cover
cover
W STĘPNIAK
Drodzy Czytelnicy!
Spis treści
Miło mi oddać w Wasze ręce pierwszy w tym roku
akademickim numer „Pulsu”. Tym z Was, którzy
właśnie rozpoczęli studia życzę, żeby nowy etap
edukacji był dla Was przede wszystkim nowym
doświadczeniem, a jeśli będziecie mieli wrażenie,
że ilość wiedzy do przyswojenia znacząco przekracza Wasze możliwości, zwróćcie uwagę,
że wiele roczników przed Wami było w podobnej sytuacji, więc można to przetrwać.
Pamiętając jednak jak ciężkie są początki na
studiach, przygotowaliśmy dla Was konkurs,
w którym możecie wygrać karnet na obiady –
zapraszam Was do udziału, szczegóły znajdziecie w środku.
Początek tego roku akademickiego jest w pewien sposób wyjątkowy również dla Redakcji – numer, który trzymacie w ręku,
powstawał w specyficznych warunkach – część z nas, włącznie
ze mną, znajduje się za granicą, więc włożyliśmy sporo wysiłku,
aby nie zaburzać funkcjonowania gazety, jednocześnie nadając
jej trochę międzynarodowy charakter. Przy okazji zachęcam Was
do lektury nowego działu, związanego z wyjazdem na studia w
ramach programu Erasmus, który stworzyli Absolwenci naszego
Uniwersytetu – osoby, które brały udział w wymianie i chętnie podzieliły się z nami swoim doświadczeniem, jednocześnie zachęcając wszystkich do przeżycia tej przygody. Nawet jeśli teraz wydaje
się Wam, że udział w tym programie nie jest dla Was, bo nie macie
w planach studiowania w innym kraju – być może uda nam się
przekonać Was do podjęcia tego wyzwania.
Numer, który trzymacie w ręku, to oczywiście również stałe
rubryki, do których lektury gorąco Was zapraszam. Mam nadzieję,
że Waszej uwadze nie umknie również temat numeru – dyskusje.
Wszystkim życzę udanego roku akademickiego i przyjemnej
lektury.
Katarzyna Paczkowska
Wariograf – Zygmunt Adamski............................................4
Mikroskop...........................................................................5
Temat numeru – Dyskusja....................................................6
Indywidualny Tok Studiów.................................................8
Sklep dla lekarza.....................................................................9
Apteki na krańcach świata...................................................10
Lekarski Egzamin Końcowy...........................................11
Zachód mlekiem i miodem płynący...............................12
Brudne myśli........................................................................13
Plan A....................................................................................14
Z kociołka młodej zielarki................................................17
Podróże małe i duże VIII..........................................................18
Sudoku...............................................................................19
Kto czyta, nie błądzi...........................................................21
Z dwojga złego....................................................................22
Erasmus guideline................................................................23
English twist.........................................................................26
Studia od kuchni..................................................................28
Pogotowie muzyczne..........................................................29
Vincent V. Severski.............................................................30
Kącik filmowy......................................................................31
Jolka..........................................................................32
Nagrodzeni............................................................33
Humor.......................................................................34
Adres redakcji: ul. Przybyszewskiego 39, DS „Eskulap”,
60-356 Poznań, tel./faks (61) 658-44-35
Redaktor naczelna: Katarzyna Paczkowska ([email protected])
Z-ca redaktor naczelnej: Anna Płóciennik ([email protected])
Sekretarz: Agnieszka Brychcy ([email protected])
Redaktor techniczny: Łukasz Stępniak ([email protected])
Skarbnik: Weronika Genderka ([email protected])
Grafik: Agnieszka Brychcy ([email protected])
Fotograf: Joanna Pluto-Prondzinska
Kolegium: Agnieszka Bobeńczyk, Łukasz Brzyski, Michał Klimont,
Justyna Koszarska, Martyna Musik, Paulina Patalas, Magdalena
Pawlaczyk, Anita Pogorzelska, Marta Ptaszyk, Grzegorz Sławiński,
Barbara Średzińska, Olga Tarasewicz, Jolanta Wlizło
Współpracownicy: Piotr Czarnota, Wioleta Kalet, Maciej Tomczak,
Anna Zacharzewska, Anna Zajączkowska
Korekta: Koło Edytorów „Trantiputl”
www.pulsum.pl
Druk: Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Medycznego
w Poznaniu, 60-812 Poznań, ul. Bukowska 70
Ark. druk. 3,0. Papier offset,
kl. III 80 g/m2, 70x100
Format B5. Zam. nr 35/2012
Druk ukończono w październiku 2013 r.
Nakład: 4000 egz.
Okładka: Agnieszka Brychcy, Michał Paweł Jan Maliński
Rysunki: Agnieszka Bobeńczyk, Anna Słomiak, Agnieszka
Dymek
Skład: Łukasz Stępniak
Numer zamknięto: 13.10.2013
Prosimy o przesyłanie tekstów na adres
[email protected]
Nadesłanych tekstów nie zwracamy. Redakcja zastrzega
sobie prawo do skracania i adiustacji tekstów oraz zmiany ich
tytułów.
[email protected]
3
Zygmynt Adamski
Imię i nazwisko:
Zygmunt Adamski
Stopień naukowy, stanowisko, miejsce pracy:
prof. zw. dr hab. med.
Kierownik Katedry i Kliniki Dermatologii UM w Poznaniu
Staż na uczelni: 35 lat
Trzy słowa, które najtrafniej mnie opisują:
grzybica, łuszczyca, wąsy
Jestem mistrzem w:
majsterkowaniu
Mam słabość do:
żony
Nie potrafię:
grać na pianinie
Zawsze chciałem się nauczyć:
grać na pianinie
Chciałbym jeszcze:
przebiec maraton
Autorytetem jest dla mnie:
żona
Kiedy kłamię:
to od razu widać
Słowa, których nadużywam:
„… zrobi to Pan (Pani) na wczoraj”
4
Irytuje mnie:
brak słonecznej pogody
Kim lub czym chciałbym być, gdybym nie był tym,
kim jestem?
artystą malarzem
Studentom zazdroszczę:
beztroski
Kiedy stoję w korku:
słucham radia RMF classic
Zawsze mam przy sobie:
wizytówkę i długopis oraz portfel
Niezwykła umiejętność, którą posiadam:
łagodzenie sporów, „utrzymywanie pionu”, wypływanie „na
wierzch”
Moje ulubione miejsce na Ziemi:
„Michałówka” nad jeziorem
Muzyka, przy której się bawię:
Glenn Miller
Muzyka, przy której odpoczywam:
Gershwin
Energii dodaje mi:
szklanka whisky Johnnie Walker Black Label
Moja dobra rada dla studentów:
Korzystajcie z życia...
Gazeta Studentów
MIKROSKOP
P
O
K
S
O
R
K
I
M
Nowe, kardiologiczne zastosowanie kolchicyny?
Kolchicyna, alkaloid znany głównie ze swojego leczniczego działania w przebiegu ataku dny moczanowej, ma
również swoje znaczenie w kardiologii. Wcześniej zwracano
uwagę głównie na jego zastosowanie w leczeniu nawracającego zapalenia osierdzia. Wyniki wieloośrodkowego badania,
które ukazało się w „The New England Journal of Medicine” (NEJM), pokazują, iż lek ten może być równie skuteczny w terapii pierwszego epizodu tej choroby, a co więcej,
chroni przed przyszłymi jej nawrotami. Powyższe wnioski
są rezultatami badania, do którego włączono 240 pacjentów
z ostrym zapaleniem osierdzia. W jednej z grup (n=120),
oprócz standardowej terapii przeciwzapalnej (aspiryna lub
ibuprofen), stosowano kolchicynę. W drugiej terapię standardową wraz z placebo. Jako pierwotny punkt końcowy
przyjęto wystąpienie przetrwałego lub nawrotowego pericarditis. W grupie pierwszej wyniki okazały się znacznie bardziej
obiecujące. Terapia łączona kolchicyną i lekiem przeciwzapalnym istotnie zmniejszała częstość występowania nawrotów i przetrwałej postaci choroby. Działania niepożądane
były podobne w obu grupach.
The New England Journal of Medicine
wrzesień 2013
Poziom glukozy a ryzyko otępienia
Cukrzyca jest znanym czynnikiem ryzyka wystąpienia
otępienia, nie jest natomiast pewne, czy sam poziom glukozy
u ludzi zdrowych mógłby odgrywać istotną rolę w rozwoju tej przypadłości. Jedno z ostatnich amerykańskich badań
dokładnie analizuje powyższe związki, opierając się na wynikach 2067 pacjentów.
Badaną grupę, w której znalazło się 232 chorych na cukrzycę oraz 1835 osób zdrowych (średni wiek 76 lat) stanowiły w większości kobiety (n= 1228). Podczas średniego
czasu obserwacji, który wyniósł 6,8 lat, otępienie rozwinęło
się u 524 pacjentów (w tym u 74 z DM i 450 bez cukrzycy).
Wśród pacjentów bez cukrzycy średnie poziomy glukozy
w czasie 5-letniej obserwacji wiązały się ze znacznie zwiększonym ryzykiem rozwoju otępienia. W grupie pacjentów
z cukrzycą ryzyko to dodatnio korelowało z osiąganymi wartościami glikemii. Powyższe wyniki sugerują, iż podwyższony poziom glikemii może być istotnym czynnikiem ryzyka
rozwoju otępienia, nawet u ludzi bez rozpoznanej cukrzycy.
The New England Journal of Medicine
sierpień 2013
Alternatywne podejście do leczenia depresji
Badania epidemiologiczne wskazują, że częstość zachorowań na depresję w ostatnich latach znacząco wzrasta,
a zespoły depresyjne występują coraz częściej w populacji
pacjentów lekarzy pierwszego kontaktu. Możliwości leczenia w warunkach podstawowej opieki zdrowotnej dotyczą
przede wszystkim depresji o lekkim i umiarkowanym nasileniu. Konwencjonalne leczenie opiera się głównie na stosowaniu farmakoterapii. Wielu pacjentów deklaruje zainteresowanie terapią alternatywną, jednak niewiele badań przekonuje
o skuteczności tych metod. Angielscy badacze podjęli próbę
oceny skuteczności obu metod terapeutycznych. Ich celem
było porównanie skuteczności standardowej terapii farmakologicznej prowadzonej przez lekarzy pierwszego kontaktu
oraz metod takich jak akupunktura oraz poradnictwo, w których zakwalifikowani pacjenci uczestniczyli przez 12 tygoPuls UM
dni. Skuteczność powyższych metod oceniano za pomocą
kwestionariusza PHQ-9. Pacjentów podzielono na 3 grupy:
w pierwszej stosowano wyłącznie leczenie konwencjonalne,
u dwóch pozostałych farmakoterapię połączoną z akupunkturą lub farmakoterapię zestawioną z poradnictwem. Wykazano statystycznie znacznie lepsze wyniki leczenia wśród
pacjentów w grupach, w których leczenie wspierano metodami alternatywnymi w stosunku do wyników pacjentów
poddanych wyłącznie terapii standardowej. Wyniki pacjentów leczonych akupunkturą i korzystających z poradnictwa
nie różniły się znacząco.
Journal of Thoracic Oncology,
kwiecień 2013
Opracowanie: Martyna Musik
5
U:
NUMER
T
A
M
E
T
Zauważ chochoła –
zostań mistrzem dyskusji!
Nie czujesz się mistrzem dyskusji? Wydaje Ci się, że inni jak z rękawa potrafią sypać argumentami, które trudno jest podważyć? A przy tym masz nieodparte wrażenie, że niektóre
z nich w nieuchwytny sposób mijają się z prawdą? Oczywiście – zawsze trzeba brać pod uwagę smutną możliwość, że po prostu nie masz racji. Jest jednak jeszcze druga opcja – że ktoś
sprytnie nabija Cię w butelkę.
Najprostszym sposobem na zbicie oponenta z tropu jest
uderzenie w niego argumentem, który opiera się na… braku merytorycznych podstaw. Mogłoby się wydawać, że nie
ma nic prostszego, niż obronić się przed czymś, co z założenia jest błędne! Faktycznie, nie stanowi to problemu, ale
tylko wtedy, jeśli jesteśmy w stanie zauważyć ten mechanizm.
Mistrzowie wspomnianej taktyki podważają Twój argument
tak, byś doświadczył konfuzji – czujesz, że coś jest nie tak,
ale nie wiesz co! W rezultacie najłatwiej jest się wycofać. Na
szczęście wystarczy kilka przykładów, żeby zacząć dostrzegać
sprytne triki, które są wokół nas: w reklamie, w wypowiedziach polityków, w dyskusjach ze znajomymi oraz – o zgrozo – we własnej argumentacji!
„Albo jesteś z nami, albo z terrorystami!”
Brzmi znajomo? Powyższe
słowa
padły
z ust byłego
prezydenta Stanów Zjednoczonych, George’a Busha i są
świetnym przykładem pierwszego
z sześciu błędów retorycznych (rethorical fallacies)
stosowanych w argumentacji. Oczywiście po to, by osiągnąć
określony cel. Nikt przecież nie pochwala terrorystów, dlatego z dużo większą łatwością przychyli się do poparcia działań
polityka. Jeśli jednak drugi raz przyjrzymy się temu zdaniu,
okazuje się, że jest to fałszywa dychotomia myślenia
(false dichotomy), zakładająca istnienie tylko dwóch,
zazwyczaj skrajnych możliwości i sugerująca brak alternatywnych rozwiązań. A przecież wiemy, że jest cały wachlarz
innych opcji! Można nie popierać działań prezydenta i równocześnie nie być zwolennikiem terroryzmu. Manipulacja jest
bardzo prosta, ponieważ zazwyczaj odruchowo dokonujemy
wyboru pomiędzy przedstawionymi możliwościami. Podobny trik stosują kelnerzy w restauracjach, zadając na wejściu
pytanie: „Napiją się Państwo kawy czy herbaty?”. Jest jednak
wiele innych opcji, w tym ta, której kelner wolałby uniknąć –
że nie chcesz pić niczego. Należy jednak pamiętać, że czasem
dychotomia może być prawdziwa. W zdaniu: „Albo przestaniesz palić papierosy, albo wzrośnie twoje ryzyko zachorowania na raka płuca” nie można doszukiwać się błędu. Za
to zdanie „Jeśli nie przestaniesz palić, na pewno umrzesz na
raka!” to już fałszywa dychotomia.
„Lekarze mają wyższe IQ niż inne grupy zawodowe,
więc Franek, chirurg, na pewno też jest ponadprzeciętnie
inteligentny!”
Z szacunkiem dla wszystkich Franków chirurgów, powyższe stwierdzenie nie dowodzi niestety
wysokiego IQ. Każdy argument oparty na
przypisywaniu indywidualnej osobie uśrednionych cech z grupy, do której
należy, jest przykładem błędu
ekologicznego (ecological
fallacy). W pewien sposób przypomina kierowanie się stereotypami, jednak błąd ekologiczny zazwyczaj
opiera się na prawdziwych danych statystycznych. Dane są więc poprawne, lecz nieprawidłowo użyte. Przykład będzie bardziej wyraźny, jeśli
6
Gazeta Studentów
TEMAT NUMERU
wyobrazimy sobie przeciętną rodzinę z dwojgiem dzieci
o wzroście 140 cm i dwojgiem rodziców mierzących 180
cm. Przeciętny członek tej rodziny mierzy 160 cm, ale
w rzeczywistości osoba z takim wzrostem nie istnieje! Łatwo więc, myśląc w ten sposób, przecenić Franka chirurga.
„Ty będziesz mnie pouczał jak zażywać aspirynę?
Przecież nie byłeś na ani jednym wykładzie z farmakologii!”
To prosty przykład ataku osobistego (personal
attack, argumentum ad hominem). Z pozoru fakt, że
ktoś nie chodził na wykłady z farmakologii może wydawać
się powiązany z jego wiedzą na temat przyjmowania aspiryny. W rzeczywistości jednak nieobecność na wykładzie nie
jest jednoznaczna z brakiem znajomości tematu. Osoba,
która nie chce przyjąć przedstawionego argumentu do wiadomości, ucieka się wówczas do postawienia drugiej strony
w niekorzystnym świetle, żeby argument oponenta wydawał
się mniej wiarygodny. Nie zawsze można podważyć argument, nic prostszego jednak niż podkopać autorytet argumentującego.
„Wielu ekspertów z dziedziny medycyny twierdzi, że
szczepienia mogą prowadzić do autyzmu, więc nie możesz się z tym nie zgadzać”
Brzmi groźnie. Trudno dyskutować, jeśli faktycznie nie
jest się ekspertem w dziedzinie. Można wyjść na osobę zarozumiałą bądź niekompetentną – nie wiadomo, co gorsze.
