– Takie niebezpieczeństwo jest realne.
Między obu gatunkami nie ma bariery
behawioralnej, więc jak żubr spotka bizona, to potraktuje go jako przedstawiciela własnego gatunku. Zagęszczenie
żubrów jest coraz większe. Dziś od miejsca hodowli bizonów tego pana do stada żubrów w Zachodniopomorskiem
EKONOMIA U LEGOWICZA
Hodowla bez samca to nie hodowla.
Dlatego Żamojda przez półtora roku starał się o młodego, dorodnego żubra.
Wreszcie uzyskał zgodę na sprowadzenie z Białowieży dwuipółrocznego
Powijaka (oficjalne rodowodowe imię
zwierzęcia).
– To imię nie bardzo mi odpowiada,
dlatego na łamach ANGORKI ogłosiłem
konkurs na nowe imię dla samca – informuje właściciel.
15 marca o 8.30 w Białowieży żubr został umieszczony w specjalnej skrzyni
i załadowany na ciężarówkę. W drodze
towarzyszy mu weterynarz z parku narodowego. Trzy godziny później jest już
w Kiermusach. Podróż chyba dała mu
się we znaki, gdyż energicznie kopie
w klapę skrzyni.
Gdy tylko klapa opada na ziemię, żubr
wyrzuca wysoko w powietrze tylne nogi,
jakby walczył z niewidzialnym wrogiem.
Po kilku sekundach jest już w odłowni,
ogrodzonym niewielkim wybiegu, gdzie
samotnie spędzi kilka pierwszych dni.
Zaciekawione przybyszem żubrzyce
podchodzą do ogrodzenia.
Jednak Powijak nie zwraca na nie
uwagi. Krąży wkoło, poznając nowe
miejsce.
Po pięciu dniach byk zostaje wpuszczony do samic. Zwierzęta zachowują
niewielki dystans, chwytają w nozdrza
swoje zapachy i powoli, bardzo powoli
zbliżają się do siebie.
Po godzinie wydaje się, że lody zostały przełamane.
– Na wolności taki młodzik jak on, żeby zostać ojcem, musiałby jeszcze czekać co najmniej trzy lata, a tu nie musi
rywalizować z większymi samcami i ma
do swojej dyspozycji trzy dorodne żubrzyce – mówi z zazdrością jeden
z opiekunów. – Żyć nie umierać.
Tekst i zdjęcia: E.R.
jest niewiele ponad 100 km i ta odległość może się zmniejszać. Już niedługo wyjdzie rozporządzenie, w którym bizon zostanie wymieniony jako obcy, inwazyjny gatunek i właściciel będzie
mógł uzyskać zgodę na prowadzenie
swojej hodowli najwyżej na dwa lata,
a potem będzie musiał ją zlikwidować.
– W jaki sposób?
– Będzie musiał sprzedać swoje bizony albo je zjeść.
– W Białowieży można zjeść mięso
z żubra. Czy to oznacza, że odbywają
się tam polowania kiedyś nazywane
dewizowymi?
– Nie, to mięso z żubrów, które z jakichś powodów są eliminowane przez
leśników. Polowania, o których pan mówi, czasem, a właściwie bardzo rzadko,
mają miejsce w Puszczy Boreckiej.
W zależności od poroża, czyli myśliwskiego trofeum, za prawo do odstrzału
żubra trzeba zapłacić od kilku do kilkunastu tysięcy euro.
Rozmawiała: EWA RÓŻYCKA
29
Co trzecia cegła bublem?
Legowicz: – Zaczyna się sezon
budowlany. Ale, uważajmy, ponad 30 procent materiałów budowlanych to buble. Powstanie
więc czarna lista, która będzie
publikowana w mediach.
Łukasz Bąk („Wprost”): – Pytanie tylko, co taka czarna lista da?
Wielu budujących mieszkania patrzy głównie na koszty. Jeżeli więc
na takiej liście znajdą się jakieś firmy, to czy to automatycznie oznacza, że będziemy mniej u nich kupowali?
Legowicz: – Mnie jednak bardziej przeraża te 30 procent bubli...
Bąk: – Kto w takim razie dał tym
firmom uprawnienia do – chociażby – produkcji cegieł. Przecież ten
rynek powinien podlegać jakiejś
kontroli. Może więc ta czarna lista
jakoś wpłynie na rynek i te 30 procent podniesie jakość swoich
usług i towarów.
Polmozbytów „czar”
Legowicz: – Pamięta pan Polmozbyty? Powstały w 1974 roku.
Andrzej Kublik („Gazeta Wyborcza”): – Było coś takiego, ale
omijałem je z daleka.
Legowicz: – Przypomnę, że tam
naprawiało się samochody.
Sprzedawano tam też samochody.
Kublik: – To był taki pomysł za
Gierka, że oto wreszcie rozpoczynamy motoryzować Polaków. Zaczęto więc budować wielkie stacje,
które miały naprawiać miliony aut,
które miały rzekomo u nas się pojawić.
Legowicz: – Dlaczego o tym
dziś mówimy? Ano dlatego, że
ostatnie trzy Polmozbyty znikną
niebawem z naszego rynku.
Kublik: – Właściwie należałoby
zachować trochę takich Polmozbytów w autentycznej scenerii i z autentycznym nastawieniem do klienta. Ludzie zobaczyliby, co to była
za rzeczywistość motoryzacyjna.
Opracowano na podstawie codziennych audycji Wiktora Legowicz w radiowej Trójce od 6 do
9 kwietnia 2010 r.
Rys. Piotr Rajczyk
a1630-31.qxd
2010-04-09
15:18
Page 2
30
NA ETAT I NA GODZINY
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Kobiety prowadzące księżowskie gospodarstwa mają jedną wspólną cechę.
Zwykle dobrze gotują
Rogaliki księdza proboszcza
Nr 79 (3 IV). Cena 2 zł
Stare i młode. Wesołe
i poważne. Zrzędliwe
i milczące. Gospodyń
plebańskich jest w Polsce
około 10 tysięcy. Mniej więcej
tyle, ile parafii. Bywają
bohaterkami anegdot
i ofiarami napadów. Panie
prowadzące księżowskie
gospodarstwa nie muszą
mieć specjalnych kwalifikacji.
Wystarczy, że dobrze gotują.
To nie jest posada, którą można
dostać z ogłoszenia. Gospodyni na
plebanii musi mieć odpowiednie referencje. Wystawia je organista,
członkowie rady parafialnej, przewodniczący Akcji Katolickiej.
– Gospodyni to osoba, do której
trzeba mieć zaufanie. Trudno wymagać od niej, żeby rozliczała się
z każdego grosza wydanego na
chleb czy jajka. Dlatego są to zwykle
panie z polecenia – mówi proboszcz jednej z podkrakowskich
parafii. Jego gosposia ma 15-letni
staż, on jest proboszczem zaledwie
od roku. Nie bez kozery nazywa
57-letnią Annę swoją prawą ręką.
Pani Anna oficjalnie pracuje na pół
etatu. W praktyce na plebanii spędza średnio 7 godzin dziennie. Gotuje, robi zakupy, pierze, prasuje sutanny. W dniach odpustu, imienin,
urodzin, rocznicy święceń proboszcza albo któregoś z wikarych ma ręce urobione po łokcie. Na uroczyste
obiady musi przygotować kilka rodzajów mięs, sałatki, upiec ciasta.
W takich sytuacjach, podobnie jak
do większych porządków, proboszcz pozwala jej wziąć kogoś do
pomocy.
Warunki, na jakich są zatrudnione
gospodynie, zależą od sytuacji finansowej kapłanów. W większej parafii, w której jest kilku księży, gosposia może liczyć na pełny etat.
Tam, gdzie mieszka jeden ksiądz,
osoba do prowadzenia gospodarstwa bywa zatrudniana na godziny.
Przed laty zajęcie to powierzano
wyłącznie paniom po pięćdziesiątce. Zwykle przy okazji pracy na
plebanii. Dzisiaj średnia wieku gospodyń jest trochę niższa, ale raczej
nie zdarza się, by proboszcz zatrudnił atrakcyjną 30-latkę. Gospodynie
plebańskie nie mają figur modelek.
Nie olśniewają strojem. Często chodzą w roboczych spodniach i flanelowej koszuli.
Dla wielu z nich praca na plebanii
to dodatkowy zarobek. Zwykle mają
jaki rodzaj lastrika wybrać na posadzkę w kościele. Zdarza się, że
musi dodatkowo pełnić funkcję kierowcy. Przeciętny polski proboszcz
jest dziś co prawda znacznie młodszy niż przed laty, nie każdy jednak
ma prawo jazdy.
Rzadko się zdarza, aby gospodyni została zwolniona. Zwykle pracuje
do śmierci. Chyba że sama zrezy-
krakowskich wsi. Nie tylko prowadziła parafialne księgi, pisała proboszczowi kazania, ale także podejmowała w jego imieniu wszystkie
decyzje.
Gospodyni zawsze stoi murem
za proboszczem. Kilka lat temu
głośna była sprawa księdza
z Czerwonki koło Warszawy, który
potajemnie sprzedał parafialną
Rys. Katarzyna Zalepa
emerytury lub renty. Dlatego bywa,
że się buntują, gdy zostaną obarczone dodatkowymi obowiązkami.
– To już nie te czasy, gdy gospodyni
w wolnej chwili siedziała w kącie
i haftowała ornaty. One mądrzą się,
jak ma wyglądać oprawa mszy św.,
katecheza w szkole i co powinno
znaleźć się w zestawie lektur spowiednika – mówi z uśmiechem jeden z księży.
Jego gosposia przypomina, że
„mądrzenie się” dotyczy nie tylko
kwestii ewangelizacyjnych. – Nasz
proboszcz nie ma głowy do inwestycji. Podczas remontu kościoła odsyłał majstra do mnie – opowiada rozbawiona.
Obowiązki księżej gospodyni nie
kończą się na ugotowaniu obiadu,
posprzątaniu plebanii, doradzeniu,
gnuje. W niektórych diecezjach te,
które nie mają rodziny, na starość
mogą liczyć na opiekę Kościoła. Podobnie jak organiści i kościelni mają
prawo zamieszkać w domu dla księży seniorów.
Murem za proboszczem
Plebańskie gospodynie są pogodne, dobrotliwe, lubiane przez wiernych, ale bywają też przedmiotem
ich niechęci. Tak jak gospodyni
z Dobrzycy, w powiecie pleszewskim. Proboszcz z Dobrzycy założył
firmę, którą – według parafian – celowo zadłużył, wodzony za nos
przez gosposię. Oboje zostali oskarżeni o zawłaszczanie majątku i wypędzeni z plebanii. Do zwolnienia
gospodyni z inicjatywy wiernych doszło też przed laty w jednej z pod-
ziemię. Wierni skazali go na banicję. Tylko jedna osoba – plebańska gospodyni – ujęła się za nim.
– To cudowny człowiek – przekonywała wszystkich wokół. Jak lwica broniła pryncypała także gospodyni z parafii w Somoninie na
Kaszubach. Tamtejszego proboszcza oskarżono o sprzedaż miejsc
siedzących w kościele i samowolne decydowanie o tym, kto może
spocząć na parafialnym cmentarzu.
Gospodyni jest z proboszczem
w chwilach złych i dobrych. Pani Maria, prowadząca gospodarstwo ks.
Piotra Sadkiewicza, proboszcza
z Leśnej koło Żywca, została nawet
jego nieformalnym rzecznikiem, gdy
wygrał konkurs na „Proboszcza Roku”. Jej słowa o tym, że proboszcz
a1630-31.qxd
2010-04-09
15:18
Page 3
NA ETAT I NA GODZINY
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
z Leśnej „ma coś z Janosika, bo zabiera bogatym i rozdaje biednym”
– cytowały wszystkie media.
W anegdocie
i w aktach IPN-u
Księżowskie gospodynie są bohaterkami wielu anegdot. Najbardziej
znana to ta która miała związek z historią dotyczącą książki „Zbrodnia
katyńska w świetle dokumentów
z przedmową gen. Andersa”, napisanej przez Józefa Mackiewicza.
Otóż gdy w 1945 r. w Rzymie pisarz
po raz pierwszy usłyszał sugestię,
by ze względu na popularność Andersa pracę tę wydać pod nazwiskiem generała, udał się do szefa
Wydziału Propagandy, Kultury i Prasy II Korpusu mjr. Stefana Benedykta, pytając, co myśli o takiej procedurze. Major Benedykt kilka razy odchrząknął, zrobił dowcipną minę
i zapytał Mackiewicza: „A zna pan
anegdotę o księżej gospodyni?”
– „Nie znam” – odparł Mackiewicz.
„Księża gospodyni w pierwszym roku swojej pracy mówi: «To wszystko
księdza proboszcza». W drugim:
«Nasze». A w trzecim: «Moje»”. „Pośmialiśmy się i na tym się skończyło” – relacjonował Józef Mackiewicz.
Księżowskie gospodynie w anegdotach występują bezimiennie. Nazwiska niektórych figurują natomiast
w aktach IPN-u. Okazuje się, że
w PRL-u pełniły czasem rolę... agentek. Wśród esbeckich kapusiów, którzy donosili np. na księdza Henryka
Jankowskiego, są nie tylko księża,
biskupi, ale także jego gospodyni.
Ks. Jankowski, ujawniając przed kilku laty zawartość swojej teczki, wymienił pseudonimy, imiona ojców
i pełne nazwiska wszystkich donosicieli. Również gosposi, która, jak
przyznał, „była poza tym pracowita
i dobrze gotowała”.
Praca księżej gospodyni to nie zawsze bezpieczne zajęcie. W policyjnych statystykach odnotowuje się
coraz więcej napadów i kradzieży,
które mają miejsce na plebanii. Ofiarami padają nie tylko księża. Kilka lat
temu podczas napaści na plebanię
we wsi Serby pod Głogowem wraz
z proboszczem zginęła jego gospodyni. Prowadziła księżowskie gospodarstwo przez 20 lat. Mówiono
o niej „święta kobieta”. Dzień wcześniej na plebanii w Ciosańcu koło
Głogowa również zamordowano gospodynię księdza. 58-letnia Krystyna
W. była dzielną kobietą, bo nie zrezygnowała z pracy, mimo że wcześniej dwa razy włamywano się na
plebanię. Policja ustaliła, że sprawcy
splądrowali cały dom. Szukali wartościowych przedmiotów i pieniędzy
z kolędy. Ukradli aparat fotograficzny i odtwarzacz MP3. Wartość tych
przedmiotów oceniono na niewiele
ponad tysiąc złotych.
Kobiety prowadzące księżowskie
gospodarstwa mają jedną wspólną
cechę. Zwykle dobrze gotują. Czasem zbyt dobrze. Nieprzypadkowo
aktorzy grający główne role w serialu „Plebania” i „Ranczo” mają
zaokrąglone sylwetki. Kuria diecezjalna w Tarnowie postanowiła zadbać o to, by proboszczowie i wikariusze nie tyli i zdrowo się odżywiali. Na początku marca w Diecezjalnym Domu Rekolekcyjnym
w Ciężkowicach odbył się pierwszy
w Polsce kurs dla gospodyń plebańskich. Cieszył się ogromnym
powodzeniem. Do Ciężkowic zjechało 65 pań z całego południa
Polski. Kursantki uczyły się „zasad
przygotowania przyjęć stojących
i zasiadanych”, strojenia stołu, dekorowania półmisków za pomocą
jarzyn, składania serwetek na
20 sposobów. Poznały różne rodzaje diet, „stołowy savoir-vivre”,
czyli zasady nakrywania i podawania do stołu, układały postne menu
itp. Wiedzą na te tematy dzieliły się
z nimi siostry niepokalanki, które
kierują kuchnią w seminarium duchownym i gotują obiady dla tarnowskich biskupów.
– Ksiądz, jak każdy człowiek, miewa kłopoty ze zdrowiem i jak wielu
ludzi nie zawsze zdaje sobie sprawę,
że ich przyczyną może być złe, bo
tłuste i wysokokaloryczne jedzenie.
Dlatego ważne jest, żeby taką świadomość miała gospodyni księdza
– wyjaśnia cel kursu ks. Bogdan
Kwiecień, dyrektor domu rekolekcyjnego.
– Gospodyni na plebanii ma duży
wpływ na zdrowie tych, dla których
gotuje przez wiele lat. Obecnie są
możliwości, żeby gotować smacznie
i zdrowo. Dlatego chcemy zaproponować kursantkom nowe trendy żywieniowe. Od dawna wiadomo, że
lepiej i taniej zapobiegać, niż leczyć
– dodaje ks. Robert Biel, wikariusz
biskupi ds. zakonnych diecezji tarnowskiej.
Nowe żywieniowe trendy chyba
się jednak nie przyjmą na plebaniach południowej Polski. – Proboszcz wyśmiałby mnie, gdybym
zamiast schabowego podała mu
włoską szynkę z melonem czy
oscypek z rukolą – stwierdziła pani
Janina z Podkarpacia. W Ciężkowicach furorę zrobił jej przepis na
wielkanocny barszcz biały. Zaczyna się tak: „Weź resztki wędlin, jakie zostaną ci z wielkanocnego
śniadania: kawałki szynki, swojskiej kiełbasy, boku świńskiego
i co tam jeszcze masz...”. Kończy
przykazaniem: „Wlej sporo kwaśnej śmietany i nie zapomnij
o wiejskim chlebie”. Przebojem
spotkania plebańskich gospodyń
były też „rogaliki księdza proboszcza”. Przepis pani Marii z Ostródy
można znaleźć na stronach kulinarnych w internecie. Rogaliki rozpływają się w ustach. Pod warunkiem, że do pieczenia użyje się
prawdziwego masła, wiejskich jaj,
białego cukru i domowej konfitury
morelowej.
Gatunek wymierający
Rozmawiając z kursantkami
z Ciężkowic, przekonałam się, że wizerunek księżowskiej gospodyni
utrwalony w zbiorowej pamięci dzięki telewizyjnym serialom mocno odbiega od rzeczywistości. Tak samo
jak wygląd i klimat plebanii. – Nie ma
tam aż tak familiarnej atmosfery.
Choćby z tego powodu, że większość księżowskich gospodyń ma
własne rodziny i własne problemy.
Pracę u księdza traktują tak jak my
wszyscy, czyli jako źródło dochodu
31
– mówi ks. prof. Marek Lis, teolog
i filmoznawca z Uniwersytetu Opolskiego. – Model pokazywany w filmach, w których gospodyni jest plebanijną mamą, to gatunek wymierający – dodaje ks. prof. Lis.
Nie tylko „plebanijna mama”, ale
w ogóle księżowska gospodyni może w przyszłości trafić na listę zanikających zawodów. W mniejszych
parafiach, tam, gdzie jest tylko jeden
ksiądz, nie zatrudnia się już gospodyni. Proboszcz sam sobie gotuje.
W parafiach położonych blisko większych miast korzysta ze stołówki
w seminarium zakonnym albo stołuje się w jednym w klasztorów.
– Przybywa księży, których po prostu nie stać na to, żeby mieć gosposię – mówi ks. Robert Biel.
GRAŻYNA CHOLEWA
R E K L A M A
a1632-33 czy wiesz co jesz.qxd
2010-04-09
32
15:09
Page 2
JEŚĆ, CZY NIE JEŚĆ?
Prawdy i mity
o jedzeniu
Mięso, które truje
Miód:
Nieprawda, że szybko krystalizuje
się tylko fałszywka. Każdy dobry miód
podlega temu procesowi. Najszybciej
zmienia swoją postać rzepakowy, akacjowy pozostaje płynny ponad pół roku.
Krystalizacja przebiega wolniej w nieotwieranych jeszcze słoikach. Aby
upłynnić miód, należy wstawić słoik
do wody o temperaturze 40oC lub na kilkanaście sekund do mikrofalówki.
Prawda, że miód trzeba przechowywać raczej w piwnicy, niż w szafce
bez światła, w temperaturze 10-14oC,
szczelnie zamknięty. Trzymanie słoików w innych warunkach przyspiesza
rozpad enzymów. Światło rozkłada inwertazę. Miód bez szczelnego zamknięcia wchłania wodę i zapachy
z powietrza, co może przyczynić się
do fermentacji.
Nieprawda, że miód jest lekiem
na całe zło. Nie udowodniono jego zbawiennego wpływu na odporność i potencję seksualną ani działania przeciwnowotworowego.
Herbata:
Nieprawda, że czerwona herbata
odchudza. Wzmaga jedynie przemianę
materii i pracę przewodu pokarmowego.
Prawda, że czarna herbata działa
najbardziej pobudzająco, bo zawiera
najwięcej teiny. Ma jej jednak mniej niż
kawa, więc osoby źle reagujące na małą czarną lub z wysokim ciśnieniem mogą ją pić bez przeszkód.
Prawda, że duże znaczenie ma parzenie. W pierwszych 3 minutach po zalaniu wrzątkiem do naparu z czarnej
herbaty przechodzą prawie wszystkie
alkaloidy, w kolejnych – polifenole
i garbniki. Te ostatnie nadają jej moc
i gorzkawy smak. Jeśli herbata ma lekko pobudzić, parz ją 2-3 minuty, jeżeli
zależy ci na uspokojeniu – dłużej. Herbaty czarne i czerwone zaparza się
wrzątkiem, zielone – wodą w temperaturze 60-80°C. Prawidłowy czas parzenia
herbaty:
– biała – 5-12 minut,
– czarna – 3-5 minut,
– czerwona – 3-8 minut,
– zielona – 3-5 minut.
Zielone, czerwone i białe można parzyć nawet pięciokrotnie. Najsmaczniejszy jest napar z drugiego parzenia.
Wędliny:
Prawda, że wędliny w torebkach foliowych lub w folii aluminiowej szybciej
się psują. Najlepiej zawijać je w pergamin. Te w sztucznych osłonkach powinno się przechowywać w lodówce
do dwóch dni, natomiast w naturalnych
– do trzech. Pasztety, salcesony, kaszankę można trzymać dwie-trzy doby,
wędliny suche i podsuszane – do miesiąca.
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Nr 10/2009 r. Cena 4,50 zł
Styl hodowania zwierząt na mięso zmienił się dramatycznie w drugiej połowie XX wieku. Dziś króluje
model skoncentrowanego karmienia zwierząt (Concentrated Animal
Feeding Operation – CAFO). A to
znaczy, że jedząc mięso, spożywamy padlinę, krew, hormony i różne
farmaceutyki, w tym arszenik
i środki powodujące eutanazję.
Zgodnie z modelem CAFO zwierzęta są zamknięte w małych zagrodach albo pomieszczeniach, gdzie
setki, tysiące, a nawet setki tysięcy
hodowane są w tym samym czasie.
Np. świnie, kurczaki czy indyki hodowane są wewnątrz, w ogromnych pomieszczeniach, ale stłoczone na bardzo małych powierzchniach. Jedzenie i woda dostarczane są zwierzętom mechanicznie. Kury hodowane
dla produkcji jaj przez całe życie trzymane są w metalowych klatkach,
gdzie na jedną nioskę przeznaczony
jest obszar mniejszy niż jedna kartka
papieru listowego! W takich warunkach trudno jest tym zwierzętom nawet się poruszać, a w wielu przypadkach nie mogą się nawet obrócić.
U wielu z nich, jako rezultat ograniczonego ruchu, rozwija się dystrofia
(zwyrodnienie mięśni). Na rozwój
zwyrodnienia mięśni dodatkowo
wpływa spożywanie wysokobiałkowej diety i hormonów wzrostu, powodujących gwałtowny przyrost masy
ciała, za którym nie nadąża rozwój
nóg – zwierzęta zaczynają kuleć.
Choć naturalnym pokarmem bydła
jest trawa, w modelu CAFO to przede
wszystkim kukurydza, soja i zboże. Ta
dieta powoduje różnorodne problemy trawienne. Przy normalnej diecie
produktem ubocznym spożywania
trawy o wysokiej zawartości błonnika
jest wytwarzanie się gazów. Przy diecie „modelowej” krowy wciąż produkują znaczne ilości gazów, ale mają
problemy z usuwaniem ich z organizmu. A zatem są one niejako uwięzione w ich ciałach, powodując wzdęcia,
a w dalszej konsekwencji problemy
z oddychaniem; w niektórych przypadkach mogą nawet być powodem
uduszenia. Ta nienaturalna dieta podawana przeżuwaczom powoduje też
inne problemy trawienne, na przykład
wyższą niż normalna syntezę kwasów, która może prowadzić do kwasowej niestrawności, a ta następnie
do zapalenia ścianek żwacza, największego z czterech żołądków. Inne
problemy powiązane z dietą wysokobiałkową to wrzody na wątrobie i fe-
edlot polio Heinego-Medina (występowanie paraliżu, który jest spowodowany niedoborem w wyniku kwasicy witaminy B1). Inną bardzo rozpowszechnioną chorobą wśród niosek
w CAFO jest zespół krwotoczny
stłuszczonej wątroby. Ta choroba jest
rezultatem spożywania dużej liczby
kalorii, które powodują produkcję estrogenu endogennego. Jest ona jedną z najczęstszych przyczyn zgonów
spowodowanych krwotokami wewnętrznymi w wątrobie niosek.
Padlina na śniadanie
Mimo że dieta trzody hodowanej
w modelu CAFO już jest bogata
w białko, dodatkowo podawane jest
jej skoncentrowane białko w proszku. Produkt ten wytwarzany jest
przez zakłady utylizacji z odpadów
zwierząt (jelit i ich zawartości, głów,
kopyt, rogów, kości i krwi) oraz
z martwych zwierząt. Zwierzęta hodowane według modelu CAFO są
podatne na zakażenia chorobotwórczymi mikrobami takimi jak E. coli
czy salmonella. W konsekwencji tysiące zwierząt umierają, zanim są gotowe do sprzedania. Zakłady utylizacyjne zakupują także zwierzęta poddane eutanazji, takie jak psy i koty,
oraz te zabite na drogach. Szacuje
się, że każdego roku w samych tylko
Stanach Zjednoczonych przetwarza
się w zakładach utylizacyjnych około
20 milionów ton martwych zwierząt.
Oto cytat opisujący produkcję
skoncentrowanej proteiny: „Na podłodze w zakładzie utylizacji odpadów
leży masa «surowego produktu». Tysiące martwych psów, kotów, głowy
i kopyta krów, owiec, świń i koni, całe ciała skunksów, szczurów i szopów. Wszystko to czeka na przetworzenie. Leżące w temperaturze 35
stopni Celsjusza masy ciał martwych
zwierząt stają się pokarmem milionów larw i robaków, które pełzają
po padlinie (...). «American Journal of
Veterinary Research» wyjaśnia, że to
powtórnie przetworzone mięso i kości są dodawane jako źródła białka
i innych składników odżywczych
do diety kur, świń, zwierząt domowych i w mniejszych ilościach do diety bydła i owiec. Tłuszcz zwierzęcy
jest również używany jako źródło
energii. Każdego dnia tysiące samochodów ciężarowych na całym obszarze Stanów Zjednoczonych dowożą miliony ton tych «polepszaczy
żywności» do producentów drobiu,
bydła, świń, ryb i producentów pokarmów dla zwierząt domowych.
W ich zakładach polepszacze są
mieszane z innymi składnikami paszy podawanej milionom zwierząt,
które z kolei będą spożywać jedzący
mięso ludzie (...). W ciałach martwych zwierząt znajduje się cała lista
niechcianych składników, takich jak
pestycydy (w ciałach otrutych zwierząt), a także produkty farmaceutyczne oraz środki powodujące eutanazję (euthanasia drugs) podawane
zwierzętom domowym. Ryby zawierają DDT i inne związki fosforoorganiczne (gromadzą się głównie w ciałach makreli i tuńczyka). (...) Także
metale ciężkie w paszy pochodzą
z różnych źródeł, np. etykietek identyfikacyjnych zwierząt, igieł i szpilek
chirurgicznych”.
Dodatkowo, oprócz karmienia zwierząt skoncentrowanym białkiem
w proszku, dieta CAFO wykorzystuje
mączkę rybną i mączkę z krwi. Mączka rybna zawiera zmielone martwe,
odrzucone ryby czy owoce morza.
Krew jest pozyskiwana z rzeźni z zabitych zwierząt. Oczywiście zwierzęta
takie jak krowy były stworzone, by być
roślinożerne, a nie mięsożerne. Ta nienaturalna dieta powoduje różne choroby. Na przykład tzw. choroba wściekłych krów jest spowodowana żywieniem roślinożerców pokarmem z martwych ciał zwierząt; jest jedną z kategorii chorób określanych powszechnie terminem przenośnej gąbczastej
encefalopatii. Choroba atakująca ludzi z tej samej kategorii nazywana jest
chorobą Creutzfeldta-Jakoba.
Antybiotyki na obiad
W modelu CAFO zwierzęta hodowane na mięso karmione są różnorodnymi lekami przeciwbakteryjnymi,
hormonami i promotorami wzrostu
oraz arszenikiem (kurczakom podaje
się arszenik w pożywieniu w celu zabicia pasożytów, które żyją w ich
wnętrznościach).
Naukowcy z organizacji The Union
of Concerned Scientists szacują, że
corocznie podaje się trzodzie w pożywieniu ponad 11 ton antybiotyków.
To stanowi około 70 proc. całej produkcji antybiotyków w Stanach Zjednoczonych. Zwierzęta karmione antybiotykami rosną szybciej. Jednak
mikroby eksponowane na antybiotyki rozwinęły już swoją odporność
na te środki. Naukowcy z Centrum
Kontroli Chorób i Prewencji (Center
for Disease Control and Prevention)
określili odporność mikrobów na antybiotyki jako „jedną ze światowych
niecierpiących zwłoki kwestii w zakresie problematyki zdrowotnej”, ponieważ antybiotyki, na które mikroby
rozwinęły odporność, są nieefektywne w leczeniu ludzi, u których rozwinęło się zatrucie mikrobami. Mikroby
są już uodpornione na część anty-
a1632-33 czy wiesz co jesz.qxd
2010-04-09
15:09
Page 3
produkują mniejszą ilość testosteronu, ale także „miały znacząco zredukowany rozmiar jąder”.
Zdrowy jak ryba?
Corocznie podaje się trzodzie 11 ton antybiotyków
Fot. Piotr Kamionka/Ag. Fot. Angora
biotyków, w tym na streptomycynę,
tetracykliny, penicylinę i fluorochinolony. Inspektor Dara Corrigan z Department of Health and Human Services oświadczyła: „Ostatnie badania
dowiodły, że odporność mikrobiotyczna wśród bakterii, które rodzą się
w pożywieniu, przede wszystkim salmonelli i Campylobacterii, może powodować długo trwający stan złego
samopoczucia i wzrost przypadków
bakteriemii (zakażenie krwi bakteriami), hospitalizacji i zgonów. Inne badania zdecydowanie udowodniły, że
większość infekcji wywoływanych
przez salmonellę i Campylobacter
w wyniku odporności antymikrobowej w krajach rozwiniętych jest
spowodowana użyciem antymikrobów w pożywieniu mięsnym (...). Dlatego (...) zdrowie człowieka jest zagrożone wskutek obecności antybiotyków w pożywieniu dla zwierząt”.
Naukowcy obawiają się, że mikroby
mogą wkrótce rozwinąć odporność
na inne antybiotyki, np. wankomycynę, która uważana jest za tzw. lekarstwo ostatniej szansy. Wyizolowali
już bakterię o nazwie Enterococcus
bacteria odporną na wankomycynę.
Rozwój odporności na wankomycynę przez inne typy mikrobów jest tylko kwestią czasu. Jednym z najpoważniejszych problemów zdrowotnych wynikających z nabycia odporności na antybiotyki przez mikroby
jest zakażenie gronkowcem złocistym, określane jako MRSA (Methicillin-Resistant Staphylococcus Aureus). W USA więcej osób umiera
w wyniku chorób wywołanych przez
zakażenie gronkowcem złocistym niż
wirusem HIV. Do niedawna tylko pacjenci szpitali mieli zwiększone ryzyko zachorowania na MRSA ze względu na nadużywanie w nich antybiotyków (tzw. szpitalne zakażenie
MRSA). W ostatnich latach zanotowano także ogromny wzrost zachorowania na MRSA poza szpitalami,
33
JEŚĆ, CZY NIE JEŚĆ?
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
wśród ludzi żyjących w środowisku
(tzw. zakażenie środowiskowymi
szczepami MRSA). Gronkowiec złocisty jest rozpowszechniony wśród
wielu zwierząt, m.in. świń, krów, koni,
a nawet psów. Badania naukowe wykazały wiele przypadków przerzutów
MRSA ze świń czy krów na człowieka.
Hormony na kolację
Innym problemem są hormony
wzrostu – podstawowy dodatek
do diety zwierząt takich jak krowy.
W Ameryce krowy są karmione substancją o nazwie oestradiol 17, testosteronem, progesteronem, zeranolem, oktanem trembolonu i oktanem
melengestrolu. Na marginesie warto
podkreślić, że jakiekolwiek użycie
tych hormonów w Unii Europejskiej
jest zakazane od szeregu lat. Naukowcy wierzą, że te hormony używane w paszy zwierzęcej mogą powodować różnego rodzaju problemy
zdrowotne u ludzi, m.in. zakłócenie
równowagi hormonalnej, problemy
rozwojowe, zakłócenia w systemie
reprodukcyjnym, mogą rozwijać raka
i prowadzić do wczesnego pokwitania u dziewcząt. Najbardziej kontrowersyjny z powyższej listy hormonów
wydaje się oestradiol 17, który może
powodować raka piersi.
Użycie hormonów w paszy zwierzęcej jest również powiązane z większą
koncentracją tych chemikaliów w jeziorach i rzekach znajdujących się
w pobliżu zakładów stosujących model CAFO. Badacze, którzy oceniają
wpływ obecności hormonów wzrostu
w rzekach i jeziorach, donoszą, że
„ryby są pod wpływem tych hormonów; osobniki męskie są w pewnym
stopniu sfeminizowane, a u osobników żeńskich odnotowuje się pewien
stopień zmaskulinizowania”. Według
Earla Graya Jr. z Agencji Ochrony
Środowiska męskie osobniki w wodach rzek pobliskich CAFO nie tylko
W ostatnich latach zanotowano
również znaczny wzrost różnych
chorób nie tylko wśród zwierząt lądowych, ale również wśród ryb i owoców morza. Ryby mają swój ekwiwalent CAFO – trzymane są w sztucznych zbiornikach, stawach albo
otwartych wodach ogrodzonych tak,
żeby nie miały możliwości wypłynięcia. Tego typu hodowle ryb nazywane są intensywnymi akwakulturami.
Są rozpowszechnione na całym
świecie. Popyt na ryby i owoce morza w drugiej połowie XX wieku spowodował ogromny wzrost połowów
ryb. Aby dostarczyć zamawianą ilość
ryb do sklepów i restauracji, zaczęto
je hodować na skalę przemysłową.
W modelu CAFO, w którym trzyma
się dużo ryb na małych obszarach,
ryzyko pojawienia się chorób jest
znacznie wyższe niż u zwierząt lądowych. Ryby mogą łatwo ulec zakażeniu przez pasożyty takie jak wszy
morskie, grzyby, robaki jelitowe (np.
nicienie, motylice), bakterie (np. pałeczki Yersinia, Pseudomonas) oraz
pierwotniaki. Według Laurie MacBride z Georgia Strait Alliance (organizacja, której misją jest ochrona środowiska morskiego) „wszy na farmach morskich są ogromnym problemem w wodach Kolumbii Brytyjskiej i na całym świecie. W Irlandii
pstrągi na wolnych wodach zostały
kompletnie unicestwione przez wszy
morskie (...). Minister rybołówstwa
w Szkocji przyznał natomiast, że istnieją dowody, że wszy morskie wpływają na zdrowie i przeżycie hodowli
łososi żyjących w wolnych wodach.
W Kolumbii Brytyjskiej zaś odnotowano epidemię wszy morskich w różowym łososiu z Archipelagu Broughton, gdzie hoduje się duże ilości
łososi na farmach”.
Aby mniej ryb chorowało z powodu różnych drobnoustrojów, producenci używają oczywiście mocno
działających antybiotyków. Jednak
mimo użycia ich znacznych ilości
śmiertelność sięga aż 30 proc. nawet
na farmach, gdzie – jak się uważa
– problem rozpowszechniania się
drobnoustrojów jest pod kontrolą.
Mięso nie jest dziś bezpieczne dla
naszego zdrowia. Warto pomyśleć
o zmianie diety.
ROMAN PAWLAK
Dr Roman Pawlak jest wykładowcą dietetyki i odżywiania na East
Carolina University w USA, autorem książek i wielu publikacji
w prestiżowych pismach naukowych. Tytuł artykułu, lid i śródtytuły
pochodzą od redakcji.
Nieprawda, że ulubionym rodzajem wędlin Polaków jest kiełbasa. Najbardziej lubimy szynkę, która gości
na stołach 61 proc. konsumentów. 58
proc. gospodarstw domowych zaopatruje się w wyroby wieprzowe, co trzecie
– w drobiowe. W każdym polskim domu
w ciągu tygodnia kupuje się 25-50 dag
wędlin.
Woda:
Nieprawda, że woda źródlana jest
najlepsza dla zdrowia. Po jej wypiciu
w organizmie nie pozostaną pożyteczne składniki mineralne. Jeśli napijesz
się mineralnej, dostarczysz organizmowi cennych mikroelementów. Wody źródlane to wody o śladowej ilości pierwiastków, a im mniej w nich minerałów,
tym ich wartość zdrowotna mniejsza.
Ba, woda pozbawiona składników mineralnych jest dla zdrowia wręcz szkodliwa. Udowodniono, że po wypiciu
5 I wody destylowanej człowiek umiera,
bo rozrzedza ona elektrolity i wypłukuje
wszystkie mikroelementy.
Nieprawda, że francuskie wody mineralne są najlepsze. W ulotce reklamowej jednej z nich można przeczytać, że
„jest zalecana dla sportowców oraz innych osób przed, podczas i po wysiłku
fizycznym”, choć w 1 l ma tylko 6 mg
magnezu, 10,4 mg wapnia i 110 mg
wszystkich składników mineralnych.
W takim razie po co ją pić, i to za duże
pieniądze, jeśli zwykła deszczówka ma
czasem nawet do 60 mg składników mineralnych w litrze?
Nieprawda, że młode matki, ciężarne i karmiące, powinny pić dużo wody
źródlanej. Dla nich jest dobra woda mineralna, średniozmineralizowana lub
niekiedy wysokozmineralizowana, czyli
bogata w minerały, w tym magnez
i wapń, bo macierzyństwo to czas
ogromnego zapotrzebowania na te
składniki.
Prawda, że podział wód na niskozmineralizowane (mające poniżej 500
mg/l składników mineralnych), średniozmineralizowane (500-1500 mg/l) i wysokozmineralizowane (powyżej 1500 mg/l)
może być dla konsumentów mylący, bo
nie charakteryzuje oddziaływania danego produktu na organizm człowieka. Inne ma znaczenie w jednym litrze 50 mg
magnezu, a inne 1000 mg wodorowęglanów, chociaż wielkości te mogą zaważyć na zakwalifikowaniu pierwszej wady
do niskozmineralizowanych, a drugiej
– do wysokozmineralizowanych.
Prawda, że wód leczniczych nie
należy pić bez kontroli lekarza. Mają
bardzo dużo składników mineralnych,
które można przedawkować.
cdn.
KATARZYNA BOSACKA, MAŁGORZATA KOZŁOWSKA -WOJCIECHOWSKA
„CZY
WIESZ, CO JESZ?
Poradnik konsumenta, czyli na co zwracać uwagę, robiąc
codzienne zakupy”. Wydawnictwo Publicat, Poznań 2010. Cena 24,90 zł.
a1634-35.qxd
34
2010-04-09
16:09
Page 2
Z WOKANDY
ZSYP
Drwal amator... gorzałki
Pijany 46-latek z Ełku
wsiadł do auta i pojechał
do lasu. Tam ściął piłą klon
i zapakował do auta. Tę
akcję zobaczył jeden z przechodniów
i wezwał policję. Stróże prawa zatrzymali złodzieja, gdy zygzakiem wracał
z łupem do domu. („Fakt” nr 55)
Musiał facet wybrać się na szaber
limuzyną...(?)
Pomoc sercowa
W myśl zasady „nasz
klient, nasz pan” właściciele domów publicznych
w okolicach szwajcarskiego Lugano postanowili
wyjść naprzeciw swoim starszym,
schorowanym klientom.
Panie do towarzystwa przeszły
specjalny kurs obsługi defibrylatorów. Jest to urządzenie medyczne,
które pomaga nieregularnie pracującemu mięśniowi sercowemu na powrót do normalnej aktywności.
Wszystko po to, aby móc w razie nagłych wypadków udzielić pomocy
swoim klientom.
Szefowie szwajcarskich domów
uciech doszli do wniosku, że istotną
grupą ich klientów są panowie w sędziwym wieku, którzy w momencie
przeżywania zbyt dużych emocji mogą mieć problemy z sercem. („Polska
Dziennik Łódzki” nr 41)
Młodszym zaś panom oraz dziewczynom defibrylatory mogą służyć
za źródło dodatkowej stymulacji
w chwilach uniesień.
Wiceprezydent też człowiek
– To kur... wielka sprawa – tak, tuż przed podpisaniem historycznej ustawy o reformie zdrowia,
szepnął do ucha Baracka
Obamy wiceprezydent Joseph Biden.
Słowa wychwyciły jednak superczułe
mikrofony i wybuchła afera. Biały Dom
odmówił komentarza w tej sprawie.
(„Rzeczpospolita” nr 71)
Superczułe muszą być również sumienia świętoszków, którzy z tego
błahego faktu robią aferę.
Kompleks nabiału
167 tysięcy jaj zniknęło z fermy pod Miękinią.
31-letni mężczyzna wynosił je z tego zakładu
od grudnia poprzedniego roku aż
do marca i sprzedawał okolicznym
mieszkańcom po okazyjnej cenie.
Złodziej kilka razy wykonywał doraźne prace na terenie fermy – dzięki
temu dokładnie znał zwyczaje pracowników i godziny, w których można niezauważenie poruszać się po
fermie. Gdy 31-latka zatrzymali policjanci, miał przy sobie jeszcze około
2 tysięcy sztuk, które zwrócono właścicielowi przedsiębiorstwa. (...)
(„Polska Gazeta Wrocławska” nr 74)
Jak to? Pochował je po kieszeniach, czy co?
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Zabójstwo na zlecenie(2)
Postraszyć, pobić czy zabić?
Eugeniusz W. aż 10 razy składał
wyjaśnienia w trakcie śledztwa.
Można powiedzieć, że przyznał się
w nich do stawianych zarzutów
i opowiedział, jak doszło do zamordowania Konrada P. Można też powiedzieć, że nie przyznał się do niczego, a wersji na temat swoich
kontaktów z Piotrem L. podał kilka...
Ogólnie rzecz biorąc, Eugeniusz
W. mówił w czasie śledztwa dużo.
Nawet bardzo dużo. Tyle że dzisiaj
chyba on sam nie wie, kiedy kłamał,
a kiedy mówił prawdę. Sąd próbuje
rozwikłać tę zagadkę. Wyjaśnienia
oskarżonego czyta wolno i dokładnie. Po kilka zdań, a potem pytanie:
– Potwierdza pan tę wersję?
Oskarżony najczęściej zaprzecza
albo używa znanego ostatnio z innych telewizyjnych przesłuchań
zwrotu: „Odmawiam odpowiedzi”.
Kłopoty z koncentracją
Drobiazgowość sądu wyraźnie nie
jest na rękę Eugeniuszowi W.
– Mój klient źle się czuje – mówi jego obrońca Ewa Skowron-Chorążak
zaraz na początku rozprawy. Dzisiaj
sąd planował ponowne czytanie protokołów przesłuchań oskarżonego.
Jest ich sporo. – Nie jest w stanie się
skoncentrować i odpowiadać na pytania. Zażył leki uspokajające.
– Co panu dolega? – pyta sędzia
Jarosław Papis.
– Musiałem wziąć na uspokojenie
tabletki uspokajające – mówi niepewnie Eugeniusz W.
– To jest pan już uspokojony? – to
pytanie sędziego pozostaje bez odpowiedzi.
– To, na co pan cierpi? – sędzia pyta dalej. Chce dokładnie ustalić przyczynę niedyspozycji oskarżonego.
– Z tych chorób, co mam? – mężczyzna wyraźnie się ożywia. Chyba
chce przedstawić sądowi długą listę.
– Nie pytam o pański wyrostek, tylko o to, co dzisiaj panu dolega – sędzia studzi jego zapał.
– Wziąłem za dużo tabletek uspokajających – mówi już z rezygnacją
w głosie oskarżony.
– Ile pan wziął?
– 5 może 6 tabletek.
– Tyle panu dali w areszcie?
– Uzbierałem sobie i dzisiaj przesadziłem z dawką.
– Czyli wziął pan te tabletki wbrew
zaleceniom lekarza?
– Tak.
– Czyli chciał pan storpedować
proces? – to pytanie sądu brzmi
groźnie.
Oskarżeni: Piotr L., przedsiębiorca (49 lat), Eugeniusz W. (64 lata), Wiesław J. (65 lat), Tadeusz B. (63 lata)
O: zabójstwo i podżeganie do zabójstwa
Ofiara: Konrad P. (przyjaciel córki Piotra L.)
Obrońcy: Piotra L. – mecenasi Jerzy Porczyński i Sławomir Szatkiewicz,
Eugeniusza W. – mecenas Ewa Skowron-Chorążak, Wiesława J. – mecenas Alicja Sowińska-Szlanta, Tadeusza B. – mecenas Mariusz Jaszecki
Oskarżenie: prokurator Mirosław Mospinek, Prokuratura Rejonowa
Łódź-Śródmieście
Sąd: Jarosław Papis, Krzysztof Szynk (sędziowie zawodowi), Sąd Okręgowy w Łodzi
– Nie ja... chciałem dobrze odpowiadać – oskarżony próbuje się tłumaczyć.
– To świetnie, proszę odpowiadać
– sędzia Papis szybko reaguje na
nieudolne próby tłumaczenia się Eugeniusza W.
– Dzisiaj to nie..., ale jutro nie wezmę już tabletek – zapewnia mężczyzna.
– Nie wiem, czy będzie pan brał
jeszcze jakiekolwiek tabletki – to zdanie też brzmi jak zapewnienie. – A jakie ma pan dzisiaj dolegliwości?
– Mam kłopoty z koncentracją.
– Ale ogólnie to się pan dobrze
czuje?
– No tak.
Sąd chce znać zdanie pozostałych
uczestników postępowania na temat
wniosku obrony Eugeniusza W. Głos
zabiera tylko adwokat Piotra L.
– Wyjaśnienia oskarżonego W.
mają wpływ na pozycję procesową
naszego klienta – przekonuje mecenas Sławomir Szatkiewicz. – Dlatego
prosimy o uwzględnienie wniosku.
Sąd ogłasza przerwę, która ciągnie się kilka godzin. W tym czasie
próbuje skontaktować się z lekarzem
sądowym, ale bezskutecznie. Niewiele na temat stanu zdrowia mężczyzny ma też do powiedzenia wezwana do sądu załoga pogotowia ratunkowego.
Wszystkie te zabiegi trwają tak długo, że rozpoczynanie rozprawy powoli mija się z celem. Eugeniusz W.
dopiął swego. Tego dnia sąd nie
wznawia procesu.
Trzeba było odstrzelić
Eugeniusz W. – zdaniem prokuratury – zlecił dwóm swoim znajomym
zabójstwo Konrada P. On miał być
tylko pośrednikiem. Działać na polecenie Piotra L., który zlecił zabicie
Konrada P., bo – jak uważają śledczy
– nie chciał, by ten spotykał się z jego córką.
Dzisiaj Eugeniusz W. nie przyznaje
się do stawianych zarzutów. W trakcie śledztwa jednak przyznał się oraz
opowiedział o udziale pozostałych
oskarżonych. Wiele razy zmieniał
jednak swoje wyjaśnienia.
„Chcę oświadczyć, że prosiłem ich
o pobicie, nie zabicie. Zwrócił się do
mnie o to Piotr L., żeby tego Konrada tak pobić solidnie, żeby odczepił
się od jego córki”. – Czy oskarżony
to potwierdza? – sędzia Papis odczytuje zeznania Eugeniusza W., które
złożył w prokuraturze 8 października
2008 roku.
