Nr 2/2011-2012
WAKACYJNE
DOŚWIADCZENIA
KOLONIA
CARITAS
FOKOLARE
REKOLEKCJE
DZIECI MARYI
PIELGRZYMKA
MUMINKI
Słowo redaktora
MEETING CL
SZKOŁA
Nasza formacja seminaryjna dokonuje się nie tylko na płaszczyźnie ludzkiej, duchowej,
intelektualnej ale także duszpasterskiej. Jak czytamy w posynodalnej adhortacji Pastores dabo Vobis
napisanej przez bł. Jana Pawła II: „Poprzez te pierwsze i stopniowo zdobywane doświadczenia w
pełnieniu posługi przyszli kapłani zostaną włączeni w żywą tradycję duszpasterską swego Kościoła
lokalnego, nauczą się otwierać umysł i serce na wymiar misyjny życia Kościoła, będą praktykować
pierwsze formy współpracy z sobą nawzajem oraz z kapłanami, obok których zostaną postawieni”.
Mam nadzieję, że te początkowe doświadczenia duszpasterskiej posługi są nie tylko dla mnie
tak bardzo cenne, ale dla każdego z seminarzystów, dlatego, pomimo, że już jest wprawdzie listopad,
chciałbym zaprosić wszystkich do powrotu myślami do czasu wakacyjnych doświadczeń związanych
z różnymi grupami Kościoła, osobami…
kl. Dawid Górniak
Głos Serca Diecezji 1 | S t r o n a
W tej krótkiej refleksji związanej z pracą
z Muminkami, chciałbym w kilku zdaniach podzielić
się moim doświadczeniem przebywania wśród tych
niezwykłych ludzi, choć zdaję sobie z tego sprawę,
że to, co napiszę nie odda w całości bogactwa, które
można otrzymać – to trzeba po prostu przeżyć!
Z niepełnosprawnymi po raz pierwszy miałem kontakt w seminarium, dzięki grupie, która co jakiś
czas wyrusza do parafii św. Jacka, żeby pomóc w organizacji spotkania dla Muminków. Głównym
celem spotkania jest oczywiście Eucharystia, po której wszyscy spotykamy się na przysłowiowym
ciastku. Te spotkania były dla mnie dobrym wprowadzeniem do obozu, na który wybrałem się po
II roku seminarium.
Obóz muninkowy w 2010 r. odbywał się w Otmuchowie. Po mojej dwutygodniowej praktyce
wakacyjnej jaką była Oaza Dzieci Bożych, ostatniego dnia pod plebanię w Jełowej podjechał autobus
z
niepełnosprawnymi.
Byłem
w szoku. Myślałem sobie i co teraz?
jak ja mam się zachowywać przy
nich? co mam mówić? – myślę, że
każdy stawiał sobie te pytania.
Wsiadłem do tego autobusu
i wystarczyło, że ktoś wypowiedział
moje imię i zatrzęsło pojazdem.
Uśmiechy,
machania
ręką,
wykrzykiwanie Michał towarzyszyło
mi podczas jazdy do samego
Otmuchowa. Tak mniej więcej
wyglądał mój początek przygody,
która mnie wciągnęła całkowicie.
Obozy
organizowane
przez
Kluczborskie Towarzystwo Pomocy
Sprawnym Inaczej "MUMINKI"
odbywają się w wakacje (lipiec - sierpień) i trwają 9 dni. Niepełnosprawnych jest zazwyczaj ok. 25
(myślę, że to też zależy od liczby zgłoszeń i wielkości miejsca, w którym ma odbyć się obóz, choć to
drugie nigdy problemów nie sprawiało) i mniej więcej na jednego, z Muminków przypada jeden
opiekun. Wolontariusze nieraz w czasie obozu się zmieniają. Jeden musi wcześniej wyjechać, drugi
przyjeżdża na ostatnie trzy dni – nie jest to jakiś sztywny grafik. O tym, kim się będzie opiekowało
dowiadujemy się przed obozem.
Głos Serca Diecezji 2 | S t r o n a
Każdy obóz jest świetnie przygotowany od strony organizacyjnej i formalnej przez członków
stowarzyszenia. W zależności od ilości wszystkich uczestników podzieleni jesteśmy na trzy grupy
z wykwalifikowanym wychowawcą. Każda grupa wymyśla swoją nazwę, układa hymn i tworzy logo.
W czasie całego obozu odbywają sie liczne wycieczki całodniowe, wypady do zoo, na basen
(Muminki uwielbiają się kąpać w basenie), zwiedzamy centra pobliskich miast, chodzimy po górach
(jeśli są), hitem kilku dni obozowych są wieczorne dyskoteki oraz program Mam talent. W jeden z
wieczorów do snu utula wszystkich wyświetlana bajka. Oczywiście każdy dzień zaczyna się poranną
toaletą
i rozgrzewką na boisku lub sali gimnastycznej, w zależności jak na to warunki miejscowe pozwalają.