Odwołanie się do autorytetu (appealing to authority) jest powszechną techniką argumentowania opinii i bardzo często całkowicie słuszną. Sztuka jednak polega na tym,
by nie ulegać takim argumentom w ciemno. Przyglądając się
bliżej powyższemu zdaniu, należałoby zadać sobie pytanie:
„Zaraz, zaraz, ale jacy eksperci?”. Okazuje się, że owszem,
pewna liczba lekarzy wierzy, że autyzm może być powiązany
ze szczepionkami, jednak opinia ta została odrzucona przez
niemal całe środowisko medyczne. Powoływanie się na „wielu ekspertów” jest w tym przypadku celowym wprowadzaniem drugiej strony w błąd. Stosowana technika należy więc
do błędów retorycznych szczególnie wtedy, gdy:
• sprawa budzi kontrowersje nawet pośród ekspertów
(eksperci podzieleni),
• opinia cytowanego eksperta znacząco odbiega od opinii
innych ekspertów (ekspert-ekscentryk),
• cytowany „ekspert” w rzeczywistości nim nie jest (fałszywy ekspert),
• opinia eksperta nie dotyczy dziedziny, w której jest specjalistą (ekspert, ale nie tu).
Puls UM
Warto pamiętać o opisanej technice, oglądając reklamę
przyrządu do ćwiczeń zachwalanego przez umięśnionego
„trenera” lub „długoletniego użytkownika”. Jednak w tym
przypadku chyba wszyscy jesteśmy dostatecznie krytyczni.
„Zanim dołączyłeś do naszej grupy, nigdy się nie kłóciliśmy. Twoja obecność musi powodować nasze kłótnie!”
Co jest nie tak z tą argumentacją? Przede wszystkim
natychmiastowe założenie autora, że skoro przybycie nowej osoby do grupy poprzedzało falę kłótni, to musi być
ich przyczyną. W rzeczywistości jednak istnieje wiele innych
czynników, które mogły przyczynić się do pogorszenia atmosfery w grupie, np. osobiste problemy jej członków lub
zwykły zbieg okoliczności. Upraszczając myślenie, łatwo
złapać siebie lub kogoś innego w pułapkę post hoc ergo
propter hoc (po tym, więc w skutek tego).
Tomek: „Moje konto zaczyna świecić pustkami, musimy ograniczyć wydatki na jedzenie.”
Kasia: „Mały niedobór kasy nie jest powodem, żebyśmy zagłodzili się na śmierć!”
Powyższy przykład to sprytne zagranie, określane jako
„atakowanie chochoła” (straw man fallacy). Nazwa
staje się adekwatna, gdy uświadomimy sobie, że chochoł to
w rzeczywistości człowiek ze słomy: nietrwały, niestabilny
i łatwo ulegający zniszczeniu. Jeśli więc nie można podważyć
prawdziwego, solidnego argumentu, najprościej zamienić go
na inny, który zdecydowanie łatwiej da się obalić. To właśnie
zrobiła Kasia, wyolbrzymiając argument Tomka tak, by stał
się mniej atrakcyjny i trudniejszy do obrony. Biedny Tomek
nigdy nie powiedział, że chce kogokolwiek zagłodzić na
śmierć! Jak trudno jest nieraz wyjść obronną ręką z takiego
ataku, może ilustrować poniższy przykład:
Tomek: Myślę, że w naszym systemie zbyt wielu ludzi
wsadzanych jest za kratki.
Kasia: W takim razie wolałbyś, żeby niebezpieczni bandyci przechadzali się po ulicach?!
Tomek: Nie, oczywiście, że nie!
Kasia: W takim razie nie trzeba niczego zmieniać.
I jak tu dyskutować? Tomek musiałby użyć bardziej
skomplikowanych i solidnych argumentów, by poprzeć swoją
teorię, niż Kasia, by ją podważyć.
Zdolność dostrzegania powyższych błędów w argumentacji zdecydowanie pomaga w prowadzeniu własnych dyskusji, a także w podejmowaniu decyzji: komu w życiu zaufać.
Wiele osób próbuje nas przekonać do swojej opinii, począwszy od przedstawicieli handlowych, a na politykach kończąc.
Umiejętność rozpoznania, czy ktoś próbuje nami w ten sposób manipulować, może ujawnić brak wiarygodności.
7
Z ŻYCIA UCZELNI
Poza tym, warto też krytycznie spojrzeć na własny sposób myślenia. Zastanawiając się nad niesatysfakcjonującą
pracą, łatwo jest pomyśleć: „Albo rzucam tę pracę, albo będę
w niej tkwić i nic się nie zmieni.” – a przecież to typowy
przykład fałszywej dychotomii, która wyklucza możliwość,
że można poprawić obecną sytuację w inny sposób, niż składając wypowiedzenie.
Należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt tego zagadnienia – nie wszystkie argumenty zbudowane na błędnych przesłankach prowadzą do nieprawdziwych wniosków!
To pułapka, w którą sami możemy się wpędzić, jeśli ze zbytnią zaciekłością będziemy eliminować wszystkie argumenty
wpisujące się w powyższe schematy. Istnieje wówczas niebezpieczeństwo, że słysząc taki argument, odrzucimy go
z marszu, tracąc możliwość wyciągnięcia z niego korzyści.
A najważniejszym celem w dyskusji powinno być właśnie
wyciągnięcie z niej konstruktywnych wniosków, a nie udowodnienie swojej racji za wszelką cenę.
Marta Ptaszyk
Indywidualny Tok Studiów
– co to za stwór?
Wiele osób nigdy nie słyszało o takiej możliwości, dla niektórych jest ona pewnie tym samym, co Indywidualna Organizacja Zajęć (IOZ), a dla jeszcze innych to zbędne komplikowanie sobie życia. W związku z tym, postanowiłam Wam krótko przedstawić, w jakim celu
został stworzony Indywidualny Tok Studiów (ITS) i o co w nim tak naprawdę chodzi.
Na początku wyjaśnię, że ITS to nie to samo co IOZ.
Indywidualna Organizacja Zajęć to możliwość wprowadzenia zmian w swoim planie (tzn. ułożenie własnego rozkładu
zajęć i chodzenie na nie z różnymi grupami). Zgodę na IOZ
można otrzymać z różnych powodów, np. udziału w programie Erasmus czy dłuższej choroby. Z kolei Indywidualny Tok
Studiów jest znacznie szerszym pojęciem (jednocześnie IOZ
jest jedną z jego części).
Przede wszystkim, warto zwrócić uwagę, że aby ubiegać
się o możliwość otrzymania ITS, należy spełnić kryteria zawarte w regulaminie (jego pełna treść znajduje się na stronie
internetowej Uczelni), m.in. średnia ocen z dotychczasowych lat studiów musi wynosić minimum 4,5. Trzeba także
przedstawić swoje osiągnięcia naukowe. Co więcej, ITS może
otrzymać maksymalnie dwóch studentów na danym roku
i można się o niego starać dopiero po trzecim roku (przedstawione wytyczne dotyczą kierunku lekarskiego. Tego, czy
w podobny sposób ITS działa na innych wydziałach, proponuję dowiedzieć się we właściwym dziekanacie) – niewątpliwie, różnice między ITS-em a IOZ-em są zauważalne.
Ktoś z Was może zapytać, po co w ogóle zawracać sobie tym głowę? Być może dla niektórych jest to strata czasu, jednak nie dla wszystkich – osoby, które spróbowały już
swoich sił w pracy naukowej, wiedzą, że często koliduje ona
z zajęciami i egzaminami na studiach; rozumieją, jak ciężko
czasem jest pogodzić te dwa aspekty własnego rozwoju –
trzeba być na zajęciach wtedy, kiedy np. w tym samym czasie
powinno się być w klinice, by prowadzić swój projekt. Nie
zawsze prowadzący są w takiej sytuacji wyrozumiali, bo prze-
8
cież „przede wszystkim jesteśmy studentami” i to jest nasze
główne zadanie. Co więcej, warto zauważyć, że często ważne
kongresy rozpoczynają się w środę lub czwartek, a ilość możliwych nieobecności raczej nie obejmuje dwóch lub trzech
dni w tygodniu. Jeśli mimo wszystko zdecydujemy się wyjechać, to później pojawia się problem z odrobieniem tych zajęć. Oczywiście, niektóre osoby odpowiedzialne za dydaktykę
rozumieją, że jeśli przez rok czy dwa lata przygotowywaliśmy
pracę naukową, to jest dla nas bardzo ważne, by ją zaprezentować. Jednak umożliwienie nam tego zależy wyłącznie od
dobrej woli wykładowcy.
Właśnie po to został stworzony Indywidualny Tok Studiów – żeby ułatwić niektóre procedury i pozwolić na połączenie studiowania z pracą naukową. Czy zadziała i spełni
swoją rolę, dopiero się okaże – bo chociaż taka możliwość
dostępna jest od kilku lat, dopiero w tym roku pierwsza osoba rozpoczęła taki tok studiów i pewnie najszybciej za rok
pojawią się odpowiedzi na pytania, w jaki sposób dokładnie
działa ITS i czy jego realizacja jest możliwa na kierunku,
gdzie zajęcia odbywają się w formie klinik, sesja jest ciągła
i każdy sam układa swój plan egzaminacyjny.
Na koniec chciałabym podkreślić, że Indywidualny Tok
Studiów jest wyróżnieniem i ogromną szansą na rozwój,
z której warto skorzystać, ponieważ tylko nie próbując, mamy
pewność, że nam się nie uda – a być może właśnie w ten sposób będzie trochę łatwiej realizować swoje plany naukowe.
Katarzyna Paczkowska
Gazeta Studentów
REKLAMA
Puls UM
9
APTEKI NA KRAŃCACH ŚWIATA
Apteki na krańcach świata
Część III: Farmacja na wyspie wulkanów i trolli
Społeczeństwo Islandii uchodzi za najzdrowsze na świecie. Przyczyniają się do tego zarówno
walory środowiska, jak i system ochrony zdrowia. Choć jest on w całości publiczny, a apteki
to przedsiębiorstwa prywatne, to jednak te dwa ogniwa są ze sobą ściśle powiązane.
Islandzka struktura systemu ochrony zdrowia jest podporządkowana dobru obywateli. Wszyscy są objęci wspomnianym systemem. Państwowe ubezpieczenie zdrowotne
uprawnia mieszkańców tego kraju do korzystania z usług lekarzy wszelkich specjalności, leczenia szpitalnego, terapii po
urazach, transportu karetką, usług chirurgicznych, opieki położniczej i leków na receptę. Osobom niezdolnym czasowo
do pracy jest wypłacany zasiłek chorobowy. Dla każdego taki
sam, według stawki dziennej ustalanej przez rząd. Nie oznacza to, że usługi z zakresu ochrony zdrowia są bezpłatne. Nie
ma wprawdzie opłaty za pobyt w szpitalu, ale w ośrodkach
opieki zdrowotnej i w szpitalnych ambulatoriach pacjenci ponoszą część kosztów. W przypadku kobiet i dzieci działania
profilaktyczne są w całości opłacane przez państwo.
Istotę mechanizmu stosowanego w Islandii doskonale
ilustruje kwestia dopłat do leków. Obejmuje ona tylko preparaty na receptę. Leki tego typu są podzielone na cztery kategorie. Pełny zwrot kosztów przysługuje w najpoważniejszych
sytuacjach, związanych z zagrożeniem życia lub w ciężkich
przypadkach, takich jak cukrzyca lub choroby nowotworowe. Całkowicie bezpłatne są także środki niezbędne przy
profilaktyce zdrowia matki i dziecka. 75% zwrotu kosztów
przysługuje na leki konieczne w chorobach przewlekłych,
takich jak: nadciśnienie, astma, łuszczyca lub depresje. W znikomej części refundowane są leki o mniejszej wartości, za
to powszechniejsze w użyciu, między innymi wspomagające
leczenie artretyzmu, hormonalne lub zażywane w okresie menopauzy. W ogóle nie ma dopłat do leków stosowanych przy
zwalczaniu krótkotrwałych chorób albo zażywanych doraźnie, takich jak antybiotyki albo środki przeciwbólowe. System
nie jest jednak niezmienny, gdyż poziom dopłat jest uzależniony także od wieku – generalnie w przypadku dzieci, kobiet
w ciąży, emerytów i rencistów dopłaty są wyższe.
Każde islandzkie miasteczko ma przynajmniej jedną aptekę (po islandzku apótek). Od 1996 roku prawo rozdziela
w Islandii dwie kwestie: bycia właścicielem i specjalistycznej
obsługi. Zainwestować w aptekę może więc każdy, ale musi
mieć umowę z wykwalifikowanym farmaceutą, który odpowiada za właściwą obsługę klientów apteki. Poza tym rozkład i zasady funkcjonowania aptek (godziny otwarcia i dyżury) podlegają państwowym restrykcjom, jako że ich działanie
musi współgrać z innymi ogniwami systemu ochrony zdrowia.
10
W 2006 roku powstało jedno z najnowocześniejszych
narzędzi islandzkiego systemu ochrony zdrowia: IPD – od
angielskiej nazwy The Islandic Pharmaceutical Database.
Jest to interaktywna baza danych, która pozwala śledzić ruch
leków na rynku. Są w niej bowiem zarejestrowani wszyscy
pacjenci, lekarze i apteki. Skrzętnie odnotowywana jest każda
recepta, termin i miejsce jej realizacji. Baza sprzyja bezpieczeństwu pacjentów, bo można wstrzymać lek niewłaściwy
albo wchodzący w interakcje z innymi zaleconymi równolegle bądź już stosowanymi. Dane z bazy są ponadto używane
do kontroli trafności lekarskich diagnoz i zasadności zalecanej przez nich farmakoterapii, a także do śledzenia trendów
popytu – sprzedaży, braków w zaopatrzeniu lub okresów
nasilonego zapotrzebowania na konkretne grupy leków. Do
danych mają dostęp agendy rządowe, mogą go także uzyskać naukowcy. Przedstawiciele tego ostatniego środowiska
za największą słabość IPD uważają to, że baza nie dostarcza
informacji o preparatach OTC, które rzadko pojawiają się
na receptach.
Może się wydawać, że do kraju, gdzie zimą słońce prawie
się nie pojawia, nie warto jechać ani w celu poszukiwania pracy, ani turystycznym. Jest jednak wprost przeciwnie! Latem
możemy obserwować zjawisko białych nocy, do Islandii warto także przyjechać dla samej zorzy polarnej, a o szansach na
jej pojawienie się informują prognozy pogody.
Zwiedzanie zaczynamy od Reykjaviku, stolicy wyspy
i pierwszej osady – jej przetłumaczona na język polski nazwa
oznacza Dymiącą Zatokę. Bierze się to stąd, że w pobliżu
rzeczywiście dymią wulkany i unosi się para z gorących źródeł. 45 km na wschód od Reykjaviku znajduje się Thingvellir
(Równina Zgromadzenia). To właśnie tam w 930 roku zwołano pierwsze zgromadzenie, zwane Althingiem, z którego
wywodzi się współczesny parlament Islandii. Do godnych
uwagi obiektów w mieście należą zabytkowe domy mieszczańskie na starówce, w tym najstarszy, zwany Fógetinn,
wzniesiony w 1752 roku. Warto również wybrać się do Instytutu Árniego Magnússona, w którym zgromadzono cenne manuskrypty dawnych islandzkich sag oraz do skansenu
Árbæjarsafn ze starymi domami, które kiedyś budowano
w Reykjaviku. Nowoczesne oblicze miasta współtworzy Kościół Hallgrímskirkja, którego bryła nawiązuje do pagórka
z bazaltu – typowej dla wyspy skały wulkanicznej.
Gazeta Studentów
Z ŻYCIA UCZELNI
Miłośnikom przyrody poleca się Vatnajökull, największy
europejski lodowiec – jego powierzchnia wynosi aż 8300 km²,
a grubość ruszających się z mozołem zwałów lodu i kamieni
sięga kilometra. Nie możemy opuścić wysypy, nie zobaczywszy Deildartunguhver – to gejzer, największe źródło gorącej
wody w Europie. Kłęby pary unoszącej się nad nim są widoczne z odległości wielu kilometrów. Źródło wyrzuca 180-
200 l wody na sekundę, a jej temperatura sięga 97°C. Ostatecznie, nie mając głowy do islandzkich nazw miejsc, warto
wybrać się choćby w pobliże Eyjafjallajokull – słynnego na
całym świecie wulkanu, który namieszał w ostatnich latach,
uziemiając tysiące samolotów. Oby środek transportu będący
waszą przepustką do Wyspy Ognia miał więcej szczęścia!