– Nie potwierdzam. Piotr L. chciał
tylko, żeby go postraszyć. Nie było
mowy o żadnym pobiciu.
– Czemu więc użył pan wobec prokuratora określenia: „Żeby tak pobić,
żeby się odczepił”? – dziwi się sędzia.
– Odmawiam odpowiedzi na to pytanie.
„Kiedy spotkałem Piotra L., to powiedział, że ma kłopoty, że jakiś
ćpun przyczepił się do jego córki. I zapytał, czy mam kogoś, kto da
mu porządną nauczkę. Powiedziałem, że się rozejrzę” – sędzia dalej
czyta wyjaśnienia oskarżonego.
Czasem zadaje pytanie, czasem tylko patrzy w jego stronę. Mężczyzna
już wie, że to czas, aby ustosunkować się do swoich słów ze śledztwa.
– Tak było, ale nie pamiętam...
– To, co pan z tego potwierdza?
– O zastraszeniu.
„Później spotkałem Wieśka J. i powiedział mi, że da się coś zrobić w tej
sprawie. Powiedział, że ma kogoś,
kto się tego podejmie. Kogoś z Warszawy. Wiesiek powiedział też, że
Piotr L. musi dać zaliczkę 5000 złotych. Gdy powiedziałem L. o zaliczce, to się zgodził” – sędzia znowu
patrzy w stronę ławy oskarżonych.
– Nie, nie było takiej historii – zaprzecza gorączkowo Eugeniusz W.
– Zeznał pan, że łącznie za wykonanie zlecenia miało być 20 000 zł.
– Nie było tak.
„L. dał mi 5000 zł, które przekazałem Wieśkowi. Piotr L. chciał, żeby to
zrobić we wrześniu, bo wyjeżdża na
wczasy i będzie miał alibi. Później się
dopytywał, jak się sprawy mają. Wiesiek mi powiedział, że tego Konrada
nie mogą znaleźć. Mówił, że jeździ
a1634-35.qxd
2010-04-09
16:10
Page 3
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Sędziowie Jarosław Papis i Krzysztof Szynk w trakcie tego
procesu będą musieli wykazać się anielską cierpliwością
Fot. Piotr Kamionka/Ag. Fot. Angora
z kimś go szukać, ale nic z tego nie
wychodzi. To było dziwne, bo Piotr L.
wskazywał puby, w których chłopak
przebywał” – sędzia podnosi głowę
znad akt. – Były takie rozmowy?
– Może i były, nie pamiętam. Cała
moja rola była taka, żeby przekazać
Wieśkowi zdjęcia tego chłopaka i to
wszystko.
„Po 30 listopada 2007 roku zadzwonił Wiesiek i powiedział, żebym
do niego przyjechał. Powiedział mi
wtedy, że sprawy trochę się skomplikowały i że chłopaka trzeba było odstrzelić”.
– Były jakieś takie rozmowy, ale nie
w takiej formie...
– A w jakiej?
– Wiesiek zaprzeczał, że oni to zrobili.
– Co oskarżony rozumie przez
„oni”?
– Odmawiam odpowiedzi.
– Dlaczego mówił pan nieprawdę
prokuratorowi?
– Bo policjanci obiecali mi, że jak
potwierdzę zarzuty morderstwa, to
wyjdę z aresztu, a później przyczynią
się do tego, żebym odsiedział tylko
połowę ewentualnej kary. Tak mi
obiecywali – zapewnia Eugeniusz W.
– Policjanci nakłaniali pana, żeby
powiedział, że było to zabójstwo na
zlecenie? I dlatego włożył pan w usta
współoskarżonemu, że „trzeba było
Konrada P. odstrzelić”? – sędzia kiwa
głową.
– Policjanci powiedzieli, że będę
miał niższy wyrok, jak pogrążę ich
wszystkich.
– I uwierzył pan policjantom?
– Obiecali też, że żona będzie miała lepiej.
– A ile lat pan znał Wiesława J.?
– Od 10 lat.
– Proszę jeszcze raz powiedzieć,
co spowodowało, że zgodził się pan
obciążyć inną osobę w sprawie o zabójstwo?
– Policjanci powiedzieli mi, że dostanę wtedy 8 lat i po czterech wyjdę. A jak się będę upierał przy swoim, to grozi mi 25 lat, a nawet dożywocie.
Żeby dostać 8 lat
Niewątpliwie dla śledczych najważniejsze było wyjaśnienie Eugeniusza W., które ten złożył w sądzie,
gdy zapadała decyzja o jego areszcie.
„Od razu było to zlecenie na zabójstwo” – sędzia Papis czyta głośno i wyraźnie każde słowo wypowiedziane kilka miesięcy wcześniej
przez oskarżonego. „Żałuję tego, co
zrobiłem. Piotr L. zwrócił się do mnie
z prośbą. Najpierw mówił, żeby dać
nauczkę, ale potem powiedział, żeby zabić tego chłopaka. Wiesiek
i Tadek byli tamtego dnia we dwóch,
ale który zabił, to nie wiem. Wiesiek
skontaktował się ze mną i powiedział, że zadanie wykonali. Potem
opowiedział, że to Tadek wpadł na
podwórko i strzelił temu chłopakowi
w plecy i głowę. Najpierw dostali zaliczkę 30 tysięcy złotych, a później
Piotr L. dał jeszcze 130 tysięcy złotych”.
– Nie potwierdzam – Eugeniusz W.
niemal krzyczy. – To policjanci mi
mówili, co mam mówić.
– Zatem to wszytko kłamstwo?
– Tak – już spokojnie odpowiada
mężczyzna.
– To po co pan to mówił?
– Żeby dostać 8 lat. Tak obiecywali mi policjanci.
– We wcześniejszych wyjaśnieniach mówił pan o pobiciu. Potem
sam je pan zmienił i powiedział o zabójstwie. I za to liczył pan na 8 lat?
– Odmawiam odpowiedzi.
– 160 tysięcy złotych za zlecenie.
Skąd ta kwota?
– Z głowy.
– Pańskiej czy policyjnej?
31
35
ZSYP
Z WOKANDY
– Mojej... nie... odmawiam odpowiedzi.
„Nie przyznaję się. W sądzie aresztowym skłamałem” – to już kolejne
wyjaśnienie oskarżonego.
– To potwierdzam – uśmiecha się
mężczyzna.
– Dlaczego pan zmienił wyjaśnienia?
– Doszedłem do wniosku, że nie
dostanę 8 lat. Różne myśli chodziły
mi po głowie.
„Wiesiek powiedział, że Tadek fachowo wykonał robotę” – i następne
wyjaśnienie ze śledztwa.
– To nieprawda, nie potwierdzam
– tym razem odpowiedź jest stanowcza.
– To, dlaczego... – sędzia próbuje
zadać pytanie.
– Odmawiam odpowiedzi.
– Pan ma telewizor w celi? – sędzia
tym razem kończy swoje pytanie.
– Mam.
– Ogląda pan relacje z komisji sejmowych?
– Czasami.
– To widać.
Po kilkunastu godzinach odczytywania protokołów, wyjaśnień już chyba
nikt na sali nie wie, która wersja zdaniem oskarżonego jest prawdziwa.
Ciąg dalszy za tydzień
KATARZYNA PASTUSZKO
„In vitro veritas”
Zapłodnienie in vitro
„nosi znamiona «produkcji ludzi»” – napisali
członkowie zespołu ekspertów Episkopatu ds. bioetycznych.
Oświadczenie zespołu, na czele
którego stoi abp Henryk Hoser, ordynariusz warszawsko-praski, ukazało się wczoraj w porozumieniu
z prezydium Episkopatu (...). („Gazeta Wyborcza” nr 71)
Przecież to dokładnie tak samo,
jak klasyczna miłość... Ale co
o niej mogą powiedzieć Szanowni
Eksperci?
Rekord Guinessy?
Mimo rekordowo wysokiej liczby 126 posłanek zasiadających
w Izbie Gmin ich rzeczywisty wpływ na brytyjskie życie polityczne nie był zbyt duży
– pisze „The Times”. Publicystka
Suzy Jagger ocenia je surowo:
„Nie są zapaśniczkami wagi ciężkiej na ławach rządowych ani nie
są źródłem fermentu na ławach
opozycji” (...). („Metro” nr 1787)
To nieważne, ważne, żeby były
parytety.
SZPERACZ
R E K L A M A
a1636.qxd
2010-04-09
16:22
Page 2
36
DOBRZE IM TAK
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Nawet roczną pensję...
...zapłacą urzędnicy za swoje błędy
Rozmowa
z prof. HUBERTEM
IZDEBSKIM*
Nr 67 (7 IV). Cena 2,60 zł
Nawet dwanaście pensji będzie
musiał oddać urzędnik, który wydał
decyzję z naruszeniem prawa. Takie
zmiany do poselskiego projektu
ustawy o odpowiedzialności odszkodowawczej funkcjonariuszy publicznych za rażące naruszenie prawa
wprowadziła sejmowa podkomisja.
A szefowi urzędu, jeśli nie zawiadomi prokuratury o konieczności wszczęcia postępowania przeciw swojemu podwładnemu, będzie grozić nawet do trzech lat pozbawienia wolności.
– W czwartek odbędzie się w podkomisji głosowanie nad proponowanymi
zmianami. Sejm może uchwalić tę ustawę w ciągu najbliższych dwóch miesięcy – mówi przewodniczący podkomisji
poseł Marek Wójcik.
Urzędnik zostanie pociągnięty do
odpowiedzialności za wydanie decyzji
z rażącym naruszeniem prawa. Jednak
już dziś urzędnicy obawiają się paraliżu
prac w urzędach, gdyż zagrożenie karą
może powodować wzrost asekuracji
przy podejmowaniu decyzji. – Oznacza
to usztywnienie formalizmu, z drugiej
zaś strony świadome wydłużanie procesu decyzyjnego poprzez rozmydlanie indywidualnej odpowiedzialności
– prognozuje Jarosław Kapsa z UM
Częstochowy.
Jednak Piotr Rogowiecki, ekspert
Konfederacji Pracodawców Polskich,
uspokaja, że ustawa ta nie będzie stosowana np. w przypadku rozbieżności
interpretacyjnej. – Bezpodstawne wy-
Rys. Katarzyna Zalepa
dają się obawy, że nastąpi paraliż, tym
bardziej że brak decyzji w terminie to
właśnie rażące naruszenia prawa – mówi Rogowiecki.
Poza tym pociągnięcie urzędnika do
odpowiedzialności nie będzie łatwe.
Dopiero w sytuacji, w której Skarb Państwa bądź jednostka samorządu terytorialnego zapłacą odszkodowanie za
szkodę spowodowaną rażącym naruszeniem prawa, kierownik urzędu, którego pracownicy zawinili, będzie musiał zawiadomić prokuraturę.
– Prokurator skieruje do sądu powództwo przeciwko funkcjonariuszowi,
a sąd określi, czy i jak urzędnika należy
ukarać – dodaje Marek Wójcik.
Także maksymalna wysokość sankcji, czyli dwunastokrotność miesięcznej
pensji urzędnika, budzi zastrzeżenia.
– Pociągnięcie urzędnika do odpowiedzialności będzie często możliwe
dopiero po kilku latach. Przeciętne wynagrodzenie z poprzedniego kwartału
ogłaszane przez prezesa GUS byłoby
bardziej racjonalnym miernikiem – krytykuje nowe rozwiązanie Piotr Jaworski
z Krajowej Izby Gospodarczej. A Elżbieta Kil, kierownik Referatu Działalności
Gospodarczej UM w Legnicy, proponuje
wprowadzenie specjalnego ubezpieczenia dla urzędników.
KATARZYNA
WÓJCIK-ADAMSKA
– To dobry pomysł, by karać
urzędników za ich błędy?
– Funkcjonariusz tak jak lekarz powinien ponosić odpowiedzialność, jeśli popełnił błąd. Jakie mają być granice tej odpowiedzialności, to już zupełnie inna sprawa.
– Łatwo będzie przypisać winę
urzędnikowi?
– Winę trudno przypisać temu, kto
wydał decyzję np. zgodnie z wytycznymi ministerstwa, a na skutek takiej
decyzji obywatel poniósł szkodę.
Często trudno ustalić, kto jest odpowiedzialny za wydanie decyzji. Nie
musi to być osoba, która się pod nią
podpisała. Trzeba więc wprowadzić
czytelne procedury pozwalające
ustalić autorstwo decyzji.
– Jaką odpowiedzialność ponoszą teraz urzędnicy państwowi?
– Za wydanie bezprawnej decyzji
przewidziana jest odpowiedzialność
dyscyplinarna lub porządkowa. Jeśli
stwierdzi się winę nieumyślną urzędnika,
ponosi on odpowiedzialność do wysokości trzymiesięcznego wynagrodzenia.
Rozmawiała: KATARZYNA
WÓJCIK-ADAMSKA
* Hubert Izdebski, radca prawny,
adwokat, profesor zwyczajny, dyrektor Instytutu Nauk o Państwie i Prawie
Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego
Firmy żądają milionowych
odszkodowań od fiskusa
Skarb Państwa wypłaca ogromne
odszkodowania firmom poszkodowanym przez bezprawne decyzje urzędników.
170 mln zł
domaga się spółka Centrum Leasingu i Finansów CLiF za bezprawne
ogłoszenie upadłości firmy.
42,5 mln zł
odszkodowania za błędne decyzje
aparatu skarbowego chce uzyskać
firma Centrozap.
38 mln zł
odszkodowania otrzyma JTT za
szkody wyrządzone decyzją organów
podatkowych.
Tytuł oryginalny: „Kary dla urzędników
za błędne decyzje.
Zapłacą z własnej kieszeni”
R E K L A M A
a1637_prawnik.qxd
2010-04-09
15:16
Page 1
WARTO WIEDZIEĆ
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Prawnik radzi
Rys. Mirosław Stankiewicz
Zmiana czasu
podczas dyżuru
Moje pytanie dotyczy zmiany czasu
z zimowego na letni i odwrotnie. Czy są
uregulowania prawne odnoszące się
do wynagradzania osób pracujących
w systemie ciągłym? Pracuję w szpitalu w 12-godzinnym systemie zmianowym (od godz. 7 do 19 lub od 19 do 7).
Przy zmianie czasu dyżur trwa 11 albo
13 godzin. Czy w takim razie osoba,
która pracuje o 1 godzinę dłużej, powinna dostać dodatkowe wynagrodzenie, a osoba, która pracuje o godzinę
krócej, powinna mieć je potrącone?
– Danuta Wala (e-mail)
Jeśli pracownik zachowuje gotowość do wykonywanej pracy, to sytuacja wygląda następująco. Przy zmianie czasu z letniego na zimowy pracownik świadczący pracę w nocy pracuje
o godzinę dłużej. Za tę godzinę przysługuje mu prawo do wynagrodzenia powiększone o dodatek z tytułu przekroczenia dobowej normy czasu pracy
w wysokości 100% (ponieważ praca
odbywa się w porze nocnej). W przypadku zmiany czasu z zimowego na letni pracownik pracujący w nocy pracuje
o godzinę krócej. Za tę godzinę pracy
mniej nie potrąca mu się jednak wynagrodzenia. W takiej sytuacji przyjmuje
się, że pracownik był gotowy do świadczenia pracy i należy mu wypłacić wynagrodzenie przestojowe na podstawie
art. 81 § 1 kodeksu pracy.
Cudza linia
nad moim gruntem
Kto jest właścicielem linii energetycznej? Czy ekipy usuwające drzewa spod takich linii muszą mieć zgodę właściciela terenu? Na mojej
działce linia przesyłowa przebiega
nad posadzonym lasem. Gdy drzewa
podrosną, trzeba będzie dokonać
sporej wycinki. Czy będzie się należeć za to odszkodowanie?
– Józef Wieczorek (e-mail)
(324)
Właścicielem linii energetycznej jest
przedsiębiorstwo energetyczne zajmujące się przesyłaniem lub dystrybucją
energii. Stosunki między takim przedsiębiorstwem a właścicielem lub użytkownikiem wieczystym gruntu pod linią powinny być uregulowane w ramach służebności przesyłu. Służebność taka może być ustanowiona
w drodze umowy zawartej między stronami, orzeczeniem sądu lub decyzją
administracyjną. W ramach ustanowionej służebności przedsiębiorca może
korzystać z części cudzego gruntu,
który jest niezbędny do budowy
i utrzymania instalacji – właściciel lub
użytkownik wieczysty nieruchomości
jest obowiązany udostępnić nieruchomość w celu wykonania czynności
związanych z konserwacją oraz usuwaniem awarii ciągów, przewodów
i urządzeń. W zamian za powyższe,
przedsiębiorca jest zobowiązany
uiścić właścicielowi gruntu odpowiednie wynagrodzenie za korzystanie
z nieruchomości.
Konserwacja
rowu melioracyjnego
Prowadzę działalność w zakresie konserwacji rowów melioracyjnych. Czy bez wiedzy właścicieli
mogę usunąć drzewka i krzewy na
szerokości kilku metrów, które
utrudniają mi mechaniczne czyszczenie tych rowów?
– Tadeusz Kurek z Brójec
Rowy melioracyjne wraz z budowlami związanymi z nimi funkcjonalnie należą, zgodnie z art. 73 ust. 1 pkt 1 ustawy prawo wodne, do urządzeń melioracji wodnych. Utrzymywanie takich
urządzeń należy do zainteresowanych
właścicieli gruntów, a jeżeli urządzenia
te są objęte działalnością spółki wodnej – do tej spółki (art. 77 ust. 1 pr.
wodn.). O tym, w jaki sposób będzie
realizowane utrzymywanie rowów melioracyjnych (przede wszystkim ich
konserwacja), decyduje więc umowa
między właścicielem a przedsiębiorcą
wykonującym konserwację, oczywiście z uwzględnieniem różnych przepisów, przede wszystkim z zakresu
ochrony przyrody i środowiska. Przykładowo, zgodnie z art. 83 ust. 1 ustawy o ochronie przyrody, usunięcie
drzew lub krzewów z terenu nieruchomości może nastąpić po uzyskaniu zezwolenia wydanego przez wójta, burmistrza albo prezydenta miasta na
wniosek posiadacza nieruchomości.
Jeżeli usunięcie jest związane z regulacją i utrzymaniem koryt cieków naturalnych, wykonywaniem i utrzymaniem
urządzeń wodnych służących kształtowaniu zasobów wodnych oraz ochronie przeciwpowodziowej w zakresie
niezbędnym do wykonania i utrzymania tych urządzeń, za usunięcie drzew
nie pobiera się opłat (art. 86 ust. 1 pkt
13 ust. o ochr. przyr.). Zgodnie z art. 9
ust. 1 pkt 19 pr. wodnego, ilekroć
w przepisach jest mowa o urządzeniach wodnych, rozumie się przez to
urządzenia służące kształtowaniu zasobów wodnych oraz korzystaniu
z nich, a w szczególności budowle:
piętrzące, upustowe, przeciwpowodziowe i regulacyjne, a także kanały
i rowy. Powyższe regulacje stosuje się
odpowiednio do krzewów.
Emerytura za granicę
Jestem obywatelką Ukrainy z prawem stałego pobytu w Polsce jako
wdowa po Polaku. W Polsce posiadam dom z działką na wsi, nie mam
tu żadnej rodziny. Po mężu otrzymuję rolniczą rentę rodzinną. Mam
64 lata i choruję. We Lwowie mieszka moja córka z dorosłą wnuczką,
które mogłyby się mną zaopiekować. Czy jeśli sprzedam gospodarstwo w Polsce i wyjadę do Lwowa, to
nadal będę miała prawo pobierać
polską emeryturę po mężu? Jeśli
tak, to w jaki sposób będzie ona
przekazywana na Ukrainę? Czy aby
odwiedzić grób męża, będę potrzebowała polskiej wizy?
– Halina Szeremeta z Łubna
Prawo do otrzymywania świadczenia z ubezpieczenia społecznego po
mężu nie jest uzależnione od posiadania jakiegoś majątku w Polsce. Jeżeli emeryt lub rencista mieszka
w państwie, z którym Polskę łączy
umowa międzynarodowa w zakresie
ubezpieczeń społecznych, wypłata
przysługującego świadczenia dokonywana jest zgodnie z postanowieniami takiej umowy (z reguły świadczenie jest transferowane do państwa zamieszkania świadczeniobiorcy). Gdy
takiej umowy nie ma (jak np. w przypadku Polski i Ukrainy), zgodnie z art.
132 ustawy o emeryturach i rentach
z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych (w zakresie wypłaty świadczeń
ma ona zastosowanie także do świadczeń otrzymywanych z KRUS), emerytowi lub renciście, który zamieszkał
za granicą, świadczenie wypłaca się
– na jego wniosek – osobie przez niego upoważnionej do odbioru zamieszkałej w Polsce lub na rachunek
bankowy emeryta lub rencisty w Polsce, chyba że umowy międzynarodowe stanowią inaczej. Zgodnie z art.
115 ust. 3 ww. ustawy, osobom zamieszkałym za granicą w państwie,
z którym nie łączy Rzeczpospolitą
Polską umowa międzynarodowa
w dziedzinie ubezpieczeń społecznych, decyzje w sprawach świadczeń
wydają i świadczenia te wypłacają organy rentowe właściwe ze względu na
ostatnie miejsce zamieszkania w Polsce osoby zainteresowanej (ubezpieczonego).
37
Może więc Pani upoważnić konkretną osobę do odbioru emerytury w Polsce i złożyć wniosek o wypłatę świadczenia tej osobie albo złożyć wniosek
o przelew świadczenia na konto banku
w Polsce. W polskim banku może Pani
z kolei zlecić automatyczny dalszy
przelew na konto na Ukrainie, choć będzie się to wiązało z dodatkowymi
kosztami (np. opłaty za przelew zagraniczny, różnice kursowe).
Jeśli sprzeda Pani nieruchomość,
opuści Pani Polskę na stałe i zostanie
Pani cofnięta karta stałego pobytu, to
przyjazd do Polski będzie się wiązał
z koniecznością posiadania wizy, chyba że zarówno nowe miejsce zamieszkania na Ukrainie, jak i grób męża znajdują się w strefie przygranicznej, na
której obowiązują przepisy polsko-ukraińskiej umowy o małym ruchu granicznym.
Zawieszenie działalności
a świadczenia w czasie ciąży
Od roku prowadzę własną działalność gospodarczą, a od 4 miesięcy jestem w ciąży. Czy w razie
zawieszenia powyższej działalności przysługują mi jakiekolwiek
świadczenia zdrowotne? Czy prawdą jest, że w okresie zawieszenia
działalności nie będę musiała płacić składek na ZUS?
– Anna Bereszka (e-mail)
Wedle art. 13 pkt 4 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, osoby
fizyczne prowadzące pozarolniczą
działalność podlegają obowiązkowo
ubezpieczeniu społecznemu w okresie
od dnia rozpoczęcia wykonywania
działalności do dnia zaprzestania jej
wykonywania, z wyłączeniem okresu,
na który wykonywanie działalności zostało zawieszone na podstawie przepisów o swobodzie działalności gospodarczej. W okresie zawieszenia działalności składek na ubezpieczenie społeczne Pani nie płaci.
Na podstawie art. 69 ust. 1 ustawy
o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych,
obowiązek ubezpieczenia zdrowotnego osób prowadzących pozarolniczą
działalność gospodarczą powstaje
i wygasa w terminach określonych
w przepisach o ubezpieczeniach społecznych. W przypadku zatem zawieszenia pozarolniczej działalności gospodarczej ubezpieczenie zdrowotne
wygaśnie. Aby korzystać ze świadczeń
z ubezpieczenia zdrowotnego, musi
Pani albo zostać zgłoszona do tego
ubezpieczenia jako członek rodziny, albo zawrzeć umowę dobrowolnego
ubezpieczenia zdrowotnego z NFZ.
Mecenas JAN PARAGRAF
Pytania, z dopiskiem „Prawnik radzi”,
prosimy wysyłać pod adresem redakcji lub
elektronicznym: [email protected]
Z uwagi na ogromną ilość pytań prosimy
o cierpliwość.
a1638 superfakty.qxd
2010-04-09
16:23
38
Page 2
ANGORA POD GRUSZĄ
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Supereksfakty
TELEWIZOR
POD GRUSZĄ
Wraz z odejściem Krzysztofa Teodora Toeplitza odszedł również pewien sposób postrzegania mediów
i myślenia o nich. To nie kto inny, tylko właśnie ten wybitny znawca zagadnień kultury masowej już dawno
przewidział, w którą stronę media
będą zmierzały, na co będą kładły
szczególny nacisk. Tabloidyzację telewizji zapowiadał już wiele lat temu,
zresztą jako jeden z nielicznych ubolewał nad tą nadchodzącą zarazą.
Ostrzegał, iż to wszystko, co nam
będą proponowały poszczególne
stacje, będzie coraz bardziej wyprane z myślenia. Wiedział chłop, co
mówi! W końcu sam tworzył przez
wiele lat rozrywkę na najwyższym
poziomie. Przykładem tego „Czterdziestolatek”, „Dzięcioł”, „Motylem
jestem, czyli romans 40-latka” itd.
Mało kto jednak pamięta, że już w latach 60. minionego wieku Toeplitz
edukował Polaków poprzez mały
ekran. Wielkim powodzeniem cieszył
się cykl pt. „Słownik wyrazów obcych”. To ten program nie tylko wylansował oblicze samego KTT (osobiście go prowadził), ale pozwolił
również zaistnieć w świadomości
społecznej jednemu z najwybitniejszych aktorów komediowych drugiej
połowy XX wieku, Zdzisławowi Leśniakowi. W „Słowniku...” kreował
postać niejakiego Nemo, który pokazywany w konwencji kina niemego
był ilustracją dla omawianych przez
autora słownikowych haseł. Wielkiej
urody był to program i najwyższej
klasy. W tym miejscu trzeba powiedzieć, że ta inteligentna, błyskotliwa
i dowcipna audycja przyjęła się natychmiast i stała się bardzo popularna. Czyż to nie dziwne? „Słownik...”
nie schlebiał matołom, nie podlizywał się tłuszczy i się podobał. Dzisiaj
takie coś nie miałoby prawa bytu na
szklanym ekranie. Przykro, że odchodzą ci, którzy mieli szansę tworzyć w czasach, gdy telewizją nie
rządził jeszcze bożek oglądalności.
Można było skupić się na poziomie
tworzonego dzieła. Tych, którzy to
pamiętają, ubywa z dnia na dzień,
czego doświadczamy codziennie,
włączając telewizor.
SOBCZAK i SZPAK
Według rankingu VoteWatch.eu, jeśli
chodzi o udział w głosowaniach na sesjach plenarnych, na ostatnim miejscu
wśród polskich eurodeputowanych jest
Sławomir Nitras (37 l.) z Platformy
Obywatelskiej. To największy leń! Razem z nim równie rzadko w głosowaniach biorą udział Zbigniew Ziobro i Mariusz Kamiński. Portal interia.pl pisze, że
„Nitras nie jest także autorem żadnego
raportu, żadnej rezolucji czy opinii. Słabo angażuje się więc w prace europarlamentu. W styczniu opuścił ważne, dwudniowe posiedzenie swojej komisji ds.
ekonomicznych i walutowych, na której
jednym z punktów było bezpieczeństwo
(…). A to nie jest jedyny zarzut pod adresem Nitrasa. Każdy deputowany może zaprosić w roku 100 osób na koszt
Parlamentu Europejskiego. Jak wyjaśnia rzecznik Parlamentu, Jaume Duch,
zazwyczaj deputowani zapraszają
uczniów, studentów, związkowców, samorządowców, a także gospodynie domowe lub rolników. A Nitras organizuje
wycieczkę dla kolegów partyjnych z Sejmu (…)”.
„Fakt” dowiedział się, że senator Tadeusz Skorupa (51 l.) z PiS narzeka, że
9 tysięcy złotych, które co miesiąc dostaje za pracę w parlamencie, to... psie
pieniądze. „O nieznanym szerzej dotąd
senatorze Tadeuszu Skorupie z Podczerwonego na Podhalu usłyszała cała
Polska. Parlamentarzysta bez skrupułów powiedział, co myśli o pensji z Senatu: – Za chwilę nie będę miał na kampanię wyborczą pieniędzy. Bo z tych, co
dostaję z Senatu, to są k... psie pieniądze. Na paliwo dla mnie, na ubranie, k...,
9 tysięcy. Straszne pieniądze (…)”. Skorupa po tym skandalu odszedł z partii,
bo nie chciał stanowić powodu do „nieuprawnionego ataku na partię”.
„Super Express” dowiedział się, że
Twarde prawo…
W Glendale (Arizona, USA)
zabroniona jest jazda samochodem
do tyłu.
***
W New Jersey (USA) zabronione
jest siorbanie podczas jedzenia zupy.
***
W Racine (Wisconsin, USA) nie
wolno budzić śpiącego strażaka.
***
W stanie Waszyngton (USA) osoba
wjeżdżająca
do
miasta
z
przestępczymi zamiarami musi się
prezydent Lech Kaczyński (61 l.) i jego
brat bliźniak Jarosław święta spędzili
przy łóżku chorej matki, na oddziale kardiologicznym w wojskowym szpitalu
przy ul. Szaserów w Warszawie, gdzie
trafiła Jadwiga Kaczyńska (84 l.). Natomiast marszałek Sejmu Bronisław Komorowski (58 l.) wybrał się w świąteczną sobotę do kościoła bez krawata
i w sztruksowej marynarce. „Koszyczka
ze święconką jednak nie niósł. Najpierw
dzierżyła go żona polityka Anna Komorowska, a w drodze powrotnej marszałka wyręczył syn Piotr (24 l.) (…)”.
Posłanka Prawa i Sprawiedliwości
Nelly Rokita (53 l.) znów szokuje. Wyznała ostatnio, że nie wybaczyłaby swojemu mężowi Janowi prawdziwej zdrady
miłosnej, ale z przelotną kochanką jakoś
by sobie poradziła. Powiedziała też:
– Bardzo siebie kocham. Nie przerażają
mnie zmarszczki, siwe włosy, nadwaga,
z którą walczę. Nie mogę wyglądać jak
nastolatka, bo widać, że jestem starszą
osobą, ale czuję się młodo. Mąż czasem
do mnie mówi: „Jak ty się zachowujesz?
Jak dwudziestolatka, a masz 50 lat. Jesteś starą kobietą” – zdradziła na łamach „Faktu” posłanka. Powiedziała
również, że bardzo lubi mężczyzn
po kieliszku albo dwóch, bo chwalą,
a nie biją.
„Kiedy posłanka Joanna Mucha
(34 l.) kroczy sejmowymi korytarzami,
koledzy posłowie wprost nie mogą oderwać od niej wzroku. Z kolei koleżanki
z Sejmu z zazdrości aż zielenieją! Cóż
się dziwić, to na najpiękniejszej parlamentarzystce skupia się ostatnio spojrzenie telewizyjnych kamer i blask reflektorów. Sława może jednak czasami
zaszkodzić! Tak właśnie było ostatnio,
Joanna Mucha – jak gdyby była pępkiem świata – stukając obcasami eleganckich pantofelków, wkroczyła
na przejście dla pieszych w samym centrum Warszawy, choć paliło się czerwone światło. Zagapiła się? Raczej rozgadała. Piękna posłanka była tak pochłonięta rozmową przez telefon, że nawet
nie zauważyła, że łamie przepisy ruchu
drogowego (…)” – napisał „Fakt”.
Zebrała:
KATARZYNA GORZKIEWICZ
Nelly Rokita wybaczy swojemu Jankowi nawet przelotną kochankę
Fot. Adrian Spula/Reporter
zatrzymać i powiadomić policję
o przyjeździe.
***
W stanie Ohio (USA) nie można
zostać aresztowanym w niedzielę
i 4 lipca.
***
W stanie Nevada (USA) legalne jest
powieszenie kogoś, kto zastrzelił ci
psa na terenie twojej posiadłości.
***
W stanie Kentucky (USA) wymaga
się, aby każdy obywatel brał prysznic
przynajmniej raz do roku.
***
W stanie Indiana (USA) obywatelom nie wolno iść do kina lub teatru
ani jeździć tramwajem do czterech
godzin po zjedzeniu czosnku.
***
Na Florydzie (USA) w miejscach
publicznych wolno puszczać wiatry
jedynie do godziny 18 w czwartek.
***
W Tuscon (Arizona, USA) kobietom
nie wolno nosić majtek.
***
W
stanie
Kentucky
(USA)
specjalnym paragrafem kodeksu
karnego objęta jest napaść na bank
przy użyciu pistoletu na wodę.
***
W Mohave County (Arizona, USA)
każdy człowiek złapany na kradzieży
mydła musi myć się nim tak długo, aż
całe się skończy.
***
W stanie Wirginia (USA) kury nie
mogą składać jajek między godziną
20.00 a 4.00.
Internet
Zebrał: R.K.
a1647 spodprasy.qxd
2010-04-10
13:30
Page 1
PROSIMY POWTARZAĆ
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
SPODPRASY
Sąd Rejonowy w Zielonej Górze ukarał rapera Peję (34 l.) grzywną w wysokości 6 tysięcy złotych oraz nawiązką na
cel społeczny. Wyrok nie jest prawomocny – dowiadujemy się z onet.pl.
„Peja stawał przed sądem (…) w związku z incydentem, do którego doszło we
wrześniu ub. roku podczas jednej
z „winobraniowych” imprez. Sprawa została nagłośniona, gdy kilka dni po koncercie nakręcony telefonem komórkowym film z tego wydarzenia wyemitowała jedna ze stacji telewizyjnych. Na filmie
widać, jak raper nawoływał tłum do rozprawienia się z chłopakiem, który miał
pokazać mu środkowy palec. „Wiecie,
co z nim zrobić; wszystko na mój koszt”
– wołał Peja. Widać też, że nastolatek
jest bity przez kilka osób (…)”.
– Nie popadam w skrajności. Taka
jest moja filozofia życia. Nie gram w totolotka z zamiarem wygrania miliona,
nie inwestuję w ryzykowne instrumenty
giełdowe. Swoje życie układam krok
po kroku, bez szaleństw, bez ryzykownych porywów, ale również bez pasywności. Kiedyś powiedziałem, że jem
zupę bardzo małą łyżeczką, żeby się
nie poparzyć, by jej nie wylać, by się
nie zakrztusić. Jestem ostrożnym człowiekiem – wyznał „Twojemu Imperium”
Krzysztof Tyniec (54 l.).
„Jeżeli twórcy You Can Dance nadal chcą udawać, że nie ma konfliktu
między Anną Muchą (30 l.) a Kingą
Rusin (39 l.), będą musieli się bardzo
postarać. Oczywiście obie panie próbują zachowywać się powściągliwie,
ciężko jednak nie zauważyć, że coś
między nimi zgrzyta. Podczas prezentacji wiosennej ramówki TVN Muszka
wytykała Rusin wiek. To musiało ją zaboleć. Teraz prowadząca program odgrywa się na Ani... – Jest to nowa osoba, więc i nowa energia. W związku
z tym są jakieś nowe relacje między
jurorami. Jest takie powiedzenie, które dotyczy i telewizji, i filmów. Miło na
planie, gówno na ekranie. I tak trochę
jest... – wyznała Rusin”. – Wszystko
opisał portal internetowy pudelek.pl
Natasza Urbańska (33 l.) nie jest
lubiana w Polsce, nie jest też ponoć
doceniana, dlatego postanowiła
spróbować swoich sił za oceanem.
Spędziła tydzień w USA, w studiu nagrań Jima Beanza, znanego producenta. „Party” twierdzi, że nasza
gwiazdka jest bardzo zadowolona
z efektów współpracy. – To było wyzwanie, bo do tej pory śpiewałam covery, a teraz z Jimem sami wymyśliliśmy piosenki. Jestem współautorką
tekstów do trzech z nich – wyznała.
Beanz mówi, że Natasza ma duże
szanse, aby podbić amerykański ry-
nek, podpisała już kontrakt na wydanie płyty. A jednym z jej producentów
może zostać Pharrell Williams, współproducent ostatniej płyty Madonny.
Małgorzata Foremniak (43 l.) ma
nowego przyjaciela, dowiedziało się
„Party”. „Tajemniczy mężczyzna ma
na imię Robert i jest biznesmenem.
A od trzech miesięcy jest (podobno)
nowym partnerem aktorki. Choć parę
coraz częściej można spotkać razem,
oboje zaprzeczają, że łączy ich coś
więcej niż tylko przyjaźń. Robert, zapytany o Małgosię, wykręca się od odpowiedzi. – Wolałbym nie udzielać informacji o tym, co nas łączy. To jest po
prostu prywatna sprawa. Nasze drogi
Sąd w Zielonej Górze ukarał
Peję grzywną w wysokości
6 tysięcy złotych
Fot. East News
zetknęły się na imprezie charytatywnej
(…). A co na to sama zainteresowana?
– Nie muszę odpowiadać na pytanie,
czy mężczyzna, z którym mnie sfotografowano, to mój przyjaciel, fajny fa-
47
cet czy po prostu dobry człowiek. Nie
zwierzam się prasie z osobistych
spraw – mówi w rozmowie z „Party”
Małgorzata Foremniak (…)”.
Dla aktorki Katarzyny Bujakiewicz
(38 l.) seks nie jest sportem, ona tak
nie rozładowuje swojego napięcia. –
To nie wchodzi w rachubę. To, że
z kimś miło rozmawiam czy żartuję,
nie znaczy, że za chwilę z nim wyląduję w łóżku. Być może dla mężczyzn
często miła rozmowa jest sygnałem
lub przypuszczeniem, że chcę pójść
dalej. To błędne rozumowanie, bo ja
potrzebuję się zakochać, zafascynować, żeby chociaż wydawało mi się,
że jestem zakochana. Nigdy nie uznawałam związków na jedną noc – wyznała „Rewii”.
Zebrała:
KATARZYNA GORZKIEWICZ
R E K L A M A
a1648-49 ploty + Halber.qxd
2010-04-09
48
17:49
Page 2
ŚWIATOWE ŻYCIE
ANGORA
NA SALONACH
WARSZAWKI
Krócej czy długo, na szpilkach,
a może w wygodnych trampkach.
Pozostać w seksownym blondzie, czy może przedzierzgnąć
się w ognistą brunetkę? Dylematy każdej kobiety w przypadku
gwiazd urastają do rangi życiowego dramatu. Na szczęście projektanci i styliści pospieszyli celebrytkom z pomocą.
Michał Starost projektuje od kilkunastu lat. Ma za sobą londyńską
przygodę, gdzie z polecenia znanej
reportażystki Ewy Ewart „obszywał” pracowników stacji BBC i CNN
i inne angielskie gwiazdy. Zaczynał
w Sopocie i długo nie chciał pracować w Warszawie, ale ostatecznie
zmienił zdanie. Jak sam mówi, „nie
szyje dla każdego”, i nic dziwnego,
bo przecież nie każdy też chce
mieć ciuch od Starosta. Tych, którzy już chcą albo za chwilę zechcą,
projektant zaprosił na prezentację
swojej najnowszej kolekcji. I tu właśnie zaczynają się schody. A precyzyjnie rzecz ujmując, długa wybrukowana kostką droga do Muzeum
Plakatu w Wilanowie, gdzie zaplanowany był pokaz. Wieczorny spacer tamtędy w wysokich szpilkach
(po tym, jak jeżdżąc w kółko pół
godziny znalazło się już miejsce
do parkowania) to zadanie dla najsprawniejszego akrobaty, a przy
okazji buty potwornie się niszczą.
Eleganckie panie nie wyglądały
na zadowolone, gdy dotarły już
na miejsce. W środku ścisk i tłok.
To niby sprawdzona sztuczka organizatorów, zaprosić więcej gości niż
jest miejsc na sali, ale jeśli ludzie
stoją na zewnątrz, a w szatni brakuje numerków, to – jak mawiają małolaty – coś jest „nie halo”.
Najnowsza kolekcja projektanta
nazywa się „Klasycznie zaklęta
w piękno” i obecnym na pokazie
celebrytkom bardzo się podobała.
Prawdą jest, że na zdjęciach te sukienki wypadają świetnie, kocha je
oko kamery, a o to przecież w całym tym show-biznesie chodzi. Ale
na żywo, choć to szlachetne materiały, niektóre sprawiały wrażenie
niedopracowanych. Na dodatek,
jak słusznie zauważyła Dorota
Gardias, kreacja z piórek (a takie
też były) jest dość ryzykowna, bo
na jakimś bankiecie ktoś nam ją
może po prostu oskubać. Pogodynce z TVN spodobały się jednak
dwie sukienki – superdługa i superkrótka – uszyte z bardziej tradycyjnych materiałów.
Roli kurczaka na warszawskich salonach nie boi się za to Monika Richardson, może dlatego że swego
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Wielka moda po warszawsku
Różowa Doda bez Nergala na pokazie Paprocki
& Brzozowski
czasu już poczuła jak to jest być
oskubaną, choćby tylko z własnego programu w telewizji. Teraz jej
marzeniem jest właśnie sukienka
z pierzastym gorsetem i długim
muślinowym dołem. Prezenterka
została niedawno zaliczona do grona najgorzej ubranych Polek i najwyraźniej nie zamierza z tego zaszczytnego tytułu rezygnować.
Wielbicielką pomysłów Michała
Starosta jest również Majka Jeżowska, która ma już trzy sukienki
od niego, a na nadchodzący sezon
koncertowy planuje kolejną.
Przy okazji pokazu mniej lub bardziej znane panie pokazały, co trzymają w szafie: Kasia Burzyńska
wbiła się w przyciasny gorsecik,
dzięki czemu nawet tak szczupła
osoba jak ona miała w okolicy ramion coś, co wyglądało jak fałdy
tłuszczu. Marysia Sadowska nie
zauważyła, że sezon na bale przebierańców już się skończył, próbowała więc robić za kosmitkę
za sprawą dużej ilości dziwacznej
biżuterii. Jarosław Jakimowicz zatrzymał się w czasie jakieś dwadzieścia lat temu i nie wie, że dżinsowe
mundurki są już potwornie passé.
Podróż w przyszłość zafundowała nam za to marka L’Oréal Professionnel we współpracy z duetem
projektantów Paprocki & Brzo-
Buty Michała Piróga – bez komentarza
zowski. Do salonów fryzjerskich
wkracza właśnie farba do włosów
Inoa, która ma zrewolucjonizować
nasze podejście do farbowania. Teraz dzięki nowemu produktowi
– obiecuje koncern – włosy będą
zdrowe i lśniące. Ci, którzy się nie
ufarbują, powinni mieć wyrzuty sumienia, że zaniedbują siebie i swoje owłosienie. O wszystkich zaletach farby dowiedzieliśmy się
z trójwymiarowego filmu, a to dopiero początek. Panowie P&B
stworzyli bowiem kolekcję inspirowaną nową farbą i proszę w tym
momencie nie prychać z pogardą,
bo artysta ma prawo znajdować inspirację wszędzie, gdzie chce,
a już na pewno tam, gdzie dobrze
płacą. Swoje sukienki Paprocki
i Brzozowski również pokazali
w trzecim wymiarze. Nie był to może „Avatar”, ale i tak film robił wrażenie, bo takiego pokazu jeszcze
w Warszawie nie było. Przy okazji
projektantom udało się ukryć
przed widzami fakt, że tym razem
nic nowego nie pokazali, bo podobne fasony znamy już z ich
wcześniejszych kolekcji. Gwoli ścisłości trzeba tylko dodać, że były
to pomysły całkiem udane.
Gościem najważniejszym była
Doda, która niezmiennie wzbudza
taką ekscytację fotoreporterów, że
na jej widok są gotowi stratować
resztę towarzystwa, byle tylko cyknąć dobrą fotkę. Doda – bez Nergala – przyszła różowa jak landrynka w megawysokich też różowych
szpilach, w których normalna, czytaj: mniej zdeterminowana kobieta
nie zrobiłaby nawet pół kroku.
Te buty, choć niewygodne, były
piękne, za to buty Michała Piróga
były już tylko szokujące. Tancerz,
który jest wzrostu poniżej prezydenckiego, postanowił chyba dodać sobie parę centymetrów, żeby
nie zniknąć w salonowym tłumie.
W związku z tym, ni mniej, ni więcej, udał się najpierw do sklepu
w celu nabycia prawdziwych damskich kozaczków na obcasie.
Naprawdę. Może i jestem plotkarą,
ale na pewno nie kłamczuchą. Piróg miał buty na obcasie i to takim,
lekko licząc – sześciocentymetrowym. Wszystko inne tego wieczoru, nawet znudzona jak zwykle
i zimna jak kwietniowy przymrozek
Magda Cielecka, znów cała
na czarno Dorota Gardias czy
wreszcie żółta jak wielkanocny kurczaczek roześmiana Edyta Herbuś, nie zrobiło już na nikim takiego wrażenia jak obcasy Piróga.
Świat się kończy.
PLOTKARA
Fot. AKPA
a1648-49 ploty + Halber.qxd
2010-04-09
17:49
Page 3
49
ŚWIATOWE ŻYCIE
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Jak powstają przeboje(90)
Zaskakująca metamorfoza
byłej minister pracy
Czy czuje pani cza-czę Anna Kalata
Podobno było tak: w 1964 roku do kierownika
klubu „Stodoła” przyszedł student architektury,
przedstawił się jako Grzegorz Brudko i zapowiedział, że wraz z kolegami będzie tu grał jazz, jakiego nikt nie gra. Trzeba wiedzieć, że w klubie
działał Polski Klub Jazzu Tradycyjnego zrzeszający niemal wszystkie zespoły grające tego typu
muzykę w Warszawie i okolicach. Wchodził więc
Grzesiek do jaskini lwa, ale też wiedział, że tam
jest miejsce dla tego, co chce zaproponować.
To „coś” to był tak zwany happy jazz. Muzyka
improwizowana, nawiązująca do prehistorii
dixielandu. No więc w składzie trąbka z tłumikiem, tara, tuba, skrzypce. I wybitnie taneczny
repertuar wzbogacony o dźwiękowe efekty i estradowe gagi. Po sukcesach w kraju i za granicą, wydaniu płyt (w kraju i za granicą, ściśle
w RFN) powstało wrażenie, że formuła zespołu
się wyczerpuje i dobrze byłoby wzbogacić go
o refrenistę. I wtedy „po sukcesach za granicą”
(wydana w Anglii płyta zatytułowana „Piosenki
Kozaków”!!!!!!!) pojawił się w „Stodole” Andrzej
Rosiewicz. Głównie (pamiętam) ćwiczył z instruktorem... stepowanie, ale też podśpiewywał
standardy z klubowymi zespołami. Wreszcie
w 1970 roku przystał do Hagawu.
Jazzowi ortodoksi twierdzą, że wyrządził wielką
szkodę polskiemu jazzowi, publiczność wszakże
była zachwycona nowym obliczem grupy, której
Andrzej niemal z dnia na dzień stał się frontmanem. Zaczął się lekko „rozpychać”. Śpiewał już
nie tylko standardy, zaczął przynosić własne piosenki. Na razie, co wyraźnie słychać na pierwszej
wspólnej płycie, za dużo nie zepsuł. Nad charakterem muzyki czuwał Grzegorz Brudko i tępił
wszelkie przejawy „odjazzowiania”.
Grzesio, który był kierownikiem muzycznym,
wspomina Andrzej Rosiewicz, bardzo pilnował,
żeby to, co gramy, nie było banalne, jakieś kopie,
powtórzenia. W cenie były oryginalne pomysły
i dlatego tak się cieszyłem, że kiedy zaczynałem
z nim współpracę i przyniosłem, stremowany, piosenkę „Samba wanna blues”, to, pamiętam, poruszył tymi swoimi wąsiskami i zadowolony powiedział: „tak, to jest piosenka”.
Dodajmy jednak, że jednocześnie „przykroił”
ją do potrzeb Hagawu. Rosiewiczowi marzyło
się, żeby sambę zaśpiewać w rytmie samby, ale
zdaniem Brudki było to tak bardzo niejazzowe,
że przearanżował całość na coś w rodzaju ragtime’u. Jedyne ustępstwo to zgoda, aby wokalista wykonał partię stepowaną, co włączono
do nagrania.
