■
,
.
S Y ST EM A TY C ZN Y K U R S N A U K .
CZYTANKI STOPNIOWANE
DLA D Z I E C I
ZACZYNAJĄCYCH NAUKĘ SYSTEMATYCZNĄ
UŁOŻYŁA
A NIELA
SZYCÓWNA
S T O P IE Ń III
W KRAJU I NA ŚWIEOIE
Wydanie II
Wydawnictwo M. A R C T A w Warszawie.
DRUKARNIA M. ARCTA W W A R SZA W IE, ORDYNACKA 8
1909
PRZEDMOWA.
Książka niniejsza stanowi trzecią i ostatnią, część „Czyta
nek stopniowanych” i jest przeznaczoną, dla dzieci mniej więcej
10—12 letnich. Przypuszcza się, że dzieci takie, prócz większej
biegłości w czytaniu i pisaniu, a co za tem idzie, w ustnem i piśmiennem używaniu języka, posiadają obfitszy zasób wiado­
mości faktycznych, niż czytelnicy dwóch poprzednich książe­
czek. Zdążyły one już poznać swoje najbliższe otoczenie, tak,
że zwykła nauka o rzeczach już im nie wystarcza; przycho­
dzi pora na udzielenie im elementarnych wiadomości z dzie­
dziny geografii, historyi i nauk przyrodniczych.
I pod względem pojęć etycznych w rozwoju dziecka daje
się dostrzedz również pewien postęp: gdy dawniej zdawało
ono sobie sprawę zaledwie z przymiotów dobrego dziecka,
albo z obowiązków ucznia w szkole, teraz ze wzmożoną zdol­
nością do zastanawiania i rozważania, zaczyna pojmować róż­
ne stosunki ludzkie i zdawać sobie sprawę z wynikających
z nich obowiązków.
Zgodnie z tem i treść książki do czytania musi posiadać
zakres szerszy: nie może ona i nie powinna być powtórze­
niem tego, co dziecko słyszy na systematycznych lekcyach
poszczególnych przedmiotów, ale musi być ich dopełnieniem.
Skutkiem tego musi odpowiadać dwóm warunkom:
1)
Wskazywać związek pomiędzy rozmaitemi dziedzinami
wiedzy, tak, aby dopomódz umysłowi dziecka do połączenia
rozproszonych wiadomości w jedną całość i wytworzenia
sobie ogólnego poglądu na przedmiot, którego różne strony
były poznawane oddzielnie.
Warunkowi temu starałam się zadość uczynić przez sto­
sowne ugrupowanie materyału tak, aby artykuły, wiążące się
treścią, stały obok siebie. Za punkt wyjścia biorę zazwyczaj
opis prosty lub poetyczny pewnej miejscowości, około które,
go grupują się w sposób naturalny: artykuły przyrodnicze
i etnograficzne, dotyczące natury i mieszkańców danej oko­
licy, a także podania, legendy, wspomnienia historyczne,
związane z jej przeszłością. Z obrazów tych wysuwają się
również pewne pojęcia etyczne i społeczne, nie jako gotowe
morały, lecz jako wnioski, które wprost wynikają z rozpa­
trzenia poznanych zjawisk i stosunków.
2)
Z chwilą, gdy nauka myśl dziecka rozszerza tak, że
z czterech ścian pokoju wybiegać ona zaczyna na świat sze­
roki, czytanie rzeczy poważniejszych powinno rozwijać w niem
zamiłowanie wiedzy, a nie odstręczać od nauki. Z tego po­
wodu starałam się unikać rzeczy zbyt specyalnych, suchych
i nudnych.
W niniejszem wydaniu, pozostawiając plan całej książki
w zasadniczych jego zarysach bez zmiany, w myśl żądań
współczesnej pedagogiki zwróciłam większą uwagę na war­
tość artystyczną i literacką podanych wyjątków: niektóre więc
ustępy jako przestarzałe i mniej ładne zastąpiłam przez inne
z najlepszych autorów polskich, w tematach zaś do ćwiczeń
stylowych dałam parę pomysłów, dających więcej pola samo­
dzielnej twórczości dziecka.
A u to rk a .
1.
W iejski kowal.
Pod rozłożystym stoi kasztanem
Kuźnia wśród wiejskiej ustroni;
Silny, barczysty kowal w niej panem,
0 grubej, żylastej dłoni —
A jego ram ion mięśnie stalowe
P otrafią złamać podkowę.
Włos kędzierzawy, czarny i długi,
Tw arz jego, jak dębu kora;
Po czole potu spły w ają strugi
Od r a n a aż do wieczora —
Lecz p atrz y dumnie z swojego domu,
Bo nic nie winien nikomu.
Przez cały tydzień z pod jego strzechy
Słychać gw ar dzielnej roboty,
Słychać sapiące powietrzem miechy
1 spadające w ta k t młoty,
Które tak dźwięczą czysto i śmiele,
J a k dzw ony w blizkim kościele.
Pow racająca dziatwa ze szkoły
Przez drzwi zagląda z rozkoszą;
Bawi ją widok ognia wesoły
I miechów, co się podnoszą, —
I pry sk ający ch na wszystkie strony
Iskier ze sztaby czerwonej.
W niedzielę za to w skupieniu ducha
Czeladce on towarzyszy,
Świątecznych modłów i k aza ń słucha,
A kiedy śpiewy posłyszy,
Głos córki w świętem poznając pieniu,
W głębokiem dum a wzruszeniu; —
Ten sam co m atka głos ma dziewczyna,
A m a tk a w aniołów gronie...
Więc z rozrzew nieniem o tej wspomina,
Co w g ro b u spoczyw a łonie,
I szorstką dłonią ociera oczy,
Skąd łza po tw arzy się toczy.
Tak w trudzie, smutku, w cichem weselu,
P rzez życie idzie swym torem;
R ano zadanie świeże n a celu,
Koniec rob oty wieczorem;
A każdodziennie zebrane żniwo
Daje noc m arzeń szczęśliwą.
O, przyjacielu! P rzy jm dziękczynienia
Za tę n au kę nam daną:
T ak w kuźni życia, pośród płomienia
Do p racy trza wstawać rano, —
I k ażd y zamiar, k ażdy czyn potem
P od tw ard y m u rab ia ć młotem.
A. Asnyk.
O bja śn ien ia językowe-.
Barczysty—mający silne barki. Mięśnie stalowe—twar­
de jak stal. Matka w aniołów gronie—matka umarła. Przez
życie idzie swym torem—czyni to, co wynika z jego położe­
nia i obowiązków. Każdodzienne żniwo—wykonanie pracy na
każdy dzień wyznaczonej. Daje noc marzeń szczęśliwą — po
pracy człowiek śpi dobrze i spokojnie.
Myśl przeczytanego wiersza. (Omówienie ustne). Co
stanowiło treść przeczytanego wiersza? (Obraz kowala wiej­
skiego).—Jakie przymioty wyróżnia w nim poeta? (siłę, pra­
cowitość, wytrwałość, pobożność, miłość dla żony i córki).
Jaką naukę dla ogółu ludzi znajduje w jego życiu? (trzeba
wcześnie zabierać się do pracy „w kuźni życia trza wstać
rano” i pracować wytrwale). Czy ta nauka stosuje się tylko
do dorosłych? czy dzieci starsze, młodzież szkolna — mogą
i powinny z niej korzystać? jak sądzicie? dlaczego wiersz ten
umieszczono na samym początku waszej książeczki do czyta­
nia? (Zdaje się, że dlatego, iż myśl jego powinny sobie przy­
pominać dzieci przy rozpoczęciu nauki po wakacjach).
2. Z dziejów Warszawy.
I. PODANIE O ZAŁOŻENIU W ARSZAW Y.
Na miejscu, gdzie dziś wznosi się W arszaw a, rosła
przed wiekami ogrom na puszcza. Tam w edług p o d a ­
nia przy jech ał raz na polowanie książę, noszący b a r ­
dzo rozpowszechnione wówczas imię Kazimierz. Z gło ­
dniały i zbłąk an y myśliwy zaszedł nareszcie na wzgó­
rze n ad rzeką. R zeka — to n asza kochana Wisła; na
wzgórzu p o nad nią u jrza ł książę małą chatkę z chróstu splecioną. Zmęczony wszedł do niej. W chatce le­
żała biedna kobiecina, młoda jeszcze, ale bard zo w y ­
nędzniała; karm iła ona dwoje bliźniąt, niedaw no u r o ­
dzonych.
Wkrótce p rz y b y ł o rszak książęcy, ucieszony, że
znalazł swego pana. Książę b ył dobry, jako i w szy ­
scy Kazimierze, których tylu potem naliczyła polska
ziemia, więc wziął w opiekę dzieciny i do chrztu świę­
tego w swych książęcych podał je rękach.
P rzy chrzcie świętym —chłopcu n a d a n o imię Warsz,
a dziewczynce Sawa. Książę darow ał tę chatę biednej
kobiecie i kaw ał g ru n tu p rz y niej. Po jakim ś czasie
około ubogiej chaty, zwabieni łask ą książęcą, zaczęli
się grom adzić coraz nowi mieszkańcy. Imiona p ierw ­
szych mieszkańców tej nowo powstałej osady dały jej
nazw ę W arszaw y. W edług podania, lepianka W arsza
i Sawy, miała być w tem miejscu, gdzie dziś, u zbie­
gu Rynku, ulicy Piwnej i D unaju, wznosi się kam ieni­
ca, N-rem 31 oznaczona. Chociaż dom ten nie tak d a ­
wnych sięga czasów, jest je d n ak niemniej s taro ży tn y
i ciekawy, a przyozdobiony rzeźbioną figurą, zwraca
do dziś dnia uwagę. F ig u ra jest praw dop odo bn ie ob­
razem św. Anny, ale lud utrzym uje, że to Sawa, m at­
k a W arsza i Sawy. Podanie, przechodząc z ust do ust,
dochowało się do naszych czasów. W ,k a ż d y m razie
początek W arszaw y odnieść należy do X I I I wieku t. j.
że istnieje ona przeszło 600 lat.
II. W A R SZ A W A -ST O L IC Ą K SIĘSTW A MAZOW IECKIEGO.
Cała ziemia, na której wznosi się W arszaw a, n a ­
zywała się Mazowszem i stanowiła o drębne księstwo
mazowieckie. Długo je d n ak ustępow ała W arszaw a
pierw szeństw a przed Płockiem i Czerskiem, aż w re­
szcie stała się stolicą tej ziemi, o której tak pięknie
mówi poeta:
Oj! cudna to ziemia, to nasze Mazowsze!
I czystsza tam woda, i powietrze zdrowsze,}
I sosny roślejsze, i dzieci kraśniejsze,
I ludzie mocniejsi i niebo jaśniejsze.
Gdzie mi tak na świecie kto zag ra od ucha?
Gdzie mi się rozśmieje tak raźno dziewucha?
Gdzie mi pokażecie tak ą chatę lichą? fgf
f;
Taki b ó r szumiący, taką wodę cichą?
Gdzie tyle dziewanny, tyle w łąkach dzwonków?
Tyle piosnek w polu, w pow ietrzu skowronków?
Kędy ja usłyszę tyle p tastw a w rzasku?
Skąd wam m odrej Wisły i białego piasku?
Niech ci P a n Bóg szczęści, ziemio Mazowiecka,
Coś mnie kołysała od małego dziecka.
Sercem każdego pow stającego m iasta był zawsze
zamek, bo dawniej miasta tw orzyły się wyłącznie p r a ­
wie dla obrony kraju. Zam ek ten byw ał z początku
drew niany, op asany wałem; z czasem dopiero zamie­
niał się na m urow any. T ak było i z w arszaw skim . Po
pożarze, k tó ry zniszczył stary g ro d ek Ziemow ita m a ­
zowieckiego, wyszło praw o w r. 1430, aby o d tą d w r y n ­
ku staw iano dom y tylko murowane.
Ciasno było mieszkańcom w pierw otnych murach,
opasujących zamek, zaraz więc po za niemi tworzyło
się nowe miasteczko, zwykle też Nowem-Miastem zw a­
ne. O zdobą Nowego Miasta był kościół P a n n y Maryi,
wzniesiony, według podania, na miejscu dawnej św ią­
tyni pogańskiej. Stare Miasto górow ało jed n ak zawsze
nad Nowem—piękniejszem położeniem, rezydencją k s ią ­
żęcą i licznemi kościołami, bo kościoły: Ś-go Jana,
Ś-go Jerzego, Ś-go Ducha, Ś-go Marcina, to świątynie
rów nie ja k P a n n y M aryi—stare. Solec wznosił się ta k ­
że szybko, tam budow ały się najw ażniejsze m łyny i fa ­
bryki; a że książęta wystawili sobie letnią siedzibę
w Ujazdowie, więc w tę stronę W arszaw a w zrastać
zaczęła, tu pow staw ały nowe miasteczka, tuląc się do
starej W arszaw y i pow iększając jej znaczenie.
Król Z y g m u n t I przyłączył Mazowsze do koron y
polskiej, a córka jego A nna Jagielonka, późniejsza
królow a polska, bo żona Stefana Batorego, ta k u p o d o ­
bała sobie Warszawę, że większą część życia w niej
spędziła. O na to w ybudow ać kazała m ost n a Wiśle,
przyczyniła się do rozwoju szpitali, w spom agała i wzno­
siła kościoły.
W r. 1596 król Z ygm u nt III, ten sam, którego p o ­
mnik wznosi się przed zamkiem, przeniósł tu stolicę
z K rakow a, a za nim zaczęli się przenosić panow ie
i szlachta, k u pu jąc g ru n ty i staw iając n a nich w spa­
niałe pałace lub skrom niejsze dworki. G runty te n a ­
byw ać było łatwo, bo po za samem jądrem miasta p u ­
sto było w późniejszej stolicy. Na miejscu gdzie p o ­
wstał Grzybów, żaby skrzeczały w kałużach, a wspo-
-
10
-
mnienie o nich przechowało się dotąd w nazw ie ulicy
Żabiej; gdzie dziś Nowy Świat, rozciągała się wioska
Kałączyn, na Świętokrzyskiej najbujniejsze szumiało
zboże, a tam, gdzie dziś teatr się wznosi, stały d re ­
wniane domostwa, w których były składy soli.
(według Zofji Bukowieckiej).