Cogaiseoir
A w Poznaniu LEKko, łatwo i przyjemnie
Jak co roku we wrześniu absolwenci uczelni medycznych przystąpili do z Lekarskiego Egzaminu Końcowego, od wyniku którego w dużej mierze zależeć będzie ich przyszłość zawodowa. Postanowiłem przyjrzeć się bliżej ostatniej sesji egzaminacyjnej, a wnioskami chętnie
podzielę się z Wami.
W całym kraju do egzaminu przystąpiło 5801 osób, uzyskując średnio 134,2 punktu. Maksymalny wynik wyniósł
179, a minimalny 0 punktów. 482 zdających u zyskało wynik poniżej 56%. Maksymalna liczba możliwych do zdobycia
punktów wynosiła 192, przy czym 8 zadań zostało unieważnionych przez Zespół rozpatrujący zastrzeżenia. Szkoda, iż
tenże nie pofatygował się o z napisaniem jakiegokolwiek
komentarza odnośnie anulowanych zadań. uzyskaliśmy jedynie „cenną” informację, że anulowane zostały zadania 3,
4, 49 itd. Ponadto zaskakująca jest sama liczba anulowanych
zadań, dokładnie tyle samo pytań unieważniono w poprzedniej, lutowej sesji. Być może organizatorzy powinni skupić
się na tym, aby pytania były wreszcie konkretne i nie budziły
zastrzeżeń?
Do zaliczenia Lekarskiego Egzaminu Końcowego, po
uwzględnieniu anulowanych zadań należało odpowiedzieć
prawidłowo na 108 pytań. 482 osoby (8,3%) uzyskały wynik
poniżej progu zdawalności. Jest to wynik minimalnie lepszy
w porównaniu z sesją z lutego tego roku, kiedy to egzamin
poprawkowy czekał na 298 osób (9,2%). Wydaje się więc,
że egzamin utrzymywany jest na stałym poziomie trudności,
a poszczególne terminy (wbrew krążącym obiegowym opiniom) nie różnią się pod tym względem istotnie.
Na stronie internetowej Centrum Egzaminów Medycznych są już dostępne zbiorcze statystyki z wrześniowej sesji.
Ja skupię się na dwóch, moim zdaniem najbardziej czytelnych.
Spośród lekarzy, którzy u kończyli studia w ostatnich
dwóch latach najlepiej poradzili sobie absolwenci Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.
Co ciekawe, również w lutym absolwenci naszej uczelni okazali się bezkonkurencyjni. Jeszcze kilka lat temu najlepsze, na
co mogliśmy liczyć, to okolice piątego – szóstego miejsca.
Widoczny jest więc wyraźny postęp dokonany w ostatnim
czasie.
Puls UM
Drugie miejsce, podobnie jak w lutym, przypadło Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ostatni stopień na podium zajmuje Warszawski Uniwersytet Medyczny,
dla którego jest to awans o jedną pozycję, kosztem Wydziału
Lekarskiego Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. Ten ostatni
zaliczył wyraźny spadek i siódme miejsce z pewnością nie
przynosi chluby, mającym duże aspiracje, władzom łódzkiej
uczelni. Dodajmy, że spośród polskich uczelni na ostatnim
miejscu uplasował się Wydział Wojskowo-Lekarski również
z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.
Wśród lekarzy zdających egzamin po raz pierwszy, Uniwersytet Medyczny im. Karola Marcinkowskiego również
nie miał sobie równych, a uzyskany przez jednego z absolwentów wynik 179 punktów był najwyższym w kraju. Osoba
ta, bez spoglądania na innych, może wybrać dowolne miejsce
w kraju na odbywanie rezydentury.
Z dziennikarskiego obowiązku sprawdziłem również jak
poradzili sobie na ostatnim LEK-u absolwenci anglojęzyczni.
Spośród lekarzy, którzy u kończyli studia w ostatnich dwóch
latach najlepsi okazali się absolwenci Collegium Medicum
uniwersytetu Jagiellońskiego. Warto odnotować, że na wynik
ten zapracowało zaledwie… trzech absolwentów CM UJ. Ot,
statystyka. Wyniki absolwentów kierunków anglojęzycznych
znacznie odbiegają od tych osiąganych przez rodzimych lekarzy i są o średnio o 30 punktów niższe.
Wszelkie informacje na temat Lekarskiego Egzaminu
Końcowego, wraz ze zbiorczymi tabelami, którymi posłużyłem się do napisania tego tekstu znajdziecie na stronie Centrum Egzaminów Medycznych w Łodzi (www.cem.edu.pl).
5319 osobom serdecznie gratulujemy pozytywnego wyniku
egzaminu, za pozostałych będziemy trzymać kciuki w lutym.
Grzegorz Sławiński
11
ROZMAITOŚCI
Zachód mlekiem i miodem płynący?
Prawie 60% studentów kończących studia lekarskie na UMP nie wyklucza wyjazdu z kraju
w celach zarobkowych. Próbuję wyobrazić sobie skalę zjawiska (problemu?) i moja wyobraźnia ledwo daje radę.
Dlaczego w ogóle tak ogromna liczba młodych ludzi myśli o wyjeździe z ojczyzny, która ich wychowała, wykarmiła,
wykształciła? Bo to dziki kraj, pełen postkomunistycznych
mentalności, pokrzywdzony przez historię, hamujący rozwój
wybitnych jednostek, które muszą borykać się z drobnymi, acz
skutecznie podcinającymi skrzydła trudnościami. Bo politycy
„kradną”, NFZ nie funkcjonuje właściwie, a na emeryturę nie
maco liczyć. Bo chciałoby się zarabiać w euro czy funtach
i jeździć na wczasy, które nie czyszczą kieszeni z nieliczących
się na świecie złotówek. Bo w Polsce króluje cwaniactwo i nepotyzm; filisterskie umysły nie ogarniają potrzeby segregacji
śmieci i oszczędzania surowców naturalnych, a ich wąskie
horyzonty myślowe wiążą i duszą, zaciskając się na szyjach
oświeconych i światowych – to tak na szybko, podsumowując
informacje płynące z mediów i nastrój ogólny Polaków. Przykro się takie rzeczy mówi, a co dopiero wypisuje, zwłaszcza,
że trudno czasem się z nimi nie zgodzić. Nic dziwnego, że
w studentach powoli kiełkuje poczucie krzywdy i niesprawiedliwości społecznej podsycane nierzadko wybujałą frustracją
autorytetów. I to przekonanie, że na zachód od Odry sprawy
na pewno wyglądają dużo lepiej.
Po dwóch miesiącach spędzonych na Wyspach Brytyjskich, dokąd zagnała mnie nie tyle ciekawość świata, co mało
ambitna motywacja zarobkowa, tzw. Zachód wiele dla mnie
stracił ze swojego idyllicznego wizerunku. Nawet pomijając
fakt, że ich mleko i miód smakują gorzej od rodzimego (chyba, że kupione w polskim sklepie), a białym chlebem bałabym
się karmić kaczki w parku pod groźbą skażenia środowiska.
Trawa po drugiej stronie płotu zawsze wydaje się bardziej zielona, ale wystarczy kilka tygodni, by przekonać się, że to tylko
kupiony w formie rulonu i rozwinięty na podwórzu trawnik,
z którego do następnej wiosny niewiele zostanie. Piszę, mając
w domyśle Anglię, ponieważ z nią mam jako takie doświadczenie, ale podejrzewam, że część obserwacji jest uniwersalna
także dla reszty krajów zachodnich.
Pierwsza i fundamentalna sprawa: jesteśmy, jako Polacy,
na Zachodzie niechciani. Nie przyjmą nas tu z otwartymi ramionami, nie zachwycą się naszym wschodnim pochodzeniem
– nie ma co na to liczyć. Może jeszcze dziesięć lat temu ktoś
z nich mogłby się zachwycić, kto wie?, ale od chwili otwarcia
granic dla Polaków przyjechało nas (ludzi z krajów Europy
Wschodniej w ogóle) tak dużo, że temperatura nastrojów społecznych waha się od zimnej obojętności do otwartej wrogości, co rzuca się w oczy, gdy weźmie się do ręki pierwszą lepszą
12
gazetę, a tzw. brukowce ociekają niecenzurowanym jadem wobec imigrantów. Co prawda niechęć ta skierowana jest głównie
wobec taniej siły roboczej, zatrudnianej przez molochy spożywcze (przykład z życia: „Tesco” w Anglii drukuje ogłoszenia
o pracę tylko w języku polskim), pracującej na wszelkiego rodzaju budowach czy w barach szybkiej obsługi, ale z rozmów
z przyjezdnymi, zatrudnionymi w służbie zdrowia, wywnioskowałam, że na każdym kroku muszą oni udowadniać swoją
wartość i umiejętności, jakby były wysoce wątpliwe. W końcu
cudze wykształcenie znaczy gorsze wykształcenie. Fakt, że zagraniczni studenci na Uniwersytecie w Cambridge zmuszeni są
płacić trzy do pięciu razy więcej za studia niż rodzimi kandydaci też nie pozostaje bez znaczenia. Jeśli komuś zależy i jest
osobą ambitną, to pewnie zaciśnie zęby i będzie się przebijał
przez mur niewiary w jego kompetencje, ale czy efekt jest wart
wysiłku? Nie znam odpowiedzi na to pytanie.
Wspomniałam o treściach, jakie można znaleźć w gazetach. Wiecie, drodzy Czytelnicy, o czym można przeczytać na
przykład w „Daily Mail”? O tym, że rodzina królewska nie
płaci podatków, że członkowie parlamentu mają na boku podejrzane interesy, że NHS (National Health Service) źle lub
w ogóle nie funkcjonuje, że mnóstwo osób kończy studia
i nikt nie chce ich zatrudnić, że kryzys, że zwolnienia z pracy.
Brzmi znajomo? Cóż, cudów nie ma. Ale można tam znaleźć
też inne, bardziej niepokojące informacje: kucharka zwolniona
ze szkoły, bo zaserwowała 7-letniemu muzułmaninowi wieprzowinę; Luton – kolejne miasteczko w Anglii, w którym
Brytyjczycy stanowią mniejszość; następny konflikt na tle
kulturowym w centrum Londynu – dwie osoby nie żyją itp.
Zabrzmię może ksenofobicznie, ale ta różnorodność narodowościowo-religijna, jaką spotkałam w Anglii, wcale a wcale nie
przypominała wielkiej, radosnej, światowej rodziny, a zasady
nią rządzące przywodziły na myśl prawa dżungli. Z jednej strony są władze państwa, które szaleją z wprowadzaniem w życie planu poprawności politycznej, żeby wszystkim dogodzić,
a z drugiej –imigranci, którzy w większości wcale nie mają
zamiaru się dostosowywać, gubić w tłumie, a wręcz zamykają
się w swoich społecznościach zamiast próbować zasymilować.
Brytyjczycy powtarzają przy każdej sposobności (jak już skończą wątek dzisiejszej i wczorajszej pogody), że odkąd Unia
Europejska zaczęła powiększać się w niekontrolowany sposób i odkąd Wielka Brytania otworzyła swoje granice, poziom
przestępczości na Wyspach poszybował niebotycznie w górę,
zatem nie jest to już bezpieczne miejsce.
Gazeta Studentów
FELIETON
Jeszcze pół roku temu uważałam, że fakt, iż Polska jest
krajem-monolitem pod względem narodowościowym, sprawia, że jesteśmy ubodzy w znajomość zagranicznych kultur
i zwyczajów, a zatem dużo tracimy na światowości innych,
może ciekawszych pod tym względem państw. Teraz jednak
autentycznie cieszę się, że jako kraj nienależący do zamożnych, nie stanowimy tym samym Ziemi Obiecanej dla milionów emigrantów poszukujących lepszego miejsca do życia.
Nie wiem i szczerze wątpię, czy poradzilibyśmy sobie w takiej sytuacji, skoro Anglia czy Francja, kraje ze społeczeństwem obywatelskim i dojrzałym, nijak sobie radzą.
To co nam właściwie pozostaje? Możemy wzdychać nad
przeszłością, czuć się poturbowani, niesprawiedliwie potraktowani przez historię i użalać się nad sobą. Możemy tęsknie spoglądać za granicę, za ocean, gdzie poziom życia jest
bezsprzecznie wyższy, ale gdzie nasi potomkowie nie będą
już znać tak przepięknych słów, jak „rozbisurmanić”, a my
sami będziemy odprowadzać podatki do skarbonek krajów,
które – w najlepszym wypadku – nie łożyły na nasze wykształcenie, a w najgorszym – sprzedały nas komunistycznej
machinie, dzięki której dziś stereotypowy Polak to złodziej
i cwaniak (to był właśnie przykład użalania się nad tym, jak
potraktowała nas historia). Możemy też rozejrzeć się wokół
siebie, stwierdzić, że zmiany widać na każdym kroku, że nasza skłócona i zacofana ojczyzna zadziwiająco prężnie się
rozwija. Powinniśmy, nie bez korzyści dla siebie, zwyczajnie
pomóc jej w tym rozwoju. Droga wolna.
Anna Płóciennik
Brudne myśli
Cześć. Po Twojej stronie czasu przyszła już pora na
przywracanie porankom wschodów słońca i mieszczenie
horyzontu w czterech ścianach. Ja, po mojej, teraz jeszcze
sobie siedzę i łykam wakacyjne powietrze, ale wyobraźnia już
podsuwa mi pod nos październikowy koktajl pączkujący kolokwiami, który Ty sączysz już od kilku chwil.
Ale ja zostaję tu, wyglądam przez okno – między zielenią
tła błyskają flesze pomarańczowych liści, niebo bezchmurne, asfaltem pędzą rozedrgane w słońcu auta. Na pierwszym
planie śmietnik, a przed nim właściciel muśniętej słońcem
skóry zbliża dłoń do otworu i zanurza ją w jego głębię,
gmera i gmera, bada uważnie, mrużąc oczy… jest! Zdobycz
w odcieniu butelkowej zieleni ginie w torbie z „Biedronki”.
No i proszę, niektórzy wakacje mają cały rok. Inni
nie mają ich wcale. O kwestiach posiadania trudno mówić
w przypadku pana Ż. Ma rzecz jasna wolność, jednak dosyć
mocno okratowaną skondensowanym wokół niego powietrzem, zalepioną warstwami bawełnianymi i poliestrowymi,
przetkanymi etanolem…
Pan Ż. odszedł raźnym krokiem, pobrzękując wesoło,
a ja, trochę w opozycji, siedzę dalej. Chwila mija, zrzedła
mina się naprawia, w żołądku uspokajają się skurcze odrazy,
a w głowie kiełkuje coś jakby… tęsknota? No tak! Nostalgia,
łezka w oku – w tym momencie mam ochotę przytulić przyszłą wnuczkę i powiedzieć: „A za moich czasów to też się na
obozy i koncerty jeździło!”.
I kiedy tak w tłumie czyściochów uciekam przed panem
Ż. na skraj autobusu , to myślę sobie, że jesteśmy jak oddalające się od siebie jednoimienne bieguny magnesów. I widzę
Puls UM
siebie w obłoku kurzu, z ciągnącą się za mną wonią tytoniu,
kiedy pot leje się spod pach i zbiera między fałdami, a ja, pełna znieczulenia i euforii, tulę istoty równie brudne, którymi
nie wzgardzi poczciwa mucha. I żyje się bez łóżka i bieżącej
wody podtykanej pod wypachnione pośladki. Żyje się i wtedy, tylko radość pozostaje czysta. Nieważne, ile masz lat i ile
znasz słów. Jesteś, stanowisz tłum pod sceną, gdzie w kotle
ludzkich ciał mieszają się pot i łzy, włosy, smarki, ręce, ślina
i grunt pod nogami.
I znów widzę siebie, modelującą fryzurę i przed wyjściem do sklepu po bułki i chleb. To będzie jakieś sto metrów wybiegu po chodniku. Pomiędzy półkami – drugie tyle.
Kamery strażniczki, swym bystrym okiem mogłyby zarejestrować nieuczesany kosmyk. Ten błysk na moich ustach to
wyraz szacunku dla kasjera…
Na drugim planie ja wracająca chwiejnym krokiem nad
ranem (w południe)główną ulicą, w tłumie, ze złamanym paznokciem, odklejoną rzęsą i oddechem, który nie przystoi
młodej damie. I jakoś w zmęczonym umyśle nie pojawiają
się rozterki, czy swoim wizerunkiem nie naruszam poczucia
estetyki pani siedzącej obok w tramwaju, czy swoją wonią
nie drażnię jej nerwów węchowych. Brudne „być” w czystej
postaci.