Takiego stepującego Rosiewicza śpiewającego sambę-bluesa pokazano w 1972 roku
na festiwalu w Opolu. Jurorzy przyznali mu nagrodę Prezesa Radiokomitetu, a my zobaczyliśmy to i wiedzieliśmy, że nic już nie będzie takie jak przedtem.
Tu trzeba przypomnieć, że artysta nie tylko posiadł trudną sztukę stepowania, on generalnie
był zainteresowany tańcem. Należał do klubu tanecznego, brał udział w turniejach i zdobywał
w nich nagrody. No i teraz, po opolskim sukcesie, postanowił zostać showmanem totalnym. Takim, co to, jak w przysłowiu, „śpiewa, tańczy, recytuje”. Inna rzecz, że miał ku temu absolutne
podstawy. No i postanowił je pokazać. Charleston, ragtime, proszę bardzo, ale jest jeszcze tyle rytmów do wykorzystania.
– Zimę 1977 roku spędzaliśmy w Zakopanem
– opowiada Andrzej Rosiewicz. – Doszedł do zespołu Staszek Gąsienica-Brzega i to on, chyba,
zorganizował nam wyjazd. Pamiętam ten pokoik
na Krupówkach, nad słynnym Cocktail Barem.
Tam „dopadł” mnie pomysł na cza-czę. Zaniosłem
tekst do chłopaków, a Staszek, nasz skrzypek,
szybko dopisał muzykę i jeszcze tego samego
dnia graliśmy to, chyba nawet na dansingu.
Spodobało się od razu. I tak to podhalański góral
skomponował południowoamerykańską melodię.
Grzegorz Brudko, choć mógł się dąsać na tę latynoską koncepcję, musiał oddać autorowi, że
piosenka jest „oryginalna”. Tematyka, choć wtedy jeszcze nie tak popularna, prozdrowotna. Poza tym tekst „eksportowy” i to zarówno
na Wschód, jak i Zachód, śpiewany bowiem częściowo po niemiecku i rosyjsku. Poza tym nie
bardzo mógł grymasić. Zmieniły się proporcje.
Na plakatach nie pisano już „Asocjacja Hagaw
i Andrzej Rosiewicz”, tylko „Andrzej Rosiewicz
i Asocjacja Hagaw”. Jedna z najciekawszych polskich grup jazzowych stała się zespołem akompaniującym artyście rodem z wodewilu.
Tyle że bardzo dobremu artyście. – Mogłem robić widowisko – wspomina. – Bawiłem publiczność, śpiewałem, tańczyłem i to się podobało. Pamiętam, jak po jakimś występie podeszło do mnie
dwóch podchmielonych gości i jeden z nich mówi: – Panie Andrzejku. Na scenie to pan jest jak
wewiórka!
PS Podziękowania dla Macieja Malinowskiego, autora naszej rubryki „Obcy język polski”,
za niezastąpioną pomoc leksykalną wykorzystaną w ubiegłym tygodniu w felietonie „Szparka sekretarka”.
ADAM HALBER
Andrzej Rosiewicz, czyli artysta wszechstronny
– śpiewa, tańczy, recytuje
Fot. East News
[email protected]
Dźwiękowe wydania felietonów na antenie
Programu Pierwszego Polskiego Radia w soboty ok. godz. 17.45.
jak nowa
Nr 80 (6 IV). Cena 1,40 zł
Fot. East News
Ma długie blond włosy, intrygujący makijaż,
nosi wysokie szpilki i wygląda jak kobieta sukcesu... A jeszcze cztery lata temu przypominała raczej wystraszoną kurę domową. Anna Kalata (46 l.), była minister pracy w rządzie PiS,
LPR i Samoobrony, zmieniła się nie do poznania. Aż trudno uwierzyć, że ta atrakcyjna blondynka za chwilę zostanie babcią!
O Annie Kalacie z Samoobrony zrobiło się głośno w 2006 r., kiedy media ujawniły, że z pieniędzy podatników opłacała swoją kosmetyczkę.
Na nic się to jednak zdało, bowiem pani Anna niczym szczególnym się nie wyróżniała. Po odejściu z rządu zapadła się pod ziemię. Taki stan zapewne trwałby dalej, gdyby nie pojawiła się
w programie „Dzień dobry TVN”. Całkowicie odmieniona Kalata zaskoczyła wszystkich. – Muszę
się przedstawić, czasem podać wizytówkę, żeby
moi koledzy wiedzieli, że to ja – przyznaje Kalata.
Co tak odmieniło byłą panią minister? Kluczowym
momentem była rola w indyjskim filmie. – W Bollywood poznałam osobę, która jest dyrektorem
produkcji. Akurat wtedy potrzebowali osoby
w moim wieku – opowiada Kalata. Była minister
pracy obecnie większość czasu spędza w Indiach, jest wiceszefową Indyjsko-Polskiej Izby
Gospodarczej. Nad Wisłą bywa rzadko, z reguły
w interesach. W maju przyjedzie na dłużej, bowiem zostanie wtedy babcią. Ale kto by o niej tak
pomyślał...
SYLWESTER RUSZKIEWICZ
a1650-51 ogrod i janik.qxd
2010-04-09
16:29
Page 2
50
ŁATWO POSZŁO
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Pogodna twarz i przewieszona przez ramię parciana torba.
Tak wygląda Krzysztof Wójcik – 26-latek ze Szczecina, który
wygrał polską edycję „Milionerów”
Gdy zakwitną
forsycje
Umownym terminem cięcia róż
jest kwitnienie forsycji. Używamy tylko ostrego sekatora, aby powierzchnia cięcia była gładka. Pędy ścinamy
ukośnie ok. 0,5-1 cm nad zewnętrznym oczkiem. Wiosną zawsze przycinamy:
róże rabatowe i wielkokwiatowe,
nad 3, 4 oczkiem;
róże miniaturowe – do wysokości 10-15 cm (nad zdrowym
oczkiem).
Ponadto, jeżeli to konieczne:
róże krzewiaste powtarzające
kwitnienie – lekko prześwietlamy,
skracając pędy krzyżujące się i nadmiernie zagęszczające krzew o 1/3.
Raz na 5 lat wycinamy najstarsze pędy;
róże krzewiaste kwitnące raz
– kwitną na starych pędach – tniemy
je po przekwitnięciu.
Przycinanie róż pnących zaczynamy w 3. roku od posadzenia. Później
tniemy w zależności od odmiany:
róże pnące powtarzające kwitnienie – przycinamy tylko pędy cienkie i słabe. Ewentualnie robimy korektę wysokości;
róże pnące kwitnące raz – tniemy po kwitnieniu;
róże okrywowe nie wymagają
corocznego cięcia. Raz na kilka lat
odmładzamy krzew, przycinając na
wysokość 20-30 cm;
róże pienne (szczepione na
pniu) – ścinamy w zależności od zaszczepionej na pniu odmiany.
Wszystkim różom wycinamy chore, przemarznięte pędy aż do miejsc
zdrowych. Sekatory odkażamy. Wykonujemy oprysk przeciw mączniakowi prawdziwemu.
Jak zostałem milionerem
Nr 65 (2 IV). Cena 2 zł
Przez kilka dni jego twarz
widniała na okładkach niemal
wszystkich gazet. Teraz
w rodzinnym Szczecinie nie
wzbudza on już wielkiej
sensacji. Niektórzy w ogóle nie
rozpoznają młodego milionera.
Jednak pojedynczy
przechodnie czasami się
zatrzymują i z bezpiecznej
odległości przyglądają się
medialnemu bohaterowi.
– Jak ja marzę o tym, żeby to
wszystko już ucichło – wyznaje
nam świeżo upieczony milioner.
– Chcę jak najszybciej wrócić
do pracy i normalnego życia.
Przyznaje otwarcie, że tak naprawdę sam nie może jeszcze uwierzyć
w to, co się stało. Choć od momentu wygranej minął już miesiąc.
– Jednak zgodnie z regułami programu, do momentu emisji finałowego odcinka „Milionerów” wszystko musiałem trzymać w wielkiej tajemnicy – mówi Krzysztof. – To był
ogromny stres. Napięcie pękło
w niedzielę przed telewizorem.
Rodzina, choć już coś podejrzewała, nie mogła uwierzyć w to, co
się stało.
Zasypany SMS-ami
Tuż po programie rozdzwoniły się
telefony. Pierwsza z gratulacjami
– Pieniądze nie są w życiu najważniejsze – podkreśla Krzysztof
Wójcik. Ważniejsza dla niego jest miłość do narzeczonej Doroty
Fot. East News
przybiegła mieszkająca po sąsiedzku koleżanka ze studiów. Później telefon rozgrzał się do czerwoności.
W ciągu kilku godzin znajomi i przyjaciele przysłali około 150 SMS-ów
z gratulacjami. Telefon wyświetlił
70 nieodebranych połączeń.
– Odbieranie życzeń jest bardzo
miłe. Chwilowa popularność także. Jestem jednak takim człowiekiem, który od razu stawia sobie
pytanie: Co dalej? – uśmiecha się
Krzysztof. – Do takiej wygranej,
pomimo wielkich emocji, trzeba
podejść spokojnie. Wszyscy marzymy o wielkiej wygranej, ale kiedy znajomi pytają, co teraz zrobisz, tysiące myśli przychodzi mi
do głowy.
Pora na doktorat
Krzysztof zdecydowanie podkreśla, że teraz najważniejszą dla niego
rzeczą jest napisanie doktoratu
z technologii żywności. Naukowa
kariera to kontynuacja wcześniej
zdobywanego wykształcenia. Pan
Krzysztof ukończył towaroznawstwo
na Akademii Rolniczej w Szczecinie.
– Nie chcę, żeby zabrzmiało to
Fot. Barbara Pączek
JOLANTA PIEKART-BARCZ
[email protected]
Przysyłajcie zdjęcia Waszych pięknych ogrodów. Podzielcie się swoim
doświadczeniem z innymi Czytelnikami. Najciekawsze listy ze zdjęciami
opublikujemy.
R E K L A M A
jak slogan, ale uważam, że nauka
i to, co mamy w głowie, to nasze
największe bogactwo. Pieniądze,
oczywiście, są potrzebne i ułatwiają życie, ale najważniejsze nie są.
Przynajmniej nie dla mnie – zaznacza kategorycznie.
Dlatego już teraz wie, że po odebraniu wygranej najpierw opłaci 10 proc.
podatku, a resztę zainwestuje.
Zaszalał z butami
Jedyną rzeczą, jaką zamierza sobie
kupić już teraz, jest aparat fotograficzny. Marzy mu się taki sprzęt, dzięki
któremu będzie mógł robić zdjęcia lecącym po niebie samolotom. Bo lotnictwo to – obok wędkowania i fotografii – jego największa pasja.
Pan Krzysztof wspomina, że
od małego dziecka uczony był szacunku do pieniędzy. Zanim dostał
kieszonkowe, musiał wykonać jakąś drobną pracę. I tylko raz w życiu naprawdę zaszalał w sklepie.
– Ze wspólnych zakupów z siostrą przyniosłem kiedyś aż trzy pary butów. To było jedyne takie finansowe szaleństwo w moim życiu
– zapewnia.
a1650-51 ogrod i janik.qxd
2010-04-09
16:29
Page 3
Zapytany, czy zdaje sobie sprawę z tego, że jest w tej chwili jednym z najbogatszych doktorantów w Polsce i tak zwaną dobrą
partią, od razu gwałtownie protestuje:
– Od ponad roku mam narzeczoną. Dorota to kobieta mojego życia.
W przyszłym roku planujemy ślub
– wyjaśnia.
I dodaje, że później, za parę lat,
być może wygrana pomoże im zrealizować marzenia.
– Oboje bardzo kochamy ciszę
i spokój. Niewykluczone więc, że
postawimy sobie mały domek pod
lasem – mówi rozmarzony pan
Krzysztof.
W trakcie rozmowy wiele razy
podkreśla, że gdyby nie narzeczona, nigdy nie odważyłby się
na udział w „Milionerach”.
Narzeczona się martwiła
– Oglądaliśmy wcześniej ten program i widziałam, że Krzysztof ma
dużą wiedzę i bardzo dobrze idzie
mu odpowiadanie na pytania. Zaproponowałam więc, aby wysłał
zgłoszeniowego SMS-a – opowiada narzeczona zwycięzcy.
Samo nagranie wspomina jako
połączenie stresu i dobrej zabawy:
– Krzysztof bez problemu radził
sobie w studiu w obecności kamer,
starałam się go wspierać myślami
i mocno trzymałam kciuki. Nie
ukrywam jednak, że martwiłam się
o niego – przyznaje.
Pani Dorota wspomina, że całe
zamieszanie rozpoczęło się dopiero po emisji programu.
– Media zaczęły się bardzo nami interesować, poza tym spotykamy się z odzewem wielu ludzi.
Przez cały czas docierają do nas
liczne głosy sympatii – zapewnia
pani Dorota.
51
ŁATWO POSZŁO
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
daną wcześniej obietnicę, że tak
uczci główną wygraną.
Wariant na pewniaka
W trakcie turniejowych zmagań
zawodnik musiał podjąć jeszcze
jedną ważną decyzję. Nowa formuła programu zakłada bowiem,
że przed przystąpieniem do gry
odpowiadający decyduje o jej dokładnych zasadach. Aby uatrakcyjnić zabawę, organizatorzy
wprowadzili czwarte koło ratunkowe, polegające na możliwości zamiany pytania. Ceną za ten wariant jest jednak tylko jeden niski
próg
sumy
gwarantowanej.
Krzysztof Wójcik wybrał stare, bezpieczniejsze zasady gry z trzema
kołami i dwoma progami.
Jeszcze przed rozpoczęciem potyczki o milion powiedział, że nie
powinno mu to zająć więcej niż pół
godziny.
Przypuszczenia
się
sprawdziły. Zawodnik wyjątkowo
szybko i zdecydowanie udzielał odpowiedzi. Mimo że po drodze skorzystał ze wszystkich możliwych
kół ratunkowych przewidzianych
w regulaminie teleturnieju, szło mu
to wyjątkowo łatwo. O pomoc musiał prosić przy pytaniach o teatr,
film „Pulp Fiction” i książkę Dana
Browna. Pytanie o pół miliona doty-
czyło pojęcia „challenge” z tenisa.
Szczecinianin, na szczęście, znał
to słowo.
Rzucił monetą
Chwila niepewności nastąpiła
przy decydującym pytaniu. Pan
Krzysztof znał muzyka Czesława
Mozila, zagwizdał nawet fragment
jego najpopularniejszego utworu.
– Od razu pomyślałem, że odpowiedź na pytanie brzmi: akordeon.
Ale kiedy dostałem czas na zastanowienie, zwątpiłem zupełnie – przyznaje.
Aby pomóc sobie w podjęciu decyzji, postanowił rzucić monetą.
– Jeśli wypadnie orzeł, to gram
do końca i wybieram akordeon. Jeśli reszka, rezygnuję – powiedział
sobie.
Hubert Urbański rzucił monetą
i wypadła reszka. Zawodnik jednak
na przekór losowi zdecydował, że
gra dalej. I zaznaczył odpowiedź
„akordeon”. W skupieniu czekał
na wyrok Huberta. Prowadzący kilka sekund trzymał go w niepewności, po czym z pewną nutką wzruszenia w głosie poinformował: –
Właśnie padła główna wygrana
– milion złotych.
AGNIESZKA GRABARSKA
Hubert Urbański
był jak balsam
Przyjazną postawę zaprezentował też prowadzący teleturniej.
– Kiedy denerwowaliśmy się
przed wejściem, Hubert Urbański
był jak balsam. Uspokajał i przekonywał nas, żebyśmy potraktowali
grę jak zabawę – wspomina
Krzysztof.
Szczecinianin jest pierwszym
uczestnikiem polskiej edycji teleturnieju „Milionerzy”, który doszedł do ostatniego pytania i postanowił na nie odpowiadać.
W momencie, kiedy prowadzący
zakomunikował, że Krzysztof właśnie wygrał milion złotych, nasz
bohater zaniemówił i przez kilka
chwil nie mógł dojść do siebie.
Prowadzący w tym czasie wykonał
bardzo udany taniec, podobny
do tego, jaki oglądaliśmy w filmie
„Pulp Fiction”. Tym samym spełnił
Słoneczna
beczka
Państwo Teresa i Marek Łastowscy z Warszawy przedstawili nam
swój zrealizowany i eksploatowany
z powodzeniem od 9 lat pomysł na
uzyskanie ciepłej wody. Projekt nazwany „słoneczna beczka” zakładał wykorzystanie energii słonecznej do grzania
wody. Pomysł nie był nowy, ale udoskonalenie – w postaci wykonania klapy zamykającej w celu ochrony ciepła
zgromadzonego w beczce oraz zastosowanie szyb warte jest szerszego pokazania. Magazynem ciepłej wody jest
200-litrowa beczka, pomalowana farbą
matową na czarno i umieszczona na
metalowej konstrukcji trzymetrowej
wysokości. Nogi konstrukcji zostały
zakotwione w fundamencie domku.
Obudowę beczki stanowią szyby połączone ze sobą profilami stalowymi.
Ten sposób zakrycia beczki szybą
znacznie podnosi efektywność systemu. Powstaje „minikolektor słoneczny”, ale bez obiegu wody. Klapa
ochronna została wyklejona od wewnątrz styropianem, a zamykanie
i otwieranie jej jest dokonywane z poziomu terenu za pomocą linek. Ciepła
woda uzyskana w miesiącach
wiosennych (kwiecień i maj), wykorzystywana jest do podlewania roślin,
a w miesiącach letnich – do kąpieli
i w kuchni. Uwaga: szyba powinna być
hartowana.
ALEKSANDER JANIK
R E K L A M A
[email protected]
a1652-53 koprowa + zagadka.qxd
2010-04-09
17:31
52
Page 2
DROGA DO SZCZĘŚCIA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Dziewczynę z tramwaju znajdziesz w... internecie
Spotkani poszukiwani
Nr 83 (9 IV) Cena 1,50 zł
Jedno krótkie spojrzenie – na przystanku tramwajowym, stacji metra,
w miejskim autobusie. Czasem chwila
wystarczy, by rozpocząć długie poszukiwania. Gdzie szukać „drugiej połówki” z komunikacji miejskiej? W internecie.
– Szedłem na przystanek. Patrzę, a tu
czeka na nim piękna dziewczyna. Drobniutka blondynka o superoczach
– wspomina student Szymon. Nieznajomą z przystanku autobusowego w okolicy Dworca Wileńskiego postanowił odszukać za pomocą internetu. Stał się
w ten sposób jednym z tysięcy „poszukiwaczy” portalu Warszawa.gumtree.pl.
Większość ogłoszeń w zakładce „poszukuję pewnej osoby” związana jest ze
środkami komunikacji miejskiej.
– Spojrzeliśmy na siebie. Myślę: no
nie, muszę zagadać! – opowiada Szymon. I dodaje, że nieczęsto zdarza mu
się zaczepiać obcych ludzi. No chyba że
musi zapytać o godzinę.
– „Która?”, pytam. Ona, zdziwiona, odpowiada: „któraś tam”, a ja jeszcze bardziej zdumiony mówię: „czy aby na pewno?”. Pogubiłem się. Nie wiedziałem, czy
jestem spóźniony o godzinę, czy dziewczyna mi tak w głowie zamieszała. Stoję,
patrzę, coś mną targa niesamowicie
i podpowiada, bym zaczepiał dalej, ale...
By ochłonąć, przeszedł jeden przystanek. Ale kiedy wsiadł w końcu do autobusu, stanął oko w oko z ową blondynką.
– Byliśmy obok siebie. Gapię się jak
głupi, pot spływa mi po czole, sekundy
uciekają, a ja nic. Jedyne rozwiązanie
– wyjść, uśmiechnąć się i... zagadać
przez internet.
Z takiego założenia wychodzi większość „poszukiwaczy”. Publikują od kilku do kilkudziesięciu postów dziennie.
To działa w dwie strony
W rankingu miejsc spotkań w „realu”
prowadzi autobus.
– Poszukiwano mnie właśnie przez
spotkania w autobusie – mówi Magda,
która przypadkiem natknęła się na ogłoszenia dotyczące jej osoby. Oba posty
dotyczyły linii 189, którą jeździła do pracy i na uczelnię.
– Za pierwszym razem od razu wiedziałam, o kogo chodzi. Zapamiętałam
tego chłopaka, bo był przystojny i mieliśmy kontakt wzrokowy – wspomina.
Za drugim pierwsza zorientowała się...
mama Magdy.
– Opowiedziałam jej, jak na przystanku wiatr podwiał mi spódnicę. Następnego dnia mama dzwoni do mnie i mówi,
że taką samą historię znalazła na Gumtree, i że ktoś mnie szuka. Podekscytowana odpisałam na ogłoszenie. Jednak
Pić albo nie pić
(24)
Wczesny ranek obudził mnie potwornym kacem.
Rozglądałam się, gdzie jest Baśka. Zapytałam o nią
śpiącą obok dziewczynę. – Jaka Baśka?! – odpowiedziała jeszcze zaspana, a może pijana. – Szefowa – dodałam. – A, ona! Pojechała do domu. Wróci w poniedziałek rano. – A dziś jest...? – Niedziela! – Zapytałam, czy
ma jakąś wódkę. – Jest pół litra u szefowej, w szafce. Zostawiła je dla ciebie. – Wyjęła butelkę i postawiła na stole. Od wielu dni miałam ochotę na mleko, kawę lub herbatę. Usta, dziąsła, język – wszystko miałam sparzone tą
wódą. Ponadto dawało mi w kość uczulenie. Swędzenie
skóry, drapanie w gardle, duszący kaszel – wszystko to
od wódki, pyłu, brudu. Wychowywana, jak dla nich,
w sterylnych warunkach, byłam zupełnie bezbronna wobec tego, co zastałam tutaj. Zapytałam, czy mają jakieś
leki przeciw alergii. – Musisz poczekać na szefową. Ona
ma kontakty... Różowy moherek dotkliwie wgryzał się we
mnie. – Eeee!!! – pomyślałam – wódka wyciągnie
wszystko. Jest ranek, przede mną cały dzień i tylko jedno pół litra. Nawet jeżeli wypiję po sto gramów co godzinę, to za pięć godzin zostaję bez alkoholu. Nie dotrwam
do przyjazdu szefowej. Nie mam pieniędzy ani żadnych
możliwości, żeby coś sobie zorganizować.
Zapytałam, czy mają tu telefon do domu szefowej.
– Aparat jest w jej biurze, ale nie ma klucza – usłyszałam. Zażądałam natychmiastowego połączenia mnie
z Baśką. Widząc moją desperację, ustąpiła. Przez telefon poskarżyłam się, że jak nie dostanę jeszcze pół litra, to wyjdę przed szpital i opowiem, co tu się dzieje.
chłopak nie był godny zainteresowania.
Romantycznego zakończenia nie doczekała się też pierwsza historia. – W korespondencji e-mailowej okazało się, że
chłopak miał żonę i po prostu szukał
wrażeń – mówi Magda.
Zafascynowana możliwościami interakcji serwisu dziewczyna postanowiła
sama opublikować ogłoszenia. Oba dotyczyły nieznajomych z metra, pozycji
numer dwa w rankingu spotkań.
– Odpowiedzi nie mam, ale liczę na
nie, bo jasno dawaliśmy sobie do zrozumienia, że dostrzegliśmy siebie w tłumie
– mówi.
Nasze pięć minut
Tuż za metrem plasują się tramwaje.
– To była niedziela 28 marca, godzina
8.30, kierunek Okęcie, tramwaj nr 9 chyba – wspomina Piotr, który kilka dni temu
przypadkiem trafił na Gumtree i skorzystał z jego możliwości. Poszukuje zielonookiej pasażerki tramwaju. Co go w niej
tak urzekło?
– Coś, co sprawiało, że nie mogliśmy
oderwać wzroku od siebie i ciągle nasze
spojrzenia się krzyżowały. Odwracaliśmy
się w innym kierunku, aby za chwilę
znów patrzeć na siebie dłużej i dłużej
– opowiada. – Nic innego nie miało znaczenia. To był nasz czas, nasze pięć minut. Szansa dana nam od losu. Nie wykorzystaliśmy jej.
W słuchawce usłyszałam: – Ty kurwo!!! Daj mi Wieśkę.
O czym rozmawiały, nie wiem. Po tonie głosu zorientowałam się, że już nie jestem ich koleżanką.
Jedyną, która wydawała mi się sympatyczna, była
chuda sprzątaczka. Była lekceważona przez pozostałe
pracownice. Odkąd znalazłam się w tej garkuchni,
zwróciłam uwagę na tę kobietę. Nie brała udziału w balangach, choć nocowała w pokoju dla pracowników.
Zapytałam, czy chciałaby ze mną porozmawiać. Powiedziała: – Nie! Jesteś ich koleżanką. – Właśnie przestałam nią być. – A nie zdradzisz mnie? – zapytała. – Nigdy. Wtedy usłyszałam jej smutną historię. Mieszkała
w Skierniewicach, ale tam nie było dla niej żadnej pracy. Z Warszawy do domu mogła jeździć jedynie raz
w miesiącu, gdyż oszczędzała. W szpitalu pracowała
od trzech lat. Wszystkie pieniądze wydawała na leczenie chorej matki. Nie chcąc odstawać od tych, tutaj,
chodziła z nimi do kotłowni i udawała, że pije, ale wódkę wylewała do herbaty. Któregoś dnia szefowa wypiła
więcej niż zawsze. – Wtedy zrobili mi to we trzech...
– A co ci zrobili? – Najpierw mnie zbili, a później... No,
wiesz co...! – Zgwałcili cię?! – Tak. I zagrozili, że jeżeli
komukolwiek o tym powiem, to znajdą mnie wszędzie.
– Boję się ich wszystkich. Najbardziej bała się szefowej. Ta znała jej sytuację rodzinną i mogła zwolnić ze
złą opinią, z którą długo nie znalazłaby pracy. – Ale
obiecała mi, że to się już nigdy nie powtórzy... Zszokowana słuchałam jej opowieści i popijałam. Pół litra, nie
wiedzieć kiedy, znalazło się w moim brzuchu. Zamyśliłam się: – Co robić? Wiem! Wiać stąd! Tylko jak i w którą stronę? Henia na pewno wróciła do domu. Teraz
wszyscy martwią się i mnie poszukują. – No cóż,
Szymon też nadal poszukuje swojej blondynki. I żyje nadzieją. – Cuda się zdarzają
– śmieje się. – Nawet ponowne spotkanie
jest przecież prawdopodobne, jeśli to na
przykład codzienna droga do pracy. U mnie
co prawda był to przypadek. Jeśli się nie
uda, to warto chociaż marzyć i pielęgnować
w sobie to, na co się czeka – uważa.
Chłopak ma nawet przygotowany scenariusz spotkania z dziewczyną z Wileńskiego.
– Gdyby tylko udało mi się do niej dotrzeć, zaproponowałbym pijalnię czekolady Wedla, wino nad Wisłą, spacer po
parku Skaryszewskim. Ale nawet górka
piasku przy Stadionie byłaby magiczna
– rozmarza się.
Miłość to nie mit
Dla wielu użytkowników portalu Gumtree, w którym nie brakuje też zwykłych
anonsów towarzyskich, samo poszukiwanie tajemniczych nieznajomych ma
już coś wspólnego z magią.
Może dlatego, że szansa kontaktu jest
niewielka? Co dzień komunikacją przejeżdżają 2 mln osób, w trasę wyruszają
162 wagony metra, po ulicach jeździ ok.
400 tramwajów oraz niemal 1,5 tys. autobusów dziennych i 85 nocnych.
A w dodatku internauci szukają nie tylko osób z komunikacji miejskiej. W portalu często pojawiają się pociągi. „Chwilowe spotkania” urzekają też kierowców
stojących w korkach.
– Z takiego przelotnego kontaktu zapamiętujemy często sam zapach, kolor
włosów, oczu. Do tego dobudowujemy
sobie własny obraz takiej osoby – mówi
Marcin Zarzycki, socjolog. – I zawsze
na smutki po kielichu wódki – błysnęłam talentem poetyckim. – Mleka się napij, a nie wódki! – usłyszałam
wyraźny głos Heni. Spojrzałam na towarzyszkę, ale to
nie ona mówiła. Zdałam sobie sprawę, że coś złego
dzieje się w mojej głowie.
JONA KOPROWA
R E K L A M A
a1652-53 koprowa + zagadka.qxd
2010-04-09
17:31
Page 3
DROGA DO SZCZĘŚCIA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
mamy nadzieję, że to nasza druga połówka właśnie przeszła obok nas na stacji, stała przy nas w tramwaju, wysiadła
przystanek wcześniej. Miłość romantyczna to nie mit. Intryguje nas, bo opiera się
na tajemnicy – mówi, dodając, że sam
poznał swoją żonę w... pociągu.
A dlaczego do poszukiwań ludzie tak
chętnie używają internetu? – Nowe medium to propozycja dla osób, które nie
mają w sobie śmiałości pozwalającej na
nawiązanie bezpośredniego kontaktu
– mówi Zarzycki.
Podkreśla jednocześnie, że choć poszukiwanie osób z komunikacji to oczywiście forma flirtu elektronicznego, to
znacznie odbiegająca od tej obowiązującej na portalach randkowych. – Tam ludzie szukają partnera, a tu odpowiedzi
na pytanie, czy ktoś na mnie czeka, czy
miłość idealna istnieje – mówi.
„Poszukujący” ogłoszenia umieszczają też na forach poświęconych komunikacji miejskiej, np. Poznajpasazera.pl, oraz w popularnych serwisach
społecznościowych typu Grono.net.
Niektórzy jednak nadal zawierzają „tradycyjnym” metodom.
W połowie lutego kierowca autobusu
za pomocą papierowych ogłoszeń próbował odnaleźć pasażerkę. „Uprzejmą
PASAŻERKĘ linii 186, która w sobotę
13 lutego ok. godz. 17 wsiadła na Dw.
Wileńskim i kupowała u mnie bilet, BARDZO proszę o kontakt” – takie informacje
rozklejał na przystankach. Z jakim skutkiem? Nie wiadomo.
Nowa Stara Miłosna
Zadziwiające jest to, że – zdaniem
specjalistów – środki masowego transportu wcale nie sprzyjają interakcji. A na-
wet nawiązanie kontaktu jest w nich najtrudniejsze.
– W parku czy na dworcu możemy
obserwować ludzi, a tu stosujemy wyuczoną obojętność. Uporczywe wpatrywanie się w drugą osobę może być
uznane na przykład za objaw agresji,
a nie objaw sympatii – podkreśla Zarzycki.
Zjawisko „komunikacyjnej miłości”
jednak istnieje. Dowody ma nawet
sam Zarząd Transportu Miejskiego.
Do romantycznych opowieści z ulic,
torów czy podziemi dotarł, ogłaszając
na walentynki konkurs na pasażerskie
„zmagania literackie”.
– Szukaliśmy historii, które zaczęły się od wspólnej podróży po mieście, a przerodziły w podróż przez
życie – mówi Andrzej Skwarek,
rzecznik ZTM.
53
Udało się. Choć zwycięska historia, opowiedziana przez pasażera linii 502, z początku nie zapowiadała wielkiego uczucia.
Miłości, która trwa już ok. pięciu lat.
„Nasze pierwsze spotkania, może bardziej widzenia, były bardzo szybkie i raczej chłodne” – pisze 20-latek. „Polegało
to na bardzo szybkiej wymianie spojrzeń
i komentarzu w stylu: no i co się tak gapisz... jełopie?”.
Z czasem jednak między spotykającymi się codziennie na przystanku w Starej
Miłosnej Martyną i Wojtkiem zaiskrzyło.
Chłopak nie sięgnął po klawiaturę – odważył się podejść.
– Już kiedyś mieliśmy ze sobą przyjemność – zagaił. – Niewątpliwie
– stwierdziła ona. – Ja jestem ten jełop. A ty?...
ANNA BRZEZIŃSKA
ZAGADKA KRYMINALNA NR 26
Wybory miss
Orkiestra skończyła grać i wszystkie
dziewczyny zeszły ze sceny. Generalna próba przed finałem „Miss kraju”
zakończyła się szczęśliwie. Żadna
z uczestniczek nie potknęła się podczas tańców, każda bezbłędnie odpowiadała na podchwytliwe pytania zadawane przez prowadzącego imprezę.
Była więc nadzieja, że odbywająca się
nazajutrz gala przebiegnie bez problemów. Kandydatki zabrały z garderoby
swoje rzeczy i grzecznie wsiadły do
autobusu, który zawiózł je do hotelu.
Nic nie zapowiadało afery.
Około godziny siedemnastej tego
samego dnia główny organizator wyborów „Miss kraju”, pan Maciej, zadzwonił do mieszkania swojego przyjaciela inspektora Neraka.
– Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale sprawa jest poważna – informował policjanta. – Któraś z dziewczyn
próbowała oszpecić Paulinę – faworytkę jutrzejszego finału. Proszę, przyjedź
i znajdź winowajczynię. Podejrzewam
Katarzynę i Dagmarę, gdyż one są najpoważniejszymi rywalkami Pauliny.
W hotelu Nerak zjawił się kilka chwil
później i poprosił trzy dziewczyny
o krótką rozmowę. Pierwsza swoją
wersję wydarzeń przedstawiła Paulina.
– Na parterze naszego hotelu jest
perfumeria. Zajrzałam tam, gdyż chciałam kupić spiralę do rzęs. Ta, którą
przywiozłam z domu, akurat mi się
skończyła. W sklepie zastałam tylko
Katarzynę i Dagmarę. Każda z nich
rozmawiała z inną ekspedientką. Po
zapłaceniu wróciłam do siebie. W łazience postanowiłam pomalować rzęsy, lecz kiedy otworzyłam pojemnik,
zobaczyłam, że włoski spirali są zlepione. To było coś nienormalnego. Pociągnęłam spiralą delikatnie po nadgarstku i wówczas poczułam pieczenie,
a sekundę później skóra zaczerwieniła
się i nabrzmiała. Podejrzewam, że jedna z dziewcząt jest znajomą którejś
z ekspedientek, a ta, na jej prośbę,
wlała do spirali odrobinę jakiegoś żrącego świństwa. Może pan sobie wyobrazić, jak bym jutro wyglądała, gdybym tuż przed wyjściem na scenę pomalowała oczy? To idealny sposób,
aby wyeliminować mnie z konkursu.
Nerak przeszedł do pokoju Katarzyny i poprosił, aby opowiedziała, co robiła w perfumerii.
– Zeszłam, aby kupić balsam do ciała. Była tam już Dagmara. Kiedy oglądałam proponowane mi przez ekspedientkę kosmetyki, weszła Paulina.
Coś kupiła i wyszła.
Ostatnia zeznawała Dagmara.
– Do perfumerii zajrzałam po nawilżacz do twarzy. Chwilę po mnie do
sklepu przyszła Katarzyna, a następnie
Paulina. Ta druga wyszła pierwsza, potem sklep opuściła Katarzyna.
Po wysłuchaniu dziewcząt Nerak
wraz z panem Maćkiem zajrzeli do perfumerii.
– Nie tak dawno odwiedziły wasz
sklep trzy młode dziewczyny, uczestniczki konkursu „Miss kraju”. Czy pamiętają je panie? – zapytał policjant.
– Tak, i to dobrze, bo od godziny
piętnastej aż do tej pory były jedynymi
klientkami – oświadczyła najstarsza
ekspedientka. – Ta pierwsza dziewczyna kupiła balsam do ciała, druga spira-
Rys. Mirosław Stankiewicz
lę, a Dagmara tonik do twarzy.
Kilka minut później w pokoju pana
Maćka inspektor Nerak, pijąc herbatę,
zastanawiał się nad rozwiązaniem zagadki. Widząc jego zamyślone oblicze,
pan Maciej, chcąc mu pomóc, oświadczył:
– Ani Dagmara, ani Krystyna nie miały możliwości, aby nalać żrącego płynu do spirali. Mogła to zrobić wyłącz-
Rozwiązanie zagadki za dwa tygodnie. Na odpowiedzi Czytelników detektywów czekamy do 25 kwietnia.
Wśród osób, które udzielą poprawnej odpowiedzi, rozlosujemy nagrodę książkową.
Rozwiązanie zagadki prosimy przesyłać pod adresem: [email protected] lub na kartkach pocztowych: Tygodnik ANGORA, 90-103 Łódź, ul. Piotrkowska 94.
Rozwiązanie zagadki sprzed dwóch tygodni: „Nic nie
wiedziałam o kluczu”.
nie ekspedientka. Z tego wynika, że
Paulinę z konkursu próbowała wyeliminować dziewczyna, która jest znajomą
ekspedientki. Teraz należy tylko sprawdzić, która to.
Czy pan Maciej miał rację i jak
stwierdzić, która z dziewcząt znała
ekspedientkę?
WOJCIECH CHĄDZYŃSKI
Inspektor nie przeczytał listu na głos. Skąd więc Barbara Nowak znała jego treść? Przecież w chwili, gdy policjant
go czytał, siedziała po drugiej stronie pokoju. Po drugie,
gdyby mąż się zastrzelił, pistolet wypadłby mu z ręki siłą
odrzutu.
Wpłynęło 9 prawidłowych odpowiedzi na kartkach pocztowych i 71 e-mailem.
Książkę Josepha Findera „Człowiek firmy” wylosował pan Radosław Mrug z miejscowości Krzywiń.
Gratulujemy! Nagrodę wyślemy pocztą.
a1654-55.qxd
2010-04-09
15:17
Page 2
54
NA PRZEKÓR
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Wszystko jedno, czy ktoś się porusza na własnych nogach, czy jeździ na
hulajnodze, rolkach, czy może na wózku. Ważne, co sobą reprezentuje
Sportowe życie kulawego
Nr 4. Cena 8,90 zł
– Nie lubię tego politycznie poprawnego określenia „osoba niepełnosprawna”, śmieszy mnie – mówi Arkadiusz Jabłoński. – Wolę już „kulawy”.
Nie jestem niepełnosprawny, tylko
inaczej się poruszam. Kiedyś w sklepie dziecko zapytało mamę: „co temu
panu jest?”. „Ten pan jest chory”. A ja
nie jestem chory!
– Tylko niekompletny?
– Można tak powiedzieć...
two. Poznał przyszłą żonę Urszulę, która
była tam rehabilitantką.
Miłość do pogrzebacza
W szkole chłopaki po amputacjach
i z urazami kręgosłupa grały w koszykówkę w każdej wolnej chwili. – Wózki
ważyły 30 kilo (dziś pięć razy mniej), odkręcaliśmy „popielniczki”, czyli felgi, i da-
kie proste, bo zawsze byłem słusznej postury. Jak trzeba było pokonać schodki,
to się wchodziło i schodziło na tyłku.
Kiedyś trafił na zawody szermiercze
na wózkach w AWF (wózki do szermierki ustawione są na specjalnych podestach, żeby się nie przewracały): – Patrzę, machają „pogrzebaczami”, jakiś taki głupi, nieruchawy sport w porównaniu
Dwa i cztery kółka
W pociągu z Tłuszcza do Warszawy
był tłok, a drzwi otwarte. Wypadł na tory.
Złapał się obiema rękami wagonu, głowa na bok, żeby go nie wciągnęło. Zemdlał dopiero w karetce. Stracił obie nogi nad kolanami. Był 17 września 1988
roku, zaczynała się olimpiada w Seulu.
Miał 18 lat, z Tłuszcza do Warszawy dojeżdżał codziennie do zawodówki cukierniczej.
Utratę nóg przyjął właściwie na zimno.
Tylko wydawało mu się, że w szpitalnym
łóżku jest dziura i nogi mu zwisają. – Nie
myślałem wtedy, że mój świat się zawalił, tylko: jak pójdę z kolegami na piwo?
Co z pracą? Każdy, kto siada na wózek,
inaczej reaguje. Ja zawsze chciałem coś
robić i być w tym najlepszy.
Bolało. Musiało boleć. Protez nie
chciał, wtedy były toporne i ciężkie,
uznał, że wózek mu wystarczy. Nauka
jazdy na wózku trwa osiem-dziesięć dni:
jazda na czterech i dwóch kółkach, balans, wjazd na krawężnik i na schodki.
Po szpitalu trafił do „szkoły życia”
w Konstancinie, gdzie tacy jak on zdobywali zawód, uczył się przewijania silników. Poznał przyszłą żonę Bożenę, która
ma porażenie rdzenia kręgowego i też
jeździ na wózku.
Kilka lat wcześniej do tej samej szkoły
chodził Tomasz Walisiewicz. Ze wsi pod
Żelazową Wolą wyjechał do Torunia do
OHP – chciał zdobyć zawód dekarza. 13
stycznia 1983 roku skracał sobie drogę
przez tory. Była noc, ciemno, ślisko.
Upadł, stracił przytomność. Pociąg obciął mu nogę tuż pod kolanem (druga
była tak zmiażdżona, że amputowali mu
ją po kilku latach).
Miał wtedy 18 lat. – Było trudno. Przeszedłem sześć operacji, wędrowałem od
szpitala do szpitala. Ale ja mam w sobie
coś, co sprawia, że tak jak szybko padam, tak samo szybko się podnoszę.
Nie chciałem leżeć, chciałem pracować,
normalnie żyć.
Od razu uczył się chodzić na protezach. W „szkole życia” skończył krawiec-
żynę stanowiło kilka osób. To był zrąb
kadry olimpijskiej, która za kilka lat stała
się najlepsza na świecie. Wtedy trzy drużyny były nie do przeskoczenia: z Francji, Niemiec i Hongkongu. Ich zawodnicy
mieli sale do ćwiczeń, sprzęt, brali płatne
urlopy na czas treningów. W Polsce ze
sportu może wyżyć tylko niewielu: członkowie kadry olimpijskiej, którzy dostają
stypendia, finaliści mistrzostw i paraolimpiad, którzy dostają pieniądze za medale. Reszta żyje z rent i ma kłopoty nawet
z refundacją sportowych wózków.
– U nas trudno uskładać drużynę rugby w dużym mieście, bo nie ma na
sprzęt, nie ma sal. A przecież rehabilitacja
przez sport to dla państwa czysty zysk:
chory nie leży w łóżku, utrzymuje kondycję, może pracować – mówi Tomasz.
Nie chcieli żyć z rent. Arkadiusz naprawiał sprzęt szermierczy, Bożena pracowała na poczcie. Tomasz, który też zaraził się szermierką (floret i szabla), w zakładzie pracy chronionej robił sprężyny
do ciśnieniomierzy (to daleko od krawiectwa, ale zawsze szybko się uczył).
– Poza sportem trzeba umieć robić
coś w życiu. Kariera kiedyś się kończy
i zostajesz z niczym – mówi Arkadiusz.
– Ale ludzie wolą renty, bo uważają, że
praca im się nie opłaca, trzeba samochodem pojechać, na benzynę wydać.
A niby czemu mam dostawać baty od
życia tylko dlatego, że nie chce mi się
czegoś zrobić? I nie wierzę, kiedy ktoś
mi mówi, że kaleka nie dostanie pracy.
Jak ktoś chce, to znajdzie. Zwłaszcza że
dziś jest łatwiej: programy zatrudniania
niepełnosprawnych, wolontariusze na
wózkach z Fundacji Aktywnej Rehabilitacji jeżdżą po szpitalach, pokazują chorym, że wózek to nie koniec życia. Na
obozach uczą jeździć, wstawać z podłogi, ubierać się, pokonywać trudności.
Myśmy takiego wsparcia nie mieli, ale
krąg moich znajomych to ludzie aktywni,
każdy pracuje.
Medale
Rys. Mirosław Stankiewicz
waj! – mówi Arkadiusz. – Byliśmy głodni
emocji, walki. Byliśmy poranieni, poobtłukiwani, ile razy się wywracaliśmy! Nie
umieliśmy nic, nie mieliśmy trenera. Na
turniejach porażka za porażką, pierwsze
nagrody dopiero w 1997 roku.
Tomasz: – Przez sport rozładowywałem mój impulsywny charakter (śmiech).
Poza tym on utrzymuje w dobrej kondycji.
Arkadiusz jeździł z Konstancina do
Warszawy na treningi swoim maluchem
albo autobusem: – Bywało, że kobiety
mnie do autobusu wciągały, a to nie ta-
z koszykówką. Ale gdy pojechałem na
obóz rehabilitacyjny AWF i trener dał mi
szablę do ręki, mówiąc: „zrób coś
z tym”, zacząłem trenować i pokochałem szablę. Okazało się, że w tym sporcie walczy się też głową i ktoś gruby i niski może wygrać z wysokim i szczupłym. I że ja, który nie mam nóg, pokonam kogoś, kto siedzi na wózku, ale nogi ma i może się z nich wybić, oprzeć się.
Są dwie grupy zawodników: A – ci,
którzy nie mają wysoko złamanego kręgosłupa, B – wysoko porażeni, którzy nie
mogą się sami podnieść z podłogi. Dru-
AWF dała Arkadiuszowi za niewielki
czynsz mieszkanko w akademiku. Do
budynku prowadziło 12 schodów bez
podjazdu, ale jakoś sobie z Bożeną radzili.
Razem jeździli z Tomkiem na treningi.
1995 rok, Mistrzostwa Europy w Szermierce, przedostatnie miejsce. Dostali
się do kadry olimpijskiej. Paraolimpiada
w Atlancie: Arek był ósmy, nieźle. Zaczęła się era wyjazdów, do domu wpadał tylko po to, żeby przepakować torbę. Na
Mistrzostwach Świata w Paryżu w 1998
zajął drugie miejsce, a drużyna zdobyła
kilka medali. – Okazało się, że jak się
przyłożyć, to coś z tego może być. No
i radość z wygranej... Jak słyszymy, że
w przypadku paraolimpiad wszyscy wygrywają przez sam fakt startu, to się z tego śmiejemy. Każdy sportowiec walczy
o medale. Szkoda tylko, że mediów nie
interesują paraolimpiady, wolą robić łzawe programy o tym, jak niepełnosprawni
są nieszczęśliwi...
a1654-55.qxd
2010-04-09
15:17
Page 3
W 1998 roku Arek i Bożena wzięli ślub,
urodziła się Justyna. Dostali niewielki
spadek, kupili mieszkanie. On dziecko
kąpał, Bożena karmiła. Szukał lepszej
pracy. Kolega powiedział, że w firmie
AMS jest miejsce. To zakład pracy chronionej, zatrudnia 133 niepełnosprawnych. Zaczynał od funkcji kontrolera reklamy zewnętrznej (to samo robił przez
pięć lat w tej firmie Tomasz) – jeździł po
mieście i sprawdzał, czy reklamy są dobrze wyklejone i oświetlone (kiedyś jednej reklamy szukał pod komisariatem
półtorej godziny, aż zaniepokojeni policjanci wyszli z bronią). Potem odbierał
na komputer wyniki monitoringu z całego miasta, potem zajął się obróbką cyfrową zdjęć.
AMS sfinansował sprzęt drużynie szermierczej na olimpiadę w Sydney w 2000
roku (zdobyli wicemistrzostwo drużynowe, a cztery lata później w Atenach już
wzięli całe złoto). Nie muszą w AMS brać
urlopów na treningi czy zawody.
Sukcesy w szermierce nasunęły mu
pomysł: może by zareklamować niepełnosprawnych sportowców? Zaczęli robić kampanie na rzecz niepełnosprawnych – Arkadiusz od trzech lat zajmuje
się programami integracji realizowanymi
przez AMS i różne fundacje, takimi jak
np. program „Pierwsza praca”. AMS
przyjmował osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności na dziewięć
miesięcy, by się czegoś nauczyły.
55
NA PRZEKÓR
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
– Ktoś, kto przez lata siedział w domu, nie jest w stanie czegoś się nauczyć w trzy miesiące (a tyle trwają unijne i rządowe staże). Nam chodzi o to,
by ludzie na wózkach mogli powiedzieć: „nie biorę jałmużny od państwa”.
Tymczasem nie widzę w Polsce sensownych rządowych programów integracyjnych. Co z tego, że ktoś pojedzie
na obóz, który na dwa tygodnie wyrwie
go z codziennej monotonii, skoro po
skończeniu turnusu trzeba do tej monotonii wracać? Nieprzygotowane do pomocy są służby socjalne. Gdy urodziło
nam się dziecko, nikt z pomocy społecznej nie był u nas ani razu, nikt się
nie zainteresował, czy jesteśmy w stanie dziecko wykąpać. Poradziliśmy sobie, bo jesteśmy twardzi, ale ktoś inny
upuści dziecko i zaraz się zacznie narodowa debata, czy niepełnosprawni powinni mieć dzieci...