O bjaśnienia. Dzieje—historja t. j. opowiadania o tem, co
się dawniej działo.— Do chrztu św. na swych rękach podał—
trzymał do chrztu, został ojcem chrzestnym i zaopiekował się
losem swych chrześniaków.— Zwabieni — zachęceni.— Wiek—
stulecie.—Trzynasty wiek t. j. trzynaste sto lat od Narodzenia
Jezusa Chrystusa, a że dwanaście razy po sto jest 1200 za­
tem wiek XIII liczy się od roku 1200—1300. (Przy tej spo­
sobności sprawdzić, czy dzieci należycie zdają, sobie z tego
sprawę).—Płock i Czersk—miasta na Mazowszu (wskazać na
mapie).—S tolica-główne miasto, rezydencja panującego.—
Serce miasta —środek, część najważniejsza. Ciasno było miesz­
kańcom w pierwotnych murach — w dawnych czasach każde
miasto było otoczone murem, w którym znajdowały się bra­
my, wiodące do wnętrza. Król Zygmunt przyłączył Mazow­
sze do Korony—poprzednio Mazowsze stanowiło t. zw. księ­
stwo udzielne względem Polski, to znaczy, miało osobnego
księcia, który niem rządził, jakkolwiek był podwładnym kró­
lowi polskiemu, musiał mu być wiernym i pomagać na woj­
nie. Od czasów Zygmunta 1 Mazowsze nie miało już oso­
bnego księcia i zależało tylko od króla polskiego. — Jądro
miasta—środek miasta, główna część.
Ć wiczenie stylow e. Podać treść przeczytanego artykułu.
(-wiezenie g ra m a tyczn e. W przeczytanym artykule
wskazać wyrazy, zaczynające się od dużej litery i wyjaśnić,
dlaczego je tak piszemy.
I
_
11
_
3. Szczególna maskarada czyli typy warszawskie.
Było to w karnaw ale. Synowie pań stw a Zarzeckich,
właścicieli m a jątk u w blizkości W arszaw y, przyjechali
do domu n a ostatki, a jako dobrzy koledzy, przyw ie­
źli z sobą, za pozwoleniem rodziców, kilku to w arzy ­
szów szkolnych; w domu zaś zastali, prócz dwóch m a ­
łych braciszków rodzonych, jeszcze b r a ta ciotecznego,
k tó ry również przyjechał w odwiedziny. Zebrało się
tym sposobem około tuzina dzieci, sam ych chłopców,
bo mali Zarzeccy nie mieli siostry, ani żadnych zn a­
jomych dziewczynek.
Łatw o sobie wyobrazić, jaki tam był gwar, krzyk,
hałas, urw anie głowy, a ile to biedy miała p a n n a J a ­
nina, freblanka, pod której opieką był jeszcze Jasio
i Władzio, dwaj najmłodsi Zarzeccy. Ale p a n n a J a n i­
na, choć młoda i jeszcze dobrze pam iętająca swe pensjonarskie czasy —to dzielna osoba. Lubi ona bardzo
dzieci i n igdy nie użala się n a nic, a ma tyle energji,
że i z największym i figlarzam i da sobie radę! Ju ż to
ma ona do tego d a r w rodzony; ale od pierwszej chwili,
nietylko mali jej wychowańcy, lecz i starsi chłopcy słu­
chali jej, jako bard zo poważnej osoby, choć p an n a
J a n in a staw ała się często J a n k ą z przed laty dziesięciu
i bawiła się z nimi, ja k b y była ich rówieśniczką.
Ot! i na ostatni wtorek wspólnie ułożyli sobie za­
bawę!
—
Po co —mówi n a jsta rsz y 14 letni K azik—n aślad o ­
wać starszych i urządzać bale, tańce, zwłaszcza gdy
dziewcząt nie ma naw et n a lekarstwo. Zrobi się z a b a ­
wa tania, wesoła a oryginalna. Będzie to m askarada,
ale bez masek! P o p ro stu chłopcy p o p rzeb ierają się
w takie ubiory, które widzą codziennie n a ulicy i będą
przedstaw iali różne typ y warszawskie. P anna J a n in a
sporządzi im kostjumy, a Kazik pow ybiera stosowne
—
12
—
wierszyki, czy piosenki, i będzie przedstaw ienie dla k a ż ­
dego, kto łaskaw p op atrzy ć i posłuchać.
J a k uradzili, tak się stało.
Skoro zmrok zapadł, w net zapalono lampę, a F ranusię pokojówkę wysłano do mamy, ojca, cioci i b a b u ­
ni, aby zechcieli przyjść do bawialnego po koju i zoba­
czyć m askaradę, jakiej dotąd świat nie widział. P a n ­
na Jan in a zasiadła też poważnie między widzami. T ym ­
czasem chłopcy wsuwali się param i do pokoju według
porządku, który ułożył Kazio, jak o reżyser. N aprzód
przyszedł 4-letni Władyś, prow adzo ny za rączkę przez
8 letniego k u zy n k a Stasia. W ładyś był u b r a n y w serdaczek, k tóry mu ciocia przyw iozła w lecie z Z a k o p a ­
nego, n a głowie miał jakiś stary, okrągły kapelusz oj­
ca, k tó ry mu ciągle spadał na oczy, w rę k u trzym ał
pułapkę i pęk drutu. Stasio w zwykłem ubraniu, z bu ł­
ką w ręku, w skazyw ał na tow arzysza i deklamow ał
wierszyk Konopnickiej:
Ten mały druciarczyk
G arnuszki d rutuje
Kto mu da choć grosik,
Temu podziękuje.
Ten mały druciarczyk
K ażdy go usłyszy,
Bo woła, a woła:
«Pułapki n a m yszy!»
Biedny ten druciarczyk
Ma owczy serdaczek,
A i tak się z zimna
Trzęsie nieboraczek.
Ten mały druciarczyk
Ma w górach tam chatkę,
A w chatce braciszka
I ojca, i matkę.
Ale nie ma w górach
Dość czarnego chleba.
Skały go nie zrodzą —
Zarobić go trzeba.
O! mój druciarczyku,
Nie trapże się, proszę:
Naści tu bułeczkę,
Naści tu dw a grosze.
Z tej bułeczki będzie
Dla ciebie śniadanie,
A grosik i drugi
Dla m atki zostanie.
A ja k wrócisz kiedy
Do dom ku swojego,
To kłaniaj się Tatrom
Od S taszka małego.
Zaledwie mały druciarczyk i jego tow arzysz zostali
uściskani przez mamę i ciocię, g dy drzw i się o tw orzy ­
ły i weszła d ru g a p ara, w yglądająca bardzo o ry g in al­
nie: 7-letni Jasio przyodziany w n ajb ardziej zniszczo­
ne ubranko, mocno przetarte n a łokciach i kolanach,
z woreczkiem p iasku na plecach, i Józio, 9-letni uczeń
klasy wstępnej, k tóry nietylko wziął n a siebie starą
bluzkę, lecz całą twarz i ręce poczernił sobie węglem,
w ręk u zaś trzym ał miotełkę. J a n e k stanął zuchow ato
p rzed swą nauczycielką i zawołał:
Hej! piasku białego! wiślanego!
Kup pani, woreczek to spory,
Wciąż wołam od ra n a samego
Napróżno, a ojciec mi chory.
Józio zaś w ystąpił n a środek po koju i deklamował
dobitnie wierszyk Jachowicza:
Ohociem brzydki, chociem czarny,
Alem chłopak grzeczny:
Nie dbam wcale o wdzięk m arny ,
Dość, żem pożyteczny.
Coby to n a świecie było,
G dyby n as nie stało?
Dla tej myśli wszystko miło —
Ruszam w komin śmiało.
Zawsze mnie ta myśl ożywia:
Ma świat korzyść ze mnie;
J a k to serce uszczęśliwia,
J ak że to przyjemne!
Nie gardźcie mną, lube dziatki,
Że u biór nieładny,
Nie straszcie mną, dobre matki,
To zwyczaj szkaradny.
Za cóż ja wam tak niemiły?
Za cóż ta k obrzydłem?
—
14
—
Kogo zbrodnie oszpeciły,
Ten tylko straszydłem.
Kto pracuje w czoła pocie,
Zawsze godzien chwały;
Cała w artość człeka w cnocie,
W p racy zaszczyt cały!
—
Słusznie! braw o!—wołali obecni—nikt z nas już
kominiarzem nie pogardza. Ale musicie się teraz umyć,
bo tru dno będzie z takiemi rękam i i tw arzą zasiąść do
herbaty.
I mały piaskarz wraz z kominiarczykiem udali się
w dalszą wędrówkę — do umywalni.
Teraz drzw i otw orzyły się z wielkim trzaskiem, bo
wjechała w nie dorożka t. j. s ta ry wózek W ładysia n a
koźle siedział Wicuś, kolega Józia, z batem w ręku.
O bok dorożki szedł Maurycy, jeden ze starszych chłop­
ców, przyjaciel Kazika, p rz e b ra n y za pana, z laseczką
w ręku, w cylindrze p a n a Zarzeckiego i z zegarkiem
pożyczonym od p a n n y Jan in y. Wicuś zeskoczył z ko­
zła i, w skazując n a konie drew niane, p rzy k ry te czapra­
kami, zaprzężone do wózka, wołał:
Do dorożki panie! pany!
Moich koni rozum znany!
Jedzie doktor do chorego
Na wyścigi z wiatrem biegą.
P a n do biednych z zapomogą,
R w ą galopem, rw ą co mogą!
Jedzie lichwiarz po procencie,
K ark mu skręcą na zakręcie.
Jedzie panicz tracić krocie,
P ew no z nim uwięzną w błocie.
A już z sam olubną duszą,
Ani z miejsca nie wyruszą!
—
15
—
Oj! rozum ne te siwoszki!
Proszę p ań stw a do dorożki!
Na to wezwanie Maurycy siadał, a Wicuś dowodził,
że nie może go uciągnąć, bo musiał coś zbroić; Mau­
rycy zapewniał, że ma czyste sumienie. Ta kom edja
pow tórzyła się kilkakrotnie, aż wreszcie Moryś rzekł:
«Nie siądę do dorożki, bo mam nogi zdrowe, a za tę
czterdziestkę kupię pączków dla kolegów, bo dziś
ostatni wtorek*.
Oklaski żegnały doro żkarza odjeżdżającego, a za­
razem witały inną parę, o tyle spokojną i poważną,
o ile poprzednia była zuchowatą. Wchodziło dwóch
staruszków, właściwie uczniów klasy I-ej, Miecio i Z y ­
gmunt, jeden niósł klatkę z ptaszkiem, a drugi latarkę.
Miecio mówił:
Mam tu w klatce piękne ptaszki,
Spojrzyj, dziatwo, mimochodem,
Lecz nie ku puj dla igraszki,
By je potem męczyć głodem,
Nie dbać,—chociaż się ptaszy na
O ziarneczko dopomina.
Kto z was p ta szk a kupić gotów.
Musi przyrzec w szczerem słowie,
Że od głodu i od kotów,
Będzie strzegł ja k oka w głowie,
Nie po gorszy mu niewoli,
Bo już klatk a dosyć boli.
Za to ptaszę, mili moi,
Śliczną piosnkę wam wydzwoni,
Z d obrym panem się oswoi,
A jeść będzie z jego dłoni.
Kupcie ptaszka, gdy pomnicie,
Że i on ma czucie, życie.
—
16
—
Zygm uś zaś praw ił jeszcze poważniej:
Kiedy ciemność świat ogarnie,
Łatw o zbłądzić na bezdroże,
Z apalam y więc latarnie
I człek wszędzie trafić może.
T ak i z głową, drogie dzieci,
Gdy rozumem się nie rządzi,
Gdy n a u k a w niej nie świeci,
Człek ja k w m roku łatw o błądzi.
—
To nasłuchaliśmy się morałów! — mówili do sie­
bie Ja n e k z Józiem, którzy już wrócili umyci i u b r a ­
ni przyzwoicie. Ale teraz będzie najładniejsze zakoń­
czenie!
W tejże chwili weszło do po koju dwóch n ajw y ż­
szych, najtęższych i najsilniejszych chłopaków, J ę d re k
i Wałek, z ogrom nym i młotami i p rz y ich stu ku za­
śpiewali chórem następującą piosnkę bruk arzy:
Od podeszwy, od podkowy,
Drze się tw ard y głaz,
I zarobek za b r u k now y
Nie omija nas!
Stuk, puk, stuk, puk,
Będzie w mieście now y bruk!
G dyby ludzi złych sercami
W ybruk ow ać gród,
Żleby było z brukarzam i,
Z nękałby ich głód!
Bo złe serce, stuk, puk,
Tw ardsze niż kam ienny bruki
Ostatni dwuwiersz pow tórzono kilkakrotnie p rzy
oklaskach tak hucznych, że te zagłuszyły n aw et t u r ­
kot zajeżdżających powozów. P rzy b y li do p ań stw a Z a­
rzeckich goście: ksiądz proboszcz i państw o Kozłow­
—
17
—
scy, najbliżsi sąsiedzi. Chłopcy musieli raz jeszcze p o ­
wtórzyć swe śpiewy i deklamacje, ku ogólnemu zad o ­
woleniu, za co p rzy herbacie nie żałowano im pączków
i faworków, tych karn aw ało w y ch przysm aków .
A. S.
Ćwiczenie ustne. Wyjaśnijcie myśli, przytoczone w tym
artykule, w szczególności zaś następujące wyrażenia: Kogo
zbrodnie oszpeciły, ten tylko straszydłem. Kto pracuje w czo­
ła pocie, zawsze godzien chwały. Kiedy ciemność świat ogar­
nie, łatwo zbłądzić na bezdroże. Gdy nauka w głowie nie
świeci, człek jak w mroku łatwo błądzi. Złe serce twardsze
niż kamienny głaz.
x
4.
Kolonje letnie.
— Czy mama nie idzie ju tro do p ra n ia ? —zapytała
m atkę ośmioletnia Julka, chuda, mizerna, lecz żywa
i wesoła dziewczyna.
— Albo co ?— na niespokojne p ytanie córki o boję­
tnie m ruknęła Marcinowa.
— Jutro, matuniu, zaczyna się zapis do kolonji let­
nich, jedzie Mańka, Zośka, Wikta i Stasiek, niech i nas
mama zapisze, ja już 8 lat skończyłam, a Hela taka
blada, nic jeść nie chce; sam a pani w szkole mówiła,
że powinna jechać n a świeże powietrze.
— Co ona rozp ow iada?—zawołała matka. — Czy ci
się w głowie przekręciło, dziewczyno? Gdzie cię mam
zapisywać i wysyłać? Na łyżkę straw y człowiekowi
nie starczy, a tej się jakichś letnich mieszkań za­
chciewa.
— Zaraz to wszystko matusi wytłumaczę — rzekła
siostra Julci, niespełna dw unastoletnia Helenka. — Ma­
musia n a to grosza nie da, bo kolonje letnie zajm ują
się właśnie bezpłatnem w ysyłaniem takich, ja k my u b o ­
gich dzieci, n a wieś. Widzi mama, dobrzy ludzie p o ­
stanowili przyjść z pomocą biednym w arszaw skim dzieGZYTANKI STO PNfO W iłNS HI.