Warto wspomnieć, że na obozie obecny jest zawsze ksiądz. Nie brakuje więc atmosfery modlitwy,
która rozpoczyna i kończy każdy posiłek i dzień. Gromadzi nas również sam Jezus na Eucharystii,
która jest zawsze żywym spotkaniem z Bogiem (Muminki bardzo żywo uczestniczą we Mszy Świętej
przez głośny śpiew, nieraz przez dyskusję z księdzem podczas kazania czy biorąc czynny udział w
modlitwie wiernych).
Ważnym wydarzeniem jest, tzw.
chrzest obozowy. Dotyczy on
przede wszystkim opiekunów,
którzy po raz pierwszy są na takim
obozie – muszą się w końcu
zahartować  Muminki przejmują
władzę nad opiekunami no i dzieje
się wiele. Nie ma co się bać.
Wszyscy
mamy
zapewnione
bezpieczeństwo dzięki Pani Ani,
która ma kwalifikacje medyczne
i już od niepamiętnych czasów
jeździ
na
obozy
z
niepełnosprawnymi. Pani Ania to
taki nasz skarb, od pomocy
fizycznej,
ale
także
i duchowej. Zawsze pomoże i
doradzi.
Pozazdrościć mogą nam wszystkie programy kulinarne naszych Pań z kuchni. Gotują wyśmienicie.
Po każdym posiłku zbierają głośne brawo za to, że tyle serca wkładają w rozmaite dania.
Czy konkretna pomoc i przebywanie z osobą niepełnosprawną jest trudne?
Trzeba pamiętać, że jak się dostaje kogoś pod opiekę, to trzeba „wbić” sobie do głowy, że od tego
momentu już nie jestem sam. Ze swoim podopiecznym spędza się większą część dnia. Zazwyczaj
pomocy udziela się przy codziennych czynnościach tj. ubieranie, jedzenie, zażywanie leków, toaleta
poranna i wieczorna. Są ciężkie chwile – a gdzie nie ma?! Można się przez to nauczyć cierpliwości do
drugiego a szczególnie do samego siebie. Muminki swoją radość i podziękowanie wyrażają
w uśmiechu, który oddaje to wszystko, co czują. To naprawdę wystarczy.
„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci Moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (Mt 25, 40)
Zapraszam do GALERII 
Głos Serca Diecezji 3 | S t r o n a
Każda pomoc przy wózkach się przyda.
Na basenie.
W jakusi.
Polonez z Muminkami.
Tak wyglądają wolontariusze po „chrzcie” obozowym.
Mam talent.
Wieczór talentów.
Poranna gimnastyka.
Głos Serca Diecezji 4 | S t r o n a
A Paniom z kuchni za pyszny obiad: Dzię-ku-je-my!
Obóz w Ustroniu 2011 r.
Czekam na Ciebie...
kl. Michał Wieczorek 
Głos Serca Diecezji 5 | S t r o n a
Wakacje to czas, w którym alumni wyjeżdżają na różne praktyki. Jest ich tak wiele, że można
nabrać doświadczenia w przyszłym posługiwaniu duszpasterskim. Najczęściej wyjeżdżamy
na praktyki prowadzone przez księży, ale są też takie, w których go brak. Jedną z nich jest
kolonia organizowana przez „Caritas” diecezji opolskiej.
Byłem na takiej praktyce już dwa razy. Trwa ona 14 dni i jest prowadzona przez
świeckiego kierownika, lub kierowniczkę. Klerycy pełnią funkcję wychowawców bądź
opiekunów. Dzięki zorganizowaniu kolonii przez „Caritas” dzieci z rodzin biedniejszych,
które nie mają pieniędzy, aby wyjechać na wakacje, mogą wtedy chociaż przez dwa tygodnie
odpocząć poza domem. Turnus, na którym byłem odbył się w Głuchołazach w dawnym
klasztorze sióstr i w ośrodku „Skowronek”. Nie tylko dzieci z biedniejszych rodzin
przyjeżdżają na kolonię, ale także z patologicznych. Przyjeżdżają dzieci, które chcą po prostu
wyjechać i nie ma z nimi problemu, ale spotyka się też takie, którym nie poświęca się w
rodzinie za dużo czasu. Wtedy trzeba stanąć na wysokości zadania i dać im to, czego nieraz w
domu nie otrzymują. Miłość, czas, zabawę, uwagi wychowawcze, naukę modlitwy i
uczestnictwa w Eucharystii. Nie będę ukrywał, że ta praktyka jest trudna, potrzeba wiele
cierpliwości i wytrwałości. Wtedy głębiej rozumie się, co to znaczy błogosławiony trud. W
dwa tygodnie nie wychowa się dzieci, zwłaszcza tych trudniejszych i to nie jest cel kolonii.
Jednak można im przekazać wiarę, świadectwo życia i przede wszystkim wskazać na
Chrystusa, który jest najdoskonalszym nauczycielem miłości, także tej, o której dzieci z
kolonii zapomniały, bądź rzadko kiedy doświadczyły.