Znów pan Ż. pojawia się w zasięgu wzroku i zbliża, a ja,
zgodnie z konwencją, oddalam. Prosi mnie o chleb czy drobne na wino, a ja odmawiam i zaciskam w kieszeni pięść.
ote
13
OPOWIADANIE
Plan A
Ramowy plan wycieczki, zaplanowana każda minuta,
określone odgórnie godziny posiłków, rezerwacja hotelu i podróż autokarem ze starszymi ludźmi przez ponad osiemset
kilometrów. Może niektórzy uśmiechają się na samą myśl o takiej wizji podróżowania, ale ostatnią osobą, która lubi takie
wyprawy jestem ja. Nuda w pigułce. Przed użyciem zapoznaj
się z treścią ulotki dołączonej do opakowania bądź skonsultuj
się… z psychiatrą. Jedyną substancją czynną o działaniu pobudzającym był fakt, że dowiedziałam się o wyjeździe dzień wcześniej:
– Jedziemy na weekend do Krakowa.
– odrzekł stanowczo mój Luby, kiedy zatrzasnęły się drzwi samochodu, do którego
wsiadałam.
– Mnie namówiłeś. – odparłam, nie wiedząc, w co się pakuję.
Okazało się, że wiele do powiedzenia w tej kwestii nie mam,
bowiem zadziałała tu siła wyższa
– teściowie. To oni mieli jechać
na wycieczkę, jednak z powodów
zdrowotnych nie było im to dane.
Z tej racji wygrałam szyderczą nagrodę niemal jak Złotą Malinę. Przełknęłam
porażkę z podniesioną głową, bo uratowała mnie
myśl o tym, że to ostatni weekend przed rozpoczęciem
zajęć na uczelni w nowym roku akademickim. Brzmiało mi
na dobre uwieńczenie końca lata. Z Poznania mieliśmy do
przebycia jeszcze ponad sto kilometrów do miejsca odjazdu
wycieczki, dlatego wcześniej wyjechaliśmy autem, spędzając
noc u teściów. Pojawił się zły poranny omen, który powinien
zmusić mnie do przemyślenia, czy na pewno powinnam jechać: zepsuła mi się suszarka do włosów, którą kupiłam dwa
dni wcześniej. Bez suszarki niby da się żyć, ale żeby tak bez
powodu, zupełnie nowa? Ech… Zdarza się. Dalej było tylko
osiem godzin jazdy, siedzenie w jednym miejscu, wyznaczone
przerwy w wybranych przez kierowcę miejscach. Zatęskniłam
za pociągiem.
Wieczorem, po przybyciu na miejsce i meldunku w hotelu, przyszła pora na kolację. Wcześniej zaplanowaną rzecz jasna. Z racji, że był piątek, zupa smakowała jak zlewki wszystkiego z całego tygodnia. Zatęskniłam za mielonką.
Po kolacji niektórzy odbyli przymusową biesiadę w pozycji pochylonej nad klozetem, jednak ja pozwoliłam sobie
na nocną wyprawę do centrum dawnej stolicy Polaków. Po
obowiązkowej wizycie na dworcu PKP udaliśmy się z Lubym
na Stary Rynek. Tam młodzieniec z wąsem przyklejonym
do twarzy i kapeluszem na głowie dmucha w harmonijkę,
14
jednocześnie grając na gitarze. Zanim usłyszałam muzykę,
krzyknęłam podbiegając do owego pana: „Młody Bob Dylan!”. Po chwili do moich uszu dobiegły dźwięki „Blowin’ in
the wind”. Uśmiechnęłam się i uroczyście stwierdziłam, że
cofnęliśmy się w czasie. Dalej kolejni artyści uliczni – jeden
idzie przodem z gryfem od gitary w ręku, drugi zaś, podążając
dwa metry za kompanem, trzyma pudło, w które na wpół
r y t m i c z n i e uderza. Mieliśmy trafić na Wawel, ale strony
świata nam się pomyliły i kiedy po godzinie spaceru na lodowatym powietrzu już go
znaleźliśmy, zawróciliśmy w poszukiwaniu
przystanku tramwajowego, którym zamierzaliśmy wrócić do hotelu. Oczywiście po drodze zgubiliśmy się jeszcze dwa razy, później uciekła nam
przesiadka, która była ostatnią tego
dnia, więc resztę drogi pokonaliśmy
na Włóczykija. Nie mieliśmy kija, ale włóczyliśmy ze sobą swoje ociężałe
ciała. W nocy obudził mnie
dźwięk kolejnej toaletowej biesiady, tym
razem jako efekt zbyt dużej ilości płynów
wyskokowych. Zatęskniłam za dworcowym
parapetem.
Kolejny dzień minął pod znakiem notorycznego gubienia
naszej grupy wraz z przewodnikiem oraz wycieczki do Wieliczki. Tryliard schodów do pokonania i wszędzie sól – tyle na
temat tej części podróży. Wieczorem „biesiada”. Tym razem
z prawdziwego zdarzenia, bo odbyła się w restauracji. Dodatkowa dawka pigułki nudy. Ciekawiej zrobiło się dnia ostatniego, kiedy pojechaliśmy do Oświęcimia. Od ponad roku się
tam wybierałam i nigdy nie mogłam dotrzeć.
Stanęliśmy przed bramą z szyderczym napisem: „Arbeit
macht frei”. Nie ma to jak słoneczne, niedzielne popołudnie
spędzone w dawnym obozie koncentracyjnym. Miejsce wywarło na mnie przerażająco duże wrażenie. Stosy dziecięcych
bucików, które zostały po wyzwoleniu, obcięte kobietom warkocze, walizki opróżnione z żydowskich dobytków i tysiące
innych przedmiotów, które przytłaczająco uzmysławiały skalę
tragedii. Ściany obwieszone setkami zdjęć wykonanych przez
hitlerowców. Blok śmierci pozostawiony w stanie oryginalnym, zarówno z zewnątrz jak i w środku. Ściana śmierci, pod
którą rozstrzelano setki niewinnych ludzi, pozostałości po
komorach gazowych i zachowane piece z krematorium. Tuzin
historii, przy których przebiegają po ciele dreszcze. Przybite
miny tysiąca zwiedzających. Jeśli ktoś z Was jeszcze tam nie
był, naprawdę zachęcam. Jest to miejsce, które zobaczyć po
Gazeta Studentów
OPOWIADANIE
prostu trzeba. Po opuszczeniu terenu dawnego Auschwitz
w głowie rodziły się miliony myśli. Przestały mnie bawić żarty
znajomych pracujących w słynnej restauracji typu fast-food,
oceniających swoje miejsce pracy jako Auschwitz. Już nie było
logicznym nazywanie kogokolwiek SS-manem, tylko dlatego,
że traktuje innych okrutnie.
W nastroju klarownie melancholijnym wsiedliśmy do autokaru. Z zamyślenia wyrywa mnie nagłe hamowanie naszego
środka lokomocji. Godzina 19:00. Kierowca bez słowa opuszcza pojazd, przechodzi wzdłuż niego i zatrzymuje się przy
klapie, pod którą skrywa się silnik. Do środka autobusu wlatuje gęsta chmura drażniącego dymu o zapachu przypalonych
kotletów z mieszanki kabli i gumy. Przestraszony chłopiec
podrywa się z miejsca, chwyta w dłonie swojego pluszowego
przyjaciela i rusza w kierunku drzwi. Podobnie dzieje się z sąsiednimi pasażerami, którzy ze względu na zaawansowany staż
życiowy nie mają przy sobie misia, a wyglądają jakby był im
potrzebny. Dociera do nas informacja, że silnik się przegrzał
i musi przez chwilę ostygnąć. Wszyscy przestali wierzyć w tak
błahy powód awarii kiedy w ruch poszły narzędzia, latarki i…
klej. Po dwóch godzinach gratisowego postoju dochodzą do
nas obiecanki-cacanki, że klej wyschnie w kwadrans i możemy
ruszać. Ku wszechobecnemu zdziwieniu, po obiecanych piętnastu minutach auto odpala
i w wielkiej euforii ruszamy, by dokończyć trasę. Po przejechaniu dwóch kilometrów uczucie ogólnego podniecenia
opada, bo ponownie stanęliśmy w szczerym polu. Kierowca
ponowił naiwne próby naprawy silnika. Zniecierpliwiona wychodzę na papierosa, a kiedy słyszę ostrzeżenie o mandacie
za wychodzenie z pojazdu w trakcie awarii, odchodzę na bok
w wąską, leśną ścieżkę. Mimo położenia tuż obok ulicy jest
naprawdę cicho. Bezmyślnie patrzę w górę i na dłuższą chwilę zawieszam wzrok na niebie. Czarne jak smoła sklepienie
Uniwersum, ozdobione licznymi gwiazdami. W mieście, czy
nawet na obrzeżach nie można zobaczyć czegoś tak pięknego. Tutaj, w środku niczego, był to nieoceniony widok. Gaszę
papierosa i wracam na swoje miejsce, wsłuchując się w lament
i rozpacz współpasażerów. Nie obyło się również bez pogróżek i zażaleń w stronę kierowcy. Musicie wiedzieć, że autokar
był wypełniony po brzegi pracownikami kolei. Pamiętacie jak
wracaliście na weekend do domu, gdy pociąg stanął w środku
pola i ani drgnął? Przypomnijcie sobie jak wtedy reagowali
pasażerowie, a nawet Wy. Sięgnijcie pamięcią do notorycznie
zdarzającego się linczu konduktorów. To nie oni sprawdzają
stan techniczny lokomotywy. Nie z ich winy pociąg nie ruszy
dalej. Jednak to oni z przymuszonym uśmiechem na twarzy
oznajmiają, że jest awaria. Biegają po przedziałach i informują na bieżąco o obecnym stanie rzeczy. Zrozumiałe jest,
że spieszymy się do domu, chcemy już odpocząć i płacimy
za podróż słone pieniądze. Może warto pomyśleć o tym, że
konduktorzy czy maszynista też mają swoje rodziny, które na
Puls UM
nich czekają w ciepłych mieszkaniach. Im też nie jest to na
rękę. Ale wykonują swój zawód z oddaniem, czego nie można
powiedzieć o kierowcy autokaru, o którym jest ta historia. Nie
udzielał nam żadnych informacji wprost, wszystkie nowinki
można było usłyszeć od osoby trzeciej, praktycznie zerowy
kontakt z wodzem wycieczki. Tutaj nic nie było pewne, poza
ogarniającym uczuciem bezradności. Po kolejnej godzinie
przesiedzianej w autokarze, czy obok niego, kilka osób idzie
złapać stopa, inni obdzwaniają znajomych szukając podwózki. Po chwili zamyślenia mój Luby się odzywa:
– Parapetów nie ma, ale jest chociaż ciepło. Jeszcze.
Po tym dzwoni do znajomego, który już chwilę później
jest w drodze po nas. Sprawa komplikuje się, gdy autobus postanawia jednak odpalić i ruszyć w dalszą drogę. Kierowca
tym razem przemawia ludzkim głosem (chociaż to nie Wigilia), mówiąc: „Teraz dojedziemy już do samego końca”.
Nasz osobisty drajwer przejechał już ponad 60 kilometrów,
więc odwołanie go byłoby co najmniej godne skopania nam
tyłków. Postanowiliśmy opuścić autokar w kolejnej miejscowości, a stamtąd dojechalibyśmy autem. Tutaj pojawia się kolejny problem, bo szanowny pan dupek kierowca oznajmia
nam, że wysiąść możemy, ale bez bagażu. W podobnym do
nas położeniu znalazły się jeszcze dwie rodziny. Odparliśmy
wspólnie, że mimo wszystko chcemy wysiąść. Lądujemy na
stacji benzynowej po godzinie 23. Mam możliwość poznania
perspektywy pani konduktor, która dzieli się swoimi spostrzeżeniami odnośnie takich awarii na kolei. Po kilku minutach
oczekiwania rozstajemy się z sympatyczną rodzinką, życząc
im ciepłych foteli. To zabawne, że ludzie jednoczą się ze sobą
dopiero wtedy, gdy coś się zepsuje. Przez większą część wycieczki ludzie mimo że pozornie życzliwi, byli sobie zupełnie
obojętni.
Z Lubym zgodnie stwierdzamy, że plany B są zawsze najlepsze i chyba ostatni raz w życiu pojechaliśmy na zaplanowaną
od A do Z (z pominięciem B) wycieczkę. Odtańczyliśmy kilka
tańców połamańców do nuconych własno-ustnie, wymyślonych na poczekaniu, piosenek, a po chwili i my opadliśmy na
podgrzewane fotele. Jakieś sto kilometrów dalej i 1,5 godziny
później doganiamy autokar, odbierając bagaż. Wstępujemy na
moment do domu rodziców mojego Lubego, czeka na mnie
już naprawiona suszarka (teściu mistrz!) i po wypiciu gorącej
herbaty odjeżdżamy w kierunku Poznania. Docieramy chwilę przed czwartą nad ranem*. Pobudka o godzinie siódmej.
Czas na rozpoczęcie nowego roku akademickiego. Oczy mi
się uśmiechają spod zamglonych snem powiek, bo wykorzystałam wakacje niemal do ostatnich minut.
Widzicie, plany A może są potrzebne tylko po to, żeby
stwarzać pozory posiadania nad wszystkim kontroli.
Włóczykij
*Stare Dobre Małżeństwo – „Blues o czwartej nad ranem”. Polecam na
jesienne noce.
15
Z PAMIĘTNIKA MŁODEJ ZIELARKI
Jak naturalnie walczyć z trądzikiem?
Kto sam na własnej skórze przekonał się czym jest trądzik, ten wie, jak duży to może być
problem. Nigdy nie wiadomo, kiedy wyprysk się pojawi, a często dzieje się to w najmniej
oczekiwanym momencie. Oczywiście nie będę próbowała Was przekonywać, że wystarczy
zastosować „cudowne ziółka” i problem zniknie. Chciałabym tylko przybliżyć Wam domowe
sposoby pielęgnacji cery trądzikowej, które cudów od razu nie zdziałają, ale stosowane długotrwale i regularnie mogą dawać widoczne efekty. Sprawdzą się znakomicie jako dodatek do
stosowania gotowych maści, toników i innych preparatów.
Fiołek trójbarwny, czyli dobrze wszystkim znany bratek, nazywany również macoszką, może okazać
się skuteczny w walce z trądzikiem, a wszystko dzięki temu, że zawiera substancje pomagające od wewnątrz
oczyścić nasz organizm. Są to przede wszystkim flawonoidy oraz związki fenolowe (m.in. kwas kawowy),
które działając moczopędnie wpływają na przemianę materii i w ten sposób pozbywają się z organizmu
toksyn, które są odpowiedzialne między innymi za zmiany skórne. Co prawda, działanie fiołka nie
jest natychmiastowe, jednak systematyczne stosowanie może przynieść efekty.
Sposób przyrządzenia: Przygotowujemy napar z ziela fiołka, na rynku dostępne są gotowe
herbatki w saszetkach. Zwróćmy jednak uwagę na systematyczność spożywania naparów, która jest
w tym przypadku bardzo ważna. Koniecznie trzeba też wspomnieć, że po rozpoczęciu kuracji naparem
z fiołka może nastąpić chwilowe pogorszenie stanu cery (efekt „oczyszczania się” organizmu).
Pięciornik kurze ziele, a zwłaszcza jego kłącze zawiera wiele cennych
substancji, które mogą okazać się niezastąpione w leczeniu wykwitów skórnych.
Mowa tu głównie o związkach triterpenowych (tormentol) oraz garbnikach katechinowych. Co powoduje, że ta niepozorna roślina ma taką moc?
Otóż wyżej wymienione związki działają ściągająco i wysuszająco, a także
przeciwbakteryjnie, dzięki czemu zwalczamy nie tylko widoczne objawy zmian
skórnych, ale także zabijamy bakterie wywołujące trądzik.
Sposób przyrządzenia: Z kłącza pięciornika możemy przygotować nalewkę do użytku
zewnętrznego. 1 łyżkę rozdrobnionego kłącza pięciornika zalać 100 ml alkoholu 70% i pozostawić na 10 dni, po czym przesączyć przez gazę. Przed użyciem nalewkę rozcieńczyć
wodą i przecierać zmienione chorobowo miejsca.
Na bazie tego surowca wykonana jest także gotowa, dostępna w sprzedaży maść
tormentiolowa.
Orzech włoski – myśląc o nim najczęściej mamy przed oczami jego owoce, które
bardziej lub mniej chętnie zjadamy. Jednak, gdy dosięgają nas kłopoty z cerą powinniśmy
docenić szczególnie liście tego drzewa. Zawarte w surowcu związki chinonowe wykazują właściwości ściągające i antyseptyczne, czyli te najbardziej pożądane w walce z trądzikiem. Ponadto udowodniono, że liście orzecha włoskiego zmniejszają stany zapalne skóry.