2
—
18
—
ciakom, aby i one trochę użyły wakacji. Założyli więc
«Towarzystwo kolonji letnich*, k ażd y jego członek (tak
nazyw a się każd a osoba, k tóra do tego tow arzystw a
należy) daje składkę, ja k ą może, najmniej rubla, ale
może dać i 100 rocznie. Za te pieniądze m ają dzieci
na wsi dobre mleko i mięso codzień i wszystko, co im
potrzeba, do stają naw et u b ran ie i buciki.
— Ale — p rzerw ała siostrze J u lk a — nietylko są te
składki członków, bo jeszcze różni ludzie i tak dają
pieniądze na kolonje. Słyszałam od p a n n y Jadzi, że
n a jednej pensji panienki, zam iast p rezentu dla pani
przełożonej na imieniny, oddały zebrane pieniądze na
kolonje. Słyszałam też, że niektóre panie szyją su kien­
ki, koszulki, fartuszki, spódniczki — dla dzieci w yjeż­
dżających; słyszałam, że szewcy d ają skóry n a buciki,
a obywatele ziemscy mieszkanie u siebie dla tych dzie­
ci, przyjeżdżających n a świeże powietrze.
— Poczciwi ludziska! — westchnęła Marcinowa. —
A powiedzcież mi, moje dziewczyny, jakże się dostać
do tych kolonji, boć co praw da, to byłoby dobrze, że­
by i was zabrali?
— To, widzi m am a — zawołały n a ra z obie dzie­
wuszki — na Świętokrzyskiej jest biuro kolonji; tam
niechaj m am a pójdzie ju tro o 10 ej ran o i zostawi
swój ad res—dadzą mamie karty, gdzie napisane, kiedy
mam a ma n as tam przyprow adzić i co z sobą p rz y ­
nieść, a co potem, to już się m am a dowie.
Matka przyrzek ła spełnić p rośb ę córeczek, co w y­
wołało o grom ną radość. J u lk a bezustannie p od sk ak i­
wała i przyśpiew yw ała sobie, a H elenka zamyśliła się,
zadając sobie pytanie: czy też będzie zdrow szą i sil­
niejszą, gdy wiejskiem powietrzem odetchnie.
A, S.
O m ów ienie ustne. Powtórzcie, czego dowiedzieliście się
o kolonjach letnich. Dlaczego biedne dzieci są wysyłane na
—
19
—
wieś? (dla zdrowia). Skąd się biorą na to pieniądze? Po­
myślcie, czy i wy nie moglibyście przyczynić się w jakikolwiek^sposób do tego pięknego dzieła! (oddać zabawki, uszyć
co, dać drobną składkę i t. p.).
Ćwiczenie stylow e. List do przyjaciela lub przyjaciółki,
dzieląc się z nią nabytemi świeżo wiadomościami o kolonjach
letnich.
5-
W piwnicznej izbie.
W piwnicznej uzb ie m rok wczesny pada,
W ilgotny a ponury,
Mętnemi szyby drobne okienko
Na b ru d n e p atrz y mury.
W piwnicznej izbie głos dziecka słychać:
To westchnie, to zagada...
Ojciec chleb czarny w ykuwa młotem,
P rz y igle m atka blada.
— Moja mateńko, moja rodzona,
J a k też tam n a wsi onej?
Czy też tam dzieci chodzą w słoneczku,
P o traw ce po zielonej?
I nie mieszkają, ja k my w piwnicy?
I widzą het.,, obłoki?
— Oj! widzą, synku, wszyściuśko widzą,
Całuski świat szeroki.
Oj! widzą one pola i lasy,
I łąki, i zagaje,
Widzą, ja k słonko idzie do morza,
I ja k znów rankiem wstaje.
Widzą, ja k p łu g i 'r z n ą wiosną skiby,
J a k siewacz rzuca ziarna,
J a k woły ciągną zębatą bronę,
J a k ziemia rodzi czarna...
Oj! widzą one, ja k źródła biją,
J a k m odre rzeki płyną,
v
—
20
—
J a k dzikie gęsi n a u g ó r lecą,
J a k staw zara sta trzciną...
— A jaż mateńko, zobaczę kiedy
Wszyściuśko, co mówicie?
One to ptaki, w lasach grające,
One zajączki w życie?
A jaż, mateńko, nie taki samy,
J a k o te inne dzieci,
Co to się dla nich zieleni łąka
I jasne słonko świeci?
W piwnicznej izbie ciężkie westchnienie
Z ciemnego słychać kąta,..
Ucichło dziecię n a swym barłogu,
Matka się we łzach krząta.
W piwnicznej izbie zmierzch zapadł czarny,
J a k o ta czarna dola...
— Któż dziecku temu da trochę słońca,
Pokaże lasy, pola?
,, „
M. Konopnicka.
O bjaśnienia języko w e. Piwniczna izba—suteryna, gdzie
często mieszkają biedni ludzie; bywa tam zwykle ciemno i zi­
mno, jak w piwnicy. Ojciec chleb czarny wykuwa młotem—
prawdopodobnie ojciec jest kowalem. Słonko idzie do mo­
rza — tak mówią ladzie, którzy nie wiedzą, co się dzieje ze
słońcem po zachodzie. (A wy, co o tem wiecie? opowiedz­
cie!) Siewacz— ten, co sieje. Modre—niebieskie. TJgór —
pole, pozostawione bez uprawy przez cały rok. Ptak gra­
ją c y —ptak śpiewający; śpiew ptaków porównywa się tu do
muzyki. Czarna d o la —ciężka smutna dola.
Ćwiczenie g ram a tyczn e. Rozbiór zaimków w przeczyta­
nym wierszu.
6.
Przygody Marcinowej.
Zaledwie zegar wybił dziewiątą, g d y Marcinowa po­
dążała szybkim krokiem z W róblej n a Świętokrzyską
do biura kolonji letnich. Przedtem jeszcze wstąpiła do k o ­
ścioła, aby odmówić gorącą modlitwę n a intencję swych
córek. Od ro g u ulicy dziwny u derzy ł ją widok: uli­
ca zwykle cicha, roiła się od ludzi. Do domu kolonji,
ani przystąpić! Tłok, ścisk, zbiegowisko — pomimo
wczesnej pory; wszyscy czytali w Kurjerze, że zgłaszać
się m ożna od 10 ej do 4-ej i że zapis trw ać będzie przez
cały tydzień, a mimo to zeszli się pierwszego dnia
o 9 ej. Tu stoi b u tn y szw ajcar z hotelu, spoglądający
dumnie po obecnych; tam skrom ny, niepozorny człowie­
czek, p raw do po dob nie czeladnik krawiecki lub szewcki,
bo ciągle «pana majstra» wspomina; naw et kilku po­
słańców i dorożkarzy n a ten dzień opuściło swe sta ­
nowiska, n aw et dziadek kościelny przyszedł zapisać
swego wnuczka. Ha! czegóż to człowiek nie zrobiłby
dla dzieci? swawolne to, niepoczciwe, nieznośne, ale
zawsze szkoda, żeby się m arnow ało w mieście, gdy
może użyć swobody i świeżego powietrza; tak myślą
ojcowie, a matki głośno o tem rozp raw iają. Tych m a ­
tek, b abek i ciotek jest moe niezliczona, a ciągle nowe
przybyw ają: z gołemi głowami, w chustkach i w k a ­
peluszach. Stroje, tw arze i sposób w yrażania się b a r ­
dzo rozmaite, ale wszystkie rozum ieją się doskonale,
wszystkie bowiem łączy jednakow a bieda i jed nak ow a
miłość k u dziatwie.
Nasza Marcinowa z początku rozglądała się tylko
n a wszystkie strony, wreszcie zwróciła uw agę n a jed ną
ze swych tow arzyszek. Była to staru szk a z białemi,
ja k śnieg, włosami, trzęsąca się, p rzy g arb io n a, ledwo
trzym ała się n a nogach.
— A pani kogo ma zapisać: dzieci, czy może wnu­
ki?—zagadnęła Marcinowa.
— P raw nuczków , m oja pani, prawnuczków: dwóch
chłopaków ośmioletnich z bliźniąt. T rzeba ich wysłać
obu, bo jeden zatęskniłby się bez drugiego.
-
22
-
— A czemuż to ojciec albo m a tk a nie przyszli, ty l­
ko was trudzili?—spytał ktoś w tłumie, p atrząc z w spół­
czuciem n a pom arszczoną tw arz staruszki.
—
Wnuczka moja już od ro k u owdowiała i służy
za kucharkę, a chłopcy m ieszkają ze m ną i z wnukiem,
co im wujem w ypada. O na od kuchni odejść nie m o­
że, a że ja nie mam nic do roboty, więc poszłam. Ale
tak stać, to nogi bolą, ach! żeby prędzej otworzyli!
Kilkoro u st pow tórzyło westchnienie starow iny, bo
k ażd y chciałby się dostać ja k najprędzej, a tu ludzi
coraz więcej przybyw ało. Nareszcie z uderzeniem go­
dziny dziesiątej drzwi się otworzyły, a woźny kolonji
letnich oznajmił zebranym, że m ogą wchodzić do w nę­
trza. W tłumie powstało zamieszanie: ludzie się tło­
czą, przepychają, nie szczędzą sobie n aw et p rzy mówek
i docinków, w czem góru je w ygadana, otyła p rz e k u p ­
k a ze S tarego Miasta; ona zawsze musi być pierw sza,
pcha się tak, że o mało nie przew róciła biednej sta ­
ruszki, a Marcinowej dostał się p o rząd n y szturchaniec
w plecy od zbyt energicznej p ani Piszczałkowskiej.
Wtem, cóż się to stało? ja k aś silna dłoń męska
chw yta p a n ią Piszczałkow ską za oba ram iona i po­
w strzym uje w zapale. To pan W alenty K apusta, c z e ­
ladnik kowalski, najw iększy siłacz w W arszaw ie i najpierwszy śpiewak w bractwie; dostał się najbliżej i wo­
ła donośnym głosem:
— Zmiłujcie się, ludzie! Czy wy B oga w sercu nie
macie, żeby się tak popychać? Oto ta wiekowa nie­
wiasta — tu w skazuje n a p ra b a b k ę bliźniąt—omdlewa
ze zmęczenia, a wy młodzi, silni i zdrowi względu na
nią nie macie. Wstydźcie sięl —
Przem ow a odnosi skutek; ludzie prości lecz poczci­
wi rozstępują się z uszanow aniem i prab ab c ia wcho­
dzi najpierwsza; za nią kilka kobiet, które pozostaw i­
ły w domu małe dzieci, a potem dopiero inni ojcowie
—
23
—
i matki n a przem iany. Marcinowej szczęście dosyć
sprzyjało i już przed jed en astą wychodziła uszczęśli­
wiona z pokoju, w którym odbyw ał się zapis. jObecna
tam pani z komitetu zapy tała ją o nazwisko, wiek
i o imiona jej córek, napisała n a drukow anej karcie,
którego dnia i o której godzinie m ają się zgłosić do
b ad an ia lekarskiego, poleciła, aby w dzień ten p r z y ­
szły czysto um yte i u b rane, nie spóźniły się i p rz y n io ­
sły z sobą metryczki i świadectwo u b ó s tw a —bo tylko
dzieci od lat 8 do 13 i tylko zupełnie ubogie m ają
p raw o do wyjazdu.
Zatem m arzenie Julci i Helenki może się spełnić,
bo zdaje się, że nic ich wyjazdowi nie stoi n a p rz e ­
szkodzie!—m yślała uszczęśliwiona m atka. Z tą myślą
skierow ała swe k roki do bram y; lecz mimowolnie za­
trzym ała się, słysząc g roźny głos woźnego:
— Wiedzieliście przecież, że się zapisów od samych
dzieci nie przyjm uje; dziś n aw et rodzicom nie wolno
p rzy p ro w ad zać dzieci z sobą, Ozemużeście poprzychodzili?
Na te słowa g ro m ad k a dzieciaków pierzchła, ja k nie­
pyszna. J e d n a tylko dziewczyna, może 14-letnia, trz y ­
mająca za rękę 9-letniego braciszka, stała nieporuszona.
— Niech p anienka idzie do domu, od dzieci zap i­
sów się nie przyjm uje.
— J a nie jestem dziecko, ja nie pojadę, bo jestem
za duża, a b ra ta muszę zapisać — mówi dziewczynka
zcicha i smutnie, ale się nie cofa.
— To niech m atka przyjdzie ju tro i zapisze.
Na wspomnienie m atki dwie łzy po k azu ją się
w oczach dziewczęcia i spływ ają po policzkach. Woź­
ny nie może sobie poradzić z tym milczącym uporem,
wzywa n a pomoc samego p a n a prezesa. I ten spogląda
już groźnie, lecz n a widok łez dziecka, mięknie i py ta
łagodnym głosem:
-
21
— Moja dzieweczko, czemu się upierasz, kiedy się
to na nic nie zda?
— Proszę pana, nasz ojciec umarł, a m am a leży cho­
ra w szpitalu, więc ja muszę J a ś k a zapisać—wybucha
wreszcie dziewczyna, łkając głośno.
Tu pokorna, nieśmiała Marcinowa zdobyw a się na
odwagę, podchodzi do p a n a prezesa i mówi:
— Niechże się wielmożny pan zlituje n ad tą bie­
daczką i zapisze jej braciśzka.
Lecz ta prośba była już zbyteczna, bo surow y przed
chwilą pan prezes w prow adza sam do po koju dwoje
dzieci, tłumacząc zapisującej pani, że dla nich trzeba
było koniecznie zrobić wyjątek.
^
O m ów ienie ustne. Opowiedzcie, czego nowego dowiedzie­
liście się z tego opowiadania! Jakie są warunki przyjęcia dzie­
ci na kolonje? (wyjaśnijcie znaczenie wyrazów „metryka i świa­
dectwo ubóstwa”). Jakie osoby występują, w tem opowiada­
niu i co o ich postępowaniu sądzicie? Dlaczego Walenty Ka­
pusta zatrzymał Piszczalkowską i naprzód puścił staruszkę?
Dlaczego Marcinowa ujęła się za biedną dziewczyną? Widzi­
cie z tych przykładów, że i w tłumie i na ulicy mamy pe­
wne obowiązki: czy to w kościele, czy w towarzystwie, czy
w tramwaju, czy gdzieindziej,—młodsi, a tembardziej dzieci po­
winny ustępować starszym—nad biednymi zaś nieszczęśliwy­
mi litość mieć należy.