Przez rok w ramach projektu AMS prowadził z kolegami w szkołach integracyjnych bezpłatne zajęcia szermierki na
wózkach. Dzieciaki się świetnie bawiły.
A rodzice – często nadopiekuńczy – zobaczyli, że wysiłek wcale dziecku nie
szkodzi, tylko uczy życia.
Chcą od nowego roku szkolnego robić w szkołach lekcje integracji. – Jeśli
kulawy opowie, dlaczego usiadł na wózek, i doradzi, jak się ustrzec przed wypadkiem, to będzie miało zupełnie inną
siłę przekonywania niż opowieść pani od
biologii lub abstrakcyjna kampania społeczna. Może dzieciak założy kask, jak
jeździ na desce, może nie skoczy na
główkę do jeziora?
Wózki dla rzeźników
Długi barak na warszawskim Tarchominie. Hala produkcyjna, pokój projektantów, pokój prób technicznych. W pudłach aż po sufit części do wózków.
W magazynie gotowe wózki: dziecięce,
typowe, do rugby (mają specjalne zderzaki, podczas gry łomot i iskry idą, rugbiści to prawdziwi „rzeźnicy”), do koszykówki, do szermierki, długie i płaskie dla
lotniarzy. Specjalne stopy aluminium,
„oddychające” fotele – wszystkie na miarę, bo wózek musi pasować jak dobre
buty. Zamówienia z całego świata. Pracuje tu 30 osób, także niepełnosprawni.
Rok 2004. Tomasz razem z dwójką kolegów zakłada firmę GTM Mobil produkującą wózki. – To był ryzykowny pomysł, ale jednocześnie wiedzieliśmy
o ogromnym zapotrzebowaniu na dobre
tanie wózki.
Pierwszy wózek do szermierki zaprojektowany przez Marka, inżyniera specjalizującego się w silnikach odrzutowych, wypróbował na sobie – nie połamał go podczas zawodów, choć wcześniej mu się to zdarzało. Koledzy sportowcy się zainteresowali. Zaczęli zamawiać. Ruszyło się. W pierwszym roku wyprodukowali dziesięć wózków i jeden
Zrozumieć się za granicą
Wiosną coraz częściej myślimy o tym, jak i gdzie
zaplanować letni urlop. Chętniej zatrzymujemy się
w centrach handlowych przy szybach biur podróży
z ofertą „First Minute”, czy też podświadomie spoglądamy na wahające się kursy euro i dolara. Czym
się kierujemy, wybierając kraj, do którego podążymy? Czy łatwość porozumiewania się w języku obcym może być dodatkową zachętą, by wybrać dany
kraj jako cel podróży i marzeń?
JOLANTA KORAL
poznanie ich samych, tego jak żyją, jacy są, jaką mają mentalność i charakter, co ich cieszy, a co martwi, jak bardzo i w jakich obszarach różnią się
od nas samych. Będziemy mieć możliwość samemu
zweryfikowania licznych stereotypów krążących
o różnych nacjach i narodowościach. Tego typu wyjazd będzie także świetnym treningiem językowym.
Warto jednak zadbać o podstawy danego języka obcego jeszcze przed wyjazdem – zdobyć wiedzę lub
odświeżyć już posiadaną poprzez wybór odpowiedniej metody nauczania języka obcego.
Rok nauki w tydzień?
Podróż na własną rękę
Marzę, by zwiedzić Paryż, Barcelonę czy Londyn,
jednak dotychczas zawsze wybierałam wakacje w Polsce. Chciałabym wreszcie pojechać za granicę, cieszyć
się wyjazdem i potrafić zrozumieć obcokrajowców
w codziennych sytuacjach. Pomoc przewodnika jest
zawsze mile widziana, jednak możliwość odnalezienia
się w codziennych sytuacjach – w sklepie, w kawiarni,
w hotelu, na ulicy – to wartość bezcenna. – uważa
Marzena Sikorska (l. 54), księgowa z Warszawy.
Biura podróży prześcigają się w doskonałych
ofertach dostosowanych do potrzeb i oczekiwań
swoich Klientów. W XXI wieku wycieczka na drugi
kontynent leży tak naprawdę w zasięgu każdej przeciętnie zarabiającej osoby. Dla wielu osób, ważne
jest poczucie niezależności i wolności. Wyjazd ma
być odpoczynkiem, regeneracją ciała, umysłu, relaksem, na jaki czeka się cały rok. Stąd też wielu
z nas wybiera podróże „na własną rękę”, pomijając
pośrednika w postaci biura. Jest to rozwiązanie dla
osób znających chociaż podstawy języka angielskiego. Sami decydujemy gdzie, o jakiej porze, którędy
sprzedali, dziś robią i 100 miesięcznie.
– Ograniczenie jest tylko w głowach ludzi. Niepełnosprawność leży w nas. Niepełnosprawni często są przyzwyczajeni
do tego, żeby brać, a nie dawać. A ja
uważam, że nic mi się nie należy, a jak
już coś dostanę, staram się to oddać
w jakiś inny sposób. Ta firma jest taką
formą oddawania... Pracujemy dla pieniędzy, ale nie one są najważniejsze, tylko pasja. Nie mam drogiego samochodu ani willi, bo wszystko inwestujemy:
kupujemy zaawansowane programy
komputerowe (jeden wykorzystywany
jest w produkcji boeingów), maszynę do
badania wytrzymałości. Wszystko stworzyliśmy bez kredytów.
Arkadiusz: – Mnie tam wszystko jedno, czy ktoś się porusza na własnych nogach, na tyłku, czy jeździ na wózku, hulajnodze, rolkach. Ważne, co sobą reprezentuje. Miałbym znacznie mniej ciekawe życie, gdybym miał nogi, mieszkał
w Tłuszczu i włóczył się po ulicach z kolegami. Większość źle skończyła i ja mogłem skończyć tak samo. Nie zawsze
wypadek to coś złego. Moje życie tak się
ułożyło także dlatego, że spotkałem wielu ludzi życzliwych i dobrych, bez których osiągnąłbym dużo mniej. I czy
mógłbym kiedyś pomyśleć, że chłopak
z Tłuszcza będzie przyjmowany przez
prezydenta i premiera?
i w jaki sposób zorganizujemy sobie nasz niezapomniany wyjazd. Forma takiej wycieczki to także duża oszczędność pieniędzy i możliwość przeżycia
przygody, którą wspominać możemy przez całe życie.
Zrozumieć obcą kulturę
Decydując się na wyjazd zagraniczny, warto odpowiedzieć sobie na pytanie, czy naszym pragnieniem będzie odpoczynek na plaży, kąpiel w oceanie
i relaks, czy też wolimy spędzić czas aktywnie. Jeśli
wybierzemy tę drugą formę, również i tu powinniśmy postawić się przed dylematem: czy interesuje
nas poznanie historii danego kraju, zwiedzanie zabytków i muzeów, czy też wolelibyśmy poznać kulturę danego kraju, czy danej społeczności poprzez
Metod nauczania języków obcych jest wiele, począwszy od metod tradycyjnych opartych na stopniowym zdobywaniu wiedzy po metody nowoczesne,
jak np. metoda SITA wykorzystująca najnowsze odkrycia naukowe, dotyczące funkcjonowania mózgu
człowieka i jego zdolności do zapamiętywania informacji w stanie relaksu. Badania naukowe i liczni
zwolennicy tej metody potwierdzają, że znajomość
języka obcego w stopniu komunikatywnym możliwa
jest do osiągnięcia już w ciągu tygodnia intensywnej
nauki. Podstawy te, pozwalają na swobodną komunikację w języku obcym w tematach życia codziennego. To ważne z punktu widzenia turysty, który
wkracza w obcą społeczność i obce środowisko i ma
możliwość swobodnego porozumiewania się bez pomocy tłumacza, przewodnika czy „rozmówek”.
Dzięki znajomości języka, mamy możliwość nie tylko odnalezienia się w codziennych sytuacjach, ale
często poznania sposobu myślenia innych. To
wszystko spowoduje, że nasze upragnione i wyczekiwane wakacje będą niezapomniane, a na kolejne
czekać będziemy z jeszcze większym utęsknieniem.
Bożena Wnuk
R E K L A M A
a1656-57 gawina plyty.qxd
56
2010-04-09
17:02
Page 2
ŚMIECHU WARTE
KINO
„KWIAT PUSTYNI”
Interesujący, ale...
Sherry
Hormann, amerykańska reżyserka zamieszkała
w
Niemczech,
specjalizująca się
w komediach romantycznych, zekranizowała autobiograficzną powieść
jednej
z najpiękniejszych i najsławniejszych modelek – Waris Dirie. „KWIAT PUSTYNI”
to obraz interesujący i ciekawy, ale do fascynującego jednak mu daleko. Przyczyną takiego stanu rzeczy jest dość nachalnie, a co gorsza, nieumiejętnie wpleciona
w fabułę rodem z bajki o Kopciuszku publicystyka. W rezultacie mamy dwie mocno surowe pieczenie, bo upieczone na
jednym słabym, filmowym ogniu. Z tej
właśnie przyczyny nie rozsmakowujemy
się aż tak bardzo w niezwykłej historii
13-letniej Somalijki, która z pastwiska kóz
i piasków pustyni dociera najpierw do
Mogadiszu, potem do Londynu, a stamtąd na prestiżowe wybiegi mody, okładki
ekskluzywnych, snobistycznych magazynów, do światowych kronik towarzyskich. Nie wgryzamy się również – tak
jakby zapewne chciała reżyserka
– w okropne, traumatyczne przeżycia
z dzieciństwa bohaterki filmu. Najcenniejszy w „KWIECIE PUSTYNI” jest optymizm i pozytywna, motywująca widzów
energia. Biografia Waris Dirie zaświadcza
dobitnie, że wszystko w życiu jest możliwe, najgorszy los da się odmienić, wystarczy wytrwale walczyć i nie upadać na
duchu. Dlatego „KWIAT PUSTYNI” należy ustawić po stronie filmów wartych
obejrzenia.
„DESERT FLOWER”, A/D/GB 2009
„DOBRA WRÓŻKA”
Karygodne
Pewien mocno
znużony swoim
życiem i karierą
gwiazdor hokeja,
zwany z racji
ostrej, brutalnej
gry
Zębową
Wróżką, pewnej
nocy
zostaje
wcielony do armii prawdziwych
niebiańskich wróżek „zębuszek”. Zadanie przydzielono mu jedno: odkupić
grzechy, których popełnił na ziemi bez
liku. Czy z tak infantylnego, zgranego
do imentu pomysłu mogła powstać
świetna komedia? Co ja piszę?! Przyzwoita komedia? Oczywiście, że nie!
„DOBRA WRÓŻKA” jest porażką
wszystkich, którzy przy tym filmie pracowali. Sprzedawanie biletów na tę
szmirę to zwyczajne wyłudzanie pieniędzy. Karygodne!
„TOOTH FAIRY”, USA/KANADA 2010
BEATA KLAPS
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
SZUKAMY Nie chciał uczyć gimnastyki i założył
z Zenonem Laskowikiem kabaret TEY.
CIĄGU
DALSZEGO Krzysztof Jaślar reżyseruje spektakle i benefisy
TOMASZ
GAWIŃSKI
Z wykształcenia jest magistrem
WF, dziennikarzem i reżyserem. Na
studiach w Poznaniu poznał Zenona Laskowika, który kierował kabaretem Klops. Wkrótce powstał TEY
– związał się z nim na cztery lata.
Pracował w redakcji rozrywki poznańskiego ośrodka TVP. Chciał
zostać dziennikarzem sportowym,
ale to kabaret był jego przeznaczeniem. Od 1977 r. razem z Laskowikiem zaczęli robić programy dla telewizji. Dziś Jaślar reżyseruje
spektakle teatralne, imprezy estradowe, festiwale i benefisy.
Rozmawiamy po koncercie w Filharmonii Poznańskiej, organizowanym z okazji 200. rocznicy urodzin
Fryderyka Chopina. – Chopin to taki
kompozytor. Ojciec dyrektor Filharmonii Poznańskiej Wojciech Nentwig zamówił u czterech autorów miniatury teatralne – z jednym tylko
ograniczeniem, że mają dotyczyć
Chopina. Do tego przedsięwzięcia
zaprosił Tadeusza Bradeckiego, Cezarego Harasimowicza, Krzysztofa
Zanussiego i mnie. I każdy z nas popełnił po jednej jednoaktówce. Te
cztery miniatury stanowiły wieczór
„Fantazje na cztery ręce”.
Przed nim premiera recitalu Zbigniewa Zamachowskiego w stołecznym Teatrze Syrena z gościnnym
udziałem Wojciecha Malajkata i grupy MoCarta. Ma tytuł „Zamach na
MoCarta, czyli jeżeli śpiewać, to nie
indywidualnie”. Jest reżyserem i autorem scenariusza.
Urodził się na Śląsku, w Bytomiu.
Po maturze wyjechał do Poznania,
żeby studiować w Wyższej Szkole
Wychowania Fizycznego. Dlaczego
wybrał Poznań i tę uczelnię?
– W liceum wziąłem do ręki informator dla maturzystów. I kartkowałem, kartkowałem, aż dojechałem do
litery „w”, no i wyszło na wychowanie
fizyczne. Mama chciała, żebym poszedł na medycynę, a tata, bym studiował polonistykę. W Poznaniu miałem stryja i kuzynostwo, dożywiali
mnie, a jeść się chciało, zwłaszcza
po sporej porcji ruchu.
Prowadził bardzo bogate życie studenckie, wolne od dyskotek. – Byliśmy jeszcze przed tym wynalazkiem.
Spotykaliśmy się w klubach z żywą
muzyką, gdzie co trzy kawałki była
przerwa. I wtedy można było się porozumieć i pogadać. Gdyby Mickiewicz
żył w epoce dyskotek, toby nie powstały Towarzystwa Filomatów i Fila-
Poniosło mnie życie
retów, boby siebie nie słyszeli.
Uczestniczyłem też w zajęciach kółka
teatralnego, uczelnianego chóru, zespołu tanecznego. I w końcu wypatrzył mnie, podczas nieoficjalnego
spotkania w radiowęźle, jego kierownik Zenon Laskowik. Porozumieliśmy
się za pomocą śpiewu
pod wpływem wina marki
wino.
Dzięki temu dołączyłem do kabaretu Klops.
To było na II roku studiów i od tej
pory zaczęła się ich współpraca. Jeździli na przeglądy piosenki studenckiej, jeden nawet wygrali – Kiermasz
Piosenki Studenckiej w Klubie Medyka w Warszawie w 1969 roku. Stali
się ulubieńcami uczelni, a potem całego środowiska studenckiego w Poznaniu.
Na
zawodowstwo
przeszedł
w 1971 roku za sprawą Zbigniewa
Napierały, szefa Poznańskiej Estrady, który powierzył im salkę przy ul.
Masztalerskiej. I tam, po wielu próbach w Teatrze Wielkim w Podwórzu,
bo tak go nazywali, we wrześniu
1971 roku narodził się kabaret TEY.
Przygotowania trwały rok. Nazwa kabaretu to znane poznańskie powiedzenie, oznaczające po prostu „ty”.
W pierwszym programie wspomagali
ich zawodowi aktorzy: Jadwiga Żywczak, Tadeusz Wojtych, Marian Pogasz i Józef Zuzu-Zembrzuski. Aż
trudno uwierzyć, ale twórcom
TEY-a nie zawsze udawało się zgromadzić w niedużej salce komplet widzów. Prestiż i sławę przyniosła kabaretowi Złota Szpilka, przyznana
w 1973 r. nagroda w turnieju kabaretów na Festiwalu Piosenki Polskiej
w Opolu, którą TEY wywalczył, pokonując Salon Niezależnych, Pod Egidą i Elitę. To wyróżnienie na długo
zapewniło im nadkomplety publiczności, ale także
kłopoty z cenzurą.
– Trzy sezony, trzy premiery, po
czym dostałem czerwoną kartkę i musiałem pauzować. Był zapis cenzury
na nazwisko. Zabraniali publikować
gdziekolwiek, cokolwiek mojego. To
była kara za tekst „Quo vadis, Pierunie”, który aluzyjnie nawiązywał do
tow. Edwarda Gierka. Decyzja w mojej sprawie zapadła na najwyższym
szczeblu w KC. Takimi pierdołami się
zajmowali! Dowiedziałem się o tym
dopiero po roku z wydanej na emigracji „Czarnej księgi cenzury PRL”, pu-
blikującej zapiski cenzora, który nawiał z notatkami. Znalazłem swoje nazwisko w bardzo przyzwoitym towarzystwie, bo mój zapis zbiegł się z listem protestacyjnym przeciwko wpisaniu do konstytucji miłości do Związku Radzieckiego. Ale efekt był taki, że
wokół mnie zrobiło się pusto – gdziekolwiek pukałem, drzwi były zamknięte.
Był to dla niego trudny okres. Kiedy dyr. Napierała przeszedł do TVP
na szefa poznańskiego ośrodka, zaczął tam pracować pod pseudonimem. Nawet programy telewizyjne
z Zenkiem podpisywali jako „Koledzy
z Poznania”, „S Tyłu Sklepu” też.
– Byłem redaktorem programów w redakcji rozrywki, miałem etat, kartki na
cukier. Co jakiś czas sprawdzaliśmy,
czy ten zapis jeszcze działa, czy już
nie. W 1979 roku wróciłem do własnego nazwiska.
Dalej pracował w telewizji w Poznaniu. Z TEY-em prezentował po Polsce
„Szlaban”. W 1981 roku reżyserował
opolski kabareton „Proces Krajowy”,
który prowadził duet Laskowik-Smoleń. Stan wojenny to przerwa w działalności telewizyjnej i estradowej.
Dopiero w 1984 roku przygotował
ze znanymi piosenkarzami i aktorami
kabaretowymi w poznańskiej Arenie
widowisko „Dziecko potrafi”. Potem
był kabareton „Ostry dyżur” na festiwalu w Opolu ze słynnym monologiem Bohdana Smolenia „A tam cicho być”. W 1984 roku napisał komedię antyczną „Paranonia”. Był to
spektakl przygotowany dla Bohdana
Smolenia i poznańskiej sceny „Na
piętrze”. – Niestety, po jednym wystawieniu spektakl został zdjęty. Wersja
dla niesłyszących była taka, że przepalił się transformator. Po dwóch latach wystawiliśmy „Paranonię” pod
innym tytułem – „Wykopaliska” – i zagraliśmy blisko pięćset razy w wynajętych teatrach w całej Polsce.
Od 1986 roku nie pracował już
w poznańskiej telewizji, miał kłopoty
ze zdrowiem. – Skorzystał z tego nowy dyrektor ośrodka TVP i zostałem
zwolniony.
Przygotował kolejny spektakl kabaretowy. Niestety,
„Chirurgia zakaźna”
została również zakwestionowana
przez cenzurę, która uznała, że rekwizyty zagrażały sojuszom socjalistycznej ojczyzny. – Żeby było jasne,
to obracaliśmy się wokół rekwizytów
medycznych, szpitalnych. To musiał
a1656-57 gawina plyty.qxd
2010-04-09
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
być dziwny sojusz, skoro zagrażały
mu strzykawka i czepek pielęgniarski.
Przez dwa lata podróżował po kraju z widowiskiem kabaretowym
„Przestrojenie” z Januszem Rewińskim, Andrzejem Zaorskim, Bohdanem Smoleniem, Krzysztofem
Daukszewiczem i big-bandem Zbigniewa Górnego.
W 1988 roku na krótko przed obradami Okrągłego Stołu został zaproszony do USA przez polonijnego menedżera
Krzysztofa
Zakretę.
– Chciał, żebyśmy z TEY-em przyjechali do Polonii amerykańskiej i kanadyjskiej. Tłumaczyłem, że tego kabaretu już nie ma, ale nalegał, żeby go
reaktywować. I tak się stało. Polecieliśmy za ocean z Zenonem Laskowi-
17:02
Page 3
ŚMIECHU WARTE
Programu 1 TVP. Przez dwa lata chodziłem w garniturze. Był to okres prezesury Janusza Zaorskiego. Spędzałem dwanaście godzin za biurkiem i zajmowałem się sprawdzaniem zgodności tego, co na ekranie,
z tym, co na rachunku. Stresująca
i odpowiedzialna robota. Czasem
kłaniał się Gogol i jego „Martwe dusze”.
Przygotowywał potem Festiwal
Polskiej Piosenki w Opolu. – Po raz
pierwszy wysłaliśmy naszą reprezentantkę, bez wstępnych eliminacji, na
Festiwal Eurowizji. Padło na bardzo
młodą, obiecującą piosenkarkę Teatru Buffo Edytę Górniak.
Odszedł z TVP, gdy dyrektorem
Jedynki został Maciej Pawlicki.
Pracy i planów mu nie brakuje. Najbliższe – to muzyczny spektakl
na małej scenie Teatru ROMA
kiem, Januszem Rewińskim, Rudim
Szuberthem, Bohdanem Smoleniem,
Olkiem Gołębiowskim i grupą muzyków. Przygotowali specjalny program, a były to przeboje kabaretu
TEY i nowe skecze i piosenki. – Co
ciekawe, w niektórych kwestiach nawiązywaliśmy do Okrągłego Stołu...
Na wiele miesięcy przed jego faktycznym zaistnieniem. Niektóre nasze
„proroctwa” się spełniły.
Potem podobną turę odbyli po
Wielkiej Brytanii, gdzie występowali
dla tamtejszej Polonii. Już w nowej
Polsce, w 1990 roku, próbowali reaktywować TEY-a, ale nie wyszło. – Nie
byliśmy w stanie rozstrzygnąć w tym
gronie, czy to jest zawód, czy powołanie, więc każdy poszedł w swoją
stronę. Ja otrzymałem propozycję
z Teatru Kwadrat w Warszawie na napisanie scenariusza do spektaklu
„Z batutą i Kwadratem”. Potem pojawiła się oferta objęcia funkcji zastępcy kierownika redakcji Publicystyki
Kulturalnej i Widowisk Artystycznych
– Ta rezygnacja nie była dla mnie
trudna, zawsze byłem wolnym strzelcem. Byłem jurorem Festiwalu Piosenki Dziecięcej w Koninie i wymyśliłem ze Zbigniewem Górnym, przy
szklaneczce whisky, Galę Piosenki
Biesiadnej, która stała się wielkim
przebojem.
Zwykle w czerwcu pracował przy
festiwalu w Opolu, przygotowywał
kabaretony, koncerty premier, debiuty, Mikrofon i Ekran. Dużo reżyserował, w 2000 roku dla TVP 1 festiwal
w Sopocie, ponad 200 audycji „Jaka
to melodia”, programy muzyczne
z orkiestrą Zbigniewa Górnego, Mazurską Noc Kabaretową, festiwale
country i cykl programów „Kraj się
śmieje”.
Egzamin na reżysera estradowego
zdał
eksternistycznie
u profesora Bardiniego.
– To były egzaminy organizowane
dla artystów, którzy nie mieli formalnie papieru, a wykonywali ten zawód.
WARTO POSŁUCHAĆ
W pierwszym etapie trzeba było
przedstawić własny spektakl, w drugim była to rozmowa kwalifikacyjna
z Wysoką Komisją, powołaną przez
Ministerstwo Kultury i Sztuki. To był
szalenie trudny egzamin (śmieje się).
– Profesor Bardini zapytał, czy znam
Smolenia. Odparłem, że tak. A czy
pan wie, że zdawał u mnie egzamin
na aktora estradowego? – Tak, wiem.
– A wie pan, jakie zadałem mu pytanie? Nie? – No to niech pan się dowie. Podczas najbliższego spotkania
pytam Bogusia: – Pamiętasz, jakie
pytanie zadał ci podczas egzaminu
prof. Bardini? – Pamiętam, brzmiało
tak: – Panie Bohdanie, czy może pan
mi powiedzieć, ile osób czeka na
swoją kolej? – Trzydzieści parę, panie profesorze – odpowiedział Smoleń. – To jakbym panu nie przyznał
uprawnień, to co musiałbym zrobić
z nimi?
Współpracę z TVP zakończył
w 2006 roku, gdy szefem telewizyjnej Dwójki był Wojciech Pawlak,
który nie zamierzał przedłużać cyklu
kabaretowego „Kraj się śmieje”.
A on nie nalegał. Rozpoczął współpracę ze stołecznym Teatrem Syrena. Przygotował wieczór jubileuszowy z okazji 60-lecia teatru „Powróćmy jak za dawnych lat”, oparty na
tekstach pierwszego dyrektora Syreny Jerzego Jurandota. Gdy dyrektorem został Wojciech Malajkat,
umówili się na recital Zbigniewa Zamachowskiego i Grupy MoCarta.
Opiekuje się medialnie tą grupą.
– To jest również i moje dziecko i według reguły, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą, wspieram ich, jak mogę.
Pracy i planów mu nie brakuje.
Najbliższe, to muzyczny spektakl na
małej scenie Teatru ROMA „Zdobyć,
utrzymać, porzucić – śpiewane plotki
na tercet żeński i głos rozsądku” dla
trzech aktorek: Katarzyny Zielińskiej, Olgi Bończak i Katarzyny Żak
oraz benefis prof. Stefana Stuligrosza.
Dlaczego nie napisał dotąd scenariusza serialu telewizyjnego?
– To inna branża. Dałem się ponieść nurtowi, temu, co mi oferowano. A takiej propozycji nie było. Poniosło mnie życie. Praca reżysera
jest łatwiejsza niż scenarzysty, w której na efekt czeka się dość długo.
A żyć i płacić rachunki trzeba dziś.
Ale jakby co, to jestem do dyspozycji...
Tekst i fot.:
TOMASZ GAWIŃSKI
Drodzy Czytelnicy, zapraszamy
Was do redagowania „Ciągu dalszego”. Prosimy o nadsyłanie na adres redakcji propozycji dotyczących tego,
o czym chcielibyście przeczytać.
57
FOREIGNER – „CAN’T SLOW DOWN”
Stara gwardia
Stara gwardia nie
rdzewieje! Mimo że
ostatni krążek amerykańska formacja wydała 15 lat temu, stawy
się nie zastały, głos nie zachrypł. Podtatusiali chłopcy nagrali rzetelny, uczciwy,
rockowo-popowy album. Każdy kawałek wpada w ucho, jest melodyjny, choć
nie przebojowy. O wyżyny ocierają się
balladowe „I can’t give up” i tytułowe
„Can’t slow down”. `A propos hitów: jako bonus zamieszczono koncertową
wersję „I want to know what love is”.
Cierpię, bo akurat ta wersja nie jest dobrym wyborem. Jednakże powrót uważam za udany i pożywny słuchowo. Jako „odstresowywacz”.
Warner. Cena ok. 50 zł.
SCORPIONS – „STING IN THE TAIL”
To już koniec?
Szokiem dla fanów
była informacja, że to
ostatnia płyta zespołu.
No, przepraszam, ale
40 lat bycia na scenie
to mało? Tyle że odejść
trzeba umieć. Z fasonem, hardrockowym
kopytem. I to się niemieckiej kapeli prawie udało. Charakterystyczny wokal
Klausa Meine, równie dobrze znane
ostrze gitary Rudolfa Schenkera i tylko…
szlagierów brak. Na usprawiedliwienie
dodam, że nie za każdym razem tworzy
się „Wind of change” czy „Still loving
you”. Podobne, powtarzam podobne,
utwory znalazły się na albumie. A „The
best is yet to come” nadaje się do koncertowego zanucenia. Jednakże jadowity
ogon słychać w żywszych numerach. Od
nich narybek mógłby się uczyć muzycznego abecadła. A w koniec nie wierzę,
bo nie chcę.
Sony. Cena ok. 60 zł.
MARK ASHLEY – „GREATEST HITS”
Powtórka z historii
Niewielu polskich
wielbicieli kultowego
Modern Talking wie, że
duet ma naśladowców.
W dodatku takich, którzy wydali już największe przeboje. Jednym z nich jest niejaki
Mark Ashley. Tembr jego głosu jest nawet
podobny do anielskiego Thomasa Andersa, ale co oryginał, to oryginał. Ponadto ta sama, sprawdzona linia melodyczna, to samo brzmienie i klimat lat 80.
Nie dziwota, bowiem palce maczała
(choć się do tego oficjalnie nie przyznaje) brzydsza połowa MT – Dieter Bohlen.
Mam wrażenie, że mógłby tak komponować do końca świata i jeden dzień dłużej.
Dla melomanów, którym się jeszcze takie
dźwięki nie znudziły.
Zyx. Cena ok. 30 zł.
Wysłuchał:
PRZEMYSŁAW BOGUSZ
a1658-59-gadomski.qxd
2010-04-09
58
16:59
Page 2
ARTYSTA PONADCZASOWY
SALONOWE
BURZE
BOHDANA
GADOMSKIEGO
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Potrafię być zwariowany, ale nie obniżam poprzeczki
Moje życie jest snem
Rozmowa z MICHAŁEM BAJOREM, śpiewającym aktorem
Od najmłodszych lat chciał zostać aktorem. Ukończył PWST
w Warszawie, ale swoje życie artystyczne oddał muzyce. Ma na koncie 16 CD, DVD z 30-lecia pracy artystycznej i nową płytę, która jest
podwójnie platynowa, bo są to
dwa krążki, jeden z piosenkami
Marka Grechuty, drugi – Jonasza
Kofty. Właśnie objeżdża kraj z recitalem. Ma owacje na stojąco, bisy i długie kolejki po autograf. To
swoisty fenomen w rodzimym
show-biznesie.
– Wielki Piątek, a pan w Sopocie, w wynajętym apartamencie,
bez wielkanocnych tradycji, świątecznych potraw i charakterystycznej atmosfery. Trochę to
dziwne...
– Atmosferę świąteczną stwarza
moja rodzina, która jest tutaj ze
mną. Wynajęliśmy dwa połączone
ze sobą apartamenty. Na stole będą
wszystkie świąteczne dania, część
z nich została przywieziona, a część
zrobiona tutaj. Dwie ulice dalej jest
mały kameralny kościółek. Spotykam się też z przyjaciółmi, w wolnych chwilach czytam, składam życzenia, przyjmuję życzenia, chodzę
na spacery i nadrabiam zaległości
kinowe.
– Mógł pan spędzić te święta
u rodziców w Opolu.
– Ale my lubimy podróżować.
W Boże Narodzenie jesteśmy u brata, Piotra, albo jego rodziny, i wtedy
za stołem zasiada dziewięć osób.
A wielkanocna tradycja jest taka, że
dzielimy się po połowie; część rodziny jest w Warszawie, a część podróżuje.
– Podobno jest pan człowiekiem
rodzinnym aż do przesady.
– Jeżeli ma pan na myśli moją
opiekę nad rodzicami, to rzeczywiście jestem nadopiekuńczy, ale ja
już się nie zmienię, a oni są do tego
przyzwyczajeni. Obydwu stronom to
nie przeszkadza, rodzice zwiedzili
ze mną cały świat i jest im z tym dobrze. Dołączył też brat z bratanicą
Bogunią i rodziną, no i mamy fantastyczne podróże.
– Czyżby był pan urodzonym
singlem?
– Singiel to 20-, 30-latek. Facet
taki jak ja, czyli w środku swojego życia, to po prostu... stary kawaler.
– Ma pan silną osobowość i mało kto wytrzymałby z panem co-
dzienne życie, tę przesadną drobiazgowość, pedantyczność i humory.
– Mam mniejsze humory niż obecne młode gwiazdy, bo wyrosłem
w atmosferze lat 80., w których zaczęła się intensywnie rozwijać moja
kariera i to były inne czasy. Nie mogliśmy sobie pozwolić na wielkie kaprysy. Po prostu jestem wymagający, a to różnica.
– Przyzna pan, że jest przesadnie pedantyczny i drobiazgowy?
– Gdy chodzi o pracę, to rzeczywiście jestem drobiazgowy. Nie powiedziałbym jednak, że jestem pedantyczny, raczej do przesady zawodowy.
– Swego czasu kochał się pan
w koleżance ze studiów Agnieszce Fatydze, ale ona wybrała Wojtka Olszańskiego...
– I bardzo dobrze, bo mają genialną córkę, która jest multitalentem.
Pisze książki, piosenki, fenomenalnie gra na skrzypcach.
– Znam córkę Agnieszki, rzeczywiście jest genialna. Ale pytałem
pana o uczucie do jej matki.
– Przez moment sympatyzowaliśmy ze sobą. Nie byliśmy uważani
za parę, ale z pewnością ogromnie
się lubiliśmy. Poznaliśmy swoich rodziców. Później przerodziło się to
w wielki szacunek, w przyjaźń. Rozmawiamy ze sobą, chodzimy na
swoje recitale. Do dzisiaj utrzymuję
dobre kontakty z niektórymi koleżankami i kolegami z roku warszawskiej szkoły teatralnej.
– Ubolewam, że Fatyga, tak
wszechstronnie utalentowana artystka, funkcjonuje poza rynkiem
muzycznym i nie ma ani jednej
płyty.
– Zawsze mówiłem Agnieszce, że
to wprost niemożliwe, żeby taka
osobowość nie miała płyty.
– Co usłyszał pan w odpowiedzi?
– Że na to jest jeszcze czas.
– Ile pan nagrał płyt?
– Szesnaście. I jeśli ktoś mówi, że
jest to niszowa muzyka, to niech się
puknie w czoło! Nie dostaje się za
taką muzykę złotych i platynowych
płyt. Każdą moją płytę kupują dziesiątki tysięcy ludzi.
– Po wysłuchaniu tej najnowszej, składającej się z dwóch CD,
można byłoby zarzucić panu pójście na łatwiznę i nagranie repertuaru, który już dawno się sprawdził i przebił.
– Ale recenzje są fantastyczne!
Czytam, że Bajor miał karkołomne
zadanie, ale wyszedł z niego
obronną ręką, ciekawie, bo jest inny. Nie starałem się naśladować takich mistrzów jak Kofta czy Grechuta, a tylko oddać im artystyczny
hołd. I przypomnieć mądrość ich
twórczości.
– Dzięki pana sugestywnym interpretacjom odkryłem w tych piosenkach nowe wartości i potwierdziło to wiele osób.
– Publiczność i krytycy mówią, że
te piosenki nabrały jeszcze większego blasku, że są uwspółcześnione,
i że Grechuta, którego lubili nie zawsze do szaleństwa, stał się im teraz
jeszcze bardziej bliski.
– Co powiedziały żony Grechuty
i Kofty?
– Pani Danuta Grechuta była bardzo zadowolona z moich interpretacji utworów męża. Zadzwoniła i powiedziała: „Gratuluję i bardzo się
cieszę, bo wiedziałam, komu daję te
piosenki”. Natomiast żona Jonasza
Kofty powiedziała, że „po wysłuchaniu płyty czuła się jak kot, któremu
dano najpyszniejszą, najbardziej tłustą rybę”.
– Zapewne nie obyło się bez porównań?
– Byłem na nie przygotowany. Ale
rzadko ktoś mówi, że woli Grechutę,
wykonawców piosenek Kofty, czy
mnie. Porównania dotyczą raczej
charakteru piosenek, bo trudno, żebym śpiewał tak samo jak Marek
albo inni artyści śpiewający teksty
Jonasza.
– Jak reagują ludzie na pana nowy recital w wypełnionych po
brzegi salach?
– Reagują tak, że mam dreszcze.
Przeżywają razem ze mną to,
o czym śpiewam, śmieją się, gdy są
żarty, krzyczą przy bardziej dramatycznych utworach. Gdy śpiewam
„Ocalić od zapomnienia”, czy „Tyle
było dni” lub „Jej portret”, są niezwykle skupieni.
– Mnie najbardziej podoba się
„Korowód” zaśpiewany bardzo
ekspresyjnie.
– Słyszałem opinie, że „Korowód”
uzyskał kolejną barwę.
– Wiele z piosenek Grechuty
śpiewa pan lepiej, wyraziściej...
– Jonasz Kofta pisał piosenki dla
wielu wykonawców, Marek Grechuta
głównie dla siebie i te piosenki publiczność zna przede wszystkim
z jego wykonań. Podczas gdy Ma-
rek swoje piosenki opowiadał, ja
bardziej je interpretuję. On trochę
śpiewał, trochę melorecytował, ja
zrobiłem z nich małe, trzyminutowe
opowiastki aktorsko-wokalne.
– Lepiej znał pan Koftę, czy Grechutę?
– Koftę, z którym się kolegowałem, czasami dzwoniliśmy do siebie.
Jonasz potrafił mi powiedzieć coś
krytycznego, ale nie tak, żeby mnie
zabolało, to było zawsze coś konstruktywnego. Napisał dla mnie kilka
pięknych piosenek. Fajna znajomość zawodowo-prywatna. Bardzo
przeżyłem jego odejście. Z Markiem
znałem się mniej. Kiedyś przyprowadziła go do mnie na kolację Krystyna Janda. Potem, bodajże trzykrotnie, widzieliśmy się na składankowych koncertach. Odebrałem go jako człowieka bardzo stonowanego,
z oryginalnym poczuciem humoru,
charakterystycznym
śmiechem,
bacznie obserwującego otoczenie.
Lubił zapamiętywać chwile, z których wiele czerpał do napisania kolejnych piosenek. Natomiast Jonasz
był jak szalony, kolorowy ptak.
W rozwianym szalu, z kapeluszem,
przypominał mi malarza.
– Na co zmarł?
– Zjadł w restauracji kawałek mięsa, którym się zadławił. W trakcie
oczekiwania na pogotowie nastąpiło
niedotlenienie mózgu. Przywieziono
go do szpitala, ale zmarł w kilka tygodni.
– Dlaczego właśnie piosenki Kofty wybrał pan na drugą płytę?
– Przy Marka przebojach chciałem pokazać się w utworach Jonasza, które są też bardzo zróżnicowane, ale nie wszystkie tak rozpoznawalne. Chciałem połączyć twórczość obu na zasadzie przeciwstawienia.
– Koncert jest długi, trwa 1,5 godziny; dlaczego nie robi pan przerwy?
– Przerwa rozbija nastrój mojego
koncertu. Mam to sprawdzone od
lat, a i tak ludzie przychodzący do
mnie po zakończeniu mówią, że było za krótko...
– Daje pan bodajże najwięcej
koncertów spośród wykonawców
estradowych. Ile ich będzie w sumie?
– 27 czerwca, czyli w dniu zakończenia trasy, odbędzie się mój 123
recital. A zacząłem trasę w październiku. Tyle samo zaśpiewam w przyszłym sezonie. Piosenki z każdej no-
a1658-59-gadomski.qxd
2010-04-09
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
16:59
Page 3
ARTYSTA PONADCZASOWY
Na koncertach mam owacje na stojąco i bisy, a po nich długie kolejki po autograf
Fot. Piotr Kamionka/Ag. Fot. Angora
wej płyty prezentujemy około 250
razy.
– Czy nie za bardzo pan siebie
eksploatuje?
– Wiem, że za bardzo, ale powoli
dochodzi do mnie głos rozsądku
i powiedziałem już mojemu świetnemu menedżerowi Januszowi Kulikowi, że przy francuskiej płycie nie będziemy grali koncertów podwójnych, bo nie dam rady. I nie jest to
jeszcze bynajmniej sprawa wieku,
lecz szacunku dla mojego gardła.
– Gardło w pewnym momencie
może powiedzieć „stop” i co wtedy?
– No właśnie, dlatego podjąłem
taką decyzję. Wolę wracać po dwa,
trzy razy do któregoś miasta, aniżeli
eksploatować się ponad ludzkie
możliwości. W tym sezonie np. byłem trzy razy w Białymstoku i dwa
w Nowym Sączu, gdzie bilety rozeszły się w ciągu 25 minut, a w Teatrze Wielkim w Poznaniu ludzie wykupili 900 biletów w kilka dni. Musiałem wrócić tam jeszcze raz i wrócę
ponownie w przyszłym sezonie.
W Chorzowie i Krakowie też graliśmy dwa koncerty dziennie.
– Cóż za powodzenie! Bilety
trzeba kupić w kasie?
– Tak, bardzo rzadko gram koncerty prywatne. Choć nie odmawiam.
– Niedawno głos odmówił panu
posłuszeństwa i koncerty zostały
odwołane. Jak długo pan pauzował?
– Kilka dni. Przełożyłem dwa, trzy
koncerty. Nabawiłem się niedokrwistości struny głosowej. Wróciłem do
zdrowia dzięki znakomitej lekarce,
która leczy większość śpiewaczego
środowiska w Warszawie, pani dr
Alicji Komorowskiej. A na koncercie
w moim Opolu ktoś zainfekowany
pocałował mnie na przywitanie i po
tygodniu od wyleczenia dopadła
mnie znów infekcja. Na szczęście
już z niej wyszedłem i wystąpiłem
w Teatrze Wielkim w Łodzi.
– Podziwiam pana! Sporym wysiłkiem jest śpiewać i mówić przez
1,5 godziny.
– Rzeczywiście, wysiłek jest duży,
ale ja to lubię. Wykonuję 23 piosenki na dużych emocjach i sporym diapazonie wokalnym. Ale mój obecny
recital należy do takich, podczas
których się tak nie eksploatuję.
– Zauważyłem, że śpiewa pan
teraz oszczędniej niż zwykle...
– ...ale widzę, że publiczność to
docenia, bo nie staram się przekrzyczeć pierwowzorów i pokazać, że
moje wykonanie jest lepsze. Po prostu sprzedaję piękne piosenki w ich
treści i melodii. One w większości
nie wymagają nadekspresji w interpretacji. I szykuję nowy krążek. Wojciech Młynarski przetłumaczył właśnie dla mnie 25 francuskich piosenek, z których pierwszą połowę
chcemy nagrać ze świetnym aranżerem Wojciechem Borkowskim już jesienią. A całą pracę rozłożymy na
półtora roku.
– Każdy recital ma pan perfekcyjnie opracowany, łącznie z bisami. Czy zdarzały się jakieś niespodzianki, wpadki?
– Ciągle się zdarzają, bo na przykład ktoś z sali krzyknie, że czeka na
starszą z moich piosenek i podaje
tytuł. Publiczność najczęściej prosi
o „Nie chcę więcej” i „Ogrzej mnie”.
Wtedy tłumaczę, że to jest koncert
piosenek Grechuty i Kofty i ze starszych utworów mogę zaśpiewać tylko „Popołudnie”. Ale mam pomysł,
aby w przyszłym sezonie włączyć
kilka starszych piosenek, bo boję
się, że moi widzowie zaczną mieć
do mnie pretensje.
– Do wpadek należą też pomyłki
w środku piosenki, zapomniał pan
o nich?
– Biorąc pod uwagę wszystkie, to
na 23 mylę się najwyżej w jednej
piosence. Czasami ją przerywam,
a niekiedy mówię: „Państwo doskonale tę piosenkę znają, bo mają moją płytę i wiedzą, że się pomyliłem”. I wie pan, że ludzie lubią taką
pomyłkę? Twierdzą, że jest to naturalne. No i mają pewność, że śpiewam na żywo.
– Zawsze ma pan przygotowane
trzy bisy. Czy nie uznaje pan
czwartego?
– Nie, bo uważam, że trzeba pozostawić po sobie niedosyt.
– Widziałem w Łodzi gigantyczną kolejkę po pana nową płytę.
Nie widziałem takich tłumów do
innych artystów, a często bywam
na koncertach. Czy tak jest w każdym mieście?
– W każdym. Od najmniejszego,
po największe. Po recitalu siadam
przy stoliku i przez kilkadziesiąt minut podpisuję płyty i rozdaję autografy.
– Z jednej strony pełne sale,
a z drugiej nieobecność w me-
59
diach. Czy to celowy zabieg z pana strony?
– Mógłbym odpowiedzieć, że celowy, ale tak do końca nie byłoby to
prawdą, bo czasem prowokuję spotkania z dziennikarzami, jak jest nowa płyta. Dawno przekroczyłem barierę parcia na szkło i na prasę. Pozostawiam to dwudziestolatkom,
których podziwiam za to, że się
w tym parciu nie zagubią i dobrze
się w tym czują. Muszą być bardzo
silni. Na myśli mam celebrytów, których nazywam „chwilkami”. Czas
i tak bardzo szybko zweryfikuje tych,
którzy pozostaną dłużej.
– Zastanawiam się, w jakim
stopniu jest pan sobą, a w jakim
wykreowaną marką?
– Jestem sobą, ale bez przesadnej skromności także i marką. Nie
wykreowaną, lecz znakiem jakości
nawet dla tych, którzy mnie nie lubią, ale szanują za rzetelność i pracowitość. Są też tacy, którzy nie
chcą mnie zobaczyć nowego, innego i mówią, że ciągle drży mi głos,
co jest nieprawdą. A oni są po prostu ignorantami.
– Widzi pan konkurencję dla siebie wśród młodszych artystów?
– Nigdy nie traktuję młodzieży jako konkurentów, tak samo jak Edyty
Geppert, czy Grzegorza Turnaua,
z którymi dobrze się uzupełniamy.
Nigdy nie miałem i nadal nie mam
w sobie zawiści. Bywałem zazdrosny, ale to była zazdrość zawodowa,
konstruktywna. Gdy oglądam młodzież, która mi się nie podoba, to nie
życzę jej źle. Czekam, aż zniknie, bo
wiem, że jest niezdolna. A tej zdolnej
sekunduję szczerze.
– W jak dużym stopniu czuje się
pan artystą spełnionym?
– W bardzo dużym. Zacytuję wielką śpiewaczkę Teresę Żylis-Garę,
która powiedziała: „Moje życie to
sen” i mogę to samo powiedzieć
o sobie: moje życie jest snem. Swoje marzenia realizuję w stu procentach.
– Pojawiają się i odchodzą coraz
to nowi idole publiczności, a pan
jest ciągle constans. Jak się to panu udaje?
– Zawdzięczam to rzetelności
i konsekwencji artystycznej. Potrafię
być zwariowany, ale nie obniżam
poprzeczki. Gdy okaże się, że nie
stać mnie na wypracowany poziom
produkcji, odejdę.
– Podobno ma pan prywatnego
spowiednika?
– Tak, odwiedza mnie i spowiada
dwa razy w roku. Mówi, że mam
strasznie nudne grzechy, bo ciągle
te same, dwa, może trzy. Ale musi
przychodzić, bo inaczej nie mógłbym przyjąć komunii świętej.
Rozmawiał:
BOHDAN GADOMSKI
a1660-61_witryna.qxd
2010-04-09
15:21
Page 2
60
WITRYNA
Nie(d)oceniony
Ignacy Jan Paderewski jest ikoną
polskości XX wieku. Był nie tylko
charyzmatycznym pianistą, ale
i człowiekiem aktywnym społecznie,
podkreślającym najgłębszą wolę służenia Polsce. Udało mu się to jak
rzadko komu w dziejach. Jako artyście, filantropowi, politykowi. To
sprawia, że jest to postać daleko wykraczająca poza prosty opis, co
skutkuje nie tylko osuwaniem się Paderewskiego w cień zbiorowej pamięci. To dlatego polscy
pisarze unikają próby nowoczesnego ujęcia jego biografii
w dziele zwartym, mądrym i dającym się czytać.
Wznowiona z okazji 150. rocznicy urodzin Paderewskiego biografia Adama Zamoyskiego, działającego
w Anglii emigracyjnego dziennikarza i historyka, skupia
w sobie wszystkie mankamenty pisarstwa o pianiście-premierze. Napisana jest archaicznym językiem, sumuje fakty znane, jest schematyczna i unika środków beletrystycznych, choć unika też fatalnej maniery muzykologicznej. Nie tyle jest opowieścią o życiu idola, co wyznaniem miłości autora do niego. Zamiast badań źródłowych autor poprzestaje na znanych cytatach, notabene
najmłodszych sprzed 40 lat. Niemniej książka jest ważnym, bo zawstydzająco rzadkim dziś, akcentem uczczenia Paderewskiego i jego dziedzictwa. Przypomina niełatwą drogę artysty z zapomnianej od Boga podolskiej Kuryłówki aż po lata chwały, gdy skupiał wokół sztuki i swego posłannictwa politycznego miliony ludzi. Powraca
do sukcesów, które osiągnął Paderewski przy fortepianie, ale również na salonach, gdzie zdobywał uznanie
nie tylko dla siebie, ale i sprawy polskiej.