Sposób przyrządzenia: Do użytku zewnętrznego stosujemy napar z liści orzecha włoskiego, który przygotowujemy przez zalanie 2 szklankami ciepłej wody 2 łyżeczek rozdrobnionego surowca i ogrzewanie mikstury do jej zawrzenia. Następnie odstawiamy, a po 5
minutach odcedzamy i gotowy napar używamy do przemywania miejsc dotkniętych trądzikiem.
16
Gazeta Studentów
Z PAMIĘTNIKA MŁODEJ ZIELARKI
Olejek lawendowy – wiele informacji na temat olejków starałam się Wam przekazać w jednym z poprzednich numerów „PULS-u UM”, jednak tym razem chciałabym bardziej pochylić się nad olejkiem lawendowym, który z powodzeniem jest stosowany w leczeniu trądziku. Swoją wysoką pozycję w klasyfikacji naturalnych sposobów
walki z wypryskami zawdzięcza składowi chemicznemu – octan linalilu, linalol, alkohol
amylowy, borneol i geraniol to nasi główni sprzymierzeńcy. Dzięki nim olejek lawendowy
przyspiesza gojenie ran i podrażnień skóry. Ponadto, co szczególnie ważne, zawarte
w tym olejku związki są na tyle silne, że zabijają bakterie, wywołujące zmiany trądzikowe. Olejek lawendowy zapobiega także nadmiernej produkcji łoju.
Wśród olejków eterycznych dużą skuteczność w leczeniu zmian skórnych wykazuje
również olejek z drzewa herbacianego – jego właściwości przedstawiłam Wam wcześniej
w cyklu „Z kociołka...”.
Sposób przyrządzenia: Pamiętając o tym, że olejki eteryczne są bardzo stężone
i stosowane bezpośrednio na skórę mogą działać podrażniająco, używamy olejku lawendowego w rozcieńczeniu z wodą. Np. mieszając ok. 20 kropli olejku ze 100 ml wody destylowanej możemy otrzymać tonik do przecierania twarzy.
Aloes – w warunkach naturalnych występuje w krajach o ciepłym klimacie, jednak w formie udomowionej spotykany jest często na okiennych parapetach naszych mieszkań. Liście tej rośliny wypełnione są miąższem, który
zawiera ponad 140 biologicznie czynnych składników, m.in. wielocukry (np.
polimannozy, mukopolisacharydy), aminokwasy, pochodne antrachinonowe
(np. antracen), fenole i wiele innych. To obecność tych wszystkich związków
gwarantuje tak różnorodne działanie aloesu. W zakresie walki z trądzikiem na
pewno ważne jest działanie przeciwzapalne, ściągające, odżywcze i nawilżające. Żel z aloesu wnika głęboko w warstwy naskórka, usprawnia
podskórne krążenie krwi i stymulując podziały komórkowe przyspiesza
regenerację tkanek.
Sposób przyrządzenia: W warunkach domowych możemy samodzielnie
wykonać tonik do przemywania twarzy. W tym celu zrywamy kilka liści aloesu
i wkładamy do lodówki na 15 minut, po czym miażdżymy je w taki sposób, aby wypłynął z nich gęsty sok, który następnie zalewamy przegotowaną wodą.
Przybliżyłam Wam kilka najbardziej skutecznych sposobów na leczenie trądziku korzystając z zasobów natury. Trudno
określić na co najlepiej będzie reagowała nasza cera, gdyż każda jest i wrażliwa na inne substancje. Zachęcam do wypróbowania tych naturalnych sposobów, pamiętajcie jednak, że skóra często w pierwszym kontakcie z nową substancją intensywnie się
oczyszcza i początkowe efekty mogą być zgoła inne od oczekiwanych. Niemniej, wszystkim walczącym życzę powodzenia!
Anita Pogorzelska
Puls UM
17
FELIETON
A dajcie mi święty spokój
Nowy rok akademicki. Hurra. Na pewno w ciele pedagogicznym Uczelni Mojej Przeukochanej znajdzie się mega ważny członek, który powita nas tymi słowy: „Nowy rok przed
nami, nowe cele, nowe wyzwania, nowe nadzieje” lub innymi, podobnymi, starymi jak świat
farmazonami. W związku z tym poniżej zamierzam powylewać kilka wiader pomyj i czar goryczy, dlatego nie zachęcam do czytania.Takie pomyje to w końcu nic przyjemnego.
Myślę o tym nowym, wspaniałym roku, jaki się dla nas
zaczyna i wiecie co? Nie chce mi się. Wiecie, co jeszcze? Widzę, że Wam też się nie chce. Rozglądam się po znajomych,
a tam oczka przygaszone, puste, czasem zaczerwienione,
uśmiech mizerny, a nawet jeśli szeroki, to często jakoś tak
skrzywiony, wymuszony, cera blada, niezdrowa, paznokcie
poobgryzane... A gdzie słowiański rumieniec, gdzie werwa,
gdzie pasja, gdzie chęć zmieniania
świata, gdzie zapał młodzieńczy,
gdzie ideały i – przede wszystkim – gdzie chęci do życia? Diabli wzięli, nie?
Teraz akapit osobisty. Jak byłam mała, chciałam być astronautą.
Gwiazdy były tak daleko, a ja chciałam, żeby były bliżej. Chciałam
odkrywać, eksplorować – choć
słowa „eksplorować” jeszcze
wtedy w moim słowniku na
pewno nie było. w wieku lat
jedenastu, gdy jako – w swoim mniemaniu – dorosła
już nastolatka zmądrzałam,
zamarzyła mi się archeologia. Z niemal identycznych
pobudek, tyle że tym razem
nie kosmiczne odległości stanowiły główne źródło atrakcyjności zajęcia, a „podróże” w czasie.
Następnie, w przypływie świadomości
licealistki, stwierdziłam, że mikrokosmos,
jaki stanowią nasze komórki, organelle, atomy i cząstki
elementarne, jest o wiele bardziej intrygujący. Te wszystkie
mechanizmy wołały do mnie: „Odkryj mnie, zrozum!”, a ja
im odpowiadałam: „Spokojnie, dajcie mi czas, skończę może
biologię molekularną, to się wami zajmę”. Nie studiuję biologii molekularnej. Studiuję coś ponoć bardziej prestiżowego
(wszystko zależy od definicji prestiżu), potencjalnie lukratywnego. Jestem już w połowie, końca wciąż nie widać, a moje
siły i determinacja powoli, powoli się kończą. a jest tyle rzeczy, które sprawiają mi przyjemność! Poprawka – sprawiały.
Trudno mówić o przyjemności, gdy, biorąc do ręki dobrą
18
książkę, mam ciągle z tyłu głowy: „Lepiej byś Szczeklika poczytała, a nie jakieś głupoty!”. Chciałabym dostać w swoje
ręce gnojka, który sączy mi do uszu takie słowa, ale to niestety niewykonalne... To stworek wyhodowany na ambicjach,
a karmiony szkodliwym wpływem otoczenia i atmosferą niekończących się wymagań, za którą nie idzie prawie w ogóle
ch ę ć pomocy lub chociażby inspiracji ze strony prowadzących zajęcia. Krzywdzące uogólnienie,
ale po drugiej stronie całej masy
ludzi z kategorii Wisi Mi To i Powiewa (co i tak jest lepszą postawą
niż Zmieszam Was z Błotem, Wy
Nierozumiejące Niczego Studenty!),
spotkałam zaledwie kilka osób pomocnych na tych studiach.
Teraz drugi akapit osobisty.
Lubię się uczyć. Tak, napisałam
to, straszny obciach, ale cóż,
powiem więcej: uwielbiam to
robić. Czytać nowe rzeczy,
wyszukiwać informacje, poznawać, dowiadywać się. Byłam podekscytowana, idąc
na studia z myślą, że na tym
właśnie one polegają – na odkrywaniu tajników sztuk, które
dla reszty świata graniczą z magią. To, co się wyprawia na naszych
studiach, jest tak dalekie od (myślę, że
nie tylko moich) wyobrażeń, jak to tylko
możliwe. To zabijające myślenie, upokarzające
uczenie się do testów, egzystencjalne pytanie: „Wejdą, nie
wejdą?” jest naszym „być albo nie być”. Na więcej już chyba nas nie stać. Uczymy się na pamięć ogromu szczegółów
tak, że i ogół, i istota umyka. Czujemy strach przed zadawaniem pytań, bo albo prowadzący uniesie brew i spyta: „To
Pan tego nie wie?”, albo reszta grupy wywróci oczami: „Jezu,
znów się czegoś uczepił”. Dopóki nie studiowałam, myślałam, że zadawanie pytań to kwintesencja studiowania. Otoczenie jednak przekonało mnie, że to zbędna lub wstydliwa
czynność, nierzadko traktowana jako przejaw masochizmu
lub egocentryzmu. Zamiast kreatywnego rozwijania siebie
Gazeta Studentów
FELIETON
– recytowanie formułek (a spróbuj coś w formułce zmienić...). Nie radzę. To jedna z tych rzeczy, której zazdroszczę
zagranicznym studentom: kompletny brak autokrytycyzmu
i – co za tym idzie – nieskrępowana umiejętność zadawania
pytań o wszystko. Na liście „zazdroszczę im” znajdują się
jeszcze możliwości zrozumienia ogółu kosztem szczegółowych informacji, które zawsze można sprawdzić w tabeli, na
ulotce leku, w podręczniku, w internecie, bo żyjemy w dobie
natłoku informacji i powinno się nas uczyć na studiach, jak
do informacji docierać. Na razie objęta przez dydaktyków
strategia zakłada bezrefleksyjne wkuwanie całej tej lawiny
informacji jak leci, mimo, że te zmieniają się z każdym miesiącem, a uciekają z głowy jeszcze szybciej.
Wróćmy do rzeczy, które sprawiają przyjemność lub sprawiać ją powinny. Mam głębokie przekonanie, że nie jestem
wyjątkiem, że nie tylko ja, wracając po dniu zajęć albo kończąc naukę wieczorem lub w nocy, kiedy potencjalnie mam
w końcu czas dla siebie, zamiast oddać się rozwijaniu pasji
jedyne, o czym marzę to sen. Podśmiewałam się kiedyś pogardliwie z osób, które „przesypiały” życie, ale co robić, jak
na nic innego nie starcza sił? Na przykład życie towarzyskie.
OK, istnieje, ale z biegiem studiów przestaje być czymś, co
pielęgnuje się w porywie serca z naturalnym zachwytem nad
możliwością spędzenia czasu w otoczeniu wartościowych ludzi. Zaczynają się debaty z własnym tyłkiem – np. „No, rusz
się, co będziesz w domu siedział, wyśpisz się po śmierci”,
a tyłek na to: „Nie chce mi się, jestem taki zmęczony, przez
to stanie dzisiaj pół dnia nogi we mnie weszły, chodź spać,
a nie tańczyć, zgłupiałaś chyba!”. I jeszcze prowadzący, któ-
Puls UM
rzy zachęcają: „Korzystajcie z młodości, ze studiów, potem
już nie będzie okazji”. To miło z ich strony, ale czy to znaczy,
że będzie jeszcze gorzej? Po to dzień w dzień haruję na tych
studiach, żeby po ich skończeniu jeszcze bardziej sobie dowalić? i czemu nikt mnie nie uprzedzał?
W audycji radiowej na temat rozwijania własnych talentów usłyszałam, że Steve Jobs, kiedy nudził się na studiach,
zapisał się na kurs kaligrafii. Nie było to bez znaczenia dla
mającego powstać Apple, bo odkąd obudził w sobie pociąg
do pięknie pisanych literek, to ów wyewoluował w pociąg
do ładnie wyglądających czcionek, a następnie – do w ogóle
ładnie wyglądających rzeczy codziennego użytku. I tak mu
już zostało. Czułam ukłucie zazdrości (kolejne), słuchając
o „nudzeniu się na studiach”, bo mimo iż staram się angażować w inne rzeczy niż tylko nauka, nauka, nauka, nauka, to
balansuję na krawędzi wyczerpania fizycznego i psychicznego. Spalę się najprawdopodobniej wcześniej niż mój geniusz
da o sobie znać i wykorzysta ten bagaż „innych rzeczy”, tak
jak geniusz Jobsa wykorzystał kaligrafię. I widzę po Waszych
ciężkich głowach i rękach zmęczonych od ich podtrzymywania, po bolących plecach od ciągłego siedzenia i nogach
znużonych szukaniem nowych punktów podparcia, że na
szczęście i nieszczęście wyjątkiem nie jestem.
bloo
19
REKLAMA
20
Gazeta Studentów
KTO CZYTA, NIE BŁĄDZI
Cały świat w ręku
Mówią nam, że koniec wakacji? Nie wierzmy im, na pewno coś knują. Kalendarzowych wakacji z pewnością koniec, ale myślami błądzimy jeszcze po górach, plażach, egzotycznych
czy lokalnych miejscach, albo po prostu przypominamy sobie, jak miło było obudzić się rano
i poleżeć w łóżku do południa i na śniadanio-obiad zjeść lody z owocami, jak na dorosłych
przystało. Żeby przedłużyć ten beztroski czas, chciałabym Wam, drodzy Czytelnicy, zaproponować lekturę dwóch książek o podobnej tematyce, czyli o podróżach. Jednakże w tym
miejscu podobieństwa między obiema pozycjami się kończą.
„Światoholicy” autorstwa Aleksandry Pawlickiej, książka bogato
ilustrowana zdjęciami jej męża Jacka
Pawlickiego, jest godna polecenia ze
względu na niecodzienną formę, dzięki której czytelnik prowadzony jest
przez cały świat przy pomocy słówkluczy. (Jednocześnie słuchaczom
radiowej Trójki polecam przyjemną
dla ducha audycję „Chorzy na świat”,
gdzie gośćmi są właśnie Pawliccy).
Nieszczególnie gruba książka –„Światoholicy” – jest efektem dwudziestu
w lat doświadczeń podróżniczych
autorów. Na szczęście nie udokumentowali oni swoich wyczynów wyjazd
po wyjeździe, rok po roku, ale z całego ogromu przeżyć, ciekawostek,
anegdot wybrali same perełki. Wbrew
wszelkiej chronologii pogrupowali je
w takie rozdziały, jak: „Droga”, „SaPuls UM
molot”, „Łóżko”, „Drzewo”, „Alkohol”, „Mięso”, „Toaleta”, „Ciało”,
„Śmierć”, „Góra”. Pozwoliłam sobie
wymienić wszystkie, bo dzięki temu
widać, że książka ta ma przemyślaną
formułę. Jest naszpikowana wrażeniami, niezwykłymi zjawiskami, miejscami, egzotycznymi kulturami, religiami.
Z każdej strony można się dowiedzieć
czegoś nowego.
„Światoholicy” to świetna książka, by rozbudzić w sobie lub podsycić
ciekawość świata, ale tej ciekawości nie
zaspokaja, co można równie dobrze
policzyć jej na plus, jak i na minus. Jest
ona za to dobrym impulsem, by o każdym z opisanych miejsc znaleźć więcej
informacji, , a może po prostu odwiedzić je samemu. Jak pisze we wstępie
autorka, na podróż nie potrzeba ani
wielu pieniędzy, ani wiele odwagi tylko
trochę determinacji.
Dla kontrastu z Pawlickimi przeczytałam w te wakacje nowość wydawniczą o i „Wieczorem przyjdź
na zócalo” Michała Głombiowskiego.
Przyznam, że zdarza mi się to rzadko, ponieważ nieufnie podchodzę do
słomianych zachwytów krytyków nad
książkami, o których nie wiem czy
zdobędą uznanie czytelników na dłużej. A dlaczego dla kontrastu? Dlatego,
że według niektórych definicji Pawliccy należą do turystów samodzielnych,
wytrwałych i stroniących od biur podróży. Owszem, ale podróże są czymś,
na co poświęcają czas wolny od pracy,
która sama w sobie z podróżami nie
ma dużo wspólnego. Natomiast dla
Michała Głombinowskiego podró-
że to sposób na życie, coś, z czego
się utrzymuje, pisząc o nich do „Gazety Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”
czy „National Geographic Traveler”.