Ćwiczenie g ra m a tyczn e (rozbiór). Z przeczytanego arty­
kułu wybrać wyrazy, pochodzące z obcych języków i wyja­
śnić ich znaczenie oraz pisownię.
7.
Dzieje kawałka brukowca-
1.
Co może być bardziej znanego, pospolitszego nad
brukowiec, ten szaro-czerwonaw y kamień, którym wy­
łożone są nasze ulice? Widzimy go eod 2 ień na k aż­
dym kro k u w mieście; wyszedłszy na przechadzkę za
miasto, zbieram y kaw ałki jego p okruszon e na szosie,
a w wielu okolicach znajdujem y setki tysięcy tych k a ­
mieni n a polach. Z tych pól zbierają je wieśniacy
i sp rzedają na różny użytek: do sy pania szos i wałów
kolei żelaznej, do brukow ania m iast lub u k ła d an ia p o d ­
m urów ek pod chaty i domy.
K orzystając z tego, że jesteśmy za miastem, p r z y j­
rzyjm y się bliżej tym kamieniom! Najpierw uderza
nas ich wielkość: jest ona n a d e r rozmaitą, od k am y ­
ków, zaledwie dorów nyw ających ziarn ku grochu,—do
ogrom nych głazów polnych. P iękny okaz takiego g ła ­
zu możecie widzieć na górze, p rzy przejściu z O grodu
Botanicznego do Łazienek. Z pow odu tej różnorodnej
wielkości kamieni, pow stało n aw et mniemanie ludowe,
że kamienie rosną; jest n aw et przysłowie, że «kamień
na miejscn porasta». Pojmujecie, że mniemanie takie
nie może być praw dziw em . Rosnąć może tylko istota
żywa; kam ień zaś, brukowiec, jest ciałem martwem.
2.
B arw a brukowców jest dość jednostajna: szara>
cielista lub czerwonawa. P rz y dokładniejszem jed n ak
oglądaniu ro złupanego kaw ałka brukow ca, najczęściej
okazuje się, że nie wszędzie ma on barw ę jednakową.
Zwykle odróżnić w nim można większe lub mniejsze
ziarna, barw y białawej lub czerwonawej; pomiędzy
niemi widać kawałeczki naw pół przejrzyste, szkliste,
ja k b y tłuszczem posmarowane, a tu i owdzie p o ły sk u ­
ją blaszki czarne, szare lub srebrzyste.
Można więc po samej barw ie odróżnić w kaw ałku
brukow ca trzy rodzaje składających go ziarn: czerwo­
nawych, szklistych i srebrzystych. T ak też jest w isto­
cie: kam ień bruk ow y nie jest jednolity, lecz składa się
zwykle z trzech rodzajów kamieni. Czerw onaw y zo­
wie się szpatem polnym; szklisto-tłusty—jest to kwarc;
srebrzyste blaszki są miką. Sam zaś brukow iec jest
—
26
—
najczęściej odłamkiem skały, zwanej ziarniakiem lub
granitem; brukowiec jest zatem kawałkiem granitu.
Nie zawsze znajdziecie w brukow cu szpat polny,
ziarna kw arcu i mikę. Czasem b ra k u je miki. To znów
są tylko ziarn a szpatu z kwarcem. Niekiedy by w a głó­
wnie mika, pom ieszana zdrobn em i ziarneczkami kwarcu.
3.
Zwróćmy teraz uw ag ę n a postać brukowców. Czy
nie ud erzy was to, że brukow ce wszystkie wyglądają,
ja k b y je kto zaokrąglił, ociosał, wygładził? I takiemi
są one wszystkie: duże i małe. Musi to mieć sw oją
przyczynę. Że zaś nie zrobili tego ludzie, więc ja k a ś
siła p rz y ro d y m usiała te kam ienie zaokrąglić i w ygła­
dzić.
Cóż to za siła? Odpowiedź n a to d ają nam ci lu ­
dzie, którzy by w ają na wysokich górach. Góry są ja k ­
by olbrzymiemi brukowcami, zbudow anem i najczęściej
z g ran itu lub podobnych do niego kamieni. W ierz­
chołki tych g ó r wysokich p o kryte są wieczystym śnie­
giem, leżącym tam latem i zimą. Od czasu do czasu
olbrzymie m asy śniegu o d ry w ają się i sp a d a ją n a dół.
To znów n a wiosnę śniegi w niższych miejscach to­
pnieją, tworząc bystre potoki górskie, spływające z wiel­
ką gwałtownością po bokach góry. Otóż zsuw ający
się śnieg i potoki od ry w ają od gór większe i mniejsze
kaw ałki skały, które w szalonych podskokach unoszą
niżej, rozbijając je n a mniejsze kaw ały. U podnóży
gór, w łożyskach wyschłych rzek, widać pełno tych
oderw anych głazów i kamieni. Są to ja k b y p rzo d k o ­
wie naszego brukow ca. Początkowo są one ostre, kańciaste, tak, ja k zostały oderw ane od góry. Lecz b y ­
stry potok p o ry w a je ze sobą, tłucze i trze o swoje
dno kamieniste,*[ściera|ich kanty, szlifuje, zaokrągla...
I oto, gdy rzeka wyrzuci ten głaz gdzieś daleko od
jego gór rodzinnych, jest on już mniejszy, okrągław y,
obtoczony.
—
27
-
Część tych głazów, większych, ciężkich, o pada z w y ­
kle n a dno rzeki tam, gdzie p r ą d staje się nieco p o ­
wolniejszym. In n e niesie woda dalej, rozk ru szając je
na coraz drobniejsze kawałki. Dochodzi do tego, że
cały głaz rozpada się n a te pojedyncze ziarna, z k tó ­
rych się składał: osobno ziarn a szp atu polnego, oso­
bno k w arc i mika. Mika, jako najmiększa, rozciera się
wkrótce n a drobniutkie blaszki, które woda w swym
biegu unosi. Z iarna kw arcu ro zk ru szają się coraz b a r ­
dziej, tworząc zn an y nam dobrze żwir rzeczny i p ia ­
sek. Szpat rozciera się na delikatny pyłek, ów m uł (ił)
wodny. W szystko to pędzi rzekam i mniejszemi do
większych, a z temi w pada do morza.
Fale morskie p o ry w ają te kamienie, żwir, ił glinia­
sty i piasek, niosą czas jakiś zdaleka od brzegów, aż
powoli w szystko to o pada n a dno morza, tw orząc tam
po upływ ie tysięcy lat g ru b e w arstwy, tw ardniejące
pod naciskiem wody. A jeśli takie dno m orza p o d n ie ­
sie się kiedyś wyżej i woda z niego spłynie, wtedy
daw ne dno morskie stanie się lądem lub wyspą. Że
to jest praw dą, n a to znajdujem y wiele dowodów.
Wiele lądów powoli zap a d a się p od wodę; wiele in­
nych również powoli wznosi się z pod wód morskich.
Cały nasz kraj niegdyś był dnem morza, w naszych
piaskach i glinach znajdujem y zagrzebane kości i sk o ­
ru p y zwierząt, jakie niegdyś żyły w morzach; wielkie
pokłady skał wapiennych w różnych okolicach n asze­
go kraju, sk ład ają się z sam ych praw ie muszli m or­
skich mięczaków.
4.
Lecz n a tem nie kończą się dzieje brukow ca. Na
pow ietrzu rozpoczyna się dalsza jego przem iana, k tó ­
rą wywołuje znowu woda, łącznie z powietrzem. T ru ­
dno, żeby w skale, w brukow cu nie było jakiej s z p a r­
ki; w nią dostaje się woda. Póki jest ciepło, woda ta
nie wiele szkodzi. Lecz g d y nadejdzie zima, woda
—
28
-
w szparze marznie, tw orzy się lód, k tó ry rozsadza, p o ­
szerza tę szparę. W następny m ro k u wchodzi w nią
wody więcej; w zimie szpara rozsadzoną zostaje jeszcze
głębiej, aż po pewnym czasie brukow iec ro zp ad a się
na mniejsze kamienie. A jednocześnie gazy, z n a jd u ­
jące się w powietrzu, p sują szpat polny, mieszczący się
w brukow cu i powoli zam ieniają go na proszek, stano­
wiący g ru n t gliniasty.
Na takim dopiero gruncie w iatry o sadzają znoszo­
ne nasiona roślin, życie zaczyna w nim kiełkować.
Otóż to ro zp adanie się i psucie się brukowców d a ­
je początek rodzajnej gliniastej ziemi.
Taki los czeka w przyszłości wszystkie brukowce.
Nie prędko to jed n ak nastąpi: dopiero za tysiące lub
setki tysięcy lat. A tymczasem leżą one n a naszych
polach, czekając n a swój los i zadziwiając nas niekie­
dy swoją niezwykłą wielkością. B yw ają kamienie, m a ­
jące po 10 i 20 łokci obwodu, zagłębione w ziemi na
trzy do pięciu łokci! S k ą i one wzięły się na polu?
Czy w yrosły— ja k mówi podanie ludowe? czy i one zo­
stały przyniesione z g ó r przez wody? Tak, i te wiel­
kie kamienie przyniosła też woda, lecz w sposób b a r ­
dzo szczególny. P o w iad ają uczeni, że lat temu setki
tysięcy, a może i miljony, w naszej części świata, E u ­
ropie, zapanow ało straszne zimno, spadły olbrzymie
śniegi, które zajęły szczególniej północne k ra je E u r o ­
py. Potem te śniegi stw ardniały i utw orzyły się z nich
olbrzymie k ry lodowe, które zsuwały się z gór pół­
nocnych i szły n a południe, aż praw ie do gór K ar­
packich. Otóż te lody odryw ały olbrzym ie głazy od
gór północnej E u ro p y i zaniosły je aż do nas. Potem,
gdy lody stopniały, wielkie kamienie osiadły w piaskach
i glinach, w których do dziś dnia leżą.
Być może, iż ten nędzny kaw ałek brukowca, p o d ­
niesiony przez was na szosie, jest właśnie odłamkiem
-
29
-
potężnej skały granitowej, k tó ra niegdyś wznosiła się
dum nie n a szczycie jakiej wysokiej góry północnej.
(według M. Brzezińskiego « Z dzie­
dziny przyrody i przem ysłu»).
Ćwiczenie g ra m a tyczn e. Z przeczytanego artykułu wy­
brać osobno przymiotniki, przysłówki i imiesłowy i wyjaśnić,
dlaczego każdy z wybranych wyrazów zaliczamy do tej nie
innej kategorji.
Ćwiczenia stylow e (do wyboru). 1. Ułożyć plan prze­
czytanego artykułu, a następnie według tego planu napisać
krótkie streszczenie. 2. Niech kamień przy drodze opowiada
swoje dzieje.
,
8.
Wi s ł a .
Jest kraina, w tej krainie,
K ędy dzielny żyje lud,
S tara Wisła z d aw n a płynie,
Najpiękniejsza z naszych wód.
Gdy na wiosnę p ry s n ą lody
I zabłyśnie piękny maj,
W net roztoczy swoje wody,
I oblewa luby kraj.
Z nurtem Wisły m kną galary,
Omijając zdała ląd,
Albo statek siłą p ary
Łam ie szp ark o b y stry prąd.
W n u rtac h niebo się przeziera,
I na falach słońce lśni,
A flisaków śpiew ka szczera,
O prześlicznej Wiśle brzmi.
9.
W oda i jej obieg.
Stań n ad strumykiem, który szemrząc uroczo, zbie­
ga po skalistych gó ry wyżłobieniach. Goń myślą za
jego biegiem. Ileż tu życia, ruchu i piękności! S tru ­
mykow i smutno n a świecie, i sam czegóżby dokonać
potrafił? Szuka też swych braci i łączy się z nimi
w rzeczki i rzeki. Na ich b a rk a c h widzisz już prom y
i galary, które owoc tru d u rolnika niosą nieraz w kraj
daleki. W głębiach ich znowu żywi się mnóstwo stw o­
rzeń, które człowiekowi idą n a pożytek. Jak że sm u t­
no w okolicy, w której b ra k orzeźwiającej wody! Więc
chociaż z wiosną, gdy lody pękną, lub po ulewnych
w lecie deszczach nieraz rzeki w zbiorą i p rz y p ra w ią
rolnika o stratę jego dobytku, on ich nie porzuca.
Lecz idźmy w d rogę dalej. J a k stru m y k ze s tr u ­
mykiem, tak rzeka łączy się z rzeką, bo w łączności
i zgodzie—siła. Tu już nietylko pro m y i galary, ale
wielkie łodzie z rozpiętemi żaglami, lub p a r ą pędzone
statki—wiozą licznych podróżników i różnych k rajów
towary.
P o tęg a wód w zm aga się, aż wreszcie i wielka rze­
ka ma swój koniec. Lecz jaki? P atrz, gdzie sięgniesz
okiem, tam woda i w o d a—to morze, to ocean. W jego
głębiach całe p o grąży łby ś m iasta z ich najwyższemi
wieżami. Na falach jego unoszą się okręty, większe od
najw iększych kamienic. Tysiące ludzi pracuje n a o k r ę ­
tach. O, bo morze to najb o g atsza na świecie kop al­
nia! Tu wspaniałe perły i korale, tam olbrzym ie a p o ­
żyteczne wieloryby, ówdzie śledzie, ostrygi i inne stw o­
rzenia, miljonom ludzi n a po k arm służące.
Nigdzie człowiek nie czuje się tak małym wobec
Boga, ja k n a morzu, a cóż dopiero g dy wicher je wzbu­
rzył F ale jego p iętrzą się wówczas bałwanami, które
u d erzając o siebie, huczą tak, iż zdaje się człowieko­
wi, ja k g d y b y sklepienie nieba waliło się n a jego gło­
wę. W tedy modli się on tylko i ko rzy przed Panem...
i znowu cisza — a dobroczynne słońce idzie w pomoc
morzu, b y całą ożywić przyrodę; jego to bowiem p r o ­
—
31
-
mienie zbierają z powierzchni mórz wodę, by pod p o ­
stacią chm ur i obłoków roznieść ją po całym ziemi o b ­
szarze, d a ją c początek ożywczym deszczom, źródłom
i strumykom. Te zaś w racają znowu do swego począt­
k u —do morza.
O b ja śn ien ia ję zyk o w e. Goń myślą za jego biegiem —
pomyśl, co się z nim dzieje i jaką, stopniowo przybiera postać.
Szuka swych braci —łączy sią z innemi strumykami. N a ich
b a rka ch —na ich powierzchni. Owoc trudu rolnika—zboże.
Potęga wód wzmaga się — wody stają, się coraz silniejsze.
Czem są pożyteczne wieloryby? (Tran, fiszbin). Korzy się
przed Panem—czuje się pokornym wobec Boga.