Kiedy przychodzi koniec kolonii, dzieci i to często te, z którymi było najwięcej
problemów, płaczą. Są to łzy szczere i chwytające za serce. Wtedy słowa Chrystusa:
Pozwólcie dzieciom przychodzić do Mnie, nabierają nowego wymiaru, bo przecież Pan Jezus
nie wskazał na dzieci grzeczne lub nie, zaniedbane czy kochane, zdrowe bądź chore. Dobrze,
że dzieci tak licznie przyjeżdżają na kolonie, organizowane przez „Caritas”.
dk. Szymon Cała
Głos Serca Diecezji 6 | S t r o n a
„Już na samą myśl o tegorocznej Opolskiej Pieszej Pielgrzymce na Jasną
Górę ogarnia mnie wielka radość, związana z pięknymi wspomnieniami. Jednak
przyznać się muszę, że gdy dowiedziałem się, iż wszyscy opolscy klerycy po I
roku formacji seminaryjnej są zobowiązani do udziału w pielgrzymce jako służby
porządkowe, to byłem bardzo przestraszony. Obawiałem się, czy dam radę podołać
wszystkim obowiązkom, jak również do końca nie wiedziałem, na czym nasza
praca będzie polegała. Już po kilku dniach jednak zaczynałem widzieć plusy tego
wszystkiego, gdyż pewnie nie zdecydowałbym się w tym roku na pójście na
pielgrzymkę w grupie. W poprzednich latach mój udział w pielgrzymce zazwyczaj
ograniczał się do przyjazdu na Mszę Świętą i dowożeniu pielgrzymom z
Niemodlina potrzebnych artykułów. Moje obawy były jednak niepotrzebne. Czas
pielgrzymki był bez wątpienia czasem łaski od Pana. Z jednej strony był to czas
posługi wielu osobom. Widzieliśmy, że nasza praca jest potrzebna, doceniali ją
także uczestnicy pielgrzymki, gdyż spotkało nas z ich strony wiele ciepłych słów i
uśmiechów na twarzy, pomimo ich zmęczenia. Był to też czas integracji naszego
kursu, udało nam się spotkać praktycznie w komplecie jeśli chodzi o kleryków
opolskich. W czasie pielgrzymki był czas na wspólne rozmowy, ale także wspólną
modlitwą, chociażby brewiarzową w mniejszych grupach, gdy czekaliśmy na przyjście grup
pielgrzymkowych, czy też wieczorami. Był to także czas poznania wielu kapłanów
diecezjalnych, z którymi nie tylko spotykaliśmy się w czasie drogi, ale też w tych samych
miejscach spożywaliśmy posiłki i nocowaliśmy. Służba w grupach
porządkowych pozwoliła nam też uświadomić sobie fakt, że każde dzieło
diecezjalne wymaga ogromu pracy, aby mogło dać zamierzone efekty. Dla mnie
był to też czas poznania na czym w ogóle polega prawdziwe pielgrzymowanie
piesze. Wielu z nas w chwilach bardziej spokojnych mogło dołączyć do grupy i
także doświadczyć samego pielgrzymowania. Przede wszystkim był to czas
spotkania Pana Boga: w Eucharystii, Słowie Bożym, jak również w braciach i
siostrach wspólnoty pielgrzymkowej. Na pewno wrażenia z pielgrzymki zostaną
na długo w pamięci i sercu. Czas pielgrzymowania znacząco ubogacił mnie
wewnętrznie. Gdy tylko będzie możliwość, to z radością włączę się w nią w
przyszłych latach.”
kl. Paweł Chyla
Głos Serca Diecezji 7 | S t r o n a
Jeszcze tylko listopad, grudzień, styczeń… wakacje, znów będą wakacje!
Ale zanim to nadejdzie mogę powspominać te minione. Chciałbym się zatrzymać na kilku
chwilach spędzonych z braćmi z ruchu Fokolare. Tym razem wspólne wakacje, udało się
spędzić z dwoma braćmi Marcinem i Tomkiem.
Wsiadłem w pociąg na raciborskiej stacji, krótko po godzinie piątej rano i po
dwunastu godzinach, byłem na miejscu, w tajemniczej krainie polskich jezior, czyli w
Suwałkach. Tam już czekali na mnie Marcin i Tomek. Wspólnie uczestniczyliśmy we Mszy
świętej, a następnie pojechaliśmy zabrać rzeczy z domu Tomka i przedstawić się jego
rodzinie, by w końcu wyruszyć na męską wieczorną wyprawę do supermarketu, po potrzebny
prowiant na następne dni. Po zakupach wspieranych funduszami ze wspólnoty dóbr jaką na co
dzień żyjemy, udaliśmy się do domku, cioci Tomka, nad jeziorem, który od tej pory był naszą
gensowską1 (czyt.: dżęsowską) pustelnią. Odtąd staraliśmy się stworzyć prawdziwie rodzinny
klimat, przygotowując np. wspólnie posiłki. Marcin prażył ryż (który się cudownie rozmnożył
i został jeszcze na następną kolację), Tomek z wzruszeniem kroił cebulę, a ja nakrywałem
do stołu.
Po wieczornej uczcie i posprzątaniu odmówiliśmy wspólnie modlitwy, a że pora
jeszcze nie była późna, po nich graliśmy w UNO2.
Następny dzień rozpoczęliśmy od wspólnego śniadania, po nim modlitwy poranne,
zakończone medytacją, po której każdy z nas miał czas na głęboką refleksję przeczytanego
razem tekstu, a następnie dzielenie się ziarenkami przeżytej medytacji. Czuliśmy w tych
dniach, głęboką komunię duszy jaką umożliwił ten bardzo budujący czas.