I niezależnie od tego, czy ta definicja
jest trafiona, czy się z nią zgadzamy
czy nie, naprawdę widać różnicę, czytając „Wieczorem przyjdź na zócalo”. Cała książka Głombiowskiego
poświęcona jest Ameryce Środkowej,
która, jak można przeczytać na okładce, „nigdy nie zasypia”. Są to zapiski
z trzymiesięcznej, leniwej wyprawy
do Meksyku, Gwatemali, Salwadoru
i Hondurasu. I tak też się tę książkę
czyta: leniwie. Nie wyróżnia się akcją,
jak opisani wcześniej „Światoholicy”,
tylko raczy czytelnika beztroskimi
spacerami wybrzeżem Pacyfiku. Dzięki niej pachnie kokosami, bananami
i nadzieniem tortilli, w głowie zaś rozbrzmiewają odgłosy dzikich zwierząt
i salsy tańczonej spontanicznie na rynkach miast i miasteczek. Nie jest przez
to mniej ciekawa. Uważam, że stopień
zgłębienia, na kartach książki, mentalności i kultury mieszanki etnicznej
Majów, Metysów i Garifuna (potomkowie karaibskich niewolników) jest
imponujący. Pozycję polecam gorąco
wszystkim, którzy czerpią przyjemność z siedzenia na ławce w parku, i obserwowania przechodzących obok
ludzi i zastanawiania się, o czym oni
teraz myślą i dokąd idą – ta książka to
coś podobnego, ale w związku z egzotyką miejsca dużo, dużo ciekawszego.
Anna Płóciennik
21
Z DWOJGA ZŁEGO
Z dwojga złego...
Specjalizacje lekarskie… Któż z Wydziału Lekarskiego Pierwszego o nich nie rozmyślał?
Tym razem jednak postanowiłyśmy rozważyć je pod dość nietypowym kątem – mianowicie
czy uzasadniony jest niepisany podział specjalizacji na „męskie i kobiece”? A może jest on
już reliktem przeszłości? Pozostawiamy to do przemyślenia.
A maximis ad minima
Nie da się zaprzeczyć faktom – z badań przeprowadzonych wśród studentów V i VI roku kierunku lekarskiego (UM
w Łodzi, 2007r., J. Bielecki, A. Pawełczyk, T. Pawełczyk) wynika, iż płeć ma statystycznie istotny związek z preferowaną
specjalizacją. Otóż studenci chętniej wybraliby specjalizację
z chirurgii, natomiast studentki częściej zdecydowałyby się na
specjalizację z medycyny wewnętrznej w szpitalu oraz z ginekologii i położnictwa. Ponadto w badaniu stwierdzono, że
płeć piękna cechuje się wyższym od mężczyzn poziomem
empatii i silniejszym przywiązaniem do wartości religijnych.
W świetle powyższych danych można śmiało stwierdzić,
że rzeczywiście istnieje pewien schemat, według którego płeć
determinuje wybór specjalizacji. Jednak według mnie to, że
taki podział siłą rzeczy się wytworzył, to jedno, a to, że współcześnie nie można sobie pozwolić na sztywne szufladkowanie studentów „kobieta = pediatra, mężczyzna = chirurg”,
to drugie. Co więcej, jestem przekonana, iż z biegiem czasu
proporcje kobiet do mężczyzn w określonych specjalizacjach
ulegną znacznym zmianom. I to nie tylko dlatego, że obecnie
dwie trzecie absolwentów kierunku lekarskiego stanowią kobiety. Moim zdaniem umowny przydział kobiet i mężczyzn
do określonych specjalizacji współcześnie traci rację bytu.
Dostrzegam dwa wyraźne uzasadnienia powyższej hipotezy. Pierwszym jest postępujące, nawet w naszym dość konserwatywnym kraju, równouprawnienie kobiet – w każdej
sferze życia, w tym także zawodowego. Kobiety coraz częściej decydują się na pełne zaangażowanie w rozwój kariery
zawodowej, co sprawia, że w oczach pracodawców znajdują
się na równi z mężczyznami. Obecnie modne i popularne jest
to, że kobiety wybierają tzw. męskie specjalizacje, a w ostatnich latach trend ten coraz bardziej wzrasta. Na szczęście
nie funkcjonuje już model kobiety-chirurga „babochłopa”.
Co więcej, równouprawnienie działa wszak w obie strony:
dlatego też mężczyzna-pediatra również nie stanowi obecnie
wyjątku od reguły. Innymi słowy, ogromna część umownego podziału specjalizacji na damsko-męskie znajduje źródło
w ludzkiej psychice i tendencji do uogólniania – a wraz ze
zmianą struktury rynku pracy, również jej pojmowanie ulega
zmianie. To, co kiedyś dziwiło, obecnie nie spowoduje nawet
uniesienia brwi.
22
Drugim, być może jeszcze istotniejszym, uzasadnieniem
jest postęp medycyny, w tym ewolucja w kierunku chirurgii
laparoskopowej. Często wysuwanym argumentem adresowanym do kobiet decydujących się na ortopedię czy chirurgię,
a więc specjalizacje zabiegowe, bywa specyfika pracy – wymagającej kondycji i wielu godzin wyczerpującego wysiłku
fizycznego. Jednak w dzisiejszych czasach powstają coraz to
bardziej wyspecjalizowane narzędzia, umożliwiające nierzadko wykonywanie zabiegów praktycznie bez użycia siły, nie
wspominając już o tym, że przecież nie każdy mężczyzna jest
z natury siłaczem, a każda kobieta nieporadną i słabowitą mimozą. Co więcej, uważam, że przy wyborze specjalizacji motywacja i satysfakcja z wykonywanej pracy odgrywają o wiele
istotniejszą rolę niż uwarunkowania fizjologiczne. Moja znajoma, metr pięćdziesiąt z groszem, od jakiegoś czasu zaczęła
intensywnie ćwiczyć na siłowni i dbać o własną kondycję, co
wcześniej raczej się jej nie zdarzało. Powód? Myśli o wyborze
ortopedii. I wydaje mi się, że akurat wzrost czy krzepa będą
ostatnimi czynnikami, które ewentualnie odwiodą ją od powziętej decyzji.
Podsumowując – nie szufladkujmy. Nie o chromosomy
tu bowiem chodzi, ale o motywację i szczere zainteresowanie
daną dziedziną. W specjalizacjach – jak to zwykle w życiu –
sukces to 1% talentu i 99% ciężkiej pracy.
Wykorzystywanie atutów versus walka z limitami
Nawet przez myśl mi nie przeszło, aby kwestionować zasadność kiełkującego w Polsce równouprawnienia. Zjawisko
jest jak najbardziej pożądane, jedyne nad czym ubolewam
to fakt, iż agresywna walka o równouprawnienie przynosi
więcej złego niż dobrego i ostatecznie mija się z celem. Na
szczęście na polu wyboru specjalizacji nie mamy możliwości
przelewania krwi za swoje racje, ale na pewno bez walki się
nie obędzie.
Gdyby jeszcze dwa lata temu spytano mnie o domniemany podział na specjalizacje kobiece i męskie, prawdopodobnie prychnęłabym albo zaperzyła się zakładając, że rozmówca
chce ograniczać mój potencjał jakimiś przestarzałymi konwenansami. Obecnie inaczej już podchodzę do takiego interlokutora. W pytaniu: „O jakiej specjalizacji myślisz w przyszłości?” często pojawiającym się na zajęciach, dostrzegam teraz
Gazeta Studentów
ERASMUS GUIDELINE
więcej troski aniżeli rzucanego mi wyzwania („Ja nie mogę
być chirurgiem, ja?”).
Myślę, że warto mieć świadomość, iż średnia wieku lekarzy w Polsce oscyluje koło 60 roku życia. Średnia! Nierzadko oznacza to stykanie się z przełożonymi w wieku naszych
dziadków. Wiecie co, patrzę na swoich dziadków i nie wydaje
mi się, aby byli szczególnie postępowi i skorzy do zmian, taki
już ten wiek. To, co chcę powiedzieć, to tylko tyle, że kobiecie
w męskiej specjalizacji będzie po prostu trudno. Prawdopodobnie będzie się spełniać, robić to, co lubi, to co zawsze
chciała robić, ale na pewno się „naszarpie” (czy potrzebnie?),
co znacząco obniża komfort psychiczny pracy, który to znalazł się wysoko przynajmniej na mojej liście priorytetów „Co
robić w życiu, by nie zwariować?”. Seksizm jest zjawiskiem
równie godnym potępienia, co powszechnym, i wśród rówieśników zdarzają się takie indywidua, a co dopiero w pokoleniu 50+. Zawsze możemy powiedzieć, że musi być ktoś,
kto przetrze szlak, że następnym pretendentkom będzie łatwiej i w ogóle dorobić dużo wzniosłej filozofii. Bojowniczki
o równouprawnienie mają moje błogosławieństwo, ale nie
wiem, czy mi chciałoby się zmagać pół życia z realnym oporem środowiska. Szczerze wątpię.
Po drugie, moim zdaniem, równouprawnienie w obecnym rozumieniu krzywdzi płeć piękną, bo zamiast dawać
wolny wybór, co jest meritum równouprawnienia, wymaga
się od nas nadprzyrodzonych mocy robienia jednocześnie
kariery, rodzenia i wychowywania dzieci, zrobienia drugiej
specjalizacji, prowadzenia domu, ale i męskiej decyzyjności,
zorganizowania i najlepiej jeszcze jakbyśmy umiały parkować
samochód tyłem i równolegle! Według mnie wszystko to prowadzi do jakieś psychozy, bo przyznać się, że nie da się rady
fizycznie realizować wszystkich wymogów społeczeństwa to
wstyd i porażka. Bardzo cieszyłabym się, gdybym usłyszała
kiedyś od rówieśniczek: „A ja to bym chciała kończyć pracę
o 15:00 i mieć trochę czasu dla siebie, dla rodziny, a bo lubię
gotować, a praca 24h/7 by mi to uniemożliwiała”. Na razie
tego nie usłyszę. Może to obciach brzmieć choć trochę jak
kura domowa. Nie znam jeszcze realiów przyszłego życia,
ale mam nadzieję, że istnieją specjalizacje lekarskie, których
czas pracy jest przewidywalny i pozwala na zajmowanie się
rzeczami dalece ważniejszymi niż tylko sama praca, ale to już
kwestia indywidualnych priorytetów. Tak dla przykładu instytucja matki – brakuje równie dobrych zamienników, a jej
prowadzenie wymaga czasu.
Możliwe, że mam wybiórczą pamięć i ciąg skojarzeń,
ale mężczyzna-pediatra to zjawisko w moich oczach z reguły sympatyczne i kolorowe. Natomiast przypominając sobie
znajomą znajomych znajomych, która po czterech latach
uczęszczania na koło chirurgiczne zrezygnowała z bycia
zabiegowcem, słyszę w głowie jedynie złośliwy komentarz:
„W końcu zmądrzała i uświadomiła sobie, że nie chce być
popychadłem i piątym kołem u wozu”.
Podsumowując, sukces zawodowy to z pewnością 99%
ciężkiej pracy i 1% talentu, ale osobiście wolałabym, aby życie
nie składało się jedynie z ciężkiej pracy i spełnienia zawodowego, bo są alternatywy, z których również można czerpać
satysfakcję, a pomysłów na spędzanie czasu też jest więcej,
niż tylko szpital-przychodnia-prywatna praktyka-szpital 18h/
dobę. I to tyle, jeśli chodzi o myślenie życzeniowe.
Magda Pawlaczyk i Ania Płóciennik
Jechać czy nie jechać? Oto jest pytanie!
Czyli o Erasmusie słów kilka
L'introduzione (Prolegomena)
Zaryzykuję stwierdzenie, że każdemu z nas w trakcie studiów przynajmniej raz przez głowę przemyka myśl „A może
by tak pojechać na Erasmusa?”. Część osób bez wahania pomysł przekuwa w czyn – aplikuje o stypendium, zapisuje się
na kurs językowy i rusza w nieznane. Z kolei niektórzy, z wielu powodów, nie wyobrażają sobie studiowania poza Polską.
Są jeszcze tacy, którzy chcieliby wyjechać, ale mają pewne obawy. I do tych osób skierowany jest ten artykuł.
Kojarzycie reklamy, w których główny bohater po zatopieniu siekaczy w jakimś batonie (czy innym obiekcie słodkiego
pożądania) przenosi się do zupełnie innej czasoprzestrzeni, gdzie czekają na niego fantastyczne przygody? A po chwili
zawieszenia wraca do rzeczywistości i ma wrażenie, że śnił na jawie? Z perspektywy dzisiejszego dnia tak właśnie wspo-
Puls UM
23
ERASMUS GUIDELINE
minam mój wyjazd na Erasmusa. Dla mnie odpowiedź na
tytułowe pytanie jest oczywista, ale jednocześnie rozumiem
osoby, które mają wątpliwości i nie wiedzą, czy się zdecydować na radykalne zmiany w życiu.
Kto nigdy, ale to przenigdy nie powinien zbliżać się do
drzwi Działu Współpracy Międzynarodowej i Integracji
Europejskiej z myślą o wymianie? Jeśli jesteś nietowarzyskim samolubem, popadasz w depresję jak Twoja średnia
nie wynosi 5,0, a o tak przyziemne sprawy jak zakupy, pranie i gotowanie troszczą się wszyscy tylko nie ty, to szanse,
że spodoba Ci się pobyt na Erasmusie oscylują niebezpiecznie blisko zera. Wiele ludzkich typów po tym świecie krąży,
ale nie wierzę, aby ktokolwiek łączył w sobie wszystkie te
cechy. To prawda, że Erasmus jest pewnym wyzwaniem,
rzuceniem się na głęboką wodę. Stwarza jednak niepowtarzalne warunki, aby pokonywać wszelkie bariery. Od językowych począwszy, a na społecznych skończywszy.
Hvor og hvornår man kan gå? (Gdzie i kiedy jechać?)
Zacznijmy najprościej, czyli od początku. Gdzie warto pojechać, kiedy i na jak długo? I tutaj wszystko zależy
od Waszego charakteru i tego, czego oczekujecie. Pobyt
w Niemczech, Francji czy krajach skandynawskich umożliwia poznanie całkiem sprawnie funkcjonujących systemów opieki zdrowotnej. Z kolei koleżanka, która była na
Węgrzech, bardzo chwaliła sobie ciekawe fakultety, np.
z medycyny chińskiej. Tajemnicą poliszynela jest, że im
dalej na południe, tym charakter wyjazdu jest zazwyczaj
bardziej „imprezowy”. Południowcy traktują Erasmusów
z ogromną życzliwością, a w Turcji koordynatorzy czy
prowadzący zajęcia mówią wręcz wprost, że są po to, aby
ułatwić Erasmusom życie. Nie znaczy to jednak, że można
się obijać i traktować wyjazd na stypendium jak bajecznie
długie wakacje. Oczywiste jest, że żyje się w innym trybie,
na nieco innych, przyjemniejszych zasadach, ale trzeba brać
choćby minimalną odpowiedzialność za siebie. Jedna z moich koleżanek – Erasmuska z Niemiec – już w pierwszych
tygodniach semestru stwierdziła, że zajęcia są dla niej na
tyle męczące, że woli je powtórzyć w swoim kraju. Pomimo
wyrozumiałości wykładowców dla problemów językowych,
z którymi na początku sporo osób się boryka, stopniowo
rezygnowała z kolejnych przedmiotów. Zaczęła prowadzić
życie, o którym marzy się szczególnie w trakcie sesji. Spanie
do południa, imprezy do rana i mnóstwo wolnego czasu
na wszystko, czego dusza zapragnie. Życie tyleż pożądane,
co nudne i jałowe, jeśli nie jest przeplatane żadnymi obowiązkami. Wiem jak trudny i przykry był dla niej moment,
kiedy odbierała swój transcript of records . Tym bardziej,
24
że jedynie zaliczenie fakultetu uchroniło ją przed zwrotem
kosztów stypendium za niewywiązanie się z learning agreement . Myślę, że tak naprawdę tylko od nas samych zależy,
jak wykorzystamy swojego Erasmusa. Każdy wyjazd do innego kraju daje możliwość nabycia unikalnych umiejętności
i wiedzy. Erasmusi mają zazwyczaj specjalny status i jeśli
tylko sami tego chcą, to wykładowcy są skłonni poświęcić
im o wiele więcej czasu i uwagi niż innym studentom, z indywidualnym nauczaniem włącznie.
Jeśli chodzi o czas, w którym najlepiej wyjechać, to
mogę się wypowiadać wyłącznie o medycynie. Uważam, że
szczególnie IV, ale też i V rok są zdecydowanie najkorzystniejsze. Wiedza, którą się posiada na tym etapie nauki jest
wystarczająca, aby w pełni korzystać z zajęć klinicznych.
Trzeba pamiętać jednak, że czas w trakcie Erasmusa nie
stoi w miejscu, chociaż nieodparcie ma się takie wrażenie.
Będąc w Polsce moglibyśmy zaangażować się w działalność
organizacji studenckich, pośpiewać w chórze, wziąć udział
w projektach badawczych czy napisać pracę naukową. Po
powrocie można mieć poczucie, że coś nas ominęło. Cóż,
tak to już jest, że nie da się być w dwóch miejscach jednocześnie. Zawsze, aby coś zyskać, coś innego trzeba stracić.