Ćwiczenie g ra m a tyczn e. W przeczytanym artykule wska­
zać imiesłowy odmienne i nieodmienne, oraz wyróżnić zdania
proste, złożone i skrócone.
10.
Dwie krople deszczu.
Ciepły deszcz wiosenny padał. Dwie krople leciały
obok siebie z chm ur na ziemię. Je d n a rzekła do drugiej:
—
Siostrzyczko moja! to tak miło lecieć razem. T rz y ­
m ajm y się zawsze blizko siebie!
Wtem spadły obie n a dach domu, któ ry stał n a p a ­
górku. Je d n a u pad ła na południow ą stronę dachu,
o g rz a n ą ciepłemi promieniam i słońca. Tu zaraz p o rw a­
ły ją inne krople i ściekły z nią razem p ręd k o do r y n ­
ny, a r y n n ą do rowu. W rowie schowały się w czar­
ną ziemię i później wypłynęły w pewnem oddaleniu
w źródełku, ocienionem drzewami. Kropelka oglądała
się za swoją tow arzyszką, ale tej tu nie było.
D ru g a kropelka spadła na północną stronę dachu
i stoczyła się po niej do ry n n y ; ale w ry n n a c h po tej
stronie domu był jeszcze lód. W nocy był p rz y m ro ­
zek, zmroził kropelkę i uwięził ją w lodzie. W kilka
dni odtajała n ap o w ró t i spłynęła n a dół do sadzawki,
—
32
—
w której pływ ały gęsi i kaczki, a z tej do jam y z g n o ­
jówką. Z niej wyrzucono ją na pole. Długo tam w ę­
drow ała od korzo nka do korzonka, niosąc roślinom
z gnojów ki pożywienie, aż nareszcie oczyszczona—za­
trzym ała się w bróździe. Spadł deszcz ulewny, p o ­
rw ał ją, zmieszał z nam ułem i uniósł n a dół do rzeki.
Jej tow arzy szka już daw no swobodnie płynęła w innej
rzece.
T ak płynęły obie w przeciwne stro ny świata, z rz e ­
ki do rzeki, z morza do morza; płynęły rok, dwa, sto,
tysiąc lat i nie widziały się z sobą. Aż po tysiącu la ­
tach, ku wielkiej radości wzajemnej, znalazły się obok
siebie n a nieskończonej powierzchni wielkiego, dalekie­
go morza. Gorące promienie słoneczne p arzy ły je tam
bardzo, aż w końcu kropelki uniosły się w ciepłem p o ­
wietrzu w górę. Tam porw ał je w iatr i zaniósł zno­
wu daleko, daleko n ad pagórek, z którego niegdyś
ściekły w dwie przeciwne strony. Ale domu, n a który
ongi spadły, już tam nie było Nie było naw et śladu
m ieszkania ludzkiego. Rosła tam traw a, a wśród niej
ćw ierkały koniki polne.
Ćwiczenie stylow e. Dzieje kropli wody.—Podobnie jak
w przeczytanej powiastce opisać historję i różne przemiany
innej kropli deszczu, a zarazem według własnej fantazji opi­
sać, co mogła ona widzieć podczas swoich wędrówek.
KU CZCI WIELKICH LUDZI.
i.
11.
Mikołaj Kopernik.
—
Mamusiu, co to znaczy wielki człowiek?—mówiła
8-letnia Hela. — Kiedy byłam m alutka, w yobrażałam so­
bie, że wielki człowiek to taki olbrzym, k tó ry b y się
w te drzwi nie zmieścił; ale teraz już wiem, że to co
—
33
—
innego. P ytałam Stasi i Zosi, ale one zam iast o d p o ­
wiedzieć, śmieją się tylko ze mnie.
— J a k zwykle ci, co sami nie wiedzą — szepnęła
matka, niezadow olona ze swych starszy ch córek.—T w o­
je dziecinne mniemanie, H eluniu, niezupełnie było błę­
dne: wielki człowiek—to ten, kto p rz e ra s ta swoich bli­
źnich w praw dzie nie wzrostem ciała, lecz przym iotam i
um ysłu lub serca. Kto rozum em p rzew yższy swych
ziomków, kto ma jakiś talent lub zdolność wybitną,
a tych darów Bożych użyje n a to, aby o dk ryć ja k ąś
p raw d ę przedtem nieznaną, kto ludziom życie uczyni
lżejszem, albo ich sam ych oświeci lub ku d obrem u p o ­
wiedzie, ten słusznie wielkim zwać się powinien. Wiel­
kim jest ten, kto kocha silnie swych braci, kto dla ich
szczęścia gotów wszystkie dni swego życia poświęcić
w ofierze, a naw et śmierć ponieść w ich obronie. Gzy
rozumiesz to, Helenko?
— Zdaje się, że rozumiem, choć nie um iałabym te­
go tak ładnie opowiedzieć, ja k mamusia; ale wiem, że
do wielkich ludzi należą sławni wojownicy i dobrzy
królowie, podróżnicy, którzy nowe ziemie odkryli, w y ­
nalazcy, uczeni, poeci. Ach! mamo, ja k jabym chciała
poznać jakiego wielkiego człowieka!
— To twoje życzenie spełni się wkrótce w pewnej
części; postanow iłam już daw no pokazać wam, moje
córeczki, najważniejsze pomniki w W arszaw ie i opo­
wiedzieć o ludziach, których one przedstaw iają. J u tr o
odbędziem y pierw szą n aszą wędrówkę.
— Ach! ja k to dobrze!—zawołała H elenka i pobie­
gła podzielić się świeżą wiadomością z siostrami, a ta k ­
że z młodszym o rok braciszkiem, Jankiem, k tó ry oświad­
czył stanowczo, że z m am ą iść musi, bo skończył lat
siedem i już nie należy do m ałych dzieci.
N azajutrz wesoła g ro m a d k a p odążyła z mam ą No­
wym Światem n a K rakow skie Przedmieście do p o sąg u
CZYTANKI S T O PN IO W A N E , I II.
3
Kopernika. J a n e k p rzyp om n iał sobie zaraz, że nie d a­
wno na tym placyku było bard zo wesoło, gdyż cały
był zastawiony choinkami; dziewczynki zaś p r z y p a tr y ­
wały się pow ażnej postaci męża, trzym ającego w ręk u
kulę ziemską.
— Kto to, mamo? —szepnęła Helcia.
— Alboż nie wiesz, że K opernik — o dparła Stasia.
— A kto był K opernik?—p y ta ją dalej młodsze dzieci.
— Sądzę, że dzisiaj Stasia mnie zastąpi, jako n a j­
starsza córka, i opowie b ra tu i siostrzyczkom, co wie
0 Mikołaju Koperniku.
D w unastoletnia Stasia, r a d a z zaszczytu, k tóry ją
spotkał, tak zaczęła opowiadać, n aślad u jąc sposób mó­
wienia swej nauczycielki:
— Wiecie zapewne wszyscy, że ziemia, na której
mieszkamy, jest o g rom n ą kulą; wiecie, że słońce ją
oświeca, ale pew no wam się zdaje, że to słońce jest
sobie lam pką nie większą od dużego talerza, k tó ra
przez cały dzień przesuw a się po niebie, a n a noc g a ­
śnie.
— O p rz e p ra s z a m —p rzerw ała 10-letnia Zosia — ja
przecież dobrze wiem, że słońce jest ogromne, choć
zdaleka w ydaje się małe, tylko dobrze nie pam iętam,
czy to słońce obraca się koło ziemi, czy ziemia koło
słońca. Zdaje się, że p a n n a W anda mówiła o ruchach
ziemi, ale mnie się to w głowie nie może pomieścić, bo
przecież codzień widzę, jak słońce wschodzi i zacho­
dzi, a nie czuję, żeby ziemia się ruszała.
— Otóż widzisz, Zosiu — rzekła Stasia—tak, ja k ty
teraz, myśleli wszyscy w daw nych czasach. Dopiero
K opernik w yprow adził ich z błędu. Od najm łodszego
wieku lubił on w patryw ać się w niebo gwiaździste
1 zastanaw iał się n ad tem, co widział. Z auw ażył ró ż ­
ne gwiazdy, spostrzegł, że w każd ym miesiącu inne
m ożna widzieć n a niebie, że zmieniają one miejsce co
—
35
—
noc pilawie, że niektóre u k a z u ją się razem, tw orząc
pew ną g ru p ę czyli konstelację, w ypytyw ał starszych
o ich nazw y i znaczenie. W późniejszym wieku, g d y
uczył się osobnej n au k i o ciałach niebieskich, zwanej
astronom ją, a także gdy uczynił duże p ostępy w m a ­
tematyce, n a b y ł tyle wiedzy o ziemi, słońcu i gw iaz­
dach, ile jej posiadali najuczeńsi ludzie w jego czasie.
Bo trzeba wam wiedzieć, że już p rzed Kopernikiem
zajm ow ano się astronom ją i po siadano trochę w iado­
mości o tem, ja k są wielkie i odległe niektóre ciała
niebieskie;—lecz wiadomości te były bard zo niedokła­
dne, głównie dlatego, że w ow ych czasach nie znano
takich szkieł, p rz y rz ą d ó w i narzędzi astronomicznych,
których dziś używ ają do b a d a n ia nieba. Kopernik nie
poprzestał n a tem, czego się nauczył od swych profe­
sorów, lecz później przez całe życie pracow ał n ad tym
przedmiotem, ujm ując sobie snu i odpoczynku, aż do­
szedł do tej nieznanej d o tą d praw d y, że to ziemia k r ą ­
ży naokoło słońca. Tem odkryciem przyniósł zaszczyt
swemu narodowi, któ ry nim słusznie może się chełpić.
Z dum ą więc pow tarzam y:
«W strzym ał słońce, ruszył ziemię...
Polskie wydało go plemię».
— A czy K opernik mieszkał w Warszawie, że mu
tu pom nik wystawiono?—p y ta ły dzieci.
— Nie—rzekła m am a—K opernik urodził się r. 1473
w Toruniu n ad Wisłą, uczył się w Krakowie, a potem
jeszcze we Włoszech, za granicą. Został księdzem, był
kanonikiem we F ra u e n b u rg u , gdzie resztę życia p rz e ­
pędził i um arł w ro k u 1543 za p an o w an ia Z y gm unta I,
tego samego króla, co to Mazowsze do Polski p rz y łą ­
czył. P rzed sam ą śmiercią zobaczył w yd ruk ow ane swo­
je dzieło wiekopomne «0 obrotach ciał niebieskich*.
— To Kopernik b ył księdzem?... więc oprócz astro-
-
36
—
nomji miał jeszcze wiele pracy ja k o kapłan!—odezw a­
ła się zam yślona H ela.
— Pom yśl jeszcze, H elu niu —d od ała m a tk a —że Mi­
kołaj Kopernik był n a d to lekarzem , zajm ow ał się rów ­
nie gorliwie ciałem, ja k i duszą bliźnich. A przytem
był tak skrom ny, ja k b y zupełnie nie odczuwał swej
wyższości n ad innym i ludźmi.
— O! to wielki, praw dziw ie wielki człowiek! — za­
wołały chórem dzieci, i po tych słowach pog rąży ły się
w poważnej zadumie tak, że d ługą chwilę milczały.
W róciwszy do domu, dzieci nie bawiły się w żadną
g rę hałaśliwą, naw et ro ztrz ep an a Zosia nie stroiła ż a r­
tów, lecz zaraz po herbacie stanęła p rzed oknem i za­
częła się w patryw ać długo i uw ażnie w pogodne nie­
bo, n a którem u k azy w ały się m iljony gw iazdek; p o ­
ważniejsza, choć młodsza, Hela stanęła koło niej, a S ta­
sia, wziąwszy n a kolana Janeczka, k tó ry mimo lat sie­
dmiu skończonych, b ył rozpieszczonem dzieckiem swej
najstarszej siostrzyczki, deklamow ała z przejęciem n a ­
stępujący wiersz Maryi Konopnickiej.
12.
Stopnie poznania.
A czy wiesz ty, drogie dziecię,
Co to cudów jest n a świecie?
Ile to się gw iazd w oddali
Na wieczornem niebie pali?
Widzisz, ja k ta mleczna droga,
Rozciągniona ręk ą Boga,
Wskroś się wije przez błękity,
Ja k o srebrem p as w yszyty.
A czy wiesz, że ziemia cała
To też gw iazdka tylko mała,
T aka sama, ja k ta złota,
Co w okienko twe migota?
—
37
—
Że w śród owych gw iazd tysiąca,
Są ogromne, jako słońca;
Że ich blask ku ziemi leci,
P rzez niezm iernych ciąg stuleci?
Dziw cię bierze, drogie dziecię...
P o lazurach wzrok twój lata...
Tych gw iazd miljon, to jest przecie
Tylko cząstka cudów świata!
Tylko cząstka to jest dzieła,
Które Boża myśl poczęła,
Tylko cząstka jej Wszechmocy
Świeci z gw iazd w śród cichej nocy!
P o dnieś k u nim jasn e oko,
Podnieś serce swe wysoko,
R ozbudź myśl, co jeszcze drzemie,
Ucz się patrzeć p o n ad ziemię.
Choć n a jedn ą chwilę we dnie
P orzuć czucie swe powszednie,
I wiedz, że to tw oja d ro ga
Iść w śród gw iazd tych —
— aż do Boga!...
O bjaśnienia języko w e. Przerastać bliźnich przym iotam i
umysłu i serca—być lepszym i rozumniejszym od innych lu­
dzi.— Wiekopomne—tak ważne, że przez wszystkie wieki lu­
dzie o niem muszą pamiętać. Dzieło Kopernika było wieko­
pomne, bo po dziś dzień każdy, kto o ruchach ziemi się do­
wiaduje, musi pamiętać, że tę wiadomość zawdzięcza Koper­
nikowi.—Droga mleczna—pas na niebie z samych gwiazd uło­
żony.— Cząstka Wszechmocy Bożej—dziełem Pana Boga, który
jest wszechmogący t. j. wszystko może, cały ten świat jest
przez Niego stworzony, a gwiazdy, które podziwiamy, stano­
wią tylko cząstkę tego świata.— Ucz się patrzeć ponad ziemię—
to znaczy: ucz się myśleć o rzeczach wyższych, niż twe co­
dzienne zabawy i troski; myśl, że jesteś bardzo drobną, bar­
dzo mało znaczącą istotą wobec ogromu przyrody, a przecież
umysłem, zdolnym rozumieć to, co cię otacza, i sercem, zdolnem ogarnąć miłością świat cały, możesz wznieść się aż do
Boga, który cię stworzył na swój obraz i podobieństwo.