Po południe spędziliśmy zwiedzając zabytkowy klasztor w którym odpoczywał bł. Jan Paweł
II w czasie wizyty w Polsce. Nie zabrakło również aktywnego wypoczynku w kajakach na
jeziorze Wigry. W tych dniach nie mieliśmy specjalnego planu działania, co robić i w jakiej
kolejności. Wiedzieliśmy, że nasze działanie chce być oparte na jedności, gdzie każdy dając
całego siebie, jednocześnie był gotowy stracić swój pomysł. Czuliśmy, że to Jezus obecny
pomiędzy nami, był tym który planował nam wspólne wakacje. Długo by jeszcze wspominać
ciekawych ludzi i interesujące wydarzenia, ale może następnym razem.
To tylko mały flesz z tamtych mazurskich wakacji. Dobrze przeżyty czas w braterskiej
wspólnocie jest dla mnie jak wiatr w żagiel, który cały okręt porusza. Życzę każdemu tak
przeżytego wypoczynku. A tym czasem – owocnej formacji!
dk. Tadeusz Komorek
1
Gen’s – Kleryk należący do ruchu fokolare(generazione nuova sacerdotale).
Karty kolorowe i z cyferkami
2
Głos Serca Diecezji 8 | S t r o n a
Jak Augustyn
Gdybym odnalazł to
czego pragnę
życie straciłoby sens.
Bo człowiek
istnieje po to
by nieustannie szukać
czego na ziemi
nigdy do końca
nie może odnaleźć.
Ks. Hubert Jerzy Komorowski
Po całorocznych zmaganiach formacyjno-intelektualnych, przyszedł czas odpoczynku.
Każdy człowiek ma przywilej – obowiązek odpoczynku, bez którego gaśnie zapał. Sam
Pan Jezus, widział u swoich uczniów to doświadczenie, mówiąc im: Pójdźcie wy sami osobno
na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco. Wakacje dla wielu nie są tylko czasem intensywnego
robienia niczego, ale również czasem poszukiwania.
Korzystając z zaproszenia, uczestniczyłem, jako animator w rekolekcjach
Dzieci Maryi, gdzie mogłem nie tylko być świadkiem wiary, jak również poruszać się w
przestrzeni poszukiwania Boga. To wspaniałe doświadczenie pracy z grupą Dzieci Maryi,
obserwując nie tylko ich wiedzę religijną, ale ich kreatywność, pomysłowość, wrażliwość,
proste patrzenie na świat. Patrząc na tych młodych ludzi, którzy wśród wielu różnych
propozycji wakacyjnych, wybrali właśnie rekolekcje dla Dzieci Maryi, jest dla mnie znakiem
Bożego Działania. To właśnie Bóg postawił w czasie moich wakacyjnych poszukiwań tych
ludzi i dał mi zaczerpnąć trochę szczęścia i satysfakcji, że mogłem zrobić coś dobrego.
Ubogacony wiarą tych młodych dziewcząt, mogę się od nich uczyć delikatności i wrażliwości
w kontakcie z Bogiem i drugim człowiekiem.
Dla mnie to w ciąż za mało…, ale chyba tak jest, że zawsze będzie tak, że potrzeby
będą większe od możliwości. Zawsze w naszych rękach będzie za mało chlebów i za mało ryb
(J 6,1-15). Mistycy chrześcijańscy zauważają, że jeśli ktoś nie oddaje zarówno swej pracy jak
i potrzeb Panu Bogu, to natrudzi się, będzie pracował dużo, całą noc, by był jeden chleb
więcej, a to i tak będzie za mało. Posłuszny tym słową oddałem ten czas Panu Bogu, a on
swoją mocą przemieni to, co słabe, a to, co dobre umocni.
kl. Arnold Klita
Głos Serca Diecezji 9 | S t r o n a
Czy Pewność na pewno wystarczy?
Pokładając zaufanie w starożytnej już niemal maksymie
zapewniającej nas od wieków, że pytań głupich nie ma,
pozwolę sobie zadać ich kilka, nie oczekując w zasadzie
odpowiedzi.
Dlaczego wstałeś dzisiaj rano z łóżka (które wydaje się być
niemal ostatnim bastionem temperatury zdatnej do życia) i
poszedłeś na poranne modlitwy? Po co przygotowałeś się na kolokwium z przedmiotu, który pozornie
nie dotyczy Twojej codzienności? W jakim celu zgodziłeś się spędzić rekreację z człowiekiem, który
wydaje Ci się całkiem nieinteresujący? Gdzie znajdujesz uzasadnienie dla obowiązku popołudniowej
pracy przy liściach i wieczornego mycia naczyń po innych?
Jak potrafisz to sobie uzasadnić, w czym widzisz rację dla takiego stanu rzeczy? Może to być
regulamin („po prostu trzeba wstać o tej godzinie i tyle”), może to być też strach przed represjami („bo
mnie wywalą”), a może być – co chyba najgorsze – obojętna reakcja, postawa na tak a nie inaczej
skonstruowaną rzeczywistość (model „woskowa figura przestawiana z kąta w kąt”). Na tym wachlarz
możliwości oczywiście się nie kończy.