HENRYK MARTENKA
ADAM ZAMOYSKI. PADEREWSKI. PAŃSTWOWY INSTYTUT WYDAWNICZY, Warszawa 2010. Cena 49,90 zł.
Proste historie
Każdy początkujący pisarz powinien uczyć się pisać od Kazimierza
Orłosia. Umiejętność opowiadania
prostych historii w tak przejmujący
i urzekający sposób to nie lada
sztuka. Orłoś równie dramatycznie
potrafi napisać o studentce z prowincji uwikłanej we współpracę
z SB, jak i o niejakim Gorczycy,
z którego śmiała się cała wieś, bo
żona mu się puściła z trzema robotnikami, a on chciał wierzyć, że została przez nich zgwałcona. Mistrzowsko opowiada o Józefie, który zabrał syna na wycieczkę w Bieszczady, a tam został upokorzony
przez miejscowych bandziorów, ale też o międzysąsiedzkich waśniach i wiejskiej bójce o życie i śmierć.
Chwyta za serce historia o dzieciach, których matka poszła do więzienia, bo oblała zupą policjanta Bednarka,
i o Józefie Stachowiczu, który w obronie córki i wnuków
zadźgał nożem do oprawiania świń swojego zięcia, Ptaka Władysława.
Zbiór nowel „Bez ciebie nie mogę żyć” to perły krótkiej
formy. Realizm z najwyższej półki, mistrzowski styl i bohaterowie z krwi i kości: zwykli ludzie, żyjący niejako
na obrzeżach znanego nam świata, z namiętnościami,
bez których świat nie istnieje. Jest więc w historiach Orłosia miłość, zdrada, zemsta i marzenia. Ale także
śmierć, wiara i nadzieja.
Dzięki temu, że nowele zawarte w tym zbiorze ułożone
są według kolejności ukazywania się drukiem (od 1968
do 2007 roku), otrzymaliśmy arcyciekawą panoramę
XX-wiecznej polskiej prowincji. Ze swoją patologią, ale
też honorem.
JACEK BINKOWSKI
KAZIMIERZ ORŁOŚ. BEZ CIEBIE NIE MOGĘ ŻYĆ. WYDAWNICTWO LITERACKIE, Kraków 2010. Cena 38 zł.
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
W świat cudownej techniki wchodzimy bez historii i bez pamięci, może nawet bez poglądów, które stanowiłyby jedynie przeszkodę
Książki i media
Czy poza światem mediów istnieje jeszcze
jakiś inny, prawdziwszy świat? A jeśli istnieje,
to czemu odwiedzamy go tak rzadko i coraz
mniej chętnie?
Wychowałem się w starej łódzkiej kamienicy.
Kiedy byłem dzieckiem, wieczorami na korytarzu, na podwórku albo na strychu zbierały się
sąsiadki, by opowiadać o swoim ciężkim życiu.
Wtedy dowiedziałem się po raz pierwszy, czym
była wojna, powstanie warszawskie, okupacja,
a nawet zabory.
Parę lat później tematem rozmów stała się telewizja. Ludzie opowiadali przeważnie, co widzieli
poprzedniego wieczora na szklanym ekranie
– bohaterami rozmów byli prezydent Kennedy, Jacek i Agatka, Edyta Wojtczak, porucznik Kloss.
Jakieś dwadzieścia lat temu wszystko się skończyło. Na moim osiedlu jedni mieli kablówkę, inni
– antenę satelitarną, jeszcze inni – jakąś plątaninę
drutów, kabli i krat na balkonie. Każdy oglądał teraz inny kanał telewizyjny. Na szczęście
na wszystkich nadawano te same reklamy, może
niezbyt mądre, ale łatwe do zapamiętania. Dzięki
reklamowym frazesom znajdowaliśmy bez trudu
wspólny język.
Oglądaliśmy telewizję, słuchaliśmy radia,
od dawna czytaliśmy gazety, a w ostatnich latach
coraz śmielej zaglądamy do internetu, ciągle nie
mając pojęcia, czym są media. Modne słowo, którego nie da się już obejść ani zlekceważyć, nawet
wyrzucając przez okno telewizor i rezygnując
z dostępu do sieci.
kładowa prasa, internet. Czy o czymś nie zapomnieliśmy? Może jeszcze teatr albo malarstwo,
płyta kompaktowa, zapewne muzyka rozrywkowa? A gry komputerowe? A plakaty? A spoty reklamowe?
Encyklopedia PWN sprzed dziesięciu lat nie powinna chyba być jeszcze przestarzała. Niestety,
dowiemy się z niej niewiele. Media to po prostu
„środki masowego przekazu” i tyle! Aha, jest jeszcze odsyłacz, ale korzystając z tej wskazówki trafiamy na hasło, które, niestety, trąci myszką. Czy
to możliwe, by nasze myślenie zmieniło się tak
bardzo w ciągu zaledwie jednej dekady?
Tymczasem otwieramy dzieło Merscha i ręce
nam opadają. Kto marzył o precyzyjnej definicji,
może się od razu załamać. Dla jednego uczonego
„media” to „broń, odzież, zegarki, pieniądze, okulary”, dla innego – „samochody i samoloty”, dla
jeszcze innego – „powietrze i światło” albo nawet
„miłość i sztuka”. Wymieniam chaotycznie, bo
oczywiście za każdym z tych pojęć idzie starannie
opracowana teoria. Jeśli jednak myśleliście, że
wiecie wszystko o mediach, oglądając codziennie
telewizję, to doznacie chyba zawodu.
Wydawać by się mogło, że przynajmniej
do czasu założenia „New York Timesa” (połowa XIX wieku) człowiek miał święty spokój. Media
nie istniały. Nie trzeba było tworzyć zawikłanych
teorii. Profesor Mersch dowodzi, że myśląc w ten
sposób, jesteśmy w błędzie. I śmiało sięga do najgłębszych korzeni teorii mediów, filozofii Platona
nie wyłączając. To, co powiada grecki filozof
o różnicy między mową a pismem, okazuje się
bowiem ogromnie inspirujące nawet dla dzisiejszych badaczy.
Wysilmy nasz umysł
Ekscentryczny prorok z Kanady
Media nie są dziś (i może nigdy nie były) rozrywkową ekstrawagancją dla ubogich duchem.
Nauka o mediach to nauka o społeczeństwie,
o naszej cywilizacji, nauka o człowieku – zapewne
równie istotna jak kiedyś filozofia, a później socjologia i psychologia. Nie można zrozumieć społeczeństwa, nie można uprawiać polityki ani robić
wielkiej kariery bez wiedzy o mediach.
Na półkach księgarskich znalazła się właśnie
pozycja ważna, wprost fundamentalna: Teorie mediów Dietera Merscha. Profesor z Poczdamu pisze w miarę jasno, książka nie jest bardzo obszerna, choć podczas lektury niejednokrotnie zmuszeni będziemy do pewnego wysiłku intelektualnego. Jeśli dobrniemy do końca, to możemy ze
zdumieniem dojść do wniosku, że to, co uważaliśmy za dodatek uprzyjemniający nam życie,
a nieraz drażniący, to w gruncie rzeczy sprawa życia i śmierci. A w dodatku obchodząca nie tylko
jednostki, ale decydująca o przyszłości całej naszej cywilizacji.
Na wszelki wypadek zacząłem się od razu intensywnie dokształcać.
Pierwsze pytanie: co to są w ogóle media?
Dla profanów – film, radio, telewizja, wysokona-
Współczesna teoria mediów nie powstaje jedynie w wyniku obserwacji zjawisk tworzących rynek
kultury masowej. Składają się na nią również refleksje najwybitniejszych filozofów i socjologów
– nawet takich, o których rozmawia się dziś głównie na akademickich katedrach. To w dużej mierze ich śladem podążał Herbert Marshall McLuhan, kanadyjski myśliciel, profesor uniwersytetów
w Toronto i Nowym Jorku. To dzięki niemu dowiedzieliśmy się, że „środek komunikowania sam jest
komunikatem” i że kończy się tworzona przez wieki linearna cywilizacja druku, której symbolem była „galaktyka Gutenberga”. Nadchodzi bowiem
czas mediów elektronicznych, czas „globalnej
wioski”.
Brzmiało to świetnie, trochę niepokojąco, a trochę zagadkowo – tym bardziej że trzydzieści lat
temu, kiedy McLuhan umierał, mało który Polak
posiadał w swoim domu kolorowy telewizor, nie
mówiąc już o dostępie do osobistego komputera.
W latach osiemdziesiątych polowaliśmy raczej
na książki niż na filmy, nie przejmując się zupełnie
tym, co nadejdzie w nie tak znów odległej przyszłości. Reklam prawie się u nas nie spotykało. Literackie imperia wydawały się niewzruszone,
a1660-61_witryna.qxd
2010-04-09
15:21
Page 3
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
a dyskusje o zastępowaniu czytania oglądaniem
telewizji i słuchaniem radia – raczej teoretyczne.
Ekscentryczny prorok z Kanady wydawał się niejednemu intelektualiście sympatycznym fantastą.
W odróżnieniu od swoich kolegów ze szkoły frankfurckiej nie zapowiadał katastrofy. Podczas gdy
Adorno i jego uczniowie widzieli w „przemyśle rozrywkowym” niebezpieczną i lekkostrawną papkę
służącą ogłupianiu masowej publiczności, McLuhan kładł nacisk na otwierające się z upływem lat
nowe perspektywy.
Czy był to optymizm uzasadniony?
Dieter Mersch, przywołując opinie późniejszych
teoretyków, takich jak choćby sławny filozof Jean
Baudrillard, roztacza wizję wprost apokaliptyczną.
Jego zdaniem, dzisiejsza telewizja albo internet
przypomina gigantyczny chaos komunikatów pozbawionych nadawcy. Zniknęły hierarchie, weryfikacja stała się niemożliwa. Żyjemy otoczeni strumieniem obrazów, które – podobnie jak reklamy
– nie niosą już żadnego głębszego sensu. Co najwyżej mają nas skłonić do określonych zachowań,
na przykład wyboru tego czy innego produktu,
przeczytania tej, a nie innej książki, obejrzenia filmu albo audycji telewizyjnej.
Pierwsze zdanie teorii mediów Merscha zachwyciło mnie, choć zdaję sobie sprawę, że rozumieć je
można naprawdę rozmaicie: „media istnieją, ponieważ istnieje odmienność”. To bardzo ładna
i szlachetna sentencja, chyba jednak trochę rozmijająca się z rzeczywistością.
Bo przecież – jeśli nawet zgodzimy się, że media
mówią o wszystkim – to bez trudu znajdujemy tam
tematy wiodące, a raczej przytłaczające, z góry eliminujące prawo swobodnego wyboru. Wirtualny
odbiorca mediów – czytelnik, widz, słuchacz – mało przypomina bibliotecznego szperacza, zapalonego kinomana poszukującego studyjnych rarytasów, konesera poświęcającego pół życia na zdobywanie rzadkich nagrań.
Internauta wyposażony w respektującą prawo
większości wyszukiwarkę albo telewidz, amator
najchętniej oglądanych kanałów, nie rozumie już
potrzeby zajmowania się poezją Goethego czy
Eliota, skoro autorzy ci nie są uwzględniani w żadnych rankingach księgarskich. Ktoś taki nigdy nie
weźmie na siebie trudu i ryzyka odkrywania prawdziwych nowości. Nie będzie poszerzał listy lektur
o postacie zapomniane, ledwie majaczące w mroku bibliotecznych półek. Wystarczą mu do szczęścia bestsellery.
Oczywiście, dla Merscha podobne skrupuły nie
istnieją. Wykazuje on bowiem – i jest to teza dość
przerażająca – że koniec sztuki (przynajmniej
w dotychczasowym rozumieniu) to tylko kwestia
czasu. Masowa digitalizacja zapewnia przewagę
cyfry nad literą. Kilkanaście lat temu wydawało się,
że to obraz – zwłaszcza kolorowy, błyszczący,
przyciągający uwagę – zapanuje nad słowem. Dziś
widzimy, że taką rolę spełnia raczej program komputerowy, w coraz większym stopniu ograniczający
rolę twórcy. Czy uwierzycie, że aparat cyfrowy zdobywa prawie niepostrzeżenie władzę nad fotografującym? Kontroluje już nie tylko jakość obrazu, ale
– za sprawą „listy programów” – wręcz podsuwa
określone tematy! W epoce digitalnej byłoby naiwnością wierzyć, że najnowocześniejsze narzędzia
to nic więcej niż „przedłużenie ludzkich zmysłów”.
Myślenie przebiegające za pomocą liczb różni
się wyraźnie od tradycyjnego myślenia linearnego.
Maszyna cyfrowa kształtuje jednostkę ludzką
w sposób zgoła nieprzewidywalny. Jak zauważył
Vilém Flusser, urządzenia cyfrowe „zmierzają
61
WITRYNA
do tego, by w sposób automatyczny programować
nasze życie. Te wspaniałe wynalazki: komputer
z dostępem do internetu, telefon komórkowy, cyfrowa lustrzanka oczekują, że my – czyli ich użytkownicy – zachowywać się będziemy niczym
sprawnie funkcjonujące roboty!
Kto mógł oczekiwać, że reklamowane urządzenia, stanowiące przedmiot marzeń niejednego
konsumenta, okażą się w konsekwencji tak groźne! Z punktu widzenia badacza ujmującego działanie mediów w jak najszerszej perspektywie sprawa
przedstawia się jeszcze gorzej.
Śmierć autora oznacza również śmierć dzieła
sztuki, bo przecież to, co produkują media, jest
tymczasowe, prowizoryczne, nieuchwytne – jak cyfrowy obraz coraz bardziej oddzielający nas od rzeczywistości. W świat cudownej techniki wchodzimy
bez historii i bez pamięci, może nawet bez poglądów, które stanowiłyby jedynie przeszkodę.
Do nieobecności dzieła sztuki przyzwyczaja nas
co najmniej od pół wieku artystyczna awangarda.
Pamiętamy, że zamiast malowania obrazu czy wykuwania rzeźby twórca może zaproponować opakowanie wieżowca w folię albo wysyłanie pocztówek do całej ludzkości. Flusser ujmuje to tak: kiedyś chodziło o dzieła i obiekty materialne. Teraz
pozostały „fortele” i „strategie”.
Cyfrowe surogaty
No, ale czy tak pojmowana sztuka różnić się będzie jeszcze od reklamy, gdzie oczywiście przedmiot prowadzonej kampanii wydaje się bez znaczenia. W tej grze chodzi bowiem jedynie o zwycięstwo na rynku!
Co pozostaje zatem uczestnikom nie zawsze
bezinteresownej, żywiołowej gry? Pozorna wolność i pozorna obecność. Najwięksi pesymiści
tworzą już wizję znaną z literatury i filmu SF: uwolnione spod kontroli media zachowują się dokładnie tak samo jak zbuntowany robot z arcydzieła
Stanleya Kubricka. Dążą do tego, by zająć miejsce
człowieka. Może być nawet dużo gorzej, bo
w ostatecznym rachunku człowiek okazać się może „elementem niekoniecznym”, ograniczającym
perfekcyjną wymianę cyfrowych skarbów. Z natury
leniwy, skłonny do buntu i niedoskonały, oddał już
genialnym maszynom tak wiele władzy, że w pewnych dziedzinach stał się prawie bezbronny.
Zasiadając dzień w dzień przed ekranem komputera albo telewizora, podziwiając coraz lepszą
jakość i niewyobrażalną kiedyś dostępność pokazywanych obrazów, nie zdajemy sobie sprawy, że
wraz z każdym nowym wynalazkiem tracimy coraz
więcej z naszego bezpośredniego otoczenia. Poznajemy coraz mniej za pośrednictwem zmysłów
stykających się z prawdziwą rzeczywistością. Budujemy fundamenty świadomości cybernetycznej,
dążącej do zastąpienia dotychczasowej realności
przez cyfrowe surogaty. Któregoś dnia możemy
przestać odczuwać zapachy i smaki, dostrzegać
kolory inne niż te emitowane na ekranie. Ucho
przyzwyczajone do elektronicznych pisków nie będzie już rejestrować szumu morskich fal ani śpiewu
skowronka.
Czy zapach starych książek i szelest pożółkłych
kartek staną się wówczas doświadczeniem równie
abstrakcyjnym jak dziś czytanie starych pergaminów albo znaków wyrytych na glinianych tabliczkach?
JAN TOMKOWSKI
Autor jest profesorem w Instytucie Badań Literackich
Polskiej Akademii Nauk, historykiem literatury, prozaikiem
i eseistą.
Dzień świstaka
w wiosce przeklętych
Witold Uchmann, dziennikarz
po przejściach, specjalista od tematów paranormalnych, jedzie
na Roztocze zrobić ostatni w karierze materiał. Tam otrzymuje
brulion z opisem przygody nie
z tego świata, jaka przydarzyła
się pewnemu studentowi. Otóż
jechał on w Wielki Piątek, przysypiając po balandze, autem
do domu na święta. Gdy nie
mógł ze zmęczenia dalej jechać, skręcił do lasu i zasnął za kierownicą. Obudził się w innym świecie
– w maleńkiej wiosce w Słonecznej Dolinie, w której
czas zatrzymał się pięćdziesiąt lat temu i wciąż trwa ten
sam dzień, a o północy wszystko wraca. Paczka po papierosach jest znów pełna, wczorajsza kolacja znów
w kredensie, a odcięta głowa rano znów tkwi na karku.
Nikt się nie starzeje, wszyscy są tacy jak w dniu, kiedy
dotknęła ich klątwa. Wydaje się, że jedyny sposób
na wyjście z tej pętli czasu, to samobójstwo. Uchmann
postanawia odnaleźć Dolinę i znika. Wcześniej wysyła
brulion koledze z redakcji, ten rusza jego śladem.
„Słoneczna Dolina” to powieść grozy napisana według standardów amerykańskich, lepsza o tyle, że jest
taka nasza, pszenno-buraczana, i straszna, i śmieszna. Niedługo ma się ukazać druga część tej dylogii.
Trzeba kupić i ją, aby poznać zakończenie tej historii.
BOGDAN WOJDYŁA
STEFAN DARDA. CZARNY WYGON. SŁONECZNA
DOLINA. VIDEOGRAF II, Katowice 2010. Cena 29,90 zł.
Morderca z dzidą
To dla polskiego czytelnika
niezwykle frapująca lektura,
bo bardzo egzotyczna. Sięgam pamięcią i bodaj tylko
raz przetłumaczono na polski
„kryminał” autora z Republiki
Południowej Afryki. Mamy
więc do czynienia z ciekawymi realiami państwa, które wyszło z mroków apartheidu,
którego siły policyjne jeszcze
nie do końca się zintegrowały
rasowo i kulturowo (ciągłe przełamywanie nieufności
między Burami, Anglosasami i czarnoskórymi funkcjonariuszami w policji). Doskonały detektyw, borykający
się z alkoholizmem Burów, Benny Griessel, ściga seryjnego zabójcę, którego ofiarami są pedofile i zabójcy dzieci (w RPA, trapionej epidemią AIDS, w środowiskach niewykształconych, czarnoskórych, funkcjonuje
przesąd, że stosunek z dzieckiem leczy z tej strasznej
choroby!). Morderca grasuje uzbrojony w sagaj – krótką włócznię z szerokim, długim ostrzem, tradycyjną
broń wojowników Xhosa i Zulu. Potrzeba czasu
i żmudnego śledztwa, nim komisarz Griessel dojdzie,
że sprawca mści się za zamordowanie swego synka.
Dochodzenie komplikuje fakt, że zabójca ma naśladowców, którzy wplątują w krąg zainteresowania policji kolumbijskiego barona narkotykowego. Ciekawa,
skomplikowana intryga i niezłe tempo akcji. No i mnóstwo fascynujących realiów życia na przełomie XX i XXI wieku w RPA – kraju tak bardzo od nas
odległym i fascynującym. Deon Meyer to najbardziej
znany południowoafrykański autor powieści sensacyjnych – tłumaczony na 19 języków, laureat kilku prestiżowych międzynarodowych nagród literackich.
JACEK MICHOŃ
DEON MEYER. DIABELSKI SZCZYT (DEVILS PEAK)
Przeł. Maria Rei. Wydawnictwo AMBER, Warszawa
2010. Cena 39,80 zł.
a1662 - tarot.qxd
2010-04-09
17:00
Page 2
62
WIERSZÓWKA
Płacz...
Cóż, Marku drogi,
Nie udało się
Okpić niebogi
Kostuchy srogiej
Śmierci
bym nie bała się na głębię
poezji wypłynąć
i jak latarnia morska
rozświetlając wątpliwości mrok
wskazywałeś mi kierunek
a gdy nokautował mnie los
koło ratunkowe empatii
bym nie utonęła w depresji
w zanadrzu zawsze miałeś
I za to dziś –
Wiązanką tych słów
Szarfą wdzięczności przepasanych
– Dziękuję Ci
Miłość największą
Wszelkie cierpienia
Dotknąłeś w życiu
Mgnieniem spojrzenia
Boleśnie
MARIA GRZELAKOWSKA, Włocławek
Trudne bywają
Pożegnań słowa
Niezapomniany
Niepowtarzalny
Przyjacielu
Na pożegnanie Marka Koprowskiego
W. LENART, Poznań
Markowi Koprowskiemu
To Ty tchnąłeś pewności wiatr
w żagle mej twórczości
Horoskop z tarotem
BARAN 21.03. – 19.04. KRÓLOWA MIECZY
Królowa Mieczy, mistrzyni plotki, zachęca,
byś uważnie słuchał, co mówią inni. Niewykluczone, że i o sobie dowiesz się kilku interesujących rzeczy... Zdobyte informacje pomogą
w sprawach zawodowych, a nawet w zainwestowaniu gotówki, której, jak wróży tarot, będziesz miał
naprawdę sporo. Koniecznie zatroszcz się o zdrowie, a za kierownicą – ostrożnie! W miłości trzeba
będzie odpowiedzieć na kilka trudnych pytań...
BYK 20.04. – 20.05. GŁUPIEC
Twoje obecne kłopoty już miały miejsce
w przeszłości. Przypomnij sobie, czy wówczas nie popełniłeś błędu. Głupiec wróży poprawę materialną i... bezinteresowną sympatię ze
strony otoczenia. Możesz to wykorzystać w pracy i...
w domowych, drobnych naprawach. Możliwa propozycja zawodowa. Zanim zdecydujesz – poradź się
doświadczonego przyjaciela. W uczuciach uważaj,
by nie stać się godnym nazwy patronującej Ci karty...
BLIŹNIĘTA 21.05. – 21.06. DZIESIĄTKA MIECZY
Postaraj się pozbyć drobnych (na razie...)
dolegliwości. Od tego zależeć może Twoja
dalsza kariera zawodowa. Nowe zadania,
jakie szykuje dla Ciebie szef, wymagać będą żelaznej kondycji. Dziesiątka Mieczy radzi mniej
angażować się w cudze kłopoty, szczególnie gdy
nie proszą Cię o pomoc. Unikaj „pożyczkobiorców”
– na zwrot gotówki przyjdzie bardzo długo czekać.
W miłości Pan Rozsądek wyjechał daleko. I nie zostawił adresu...
RAK 22.06. – 22.07. AS PAŁEK
As Pałek „przyspieszy” wiele dotyczących
Cię spraw. Nie daj się ponieść nerwom, gdy
nie wszystko będzie przebiegało po Twojej
myśli. Rezultat tych zmian na pewno Ci się spodoba. Emocjonalne podejście do życia nie pozwoli Ci
na finansowe sukcesy. Ogranicz wydatki, nie baw
się w inwestora. Jeśli to możliwe – nie baw się także
w kierowcę... Zdrowie nie najgorsze, a w miłości ten
As czasem twierdzi, że 1+1=...3.
Forsycja
Wiszą na forsycji krople
niczym koraliki srebrne,
to jej całe życie mokre,
to jej całe życie biedne.
Lecz raz w roku jest królową,
kiedy, wśród szarości, pierwsza
ubiera się w złote szaty,
aby potem zostać w wierszach.
DOROTA CZERNIAKIEWICZ, Chełm
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Nirwana
Aby osiągnąć nirwanę
trzeba ćwiczyć
ciało i duszę
Mnie wystarczają do tego
pomarańczowe rolety
zasunięte w oknach
albo ciemna zieleń
liści drzewa
pod którym przystanę
TOMASZ WOJCIESZAK, Ozorków
Zamyślenie
Spójrz, wiśnie kwiatem w szarość się wbiły
Pyłek rozdają pszczołom, wiatrowi
W owoc dojrzałe pąki zmieniły
Fanfary złote zastąpił słowik
A my wśród pól między kłosami
Pieszczeni złotem wczesnego chleba
Idziemy i nawet nie postrzegamy,
Że głowy nasze sięgają nieba
EUGENIUSZ SZLĘK, Łódź
Kochani nasi Poeci i Wierszokleci!
Ujawniajcie się (nadsyłając wiersz, uwzględniajcie rozmiary naszej rubryki).
Najlepsze utwory nagrodzimy publikacją. Nadesłanych wierszy redakcja nie
zwraca. Swoje wiersze możecie zamieszczać także na współpracującym z nami
portalu www.mykulturalni.pl. Życzymy weny!
Wybrał: MATEUSZ KOPROWSKI
LEW 23.07. – 22.08. KRÓLOWA KIELICHÓW
STRZELEC 22.11. – 21.12. MAG
Rodzina jest najważniejsza? A już na
pewno kosztowna. Przekonasz się o tym,
gdy potrzeby krewnych spustoszą Ci
portfel. Niestety, trudno będzie tego uniknąć...
Pociechą będzie znakomite zdrowie i... uroda,
o jaką się nie podejrzewałeś. Także młodsze pokolenie da powód do dumy (w końcu po Tobie
mają te zdolności!). W pracy bez zmian, szef myśli o Twojej podwyżce. Na razie – myśli. W miłości „miodowe” dni!
Oczekuj zmian w karierze zawodowej. Ktoś
wreszcie doceni Twoje zdolności. Ale sam
również nie zapominaj podkreślać każdego sukcesu. Mag pomoże w osiągnięciu celu, doda Ci odwagi i przebojowości. Także podsunie doskonałe pomysły na zainwestowanie gotówki. Możesz polegać na własnej intuicji i nie szukać rad
u znajomych. Zdrowie OK, a w miłości czas na...
naukę. Tu też okażesz się wyjątkowo zdolnym
uczniem...
PANNA 23.08. – 22.09. PUSTELNIK
KOZIOROŻEC 22.12. – 19.01. DWÓJKA MONET
Wiosenne przemęczenie daje Ci się we znaki? Warto stać się swoim najlepszym przyjacielem i zadbać nie tylko o zdrowie, ale
i o dobry nastrój. Pustelnik, przekornie, nie wróży
samotności. Otoczy Cię nowymi, interesującymi
ludźmi. W pracy nie bierz na siebie dodatkowych
obowiązków, poleniuchuj trochę, a gdy to możliwe,
weź kilka dni wolnego. Sprawy finansowe bez
zmian. Bliska sercu osoba szykuje prezent, na jaki
od dawna czekasz...
Stań przed lustrem i... poćwicz miny, z jakimi będziesz potakiwał szefowi. Przygotuj się
na personalne zmiany w pracy. Dwójka Monet wróży, że masz szansę zdobyć wymarzone stanowisko. Nie musisz być lizusem, ale odrobina wazeliny nie zaszkodzi. Ostrożnie z wydatkami, na razie finanse nie ulegną poprawie. Za to kondycji będzie można Ci pozazdrościć. W sprawach serca
burzliwa rozmowa i... gorące pojednanie.
WAGA 23.09. – 22.10. KOŁO FORTUNY
Nie narzekaj, nie dręcz się wymyślonymi dolegliwościami. Dziewiątka Mieczy obiecuje,
że teraz wszystko będzie „z górki”. Przed
Tobą wiele okazji, by podreperować finanse, a zdrowie sprawi miłą niespodziankę. W pracy wyhamuj
trochę ambicje – szef na razie nie zauważa Twoich
starań, więc po co masz się wysilać? Pod koniec tygodnia możliwe spotkanie z dawnymi przyjaciółmi.
Ukochana osoba nie będzie tym zachwycona...
Lekkoduchy, gracze i ryzykanci! Dla takich Koło Fortuny zakręci się we właściwą
stronę. Możesz odwiedzić kolekturę, kupić los na loterię lub... usiąść przy karcianym stoliku. Tarot zapowiada, że szanse na wygraną
masz naprawdę duże. Kondycja nie zawiedzie,
pod warunkiem że zamiast za kierownicą, pospacerujesz w bardziej naturalny sposób. W sprawach serca ostrzeżenie – nie próbuj żadnych gierek. Nie warto...
SKORPION 23.10. – 21.11. TRÓJKA KIELICHÓW
I po kłopotach! No, przynajmniej niektórych... Trójka Kielichów to początek wielu
pozytywnych zmian zarówno w karierze zawodowej, jak i sprawach osobistych. Możliwa zmiana stanowiska (a nawet firmy). Na nowym miejscu
będziesz mógł nareszcie „rozwinąć skrzydła”. Coraz
lepsza kondycja pozwoli cieszyć się z materialnych
sukcesów. Także w miłości coraz wiosenniej. Rozkwit „starych” związków, a samotnym – brakująca
połówka.
WODNIK 20.01. – 18.02. DZIEWIĄTKA MIECZY
RYBY 19.02. – 20.03. DZIESIĄTKA MONET
Pieniądze szczęścia nie dają. Podobno...
Dziesiątka Monet zadba, by nie brakło Ci
gotówki w portfelu. Pod koniec tygodnia
warto zasponsorować totolotka – w końcu Rybkom
też należy się uśmiech od losu. W pracy nowe zadania. Poradzisz sobie, pod warunkiem że nie zrazisz do siebie kolegów. Ich pomoc będzie nieoceniona. Zdrowie OK, a w sprawach serca warto płomienne wyznania poprzeć drobnym podarunkiem...
MAŁGORZATA KABAŁA
Wróżby spełniają się wyłącznie od 12 do 18 kwietnia 2010 r.
A1663 MALINOWSKI.qxd
2010-04-09
16:10
Page 1
OJCZYZNA POLSZCZYZNA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
OBCY JĘZYK
(426)
POLSKI
Maciej
Malinowski
W listach i e-mailach proszą mnie
Państwo o wytknięcie – głównie politykom, ale także innym osobom wypowiadającym się publicznie – mówienie
proszę panią, wydaje mi się, że... czy
proszę panią, uważam, że...
Rzecz jest rzeczywiście naganna.
Zgodnie z tradycją i obowiązującą normą
językową, kiedy zwracamy się do kogoś,
należy używać formuły grzecznościowej
proszę pani, wydaje mi się, że...; proszę
pani, uważam, że... itp., czyli takiej, w której słowo pani występuje w dopełniaczu.
Zwrot proszę pani jest pozostałością
dawnej, dopełniaczowej składni czasownika prosić. Przed wiekami oprócz
połączeń prosić o przebaczenie, o miłosierdzie, o łaskę czy o zrozumienie spotykało się sformułowania bezokolicznika prosić z dopełniaczem: prosić przebaczenia, miłosierdzia, łaski, zrozumienia. „Żebrak pójdzie chleba prosić, a ja
za nim torbę nosić” – pisał w XIX wieku
Oskar Kolberg w „Pieśni ludu polskiego” (Warszawa 1857).
Zresztą jeszcze obecnie mówi się
czasem proszę kawy (w domyśle: ‘jeszcze trochę kawy, bo mi smakuje’) i nie
jest to wcale zwrot tożsamy z proszę
o kawę (czyli ‘o całą filiżankę’).
Proszę pani
Może nie byłoby dzisiaj kłopotu z poprawnym używaniem zwrotu proszę pani
w formułce grzecznościowej, gdyby do
osób starszych lub młodych płci pięknej
zwracano się jak przed laty, kiedy mówiono nie tylko proszę pani, ale także proszę
mamy, proszę babci, proszę cioci, proszę
panienki, proszę siostry, proszę kuzynki
itp. Po członie proszę, który nie miał nic
wspólnego z konkretną prośbą o coś (był
wyłącznie nienagannym rozpoczęciem
rozmowy), pojawiał się właśnie rzeczownik w drugim przypadku.
W naszych czasach raczej się tak nie
mówi (a szkoda), większości z nas wystarczy prosta forma wołacza mamo,
ciociu, babciu, siostro, kuzynko... Pani,
która godzina? w ogóle wyszło z użycia,
powie tak jeszcze niekiedy stara przekupka na targu, która nie nosi zegarka.
Językoznawcy nie mają wątpliwości,
że zastępowanie dziś sformułowania
proszę pani w formule grzecznościowej
niepoprawnym proszę panią bierze się
z tego, iż czasownik prosić o wiele częściej występuje z biernikiem. Kiedy chodzi o prawdziwą prośbę skierowaną do
kogoś, mówi się przecież proszę panią
o pomoc, proszę panią o przysługę itp.
Zawsze też prosi się kogoś o rękę, na
zebraniu prosi się o głos, a w rozpaczy
prosi się o coś na wszystkie świętości.
Owo biernikowe panią tak mocno
tkwi ludziom w głowie, że bez zastanowienia przenoszą je do zwrotu adresatywnego proszę panią, która godzina?
Poczet nazwisk polskich(268)
Komar w łabuzach
Często zaglądam do „Pocztu” i stąd
wzięło się zainteresowanie własnym nazwiskiem – Komar. Znam pochodzenie
mojej rodziny do trzech generacji
wstecz i wiem, że cały czas mieszkali na
Lubelszczyźnie, lecz brzmienie nazwiska nie wydaje mi się typowo polskie,
choć w pierwszym momencie nasuwa
się na myśl nazwa owada. Z wyrazami
szacunku
Sylwester Komar, Paryż
Panie Sylwestrze, naturalnie, że nazwisko pańskie jest rdzennie polskie
i wywodzi się od komara, za granicą
zwanego moskitem. Ale ten przypadek
niechże posłuży przypomnieniu ciekawej historii nazwisk pochodzących od
przezwisk, które je poprzedzały. Pisał
Jan Stanisław Bystroń w „Nazwiskach
polskich”: „Przezwisko powstaje w środowisku, w którym dany osobnik żyje.
Ma – w przeciwieństwie do nazwiska
– żywe znaczenie realne. Punktem wyjścia do jego powstania może być jakaś
cecha psychiczna lub fizyczna (Cichy,
Mędrek), podobieństwo do zwierzęcia
lub rośliny (Wrona, Grzyb), nazwa zajęcia lub urzędu (Kowal, Kościelny), miejsce zamieszkania (Podleśny, Nagórny),
pochodzenia (Moskal, Szwed), czasem
trudna do odtworzenia przygoda, czy
powiedzonko (Eżeli – od zniekształconego jeżeli, lub Ozaist – od zaiste)”. Mimo że nazwisko Komar niewątpliwie
miało pochodzenie ludowe, występowało także – podobnie jak inne przezwiskowe – w zbiorze godności szlacheckich. Dziś, w zasobie nazwisk polskich
występuje w liczbie 4106.
Noszę bardzo nietypowe nazwisko
Jarubas. Chciałbym się dowiedzieć czegoś o jego genezie – z jakiego kraju się
wywodzi, co oznacza itp. Z tego, co znalazłem, dowiedziałem się, że może być
uproszczoną wersją nazwiska Jarubasz
i może być pochodzenia niemieckiego.
Pozdrawiam serdecznie
Bartosz Jarubas
Panie Bartoszu, w języku polskim jest
sporo nazwisk utworzonych od imion
złożonych typu Jarogniew, w którym
pobrzmiewa stary przymiotnik jary,
a więc wiosenny, młody, silny. Forma
Jarubas (-asz) wydaje się modyfikacją
utworzoną na wzór nazwisk, takich jak:
Jarucha, Jarus, Jarusik, Jarut. W zasobie nazwisk takich jest niewiele (76),
a w formie Jarubasz tylko 7.
Moje nazwisko rodowe brzmi Letki
i bardzo jestem ciekawa, jakie jest jego
PODSTĘPNE SŁÓWKA
Czy jednak tak trudno chwilę pomyśleć
i zapamiętać rozróżnienie proszę pani
i proszę panią, że pierwsze jest wtrętem
w żywy tok mowy, a więc musi w nim
wystąpić dopełniacz pani, drugie zaś
konkretną prośbą o coś, stąd IV przypadek panią?
Nie mam wątpliwości, że nie jest to
żadna trudność... Wychodzi raczej na
jaw lenistwo umysłowe większości
osób (w tym polityków), którzy nie zastanawiają się nad tym, jak mówią. Ciekawe, że zwykle nie popełnią oni błędu
w zwrotach proszę państwa, proszę pana, proszę panów, proszę Wysokiego
Sądu, a nawet proszę pań, proszę koleżanek, wyłożą się natomiast na prostym
proszę pani...
Z trwogą konstatuję, że błędne proszę
panią, która godzina? przenika do języka
codziennego Polaków. Nagminnie zaczynają się tak zwracać uczniowie do nauczycielek, klienci do ekspedientek w sklepie
i w ogóle wszyscy inni, mając jakąś sprawę do kobiet, z którymi nie są na ty.
Dlatego wszystkim tym, którzy błędnie
używają zwrotu proszę panią zamiast
proszę pani, proponuję zapamiętanie
prostego zdania: Proszę pani, moja pani
prosi panią, żeby pani mojej pani pożyczyła rondla... Prof. Mirosław Bańko z Poradni Językowej PWN ułożył jeszcze bardziej sympatyczny wierszyk: Proszę pana, proszę Pani, /„Proszę panią” jest do
bani!/ Proszę babci, cioci, mamy / Dość
już „proszę panią” mamy / I prosimy każdą panią: / Niechaj panie zwrot ten ganią.
[email protected]
www.obcyjęzykpolski.interia.pl
pochodzenie. Świętej pamięci dziadek
wspominał coś o Grecji (i skróceniu nazwiska poprzez wyrzucenie „s” z jego
końcówki), ale jeden z jego synów twierdzi, że nasi przodkowie pochodzą z Austrii, wspominał też o korzeniach żydowskich. Ile w tym prawdy, a ile fantazji?
Niemniej nazwisko jest nieodmienne, raczej niespotykane (chociaż jest pisarka
Maria Ewa Letki). Chciałabym też zapytać o nazwisko Łabzak; mój drugi dziadek pochodził z Trzcieńca (niedaleko
Lwowa). Serdecznie pozdrawiam
Dorota Barlowska
Nie ma tu tropu zagranicznego, jest
polski. Przymiotnik letki (w gwarze
– lekki) wytworzył niewielki zbiór nazwisk w rodzaju: Leka, Lekuń, Leki,
Lechky, Lekuchny, Letke, Letkie, Letkowicz. „Urwana” końcówka s- niewiele
mogłaby tu zmienić, jest wszakże równie grecka, co litewska. Współcześnie
używa się 145 nazwisk Letki. Natomiast
Łabzak jest bardzo starym polskim nazwiskiem, utworzonym od podstawy łobaz jak w dawnych wyrazach łobuz, albo łabuz, którymi określano chwast,
krzaki, zarośla. W gwarze łabuziem nazywano włóczęgę, hulakę. W zasobie
12 nazwisk.
JAN CHRYZOSTOM
PRZYDOMEK
[email protected]
63
Akt czy nuda?
Jednym z wielu wyrazów obcych powszechnie używanych w języku polskim jest akt. Opisujemy nim serię zjawisk, od czynów, przez przepisy prawa
aż po dzieła sztuki. W angielskim, z powodu wspólnych źródeł, ma on podobne zastosowanie, choć w jednym znaczeniu może okazać się kłopotliwe.
Pomimo że zarówno ustawy, jak i czyny opiszemy po angielsku za pomocą
słowa act (an Act of Parliament – ustawa
parlamentarna, an act of despair – akt
rozpaczy), to już w opisie obrazów lub
zdjęć przedstawiających nagie ciała
użyjemy rzeczownika – nude (a nude by
Picasso). Tego wyrazu z kolei nie użyjemy nigdy, by określić coś nudnego,
gdyż po angielsku nudny albo nużący
to boring albo dull.
Akt to nie jest jedyne słowo opisujące
sztukę, które może nam sprawić kłopot.
Równie często zdarza nam się zbyt dosłownie przetłumaczyć polskie określenie „martwa natura” jako dead nature.
Po angielsku będzie ono oznaczało wyłącznie naturę, którą opuściło życie,
a nie temat malarski. Ten określimy za
pomocą zwrotu still life. Podobny kłopot napotkamy, gdy będziemy szukali
angielskiego odpowiednika wyrazu pejzaż i, polegając na intuicji, użyjemy angielskiego słowa passage. Passage,
w przypadku sztuki, odnosi się jednakże tylko do fragmentu dzieła literackiego, a nie do dzieł malarskich, które poprawnie określimy po angielsku mianem landscape.
Nie sposób również nie wspomnieć
o fotografii, której nawet najprostsza
terminologia może być myląca. Najlepszym tego przykładem jest polski
zwrot „zrobić zdjęcie”, który uparcie
tłumaczymy na angielski jako make
a photo. Po angielsku zwrot ten użyjemy tylko wtedy, gdy ktoś lub coś dane
zdjęcie uczyni wyjątkowym, a samo
wykonanie nazwiemy zwrotem take
a photo. Sam zresztą wyraz photo jest
skrótem od słowa photograph, znaczącego fotografia, często mylonego
z naszym określeniem fotograf. Tego
bowiem określimy mianem photographer.
W kontekście X Muzy też możemy łatwo wpaść w kłopoty językowe. Takie
wystąpią, gdy weźmiemy angielskie
słowo director za tłumaczenie naszego
wyrazu dyrektor, a nie reżyser. Również
cinematography nie jest odpowiednikiem polskiego określenia kinematografia. Gdyby tak było rzeczywiście, to
Oscara za best cinematography przyznawano by krajom, a nie osobom. Po
angielsku bowiem cinematography to
operowanie kamerą. Chociaż... w tej
akurat kategorii moglibyśmy śmiało zastosować klasyfikację narodową...
Większość nagród byłaby i tak dla Polski.
MARCIN WILCZEK
(Painting still lives of dead nature)
a1664-65 listy.qxd
2010-04-09
17:00
64
Page 2
LUDZIE LISTY PISZĄ
Głos prawie burżuja
„To rzeczywiście d...kracja”
Uprawnienia przyznali
sobie sami
Komentarz do felietonu J.K.-M., zawarty w liście Pani Jadwigi Jankowskiej „To rzeczywiście d...kracja”
(ANGORA nr 13), dotyczący wyroku
Trybunału Konstytucyjnego w sprawie emerytur esbeckich, zirytował
mnie na tyle, iż postanowiłem podjąć
dyskusję.
Przede wszystkim należy zauważyć, że zasada ochrony praw nabytych nie ma charakteru bezwzględnego. Zgodnie z orzecznictwem Trybunału Konstytucyjnego, „Nakaz
ochrony praw nabytych nie oznacza
nienaruszalności tych praw. Bezwzględna ochrona praw nabytych
prowadziłaby do petryfikacji systemu
prawa, uniemożliwiając wprowadzenie niezbędnych zmian w obowiązujących regulacjach prawnych. Konstytucja dopuszcza ustanawianie regulacji, które ograniczają lub znoszą
prawa nabyte, jeżeli jest to uzasadnione celem legitymowanym konstytucyjnie” (wyrok z dnia 19 marca
2001 r. nr K 32/00 OTK 2001/3/50).
Dla mnie osobiście pozostaje jeszcze tryb przyznawania szczególnych
uprawnień dla SB i innych służb dawnej PRL. Bądźmy szczerzy – odpowiednie uprawnienia przyznali sami
sobie. Mogli to zrobić, bowiem byli
częścią układu komunistycznej represji. Na zasadzie: my dajemy wam pieniądze i wolną rękę, a wy pozbywacie
się niewygodnych ludzi. W dalszej
części listu Pani J.J. oburza się, iż byli – oprócz samych funkcjonariuszy
również inni ludzie – normalni. Przepraszam bardzo, ale normalni ludzie
nie idą do aparatu represji społeczeństwa w okupowanym kraju. Tak, okupowanym przez ZSRR, z marionetkowym rządem. Tylko zupełny idiota
mógłby twierdzić inaczej. W efekcie
członków dawnych służb PRL mogę
porównać do kolaborantów w czasie II wojny światowej, a wręcz do polskiego gestapo. Bo w czasie PRL
do UB, SB i innych wstępowało się,
podkreślmy to, dobrowolnie. Praca w,
wymienianych w liście, „bolszewickim
przemyśle, handlu, budownictwie,
oświacie” nie służyła gnębieniu okupowanego społeczeństwa, lecz dostarczeniu mu dóbr materialnych
i niematerialnych, niezbędnych w każdym państwie (...).
LEON (dane internetowe
do wiadomości redakcji)
Jakże często ostatnimi czasy pochylają się nasi rządzący nad losem
biednych emerytów i rencistów. Pochylają się nad biedą i niedostatkiem tej grupy obywateli, wylewają
wiadrami krokodyle łzy. Zainteresowanie to i ilość wylanych łez wybitnie wzrasta, im bliżej jest kolejna
kampania wyborcza. Nic dziwnego,
wszak emeryci i renciści oprócz tego, że „niepotrzebnie obciążają”
zdychający budżet państwa, to stanowią jednak pokaźną część elektoratu, o którego względy każdy
szanujący się kandydat do każdego
państwowego/społecznego koryta
chciałby zawalczyć. Najczęstszą
obiecanką wyborczą dla tej grupy
społecznej jest obietnica regulacji
systemu emerytalnego na bardziej
sprawiedliwy. Czasem realizuje się
coś w stylu Janosika, czyli zabrać
tym, co mają niesprawiedliwie
za dużo, np. esbekom (w kolejce
czekają: byli członkowie PZPR, żołnierze LWP, milicjanci itp.) i dać...
państwowemu Janosikowi. No
przecież nie tym, co mają najmniej.
Powodem do wielkich rozczarowań dla wielu najbiedniejszych „akcjonariuszy” ZUS-u jest coroczna
rewaloryzacja rent i emerytur. Kolejni rządzący dumnie ogłaszają, jakie
to olbrzymie kwoty zostały wydatkowane na podwyższenie standardu
życia ich ukochanej grupy społecznej. Ostatnio wyliczono, że każdy
emeryt od marca br. dostanie średnio osiemdziesiąt parę złociszy miesięcznie więcej. Miałem tu nawet
moralnego kaca, bo okazało się, że
otrzymałem podwyżkę ponadnormatywną. Natomiast wolna od kaca
była moja ukochana małżonka, bo
jej podwyżka wyniosła trzydzieści
parę złotych. Dało mi to przysłowiowego kopa myślowego. Jak uzyskać efekt poprawy dla grupy najbiedniejszej bez ewidentnego pogorszenia losu „emeryckich burżujów”? Jako prawie burżuj nie chciałbym za wiele stracić, ale chciałbym
też, aby emerytura mojej żony kiedyś osiągnęła niebotyczny pułap.
Na przykład – siedemset złotych.
Rozwiązanie jest, moim zdaniem,
stosunkowo proste i oczywiste. Jeśli łaskawie nam panujący dojdą
w kolejnym roku budżetowym
do wniosku, że mogą rzucić emeryckiej bandzie ochłap w wysokości
np. 10 miliardów złotych, to w konsekwencji da to na jeden emerycki
łeb podwyżkę ok. 100 złotych miesięcznie (przepraszam z góry
za możliwe nieścisłości w tej statystyce). Więc rozdzielmy ten ochłap
nie procentowo, jak to do tej pory
ma miejsce, tylko kwotowo – po wyżej wymienionej stówie na emerycką głowę. Emerycki burżuj, dostający symboliczne pięć tysięcy emery-
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
tury, nie dostanie podwyżki w wysokości np. pięćset zł, ale jego stopa
życiowa i tak przez jeszcze wiele lat
pozostanie na niezłym poziomie.