Ćwiczenie ustne. Opowiedz, czego się świeżo dowiedzia­
łeś o Koperniku, a przytem wymień innych znanych ci wiel­
kich ludzi i określ w krótkości, czem się każdy z nich od­
znaczył.
II.
13.
Jan III Sobieski.
Następnej niedzieli w y brała się m atka z dziećmi na
dalszy spacer do Łazienek. P ierw szy J a n e k spostrzegł
piękną figurę ry cerza n a koniu i zaczął się d o p y ty ­
wać, kogo ona przedstawia:
— To jest — rzekła Zosia — król J a n I I I Sobieski,
któ ry Turków pobił pod Wiedniem.
— Ach! to on by ł n a wojnie, a ja ta k lubię słuchać
o wojnach, opowiedzcież mi co o Sobieskim.
Zosia, k tó ra niedaw no o tem czytała, a p rzy te m b y ­
ła równie wojowniczego usposobienia, ja k Janek, sko­
ro tylko zasiedli n a ławce, z ogrom ną w erw ą zaczęła
opowiadać:
«Będzie temu lat 200 z górą, ja k ogrom ne wojsko
tureckie oblegało Wiedeń, stolicę Austrji. Cesarz Leo­
pold I nie umiał sam się obronić, więc myśli: — co tu
robić? A wówczas już król polski, J a n I I I Sobieski
słynął jak o najw iększy wojownik n a świecie. W ysyła
zatem cesarz swego posła do W arszaw y; ten p a d a przed
królem n a kolana i woła: —Królu, ratuj W iedeń!—A p r z y ­
był też wtedy i poseł od P apieża i prosi:—Królu ratu j
chrześcijaństwo! W zruszył się J a n I I I temi prośbami,
zebrał wojsko z całej Polski i ruszył pod Wiedeń n a
pomoc oblężonym. Tu po gorącej modlitwie, w której
wezwano Boga n a pomoc, rozpoczął się bój zacięty
39
—
i trw ał od r a n a do siódmej wieczorem. Wiedeńczycy
któ rzy już stracili nadzieję, witali naszego króla jako
swego zbawcę rad osn ym i okrzykam i i łzami w dzięcz­
ności; tylko sam cesarz Leopold n aw et nie podzięko­
wał serdeczniej za ocalenie. Ale nasz J a n I I I nie dbał
0 to, czy go chwalą, czy ganią, on był u rad o w an y
tem, że zdołał oddać p rzy słu g ę swym bliźnim, a zasłu­
gi nie przy pisy w ał sobie, lecz Boga; zaś o swem zw y­
cięstwie te słowa mówił:
«Pzybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył*.
— Ogromnie mi się po doba ten mój imiennik!—z a ­
wołał Jan ek .—Ozy on też mieszkał w W arszaw ie?
— Tak — rzekła m atka — wówczas W arszaw a była
stolicą Polski, zatem k ró l miał w niej swą rezydencję.
W szak byliście niedaw no na Placu Zam kowym i widzie­
liście zamek. Lecz J a n Sobieski wolał mieszkać w p a ła ­
cu swym w Wilanowie. Pojedziem y tam kiedy, pokażę
wam różne pam iątki po nim, zobaczycie piękny p a rk
wilanowski, gdzie są drzew a rę k ą J a n a I I I zasadzo­
ne, bo trzeba wam wiedzieć, że ten wielki wojownik
w chwilach wolnych lubił się zajmować ogrodnictwem.
— To b ard zo przyjem n e zajęcie—rzekła H elen k a—
lepsze niż wojna. J a tam wojen nie lubię: tyle ludzi
przez to cierpi, tyle ich ginie, i później tyle m atek
1 sióstr płacze po zabitych synach i braciach. P o d z i­
wiam Sobieskiego, ale wolałabym, aby wcale wojen
nie było.
—Ale — rzekła Zosia — jeżeli nieprzyjaciel nap ad a ,
to trzeba się przecież bronić. Gdyby Polacy nie byli
tacy odważni i nie umieli się bronić, toby Turcy, k tó ­
rzy ciągle n a Polskę n a p ad a li,—wszystkie wsie, miasta
popalili i ludzi do niewoli pobrali; jeszcze g orszy b ył­
b y lament. J a tam zawsze żałuje dwóch rzeczy: że się
nie urodziłam chłopcem i że nie żyję w takich w ojen­
nych czasach, bo jabym zaraz poszła n a wojnę!
—
40
—
Dziewczynki, raz w padłszy n a ulubiony teinat, cią­
gle, naw et po powrocie do domu ro zp raw iały o tem;
wreszcie Stasia, dotąd milcząca, rzekła:
— Szkoda, że jesteście jeszcze takiemi dziećmi i m a ­
ło co rozumiecie, bo pow iedziałabym wam b ardzo ł a ­
dny wierszyk.
— Powiedz, Stasieczko—zaczęła prosić H elenka —
ja tak lubię wiersze i J a n e k także, a zresztą tak n a ­
p ra w d ę (niech się m am usia n a mnie nie gniew a za to,
co powiem) to takie dzieci, ja k ja i J a n e k daleko wię­
cej rozumieją, niż się starszym zdaje. Powiedz, k o ­
niecznie powiedz!
Stasia nie dała się dłużej prosić i wypowiedziała
następujący wierszyk:
14.
Kartka z raptularza.
A za tego króla Jana,
Co to po łbach bił pogana,
P rzyszły posły i rozjemce.
— Ratuj królu! giną Niemce!
T urek n a n as następuje,
Szyjom naszym miecz gotuje,
Naszym wieżom —księżyc w nowiu
Naszym dziatkom —ch rzest z ołowiu.
J a k zdobędą Wiedeń stary,
K rw aw o poczną uczyć wiary,
I postaw ią ciężkie stopy
W samem sercu E uropy.
My siłami niemieckiemi
Nie obronim naszej ziemi,
Zginiem —k nechty i rycerze...
R a tu j—królu —bohaterze! —
Król się po rw ał rozgniew any:
— W ara!—k rz y k n ą ł—b isurm any,
—
41
—
Na to słońce, co n am świeci,
Trząść z buńczuków waszych śmieci!
Miecz mi dajcie!... Hej, trębacze,
Niech otrąbion k raj obaczę!
Niech się P o lsk a m oja ruszy,
Mocnej dłoni, wielkiej duszy!
Niech h u s a rja skrzyd ła bierze,
Niech stalowe lśnią pancerze,
Niech szablice błysną w ręku,
Luzak z koniem, koń w obłęku.
Za trzy doby hufce ruszą,
I nie spocznę, klnę się duszą,
Aż oczyszczę dom sąsiada
Od szarańczy, co n a ń spada! —
P osłyszała Polska króla:
Koń u żłobu uszy stula,
Rycerz o strzy miecz stalowy
— K raju miły! bądź mi zdrowy!
T rąb ią trą b y w strony świata,
Głos po polu z wiatrem lata,
Szumi Wisła niespokojna,
B o ry szumią: wojna, wojna!...
Za trzy zorze i trzy noce,
P olsk a wiara T u rk a grzmocę.
Aż się szczerbi kosa śmierci,
Na buńczukach z końskiej sierści...
Grzmią harm aty, świszczą kule,
Z dziwem stają obce króle,
Wyciągnęli długie szyje,
P atrzą—ja k to P olak bije.
Biały koń się prze pod Janem ,
Po tem polu krw ią zalanem,
Strzał tureckich błyski chw yta
Na wzniesione w skrach kopyta.
Ł y sa gó ra we m głach stoi,
Noc z niej schodzi w czarnej zbroi,
Kładzie ręk ę n a powieki,
Nie do św itu —lecz na wieki.
T urek włosy ta r g a w brodzie,
Król ru m a k a piętą bodzie...
— Hej n a obóz! N aprzód wiara!
Poszła koniom z nozd rzy para,
J a k w iatr lecą, ja k grom walą,
Dziw, że św iata nie obalą,
Dziw, że się utrzy m ać mogą,
Koń kopytem, mąż ostrogą,
— Naprzód!...
Wzięli nam iot wroga.
Co miecz puścił — bije trwoga...
A po świecie okrzy k leci:
Niechaj żyje król J a n Trzeci!
M. Konopnicka.
O bjaśnienia języko w e. Raptularzem nazywano książkę,
w której zapisywano ważniejsze wypadki, byłby to zatem ro­
dzaj pamiętnika. W wierszu niniejszym poetka naśladuje styl
dawnych raptularzy, stąd używa czasem wyrażeń dziś już prze­
starzałych (archaizmów).—Polami!—właściwie poganina; po­
ganami lub pohańcami nazywali dawni Polacy mahometan,
Turków i Tatarów, z którymi prowadzili częste wojny.—Posty,
rozjemce, Niemce, i t. d. zamiast posłowie, rozjemcy, Niem­
cy, jest to t. zw. forma rzeczowa, którą mają w liczbie mno­
giej niektóre rzeczowniki męzkie np. mówimy: posłowie przy­
byli (forma osobowa), ale niekiedy też spotkać można wyra­
żenie: król wyprawił posły (zamiast postów). Dawniej używa­
no tych form częściej, niż dzisiaj; najczęściej spotkać się
z niemi można w poezji —Rozjemca — pośrednik, najczęściej
—
43
—
pobudzający do zgody.—Turek na nas następuje —w zdaniu
tem liczba pojedyncza użytą jest zamiast mnogiej, z czem się
nieraz można spotkać w poezji. — Szyjom naszym miecz gotuje —chce nam pościnać głowy. — Naszym wieżom —księżyc
w nowiu— kościoły chce zamienić na meczety, t. j. świątynie
mahometańskie; godłem zaś mahometan jest półksiężyc tak,
jak u chrześcijan—krzyż.— Knechty—słudzy obozowi; wyraz,
wzięty z niemieckiego, i dlatego tylko tutaj użyty, że to mó­
wią Niemcy.—Buńczuk—ogon koński, zawieszony na drążku,
służący za chorągiew u Tatarów i Turków. — H usarja — od­
dział konnicy w dawnej Polsce. (Jeśli można, niech nauczy­
ciel pokaże jaki obrazek husarza, aby dać dzieciom wyobra­
żenie o jego strojtt).—Oczyszczę dom sąsiada od szarańczy—
t. j. obronię Niemców (sąsiadów Polski) od Turków, tak licz­
nych i tak groźnych, jak szarańcza dla zboża (sprawdzić, czy
dzieci dobrze rozumieją wyraz szarańcza). —Co miecz puścił,
bije trwoga — wielu Turków ze strachu poddało się lub
uciekło.
Ćwiczenie g ra m a tyczn e {ustne). Z przeczytanego wiersza
wybrać wszystkie rzeczowniki rodzaju męzkiego i postawić je
w liczbie pojedynczej i mnogiej, zwrócić szczególną uwagę na
te, które mają dwie formy i wyjaśnić, kiedy się każde z nich
używa np. król — królowie i króle; zwykła forma (osobowa)
królowie np. królowie polscy walczyli z Turkami i Tatarami;
w formie tej przyp. 2-gi i 4-ty brzmi królów, forma króle
(rzeczowa) używa się w mowie mniej zwyczajnej np. w tym
wierszu: dziwią się obce króle; a także mówimy na Trzy K ró­
le, święto Trzech Króli, gdy chodzi o uroczystość kościelną
6 Stycznia.
15.
Zenonek w zbroi.
Mateczko!—mówił mały Zenonek — jeżeli pro w ad zi­
my wojnę, jeżeli naszą twierdzę cudze w ojska oble­
gają, jeżeli mój tatu ś jest n a polu bitwy, to i ja, cho­
—
44
—
ciaż mały jego syn, powinienem być uzbrojony, co
najmniej ja k Tadzio felczera.
— T atu ś—odpowiedziała pani Bolecka, skubiąc sz a r­
pie,—nie poszedł zabijać, ale o p atry w ać rannych.
—■ Więc dobrze — mówił dalej Zenonek — ja, jako
żołnierz, będę nieprzyjaciołom w strzeliwał kule, a ojciec,
jako lekarz, będzie je wyjmował.
— Nie m ożna być tak o k ru tn y m — rzekła m a tk a .—
Wojna nie jest zabaw ką, ale nieszczęściem.
W tej chwili wszedł Tadzio. Na głowie miał żółty
hełm papierow y z cza rn ą kitą, n a piersiach złotawy
pancerz z tektury, a n a ram ionach strzelbę. Z achw y­
cony Zenonek zaczął kolejno zdejmować z niego i p r z y ­
mierzać wszystkie te p rz y b o ry wojenne, prosząc matki,
aby mu kupiła podobne.
Jeszcze m atka nie zdążyła odpowiedzieć synowi,
gdy do pokoju w sunął się żołnierz, okurzony, poczer­
niały, blady, z plam am i krw i n a koszuli, z p r a w ą ręką
owiniętą i zaw ieszoną n a pasku.
— Cóż tam?—zapytała niespokojnie p ani Bolecka.—
Gdzie mąż mój?
— Właśnie mnie przysłał, ażeby pani ze służącemi
zab rała wszystkie szarpie, b a n d aż e i przyszła do w a ­
łów, bo jest dużo ran nych, swoich i cudzych.
P a n i Bolecka przyw ołała służące i, wziąwszy o p a­
trunki, wyszła śpiesznie. Poniew aż w domu nikt nie
został, Zenonek podążył za m atką, w hełmie i pance­
rzu tekturowym .
Po pew nym czasie zbliżyli się do pola walki. Szli
n ad rowem, w którym co k ro k leżeli m artw i lub po­
kaleczeni żołnierze. Ten, dźwigając się z trudem , p ro ­
sił panią Bolecką o garść szarpi dla zatam ow ania
krwi, d rugi błagał o trochę wody do picia, inny wy­
daw ał rozpaczliwe jęki, inny ta rz ał się z bólu, a jeden,
w odm iennym m undurze, syknął, grożąc Zenonkowi:
—
45
—
— Wilczku! jeszcze od ziemi nie odrosłeś, a już
chcesz polować n a ludzi!
— M amusiu! — szepnął chłopczyk, upuściwszy
strzelbkę i tuląc się do m atki—ja k tu strasznie!
Ale ojciec już b ył niedaleko. W yjm ow ał on kulę
ze szczęki leżącemu n a wale oficerowi arm ji nieprzy­
jacielskiej. R anny, którego o p a try w a n a tw arz w y ra ­
żała okropne cierpienie, milczał; ale wreszcie d rg n ą ł
silnie, ujął rękę do k to ra Boleckiego i, ściskając ją,
rzekł z wysiłkiem:
— Dziękuję, serdecznie dziękuję! nie trud ź się p an
daremnie, nic mi nie pomoże, czuję już śmierć blizką.