Spomiędzy nich wyłania się także pewna alternatywa, która – choć nie jest nieunikniona – dla mnie
stanowi jedyną sensowną. Dlaczego? Ponieważ bierze pod uwagę całe nasze człowieczeństwo,
uwzględnia wolność i dzieje się w zakresie pełnej świadomości. Nie redukuje w nas nic, doceniając
wszystko, w co zostaliśmy wyposażeni. Krótka dygresja.
Dlaczego malutka dziewczynka daje się zaprowadzić mamie do przedszkola, aby rozstać się z nią na
wiele godzin (choć jest do niej przywiązana jak do nikogo na świecie) i jest w stanie bawić się tam
radośnie z innymi dziećmi, aż do momentu, gdy upragniona mama w końcu zabierze ją do domu? Co
powoduje, że wyjeżdżający na kilka miesięcy do pracy za granicą ojciec rodziny, zostawia swoją żonę
i dzieci i, mimo rozłąki, nie umiera z tęsknoty. Czy dziewczynka bawiłaby się tak samo beztrosko i
zawierała nowe znajomości, gdyby istniało ryzyko, że mama nie przyjdzie po nią o określonej
godzinie? Czy ów mężczyzna poradziłby sobie z samotnością i trudem pracy, gdyby nie świadomość,
że w domu czekają na niego jego najbliżsi?
PEWNOŚĆ. To właśnie pewność, że mama jest i kocha, a nie obecność sympatycznej pani
przedszkolanki, pozwala dziewczynce czuć się bezpiecznie w obcym świecie. Nic innego, tylko
pewność, że rodzina jest i tęskni, pozwala mężczyźnie co dzień podejmować kolejne zobowiązania.
Kończę dygresję.
Czy jest więc możliwe, abym podejmował moje codzienne obowiązki, abym mojego życia nie
zredukował tylko do „przeżywania”, bez odniesienia o wiele większego: ode mnie, od reguły życia
czy też mojego wewnętrznego strachu? Czy jestem w stanie sam z siebie odnajdywać satysfakcję i
radość w miejsce zgorzknienia i przyzwyczajenia? Bez przekonania, że jest Ktoś Inny, bez owej
pewności Obecności, bez świadomości przynależenia do Boga, do Tego, który bez względu na różne
okoliczności, Jest. I wszystko od Niego tylko zależy. Jest Pewnością. Być może jedyną w świecie
wielkich przemian i – zwłaszcza w dniach obecnych – kryzysów: ekonomicznych, socjalnych,
politycznych, etycznych. Systemy się zmieniają, władza upada, moralność się nie liczy, Boga nie ma
(albo jeszcze gorzej: to ja decyduje, co jest bogiem). W świecie tak bardzo zrelatywizowanym i
rozmytym, nic już nie jest pewne. Człowiek ze swej struktury jest jednak zależny i bez tego
pierwotnego odniesienia, tej wielkiej Pewności, nie jest nawet samym sobą. Tą Pewnością, prawdą,
która nas stanowi i pozwala żyć w pełni, w wolności i bez strachu jest to, że należymy do Kogoś. To
Głos Serca Diecezji 10 | S t r o n a
Bóg jest naszą największą Pewnością i my jesteśmy Jego (mówi przecież do nas: „Zanim
ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię” [Jr 1,5]).
Rodzi się jednak pytanie: skąd w codzienności, gdzie wszystko zdaje się sprzeniewierzać przeciwko
nam, gdzie choruje ktoś bliski, gdzie ktoś ze znajomych nie ma pracy, a syn sąsiadki wpada w
narkomanię, gdzie nie potrafię dogadać się z kolegą z pokoju, a każdy kolejny dzień jest dla mnie
walką o przetrwanie, gdzie w takiej właśnie codzienności odnajdywać ową niezachwianą Pewność, jak
doświadczać, że Bóg moje imię wyrył na obu swych dłoniach (por. Iz 49,16) i zawsze zależę właśnie
od Niego.
Nie są to w żadnym razie pytania, wobec których stajemy tylko my. Dowodem na to może być z całą
pewnością tytuł tegorocznego Meetingu, który odbył się w dniach 21-27 sierpnia we Włoszech, w
nadmorskiej miejscowości Rimini: „A istnienie staje się wielką pewnością” (E l’esistenza diventa una
immensa certezza). Jakimś nieporozumieniem, swoistego rodzaju nietaktem, byłoby założenie w tym
momencie, że o wspomnianym Meeting’u słyszał każdy i niepotrzebne są już żadne wyjaśnienia.
Nawet, gdy mówimy o największym cyklicznym wydarzeniu kulturalnym chrześcijańskiego świata.