Natomiast pięćsetzłotowy beneficjent, jak dostanie stówę podwyżki,
to na pewno odczuje to bardzo pozytywnie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że takie rozwiązanie, dla mnie tak proste
i oczywiste, może być nie do przyjęcia dla biurokratów zajmujących
się „sprawiedliwym rozdziałem
dóbr doczesnych”. Ale mam teraz
bardzo istotny argument dla rządzących i sterujących wyżej wymienioną grupą biurokratyczną. Powiedzcie sami – czy w najbliższej
kampanii wyborczej ważniejsze jest
dla was niewątpliwe zadowolenie
emeryckiej biedoty, której jest ok.
85% – czy wolicie zadowolenie 15%
burżujów? Pamiętajcie moi drodzy,
że we wszelkich możliwych wyborach i burżuj, i biedak mają taki sam
jeden głos. A osłodą tego rozwiązania jest fakt, że dogorywający budżet straci takie same pieniądze,
jak przy zastosowaniu podwyżki
wyliczanej procentowo.
Lojalnie jednak uprzedzam, że
będziecie w przyszłości emeryckimi
burżujami, więc system ten nie będzie dla Was najbardziej korzystny.
Jest jednak na to lekarstwo, wystarczy przyznać sobie na wejściu odpowiednio wysoką emeryturę, wysoką na tyle, by wystarczyła
do końca Waszych dni. Jak znam
życie, to z tego lekarstwa zapewne
skorzystacie.
Na zakończenie dodam, że mimo
iż jestem na pograniczu emeryckiego burżujstwa, to i tak oddam swój
głos na tego polityka (lub partię),
który przeforsuje ten prosty i chyba
skuteczny projekt poprawy losu
emeryckiej biedoty.
J. BORTKIEWICZ (adres internetowy)
„Nielegalne ciasteczka
z nadzieją”
Z hipokryzją pod rękę
Nawiązując do przedruku z „Gazety Wyborczej” artykułu pt. „Nielegalne ciasteczka z nadzieją” w 11.
nr. ANGORY, a także do programu
wyemitowanego w telewizyjnej
Dwójce, wyrażam oburzenie wobec
uporu resortu zdrowia w sprawie legalizacji marihuany jako leku, co już
dawno zrobiono w krajach bardziej
cywilizowanych.
Obłudą jest twierdzenie, że w ten
sposób przeciwdziała się narkomanii. Narkomania u nas ma się świetnie, a jeszcze lepiej handlarze narkotyków, czerpiący ze sprzedaży
marihuany wielkie zyski. A może o to
właśnie chodzi? Może ktoś czerpie
profity z tych zysków? Była już próba legalizacji marihuany w Polsce.
Skończyła się fiaskiem. Ciekawe, kto
to blokuje i jaki ma w tym interes.
Polska to jeden z ostatnich w Europie bastionów, gdzie gangi narkotykowe na sprzedaży marihuany robią
wielkie pieniądze.
Mitem jest obiegowa opinia, że
marihuana silnie uzależnia. Niektórzy twierdzą, że nie uzależnia wcale,
inni – że zaledwie w 9 procentach,
podczas gdy nikotyna w 15 procentach, a alkohol w 30. W wysokim
stopniu uzależnia też wiele powszechnie przepisywanych leków.
Skąd więc ten opór w zalegalizowaniu marihuany, której właściwości
uzależniające są znikome, ma też
znikome działania uboczne? Mało
kto wie, że prócz działania przeciwbólowego marihuana zwiększa odporność, łagodzi spastykę, korzystnie działa w przypadku astmy. Zaś
fakt, że poprawia nastrój cierpiącemu człowiekowi, zaliczyć należy wyłącznie na plus.
Jest bzdurą twierdzenie, że można
u nas nabyć marihuanę jako lek legalnie. Pomijając karkołomną i czasochłonną procedurę, większość lekarzy pierwszego kontaktu, w odpowiedzi na taką prośbę, wyrzuciłaby
pacjenta po prostu za drzwi. Przepis
ten jest więc kolejnym przykładem
hipokryzji czynników, decydujących
o dostępie do marihuany jako leku.
Powszechna jest opinia, że o obrocie lekami w Polsce decydują koncerny farmaceutyczne. Marihuana
jest zielem, nie można jej opatentować i czerpać wielkich zysków, więc
jej sprzedaż nie leży w interesie koncernów, które oferują leki znacznie
droższe, często mniej skuteczne
i o szkodliwych skutkach ubocznych. Komu tak bardzo zależy, by
nie dopuścić do obrotu taniego, nieszkodliwego, a jednocześnie bardzo
skutecznego leku? Chyba najwyższy już czas, by ktoś to chore prawo
zmienił w taki sposób, by było przyjazne cierpiącym ludziom, nie zaś
handlarzom narkotyków i wielkim
koncernom.
EWA M. (nazwisko i adres
do wiadomości redakcji)
„Jak MAMA homeopatów
reklamowała” (1)
Będzie Pan spokojnie
spał?
Szanowny Panie Mirosławie, Autorze listu z 13. numeru ANGORY!
Gratuluję bezkrytycznej wiary w koncerny farmaceutyczne – zwłaszcza
po aferze ze „świńską grypą”. Jeżeli
już ktoś „ma włączyć myślenie”, to
chyba właśnie Pan! Twierdzenie, że
firmy homeopatyczne z ich minimalną, w stosunku do korporacji farmaceutycznych, ofertą „robią kasę”,
jest zabawne. Współczesny prze-
a1664-65 listy.qxd
2010-04-09
17:00
Page 3
LUDZIE LISTY PISZĄ
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
mysł farmaceutyczny generuje zyski
porównywalne z przemysłem zbrojeniowym (na „świńskiej grypie” zarobił parę miliardów euro). Więc kto
tu ma kasę, kto jest w stanie manipulować mediami, przekupywać polityków, lekarzy, WHO i kogo wzięła
pod lupę Podkomisja Zdrowia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady
Europy?
Problem dotyczy szczepionek produkowanych przez te koncerny. Jako środek bakteriobójczy i konserwujący do szczepionek firmy te używają thimerosalu, czyli rtęci organicznej, która jest neurotoksyczna,
kardiotoksyczna, hepatoksyczna,
nefrotoksyczna, immunotoksyczna
i karcerogenna. Powoduje zaburzenia rozwojowe u dzieci, choroby
neurodegeneracyjne u dorosłych
– znajdzie to Pan w każdej publikacji
dotyczącej toksyczności rtęci. Łączy
się ją ze zjawiskiem kilkunastokrotnego wzrostu zachorowań na takie
choroby psychoneurologiczne, jak
autyzm, ADHD, upośledzenie umysłowe, padaczkę itp. Badania w Wielkiej Brytanii pokazują, że dzisiejsze
dzieci są znacząco cofnięte w rozwoju umysłowym w porównaniu z równolatkami sprzed 30 lat! W USA
na autyzm cierpi obecnie ponad
1,5 miliona dzieci i właśnie tam odkryto powiązania obecności thimerosalu w szczepionkach z autyzmem. I właśnie tam skrzętnie to odkrycie zamieciono pod dywan! A my
się właśnie na Stanach wzorujemy
w ilości i rodzaju szczepionek!
Dlaczego nie wzorujemy się
na krajach skandynawskich, które
od dawna zabroniły używania thimerosalu w szczepionkach. Ponadto
w tych krajach pierwsze szczepienia
niemowlęta otrzymują w 3. miesiącu
życia i do 18. miesiąca otrzymują ich
razem tylko 9. Czesi są równie rozsądni jak Skandynawowie. U nas
szczepi się niemowlę w ciągu
24 godzin od narodzin. W sumie
do 24. miesiąca dziecko otrzymuje
26 szczepionek! W Skandynawii
na autyzm cierpi 1:3000 dzieci, u nas
1:150 – te liczby są chyba wymowne,
nieprawdaż Panie Mirosławie? Jeżeli
chodzi o firmę Euvax, to myli Pan pojęcia. Nie chodzi o wadliwą szczepionkę w rozumieniu mało lub nieskuteczną – chodzi o szczepionkę
szkodliwą. Cytuję za Panią prof. dr
hab. Marią Dorotą Majewską, kierowniczką Katedry im. Marii Curie Komisji Europejskiej: „Bardzo poważne
zagrożenia dla życia i zdrowia noworodka stanowi szczepionka wzw. B
(szczególnie firmy Euvax), która dostarcza jednorazowo 25 ug H, co stanowi ok. 8,3 ugHg/kg wagi ciała. Ta
ilość rtęci jest 83 razy większa
od uważanej przez EPA za bezpieczną (0,1 ug Hg/kg/dzień) dla dorosłego człowieka. Jeszcze śpi Pan spokojnie czy już może nie?
Odsyłam Pana do publikacji – memorandum Pani Profesor, która
przez 25 lat pracowała w USA
na Uniwersytecie Harvarda, Uniwersytecie Missouri oraz w Narodowym
Instytucie Zdrowia i nie jest przeciwna szczepieniom, ale ich jakości i ilości.
A tak na marginesie – lekarze weterynarii twierdzą, że zwierzęta bardzo dobrze reagują na terapię lekami homeopatycznymi, a do piesków
i kotków nie można chyba zastosować stwierdzenia, że to „efekt placebo”. Zgadza się Pan ze mną, prawda? Pozdrawiam
ELKA (dane internetowe
do wiadomości redakcji)
„Jak MAMA homeopatów
reklamowała”(2)
Nie jestem histeryczną
mamą
Chciałabym się odnieść do listu
Pana Mirosława (ANGORA nr 13),
który dość mocno osądza MAMĘ, reklamującą według niego leki homeopatyczne. Ja osobiście mam dość
sceptyczne nastawienie do używania
tychże leków, ale byłam świadkiem,
gdy podtrzymano życie umierającemu chłopcu właśnie dzięki homeopatom. Fakt, że są wyjątkowo drogie, a ich skutki mimo wszystko dość
wątpliwe, ale jak wiadomo, każdy ma
prawo wyboru.
Pan Mirosław jednak odniósł się
w liście do kwestii szczepień, nazywając mamy „histerycznymi” w przypadku powikłań poszczepiennych.
Jestem 32-letnią mamą. Moja córka
na niecałe 2 latka. Jestem wykształcona zapewne bardziej niż przeciętny student, więc nie będzie Pan Mirosław w stanie zarzucić mi, iż bazuję na obserwacjach rodziców z internetu. Ale uczciwie powiem Mu, iż
z pewnością nie zaszczepię mojego
kolejnego dziecka zgodnie z typowym kalendarzem szczepień. Moja
córeczka miała 7-8 tygodni, kiedy
zaszczepiłam ją pierwszą dawką
szczepionki skojarzonej Infanerix
(zdecydowałam się na nią tylko dlatego, że przychodnia w Wieliczce
odmówiła mi zaszczepienia dziecka
szczepionkami darmowymi w odstępach 2-tygodniowych, bym mogła
zaobserwować ewentualne skutki
negatywne). Lekarka zbadała moją
córeczkę i zakwalifikowała do szczepienia, mimo moich obiekcji, że
dziecko słabo przybiera na wadze
(mała urodziła się duża, więc lekarka oceniła, że „przecież dobrze wygląda”).
Przez 3 doby po szczepieniu
dziecko dostawało dławień, sztywniało i nie łapało oddechu. Następnie
zdarzyło się to jeszcze 2 razy w odstępach dwutygodniowych. Ostatni
raz o 3 nad ranem, kiedy ledwie ją
odratowaliśmy. Udałam się do lekarki, która na moją prośbę o skierowanie do poradni szczepień w Krakowie odpowiedziała, że gdyby dziecko płakało całą dobę, to uznałaby to
jako skutek poszczepienny, a moje
obserwacje są dla niej dziwaczne.
Było dla mnie żenujące i to, iż
na skierowaniu napisała: „matce się
zdaje, że dziecko ma dławienia”.
Trafiłam na Strzelecką w Krakowie,
gdzie przebadano moje dziecko
na setną stronę i okazało się, że jest
całkowicie zdrowe, więc nie ma żadnej wady, która powodowałaby dławienia. Od tej pory Mała jest prowadzona indywidualnie i szczepiona co
półtora miesiąca. Świadomie nie
zdecydowałam się na szczepienie
na „krztusiec”, to jedyna szczepionka mogąca wywołać wiotkość mięśni.
Byłam też świadkiem skutków
ubocznych szczepionki skojarzonej
u dziecka naszych przyjaciół. Dziecko nagle stało się „autystyczne”. Rodzice musieli się nieźle napracować
i chłopczyk jest obecnie normalnie
funkcjonującym dzieckiem.
W mojej subiektywnej ocenie Polska jest do bólu lobbowana przez firmy farmaceutyczne odnośnie do ilości wymaganych szczepień dla maleńkich dzieci. I to jest skandal.
I jeszcze jedna uwaga. Półtora roku temu zdecydowałam się
na szczepienia przeciw żółtaczce
– skojarzone A+B. Wylądowałam
po nich w szpitalu z ciśnieniem
80/50. Również przebadano mnie
z każdej strony i, o dziwo, okazało
się, że jestem zdrowa. Ostatniej dawki szczepienia już nie wzięłam.
Dajmy więc prawo rodzicom wybierać. Jeżeli MAMA wierzy, że leki
homeopatyczne działają i ma na nie
pieniądze, niech płaci. Tak jak ja nie
zaszczepię mojego dziecka żadną
dodatkową szczepionką, jak rotawirusy, pneumo- czy meningokoki...
Pozdrawiam serdecznie
ANETA K.-G. (adres internetowy
do wiadomości redakcji)
Sezon na rowery
i wyobraźnię
Chciałam poruszyć problem rowerzystów – a właściwie problem dróg
rowerowych w Polsce. Sama często
jeżdżę rowerem, uwielbiam ten
sport: wiadomo, odpręża, uspokaja,
niesie zdrowie, odchudza – same zalety. Dróg rowerowych w Polsce
przybywa (powoli, ale jednak). Niestety, jazda rowerem, drogami do tego wytyczonymi, to nie tylko rekreacja. Szczerze: wolę już jechać zwykłą drogą dla samochodów. Tam nie
boję się, że kogoś potrącę – co najwyżej ktoś uszkodzi mnie. Głupie?
Wiem. Ale co roku napotykam te same problemy.
65
U nas, w Polsce, piesi traktują drogi rowerowe jako należną sobie
część chodnika. W moim mieście
jest np. w pewnym miejscu droga rowerowa po jednej stronie ulicy, a pas
dla pieszych – po drugiej. Niestety,
chodnik jest nierówny, dziurawy,
więc piesi z lubością wędrują sobie
szlakiem dla rowerów. I co z tego, że
rowerzyści mijają ich slalomem?
Droga rowerowa to wszak nie szosa
dla samochodów, można sobie pozwolić na zmianę jej przeznaczenia.
Policja, straż miejska – nikt nie zwraca na to uwagi! Kierowców łapie się
za przekroczenia prędkości, jazdę
na podwójnym gazie, ba, łapie się
i rowerzystów po jednym piwie. Tak,
bo to przestępstwo. Tylko nikt nie pilnuje, przepraszam za wyrażenie,
idiotów, którzy urządzają sobie spacery po drogach rowerowych.
Po co autoradary, patrole czające
się po krzakach w lesie, byle złapać
pirata, co to przekroczy prędkość
o 20 km/godz. Wystarczy, że jeden
patrol postoi przez dwie godziny
na drodze rowerowej – i już. Pomijając aspekt wychowawczy: jakaż korzyść dla budżetu!
A poważnie: wystarczyłaby sama
obecność stróżów prawa kilka razy
w tygodniu – po godzinie, bez karania, bez mandatów – a bezpieczeństwo wzrośnie, bo uświadomi tym,
którzy traktują drogi rowerowe jak
spacerniaki, że jednak coś jest
na rzeczy, że może nie powinni... Nikt
nie myśli, co będzie, kiedy rozpędzony rower wpadnie na tych dostojnych
spacerowiczów... Włos jeży się
na głowie, jakie sytuacje zdarzają się
podczas tych, teoretycznie rekreacyjnych, przejażdżek rowerowych (...).
Drodzy Państwo, zastanówcie się,
co robicie, wychodząc na spacer lub
wyprowadzając dzieci albo psy
na trasy rowerowe. To naprawdę nie
jest miejsce do spacerów. Zadziwiające jest, że policja nigdy nie zwraca
uwagi na takich ludzi, ewidentnie łamiących przepisy, co może czyniłaby
w przypadku spacerujących po drogach samochodowych. Co powiedzieliby matce pchającej wózek
na drodze samochodowej? Że jest
normalna? A przecież skutki uderzenia roweru w człowieka, a zwłaszcza
w dziecko! – zresztą, w każde stworzenie – są straszne. Policja, taka
chętna do dbania o nasze bezpieczeństwo, jakoś w ogóle nie dostrzega problemu. A proszę wierzyć: problem jest. Właśnie otwieramy sezon.
MONIKA BOWKUN, Lubin
Kolumny opracowała:
BOGDA MADEJ-WŁODKOWSKA
Poglądy i opinie wyrażane w listach
Czytelników nie zawsze są zgodne z poglądami redakcji. Ze względu na ograniczoną ilość miejsca prosimy Czytelników
o zwięzłe wypowiedzi (1-1,5 kartki).
Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów.
A1666-67 KRZYZ WKI_1.qxd
2010-04-09
15:15
66
Page 2
TYLKO DLA ORŁÓW
„Oczko niżej od strachu”
Krzyżówka z przymrużeniem oka nr 16
Nagroda: MASAŻER AKUMULATOROWY
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Czy krzyżówkę łatwo rozwiązać, czy raczej trudno?
Zaznaczamy stopień trudności. Zobacz oznaczenia.
Spróbuj swoich sił – rozwiąż. Zapraszamy do zabawy!
łatwa
bardzo trudna
średnio trudna
arcytrudna
trudna
POZIOMO:
A6 patyki z „czuprynkami”
A17 szefuje hordzie w kierpcach
B1 lepiej ją stawiać, niż w nią wpadać
B11 wyjątkowo wiekowy hutniczy piec
C6 małoletnie niezłe ziółka
D1 bunt w zaścianku zrodzony
D17 Sowizdrzałowe imię z drąga
E6 poddany jego wysokości Montezumy
E12 dresy i krynoliny w jednym słowie
F17 ośli wzorek z maczków?
G1 dar porywania za sobą tłumów
G10 staje między petentem a referentem
H15 nie swój dom prowadzi jak swój
I1 trzyma się „spódnicy” klępy
I8 oczko niżej od strachu
J13 ewentualnie, lecz dużo krócej
K7 Kołodziej ukoronowany
L1 zorganizowane spotkanie junaków
L12 najpiękniejsze naczynia?
Ł7 tego korka korkociąg nie usunie
M12 krokietowy wsad
N1 krewni i znajomi Pchły Szachrajki
O8 jego dom jest jego fabryką
PIONOWO:
1F spadek intensywności uczuć
według meteorologa
2A prawie cztery litery... na liberii
3F biegłość absolutnie doskonała
4A but wykonany dłutkiem
4M kawa z mlekiem w barw palecie
5I przekręt pod lupą CBA
6A cisza między słówkami
7E czas wysypu bałwanów
7J łez lanie aż po omdlewanie
9A albo „my”, albo „nikt”
9H pan wszystkojadek
11A zakompleksiony mąż i syn w jednym
11F jaki on, taki plon
13A „osiedle” pełne ludzi – a bez życia
14I ochrona żółwiego brzucha
15A badacz cudzych kulfonów
16H zawsze o krok przed przyjemnością
17A od Żyda stare kupi, Żydowi stare
sprzeda
19A numizmatyczna rzeczywistość?
20E przychodzi... podobno na wszystko
21A tak z czeskim rodowodem
22D wagonowa kategoria
Grażyna Anczewska
(L-12, Ł-16, B-11, G-4, D-18) (L-1, B-9, K-16, J-7, L-1, Ł-1) (E-16, Ł-1, J-7, Ł-14)
(J-7, L-1, N-9, L-1, A-7, A-22, C-2, L-16, K-16, D-18)
Rozwiązanie krzyżówki nr 13: Tylko doskonały rozum czyni człowieka szczęśliwym.
Rozwiązanie diagramu nr 13. Poziomo: skunks, potęga, kipisz, odprawa, potraw,
patyna, iwa, stryj, studio, reguła, dokument, wiersz, Eskimosi, hazard, kolba, smar,
licho, zaciski, szept, tragi, brzeg, inwazja, parafraza. Pionowo: odchudzanie, siwak,
skrzypce, kirys, żal, rdest, szpas, tona, klitka, narcyz, kolczatka, sowa, Hiob,
apretura, śmieszka, zanadrze, strategia, paciorek, tuba, sumo, gęś, kłaki.
„Z diabelskiego mąki nie będzie”
Jolka nr 216
Nagroda: NAWILŻACZ KASKADOWY
(Seneka Młodszy)
Wpłynęły: 1394 prawidłowe rozwiązania na kartkach pocztowych.
250 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, RADIO Z ORYGINALNYM BUDZIKIEM, wylosowała p. Krystyna Kidziak
z Polanicy-Zdroju, ALBUM „ŚWIAT BIBLIJNY” p. Ewa Zielona z Pudliszek.
Znaczenia wyrazów (w zmienionej
kolejności):
stolica Peru
tkanina na wsypy
roślina nazywana fuksją
księżniczka czeska, żona Mieszka I
dokonuje oceny powieści bądź sztuki
skafander ze skór karibu
ogrodniczki, ale nie w ogrodzie
wchodzi w skład Trójmiasta
z diabelskiego mąki nie będzie
marka polskich autobusów
jeden z tych, co poszły w las
rzadki grzyb jadalny spotykany
w wykwintnych kuchniach
w dusznym można powiesić siekierę
buty z wysoką cholewką
wszedł na salony, choć nie był
proszony
damski strój plażowy
lider zespołu U2
substancja do powlekania
obrazów olejnych
żyłka w liściu
Cameron..., amerykańska aktorka
(„Sekrety”)
imituje skórę
statek przetwórnia
biblijny amator soczewicy
skrzynie
myśliwy beocki przeniesiony
między gwiazdy
utwór w tempie powolniejszym
niż presto
jej poskromienie opisał Szekspir
doradca króla Priama
przygrywał w nim taper
nonsens
przędza syntetyczna o dużej
puszystości
gruby, ociosany pień drzewa
łuk rzeki
skandynawskie duszki leśne
nie grzeszy nią brzydula
drapieżniki z rodziny delfinów
żyjące w Pacyfiku
pas tkaniny okręcany przez żołnierzy
poniżej kolan
jedyna rzeka wypływająca z Bajkału
W rozwiązaniu należy podać wyrazy
rozpoczynające się literą P.
Adam Sumera
Rozwiązanie jolki nr 213: egzotyk, elew
Wpłynęło: 696 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych.
72 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, MASAŻER ANTYCELLULITOWY Z PODGRZEWANIEM, wylosowała p. Ewa
Gorczyńska z Oleśnicy.
A1666-67 KRZYZ WKI_1.qxd
2010-04-09
15:15
Page 3
67
TYLKO DLA ORŁÓW
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
„Brat Lecha”
Krzyżówka z hasłem nr 116
Nagroda: MATA DO MASAŻU WIBRACYJNEGO
„17 pionowo plus 10 pionowo”
Plus minus nr 316
Nagroda: KALKULATOR I KSIĄŻKA
1
2
4
3
6
8
5
7
9
10
11
12
13
14
15
17
19
16
18
20
21
POZIOMO:
1. 8 poziomo plus 10 poziomo
3. (18 pionowo minus
19 poziomo) razy 2,4
4. 1 poziomo minus
15 poziomo
4
6. 16 razy 16 razy 16
8. 11 pionowo plus 6 poziomo
10. (2 pionowo minus
10 pionowo) razy 11
12. 7 pionowo razy 3
13. 12 poziomo podzielić
przez 6 poziomo
15. 6 poziomo plus
10 pionowo
17. 5 pionowo plus 9 pionowo
19. (20 poziomo plus
16 pionowo) razy 0,5
20. 5 pionowo plus 8 pionowo
21. (14 pionowo minus
18 pionowo) razy 2
PIONOWO:
1. 8 poziomo plus 13 poziomo
2. 1 pionowo minus
15 poziomo
3. 17 poziomo plus
11 pionowo
5. 4 poziomo podzielić przez 3
7. 9 pionowo razy 6 poziomo
8. 3 pionowo minus
21 poziomo
9. 6 poziomo razy 1,25
10. 13 poziomo razy 0,84375
11. 15 poziomo minus
9 pionowo
14. 16 pionowo plus
15 poziomo
16. 1 pionowo minus
3 pionowo
17. 14 pionowo minus
10 poziomo
18. 17 pionowo plus
10 pionowo
W rozwiązaniu prosimy podać numer krzyżówki oraz liczbę
„trójek” występujących w diagramie.
rk
Aby przesłać hasło krzyżówki, trzeba napisać SMS o treści: KRANG.XXX.HASŁO KRZYŻÓWKI. (W miejsce XXX wpisujemy numer
krzyżówki. Uwaga, stosować tylko litery, cyfry i kropki. Wielkość liter nie ma znaczenia). Dla przykładu: jeżeli hasłem krzyżówki jest
„Wesołych świąt”, a numer krzyżówki 37, to SMS będzie wyglądał następująco – KRANG.37.WESOLYCH SWIAT. SMS-y należy
wysyłać pod numer 72037 (płatny 2 PLN+VAT). Odpowiedzi przyjmujemy do 27 kwietnia 2010 r.
Wśród osób, które nadeślą rozwiązania SMS-em, dodatkowo rozlosujemy
TYGODNIOWE WCZASY W POLSCE DLA DWÓCH OSÓB.
Dodatkową nagrodę, TYGODNIOWE WCZASY W POLSCE, za rozwiązanie nadesłane SMS-em,
wylosowała p. Karolina Janiak z Wielunia.
Nagrody rzeczowe wysyłamy pocztą w terminie miesiąca. Przesyłkę opłaca redakcja. Zgodnie z obowiązującymi przepisami nagrody są
obciążone 10-procentowym podatkiem. Wylosowane nagrody nie podlegają zamianie na równowartość w gotówce.
Nagrodą kwietnia jest CYFROWY
APARAT FOTOGRAFICZNY.
Życzymy szczęścia w losowaniu!
3
Wysyłając rozwiązanie SMS-em, wygrasz więcej! Możesz zwielokrotnić szansę wygranej, wysyłając więcej
niż jeden SMS. Informację, że zostałeś zwycięzcą, otrzymasz wyłącznie SMS-em. W treści SMS-a
znajdziesz numer telefonu, pod który należy zadzwonić w ciągu godziny.
Aby wziąć udział w jej losowaniu, należy zgromadzić 4 kolejne kupony, które zamieszczamy
poniżej. Należy je wyciąć i nadesłać do redakcji do 4 maja 2010 roku wraz z rozwiązaniem dowolnej
krzyżówki. UWAGA!!! Można też przesłać (do 4 maja) rozwiązanie
SMS-em. W tym celu należy pod numer 73550 (koszt 3 zł+VAT)
wysłać SMS z hasłem, na które złożą się cztery litery zamieszczone kolejno w 4 numerach ANGORY, o treści:
KRANG.614.hasło
kw
iet
nia
Rozwiązania krzyżówek – same hasła – prosimy nadsyłać na kartkach pocztowych do 27 kwietnia 2010 r. pod adresem:
Tygodnik ANGORA, 90-103 Łódź, ul. Piotrkowska 94. Rozwiązania krzyżówek można nadsyłać również SMS-em. Wśród
osób, które nadeślą prawidłowe rozwiązania krzyżówek, rozlosujemy nagrody, które prześlemy pocztą.
(Nagrody rzeczowe wysyłamy pocztą w terminie jednego miesiąca od ich ogłoszenia).
Nagroda miesiąca
nr 614
Na
gr
od
a
Rozwiązanie krzyżówki numer 113: DRŻY JAK SKÓRA NA PSIE
Wpłynęło: 1737 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
368 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrody, ZESTAWY KOSMETYKÓW FIRMY BIELENDA, wylosowały panie: Mariola Rzadkiewicz z miejscowości Drużyn, Jadwiga Jarzyna z Aleksandrowa Łódzkiego i Jadwiga Eckert z Babimostu.
hak
Uwaga: cyfra „0” nie stoi na początku żadnej liczby.
Rozwiązanie krzyżówki nr 313: Liczba ósemek: 4.
Wpłynęło: 367 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
30 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
Nagrodę, KALKULATOR I KSIĄŻKĘ, wylosowała p. Teresa
Szuba z Kędzierzyna-Koźla.
trzecia litera hasła: J
a1668 krzyzowki_2.qxd
2010-04-09
17:33
Page 2
68
NIE TYLKO DLA ORŁÓW
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Sudoku Zadanie nr 516
Nagroda: ENCYKLOPEDIA JEDNOTOMOWA PWN
Sudoku to proste i przyjazne puzzle. W grze obowiązuje tylko jedna prosta zasada: uzupełnić puste pola diagramu w taki sposób, aby
każdy wiersz, każda kolumna oraz każdy kwadrat 3x3 zawierał wszystkie cyfry od 1 do 9.
Aby wziąć udział w losowaniu nagrody, wystarczy przepisać na kartkę
pocztową pierwszy od góry wiersz z rozwiązanego diagramu wraz z numerem zadania, umieścić swoje dane osobowe i wysłać (można również
SMS-em, np. KRANG.547/01.rozwiązanie) pod adresem redakcji z dopiskiem „Sudoku”. Rozwiązanie dwóch zadań zwiększy szansę na wygraną.
Rozwiązanie sudoku numer 513:
513/01 3 1 2 8 6 7 5 4 9 513/02 4 8 5 9 3 7 6 2 1
Wpłynęło: 700 prawidłowych rozwiązań na kartkach
pocztowych
47 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
NAGRODĘ, ALBUM „ILUSTROWANA HISTORIA MILITARNA
ŚWIATA”, wylosował p. Janusz Ryś z Częstochowy.
rk
Sudoku można też rozwiązywać w komórce!
Jeśli Twój telefon obsługuje programy Java*, wystarczy wysłać SMS o treści ASDK pod numer 71037, a następnie postępować zgodnie z otrzymywanymi instrukcjami. Koszt jednego
2
6
8
4
1
4
8
3
7
1
3
8
6
5
2
6
1
5
8
1
9
2
3
5
6
7
8
3
8
7
2
3
3
4
5
6
5
2
4
1
7
2
3
5
3
5
7
7
1
4
9
8
6
6
9
8
8
Zadanie nr 516/01
1
Zadanie nr 516/02
SMS-a wynosi 1 zł + VAT. Podając wraz z pierwszym przesyłanym rozwiązaniem swoje imię lub pseudonim, zostaniesz automatycznie umieszczony na liście graczy i będziesz mógł sprawdzać swoją pozycję na liście rankingowej.
Szczegóły: http://www.angora.com.pl/sudoku/
* Wykaz obecnie obsługiwanych telefonów: Nokia: Series 60,
Series 40 (ekran 128x128), Series 30 color (ekran 96x65), 3410,
6310i; Siemens: S55(i), C60, MC60, M55, SL55, M(T)50, C55,
C65, CX65, M65, S65, CX70; Motorola: T720(i), T722i,V300,
V500, V525, V600; Sony Ericsson: T610, T630, K700i.
Logiczna układanka
Krzyżówka nr 416
NAGRODA KSIĄŻKOWA
Aby rozwiązać naszą logiczną układankę, należy zaczernić odpowiednie
pola diagramu, w myśl reguł zakodowanych ciągiem cyfr umieszczonych
z jego boku. I tak: przykładowy szereg cyfr „2, 4, 3, 5” w pionie oznacza, że
w odpowiedniej kolumnie należy kolejno zaczernić ciąg – dwóch, czterech, trzech i pięciu pól
(analogicznie postępujemy w wierszach). Oczywiście, liczba zaczernionych pól musi się nam
zgadzać w „pionie i w poziomie”. Utworzony
w ten sposób rysunek stanowi rozwiązanie łamigłówki. Do redakcji wystarczy przesłać nazwę
obrazka.
Rozwiązanie krzyżówki nr 413: szafa
Wpłynęło: 185 prawidłowych rozwiązań na kartkach pocztowych
37 odpowiedzi nadesłano SMS-em.
NAGRODĘ KSIĄŻKOWĄ wylosowała p. Karolina Magda z Gliwic.
Piotr Jeleniewicz
Starszy sierżant, oficer prasowy
komendanta miejskiego w Płocku
Wysyłam kupony,
kiedy kumulacja sięga 10 milionów. Jednak wiem, że na
pewno nie trafię
szóstki. Mój pech
w grach liczbowych
jest zastanawiający.
Bayern Monachium
jest pewnikiem w zakładach sportowych, ale nie wtedy, kiedy ja obstawiam. Zatem podaję liczby,
które proponuję czytelnikom nie skreślać:
1, 4, 5, 7, 11, 28.
rk
LOTTO w Twojej komórce
Jeśli chcesz dostawać wyniki 30 kolejnych losowań
– wyślij SMS o treści:
a glotto
– wyniki Lotto
a gmini
– wyniki Mini Lotto
a gmulti
– wyniki Multi Multi
pod numer 79550. Po wysłaniu SMS-a przez 30 kolejnych losowań będziesz otrzymywać wyniki.
Chcesz otrzymać wyniki ostatniego losowania?
– wyślij SMS o treści według opisu umieszczonego wyżej
pod numer 71037.
Jeśli chcesz otrzymać wynik najbliższego losowania, wyślij SMS o treści:
a g x lotto
– najbliższe losowanie Lotto*
a g x mini
– najbliższe losowanie Mini Lotto*
a g xmulti
– najbliższe losowanie Multi Multi*
xmulti
pod numer: 71037
*wyniki zakładów zostaną wysłane tuż po losowaniu.
Notowała i fot.: A. Pacho
Opłata za SMS wysłany pod numer 71037 wynosi: 1 zł + VAT, pod numer
79550: 9 zł + VAT.
a1669-73 Peryskop.qxd
2010-04-10
21:28
Page 1
PERYSKOP
Nr 16. Rok X
PRZEGLĄD
PRASY
ŚWIATOWEJ
18 kwietnia 2010 r.
Polityczna katastrofa
Rosja
Polska
10.04.2010
Rosja straciła jednego ze swoich
najostrzejszych krytyków. W związku z katastrofą pod Smoleńskiem
w Polsce ogłoszono siedmiodniową żałobę narodową. Ekspert „Gazety.ru” uważa, że śmierć Kaczyńskiego i jego współpracowników
przekształci się w „burzę dla polskiego życia politycznego”.
W sobotę rano na przedmieściach
Pieczerska w obwodzie smoleńskim
rozbił się samolot Tu-154, w którym
znajdował się prezydent Polski Lech
Kaczyński, jego małżonka Maria oraz
wielu znaczących przedstawicieli
państwa.
Lech Kaczyński był oczekiwany
w Smoleńsku z wizytą prywatną. Razem z nim oprócz wysokich urzędników mieli przyjechać przedstawiciele
społecznej organizacji „Rodziny Katyńskie”, grupującej dzieci i wnuki
polskich oficerów rozstrzelanych
z rozkazu Józefa Stalina w uroczysku
Kozie Góry we wsi Katyń w 1940 roku. Wybrali się do Katynia
specjalnym pociągiem.
Kaczyński i członkowie jego delegacji mieli odwiedzić cmentarz Katyński, gdzie zbudowano pierwszy międzynarodowy memoriał poświęcony
ofiarom represji politycznych. Dzień
wcześniej w Katyniu spotkali się rosyjski premier Władimir Putin i polski
premier Donald Tusk – główny polityczny oponent Kaczyńskiego. Polskiego prezydenta nie zaproszono na
żałobne uroczystości, Putin szczególnie zaznaczył, że zaproszenie właśnie
Tuska było rosyjską inicjatywą, doniosła „Rosijskaja Gazieta”.
Stosunki między Kaczyńskim i rosyjskimi władzami nigdy nie były ciepłe, a chwilami stawały się nawet
wrogie. Prawdopodobnie właśnie
dlatego w Katyniu spotykali się Putin
i Tusk, a nie prezydent Dmitrij Miedwiediew i Kaczyński.
Tragiczną ironię losu, która sprawiła, że Kaczyński i duża część elity
kraju zginęli w pobliżu Katynia, zauważył przewodniczący Komitetu ds.
Fot. PAP/EPA
Międzynarodowych Dumy Państwowej Konstantin Kosaczew: – To tragedia. To szok. Tego po prostu nie można ogarnąć rozumem. Szczególnie
tragiczne jest, że zdarzyło się to
z ludźmi, którzy lecieli na żałobną ceremonię do Katynia. Katyń znowu
zbiera ofiary – oświadczył polityk.
Kaczyński wygrał prezydenckie wybory w Polsce w październiku 2005
roku. Stanowisko objął w grudniu tego samego roku. Partia Prawo i Sprawiedliwość, którą on i jego brat bliźniak Jarosław założyli w 2001 roku,
miała wtedy większość miejsc w parlamencie. Kaczyński z niedużą przewagą pokonał w drugiej turze Donalda Tuska, lidera partii Platforma Obywatelska. W następnym roku lider
Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński został wyznaczony na premiera Polski, chociaż wcześniej
oświadczał, że nie zajmie tego stanowiska, jeśli prezydenckie wybory
wygra jego brat.
Kaczyńscy rządzili Polską dwa lata,
chociaż takie rozwiązanie było powszechnie krytykowane. Lech Kaczyński natychmiast objawił się jako
polityk proamerykański i antyrosyjski.
On prowadził z USA negocjacje
o rozmieszczeniu na terenie Polski
elementów amerykańskiego systemu
obrony przeciwrakietowej, przeciwko
czemu kategorycznie protestowała
Rosja, na dwa lata zablokował zawarcie nowej umowy między Rosją i UE,
a także wspierał nieprzyjaznych Moskwie liderów Ukrainy i Gruzji – Wiktora Juszczenkę i Michaiła Saakaszwilego. Rosja natomiast w 2005 roku
zablokowała dostawy polskiego mięsa. Polacy jednak nie docenili takiej
polityki – w 2007 roku Prawo i Sprawiedliwość przegrało przedterminowe wybory parlamentarne z Platformą Obywatelską Tuska, a od momentu wyborów popularność Kaczyńskiego spadła do rekordowo niskiego poziomu 29%. Wkrótce po
wyborach Tusk został nowym premierem i natychmiast ogłosił konieczność normalizacji stosunków
z Rosją.
W 2008 roku, kiedy Kaczyński poleciał do Gruzji wesprzeć Saakaszwilego podczas konfliktu z Rosją, Tusk
skrytykował działania polskiego prezydenta. U polskiego premiera nie
znalazła zrozumienia inicjatywa Kaczyńskiego wprowadzenia sankcji
w stosunku do Rosji ze strony UE po
uznaniu niepodległości Osetii Południowej i Gruzji. Podczas spotkania
z Putinem w Katyniu Tusk wyraził
pewność, że „Rosjanie i Polacy pragną najlepszych stosunków”. Kolejne
prezydenckie wybory w Polsce powinny się odbyć w tym roku. Teraz,
70 PRZEGLĄD TYGODNIA
Pełna fałszu, złej
woli oraz niekompetencji – oto najkrótsza
recenzja odpowiedzi
Rosji w sprawie skargi
katyńskiej złożonej w Europejskim
Trybunale Praw Człowieka. Dla Rosjan nie ma mordu czy zbrodni, jest
„sprawa” lub „zdarzenie katyńskie”.
Łżą, że nie wiadomo, na jakiej podstawie prawnej zostali rozstrzelani
polscy oficerowie. Nie ujawnią zaś
archiwaliów, kierując się ochroną interesów współczesnej Rosji! To tak
a` propos złudzeń o „przełomie”
w stosunkach polsko-rosyjskich.
Chcą nas złamać i tyle.
Ostry atak na nową strategię nuklearną USA prezydenta Obamy
przypuścił „Washington Post”. Charles Krauthammer nazwał ją wręcz
„wariacką”. Pod buty wziął zwłaszcza zapis, że USA nie zaatakują bronią atomową krajów, które podpisały
traktat o jej nierozprzestrzenianiu.
– Wyobraźcie sobie scenariusz: setki
tysięcy zabitych leżą na ulicach Bostonu po ataku z użyciem wąglika lub
gazu paraliżującego. Prezydent zwołuje prawników, by określili, czy kraj
atakujący przestrzega NPT. Jeśli okaże się, że napastnik jest na bieżąco
z ostatnimi inspekcjami, jest chroniony przed nuklearnym odwetem – szydził. Strzelając w dziesiątkę.
Polski gaz z łupków może zagrozić Gazpromowi – zamartwił się
dziennik „Kommiersant”. Zasoby gazu w Polsce mogą wynosić 1,36 bln
metrów sześciennych.
Analityk rynku gazowego Michaił
Krutichin prognozuje, że jeśli dojdzie do wydobycia naszych zasobów, to Gazprom może szybko stracić swoją pozycję w Europie. A wtedy rodacy będą śpiewać na imprezach: – Za Katyń, za Grodno, za Wilno i Lwów.
Spiskowa koncepcja historii
opanowała Pałac Elizejski – siedzibę
prezydenta żabiego imperium. Sarkozy podejrzewa, że plotki o jego
i żoninych pozamałżeńskich przygodach erotycznych z zazdrości rozpowszechniała w sieci była minister
sprawiedliwości Rachida Dati. Prezydent nie zawraca sobie głowy jakimś
durnym domniemaniem niewinności
i już pokarał Dati pozbawieniem
przywilejów, m.in. limuzyny z szoferem.
– Fizyczne nadużycie seksualne
wobec uczniów w szkołach jest sto
razy większe niż nadużycia księży
– stwierdziła Charol Shakeshaft, odpowiedzialna za przemilczany raport
amerykańskiego
Departamentu
Edukacji z 2004 roku. Na dane z tego dokumentu powołał się wybitny
intelektualista George Weigel, którego zdaniem, media – stosując retorykę „obrońców dzieci” – faktycznie
skupiają się jedynie na szkodzeniu
Kościołowi.
BOHDAN MELKA
a1669-73 Peryskop.qxd
2010-04-10
21:28
70
Page 2
KATYŃ 2010
Polityczna...
69
oczywiście, kampania będzie przyspieszona.
Zgodnie z konstytucją, data wyborów prezydenta na wypadek śmierci
aktualnej głowy państwa powinna
być wyznaczona w ciągu 14 dni. Wybory powinny odbyć się nie później,
niż 60 dni po śmierci prezydenta.
Podczas tej kampanii prezydenckiej być może znów zderzą się Tusk
i przedstawiciel rodziny Kaczyńskich
– tym razem brat tragicznie zmarłego
prezydenta, Jarosław. Według naczelnego redaktora czasopisma „Rosja w Globalnej Polityce” Fiodora Łukianowa, śmierć Lecha Kaczyńskiego może spowodować wybuch sympatii w Polsce do partii Kaczyńskich.
Obowiązki prezydenta Polski, według konstytucji, w podobnych wypadkach pełni marszałek Sejmu. Ma
prawo podejmować decyzje jak głowa państwa, ale nie może rozwiązać
Sejmu. Teraz marszałkiem jest Bronisław Komorowski. Został już wyznaczony na p.o. prezydenta.
W Polsce na pałacu prezydenckim
opuszczono flagi, została ogłoszona
siedmiodniowa żałoba narodowa.
Premier Tusk, według przedstawiciela polskiego MSZ, płakał, kiedy dowiedział się o katastrofie.
Swoje współczucie narodowi polskiemu wyraził prezydent Dmitrij Miedwiediew, który później wystąpił ze
specjalnym orędziem, i premier Władimir Putin. – W tym strasznym dniu naród Rosji jest z polskim narodem – powiedział Miedwiediew podczas telefonicznej rozmowy z Tuskiem. Omawiając wydarzenia z Putinem, Miedwiediew nazwał dzisiejszą katastrofę lotniczą „straszną, bezprecedensową tragedią”. – Nic podobnego nigdy się nie
zdarzyło – zgodził się Putin.
Śmierć prezydenta
wstrząśnie polskim życiem politycznym, uważa Łukianow. – Razem
z Kaczyńskim do Smoleńska leciało
wielu posłów jego partii Prawo i Sprawiedliwość. Ich śmierć zmienia cały
polityczny krajobraz. W tym roku i tak
miały się odbyć wybory prezydenckie. Kaczyński brał pod uwagę wzięcie w nich udziału, choć bez większego prawdopodobieństwa wygranej
– twierdzi ekspert.
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Nie jest wykluczona ponowna
komplikacja stosunków między Rosją i Polską po dzisiejszej tragedii.
Śmierć Kaczyńskiego, ostrego krytyka rosyjskiej polityki zagranicznej,
nieuchronnie wywoła podejrzenia
najbardziej radykalnej części jego
konserwatywnego elektoratu, uważa
Łukianow. – Znajdą się ludzie, którzy
powiedzą: to Rosjanie wszystko urządzili. Ekspert uprzedza, że tylko absolutnie jawne śledztwo w sprawie
katastrofy, przeprowadzone przez rosyjskie władze, może przeciąć te insynuacje.
Prezydent Miedwiediew już dał zielone światło do pełnego i skrupulat-
J. Rolke-Forum
© Gazeta.ru
– Byliśmy na miejscu tuż po tej katastrofie. Jechaliśmy przez Smoleńsk pod prąd z telewizyjną plakietką i milicja bez problemu nas przepuszczała. Podjechaliśmy jakieś 300 metrów pod lotnisko. Rozmawialiśmy z bezpośrednimi świadkami. Opowiadali, że polski samolot czterokrotnie okrążał lotnisko, leciał bardzo nisko i był przechylony na jedną
stronę. Po uderzeniu w drzewa i antenę systemu nawigacyjnego zapalił się. Trzeba przyznać, że Rosjanie natychmiast podjęli akcję ratowniczą. Już po 2, 3 minutach były wozy strażackie i pełno karetek pogotowia. Najbardziej jednak przykry dla nas widok był w kilka godzin po wypadku, kiedy na lotnisko zaczęły wjeżdżać ciężarówki z trumnami. Było
ich osiem.
Gibraltar w Smoleńsku
mówiono, że należy ją zastąpić nowszą, bezpieczniejszą, jest bardziej
podejrzaną od pilota. Tupolew, najszybszy bombowiec świata, już swoje wylatał i nie tak miał kończyć.
Skutki katastrofy to już nie Tupolewa
wina. Tu zawiniły buta i głupota logistycznego zaplecza podróży, czyli
cechy ludzkie. Prezydent zabrał na
pokład szefa sztabu generalnego
i dowódców trzech rodzajów sił
zbrojnych, a także dowódcę sił specjalnych oraz szefa BBN. Po co lecieli, jeśli w Katyniu nie czekał na
nich nikt z protokolarnych odpowiedników? Owszem, wybrali się,
żeby oddać hołd pomordowanym
70 lat temu kolegom. Ale wszyscy na
jednym pokładzie? Przecież często
rodzice, zostawiwszy na ziemi dziecko pod opieką, wybierają się w podróż, jeśli muszą lecieć, różnymi samolotami, żeby w razie czego dziecko nie zostało sierotą.
Pamiętamy już, że ten sam albo taki sam Tupolew wiózł do Gruzji pięciu
prezydentów Europy Środkowej
i Wschodniej. Co by było, gdyby Tupolew zepsuł się nie teraz, a wtedy?
A wtedy miał dodatkową szansę, żeby na czarno wpisać się do annałów
lotnictwa. Miał lądować w Tbilisi, ale
kapitan odmówił. Otrzymał od
zwierzchnika rozkaz, aby mimo to lą-
SWIETŁANA BOCZAROWA
ALEKSANDR ARTEMIEW
Rafał Poniatowski, dziennikarz TVN 24:
Krzysztof Mroziewicz dla Czytelników PERYSKOPU
W katastrofie lotniczej, w drodze
do Katynia, zginął Prezydent RP. Odbiera się taką wiadomość na stojąco, po czym następuje minuta zadumy. Każdy, nawet najlepszy polityk
jest za życia krytykowany. De mortuis aut nihil aut bene.
Z prezydentem Lechem Kaczyńskim zginęła elita polskiego państwa. Tragedia trudna nie tylko do
opisania, ale i do pojęcia. Przypomina się dramat generała Sikorskiego,
ale wtedy przeżył pilot, Eduard
Prchal, którego potem oskarżano
o udział w spisku. Przypomina się
dramat premiera Millera. Ale wtedy
przeżyli wszyscy. Z pasażerów prezydenckiego Tupolewa, dopiero co
serwisowanego, nie ocalał nikt. Jest
to ciężki samolot, który ląduje
z prędkością ok. 300 km na godzinę.