Na jak długo dobrze jest pojechać? Chyba każdy chce,
aby jeden z najpiękniejszych okresów w życiu trwał jak
najdłużej, prawda? Na szczęście nawet wyjazdy na jeden
semestr można przedłużyć. Poza tym nie tylko z moich obserwacji wynika, że dopiero po 4-6 miesiącach można się
zupełnie swobodnie komunikować, jeśli w chwili wyjazdu
nasza znajomość języka była na poziomie B1 według Rady
Europy. Wtedy roczny wyjazd ma największy sens.
Daria Adamczak
stypendystka programu LLP Erasmus
na Århus Universitet (Dania) w roku
akademickim 2011/2012
W kolejnym numerze znajdziecie przydatne informacje i porady dotyczące poszukiwania mieszkania za granicą oraz sporą dozę informacji na temat
języków obcych i ewentualnych barier językowych,
które można napotkać przy okazji wymiany studenckiej.
Gazeta Studentów
KĄCIK ŁOTEWSKI
Puls UM
25
ENGLISH TWIST
60 lat Międzywydziałowej Wieży Babel
Już 60 lat nauczamy języków obcych. Przez nasze sale rocznie przewija się ponad 3 000
Studentów. Staramy się zachęcić Studentów do nauki języków obcych i przekazać im naszą
pasję. Nie zawsze, jednak, mogliśmy spotykać się w takim miejscu, jak obecna siedziba Studium.
Chciałybyśmy serdecznie zaprosić Państwa na krótką
podróż w czasie do początków funkcjonowania zespołów
językowych w ówczesnej Akademii Medycznej w Poznaniu
oraz oprowadzić po współcześnie działającej jednostce Uniwersytetu Medycznego. Dewizą naszej wyprawy jest cytat
zaczerpnięty z Konfucjusza „Powiedz mi, a zapomnę. Pokaz
mi, a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem.” . Z kart
kroniki, pojedynczych zapisków, ustnych przekazów oraz
sposobu pracy lektorów obecnie nauczających w Studium,
można wywnioskować, że ta właśnie maksyma towarzyszy
naszej pracy i jest jej wyznacznikiem.
Studium Języków Obcych zawsze było Międzywydziałową Wieżą Babel. Zmieniała się jedynie liczba języków nauczanych przez nauczycieli, a od 1956 roku, lektorów tejże
jednostki. Zanim rozpoczęto nauczanie języków nowożytnych i łaciny w ramach wyodrębnionej jednostki, zajęcia
z łaciny przyszli medycy i farmaceuci odbywali już wcześniej jako jeden z przedmiotów obowiązkowych na uczelni
zakończony egzaminem. Studium Języków Obcych, jako
jednostka organizacyjna wtedy jeszcze Akademii Medycznej, powstało w 1953 roku. Nauczano wtedy łaciny, języka
rosyjskiego oraz francuskiego. Ze względów ideologicznych językiem obowiązkowym był język rosyjski, a pozostałe nowożytne języki zachodnie były fakultatywne. Dopiero
od końca lat 50-tych nowożytne języki zachodnie były nauczane obowiązkowo w wymiarze 120 godzin rocznie. Już
wówczas studenci Akademii Medycznej brali udział w licznych olimpiadach językowych pod hasłem „Polska i Świat
Współczesny”. W latach 80-tych, na Studentów wszystkich
wydziałów nałożono obowiązek uczenia się jednego obcego
języka nowożytnego w wymiarze dwóch godzin tygodniowo
na I i II roku studiów. Natomiast dla studentów III i IV roku
oraz asystentów, Studium prowadziło lektoraty fakultatywne
z języków obcych w grupach o różnym stopniu zaawansowania. Ponadto lektorzy byli powoływani w każdej sesji na
członków komisji egzaminacyjnych dla lekarzy medycyny,
stomatologów i farmaceutów ubiegających o I lub II stopień
specjalizacji. W połowie lat 90-tych 59% Studentów uczęszczających na lektorat, uczyło się języka angielskiego, 28%,
języka niemieckiego, 7%, języka francuskiego, a 6%, języka
rosyjskiego. W tym czasie Studium prowadziło ćwiczenia
obowiązkowe, w wymiarze 60 godzin w roku akademickim,
dla studentów wszystkich wydziałów. Pod koniec lat 90-tych
26
wprowadzono zajęcia z języka polskiego dla obcokrajowców. Obecnie, od kilku lat, Studenci chcący wziąć udział
w programie wymiany międzynarodowej Erasmus, mogą
uczestniczyć w fakultatywnych zajęciach z języków hiszpańskiego, portugalskiego oraz włoskiego. Oprócz uczestnictwa w obowiązkowych zajęciach z języków angielskiego,
niemieckiego, francuskiego, rosyjskiego i łaciny, Studenci
bardzo chętnie uczestniczą w dodatkowo organizowanych
przez Studium zajęciach fakultatywnych z tych języków.
Można śmiało powiedzieć, że do 2009 roku lektorzy
Studium żyli na walizkach.
Początkowo zajęcia z języków obcych odbywały się
w Zakładzie Medycyny Sądowej. Pracowano wtedy bez
podręczników, a ciężko zdobyte i opracowane materiały
przechowywano w trzech szufladach, udostępnionych przez
pracowników „sądówki”.
Władze uczelni dostrzegły trudności lokalowe i wskazały lektorom ich własną siedzibę. Był to pokój na drugim
piętrze Collegium Anatomicum. Liczył aż 16 m. kw. powierzchni i miał jedno okno. Z uwagi na to, że pokój był
bardzo długi, nazywano go potocznie Tramwajem. Mieścił
się tam gabinet kierownika, sekretariat i stanowiska dla lektorów. Władze uczelni wydały także decyzję o przejęciu na
potrzeby nauki języków obcych Małej Sali Marksizmu na II
piętrze Collegium Anatomicum.
W roku 1960 nastąpiła pierwsza przeprowadzka. Studium zostało przeniesione na ulicę Sierocą 10. Pod nowym
adresem uzyskano dwie sale do ćwiczeń. To tam lektorzy
wprowadzali nowe metody nauczania języków nowożytnych
- mechaniczne środki nauczania, z których najstarszym był
lingwafon. Na szeroką skalę zaczęto używać magnetofonu,
gramofonu, a także radia. Były to na tamte czasy metody
eksperymentalne i stąd początkowo lektorzy wprowadzali je
do jednej lub dwóch grup z każdego języka. Nieodzowne
jednak w nauczaniu okazały się zwykłe tablice flanelowe,
pozwalające na szybką zmianę demonstrowanych materiałów.
W roku 1961 siedziba SJO została ponownie przeniesiona do Collegium Anatomicum. W tym czasie w SJO pojawił się pierwszy telewizor zakupiony za nagrodę pieniężną otrzymaną przez SJO za zajęcie I miejsca w końcowych
eliminacjach do Olimpiady Językowej w pionie Akademii
Medycznej.
Gazeta Studentów
ENGLISH TWIST
W tym czasie W tym czasie Studium nadal posiadało tylko dwie własne sale do ćwiczeń, ale za to miało
możliwość korzystania z trzech sal wykładowych, m.in. Zakładu Medycyny
Sądowej, Zakładu Histologii czy Zakładu Anatomii.
W 1978 roku, w 25lecie powstania, Studium Języków Obcych zostało
przeniesione na ul. Matejki, a nazwa
jednostki, „Studium Języków Obcych”
zaczęła oficjalnie obowiązywać. W tym
czasie lektorzy zaczęli uczestniczyć
w wielu szkoleniach metodycznych, zarówno w Polsce jak i zagranicą, organizowanych między innymi przez British
Council oraz Instytut Goethego. Zajęcia odbywały się również w 6 salach
w różnych Domach Studenckich
W 1987 roku Studium Języków
Obcych otrzymało pawilon, zwany
przez studentów a potem również pracowników – Collegium Barracum, na
ulicy Rokietnickiej 5.
Jesienią 1992 roku nastąpiła też
kolejna przeprowadzka Studium, z ulicy Matejki na ulicę Dąbrowskiego, do
Collegium Wrzoska, gdzie na IV piętrze
Studium zyskało 5 nowych pomieszczeń.
2003 rok przyniósł kolejne sale na
IX piętrze Collegium Wrzoska. W roku
2008 Studium Języków Obcych rozpoczęło współpracę z University of Bath.
Puls UM
Angielscy egzaminatorzy, na co dzień
zajmujący się przeprowadzaniem egzaminów w zakresie języka specjalistycznego, przetestowali grupę Studentów
Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu,
którzy dobrowolnie wyrazili chęć przystąpienia do egzaminu z języka w dziedzinie medycyny i farmacji. Wyniki
egzaminów, zarówno części pisemnej
jak i ustnej, były zaskakująco wysokie.
Collegium Wrzoska, zwłaszcza lektorom języka angielskiego, nieodłącznie
kojarzyć się będzie z warsztatami metodycznymi prowadzonymi przez trenerki z University of Bath.
W 2009 roku siedzibą Studium Języków Obcych stał się budynek przy
ulicy Marcelińskiej z salami w pełni
wyposażonymi w sprzęt multimedialny. Do dyspozycji uczących zostało
oddanych 16 sal. Lektorzy mogli wtedy
odłożyć swe walizki na półki i złożyć
wszystkie pomoce dydaktyczne w przestrzennych szufladach oraz szafach pokoju lektorów. W tym czasie podjęliśmy
współpracę z British Council.
Nad sprawnym działaniem Studium, od początku istnienia jednostki,
sprawowało pieczę sześciu Kierowników.
Pierwszym Kierownikiem oraz pomysłodawczynią stworzenia jednostki
zajmującej się kształceniem językowym studentów Akademii Medycznej
była pani Nina Downarowicz, która
kierowała pracą jednostki w latach
1953 – 54. Jej następczyni, pani Wanda
Hłasko, przewodziła zespołowi lektorów do roku 1960, kiedy to zastąpił ją
pan Mieczysław Pomin. W 1991 roku
stanowisko Kierownika Studium objął
pan Henryk Krzyżanowski, a po nim
w roku 1996, pani Elżbieta Gąsiorowska – Czarnecka. Obecnie, od 2013
roku, Kierownikiem SJO jest Tadeusz
Jurek.
Obecnie w SJO, w 6 różnych zespołach językowych, pracuje 31 lektorów.
Kierownikiem zespołu lektorów języka angielskiego jest pani mgr Joanna
Majzner. Pod jej pilnym okiem pracuje
19 osób.
Kierownikiem zespołu lektorów
języka niemieckiego jest pani mgr
Elżbieta Król. Programy i materiały
dydaktyczne wykożystywane podczas
zajęć z języka niemieckiego opracowują
2 osoby. Kierownikami zespołów języków francuskiego i rosyjskiego są kolejno pani mgr Maria Ziembowska-Olejniczak oraz mgr Maria Pijanowska.
Pracujący w zespole 5cioosobowym,
nauczający obcokrajowców poloniści, przyglądają się postępom swoich
studentów pod okiem pana mgr. Tadeusza Jurka. Lektorom zespołu zapoznającego studentów polskich jak
i anglojęzycznych z tajnikami sentencji
łacińskich dowodzi pani mgr Barbara
Wysocka-Powidzka.
Pomimo, iż rzeczywiście każdy
z zespołów mówi innym językiem,
przyświeca nam wspólny cel – uzmysłowienie studentom możliwości jakie
niesie ze sobą znajomość języków obcych, pokazanie im sposobów zapoznania się z nowym słownictwem, strukturami frazeologicznymi i gramatycznymi
oraz pozwolenie im na ich praktyczne
zastosowanie, początkowo na zajęciach,
a potem, być może w życiu. Działamy
zatem według zasady Konfucjusza
„Powiedz mi, a zapomnę. Pokaż mi,
a zapamiętam. Pozwól mi zrobić, a zrozumiem.”
27
STUDIA OD KUCHNI
Oprócz pracy dydaktycznej ze Studentami, lektorzy współpracują z licznymi klinikami Uniwersytetu Medycznego, wykonując tłumaczenia specjalistyczne oraz prowadząc kursy dla
pracowników. Lektorzy Studium mają również swoje osiągnięcia wydawnicze. Począwszy od drobnych artykułów w PULSIE
UM, miesięczniku studentów, a skończywszy na publikacjach
książkowych skierowanych do osób nauczających i uczących się
języków obcych.
I tak powstały podręczniki do nauczania języka rosyjskiego
na wydziale lekarskim i stomatologii, łaciny dla obcokrajowców
studiujących medycynę, języka polskiego ogólnego i medycznego dla obcokrajowców, komunikacyjny kurs języka niemieckiego w kontekście zawodowym oraz podręczniki do języka angielskiego dla stomatologów, lekarzy i dziedzin paramedycznych.
Nasze osiągnięcia, działania oraz polecane przez nas
strony internetowe, artykuły czy książki można śledzić na
naszym profilu na Facebooku.
Wśród nas jest również osoba wyróżniona przez Studentów tytułem Amicus Studentium.
W imieniu wszystkich lektorów Studium Języków Obcych dziękujemy Państwu za miłą współpracę, uśmiechy
i dobre słowo, którymi Państwo nas darzycie oraz Państwa
obecność na zajęciach.
Zapraszamy w mury Studium Języków Obcych, na
http://sjo.ump.edu.pl/ oraz na nasz profil na Facebooku.
Do zobaczenia!
Anna Zaborowska- Cinciała
Sylwia Wiśniewska- Leśków
Smaki lata
Minęły już długie dni skąpane w blasku słońca, skończyło się beztroskie leniuchowanie, bezkarne oddawanie się
przyjemnościom. Zieleń przyrody powoli ustępuje miejsca szkarłatnym barwom jesieni. Już nie zerwiemy malin prosto z krzaka ani brzoskwini z gałęzi. Jeśli nie udało wam się zamknąć tych dobrodziejstw w słoiku, musicie cierpliwie
czekać na kolejne lato. Na szczęście na poznańskich straganach można jeszcze kupić to i owo, by w kuchennym zaciszu zapachniało słońcem i by, dopóki to możliwe, dostarczać organizmowi witaminy w naturalnej postaci.
Danie na ciepło z fetą
Na oliwie podsmażamy poszatkowaną cebulę, po chwili dodajemy
zmiażdżone ząbki czosnku. Gdy cebula się zeszkli, dokładamy pokrojoną
w kostkę cukinię i paprykę, doprawiamy solą, pieprzem i tymiankiem. Na
koniec całość zalewamy przecierem. W naczyniu żaroodpornym rozkładamy
kostki sera feta, zalewamy sosem warzywnym i pieczemy około 20 minut w
temperaturze 180°C. Danie smakuje najlepiej podawane z ciepłą bagietka z
masłem czosnkowym.
– 250 g sera feta,
– 1 cukinia,
– 1 czerwona papryka,
– 2 cebule,
– 2 ząbki czosnku,
– 500 g przecieru pomidorowego,
– sól, pieprz, tymianek.
Znam też inny sposób na przypomnienie sobie
ciepłych dni. Wystarczy zaprosić znajomych i oglądając zdjęcia z podróży, opowiadając o wakacyjnych przygodach, zajadać się ulubionymi lodami.
Weronika Genderka
28
Gazeta Studentów
POGOTOWIE MUZYCZNE
POGOTOWIE MUZYCZNE
Nadszedł czas na zimny prysznic, mocną kawę i aktywację zasobów energetycznych, zebranych podczas minionych trzech miesięcy wolności. Na szczęście znam kilka sposobów na powrócenie do
świata UMP-zombie w dobrej kondycji. Podzielę się z Wami jedną
z lepszych metod. Standardowo więc: bierzcie i słuchajcie tego
wszyscy! Przed Państwem Mark Tremonti, wirtuoz gitary, a także – jak okazało się w ubiegłym roku – świetny wokalista.
Głównym tematem poniższego tekstu będzie wydana w 2012
roku płyta „All I was” – solowy projekt Tremontiego. Jednak na
początek kilka słów o w poczynaniach, które poprzedziły powstanie tej świetnej kompozycji. Wielu z nas zna tego muzyka z formacji Creed, niektórzy także z grupy Alter Bridge. W obu zespołach
pełni funkcję prowadzącego gitarzysty, jest także kompozytorem
utworów. Od wczesnego dzieciństwa (11 lat) Tremonti fascynował się muzyką. Sam uczył się gry na gitarze, gdyż po pierwszej
lekcji odebranej w szkółce zrezygnował, twierdząc: „uczyli mnie
»Mary Had a Little Lamb«, podczas gdy ja chciałem grać »Master of Puppets«”. Duży wpływ na zainteresowanie ciężkimi
brzmieniami miała diagnoza, którą postawiono jego matce. Wykryto u niej toczeń, co bardzo wstrząsnęło małym wówczas
chłopcem.