Spotkanie, które po raz pierwszy odbyło się w roku 1980 u samych swych źródeł nosiło pierwotne
pragnienie dzielenia się zachwytem Piękna, tym, które za pośrednictwem serca odnajdujemy we
współczesnym świecie. Miało to być spotkanie przyjaźni, które wychodząc ponad ramy kulturowe,
religijne czy narodowościowe, umożliwiłoby dialog pomiędzy ludźmi bazujący na ich doświadczeniu
tego, co w ich życiu najbardziej godne uwagi, wobec czego stanęli w zachwycie. Spotkanie, gdzie w
zrelatywizowanym i wrogim świecie, mogło dojść do przyjaźni i porozumienia. Spotkanie, które w
ciągu 30 lat swojego istnienia, stało się Mekką kulturalną Europy i świata, i które niezmiennie
gromadzi wielkie postaci polityki, ekonomii, kultury, sztuki i sportu. Gdzie w ciągu tygodnia ma
miejsce 130 spotkań, 250 przedłożeń, 35 spektaklów artystycznych, 8 ogromnych wystaw. Nic więc
dziwnego, że przez jedyne 7 dni w Meeting’u bierze udział corocznie ponad 800 tys. osób 20
narodowości, a w organizacji i koordynacji pomaga między innymi 5 tys. wolontariuszy (w
większości studentów i ludzi młodych). A wszystko to na terenie wielkich targów w nadmorskim
Rimini. Rzeczywiście, rozmach, z jakim tworzone jest to wydarzenie, musi wywołać u każdego
pytania: Dlaczego oni to robią? Skąd czerpią tę świeżość, energię i pomysły? Wobec czego budzi się
w nich zachwyt, który pcha ich do tego działania?
Ktoś jednak powiedział, że zachwycanie się wyłącznie czyimś, nie natomiast swoim osobistym
doświadczeniem jest strasznie nudne, poza tym, że bezużyteczne. To tak, jakbym opowiadał z
podnieceniem swoim znajomym o tym, jak wielkiego zachwytu doznał, dajmy na to, mój wujek
oglądając Wielki Kanion Kolorado o wschodzie słońca. Być może rzeczywiście było to wydarzenie
spektakularne, jednak czy byłbym chociaż trochę wiarygodny wobec moich słuchaczy?
W Meeting’u miałem okazję uczestniczyć w tym roku, pod koniec sierpnia. Były to wprawdzie tylko
dwa dni (czwartek i piątek), ale nawet tak ograniczony czasem, mogłem zobaczyć zaskakująco dużo.
Temat każdorazowego Meeting’u wyznacza myśl-klucz, wokół którego skupiają się spotkania,
spektakle i wystawy. Chodziło więc o pewność: czym jest, jak ją uzyskać, gdzie szukać, kogo
naśladować i czy w dzisiejszym, tak zrelatywizowanym i obdartym z wzorców świecie warto mieć w
ogóle pewność? Doskonała organizacja, ogromna ilość osób z różnych krajów czy wielość propozycji
kulturalnych – nie mogło to nie wywrzeć na mnie wrażenia. Jest to wszystko – jakkolwiek
wspaniałym, ale jednak – tłem. Krótko wspomnę więc o dwóch, z kilku wydarzeń, w których wziąłem
udział: wystawie o kardynale Newmanie i spotkaniu z pewną ugandyjską kobietą, połączonym z
prezentacją książki o niej samej.
„Pewność Newmana, sumienie i rzeczywistość” to dosyć swobodne tłumaczenie tytułu wystawy o
Johnie Newmanie (w oryginale: La certezza di Newman, coscienza e realtà), postaci tyleż
intrygującej, co wciąż nieodkrytej. Życie tego nowo błogosławionego konwertyty angielskiego,
ukazane zostało przez pryzmat drogi (a dokładniej: „trzech nawróceń”), jaką pokonał on w kierunku
Boga. Ciekawe, że – choć urodził się anglikaninem i już od najmłodszych lat pożerał traktaty
teologiczne z zamiarem zostania duchownym – droga ta, zwieńczona niejako przejściem na
katolicyzm, nie należała do krótkich, a już z pewnością wygodnych. Nie potrafił jej jednak nie podjąć,
mając w sobie niepohamowaną potrzebę szukania Prawdy, nawet gdyby miała ona kompletnie
zdruzgotać dotychczasowe jego osiągnięcia (tak się zresztą stało, gdy konwertując, stracił praktycznie
wszystko, na co pracował od młodości). Staje on przed nami jako człowiek, którego pewnością jest
Bóg, a głód poznania Go jest większy niż wszelkie możliwe zaszczyty. Podróż w ślad za Newmanem
Głos Serca Diecezji 11 | S t r o n a
zupełnie mnie więc nie znużyła, choć wraz z fachowym objaśnieniem wolontariusza, jej „trawienie”
trwało bagatela, 1,5 godziny!
O nielicznych pisze się książki, a tylko część z tych historii jest rzeczywiście interesująca. Życie
pewnej biednej ugandyjskiej kobiety, spisane w książce o pięknym tytule „Dziewczyna, która patrzyła
w niebo” (La ragazza che guardava il cielo) jest właśnie taką historią (bardzo zresztą aktualnie we
Włoszech poczytną). Veronica Asaba (obecna na prezentacji owej książki) to dziś już prawie 50-letnia
kobieta. Droga, która prowadzi ją do nawrócenia nie przechodzi tylko przez stacje choroby (jest
seropozytywna), śmierci bliskich i porzucenia przez znajomych. Są też stacje pięknej przyjaźni z
ludźmi z Ruchu Komunia i Wyzwolenie, których spotkała na jednej z placówek misyjnych nieopodal
rodzimej wioski (księży, lekarzy i inżynierów). Przyjaźń ta doprowadziła ją do Chrystusa, który zaczął
stawać się dla niej ową upragnioną Pewnością w życiu tak dotychczas haratanym biedą i chorobą.