Z am knął oczy, a g dy je znowu otw orzył i ujrzał
p rz y sobie stojącego Zenonka, k rz y k n ą ł wzruszony:
— Kaziu, n ajdroższy mój Kaziu!
Po chwili wszakże, rozpoznaw szy pomyłkę, opadł
na ziemię i wyszeptał:
— To nie mój Kazio, on został w dom u i nie wie,
że jego ojciec tu kona. Biedne dziecko, co poczniesz
wraz z nieszczęśliwą m atką? Na wasze wołania nie
wstanę z grobu, sm utnych tw arzy nie ucałuję, chleba
nie przyniosę. Kaziu mój! Kaziu!
— Ty nie Kazio! — rzekł, zw racając się do Z en on­
k a —masz na sobie hełm, pancerz, szabelkę, chcesz być
żołnierzem. Oj, malutki! nie zabijaj ludzi, bo możesz
czasem zabić takiemu, ja k ty, chłopczykowi ojca.
Z ust oficera spływ ała strug a krwi, gardło zarzęrzało, głowa osunęła się bezwładnie. Jeszcze raz cicho
wymówił:
— Mój Kaziu... Ka...
Ale nie dokończył w yrazu i skonał.
— Mamo, mamo!—szlochał drżący Z enonek — ucie­
kajm y stąd!
P ani Bolecka w sadziła sy n a n a przejeżdżający wóz
i wróciła do domu. P rzez całą drogę Zenonek mil­
—
46
—
czał, połykając łzy, hełm mu spadł z głowy, pancerz
z ramion, a szabelka się oberwała. Mama, w siadłszy
za nim, przy sun ęła go do siebie, pocałowała i rzekła:
— Nie m artw się, kochanku, kupię ci zbroję.
— Nie chcę, mateczko, nie chcę — wołał, łkając;
wreszcie op arł głowę na kolanach matki i długo płakał.
Al. Świętochowski.
Ćwiczenie ustne i p iśm ien n e. 1) Opowiedzieć treść prze­
czytanej powiastki. 2) Ułożyć powiastkę p. t. Opowiadanie
lekarza wojskowego, w której lekarz np. ojciec Zenonka opi­
suje, co widział i słyszał na polu bitwy i w szpitalu, gdzie
przywieziono rannych.
III.
16.
Adam Mickiewicz.
I znowu w kilka dni później szli nasi znajomi przez
K rakow skie Przedmieście; lecz tym razem nie pytali
się, kogo m ają oglądać, bo żywo jeszcze mieli w p a ­
mięci chwilę, gd y wzniesiono pom nik temu, czyja p o ­
stać widna już zdaleka, zdaje się wzywać do siebie sło­
wami znanego wiersza:
«Pójdźcie o dziatki, pójdźcie wszystkie razem!»
I dziatki dążą chętnie n a to wezwanie, bo choć nie
znają jeszcze dokładnie życia A dam a Mickiewicza, choć
nie m ogłyby jeszcze czytać i rozumieć wszystkich je ­
go utworów, k ochają od lat najm łodszych tego n a j­
większego wieszcza, kochają go, bo słyszały od m atki
różne szczegóły z dzieciństwa i młodości poety, k o cha­
ją go za śliczny «Powrót taty» i inne dostępne dla ich
wieku wiersze, kochają go za to, że by ł tak dobrym
ojcem dla swoich dziatek, a widocznie i inne dzieci
umiłował, skoro mówi, że:
P om iędzy dzieci Boże próżno W 6 j ś e ten pragnie,
Kto się u drzwi tak nizko, jak dziecię nie nagnie.
—
47
-
Stasia, dw unastoletnia wielbicielka poezji, p rz y p o ­
m niała sobie p rzed pomnikiem Mickiewicza wszystko,
co o nim słyszała i czytała, pomogła więc mamie d a ­
wać objaśnienia ciekawemu rodzeństw u; i oto, czego
się Zosia, Hela i J a n e k dowiedzieli o poecie.
Adam Mickiewicz urodził się n a Litwie w Nowo­
g ró d k u przeszło sto lat temu, bo w ro k u 1798 w samą
wigilję Bożego N arodzenia. Rodziców miał dobrych
x i rozum nych choć niebogatych, a że sam był dobrem
i wesołem dzieckiem, więc swe dzieciństwo uw ażał za
bard zo szczęśliwą epokę życia i zawsze mile wspomi­
nał. Ze zdarzeń w tych pierw szych latach przypom inał
sobie szczególniej swe cudowne ocalenie: w ypadł on
z okna i wszyscy byli pewni, że skutkiem potłuczenia
um rze napew no, g dy pobożna m atka ofiarowała go
w opiekę'M atki Boskiej. I została wysłuchaną! W n a j­
większym swym poemacie p. t. «Pan Tadeusz», k tóry
pisał w P a ry ż u wśród tęsknoty za krajem , Mickiewicz
jeszcze w spom ina tę chwilę:
P an n o Święta, co Jasnej bronisz Częstochowy,
I ostrej świecisz Bramie! Ty co gród zam kowy
Nowogrodzki ochraniasz z jego w iernym ludem,
J a k mnie dziecko do zdrow ia powróciłaś cudem,
Gdy od płaczącej m atki pod Tw oją opiekę
Ofiarowany, m artw ą podniosłem powiekę,
I zaraz pieszo mogłem do Twych św iątyń p ro g u
Iść, za wrócone życie podziękować Bogu —
Tak nas powrócisz cudein n a ojczyzny łono.
O ddany do szkół ks. Dom inikanów w N ow ogród­
ku, był nietylko dobrym uczniem, lecz i bardzo dobrym
kolegą, kochanym przez wszystkich w szkole i domu.
Miał wybitne zdolności, a talent jego poetycki już
w szkole zaczął się objawiać w zręcznych wierszykach,
jakie pisał. J e d n a k nig d y mu naw et n a myśl nie przy-
—
48
-----
szło wynosić się z tego pow odu n ad rów ieśników lub'
okazyw ać zarozumiałość i u p ó r starszym . Przeciwnie,,
bawił się wesoło, ta k ja k inne dzieci i ta k ja k n asz
Ja n e k i wielu innych chłopców lubił bawić się w woj­
nę. Często wieczorem po lekcjach chłopcy w ybiegali
za miasto i przedstaw iali niby to obronę Wiednia, o któ­
rej mówiliśmy p rzed tygodniem. Posłuchaj Janeczk u
i ty, Zosiu, co tak lubisz wojny, ja k ładnie opisuje
Mickiewicz tę zabawę:
W net zwołuję spółuczniów, szykuję pod lasem:
Tu krw aw e z chm ur pogańskich świecą się księżyce,.
Tam Niemców potrw ożonych następ u ją roty;
Każę wodze ukrócić, w toku złożyć groty,
W padam, a za m ną szabel polskich błyskawicel
P rzerzed z ają się chmury, wrzask o gw iazdy bije,
Gradem lecą tu rb a n y i obcięte szyje.
Janczaró w z g ra ja pierzchła lub do piasku wbita^
Z rą b a n ą z koni jazdę rozniosły kopyta;
Aż pod wał trzebiąc d ro g ę —ten w zgórek był wałem!:
Po ukończeniu n a u k w Nowogródku, młody Mic­
kiewicz pojechał do Wilna n a uniw ersytet; tutaj uczył
się bard zo gorliwie, tw orzył wtedy już bardzo piękne
poezje i zjednyw ał sobie coraz więcej przyjaciół.
Młodzież wileńska utw orzyła wówczas tow arzystw o
t. zw. filaretów, którego hasłem było «ojczyzna, n au k a,
cnota»—koledzy zachęcali się naw zajem do pracy, p o ­
magali sobie w nauce, starali pozbyw ać wszystkich
wad i złych przyzwyczajeń, aby przygotow ać się g o ­
dnie do służenia ojczyznie, która dzielnych, rozumych.
i szlachetnych winna mieć synów. Mickiewicz dla tej
młodzieży tw orzył piękne pieśni, w których potępiał
samolubstwo, a zachęcał do miłości k r a ju i ludzi, uczył,,
że «w szczęściu wszystkiego są wszystkich cele». Nawefe
g d y po ukończeniu u niw ersytetu wyjechał do Kowna*
-
49
-
gdzie został nauczycielem, nieraz p rzyjeżdżał do Wilna
do swych druhów, mile od nich witany. A gd y tow a­
rzystwo filaretów zostało z ro zkazu rz ą d u zamknięte,
Mickiewicz, równie ja k wielu jego przyjaciół, dostał się
do więzienia, później musiał wyjeżdżać do Rosji,
a w ro k u 1829 zagranicę, ab y już nigdy nie wrócić do
kraju.
Podróżow ał dużo po Europie, przez lat p a rę był
nauczycielem łaciny w Lozannie (w Szwajcarji), w resz­
cie zamieszkał n a stałe w P ary żu ; lecz wśród tych
wszystkich kolei życia dwie rzeczy zachował niezmien­
ne: wielki genjusz poetycki i wielkie serce zdolne do
poświęceń. Praw dziw ie wzruszające dow ody tego z n a j­
dujemy w życiorysie Mickiewicza. Miał on przyjaciela,
Stefana Garczyńskiego; był to człowiek młody, szla­
chetny i zdolny, poeta, zapow iadający wielki talent
w przyszłości, ale niestety! bardzo nieszczęśliwy, bo
chory n a suchoty, które go p rzy p raw iły o śmierć
przedwczesną. Mickiewicz tak gorliwie zajmował się
wydaniem zbiorku poezji swego przyjaciela, ja k żadnem z dzieł własnych, a na pierw szą wieść o choro­
bie, porzucił w szystko i pielęgnował Stefana z takiem
poświęceniem, jak b ra t rodzony; nie opuścił go aż do
zgonu, osładzając nieszczęśliwemu ostatnie dni życia.
J a k zaś w dzieciństwie był dobrem dzieckiem, jak
w wieku młodzieńczym umiał być praw dziw ym p r z y ­
jacielem, tak później był dobrym ojcem dla swych
dzieci, których miał sześcioro.
Stasia czytała niedaw no z mam ą książeczkę, n a p i­
saną przez Marję Górecką, najstarszą córkę poety,
p. t. Wspomnienia o Adamie Mickiewiczu, opowiedziane
najmłodszemu bratu, więc jeszcze wracając do domu,
przypom inała sobie różne z niej ustępy. Dzieci dowie­
działy się, ja k wieszcz nasz usypiał m aleńką Marynię,
CZYTANKI ST O PN IO W A N E, III.
4
\
—
50
—
nosząc ją n a rę k u i chodząc po wszystkich pokojach,
póki nie zasnęła; ja k z trzechletnią dziewczynką cho­
dził na przechadzkę, a gdy się skarżyła, że nasypało
się piask u do trzewiczków i przez to iść nie może,
przyklękał n a środk u drogi, zdejmował córeczce trze­
wiki, w ysypyw ał z nich piasek i n ap ow ró t w kładał
na nóżki. Z rów ną cierpliwością uczył później małą
Marynię abecadła, a starszej już panience daw ał sam
lekcje języka polskiego, bo pragnął, ab y jego dzieci,
choć wychowane n a obczyznie, znały dobrze swą
mowę rodzinną, której dźwięk był mu droższy nad
wszystko.
Zamyśliły się nasze dziewczynki n ad tem wszystkiem i, rzucając ostatnie wejrzenie na niknącą już im
z oczu postać wieszcza, postanow iły sobie przyłożyć
wszelkich starań, aby też poznać dokładnie język, w k tó ­
rym tyle pięknych dzieł zostało napisanych.
A. S.
Ćwiczenie stylow e. 1) Streścić przeczytany artykulik
o Adamie Mickiewiczu i uzupełnić go znanemi szczegółami,
które tu były pominięte. 2) Opisać którykolwiek z trzech
pomników, o których w tej książeczce była mowa, według
takiego mniej więcej planu:
1) Gdzie się wznosi? w którem miejscu? na której ulicy?
2) Jak wygląda: podstawa i sama postać?
3) Otoczenie i ozdoby.
17.
Powrót taty.
— Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem
Za miasto, pod słup, n a wzgórek;
Tam przed cudow nym klęknijcie obrazem,
Pobożnie zmówcie paciorek!
—
51
—
Tato nie wraca. R anki i wieczory
We łzach go czekam i trwodze.
Rozlały rzeki, pełne zwierza bory,
I pełno zbójców n a d ro d z e .—
Słysząc to dziatki, biegną wszystkie razem
Za miasto, pod słup, na wzgórek;
Tam przed cudow nym klękają Obrazem,
I zaczynają paciorek.
Całują ziemię, potem: «W Imię Ojca,
Syna i D ucha Świętego.
Bądź pochwalona Przenajśw iętsza Trójca
Teraz i czasu wszelkiego!*
Potem «Ojcze nasz» i «Zdrowaś», i «Wierzę»,
«Dziesięcioro* i «koronki»;
A kiedy całe zmówiły pacierze,
W yjm ą książeczkę z kieszonki,
I litaniję do Najświętszej Matki
S tarszy b ra t śpiewa, a z bratem
«Najświętsza Matko* — przyśpiew ują dziatki
«Zmiłuj się, zmiłuj n ad tatem!»
Wtem słychać turkot: wozy ja d ą dro g ą
I wóz znajom y na przedzie...
Skoczyły dzieci i krzyczą, ja k mogą:
— Tato, ach, tato nasz jedzie!
Obaczył k u p ie c—łzy radości leje,
Z wozu n a ziemię wylata:
— Ha! ja k się macie? Co się u was dzieje?
Czyście tęskniły do tata?
Mama czy zdrowa? ciotunia? domowi?
A ot rod zy nk i w koszyku —
Ten sobie mówi, i ten sobie mówi —
Pełno radości i krzyku.
— Ruszajcie!—kupiec n a sługi zawoła; —
J a z dziećmi pójdę k u miastu.
Idzie... aż zbójcy obstąpią dokoła,
A zbójców było dw unastu.
—
52
—
B ro d y ich długie, kręcone wąsiska,
W zrok dziki, suknia plugawa,
Noże za pasem, miecz u boku błyska,
W rę k u og rom na buława.
K rzyknęły dziatki, do ojca przypadły,
Tulą się pod płaszcz n a łonie.
Truchleją sługi, struchlał p an w ybladły,
Drżące ku zbójcom wzniósł dłonie:
— Ach, bierzcie wozy! ach, bierzcie dostatek!
Tylko puszczajcie n as zdrowo!
Nie róbcie m ałych sierotam i dziatek
I młodej m ałżonki wdową! —
Nie słucha z g ra ja ;—ten już wóz w yprzęga,
Zabiera konie, a d ru gi —
— Pieniędzy! — krzyczy i buław ą sięga;
Ów z mieczem w p ada n a sługi.