Przechodząc do rzeczy. „All I was” jest krążkiem, który
przede wszystkim zaskakuje. Głównie kunsztem aranżacji, ale
także wokalem Tremontiego. Umiejętności gitarzysty są na
niezwykłym poziomie. Tworzy on bardzo mocne i jednocześnie melodyjne kawałki, które dają słuchaczowi nad
wyraz intensywne doznania, pozostawiając go
głodnym kolejnych dźwięków. Sam muzyk
przez trzy lata z rzędu mianowany był
gitarzystą roku przez magazyn „Guitar
World”. Stwierdził, że projekt zrodził
się mu w głowie, gdy jego własne utwory przestały pasować do twórczości Creed
i Alter Bridge. Artysta chciał, żeby ujrzały
one światło dzienne. Za wprowadzenie
tego pomysłu w życie wiele osób jest
mu wdzięcznych. Krążek to blisko 50
minut naprawdę mocnej muzyki.
Mam nadzieję, że choć w niewielkim stopniu udało mi się
zachęcić Was do sięgnięcia po
tę płytę w październiku, miesiącu niewdzięcznym i potrafiącym
zapoczątkować jesienną depresję.
Brońmy się przed nią ogniem, jaki stworzył dla nas Tremonti. 10/10. Up the Irons!
JK
Puls UM
29
ROZMAITOŚCI
Vincent V. Severski –
„Nielegalni”, „Niewierni”
Drugą część pochłonąłem w podobnym tempie. Nie
miałem wiele czasu na tekst, więc częściowo skorzystałem
z audiobooka czytanego przez Krzysztofa Gosztyłę. Słuchanie książki przy mało absorbującym umysłowo zajęciu jest
całkiem przyjemne. Myśli, o dziwo, nie uciekały, bo i akcja
wartka i opisy – chociażby jakiegoś podarowanego pudełka
– niezmiernie ciekawe.
„Niewierni” to kontynuacja działań Konrada Wolskiego.
Fabuła w trzech czwartych książki jest całkiem ciekawa. Do
operacyjnej gry wkraczają kolejne kraje, dziwne, wielowymiarowe postaci, często powiązane w jakiś sposób z bohaterami
poprzedniej części. Później akcja staje się ciut przekombinowana, może zbyt naiwna (?), ale mimo wszystko całkiem
składna i logiczna. Zakończenie z tych słabszych, niestety, ale
na szczęście to nie koniec. Część wątków jest nadal otwarta,
zaś autor zapowiedział kontynuację i zamknięcie całości jako
trylogii. Czekam zatem na „Nieśmiertelnych”.
Łukasz Brzyski
Konrad, major Agencji Wywiadu, i jego nowa, pilna misja do wykonania. Brzmi zachęcająco – i tak było. Przyznam,
że dawno nie czytałem żadnej książki tak szybko. W „Nielegalnych” po prostu się „wchodzi”, czuje się te biura, miejsca,
atmosferę spotkań, rozmów. Brak tu jakichś nudnawych opisów, siermiężnej narracji. Natomiast jest akcja: wielowątkowa, skomplikowana (szczególnie na początku), ale tworząca
logiczną całość. Rzeczywistość miesza się z fikcją, a fikcja
z rzeczywistością, bo nie wiadomo, czy Vincent Severski
pisał niejako o sobie, swoich przeżyciach i przemyśleniach
(o tych ostatnich zapewne tak, szczególnie na końcu), czy też
po odejściu ze służby w AW po prostu wymyślił wciągającą
historię i sprzedał ją pod emblematem „były oficer wywiadu”. Naprawdę warto!
30
Gazeta Studentów
KĄCIK FILMOWY
„Truposz” – witaj w przedsionku piekła
Po raz kolejny przedstawię Wam film, który do najmłodszych nie należy, „Truposz” bowiem
w tym roku kończy swą pełnoletność – jego premiera miała miejsce w 1995 roku. Szczerze
odetchnęłam z ulgą, gdy portal Filmweb w końcu scharakteryzował wspaniałe dzieło Jima
Jarmuscha jako dramat psychologiczny, nie jako western, co niegdyś niemal spędzało mi sen
z powiek.
Historia może i rozgrywa się na
Dzikim Zachodzie, może i upstrzona
jest strzelaninami, upominaniem się
o tabakę, końmi, rdzennymi mieszkańcami Ameryki i wszystkim tym, co
kojarzy się zwykłemu zjadaczowi chleba z gatunkiem filmowym zza wielkiej
wody. Ale to przecież film Jarmuscha,
kategoria kina sama w sobie!
Na ekranie, w pierwszych minutach
filmu, pojawia się zagubiony, młody
człowiek, ubrany w kraciasty garnitur,
na głowie spoczywa mu kapelusz, a na
nosie siedzą okulary. Strój, w którego
skład wchodzi również gustownie zawiązana, satynowa muszka, sprawia,
że główna postać przypomina klowna.
Cóż, w końcu to odzienie zakupione
w Cleveland. Tak poznajemy głównego
bohatera, granego przez Johnny’ego
Deppa – Williama Blake’a.
Właśnie wydał wszystkie oszczędności swego życia, aby przybyć do
miasta Machine, gdzie ma podjąć pracę księgowego. Przynajmniej tak było
napisane w liście, jaki otrzymał od potencjalnego pracodawcy. Tak oto Billy
zawitał do przedsionka piekła.
Z posady księgowego niestety nici,
jak bowiem wierzyć czemuś, co napisane jest na papierze? Czas więc zawitać
do baru, zapoznać się z miastową pięknością i... umrzeć.
Z kulą utkwioną w sercu, ścigany
listem gończym za podwójne morderstwo i kradzież konia, Blake udaje się
w podróż, kierowany przez otyłego
Indianina o imieniu Nobody. Rdzenny
Amerykanin poznał już naturę „Białego Człowieka”, gdyż za młodu był
atrakcją pokazywaną na nowym jak Puls UM
i starym kontynencie; będąc w Anglii
nauczył się pisać i czytać, odkrył również poezję Williama Blake’a, co chwilę
cytuje wiersz Wróżby niewinności:
Każdego ranka i każdej nocy
Ktoś rodzi się w słodkim zachwycie..
Ktoś rodzi się w słodkim zachwycie,
ktoś rodzi się w nieskończoną noc.*
Niedoszły księgowy wzięty zostaje za reinkarnację genialnego poety,
a Nobody decyduje się pomóc białemu
człowiekowi dotrzeć do miejsca, gdzie
„woda styka się z niebem”.
William zdobył pistolet, od teraz,
jak to ujął Indianin, musi nauczyć się za
jego pomocą mówić. Będzie pisał swoją poezję krwią. Wszystko jest wszak
trwalsze niż miazga drzewna zapisana
słowami.
Film jest w całości czarno-biały.
Ukazuje brud, błoto, brutalność, cha-
os i plugastwo „wspaniałego, nowego
świata”; gdzie nie spojrzeć, śmierć czeka
za rogiem. A wszystko na tle brudnych,
brzęczących gitarowych solówek w wykonaniu Neila Younga. Obok głównego gwiazdora, przeplatają się przez
poszczególne sceny takie nazwiska, jak
Billy Bob Thornton, John Hurt, Iggy
Pop, czy Alfred Molina (ponoć również
Steve Buscemi, ale konia z rzędem, kto
go naprawdę wyłapie).
O co jednak chodzi? Kto się rodzi dla ciemności? Kto się zrodził dla
jasności? W której części Blake był
naprawdę martwy – przed, czy też po
przyjęciu kuli w serce? To już zależy od
Waszej własnej interpretacji fragmentu
wiersza brytyjskiego poety i malarza.
Polecam gorąco obejrzenie filmu.
Nadaje się idealnie na jesienne wieczory. Poza tym, Johnny Depp (którego
bohater uparcie powtarza, że nie pali
tabaki) w latach swojej świetności jest
dobry zawsze i wszędzie.
Zapraszam na wspólną podróż
z Billy’em, któremu towarzyszy Nobody.
Moja ocena: 9,5/10
Maga
Tytuł: Truposz (Dead Man)
Gatunek: Jim Jarmusch
Premiera: 26 maja 1995
Reżyseria, scenariusz: Jim Jarmusch
Obsada: Johnny Depp, Gary Farmer, Lance Henriksen, Mili Avital
Czas trwania: 1 godzina 55 minut
* tłumaczenie Zygmunta Kubiaka
31
JOLKA
Jolka
Odgadnięte hasła należy wpisać w odpowiednie miejsce w diagramie – jak je znaleźć? Myślę, że każdy musi wypracować
własną taktykę. Litery z pól ponumerowanych od 1 do 15 utworzą rozwiązanie – łacińską sentencję.
Do wygrania atrakcyjne nagrody. Miłej zabawy i powodzenia!
4
14
8
5
13
12
10
6
2
7
9
11
15
3
1
1
2
3
4
5
6
7
8
11
12
13
14
15
9
10
Prawidłowe odpowiedzi, podpisane imieniem i nazwiskiem, wraz z tytułem wybranej nagrody możecie przesłać na
adres: [email protected] – nazwiska zwycięzców znajdziecie też na naszej stronie: www.pulsum.pl
Czekamy do 15.11.2013!
NAGRODY:
„Dziecko z zespołem wad wrodzonych – diagnostyka dysmorfologiczna” Lech Korniszewski
„Atlas funkcjonalny mózgu” Jerzy Walecki
„Diagnozy i interwencje pielęgniarskie” Maria Kózka, Lucyna Płaszewska-Żywko
„Fizjoterapia w pediatrii” Włodzisław Kuliński, Krzysztof Zeman
Uwaga! Większa liczba prawidłowych rozwiązań dostarczona przez jedną osobę nie zwiększa jej szansy na wygraną!
32
Gazeta Studentów
NAGRODZENI
PIONOWO:
POZIOMO:
– składane żałobnikom
– Lindgren – szwedzka pisarka
– skrót od stowarzyszenia
– tytułowy był zgryźliwy
– stoi na czele uczelni
– w obozach hitlerowskich więzień dozorujący innych
więźniów
– zagięcie na nogawce
– de Janeiro
– ”.. przedszkola do Opola”
– …& roll
– inaczej dur brzuszny
– nauka o przeszczepianiu organów
– doprawianie solą
– mniejszy od tarasu
– … Chi
– Dworzec Autobusowy
– pogląd uznający, że człowiek jest w centrum
– nieuk, laik
– potężne, afrykańskie drzewa
– urządzenie do rzutowania obrazów oświetlonych światłem
odbitym od nich
– wrodzona choroba, związana z dysfunkcją kanału chlorkowego
– komedia Fredry z Klarą i Wacławem
– może być jednokrotnego lub wielokrotnego wyboru
– ”odpad” przy odcedzaniu twarogu
– stolica Włoch
– wzór do naśladowania
– zostaje na dnie naczynia
– umiejętność współodczuwania
– Festiwal Filmowy nas poznańską Maltą
– dobrze, gdy jest w rękawie
– płacony do Skarbu Państwa przez każdego obywatela
– uczy poprawnej artykulacji
– Wisława … - polska poetka
– ozdobna bibuła
– rzędnych i odciętych
– ”wkład” do drukarki
– bardzo znany kaczor
– pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa
– … srebra to lapis
– symbol niklu
– indonezyjska wyspa
– ”manekin” dla przyszłego lekarza
– obuwie sportowe
– imię Taylor, znanej aktorki
– skok w bok
– do pióra luba do karabinu
– musical Webbera grany przez teatr Roma
– wulkan na Sycylii
– impreza w blasku świateł
– pracuje z genami
– niedojrzały owad
– kraina będąca ojczyzną Czarnoksiężnika
– zaimek wskazujący rodzaj żeński
– liczba pojawiająca się w życzenia urodzinowych
– Pacino lub Bundy
NAGRODZENI!
Za prawidłowe rozwiązanie krzyżówki z numeru 152 „Pulsu UM” nagrody otrzymują:
„Choroby zakaźne u dzieci” - Monika Wesołowska
„Fizjoterapia w ginekologii i położnictwie” - Magdalena Winiecka
„Immunologia w zarysie” - Marcin Kwiecień
„Interakcje leków w praktyce klinicznej” - Małgorzata Grobelna
Hasło: „NULLA DIES SINE LINEA”
Po odbiór nagród zapraszamy we wtorki w godzinach 18:00- 19:00 do redakcji gazety w Eskulapie.
Przewidywany czas odbioru nagród to trzy miesiące.
Puls UM
33
HUMOR
HUMOR
Trzech mężczyzn wchodzi do baru. Jeden idzie zamawiać
drinki, a pozostałych dwóch siada przy stoliku. Kiedy barman dostrzega zbliżającego się mężczyznę zauważa, że ten
wygląda bardzo bogato, ma na sobie najdroższy frak, złoty
monokl, najdroższą dębową laskę ze złotą rączką, słowem–
wszystkie atrybuty klasycznego, książkowego milionera.
Podczas nalewania piwa do kufla barman nie może powstrzymać się od pytania:
– Proszę wybaczyć moją śmiałość, ale zauważyłem, że jest
pan bardzo wytwornie ubrany. W jaki sposób dorobił się pan
swojej fortuny?
– To proste. Moi znajomi, którzy siedzą tam przy stoliku
znaleźli Dżina w butelce po piwie na ulicy i każdemu z nas
spełnił życzenie.
– Ach, czyli pan życzył sobie być najbogatszym człowiekiem na świecie? – pyta barman.
– Dokładnie – odpowiada mężczyzna uśmiechając się
z przekąsem.
– Bardzo dobry wybór życzenia – mówi barman.
Mężczyzna znowu się uśmiecha, po czym płaci za kolejkę i wraca do swoich towarzyszy. Po jakimś czasie do baru
podchodzi drugi mężczyzna. Tym razem barman ledwo go
widzi spod tłumu najseksowniejszych kobiet, które obejmują
go i dotykają jego ciała. Nalewając następną kolejkę barman
pyta:
– Proszę wybaczyć poufałość, ale pan jest znajomym tego
milionera, który był przy barze wcześniej, czyż nie?
– Rzeczywiście, jestem – głos mężczyzny wydobywa się
spod tłumu pięknych pań.
– I życzył pan sobie być najatrakcyjniejszym mężczyzną
świata, tak?
– Dokładnie tak.
– Wspaniały wybór, proszę szanownego pana – mówi
barman z zazdrością patrząc na ponętne kobiety otaczające drugiego mężczyznę. Ten odchodzi do stolika z nalanymi
kuflami piwa.
Niedługo potem barman widzi, że trzeci z mężczyzn idzie
w jego stronę. Nie da się nie zauważyć, że ten mężczyzna
ma zamiast głowy pomarańczę. Barman w ciszy nalewa piwo,
lecz w końcu nie wytrzymuje i pyta:
– Pan też znalazł butelkę z Dżinem tak?
– Tak, to prawda– odpowiada mężczyzna z pomarańczą
zamiast głowy.
– I jakie miał pan życzenie, jeżeli można spytać?
– Chciałem mieć pomarańczę zamiast głowy.
34
Idzie facet brzegiem Wisły.
Widzi faceta klęczącego i pijącego wodę z rzeki.
Spacerowicz woła:
– Co pan robi? Niech pan nie pije! Otruje się pan, chemikalia i odpadki!
– Was? Ich verstehe nicht!
– Powoli, bo zimna.
***
Pewien facet miał 50-centymetrowy interes. Stwierdził że
z tak dużym nie będzie chciała go żadna dziewczyna, więc
musiał się z tym uporać. Poszedł do czarownicy, a ta powiedziała mu że ma iść do lasu, tam na środku lasu będzie
kamień i na nim będzie siedziała żaba. Miał zadać jej takie
pytanie, na które żabka odpowie „nie” i wtedy interes skróci
się o 10 cm. Poszedł więc i pyta żabkę:
– Żabko, dasz mi buzi?
Żabka na to:
– Nie!
Ubyło 10 cm. Facet już wraca, ale stwierdził, że 40 cm to
jeszcze za dużo, więc znów pyta:
– Żabko, dasz mi buzi?
– Nie!
Teraz facet wraca z 30 cm. Pomyślał jednak, że 20 cm
w zupełności wystarczy. Idzie więc jeszcze raz i pyta:
– Żabko, dasz mi buzi?
A żabka na to:
– Nie, nie i jeszcze raz nie!
***
When NASA first started sending up astronauts, they quickly discovered that ballpoint pens would not work in zero
gravity. To combat the problem, NASA scientists spent a decade and $12 billion to develop a pen that writes in zero
gravity, upside down, underwater, on almost any surface including glass and at temperatures ranging from below freezing
to 300°C.
The Russians used a pencil.
Gazeta Studentów
Download

Indywidualny Tok Studiów – co to za stwór?