Jako, że była córką plemiennego wodza, o zgodę na chrzest musiała prosić swojego ojca (dotychczas
była muzułmanką), w czym decydującą pomocą okazali się owi przyjaciele-włosi. Veronica pracuje
obecnie w ugandyjskim Meeting Point, gdzie odpowiedzialna jest za organizację pomocy dla chorych,
zwłaszcza na AIDS. Choć przez życie została doświadczona bardzo mocno, z wolnością może dziś
powiedzieć, że „to prezent móc obejrzeć się w przeszłość, uśmiechnąć się i spojrzeć z czułością na
minione cierpienie, które nie było bezużyteczne. Szczęśliwy człowiek, który może zajrzeć w swoją
przeszłość i uśmiechnąć się tam do kogoś”.
Meeting – i tu się powtórzę – jest miejscem spotkania międzynarodowego, kulturowego i religijnego,
sposobnością do podzielenia się z innymi tym Pięknem, które przydarzyło się mnie, co dane było mi
doświadczyć. Ja starałem się być uważny i otwarty na propozycje. Spotkałem tam też wielu drogich
mi znajomych – był to z pewnością faktor pozytywny. W każdym poszukiwaniu Pewności jest
niezbędna obecność przyjaciół. (Być może stąd właśnie bierze się taka, a nie inna forma seminarium.)
Dla mnie było to piękne doświadczenie miejsca, dokąd ludzie przybywają, aby odnowić swoje
spojrzenie na otaczającą ich rzeczywistość, aby zaczerpnąć od innych tego, co pomoże im w
codziennym działaniu.
Pewność jest fundamentem, czymś totalnie realnym, na czym opieram swoje życie, w czym pokładam
swoją nadzieję, czemu jestem wierny i co – mogę być pewny – podtrzyma mnie w upadku i
zwątpieniu. Wszystko inne, zwane okolicznościami, zmienia się i przemija. Naszą Pewnością,
niezmienną i zawsze wierną, jest Jezus Chrystus. Może to być też zwyczajnie kwestią stanięcia w
uczciwości wobec siebie – Louis Althusser powiedział: „możesz twierdzić, że słońce nie istnieje, ale
jesteś szaleńcem”. Chrystus jest, pytanie tylko, czy jest Pewnością dla mnie i czy pomagam ją znaleźć
innym. Prezydent Włoch Giorgio Napolitano, rozpoczynając Meeting powiedział: „Wnoście w czas
niepewności wasze zachłyśnięcie się pewnością”. Do dzieła więc!
kl. Piotr Sękowski
Głos Serca Diecezji 12 | S t r o n a
„Po drugiej stronie”
Nie raz siedząc w szkolnej ławce chciałem stanąć za biurkiem nauczyciela i tak mądrze mówić jak
moi nauczyciele z przed lat. Wtedy byłem pewny, że bycie nauczycielem to prosta sprawa, a w
dodatku dająca dużo frajdy z wpisywania uczniom ocen.
Dzisiaj już tak nie myślę.
5 września tego roku rozpocząłem praktykę w szkole Podstawowej nr. 46 w Bytomiu. Nie
ukrywam, że na ten moment czekałem od pierwszego roku bycia w seminarium. Na samą myśl, że
będę uczył w szkole, gdzie sam się uczyłem nie mogłem się doczekać.
Chociaż szkoła po 9 latach mojej nieobecności nie zmieniła się wcale i nauczyciele nawet Ci sami. To
pokolenie całkiem już inne. Dzieci o wiele mniej, co skutkowało, że w klasach miałem po 15- 20
osób( za moich czasów 30-35). Ilość uczniów mała, ale za to idealna do prowadzenia zajęć. W takich
grupach na pewno łatwiej o dyscyplinę. To o czym tak się rozpisuje jest ważne, ale nie jest celem
mojego dzielenia się tym doświadczeniem.
Pisząc o mojej praktyce od początku chciałem napisać tak naprawdę o uczniach jakich dane mi
było poznać, ale do jakich także pójdziemy wszyscy uczyć.
Już na początku roku szkolnego było bardzo dużo zamieszania co do ilości uczniów w klasie. Czym to
było spowodowane? A otóż jak się dowiedziałem od mojej katechetki, wiele rodzin się rozpadło i
sporo uczniów musiało się wyprowadzić nawet na drugi koniec Polski. Tak oto smutnym akcentem
zaczął się ten rok szkolny.
Pierwszego dnia, kiedy zasiadłem na nowo w szkolnych ławkach uczniowie byli wprowadzeni w
konsternację. Widzieli, że jakiś mężczyzna siedzi z tyłu sali, a nie domyślali się kim On może być.