Zderzenie z ptakiem lub byle gałązką powoduje przy takiej masie
i prędkości koniec samolotu, pasażerów i załogi. Wypadki lotnicze mają to do siebie, że zawinił albo człowiek, albo zawiniła maszyna. Pogody nie ma co winić. W złą pogodę
wieża kontrolna nie zezwala ani na
start, ani tym bardziej na lądowanie.
Jak mówią jachtowi kapitanowie żeglugi wielkiej, żeglarze samotnicy
– człowiek psuje się na końcu. Zatem maszyna, o której od dawna
nego wyjaśnienia tragedii i zalecił jak
najściślejsze współdziałanie z polską
stroną. MSZ Rosji oświadczyło, że
„rosyjska strona znajduje się w ścisłym kontakcie z polskimi odpowiednikami”. – Jesteśmy gotowi przekazać całą istniejącą niezbędną informację, konieczną do przeprowadzenia przez polskich specjalistów śledztwa dotyczącego katastrofy samolotu
prezydenta Polski – oświadczył
dziennikarzom przedstawiciel resortu. (ab)
dować na zdewastowanym lotnisku.
Odmówił, wylądował w Baku. Zagrożono mu zwolnieniem. Nie wiemy,
czy dialog dowódcy samolotu ze
zwierzchnikiem nie powtórzył się
i tym razem. Pogoda w Smoleńsku
była zła. Wieża kontrolna odegnała
samolot z rosyjskimi oficerami ochrony, którzy mieli chronić prezydenta
Kaczyńskiego. Pamiętam podobną sytuację, kiedy na pogrzeb Andrierja Sacharowa leciał rządowym Jakiem-40
Lech Wałęsa. W Moskwie po mrozie
i odwilży płyta lotniska była w takim
stanie, że zakazano lądowania. Wieża skierowała samolot Wałęsy do
Leningradu. Wtedy kapitan powiedział, że wyląduje w Moskwie na
własną odpowiedzialność. Kontrolerzy uznali go za niespełna rozumu.
„A co będzie, jeśli cokolwiek się stanie? Przecież świat nie uwierzy, że to
nie nasza wina”. I Wałęsa poleciał do
Leningradu.
O tym, kto ma lecieć do Katynia
i kiedy, trwały zarówno dyskusje między kancelariami prezydenta i premiera, jak i między mediami. Gospodarzem uroczystości był premier Putin.
Dla prezydenta Miedwiediewa przewidziano udział w uroczystości podpisania układu START o redukcji głowic
nuklearnych. Zrozumiałe jest, że prezydent Kaczyński pragnął uczestni-
czyć w obchodach rocznicy katyńskiej, ale trzeba było znaleźć poprawne rozwiązanie protokolarne, a przy
szukaniu tego rozwiązania popełniono szkolne błędy. Szkolnym błędem
było też zgromadzenie na pokładzie
tak wielu osobistości ważnych dla
funkcjonowania państwa. Dla Rosji
nie może być gorszego zbiegu okoliczności, jak katastrofa i śmierć prezydenta Polski w drodze do Katynia, na
jej terytorium, w samolocie jej produkcji. Okoliczności tej katastrofy nikt
w Polsce nie zapomni. Dlatego strona
rosyjska powołała komisje do zbadania przyczyn katastrofy, zanim jeszcze
zabrał się do tego rząd polski. Nie dziwota, że do Smoleńska udali się premierzy Putin i Tusk, którzy dopiero co
widzieli się w Katyniu. Czy premier
Tusk poleciał tupolewem-dublerem,
czy może wreszcie powzięto decyzję
o sprzedaży tego samolotu (kto go
kupi?) i czy wreszcie skończy się dyskusja o tym, czym zastąpić dwa wysłużone (teraz już tylko jeden) samoloty i co kupić na ich miejsce. Pamiętam, że kilka lat temu padł argument,
że zdecydujemy się na nowsze maszyny dopiero wtedy, kiedy ktoś
z władz zginie w jednej ze starszych. I stało się. Może będzie to przestrogą dla urzędników – część z nich
zginęła – obydwu kancelarii, którzy
wyszarpywali sobie samolot VVIP
z rąk niemal przy każdej zagranicznej
wizycie państwowej.
KRZYSZTOF MROZIEWICZ
komentator „Polityki”
a1669-73 Peryskop.qxd
2010-04-10
21:28
Page 3
71
KATYŃ 2010
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Echa tragedii w Smoleńsku
Austria
Prezydent Heinz Fischer: – Jestem do głębi wstrząśnięty.
W jego oświadczeniu przypomniano, że austriacki prezydent wielokrotnie spotykał się z Lechem Kaczyńskim. Do następnego spotkania
miało dojść w połowie maja w Warszawie, gdzie mieli zebrać się prezydenci krajów Europy Środkowej.
Były
kanclerz
Wolfgang
Schüssel: – Lech Kaczyński był konsekwentnym patriotą, który mocnym
głosem reprezentował interesy Polski w Europie.
Finlandia
„Prezydent Tarja Halonen z wielkim smutkiem przyjęła wiadomość
o śmierci prezydenta Polski. Prezydent Halonen poznała osobiście prezydenta Kaczyńskiego w czasie licznych bilateralnych i międzynarodowych spotkań. Prezydent Lech Kaczyński wraz z małżonką odbyli wizytę państwową w kwietniu 2008 roku.
Prezydent Halonen złożyła kondolencje ambasadorowi Polski w Finlandii”.
www.tpk.fi
Niemcy
Kanclerz Angela Merkel powiedziała tuż po tragedii: – Ta katastrofa
i śmierć polskiego prezydenta totalnie mnie zszokowała.
Minister spraw zagranicznych
Guido Westerwelle: – Jesteśmy
głęboko poruszeni śmiercią polskiego prezydenta, jego żony, wielu
członków rządu i innych Polaków.
Opłakujemy ich razem z narodem
polskim. Zginęła osobowość, na której Europa mogła budować. To moment dla Niemiec, w którym wszyscy
powinniśmy się na chwilę zatrzymać.
Według Frankfurter Allgemeine Zeitung minister musiał przerwać wystąpienie, gdyż smutek okazał się tak silny, że nie był w stanie dalej mówić.
Potem dodał: – To wszystko dotyczy
mnie także osobiście. Znałem prezydenta Kaczyńskiego, to był mądry
i energiczny rozmówca. FAZ dodaje:
„Westerwelle po objęciu urzędu
w październiku 2009 roku pierwszą
podróż zagraniczną odbył do Polski.
W Warszawie został bardzo serdecznie przyjęty przez prezydenta Polski”.
USA
Rzecznik amerykańskiego Departamentu Stanu P.J. Crowley: – To
straszliwa tragedia dla Polski. Składamy wszystkim Polakom nasze najszczersze kondolencje.
Gruzja
com Polski w przezwyciężaniu trudności. Za kadencji Lecha Kaczyńskiego relacje między Estonią i Polską znacznie się rozwinęły. Jako
człowiek znający dobrze historię, Kaczyński rozumiał przeszłość oraz potrafił uchwycić konieczność skupienia uwagi na teraźniejszości i przyszłości. Był prawdziwym Europejczykiem chętnie wspierającym lepsze
i bardziej bezpieczne jutro nas
wszystkich.
www.president.ee
NATO
Sobotnie spotkanie gruzińskiego
rządu rozpoczęło się minutą ciszy
ku pamięci prezydenta Polski. Premier Nika Gilauri: – Składamy nasze
najgłębsze kondolencje z powodu
straty tej wybitnej postaci.
Minister stanu ds. reintegracji Temur Iakobaszwili: – To nie jest tylko
tragedia dla Polaków, także dla nas.
Prezydent Kaczyński był także patriotą naszego kraju. To wielka strata dla
wszystkich miłujących wolność narodów.
Przewodniczący parlamentu Davit
Bakradze: – Kaczyński był walecznym człowiekiem, który zawsze stał
po stronie Gruzji. Był wielkim przyjacielem Gruzji. Nigdy nie zapomnimy
sierpnia 2008 roku, gdy mimo ryzyka
przybył do Gruzji i opowiedział się
po naszej stronie.
www.Civil.ge
Bułgaria
Premier gen. Bojko Borisow:
– Bułgaria łączy się w żałobie z zaprzyjaźnioną Polską. Przewodnicząca parlamentu Cecka Caczewa
Dangowska wysłała kondolencje.
Estonia
Prezydent Toomas Hendrik Ilves:
– Brak mi słów, aby opisać smutek,
z jakim przyjąłem tę tragiczną wiadomość [...]. Strata głowy polskiego
państwa i bliskiego przyjaciela Estonii wnosi pustkę do mojego serca.
Pamiętam nasze rozmowy telefoniczne z kwietnia 2007 roku, kiedy prezydent Kaczyński wspierał Estonię
podczas jej ciężkich chwil. A także
sierpień 2008 roku, kiedy to razem
lecieliśmy do Tbilisi, aby wesprzeć
demokratycznie wybrany rząd Gruzji
oraz potępić agresję wobec tego
kraju [...]. Kaczyński był człowiekiem
bezkompromisowym, który przy każdej okazji pomagał sprzymierzeń-
Sekretarz generalny NATO Anders Fogh Rasmussen: – W imieniu
całego NATO i moim osobiście wyrażam moje głębokie kondolencje narodowi polskiemu, rodzinie prezydenta oraz rodzinom tych, którzy zginęli w tym straszliwym wypadku. To
tragedia dla nich i dla Polski. Moje
myśli są dziś z nimi.
UE
Szef Komisji Europejskiej Jose
Manuel Barroso: – Współpracowałem bardzo blisko z prezydentem Kaczyńskim w duchu lojalności i darzyłem go szacunkiem jako prawdziwego polskiego patriotę, który jednocześnie był bardzo oddany Unii Europejskiej, a także takim wartościom
jak wolność i solidarność.
łem się chwilę na spotkanie, ponieważ próbowałem skontaktować się
z bratem Prezydenta i z ministrem,
ale mi się nie udało.
Prezydent Włoch Giorgio Napoletano zwrócił się do marszałka Komorowskiego następującymi słowami: „W tak poważnym momencie
Włochy, połączone z Pana krajem
tradycyjnymi więziami prawdziwej
przyjaźni, czują się szczególnie bliskie narodowi polskiemu, z którym
podzielają ideały europejskie i zaangażowanie na rzecz pokoju i wolności. Pragnę złożyć w imieniu własnym i całego narodu włoskiego
wyrazy najgłębszego współczucia
dla wszystkich pogrążonych w tak
ciężkiej żałobie, która okryła cały
naród polski i jego najwyższe instytucje.
Minister spraw zagranicznych
Włoch Franco Frattini przyjął z „głębokim żalem” wiadomość o katastrofie.
W. Brytania
Premier Gordon Brown: – Znamy
problemy, jakie pokonała Polska, poświęcenie, z jakim prezydent Kaczyński stał się częścią „Solidarności”, oraz ofiarę, jaką złożył dla niezależności i wolności Polski.
Izrael
Indie
„To dla nas, Hindusów, ogromna
strata. Prezydent Kaczyński był naszym wiernym przyjacielem. Jego
przedwczesna śmierć jest dla nas
osobistą tragedią. Będziemy się modlić w naszych świątyniach w niedzielę za niego i za wszystkich zmarłych w katastrofie”.
J.J. Singh, prezydent Indyjsko-Polskiej Izby Gospodarczej
Włochy
To jest poważna żałoba i uczestniczymy w niej całym sercem – powiedział premier Włoch Silvio Berlusconi, spóźniając się na konferencję organizowaną przez Confindustria, najważniejszą we Włoszech organizację pracodawców. – Polska
jest naszym przyjacielem. Spóźni-
Minister spraw zagranicznych
Awigdor Libermann: – Jesteśmy
zszokowani jego tragicznym odejściem. Nasze serca są wraz z Polakami. Był prawdziwym przyjacielem
Izraela i ludu żydowskiego. Dowiódł
tego wiele razy, szczególnie nawiązując z nami ważny sojusz strategiczny.
Portugalia
Prezydent Portugalii Aníbal Cavaco Silva przyjął z „głębokim ubolewaniem” wiadomość o katastrofie.
W swoim imieniu i w imieniu całego
narodu portugalskiego złożył kondolencje z powodu śmierci prezydenta, jego małżonki oraz pozostałych ofiar wypadku.
Aníbal Cavaco Silva wspominał
wizytę w Polsce, którą odbył na zaproszenie Lecha Kaczyńskiego
72 a1669-73 Peryskop.qxd
2010-04-10
72
21:28
Page 4
KATYŃ 2010
Echa tragedii...
Belgia
71
i podczas której były prowadzone
rozmowy na temat stosunków między Polską a Portugalią i przyszłości
Unii Europejskiej. „Wspominam
prezydenta (Kaczyńskiego) jako postać, która w znacznej mierze przyczyniła się do umocnienia demokracji i rządów prawa w kraju, w celu
stworzenia nowoczesnej Polski zintegrowanej z Unią Europejską”.
Prezydent przypomniał, że na maj
była zaplanowana wizyta prezydenta Kaczyńskiego w Portugalii.
Diário de Notícias
Hiszpania
Śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego małżonki i pozostałych
członków delegacji lecącej do Katynia „stanowi wielką stratę, która dotknie również Belgię”, napisali dziś
belgijski premier Yves Leterme i minister spraw zagranicznych Steven
Vanackere w wiadomości do władz
polskich. „W imieniu narodu belgijskiego i naszym własnym chcemy
przekazać nasze głębokie współczucie i najszczersze kondolencje
rządowi i narodowi polskiemu, jak
również rodzinom ofiar”, podkreślają w swojej wiadomości.
Szwecja
Sobotni mecz Realu Madryt z FC
Barceloną rozpoczął się od minuty
ciszy, którą hiszpańscy piłkarze
uczcili pamięć tragedii pod Smoleńskiem. Mecz zagrali z czarnymi
opaskami.
Francja
Nicolas Sarkozy przekazał kondolencje władzom polskim po
śmierci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. „Wraz z jego odejściem
Francja traci przyjaciela, który poświęcał się rozwijaniu dobrych stosunków między naszymi krajami.
Kierując się głębokim patriotyzmem
Lech Kaczyński poświęcił całe życie
swojemu krajowi. Pozostawał wierny
ideom, w które wierzył, zawsze walczył w obronie demokracji, wolności
i przeciwko totalitaryzmowi”, podkreślił francuski prezydent w swoim
orędziu.
„Ta tragedia pogrąża w żałobie
cały naród polski”, Nicolas Sarkozy
„pragnie przypomnieć o wyjątkowych przyjacielskich uczuciach, które łączą Francję i Polskę oraz naród
polski i francuski”.
Minister spraw zagranicznych
Bernard Kouchner również wyraził
swój „wielki żal”. To był „mąż stanu
(...) o wielkich wartościach moralnych”, który „był niezwykle zaangażowany w służbę narodowi polskiemu. Poza złożeniem hołdu głowie
zaprzyjaźnionego państwa chciałbym wspomnieć o nim jako o osobie niezwykle ciepłej, do której żywiłem wielką sympatię i z którą pokonaliśmy wiele trudnych przeszkód.
Zawsze dbał o to, by wzrastała
współpraca pomiędzy Francją a Polską i by rozwijała się w duchu otwartego dialogu i zaufania”.
„Dagens Nyheter” cytuje wypowiedź premiera Frederica Reinfeldta, który określił katastrofę mianem
„wielkiego nieszczęścia, które dotknęło naszych sąsiadów”. Premier
Szwecji przekazał słowa ubolewania
rodzinom ofiar. Jednocześnie gazeta w tytule artykułu na temat katastrofy wina za wypadek obarcza pilota, choć w samej treści zastrzega
się, że to tylko spekulacje.
Minister spraw zagranicznych
Szwecji Carl Bildt na swoim blogu
napisał, że z bólem przyjął wiadomość o tragedii i jest nią zszokowany. Stwierdził równocześnie, że
w pełni podziela zdanie premiera
Reinfeldta na temat katastrofy.
Szwedzcy dziennikarze zamieścili
pierwsze komentarze na temat politycznych skutków katastrofy. „Dagens Nyheter” i „Svenska Dagbladet” zgodnie twierdzą, że ta katastrofa może przysporzyć PiS-owi
głosów w wyborach. Przy okazji SD
przypomina okres prezydentury L.
Kaczyńskiego, nazywając jego działania „kontrowersyjnymi”.
„Aftonbladet” cytuje słowa Wałęsy
o stracie elit 70 lat temu w Katyniu
i teraz pod Smoleńskiem. Gazeta
zauważa przy tym, że premier Rosji
W. Putin osobiście zaangażował się
w wyjaśnienie przyczyn katastrofy.
„Aftonbladet” przypomina też słowa
byłego polskiego premiera L. Millera
wypowiedziane krótko po jego wypadku podczas przelotu rządowym
helikopterem, że jeśli nie wymieni
się floty, to „wkrótce wszyscy będziemy spotykać się na pogrzebach”.
Polonia szwedzka próbowała zorganizować spontanicznie wiec pod
polską ambasadą w Sztokholmie.
Przed budynkiem na ulicy pojawiły
się kwiaty i znicze. Jednak budynek
sprawiał wrażenie zamkniętego na
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
głucho. Nikt z pracowników nie wyszedł do stojących przed ambasadą
osób. Na widok zniczy przed budynkiem zatrzymywali się szwedzcy
przechodnie, pytając o powód ich
zapalenia. Po usłyszeniu o tragedii
wielu z nich wyrażało wyrazy współczucia.
Norwegia
Norweska prasa, „Dagbladet”
i „Aftenposten”, również winą za wypadek obarczają pilota. Duńska
„Ekstrablade” odnotowuje wielką radość że śmierci polskiego prezydenta, jaką wyrażają na swoich stronach
internetowych rosyjscy nacjonaliści.
Czechy
Prezydent Vaclav Klaus: – To
wielka i straszna strata. Straciłem
prawdziwego przyjaciela. Był człowiekiem wybitnym, szlachetnym synem narodu polskiego.
Były prezydent Vaclav Havel: „To
niezwykle wstrząsające wydarzenie,
które odbije się na historii Polski, podobnie jak śmierć generała Sikorskiego, prezydenta Rządu Emigracyjnego, który zginął w podobnych
okolicznościach”.
Premier Jan Fischer: „Chcę wyrazić głębokie i serdeczne wyrazy
współczucia wszystkim Polakom,
ale też rodzinom wszystkich, którzy
zginęli w tragicznym wypadku lotniczym niedaleko Katynia”.
Były minister spraw zagranicznych książę Karel Schwarzenberg: „Lech Kaczyński był wielkim
patriotą. Miał własne poglądy i umiał
ich bronić. W bezpośrednich kontaktach był niezwykle przyjazny. Nigdy nie zapomniał o tych, którzy
mieli z Polską kontakty w czasach
totalitaryzmu. Był niezwykle odważ-
nym obrońcą wszystkich polskich
interesów”.
Stały korespondent Czeskiej Telewizji w Warszawie Miroslav Karas: „Często latałem z polskim prezydentem, miałem być i teraz na pokładzie jego samolotu, ale poleciałem do Katynia już w środę z premierem Tuskiem. Lech Kaczyński był
wyjątkowo życzliwym, miłym i bezpośrednim człowiekiem. Niedawno
miałem okazję zupełnie normalnie
porozmawiać z nim o zwyczajnych
sprawach, kiedy podczas jednego
międzylądowania w Kanadzie kupowaliśmy razem zabawki – on dla
swojej wnuczki, ja dla dzieci. Rozmawialiśmy wtedy o naszych rodzinach,
dzieciach i o Pradze, która była
szczególnie bliska jego sercu”.
Wybrała Ewa Klosová
Chiny
„W imieniu narodu chińskiego
i w moim własnym przesyłam kondolencje i wyrazy współczucia bliskim Prezydenta Kaczyńskiego
i wszystkich ofiar tragedii”.
Hu Jintao, Prezydent Chin
Kolumbia
Rząd Kolumbii przekazał kondolencje narodowi polskiemu: Z głębokim bólem Rząd Kolumbii przyjął
wiadomość o katastrofie lotniczej,
w której zginął prezydent RP, Lech
Kaczyński wraz z żoną, wiceminister
spraw zagranicznych i inni wysocy
urzędnicy państwowi. Rząd Kolumbii
wraz z całym narodem wyraża i przekazuje bratniemu narodowi polskiemu kondolencje i solidaryzuje się
z nim w obliczu tej strasznej tragedii.
Opr. ao, as, pku,
ak, ae, ek, ep, zw
Orędzie prezydenta Rosji
Dymitrija Miedwiediewa do Polaków
Drodzy przyjaciele, szanowni obywatele Rzeczypospolitej Polskiej!
Ja i wszyscy obywatele Rosji jesteśmy wstrząśnięci tą straszną tragedią, jaką jest śmierć prezydenta Rzeczypospolitej Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki Marii i wszystkich polskich obywateli, którzy znajdowali się na pokładzie samolotu, który uległ katastrofie.
W te dni razem uczestniczyliśmy w uroczystościach rocznicowych w Katyniu. Razem oddawaliśmy cześć ofiarom reżimu totalitarnego.
Lech Kaczyński leciał do Rosji właśnie po to, żeby osobiście oddać cześć
i hołd ofiarom totalitaryzmu jako prezydent, jako obywatel Polski. Wszyscy Rosjanie dzielą z wami smutek i żal oraz żałobę.
Obiecuję, że wszystkie okoliczności tej tragedii będą wyjaśnione bardzo dokładnie w ścisłej współpracy ze stroną polską. Wydałem już stosowne polecenia organom ochrony porządku publicznego.
W imieniu narodu rosyjskiego wyrażam najgłębsze i najszczersze wyrazy
współczucia narodowi polskiemu. Współczujemy rodzinom i bliskim ofiar.
W poniedziałek 12 kwietnia będzie ogłoszony dzień żałoby narodowej w Rosji.
a1669-73 Peryskop.qxd
2010-04-10
21:28
Page 5
73
KATYŃ 2010
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Katyń w rosyjskiej perspektywie
Po kolana w kłamstwie
Putin także postarał się o „utopienie” rozstrzelania
prawie 22 tysięcy Polaków wiosną 1940 roku w morzu zbrodni Stalina skierowanych przeciw sowieckim obywatelom: – Represje niszczyły ludzi, nie rozróżniając narodowości, poglądów, religii. Ich ofiarami stawały się całe klasy społeczne... Logika była
jedna – zasiać strach, obudzić w człowieku najniższe
instynkty, poszczuć ludzi na siebie, zmusić do ślepego i bezmyślnego posłuszeństwa.
W taki to niezbyt elegancki sposób rosyjski premier starał się uniknąć oskarżeń o ludobójstwo
w Katyniu.
Podczas tych uroczystości nie pojawił się w kwestii katyńskiej żaden historyczny przełom, na który
miało nadzieję polskie społeczeństwo i politycy. Putin nie przekazał żadnych odtajnionych materiałów
i nie ogłosił wznowienia śledztwa, na co naciskała
polska strona (...).
Największy gest, na jaki zdobyły się rosyjskie władze w sprawie Katynia, to pokaz filmu Andrzeja Wajdy „Katyń” na kanale „Kultura”. Świetna sprawa, ale
gdyby film pokazano na jednym z dwóch głównych
kanałów telewizyjnych, prawdę poznałoby znacznie
więcej ludzi. (ab)
BORYS SOKOŁOW
Nie powiedział
najważniejszego słowa
7.04.10
Fot. PAP/ITAR-TASS
Rosja
8.04.2010
Władimir Putin użył żałobnej uroczystości
w Katyniu, żeby wezwać Polskę do zaprzestania
sporów o historię. Według niego „wspólna droga
do uświadomienia sobie narodowej pamięci i historycznych ran może nam pomóc uniknąć ślepego zaułka niezrozumienia i wiecznego prowadzenia rozrachunków, prymitywnego dzielenia
narodów na prawe i winne, jak to starają się czasami robić nieuczciwi politykierzy (...).
Wydaje się, że wszystko jest w porządku. Zgodnie z rosyjskim sposobem widzenia, wystąpienie
przywódcy było całkiem przyzwoite. I przyklęknięcie
obu szefów rządu w hołdzie pamięci niewinnie zamordowanych wywarło na Polakach jak najlepsze
wrażenie. Ale rzuca się w oczy to, że rosyjski premier mówił głównie o swoim współczuciu ofiarom
i prawie niczego – o odpowiedzialności katów. I nie
obeszło się bez paru łyżek pełnych dziegciu. – Przez
dziesięciolecia cynicznym kłamstwem próbowano
zaciemnić prawdę o katyńskiej zbrodni, ale takim samym kłamstwem jest zrzucanie winy za to na naród
rosyjski – mówił Putin.
Można się tu domyślić reakcji na pojawiające się
z polskiej strony żądania, by Rosja uznała moralną
odpowiedzialność za Katyń i wypłaciła odszkodowania za zamordowanych (...). Chociaż związane z Katyniem polskie roszczenia odnoszą się, oczywiście,
nie do narodu rosyjskiego, a do rosyjskiego państwa,
które ogłosiło się prawnym spadkobiercą ZSSR (...).
Putin w Katyniu nie omieszkał wypomnieć Polakom jeńców czerwonoarmistów, jakoby wygubionych w 1920 roku: – Wstydzę się, że nie wiedziałem, że
w 1920 roku operacją wojskową podczas sowiecko-polskiej wojny osobiście kierował Stalin. Nawet nie
słyszałem o tym. Wtedy, jak wiadomo, Armia Czerwona poniosła klęskę. Do niewoli dostało się wielu
czerwonoarmistów. Według ostatnich danych, z głodu, z powodu chorób w polskiej niewoli zmarło 32 tysiące osób. Przypuszczam, podkreślam, że to moje
prywatne zdanie, że Stalin poczuwał się do osobistej
odpowiedzialności za tę tragedię. I jego chęć zemsty doprowadziła do rozstrzeliwania, które się tutaj
odbyło.
Ciekawie, skąd nasz premier wziął liczbę 32 tysięcy. Polscy historycy mówią o 18-20 tysiącach czerwonoarmistów zmarłych w niewoli, a potwierdzają
to polskie dokumenty i liczba pochówków. Ale nasi
hurapatrioci zwykle mówią o minimum 60 tysiącach
jeńców niby to zabitych przez Polaków. Prawdopodobnie ta liczba była potrzebna tylko dlatego, że
przewyższa liczbę Polaków rozstrzelanych przez
NKWD wiosną 1940 roku (około 22 tysięcy).
Jeśli chodzi o Stalina, to był on rzeczywiście jedną z najważniejszych osobistości sowiecko-polskiej
wojny 1920 roku. Jednak należy wątpić, by miał jakiekolwiek pojęcie o tym, ilu właściwie czerwonoarmistów zmarło w polskiej niewoli (...). Jak dowiodły
doświadczenia wojny sowiecko-fińskiej i wielkiej ojczyźnianej, Stalin uważał czerwonoarmistów, którzy
dostali się do niewoli, za tchórzy i zdrajców, których
po wyzwoleniu wysyłał do łagru. Zemsta za ich
śmierć z odległego 1920 roku nie mogła mu nawet
przyjść do głowy.
(...) Ogromna polska delegacja przyjechała tu po
jedno jedyne słowo. Na to słowo Polska czeka już
70 lat. I przed uroczystościami żałobnymi Polacy
mieli nadzieję, że Putin wreszcie powie to proste słowo złożone z ośmiu liter – „prostitie” – „wybaczcie”.
– Najważniejsze, na co czekamy – to przyznanie się
do winy – powiedziała dziennikarzowi „Trudu” szefowa centrum „Czerwone Maki”, Polka rosyjskiego
pochodzenia, Wanda Seliwanowskaja z Orenburga
(...). Młoda polska dziennikarka Justyna mówi po rosyjsku prawie lepiej ode mnie. Nie zgadza się z poglądami starszego pokolenia Polaków. – Wszystko
mi jedno, czy Rosja przeprosi, czy nie. Rosyjski naród nie jest naszym wrogiem, a w samej Polsce wielu szaleje za waszym krajem – mówi dziewczyna, a ja
sobie przypominam, ile w historii rosyjsko-polskich
stosunków jest powodów dla wzajemnej nienawiści,
że te słowa wyglądają na niezgrabną uprzejmość,
choć stopniowo zaczynam jej wierzyć. – Jednak boli nas, że zabitych Polaków nie uznaje się za ofiary.
Chciałabym, żeby oficjalnie uznano za ofiary totalitaryzmu i niepotrzebne są nam żadne odszkodowania
dla krewnych ofiar z Katynia (...).
Na końcowej konferencji prasowej polskiemu
dziennikarzowi udało się prawie podstępem wycisnąć z Władimira Putina słowa o tym, kto rozstrzelał
Polaków. – Znane są nazwiska odpowiedzialnych
polityków, to kierownictwo NKWD, Beria. Czy sądzicie, że znam wszystkich konkretnych wykonawców?
– powiedział premier. I on, i Tusk zgodzili się, że Polsce i Rosji udało się jednak dokonać przełomu zarówno w sprawie Katynia, jak i w ogóle w stosunkach dwustronnych.
Przy wyjściu dogoniłem Justynę i powiedziałem
po polsku: „Przepraszam za Katyń”. Nie spodziewała się takich słów od Rosjanina. Spojrzała na mnie
błyszczącymi oczyma i, nic nie mówiąc, objęła ramionami. Było mi przyjemnie, że dokończyłem
sprawę, rozpoczętą przez Putina. (ab)
ANDRIEJ KOMPANIEJEC
© Grani.ru, Izwiestia, Trud
a1674-75.qxd
2010-04-10
21:16
Page 2
74
LISTONOSZ W SIECI
Hit internetu
Dobra partia
Shaadi w języku hindi oznacza
małżeństwo, a shaadi.com to największy na świecie serwis matrymonialny. Jego założyciel Anupam Mittal, syn zamożnych Hindusów, pytany jak wpadł na pomysł swojego businessu wspomina, że pewnego dnia
odwiedził go swat. Taki, jakich do
dziś pełno w Indiach, krążący od domu do domu z teczką wypełnioną danymi panien i kawalerów gotowych
do małżeństwa. Ile masz ofert – zapytał go Anupam. – Około 50-60 – odparł swat. Anupam pomyślał, że gdyby wprząc do roboty internet, można
by znacznie zwielokrotnić tę liczbę.
Zarejestrował witrynę w 1996 r. Przez
pierwsze dziesięć lat zyskał 10 milionów abonentów, z których każdy
wnosił roczną opłatę 75 USD. Dziś
Anupam chwali się, że za pośrednictwem shaadi.com przyczynił się do
zawarcia miliona małżeństw. Główna
siedziba firmy mieści się w Bombaju,
ale Shaadi ma też oddziały w Wielkiej
Brytanii, Kanadzie, USA, Singapurze,
Australii, Pakistanie i wielu innych
krajach. Mimo to wciąż najwięcej zarabia macierzysta hinduska witryna.
Rynek usług matrymonialnych w Indiach to żyła złota. Ponad 60 proc.
Hindusów nie ukończyło trzydziestki,
a do małżeństwa przykłada się tam
wielką wagę. Witryna cieszy się szacunkiem, jest poważna i konserwatywna. Nie ma nic wspólnego z serwisami randkowymi. Służy do znalezienia najlepszej partii. Można wybierać
towarzysza życia spomiędzy wielu indyjskich grup językowych, etnicznych, religijnych, a także krajów,
miast, zawodów. Shaadi – jak każdy
swat – nie stawia na uczucia, lecz na
tradycję. Anupam Mittal twierdzi, że
„młodzi Hindusi chcą wprawdzie sami dokonywać wyboru, ale nie bez
błogosławieństwa rodziców”. Jeden
z hinduskich blogerów zarejestrował
się na shaadi.com. W rubryce religia
wpisał: ateista. Jego profil wisiał
19 dni i nie dostał żadnej oferty.
Zmienił więc dane. Podał pierwsze
z brzegu wyznanie. Nie minęły 24 godziny, gdy otrzymał odpowiedź od
zainteresowanej kandydatki. W dyskusji, jaka wywiązała się między czytelnikami „Guardiana” po opublikowaniu artykułu o shaadi.com, zabrał
głos Hindus mieszkający w Anglii:
– Uważasz się za nowoczesnego
i bezstronnego, ale czy kiedykolwiek
ożeniłbyś się z dalitem (niedotykalny,
członek najniższej kasty, dop. red.)?
Jestem liberalny, ale mimo to musiałbym rozważyć konsekwencje moich
działań i ich wpływ na moją rodzinę.
EWA WESOŁOWSKA
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Czytelnicy PERYSKOPU debatują o współczesnej polskiej emigracji
Wyjeżdżać, czy nie wyjeżdżać?
Przeczytałam artykuł na temat wyjazdu za granicę
i, szczerze, sama chętnie
spakowałabym walizki i wyjechała
z rodziną jak najdalej z Polski – oj, jak
bardzo bym chciała. Nie mam jednak na ten wyjazd pieniędzy.
To, co się wyprawia w naszym kraju, po prostu nie mieści się w głowie!
Ja z wykształceniem wyższym pracuję w sklepie spożywczym za
900 zł, mąż w budowlance za
1400 zł, mamy dwoje dzieci, mnóstwo opłat i zaległych rat – koszmar.
Do niedawna nie miałam pracy,
a mąż był na tak zwanym przestoju.
Zwróciłam się o pomoc do opieki
społecznej i... otrzymałam pomoc,
ha ha ha... Jak na 3 miesiące przestoju mojego męża i ja bez pracy, była to suma śmiechu warta, wręcz
upokarzająca, bo 150 zł i to w postaci bonu, który mogłam zrealizować
tylko i wyłącznie w najdroższym sklepie w moim mieście, gdzie mleko dla
dziecka kosztuje 16 zł, a w innych
np.10,59 zł. Pierwszy raz w życiu korzystałam z pomocy opieki społecznej. Ucieszyłam się, bo nie mając
nic, to dobre i 150 zł na 3 miesiące.
Mam koleżankę, która rozwiodła
się z mężem, ten alkoholik, awanturnik itd. ma chyba szczególne przywileje, bo ona musiała z dwójką
dzieci opuścić mieszkanie, które
zresztą darowali jej rodzice, a on sobie tam mieszka, bo pani sędzia zawiesza sprawy o eksmisję, o odebranie darowizny itd. Facet zniszczył
dzieciom i mojej koleżance życie,
ma dwa wyroki w zawieszeniu,
w tym jeden za groźby, że zabije jakąś kobietę. To jakiś obłęd. Mało tego, owa koleżanka pracuje w szkole
i okazało się, że dochód ma za wysoki i nie dostanie alimentów od
państwa. Sam czynsz wynosi 500 zł,
a gdzie opłaty, życie itd. Ona zarabia
2000 zł, spłaca kredyt za samochód,
spłaca również długi byłego męża,
opłaca czynsz za mieszkanie, w którym nie mieszka. A taki drań zero zobowiązań, zero konsekwencji, po
prostu pan nietykalny chyba. A człowiek, który ukradnie kawałek złomu,
żeby kupić dzieciom chleb, od razu
idzie za kratki, a facet, który znęca
się nad rodziną, wielokrotnie dusił
byłą żonę, katował psychicznie i fizycznie wszystkich, jest chyba pod
szczególną ochroną. Państwo też
ma w tej sytuacji problem z głowy.
Nie przyznano alimentów, to nie będą musieli ściągać, a tym samym
daje swobodę takiemu oprawcy jak
były mąż mojej koleżanki. Alimenty
i rodzinne powinny być przyznawane bez względu na dochody. Teraz
wszystko spoczywa na głowie tej
kobiety, wychowanie dzieci, opłaty
W przeciwnym kierunku
Niemcy
Polska
Między resztkami materiałów budowlanych stoi Stefan Heitmann
i „szlifuje” znajomość języka polskiego. – Nie ma deska – krzyczy do
kolegi na rusztowaniu. Innemu rysuje szybko w kurzu, z jakich cynkowych płyt będzie parapet.
Czasami trzeba sobie pomóc mową
ciała, jak jest się za granicą jako „Gastarbeiter”. Stefan Heitmann pracuje
w Polsce jako dekarz. Już od ponad
dwóch lat każdego dnia przekracza
granicę, aby układać dachówki i naprawiać dachy w przygranicznym Szczecinie. Wraz z nim robi to ponad 2500 innych rzemieślników, którzy w Polsce
znaleźli to, czego nie mogą dać im ich
rodzinne strony – pracy. – W regionie
brakuje miejsc pracy – mówi Volker Boehning, radny gimny Uecker-Randow.
– Mieszkańcom nie pozostaje nic innego, jak szukać ich w Polsce. Bezrobocie w przygranicznym regionie po niemieckiej stronie wynosi prawie 19%,
w Szczecinie tylko 8%.
– Polska stała się atrakcyjnym krajem – mówi redakcji „Der Spiegel”
szczeciński konsul honorowy Niemiec. W 2007 roku otwarto rynek pracy dla Niemców. Od kiedy zniesiono
tę barierę, zmienił się także – choć
w niewielkim stopniu – kierunek migracji i coraz więcej naszych zachodnich sąsiadów znalazło zatrudnienie
po prawej stronie Odry. Szczecin pracuje nawet nad broszurą z poradami
prawnymi dla niemieckojęzycznych
migrantów zarobkowych. Dokładna
liczba pracujących w mieście Niemców nie jest znana, gdyż wielu pracuje, wykonując zlecenia, i nie ma stałych umów. W porównaniu z rejonem
szczecińskim po niemieckiej stronie
brakuje, w szczególności na tzw. Pomorzu Przednim, silnego ośrodka
miejskiego, czyli po prostu dużego
miasta, a co za tym idzie – dużych
itd., żadnej pomocy i żadnego
wsparcia ze strony państwa. Ojciec
dzieci natomiast automatycznie zostaje ze wszystkich obowiązków
zwolniony i ma zapewnioną pomoc
chociażby z Caritasu, gdzie dostaje
żywność, bo biedny od kilku lat nie
może znaleźć pracy. Inna moja znajoma dostaje co prawda alimenty,
ale nie może dorobić w pracy, np.
przy nadgodzinach, bo boi się, że
wtedy przekroczy dochód i zostanie
również z dwójką dzieci z 1200 zł.
Oto nasza polska rzeczywistość.
Jaką ja tu moim dzieciom zapewnię przyszłość? Sami ledwo zipiemy,
nie starcza nam do końca miesiąca,
w tym miesiącu dostanę moją pierwszą wypłatę, ale co z tego, jak połowę będę musiała oddać, z męża
pensji opłacimy czynsz bieżący i zaległych trochę ruszymy, za gaz i zostanie parę groszy.
Tak sobie czasem marzę o wygranej i nawet gdybym wygrała w Dużego Lotka, to bez zastanowienia opuściłabym ten kraj. Mam nadzieję, że
może uda nam się odłożyć trochę
pieniędzy i wyjechać tam, gdzie
można godnie żyć, nie w luksusach,
ale GODNIE.
Pozdrawiam – Beata
Na listy Czytelników czekam pod adresem: [email protected]
firm. W Polsce firmy korzystają z ulg
podatkowych, know-how Uniwersytetu Szczecińskiego oraz zaplecza Akademii Morskiej.
Z Löcknitz do Szczecina jest tylko
25 kilometrów. – Jadę tam, gdzie są
pieniądze – mówi Heitmann. Tam
gdzie teraz pracuje, w centrum
Szczecina, pracują tylko jego rodacy.
– Praca tutaj sprawia przyjemność
– podkreśla niemiecki rzemieślnik.
Jak wynika ze statystyk DGB – Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych w rejonie Pomorza Przedniego – są miejsca pracy, gdzie za godzinę otrzymać można 2,50 fi. W porcie szczecińskim zarabia się więcej.
W Polsce pracę znajdują nie tylko
rzemieślnicy i robotnicy, ale także inni
fachowcy. W Kamieniu Pomorskim
znajduje się siedziba polskiego oddziału EOP Biodiesel AG, gdzie za zakup rzepaku odpowiada Hartmut
Menz. I jak sam mówi, po niemieckiej
stronie panuje gospodarczy koniec
świata i nie może sobie wyobrazić, by
w wieku 56 lat znalazł pracę w rodzinnych stronach. Sam też przeprowadził
się na prawy brzeg Odry (...). (łukjac)
Na podst. Der Spiegel
a1674-75.qxd
2010-04-10
21:15
Page 3
75
POTWÓR POD WODĄ
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Powrócił strach przed erupcją wulkanu leżącego na Morzu Tyrreńskim. Pojawiło się
ryzyko tsunami na południu Włoch, zaś na powierzchni wulkanu Marsili pojawiły się
zastanawiające wypukłości. Utworzyła się też nowa komora magmowa
Kataklizm z piekła rodem
ostrzec przed nadchodzącym wybuchem, przynajmniej z pewnym wyprzedzeniem. Marsili nie tylko jest
zanurzony, ale również nie ma zainstalowanych sond, gotowych wykryć
ewentualne zagrożenie. Należałoby
zainstalować
Włochy
Nieznany dotąd większości Włochów groźny rywal Etny – Marsili
stał się tematem numer jeden po
dopiero co skończonych wyborach regionalnych we Włoszech.
Wiadomość o jego potencjalnej
erupcji wstrząsnęła społeczeństwem, które do tej pory pozostaje pod wrażeniem katastrofy
z ubiegłego roku, trzęsienia ziemi
w Abruzji.
W tym przypadku wybuch byłby
nieobliczalny w skutkach, gdyż
zmiótłby z powierzchni ziemi połowę
kraju. Mówi się o kolosalnym kataklizmie z piekła rodem.
Seria trzęsień ziemi, do których
doszło ostatnimi laty pomiędzy
Sycylią i Kalabrią,
może być oznaką przebudzenia
Marsili. Pomór ryb potwierdzany
przez mieszkańców okolic Panarei
jest zjawiskiem niewątpliwie z nim
powiązanym.
Do wybuchu może dojść nawet
jutro. Według najnowszych przeprowadzonych badań struktura wulkanu nie jest solidna, zaś jego ściany
są kruche. – Zmierzyliśmy komorę
magmową utworzoną ostatnimi laty,
która jest sporych rozmiarów. To
wszystko sygnalizuje, że wulkan
jest aktywny i może w każdej chwili
wybuchnąć – mówi Enzo Boschi,
znany wulkanolog, szef Narodowego Instytutu Geofizyki i Wulkanologii. Mimo swojej przezorności nie
stroni od dramatycznych tonów,
mówiąc o wynikach najnowszego
cyklu badań, których obiektem był
Marsili, największy podmorski europejski wulkan, znajdujący się w odległości 150 kilometrów od wybrzeży Kampanii. Odkryty w latach
20. XX wieku został tak nazwany na
cześć włoskiego naukowca Luigiego Ferdinanda Marsilego. Wznosi
się na wysokość 3 tysięcy metrów,
a szczyt krateru znajduje się 450
metrów pod powierzchnią morza.
Ma aż 70 kilometrów długości i 30
kilometrów szerokości. To drzemiący potwór, którego prawdziwe oblicze zostało odkryte dzięki podwodnym sondom. Ostatnio wokół niego
zaobserwowano wiele hydrotermalnych emisji o bardzo wysokiej czę-
sieć sejsmometrów
Największy podmorski europejski wulkan, znajdujący się w odległości
150 kilometrów od wybrzeży Kampanii
Fot. www.panoramo.edu
stotliwości i to właśnie one, w połączeniu z kruchą strukturą ścian, mogą spowodować wstrząsy bardziej
przerażające od samego ewentualnego wybuchu. Zarejestrowano
również dwa przypadki, na szczęście w mniejszej skali. – Gwałtowne
spadanie znacznej masy materiału
– tłumaczy Boschi – spowodowałoby potężne tsunami, które uderzyłoby w wybrzeża Kampanii, Kalabrii
i Sycylii, wywołując katastrofę.
W sercu wulkanu pomiary wyodrębniły komorę wypełnioną rozżarzoną magmą, która na dzień dzisiejszy osiąga rozmiary cztery kilometry na dwa. Jest jak kipiący garnek ze szczelnie zamkniętą pokrywką. Wulkan Marsili jest od lat pilnie
nadzorowany ze względu na niektóre wysłane przezeń sygnały.
Historia wulkanu ginie w odległych czasach i nawet nie wiadomo,
kiedy nastąpił jego ostatni wybuch.
A stało się to na pewno w jakiejś
bardzo odległej epoce. Ale właśnie
wysłane przezeń sygnały wywołały
zainteresowanie nim, podczas gdy
ścian – zauważa Boschi – uwolniłoby
miliony metrów sześciennych materiału zdolnego utworzyć falę o dużej
mocy. Zebrane informacje są
obecnie dokładne, jednak nie można
przewidzieć wybuchu. Zagrożenie
jest realne, choć trudne do przewidzenia i oszacowania. Przyczyna tego stanu leży w sytuacji, w jakiej
znajduje się wulkan. Etna ostatnimi
laty pokryta była sondami zdolnymi
dookoła wulkanu połączonych
z centrum monitorowania. Tymczasem to wszystko wychodzi poza
budżet wydatków. Dzięki dostępnym
środkom znajdzie się miejsce na jakieś nowe urządzenie do badań,
jednak na pewno nie będzie to tak
bardzo potrzebna sieć. – To, czego
potrzebujemy – stwierdza Boschi
– to ciągły system monitorowania
w celu zapewnienia niezawodności.
Ale to kosztuje i jest trudne do zrealizowania. Pewne jest, że w każdej
chwili może dojść do katastrofy, tymczasem my nie jesteśmy w stanie tego ustalić.
Morze Tyrreńskie pełne jest podwodnych wulkanów aktywnych kilka
milionów lat temu. Pomiędzy Sardynią, Toskanią, Lacjum, Kampanią
oraz wodami przedniej części Kalabrii i Sycylii ciągnie się szereg wulkanów, z których tylko kilka wystaje
ponad powierzchnię.
AGNIESZKA LIWIŃSKA
Na podst. Corierre della Serra,
98cento.it., luigiboschi.it
najnowsze badania
rozpoczęte w lutym br. przez ekipę
statku badawczego „Urania”, należącego do CNR (Włoskiej Rady ds.
Badań), potwierdziły obawy. Uwidocznione osuwiska wskazują na
niestabilność struktury, której nie
można lekceważyć. – Pęknięcie
R E K L A M A
a1676-77.qxd
2010-04-10
21:15
Page 2
76
CENNA WAGA
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Gruby znaczy szczęśliwy
Niemcy
29.03.10
Tłuszcz to zdrowie – dowodem na
to jest dłuższe życie badanych grubszych mężczyzn oraz lepszy stan
zdrowia pulchnych kobiet w okresie
menopauzy.
Najnowsze badania dowodzą, że
tłuszcz ma zbawienny wpływ na organizm. Osoby z lekką nadwagą żyją dłużej. Przez lata medycyna lekceważyła
znaczenie tłuszczu – teraz lekarze
wreszcie zrozumieli, dlaczego fałdki
i wałeczki mają więcej zalet niż wad.
Naukowcy wykazali, że fałdki tłuszczu zwiększają radość życia i entuzjazm, wzmacniają psychicznie. Krótko mówiąc: zaokrąglenia nas uszczęśliwiają. Wygląda na to, że specjaliści
będą musieli zmienić nastawienie do
osób korpulentnych, do ich wałków
i wydatnych brzuchów. Grubi byli piętnowani, ale nadszedł czas, by wykonać zwrot o 180 stopni, jeśli chodzi
o jeden z najistotniejszych kanonów
urody w historii ludzkości i powrócić
kwadratu) 25 do 30, co zazwyczaj uznaje się za nadwagę. Kierownik zespołu
badawczego Michael Freedman z National Cancer Institute w Bethesda (Maryland) podsumowuje: – Zależność między BMI a ryzykiem przedwczesnej
śmierci jest z pewnością bardziej skomplikowana, niż dotąd przyjmowano
w medycynie.
Ile znaczą zapasy tłuszczu na brzuchu, pokazują badania nad chorobą
nazywaną zespołem Seipa-Berardinellego. Chorzy na tę przypadłość nie są
w stanie zgromadzić rezerw tłuszczu.