Niektórzy nawet podsuwali kolegą tezę, że to może nowy uczeń.
Wszelkie ciekawości rozwiałem na kolejnych katechezach, kiedy to sam mogłem samodzielnie
poprowadzić lekcję religii. Uczniowie odbierali mnie bardzo sympatycznie, choć byli zakłopotani
faktem,że mężczyzna też może uczyć w szkole. Tak to już jest, że w niektórych szkołach to oprócz
panów woźnych to nie ma nikogo tej płci pracujących w szkole.
Z biegiem godzin wypracowanych uczniowie przyzwyczaili się do praktykanta i coraz odważniej
udzielali się na zajęciach.
Odniosłem wrażenie, że nam mężczyzną jest łatwiej zapanować nad rozrabiającymi chłopakami w
klasach niż kobietą. Zadziwił mnie jeden fakt, może to tylko przypadłość mojej szkoły, ale nie wiem.
Fakt, że w klasach proporcjonalnie trzy czwarte to dziewczynki, a jedna czwarta to chłopcy. Innym
fenomenem jest to, że wszelka prezentacja, praca z czymś co można zobaczyć dotknąć jest
niewspółmierna z dyskusją. Często musiałem zmagać się z doświadczeniem, że życie rodzinne
uczniów nie idzie współmiernie z życiem religijnym, a nie rzadko to co uczniowie nauczą się w szkole
nie jest ugruntowane w domu.
Wchodząc w rzeczywistość szkoły miałem obraz uczniów, którzy nie chcą katechezy, a lekcja
religii to nie miły obowiązek wytrzymania 45 minut z katechetą. Teraz wiem, że wcale tak nie jest.
Uczniowie naprawdę chcieli tych zajęć, o czym świadczyło choćby zaczepianie na korytarzu i
wypytywanie czy będę prowadził następne zajęcia. Pewnego dnia nawet przeprowadziłem ankietę, w
której zapytałem uczniów, czy lubią lekcje religii i czy chodzą z obowiązku, czy przyjemności. Ku
mojemu zdziwieniu lekcja religii jest dla nich również dobrym doświadczeniem, gdy jest dobrze
przeprowadzona.
Cztery tygodnie spędzone w szkole to był miły przedsmak tego, co nas czeka w przyszłości. Mam
świadomość, że w gimnazjum, czy liceum już tak łatwo i przyjemnie może nie być. Ufam, że nasza
obecność w szkole nie jest daremna i pewnie będzie trudna, czasem wydawałoby się bezowocna, ale
nie wątpliwie potrzebna i dająca nadzieję.
kl. Sebastian Binkowski
Głos Serca Diecezji 13 | S t r o n a
Na spotkanie młodych wyruszyłem w czternastoosobowej grupie, młodzieży z mojej
parafii i dwóch księży. Nasza podróż do Madrytu trwała w sumie pięć dni, z czego trzy
spędziliśmy w Niemczech. Jechaliśmy dwoma samochodami z jak się okazało nie do końca tą
samą mapą w nawigacji;). Przywołanie podróży jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ to w
czasie drogi (ok. 2600 km), wspólnie przygotowywanych posiłkach i długich rozmowach w
samochodzie nasza grupa się integrowała.
Pobyt w Madrycie był niesamowicie dynamiczny. Śniadanie, podróż do centrum,
katecheza, Msza św., zwiedzanie, modlitwa, obiad i sen często z widokiem na gwiazdy.
Mnóstwo rozmów, czasami tylko gestów;) zdjęcia, śpiewy i tańce. Energia setek tysięcy
młodych ludzi z całego świata zgromadzona w jednym miejscu. Entuzjazm bycia razem w
nowej rzeczywistości. Radość doświadczenia dobra. Doświadczenie, że można intensywniej
przeżywać siebie, życie, wiarę.
To co najbardziej mnie dotknęło to właśnie doświadczenie wiary. Młodzi z całego
świata tak różnorodni, a w gruncie rzeczy stawiający podobne pytania spotkali się w jedno
Imię. Słuchali tych samych słów i modlili się obok siebie do wspólnego Ojca. Boży Duch daję
tą jedność, On czyni nas braćmi. Takim momentem było dla mnie spotkanie seminarzystów z
Papieżem w katedrze Almudena. Benedykt XVI w czasie homilii mówił o przykładzie
Chrystusa-Najwyższego Kapłana. Zachęcał nas, abyśmy jeszcze lepiej przeżywali formację i
nieustannie prosili Jezusa: aby pozwolił wam naśladować Go w Jego miłości aż do końca
wobec wszystkich, nie wyłączając dalekich i grzeszników, aby z waszą pomocą, nawrócili się i
powrócili na właściwą drogę.
„Właściwą drogą” jest życie Bożymi przykazaniami w Duchu Świętym. On jest
źródłem spotkania ludzi, którzy przestrzegają przykazań. To co chciałbym, żeby we mnie
zostało to doświadczenie żywego Boga wśród młodych. „Trwajcie mocni w wierze”, bo ona
jest źródłem świadectwa.
dk. Łukasz Knosala
Głos Serca Diecezji 14 | S t r o n a
Download

WAKACYJNE DOŚWIADCZENIA