Mają dzięki temu bardzo umięśnioną
sylwetkę oraz ostre, ascetyczne rysy
twarzy; ale też – podwyższony poziom
tłuszczu we krwi: kiedy brakuje rezerw,
tłuszcz musi być magazynowany właśnie tam. W efekcie trzustka zaczyna
z ośrodka dla chorych na cukrzycę
przy University of Pennsylvania.
– W komórkach tłuszczu są receptory,
które mają znaczenie w przypadku
wrażliwości organizmu na insulinę. Jeśli ich brakuje, komórki organizmu słabiej reagują na hormony regulujące
przemianę materii. Wtedy brakuje też
klucza, który pozwoliłby odprowadzić
z krwi tłuszcze i cukier, co w konsekwencji prowadzi do cukrzycy.
Tłuszcz odgrywa istotną rolę w gospodarce hormonalnej – zamienia męskie androgeny w żeńskie estrogeny.
To ma ogromne znaczenie dla kobiet
w okresie menopauzy i starszych,
u których jajniki produkują mniej hormonów lub wcale. – Z terapią hormonalną mamy do czynienia dopiero od
50 lat – komentuje Debra Waterhouse,
do dawnych ideałów.
Jak wiadomo, już od młodszej epoki
kamienia – 25 tys. lat p.n.e., kiedy to
powstała figurka Wenus z Willendorf,
szacownej krągłej grubaski – tłuszcz
oznaczał płodność i bogactwo.
Bezdyskusyjnie stawy i naczynia
krwionośne człowieka, który ma
1,70 m, a waży 100 kg są przeciążone.
Większe jest także prawdopodobieństwo, że taka osoba zapadnie na chorobę nowotworową. Możliwe, że będzie mieć problemy z przemianą materii. Ale czy to samo dotyczy osoby, która przy wzroście 1,70 m waży 80 kg, co
– według obowiązujących wytycznych
– zdecydowanie należałoby zaklasyfikować jako nadwagę? Czy każda ilość
tłuszczu jest szkodliwa? Badania medyczne dowodzą, że tłuszcz nie jest
bez znaczenia dla ludzkiej fizjologii.
Wystarczy rzut oka na statystyki, żeby
przekonać się, że waga ciała i ryzyko
przedwczesnej śmierci są ze sobą powiązane. Krzywe przebiegają w kształcie litery „J” lub „U” – w przypadku
skrajnej nadwagi bądź niedowagi ludzie
umierają stosunkowo wcześnie. Między
tymi dwoma skrajnościami jest jednak
jeszcze sporo miejsca. I właśnie tu plasują się ci, którzy długo żyją – co więcej,
wielu z nich z pewnością nie należy do
osób szczupłych. Z amerykańskich badań – obejmujących ponad 80 tys. ludzi
– wynika, że najdłużej żyją mężczyźni
o indeksie masy ciała BMI (ang. Body
Mass Index – masa ciała w kilogramach
dzielona przez wzrost w metrach do
Rys. Marek Klukiewicz
wytwarzać coraz więcej insuliny, która
ma „przekonać” inne komórki do gromadzenia tłuszczu. Skutek jest taki, że
komórki stają się jakby otępiałe, przestają poważnie traktować hormony regulujące przemianę materii i zamykają
się zarówno na tłuszcz, jak i na cukier.
Pacjent cierpi więc z powodu takich
samych przypadłości jak ten, który
walczy z otyłością. Roger Unger i Philipp Scherer z University of Texas wykazali, że całkowita utrata tłuszczu prowadzi do problemów z metabolizmem
i cukrzycy – dokładnie tak jak nadmiar
tłuszczu. Pacjenci cierpiący na zespół
Seipa-Berardinellego, mimo że są
szczupli, przez całe życie muszą
przestrzegać ścisłej diety,
która i tak pomaga im jedynie
w ograniczonym zakresie – są bezpłodni, a średnia długość ich życia jest
zdecydowanie krótsza.
Komórki tłuszczowe to coś więcej
niż tylko pojemniki, w których zbiera
się nadmiar tłuszczu z krwi. – Są one
instrumentem w procesie przemiany
materii – tłumaczy Mitchel Lazar
specjalistka do spraw żywienia. – Ale
komórki tłuszczowe zawsze miały zdolność wytwarzania estrogenu.
Kobietom tłuszcz zapewnia naturalny przypływ estrogenów. Chroni je
przed dolegliwościami okresu menopauzy oraz przed osteoporozą. Alessandra Graziottin, ginekolog z Mediolanu, wykazała, że nadwaga rzędu
5 kg w przypadku kobiet w wieku powyżej 50 lat zapewnia radość z seksu.
Taki zapas tłuszczu nie tylko nadaje
kobiecie krągłości, lecz również gwarantuje taką produkcję estrogenów, że
libido utrzymuje się na wysokim poziomie i nie ma problemów z suchością
pochwy.
Zapasy tłuszczu przyczyniają się
także do zwiększenia poczucia szczęścia – tak wynika z badań przeprowadzonych przez Group Health Institute
z Seattle wśród 9 tys. Amerykanów.
Okazuje się, że ludzie z dużą nadwagą, o BMI powyżej 30, rzadziej mają
problemy z uzależnieniami. – O 22 procent rzadziej sięgają po wyroby tytoniowe, alkohol czy narkotyki – mówi szef
zespołu badawczego Gregory Simon.
Możliwe wytłumaczenie: ośrodek
przyjemności w mózgu jest tak zajęty
obfitymi posiłkami i tkanką tłuszczową,
że potrzeba odczuwania silniejszych
bodźców odsuwa się na plan dalszy.
Co prawda otyli często cierpią na depresję i lęki, ale – jak mówi Simon – problem pojawia się tam, gdzie nadwaga
jest rzadkością i staje się obiektem
kpin, czyli w bogatych i wykształconych
warstwach społecznych. W innych okolicznościach grubasy mają spore szanse na szczęśliwe, wolne od nałogów życie.
Zapasy tłuszczu są też istotne dla
systemu immunologicznego. Tłuszcz
wytwarza leptynę, która z kolei wpływa
na apetyt i kieruje limfocytami Th systemu odpornościowego.
Zapasy tłuszczu mogą być korzystne nawet dla pacjentów z chorobami
serca – również tych po zawale. Do tej
pory uważano, że w przypadku chorób
serca tłuszcz jest dodatkowym
czynnikiem ryzyka,
ale badania przeprowadzone w klinice w Ludwigshafen dowodzą, że pacjenci o słabym sercu i z nadwagą
(BMI ponad 35) to prawdziwi mistrzowie przeżycia – w ciągu trzech lat
zmarło zaledwie 16 procent z nich,
podczas gdy wśród pacjentów z normalną wagą (BMI między 20 a 25) nie
przeżyło 46 procent.
Podobne wyniki uzyskał kardiolog
Gregg Fonarow z Uniwersytetu Kalifornijskiego, który zbadał 109 tys. hospitalizowanych pacjentów z chorobami
serca. Zapasy tłuszczu wspierały chore serce – prawdopodobnie dzięki temu, że wytwarzały estrogen działający
jako ochrona naczyń krwionośnych
oraz że przebywającemu w szpitalu
pacjentowi zapewniły większą odporność.
Fonarow ostrzega jednak: – Zawsze
lepiej mieć normalną wagę i nie chorować na serce, niż jako osoba z nadwagą
lżej przechodzić chorobę.
Czy więc tłuszcz ma same zalety?
Nie. Gdyż nadmierna otyłość powoduje obumieranie komórek tłuszczowych, których zawartość, np. nasycone kwasy tłuszczowe, uwalniana jest
do krwiobiegu. – Kiedy komórki tłuszczowe pękają, zachowują się jak cieknący zbiornik paliwa – mówi specjalista w dziedzinie cukrzycy Gökhan Hotamisligil z Harvard School of Public
Health w Bostonie. – Ich trujący ładunek dostaje się do otoczenia. Ponadto
tłuszcz tłuszczowi nierówny. Komórki
tłuszczowe na brzuchu są niebezpieczne, bo uwalniają nasycone kwasy tłuszczowe i inne substancje powodujące stan zapalny, zaś te na udach
i ramionach zachowują raczej kwasy
tłuszczowe wewnątrz, a oprócz tego
produkują hormony chroniące przed
cukrzycą. (as)
JÖRG ZITTLAU
© Berliner Morgenpost, 2010
a1676-77.qxd
2010-04-10
21:14
Page 3
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Mąż sobowtór nie wzbudził podejrzeń ani
u adwokata, ani u notariusza, ani w banku,
ani w firmie ubezpieczeniowej
Diwa i rybak
Niemcy
Hillowie nie byli tuzinkowym
małżeństwem. 55-letnia Waltraud
śpiewała w operze, o szesnaście
lat od niej starszy Hermann hodował ryby i z zapałem oddawał się
wędkowaniu. We wsi Kappel-Grefenhausen, położonej w malowniczym regionie Badenia-Wirtembergia, znano ich powszechnie jako „diwę i rybaka”.
Od pewnego czasu związek sopranistki i hodowcy ryb przeżywał
jakiś kryzys, bo coraz rzadziej można ich było spotkać razem, a ostatnio w pięknej willi mieszkał tylko
Hermann. 71-latek chyba nie najlepiej znosił samotność, gdyż część
mieszkania wynajął – również samotnemu – mężczyźnie. Panowie
nie wchodzili sobie w drogę, ale widywali się dość często. Toteż gdy
gospodarz przestał się nagle pojawiać, zaniepokojony lokator w październiku 2009 roku powiadomił policję, że nie widuje go od kilku miesięcy.
Hermann Hill został uznany za zaginionego. Kolejne miesiące upływały na jego poszukiwaniach – niestety, bezowocnych. Zaangażowanych w sprawę policjantów dziwił
nie tylko brak jakiegokolwiek tropu,
ale również obojętność i niechęć do
współpracy z nimi, jaką okazywała
jego żona. Waltraud Hill zdecydowanie bardziej od losu Hermanna interesował jego majątek (trzeba dodać
– bardzo pokaźny).
Śledczy zaczęli dyskretnie obserwować operową diwę. Nie uszło ich
uwadze, że często kontaktuje się
z prawnikami i jeździ do notariusza
we Freiburgu. Od jej adwokatki dowiedzieli się, że przejęła już praktycznie wszystkie aktywa i pasywa
męża. Nabierali coraz większego
przekonania, że Hermann Hill nie
żyje. I że jego żona maczała w tym
palce. Teoria miała jeden słaby
punkt. Znaleźli się świadkowie, którzy widzieli Hilla żywego. Między innymi w kancelarii adwokackiej
i u notariusza we Freiburgu, gdzie
– w towarzystwie żony – podpisywał
pełnomocnictwa zapewniające jej
pełną kontrolę nad jego finansami.
Niezrozumiałe w tej sytuacji było
jednak, dlaczego się ukrywa. Chcąc
rozwiać wszelkie wątpliwości, śledczy poprosili Waltraud Hill, by przyjechała z mężem do komisariatu na
przesłuchanie. Zgodziła się, ale
– tuż przed uzgodnionym terminem
– odwołała spotkanie. Poinformowała, że w ostatnich miesiącach mąż
dużo podróżował służbowo, nie
kontaktując się z nią. Niedawno zjawił się, bez uprzedzenia. Pozałatwiali różne sprawy finansowe, po
czym znów gdzieś go wezwano.
Niestety, nie powiedział, gdzie...
Tłumaczenie wydawało się tyleż
pokrętne, co trudne do podważenia.
A jednak... Kluczem do rozwikłania
sprawy okazała się sama Wiltraud
Hill. Czy raczej niedoskonałość intrygi, którą wymyśliła. Policji ujawnił
ją, w marcu tego roku, pewien mężczyzna. Jeden z około dziesięciu,
którym śpiewaczka zaproponowała
przedzierzgnięcie się w jej męża:
– Pokazała mi zdjęcie gościa i obiecała, że postawi drinka, jeśli odegram sobowtóra w kancelarii prawnej, u notariusza i w banku – zeznał
świadek. – Ja jednak nie chciałem
mieć z tym nic wspólnego.
Waltraud Hill znalazła więc innego
– o posturze i w wieku Hermanna.
Ubrała go w garnitur męża. Zatrudniła dobrego charakteryzatora, który
zrobił makijaż wiernie odwzorowujący twarz 71-latka. Reszta poszła już
jak po maśle. Kilka wizyt u prawników, parę fałszywych podpisów złożonych pod pełnomocnictwami dotyczącymi aktywów, wkładów kapitałowych, obligacji, akcji i nieruchomości wartych w sumie kilka milionów euro. Mąż sobowtór nie wzbudził podejrzeń ani w kancelarii adwokackiej, ani w gabinecie notariusza,
ani w banku, ani w firmie ubezpieczeniowej, w której „małżonkowie”
założyli polisę na życie Hermanna
Hilla.
Nierozwiązaną zagadką pozostaje, dlaczego kobieta o duszy artysty
zdecydowała się na zaplanowanie
i przeprowadzenie intrygi rodem
z filmów Hitchcocka. A także – kto
i w jaki sposób uśmiercił Hermanna
Hilla oraz co stało się z jego ciałem.
Sama zainteresowana odmawia odpowiedzi na te pytania. Mimo iż na
razie obciążają ją tylko poszlaki, została zatrzymana i przebywa
w areszcie.
IRMA MARZEC
Na podst.: Bild i Suddeutsche Zeitung
R E K L A M A
a1678-79 turystyka.qxd
2010-04-10
78
21:14
Page 2
POZNAĆ I ZROZUMIEĆ ŚWIAT
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Szarawy pył unosi się w powietrzu, przesłaniając słońce. Mdła
poświata z lekka tylko oświetla kontury porozrzucanych po
okolicy, częściowo wypalonych samochodów. Ich ogołocone
wraki stoją chaotycznie pośród zwietrzałych, szarych skał
obsypanych brudnym piaskiem
Na swoje narzekacie,
bo... cudzego nie znacie
Mauretania
Wszędzie śmieci i oderwane
resztki pechowych aut. Nasz
samochód samotnie lawiruje
pośród nich, szukając przejazdu i omijając dziury. Świadomość, że skok w bok może się
okazać skokiem w górę, osobliwie ekscytuje. W końcu niecodziennie przejeżdża się przez
pole minowe.
Jak na ironię, nie jest to sceneria
z Afganistanu, tylko jedyne dostępne przejście graniczne między Mauretanią a, pozostającą pod kontrolą
Maroka, Saharą Zachodnią. Dobrze
oddaje ono charakter kraju, który do
tuzinkowych nie należy.
Sahara Zachodnia
Zaminowana granica, przez którą trzeba się przedrzeć, to apokaliptycznie wyglądający trzykilometrowy, pozbawiony oznakowanych
dróg odcinek pustyni. Stanowi on
pas ziemi niczyjej, rozpięty między
posterunkiem granicznym Mauretanii a obwarowaną bazą wojsk
marokańskich. Ci ostatni uparcie
chcą wierzyć, że są u siebie, jednak sprawa nie jest taka oczywista.
Między Marokiem a Mauretanią do
połowy lat 70. istniała hiszpańska
kolonia pod nazwą Sahara Hiszpańska. Po wycofaniu się kolonistów, o kontrolę nad tym obszarem
walczyły Maroko, Mauretania i niepodległościowe ugrupowanie zwane Frontem Polisario. Ostatecznie
o przynależności spornego terytorium, zwanego dzisiaj Saharą Zachodnią, rozstrzygnie referendum,
które ma się odbyć w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ta w dużej
mierze bezludna, płaska i jałowa
kraina nie budziłaby zapewne
większych emocji, gdyby nie jej
bogactwa naturalne – złoża fosforanów. Obecnie łapę na nich położyło Maroko i robi wszystko, by ten
stan się nie zmienił.
Kraj „inshallah”
Pierwszym miastem po mauretańskiej stronie jest okryte grubą warstwą kurzu Nouadhibou. To już
prawdziwy trzeci świat – bez bankomatów, pełen skleconych z dykty
baraków, rozpadających się, niemalże antycznych samochodów i oślich
zaprzęgów. Europejskie nawyki
przestają tu być w jakikolwiek sposób przydatne. Czas staje się pojęciem względnym i zależnym wyłącznie od Boga – wszystko dzieje się
„inshallah”, czyli „jak Bóg da”. Sposób traktowania zwierząt może zdruzgotać co bardziej wrażliwego podróżnika. Sadystyczne zakatowanie
osła na środku ulicy nie zwraca niczyjej uwagi, podobnie jak rzucanie
przeznaczoną na ubój żywą kozą.
Konkurujące z zaprzęgami samochodowe pojazdy zadziwiają wytrzymałością. Na pierwszy rzut oka nie
mają prawa trzymać się kupy, a co
dopiero jeździć. W tym pierwszym
pomaga im często obwiązanie odpadających elementów metalowym
drutem, w tym drugim – popchnięcie. Światła nie są do niczego potrzebne, podobnie wskaźniki, zamek
w drzwiach czy lusterka. Trzeba
więc uważać, komu się macha, bo
przejazd takim wehikułem może się
zakończyć podtruciem spalinami
z dziurawego tłumika. W Mauretanii
każdy samochód jest taksówką
– wystarczy kiwnąć ręką na ulicy
i wynegocjować cenę. Rolę autobusów przejęły stare mercedesy. Istnieje także kolej. Co prawda tylko
jedna nitka, ale jej wyjątkowość
sprawia, że stała się jedną z nielicznych, ale jakże specyficznych atrakcji Mauretanii.
Dłuższy nie zawsze
znaczy lepszy
Stacja kolejowa leży kilka kilometrów za miastem. Już pierwszy jej widok każe pożegnać się z tradycyjnym wyobrażeniem podróży pociągiem. Ot, nieco większa murowana
szopa z odpadającym niebieskim
tynkiem. Peron stanowi piasek
utwardzony luźno rzuconymi kamieniami i potłuczonymi muszlami,
w oddali przechodzący łagodnie
w piaszczyste wydmy. Powoli schodzą się ludzie. Czas mija, wszyscy
czekają na przyjazd pociągu – „inshallah”. W końcu z pyłu wyłania się
zdezelowana lokomotywa. Za nią kolejna i kolejna. Ciągną najdłuższy pociąg świata, który z wagonami ma
ponad 2 kilometry. Codziennie wozi
rudę żelaza z kopalń położonych
w głębi Sahary, po czym wraca pusty. Powolny przejazd całego składu
ciągnie się w nieskończoność. Dla
tych, którzy nie zmieszczą się w jednym pasażerskim wagonie, pozostaje przejazd w „węglarce”, a właściwie „rudziarce”. Jest to jednak ekstremalne przeżycie – cały skład szarpie, trzeszczy i przede wszystkim pyli. Do tego stopnia, że w otwartych
wagonach towarowych niemożliwe
staje się jedzenie, a nawet oddychanie bez osłony twarzy. Dlatego, gdy
tylko pociąg ostatecznie zatrzymuje
się, rozpoczyna się prawdziwy bój
o miejsca w wagonie pasażerskim.
Numeracji miejsc nie przewidziano,
dlatego pozostaje albo sprawny
abordaż przez okno, albo pół doby
w warunkach, które nawet miejscowi
uznają za trudne. A do lalusiów z całą pewnością nie należą. Wagon pasażerski także nie zostawia wątpliwości, gdzie się znajdujemy. Wedle
wszelkiego prawdopodobieństwa
jest jeszcze spadkiem po czasach
kolonialnych, które skończyły się
prawie 50 lat temu. Brak światła, nieobecne drzwi do toalety, wydarte fotele. Niesamowity ścisk nie przeszkadza jednak miejscowym cieszyć
się życiem. Jeden z naszych współpasażerów zabrał ze sobą butlę gazową. Podróż mija mu na gotowaniu
obiadu, a potem ponadgodzinnym
ceremoniale gotowania herbaty, która z uwagi na islamski zakaz spożywania alkoholu, stała się arabskim
przysmakiem. Niesamowicie słodka,
wielokrotnie przelewana w celu uzyskania pianki. Prawdziwi mistrzowie
ceremonii potrafią czynić to godzinami i wycelować strumykiem napoju
w niewielką szklaneczkę z naprawdę
imponującej wysokości.
Ta noc jest bezsenna. Pociąg cały
czas szarpie, przez okna sypie się
Sahara w postaci mgły piasku,
a ścisk uniemożliwia rozprostowanie
nóg. Nad ranem robi się poruszenie,
wysiadka dla jadących do Ataru.
O ile barak w Noadhibou można było od biedy nazwać jeszcze stacją, to
ten przystanek jest najzwyklejszą pustynią. Podróżni pakują się do podstawionych samochodów terenowych – w tej części kraju nie ma asfaltowych dróg. Po kilkunastu metrach od ruszenia, samochód, którym jedziemy, dosłownie gubi koło
i zagrzebuje się w piasek. Trzeba
przesiąść się na inny. Ten, po paru
godzinach jazdy po wyboistych bezdrożach, dowozi już swoich pasażerów do oazy, którą trudno właściwie
nazwać miastem. Nieco kojących
zielenią palm, trochę niewysokich
budynków, parę słabo zaopatrzo-
a1678-79 turystyka.qxd
2010-04-10
21:14
Page 3
nych sklepików, targowisko – cały
Atar. Jest środek lata, jedynym czynnym miejscem mogącym przyjąć turystów jest niewielki kemping niedaleko centrum. Właściwie wszystko tu
jest niedaleko centrum, które stanowi placyk z dwoma nieco lepiej zaopatrzonymi sklepikami. Ich wyjątkowość polega na posiadaniu towarów
luksusowych, do których w mauretańskich warunkach należą owoce
i warzywa. Prawie całą powierzchnię
kraju zajmują piaski Sahary, która
może zapewnić przeżycie tylko niewielkiej populacji wielbłądów, kóz
i podobnie niewymagających zwierząt hodowlanych. Wszystkie inne
produkty spożywcze muszą być
sprowadzone, co czyni je drogimi
nawet dla Europejczyka, a dla lokalnego pasterza właściwie niedostępnymi. Dla przykładu, kilogram jabłek
to wydatek odpowiadający prawie
10 zł, półlitrowy kartonik mleka – 5 zł.
Dominują produkty francuskie, jednak można odnaleźć też mleko
o swojskiej nazwie „Łaciate”. Przebłysk dumy z zasięgu dystrybucji rodzimego przemysłu spożywczego
chłodzi jednak adnotacja, że kartoniki pochodzą z programu „Mleko
z klasą”, który zorganizowany był jako pomoc dla polskich dzieci. Zastanawia więc, w jaki sposób te kartoniki znalazły się na środku Sahary.
Na styku dwóch kultur
Kemping, z prozaicznego powodu
bycia jedynym czynnym, staje się
miejscem spotkań bardzo nielicznych w tym upalnym okresie turystów. Zrządzeniem losu pojawiają się
dwaj Niemcy, którzy jadąc terenowymi samochodami, mają zamiar przebyć Saharę i dostać się do Mali.
Trudno nam odmówić sobie wykorzystania takiej okazji, więc zabieramy się „na stopa” w nieznane. Wyprawa przez sam środek pustyni,
brzmi piekielnie ciekawie. Jednak
z czasem okazuje się, że przewaga
jest wyraźnie po stronie piekła. Po
drodze mijamy posterunki wojskowe, które skrupulatnie kontrolują
właściwie nieistniejący ruch na niewielkim, bitym trakcie. Jeden z żołnierzy prosi o podwiezienie. Po drodze bardzo nalega na poczęstowanie go jakimś europejskim lekarstwem. Schorzenie – guz na ręce.
Dla niewykształconego Mauretańczyka zwykły paracetamol staje się
uniwersalnym placebo. Zresztą cała
lokalna medycyna zwykła opierać
się na tym efekcie. Lepiej mieć
wszelkie możliwe leki ze sobą, niż liczyć na sprawdzone metody miejscowych, którzy na ukąszenie skorpiona polecają na przykład wypicie
szklanki wody, w której moczony był
stosowny werset Koranu. W tym
względzie ujawnia się specyficzne
położenie Mauretanii – między świa-
79
POZNAĆ I ZROZUMIEĆ ŚWIAT
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
tem arabskim a afrykańskim. O ile
Maroko sztywno trzyma się doktryny
muzułmańskiej, niepozwalającej na
takie świętokradcze remedium, o
tyle sąsiadujący od południa Senegal traktuje Koran jako uniwersalny
materiał do wyrobu wszelkiego autoramentu magicznych amuletów. Także ludność Mauretanii jest mieszana
– część ma korzenie arabskie, część
jest czarnoskóra. Na kolorze jednak
różnice się nie kończą. To jaśni Maurowie trzymają władzę w swoich rękach i obsadzają główne stanowiska
w kraju. Ludność murzyńska dzieli
się na dwie kategorie: żyjących
głównie na południu członków wolnych plemion oraz grupę zwaną Haratyni. Ci ostatni są potomkami czarnych niewolników, którzy od dawien
dawna usługiwali arabskim panom.
Choć oficjalnie czasy niewolnictwa
skończyły się wraz z nastaniem protektoratu francuskiego, jest ono
wciąż praktykowane w świadomości
mieszkańców Mauretanii. Oficjalne
przepisy nie mają znaczenia. Kto
urodził się jako potomek niewolnika,
sam jest niewolnikiem. Losy arabskich panów i ich zislamizowanych
poddanych są wciąż nierozerwalnie
splecione. Niewolnik mieszka ze
swoim „właścicielem” pod jednym
dachem, stając się częścią rodziny.
Jego poddaństwo sprowadza się
często do parzenia herbaty lub wykonywania innych obowiązków domowych. Teoretycznie jednak jest
wolny i może odejść – jednak gdzie?
Nikt go nie zatrudni. Nie ma realnego
wyboru, musi zostać. Dzięki antyniewolniczemu prawodawstwu Haratyni
przestali być oficjalnymi niewolnikami, a zostali kastą byłych niewolników, żyjących tak samo jak poprzednio ich rodzice i dziadowie.
Piekło na ziemi
Dalsza trasa wiedzie nas prosto
na południe. Na mapie, jedynej dostępnej, oznaczona jest jako droga
krajowa nr 5. Jej widok to miód na
polskie serce – więc jednak może
być gorzej niż u nas. Ta droga po
prostu nie istnieje. Nie ma żadnych
znaków, asfaltu, ba – nie ma nawet
drogi gruntowej. Kreska na mapie
jest po prostu kierunkiem, po którym trzeba się poruszać, by dostać
się do kolejnej oazy. Jedynie miejscowi wiedzą, którędy jechać.
A i tych nie ma tu zbyt dużo – w ciągu 4 dni jazdy mijamy dosłownie
dwa samochody. Kierujemy się więc
GPS-em, korzystając z punktów nawigacyjnych pobranych z internetu
i zapisanych przez osoby, które
wcześniej już tą trasą jechały. Niestety, to dane sprzed trzech lat. Sahara jest ruchoma i tam, gdzie kiedyś był twardy grunt, są teraz skały,
a wydmy przewiało zupełnie gdzie
indziej. Trzeba sobie jakoś radzić.
Powoli wyszukujemy przejazdu
przez wydmy i skaliste góry. Co jakiś
czas któryś z samochodów zapada
się w piasek i trzeba go mozolnie
wykopywać, podczas gdy upał
w cieniu dochodzi do 51 stopni.
Po drodze mijamy kilka prowizorycznych osad. Stanowią je szałasy
z łodyg, folii, w najlepszym wypadku
z blachy falistej. Przy nich stoją bezcenne studnie sięgające głęboko
brudnej, mętnej wody. Życie nie jest
tu łatwe. Mieszkańcy zajmują się koczowniczą hodowlą wielbłądów
i kóz. Bieda – to za mało powiedziane. Pustynni Mauretańczycy są
przeraźliwie ubodzy, niedożywieni
i zniszczeni warunkami bytowania.
Czterdziestolatek wygląda tu na wiekowego starca. Po dwóch tygodniach opuszczamy niegościnny
kraj. Popularne powiedzenie mówi:
„Cudze chwalicie, swego nie znacie”. Po wizycie w Mauretanii łatwo
jednak o korektę: „Na swoje narzekacie, bo cudzego nie znacie”.
Tekst i fot.:
ADAM GABRYELÓW
Książka w plecaku
Trójkąt narodów
Ziemia kłodzka
poza
wieloma
unikatowymi
atrakcjami jest
miejscem szczególnym,
miejscem
styku
trzech narodów,
które w niezwykły
sposób wpłynęły na dzieje tych
stron. Czesi, Niemcy i Polacy wnosili swe cywilizacyjne dziedzictwo
w niewielki (1700 km kw.) obszar, co
dziś poświadcza w Czermnej Pomnik Trzech Kultur.
Podobnie jak niemal każda publikacja Rewasza, tak i ta pieczołowicie i wszechstronnie dokumentuje
region. Znajdziemy tu artykuliki poświęcone zagadnieniom lokalnym:
historycznym, kulturowym i przyrodniczym. To niezbędne kwantum
wiedzy dla każdego, kto zechce powędrować malowniczymi sudeckimi
szlakami. Największa część przewodnika poświęcona jest turystyce
górskiej, z charakterystyką regionu
i dokładnymi opisami tras. Ziemia
kłodzka ma niezłą infrastrukturę turystyczną, co umożliwia precyzyjne
zaplanowanie wycieczek jednodniowych, a nawet półdniowych zakończonych osiągnięciem celu.
W zaplanowaniu wycieczki pomogą
mapy i plany, ale również słownik
miejscowości ziemi kłodzkiej, który
umożliwi dotarcie nawet do miejsc
leżących z dala od szlaków.
Ziemia kłodzka nie ma jednolitego
oblicza. Poza Kotliną Kłodzką możemy zawędrować w Góry Złote, zamykające Kotlinę od wschodu, możemy
skierować się w Góry Bardzkie lub
najciekawsze z nich Góry Stołowe.
Tu leży masyw Śnieżnika, tu też ciągną się zwarte masywy gór: Bystrzyckich, Bialskich i Orlickich.
Większość obszaru pozostaje pod
ochroną, albo jako Park Narodowy
Gór Stołowych, albo jako rezerwaty
krajobrazowe. Poza niekwestionowanymi atutami przyrodniczymi (jakież znajdujemy tu jaskinie!) ziemia
kłodzka wabi urokliwymi miastami
i miasteczkami, z których niemal
każde ma swoją legendę sięgającą
średniowiecza, pełną duchów, świętych, kopalń złota i rozbójników. Ale
wabią też współczesne, XX-wieczne
zagadki, fortyfikacje, zamki, warownie. Sztolnie w Złotym Stoku, ponure
wyrobiska uranowe w Kletnie, twierdza kłodzka, ale także popularne
zdroje: w Kudowie, Lądku, Polanicy.
Ł. Azik
WALDEMAR BRYGIER, TOMASZ
DUDZIAK. ZIEMIA KŁODZKA. PRZEWODNIK. Oficyna Wydawnicza Rewasz, Pruszków 2010, s. 496.
a1680 nauka.qxd
2010-04-10
21:13
80
Page 2
WIEDZA I ŻYCIE
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Proszę wstać! Nauka idzie!
Oskarżone:
o małe przekupstwo
Orzeczenie: Warto wiedzieć, co jadło nasze jedzenie...
Zabójca spermy: cola
sprawdzić, czy odpady po produkcji
olejków eterycznych można wykorzystać do celów rolniczych. (MT)
Orzeczenie: Ciekawe, czy badacze przyjrzeli się efektom ubocznym
spożycia „eterycznych” grzybków...
Wytrych: nowy gen
poprawiający radioterapię
Przedmiot sprawy: Samce jednego z gatunków świerszczy (Laupala
cerasina) wiedzą, jak wprawić partnerkę w dobry humor. Do ich zalotów
należą: śpiew, pocieranie czułkami
i dawanie „zaręczynowych prezentów” powstałych z własnych wydzielin, którymi częstują samice. Naukowcy stwierdzili, że obdarowane
samice przyjmują 1,5 raza więcej
spermy od partnerów zabiegających
o ich względy niż od tych, którzy im
nic nie dają. (PR)
Orzeczenie: Płeć piękną łatwo
przekupić prezentem, nie tylko
w świecie zwierząt...
Zagrożone:
rośliny mięsożerne
Przedmiot sprawy: Według najnowszych badań, picie dużych ilości coli
może mieć wpływ na płodność mężczyzn. Po przebadaniu ponad 2500
młodych mężczyzn okazało się, że nasienie niepijących coli i prowadzących
zdrowy tryb życia było bardziej zasobne w plemniki (średnio 50 milionów
w mililitrze). Z kolei panowie, spożywający ponad litr tego napoju dziennie,
mieli obniżony poziom plemników
w nasieniu (35 mln w mililitrze). Naukowcy stwierdzili, że to nie kofeina
winna jest obniżeniu jakości spermy,
ponieważ inne napoje ją zawierające
nie powodowały takiego efektu. Przyczyną problemu może być niezdrowy
tryb życia miłośników coli. (SS)
Orzeczenie: Chcesz mieć dzieci,
ogranicz colę i fast foody!
Podejrzane:
eteryczne grzybki
Przedmiot sprawy: Zagadkowe
zjawisko wymierania roślin mięsożernych zainteresowało brytyjskich naukowców. Sprawdzali skutki występowania podwyższonych ilości metali
ciężkich w ciałach owadów, którymi
żywią się rośliny. Kapturnicy białolistnej podawali zanieczyszczone miedzią lub kadmem czerwie muchy domowej. Kadm z owadów akumulował
się w łodygach rośliny, negatywnie
wpływał na wzrost i wykazywał toksyczność. Z kolei miedź nie wywoływała szkodliwych skutków. Zdaniem
naukowców, powinniśmy przywiązywać większą wagę do kontroli emisji
kadmu do środowiska (pochodzi on
m.in. z nawozów sztucznych, powłok
metalowych itd.), jeśli chcemy zachować te unikalne rośliny. (KAW)
Zdrada: romans żółci
z wrogiem
Przedmiot sprawy: Naukowcy
od dawna głowili się, dlaczego zastosowanie radioterapii u chorych
na dany typ raka czasami działa,
a czasem nie. Być może problem
ten pomoże rozwikłać nowo odkryty
gen, związany z naprawą DNA,
o nazwie POLQ. Jest on zdecydowanie bardziej aktywny w niektórych komórkach nowotworowych
i najwyraźniej pomaga im się „wymknąć” spod zabójczego działania
radioterapii. Gdy uczeni zablokowali ekspresję heroicznego dla komórek rakowych genu, terapia okazała
się skuteczniejsza – komórki nowotworowe ginęły. Informacja ta jest
niezwykle ważna dla potencjalnego
zastosowania klinicznego. Można
byłoby bowiem przed zastosowaniem radioterapii unieczynnić, za
pomocą odpowiednich leków, gen
POLQ i tym samym poprawić efektywność leczenia. (MK)
Orzeczenie: Radioterapia coraz
skuteczniejsza.
Pod lupą: ptasia gorączka
Przedmiot sprawy: Argentyńscy
badacze wykazali, że grzyby rosnące
na ściółce z liści laurowych i eukaliptusa zmieniają smak, a nawet kolor. Są
bardziej brązowe, mają wzmocniony
smak i bardziej gąbczastą strukturę.
Przebadano boczniaki, drugie najczęściej spożywane grzyby na świecie
i nietrujące, nieznane dzikie grzyby.
Naukowcy porównali ich walory smakowe, gdy rosły na nowym podłożu
i tradycyjnym, ze słomy. Okazało sie,
że „aromatyczne” podłoża poprawiały
kulinarną przydatność obydwu gatunków. Badanie przeprowadzono, by
że zwierzętom żyjącym na wolności
nie zawsze się opłaca. Czasem okres
reprodukcyjny jest na tyle krótki, że
lepiej siły i środki poświęcić na szukanie partnera, a chorobę ignorować. Badacze z Princeton przetestowali tę hipotezę, przyglądając się pasówce śpiewnej (ptak z rodziny
trznadlowatych) żyjącej w dwóch
różnych ekosystemach: Kalifornii
i Waszyngtonie. Zaaplikowali ptakom
dawkę pirogennych (wywołujących
gorączkę) ścian komórek bakteryjnych, po czym monitorowali ich temperaturę. Temperatura ciała trznadli
z Waszyngtonu podnosiła się mniej
i na krócej niż u ptaków z Kalifornii,
gdzie okres godowy jest znacznie
dłuższy, co jest dowodem przemawiającym na korzyść nowej immunologicznej teorii. (KAW)
Orzeczenie: Natura wzięła dosłownie powiedzenie, „chorują ci, którzy
mają na to czas”.
Przedmiot sprawy: Na wiosennym
spotkaniu w Edynburgu mikrobiolodzy z USA rzucili podejrzenie na dobroczynną rolę żółci w naszym organizmie. Ich zdaniem, niektóre bakterie, np. Escherichia coli O157:H7
– enterohemolityczny szczep znanej
bakterii, wywołujący infekcje przewodu pokarmowego, wykorzystują żółć
jako znak drogowy do rozpoznania
części jelita, w którym się znajdują.
Wyższe stężenie żółci zapobiega
przyleganiu bakterii do ścian jelita
cienkiego. Wraz z przemieszczaniem
się w głąb przewodu pokarmowego
stężenie żółci maleje, bakterie włączają geny umożliwiające infekcję
i przypuszczają toksynowy atak na jelito grube. Badacze mają nadzieję, że
poznanie strategii tych groźnych bakterii pomoże w walce ze zbiorowymi
zatruciami pokarmowymi. (KAW)
Orzeczenie: W odwiecznej walce
patogenów i gospodarzy wszyscy są
podejrzani.
ZUZANNA KACZMARSKA
i Naukowy Wydział Śledczy
Przedmiot sprawy: Jedna z nowszych teorii na temat układu immunologicznego mówi, że obrona przed
chorobą jest na tyle enegrochłonna,
[email protected]
Źródła: ScienceNow, Science Daily,
BBC News, Telegraph
a1681 eroskop.qxd
2010-04-10
21:12
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Page 1
W GŁOWIE SIĘ (NIE) MIEŚCI
81
EROSKOP
Rys. Katarzyna Zalepa
a1682 turkiewicz.qxd
82
2010-04-10
21:11
HIGH LIFE
Page 2
ZNAD SEKWANY
Whitney Houston
W szponach nałogu
Amerykańska
gwiazda odwołała
trasę koncertową
po Wielkiej Brytanii
ze względu na problemy zdrowotne.
Niedawno Whitney
była
widziana
w hotelu w Los Angeles, kiedy wciągała kokainę – poinformował amerykański tygodnik In Touch Weekly. – Wyjęła
z kieszeni pastikowy woreczek, wzięła
banknot, zwinęła go i za jego pomocą
wciągnęła do nosa biały proszek
– opowiedział świadek zajścia. Według
niego wychudzona Houston wyglądała
okropnie i nie przejmowała się tym, że
ktoś mógłby ją w takim stanie zobaczyć. Wokalistka, spacerując hotelowym korytarzem, wykrzykując, dopominała się drinka. Towarzyszył jej były
mąż Bobby Brown, który wiele lat temu
wciągnął ją w nałóg.
Robert Pattinson
ANGORA – PERYSKOP nr 16 (18 IV 2010)
Paryski nie-co-dziennik
Bal manekinów
Moda umiera młodo, lecz czasem
zmartwychwstaje. Jak w Petit Palais,
gdzie kilkaset kobiecych fantomów
w koronkach, muślinach i tiulach
ożywia świat elegancji i luksusu
– dzieło zmarłego przed dwoma laty
Yves’a Saint-Laurenta.
To pierwsza pełna retrospektywa
twórczości wielkiego kreatora mody.
Wcześniejsze odbywały się już w latach 80. ub. wieku: w Nowym Jorku,
zorganizowana przez Metropolitan
Museum of Art, Pekinie, Moskwie,
Montrealu, San Francisco, Rio de Janeiro czy paryskim Centrum Pompidou. Ale ta w Petit Palais, czyli Muzeum Sztuk Pięknych Miasta Paryża,
jest największa – obejmuje całość
dzieła projektanta, który przez 40 lat
panował w eklektyczno-snobistycznym świecie mody. Wystawa krok po
roku założył z kochankiem i towarzyszem całego swego życia, Pierre’em
Bergé, własny dom mody, który stał
się symbolem francuskiej elegancji
i imperium luksusu.
Mody mijały, a jego styl trwał, styl
Rive Gauche, nazwany tak od pierwszego butiku (Yves Saint Laurent Rive
Gauche) otwartego przy ulicy Tournon 21 w VI Dzielnicy miasta. Styl bardzo paryski, wzmagający zmysłowość, niezależność, tajemniczość.
Pobrzmiewały w nim echa chłopczycy
z lat 20., bawiącej się mitem androginii. Postulat zrównania płci był ważnym motywem jego twórczości. Moda, twierdził, ma uczynić kobiety nie
tylko piękniejszymi, ale dodać im
pewności siebie i władzy. Wymyślił
dla nich ekwiwalent męskiego garnituru, by je zrównać z mężczyznami.
Zbyt chudy, zbyt śmierdzący...
Twórcy „Zmierzchu” uznali, że filmowy wampir, bożyszcze nastolatek
na całym świecie,
jest stanowczo za
chudy – donosi
portal
malextra.com. Pattinson ma czas na nabranie masy mięśniowej do jesieni, kiedy
będą kręcone zdjęcia do trzeciej części kinowego hitu „Przed świtem”.
Zdyscyplinowany aktor codziennie
odwiedza siłownię, także zatrudnił dietetyka, który przepisał mu dietę bogatą w białka. Z kolei producenci przygód Jamesa Bonda zastanawiali się
nad obsadzeniem w tytułowej roli Pattinsona. Szybko jednak zrezygnowali
z tego pomysłu, gdy dowiedzieli się,
że młody aktor nie dba o higienę osobistą i, delikatnie mówiąc, brzydko
pachnie, co wprawia ekipę na planie
w zakłopotanie.
Gwyneth Paltrow
Jak robot
Aktorka wyznała,
że przyjście na
świat jej synka nie
wzbudziło w niej instynktu macierzyńskiego. – Czułam
się jak robot, to
znaczy nic nie czułam... Dzięki Bogu nigdy nie narodziły
się w mojej głowie myśli o zrobieniu
krzywdy mojemu dziecku – zdradziła
Paltrow. Emocjonalny problem zauważył mąż aktorki, muzyk Chris Martin.
Dopiero kiedy zaczęliśmy głośno
o tym rozmawiać, wyleczyłam się
z obojętności i poczułam, że jestem
mamą – opowiedziała w wywiadzie dla
brytyjskiego Vogue’a.
ZW
Fot. PAP(3)
Fot. Magdalena Dobiecka
kroku prowadzi zwiedzających przez
15 sal, niczym po teatralnych scenach, na których ponad 300 manekinów odgrywa spektakl spod znaku
YSL. Są też rysunki, dokumenty, zdjęcia i filmy dokumentujące założenia
stylu oraz kulisy rewolucji estetycznej,
jakiej dokonał ten mały książę haute
couture.
Do Paryża Saint-Laurent przyjechał
w 1954 roku z Oranu, w Algierii. Po zaledwie trzymiesięcznym kursie rysunku, mając 18 lat, został asystentem
Christiana Diora. Trzy lata później, kiedy Dior zmarł na zawał serca, zajął jego miejsce, zostając najmłodszym
szefem najbardziej prestiżowego domu mody. Zaprojektował dla niego
swoją pierwszą głośną kolekcję „trapezoidalną”, ubierając kobiety w sukienki o tym nowym kształcie. W 1961
Na wybiegu po raz pierwszy pojawiły
się modelki ubrane w czarne smokingi z dekoltami, wąskie spodnie, wytworne garnitury zastępujące wieczorowe suknie. Wylansował też styl safari, skórzane kurtki, szpilki, przeźroczyste bluzki.
Coco Chanel uwolniła kobiety od
gorsetu, a on oswajał je z nagością.
Przekonywał, że nic nie jest piękniejsze od odpowiednio odkrywanego
ciała, z którego uczynił nową supergwiazdę mody, łamiąc pruderyjną moralność. W jednej z kolekcji prowokacyjnie czynił wyraźne aluzje do prostytucji, ubierając modelki o „krwawiących ustach” w kuse wdzianka. Sam
też, reklamując swoje pierwsze perfumy, pozował nago przed obiektywem.
Mówiono, że Saint-Laurent był czarodziejem nocy, bo najbardziej polu-
REDAKTOR NACZELNY – Paweł Woldan
Adres redakcji: 90-103 ŁÓDŹ, ul. Piotrkowska 94,
tel. 42 632-61-79, fax 42 632-07-67, nasz adres
e-mail: [email protected]; nasza strona www
w internecie: www.angora.com.pl, www.angorka.com.pl;
Wydawnictwo Westa-Druk Mirosław Kuliś, 90-103 Łódź,
ul. Piotrkowska 94, Druk: Drukarnia Prasowa SA
bił czerń. Oprócz niej kolor różowy,
który przypominał mu dzieciństwo,
i czerwony – kolor walki życia ze
śmiercią. Wszystkie barwy zestawiał
w zaskakującej wolności, często inspirując się sztuką swych ulubionych
malarzy: Mondriana, Matisse’a, van
Gogha, Braque’a, Picassa czy przyjaciela Andy’ego Warhola. Czerpał
też ze sztuki afrykańskiej, Orientu
i Dalekiego Wschodu, z różnych
epok i kultur, dając upust swemu
smakowi egzotyki. Stworzył ponad
osiem tysięcy kreacji, osiągając
w świecie mody wszystko: pieniądze,
sławę, prestiż.
W jednej z sal paryskiej wystawy
– zatytułowanej „Ostatni bal” – są
stroje uszyte z okazji wielkiego balu
kostiumowego, wydanego przez Marie-Héle`ne de Rothschild w zamku
Ferrieres z okazji 100. rocznicy urodzin Marcela Prousta. Saint-Laurent
chętnie identyfikował się z autorem
„W poszukiwaniu straconego czasu”.
– Moje życie trochę zbliżało się do
Prousta, który nauczył mnie, że rodzina ludzi neurotycznie wrażliwych jest
sama na tej ziemi. Stałem się jej częścią. Nie wybierałem jej fatalizmu, ale
zrozumiałem, że najważniejsze w życiu to odważne spotkanie z samym
sobą...
Jego życie było walką z demonami.
Walczył z nimi w swym więzieniu ze
złota, zmagając się z depresją, alkoholem, narkotykami, z cierpieniami
trujących miłości. – Przekraczałem
granice piekła. Poznałem więzienia
szpitali, strach i okropną samotność.
Bał się świata, tłumu, ulicy. Był chorobliwie nieśmiały, zamknięty w sobie,
w swym kokonie szczęśliwego dzieciństwa, którego przez całe życie nie
opuścił. W świecie dorosłych nosił
w sobie samodestrukcyjny pęd, jaki
go niszczył i pogrążał w alkoholowej
komie, z której dopiero elektrowstrząsy przywracały go do życia. – Śmierć
będzie najpiękniejszym dniem mojego
życia – mówił do 95-letniej matki. Ten
dzień to 1 czerwca 2008 roku.
– Każdy potrzebuje estetycznych
duchów. Ja też ich szukałem...
– oświadczył na swej ostatniej konferencji prasowej. Te, które znalazł, są
w Petit Palais. Tam trwa ich wielki bal.
Skończy się pod koniec lata, 29 sierpnia. A wtedy, czy te fantomy elegancji,
szyku i luksusu wezmą sobie do serca głos swego kreatora: – Mam dość
Ritza, niech żyje ulica! Na to bym nie
liczył. Są piękne. To prawda. Ale serca
nie mają, tylko koronki, muśliny, tiule.
LESZEK TURKIEWICZ
[email protected]
w Łodzi, al. Piłsudskiego 82; Nakład: 492 027 egz.;
Nr indeksu 37-87-39, ISSN 0867-8162.
Cięgi za numer zbierają: PAWEŁ WOLDAN
i sekretarz odpowiedzialny: KATARZYNA GORZKIEWICZ
a1683 zaap.qxd
2010-04-10
21:24
Page 1
R E K L A M A
a1684.qxd
84
2010-04-10
20:53
Page 2
PRZERWANA KADENCJA
ANGORA nr 16 (18 IV 2010)
Zdjęcia: Forum (7), PAP (2), Newspix.pl (1) Oprac. Mirosław Stankiewicz
Download

Formularz zgłoszenia - Augustowskie Motonoce