Wtem:—Stójcie! stójcie!—k rzyknie starszy zbójca
I spędza b an dę precz z drogi;
A wypuściwszy i dzieci i ojca,
— Idźcie—rzekł—dalej bez trwogi! —
Kupiec dziękuje, a zbójca odpowie:
— Nie dziękuj! wyznam ci szczerze,
Pierw szybym pałkę strzaskał na twej głowie,
G dyby nie dziatek pacierze.
Dziatki sprawiły, że uchodzisz cało,
D arzą cię życiem i zdrowiem.
Im więc podziękuj za to, co się stało,
A jak się stało, opowiem:
Z daw na już słysząc o przejeździe kupca,
I ja i moje kam raty,
Tutaj za miastem, p rz y wzgórku, u słupca,
Zasiadaliśm y na czaty.
Dzisiaj zachodzę, patrzę między chrósty:
Modlą się dziatki do Boga.
Słucham — z początku p orw ał mię śmiech pusty,
A potem litość i trwoga.
—
53
—
Słucham, ojczyste przyszły n a myśl strony,
B uław a u p ad ła z ręki:
Ach, ja mam ż o n ę — a u mojej żony
Jest synek taki maleńki...
Kupcze, jedź w miasto, ja do lasu muszę,
Wy, dziatki, n a ten p ag ó rek
Biegajcie sobie, i za moją duszę
Zmówcie też czasem paciorek...*
Adam, Mickiewicz.
O m ów ienie ustne. Opowiedzieć treść przeczytanego
wiersza, wyjaśnić myśl, którą wyraża (dlaczego zbójca puścił
wolno ojca i dzieci? dlaczego ich modlitwa wzruszyła go?);
następnie rozdzielić całość na części (ułożyć plan) i według
tego streścić w krótkich słowach całą opowieść.
Ćwiczenie g ra m a tyczn e (ustne). Z przeczytanego wier­
sza powybierać czasowniki, oznaczyć ich tryb, czas i osobę,
a zarazem wyjaśnić pisownię (np. pójdfcie—tryb rozkazujący,
osoba druga, liczby mnogiej — pisze się przed końcówką dź,
ponieważ w liczbie pojedyńczej jest pójdź\ biegną —czas te­
raźniejszy, liczba mnoga, osoba trzecia pisze się ą nie on, ani
o, jak błędnie wymawiają niektórzy, ponieważ ą stanowi
końcówkę wszystkich czasowników w trzeciej osobie liczby
mnogiej czasu teraźniejszego i t. d.).
18.
Ciche zasługi. Siostry miłosierdzia.
Czytaliście niedaw no o wielkich ludziach, którym
wdzięczni rodacy wznieśli w W arszaw ie pomniki; p o ­
słuchajcie dziś o kobietach, poświęcających się na
usługi bliźnim, jakkolw iek nikt za życia nie zna ich
nazwisk, nikt im po śmierci nie wznosi posągów. Te
boh aterki bezimienne — to siostry miłosierdzia czyli
szarytki.
—
54
-
Miasto jeszcze śpi, tylko stróże zam iatają ulice
i kiedy niekiedy przem knie dorożka, dążąca n a kolej.
Ale szarytki, ja k żołnierze, są już wszędzie na s ta n o ­
wisku.
Uchyliły się drzw i zak ład u n a Tamce i dwie sio­
stry w ychodzą z nich śpiesząc się, chociaż d ro g a
niedaleka, bo d ążą n a ulicę Drewnianą! Wiecie, co
tam robić będą? Oto do tak zw anego «Żłobka» ro b o t­
nice odnoszą dzieci, któ rych same dojrzeć nie mogą,
bo na cały dzień w ychodzą z domu za chlebem dla
tego drobiazgu. Siostry zastępu ją dzieciom matki, n a ­
karm ią je, utulą, b ęd ą im opiekunkam i przez dzień cały,
a kiedy wieczorem te rodzone spracow ane m atki zgło­
szą się do Żłobka po swe skarby, to zastan ą dzieci
wesołe, umyte, nie głodne. Więc jakże nie kochać tych
dobrych szarytek?
A cóż to znowu za praca czeka je w tym gmachu,
niedaleko, bo n a Aleksandrji? To szpitalik dziecinny.
Tego tłómaczyć wam nie potrzebuję. P raw da, młodzi
czytelnicy? K ażdy z was w świeżej pamięci przecho­
wał wspomnienie przebytej odry, szkarlatyny, broń
Boże, dyfterytu, słowem jednej z tych plag, k tó ry m
dzieci podlegają. Szczęśliwy, jeśli n a d jego łóżecz­
kiem schylała się troskliwa matka, jeśli ta m atka miała
czem opędzić po trzeby chorego. Ale jeśli by ł sierotą,
lub jeżeli jego własna, jego biedna matka, nie mogła
dać mu opieki,—jeśli głodna i zziębnięta wilgocią suteryny, czuła, że dziecko zgubi w tej norze? Siostry
ze szpitalika n a A leksandrji wzięły n a siebie starania
o chorego, i biedactwo przeleżało w czystej pościeli
długie tygodnie choroby, a teraz z wdzięcznością m y ­
śli o białych skrzydłach, nachylających się n a d niem,
ilekroć spieczone g orączką usteczka pić wołały.
Na ulicy Smolnej znajduje się szpital oftalmiczny
dla chorych na oczy: m am y tam nędzę nędz, bo bie­
—
55
—
daków , zagrożonych u tra tą w zroku. I tym siostry miło­
sierdzia słodzą dolę. W D obroczynności na K rakow skiem Przedm ieściu widzimy starców niedołężnych, k tó ­
rym te siostry oprom ieniają ostatnie dni życia. U D zie­
ciątka Jezus, u Ś-go Ducha, w szp italu n a W oli—w al­
czą te zacne kobiety z najstraszn iejszem i chorobam i.
U D om inikanów sio stry czuw ają n ad te rm in a to ra ­
mi w rzemiośle. Szw alnia siostry S zpądrow skiej p rz y ­
sp arza W arszaw ie tysiące zdolnych robotnic.
A zobaczcie, jakich cudów dokonała skrom na sio­
stra J u lja w p rzy tu łk u S-go S tan isław a Kostki, lub
siostra A nna w dom u Ś-go F ran ciszk a Salezego. Z ni­
czego, z okruchów , zebranych do zakonnej to rb y , ule­
piły te boże jaskółki g n iazd a dla n ajw iększych n ę d z a ­
rzy. A nie w spom niałam d o tąd jeszcze o dzieciach,
k tóre te siostry w ychow ały, o tych szeregach b ied a­
ków, tak wam blizkich wiekiem i potrzebam i. Tysiące,
wszak nie przesadzam mówiąc, że tysiące m aleńkich
i opuszczonych znalazło m atki w szarytkach. Na k ażd ą
z nich w ypada kilk ad ziesiąt d ro b iazg u obcego, b ru d ­
nego, cuchnącego. Ale nie bójcie się, im nigdy za
wiele dzieci, one w szystkie p rzy g arn ą, w szystkie utulą,
a co najw ażniejsza, nauczą żyć i pracow ać uczciwie,
(według Zofji Bukowieckiej. «Dzieci Warszawy*).
Ćwiczenie g ra m a tyczn e (ustne). W przeczytanym arty­
kuliku rozróżnić zdania pojedyńcze, złożone i ściągnięte i we
wszystkich wskazywać podmioty i orzeczenia.
19.
Boże Ciało r. 1685.
I.
G w iazdą bły sn ął dzień n a wschodzie,
W szedł prom ieniem w serca ludzi,
W nadw iślańskim stary m grodzie
Coś się czyni... coś się budzi...
—
56
—
Ciętych mieszczek zm ilkły gw ary ,
Sercu wielkich bliżsi p ro śc i,—
Z da się sp ły n ął anioł w iary
Z hasłem zgody i miłości.
Na wież dachy pozłociste,
Na żyw iącą ziemię — m acierz,
P a trz y niebo takie czyste,
Ja k dziewiczy czysty pacierz.
Z sadów płynie woń kłębam i
Od akacji lśniących biało...
Owo św ięto n ad świętami!
Owo dzisiaj: Boże Ciało!
II.
Na ulicach do ołtarzy
Tłum nabożny k u p ą bieży. —
T utaj ołtarz ru śn ik arzy ,
Owdzie szewców i p łatn erzy .
U przy g o d n ej swej św iątnicy
U trzym ują pilne straże
Zam esznicy i złotnicy,
I torbiarze i dzw oniarze.
J a k pod jesień, gdy z zielenią
B lask p u rp u ry w p arze kroczy,
B arw się tęczą stro je mienią,
O ślepiając chciwe oczy,
Tłum p rz y b ie ra dziw ne kształty,
By stołuski połoz świeci:
Żaki m ieszczki —i ry b ałty ,
Pachołkow ie —m nichy —dzieci...
III.
P ieśnią dzw onów g ró d brzm i stary,
I we łzach się korzy cały:—
Oto z jasnej głębi fary,
P łynie orszak p rzew spaniały.
—
57
—
P rzesłonion y w onnym dymem,
W zrok podnosząc n a niebiosy,
Pod złocistym baldachim em
S tąp a starzec srebrnow łosy.
Zda się du sza w niebow zięta
Słyszy ra ju chór eolski,
T aka błogość bije św ięta
Z jego tw arzy apostolskiej.
Zda się szepce m u tęsknota:
Oto sen się spełni cudem,
I w prost z ziemi w Boże w rota
W stąpi p asterz z w iernym ludem.
IV.
Za kapłanem blask niezm ierny,
By g irla n d a lśni tęczowa:
K ról jegom ość praw ow ierny,
K rólew ięta i królow a.
B utnych d w orzan poczet spory,
I kanclerze, i hetm any,
Siw obrode senatory,
W ojew ody kasztelany.
W raz jaśn iejąc jako róże,
D w orskie dam y i panienki,
S uną w bieli i lazurze
Za śladam i M arysieńki.
A na końcu stal migota.
L śnią z pod hełmów srogie tw arze,
To d rag o n i i piechota,
P ety h o rcy i husarze.
V.
Szum chorągw i g ó rą leci,
B iją bębny, dzw onki dzw onią,
Sypią kw iaty małe dzieci,
C zyste kw iaty czystą dłonią.
—
58
—
Szum chorągw i wzdłuż polata,
E ch a p ieśn i w dal się szerzą,
P ły n ą z wieścią n a k ra j św iata,
Że kochają, że tu wierzą!
E cha pieśni w dał się niosą,
Do kw itnących łąk kobierca,
I zachodzą oczy rosą,
I w zbierają łzam i serca.
I pow raca tłum niezm ierny,
Co się dachem w słońcu pławi —
Siwy p asterz lu d swój w ierny
U w zniesienia błogosław i.
vr.
Błogosław i ludzkiej doli,
Co ja k sz a ra nić się mota,
I tym w szystkim , k tó ry ch boli
N ędza ziemi i żyw ota;
B łogosław i kw ietnym łąkom,
B łogosław i żyznym łanom,
I w ieszczącym św it skow ronkom ,
I ginącym w m głach kurhanom !
B łogosław i w ielkie dusze,
D usze ludzi dobrej woli,
Co w św iatow ej zaw ierusze
Sieją ziarn a w Bożej roli.
Tym, co w iary spokój czerpią,
Gdy się ta rg a pieśń rozpaczą,
I tym w szystkim , k tó rzy cierpią
I tym w szystkim , k tó rzy płaczą!...
V II.
G aśnie słońce na zachodzie,
L am pki gw iazd się w gó rze palą,
Cicho... cicho w stary m grodzie
N ad W isełki szarą falą.
59
—
—
Znikły w dom ach barw ne tłum y,
Zcichł i p rzeb rzm iał dzw on za dzw onem ,
Po ulicach duch zadum y
S tąp a z licem zakw efionem .
W m iejskich sadach w iatr szeleści,
I do cichych serc polata,
Jak ieś dobre, złote wieści
Z gw iaździstego niosąc św iata.
Zbożni ludzie duszą łzaw ą
W idealnym to n ą zdroju,
I zaw isnął n a d W arszaw ą
Anioł w iary i pokoju...
Or- Ot.
O b ja śn ien ia języko w e. Rusznikarze —rzemieślnicy, wy­
rabiający rusznice t. j. dawne strzelby. Płatnerze—rzemieśl­
nicy, wyrabiający zbroje. Przygodna świątnica —ołtarz wy­
stawiony tylko na dzień Bożego Ciała. Zamesznicy—garba­
rze, wyprawiający zamsz t. j. delikatniejsze skórki baranie
i jelenie. Połoz rodzaj węża z nierówną łuską. R yb a łt—&piewak. Chór eolski—w tem zdaniu znaczy: chór anielski. Ma­
rysieńka -królowa Marja Kazimiera, żona Jana Sobieskiego,
panującego w roku, do którego ściąga się cały ten opis. Petyhorcy —rodzaj jazdy polskiej. K urhany—mogiły, usypane
najczęściej wśród otwartego pola (najwięcej kurhanów w ste­
pach ukraińskich). Zdkwefiony—zasłonięty, kwefern bowiem
nazywa się zasłona twarzy kobiecej (rodzaj woalki). Zbożni
ludzie—żyjący z Bogiem, pobożni.
20
Kolej żelazna.
(List W ładzia do Stasia).
K ochany Stasiu!
Dziś jechaliśm y koleją żelazną. D aleko to piękniej
niż naszym m ałym wózkiem, do k tóregośm y zap rz ę­
—
60
-
gali kucyka, i, jad ąc, czuli k ażd e najm niejsze w strząśnienie, g dy wózek o jak i kam ień potrącił. P rzy p o m i­
nasz sobie ów d ra b in ia sty wóz, k tórym jechaliśm y
w pole po snopy? Jak że on trząsł niem iłosiernie! Z d a­
wało się nam w tenczas, choć konie szły stępa, że d u ­
sza z nas w yskoczy i kości p o ro zlatu ją się n a w szyst­
kie strony. Zaledw ie zdołaliśm y się oburącz p ó łd rab ków u trzym ać, i tak nam i podrzucało, ja k piłką e la ­
styczną, że d o p raw d y i gniew i śm iech n as poryw ał.
Inaczej się to jedzie koleją żelazną! W w agonie
jest, ja k w pokoju, nie pod rzu ca cię b ezu stan n ie i ty l­
ko czasem czuć słabe w strząśnienie, n a k tó re naw et
nie zw racasz uw agi. Ale bo też koła w agonu nie bie­
gną po ziemi, w ybojach i chropow atym żwirze, lecz
po gładkich szynach żelaznych. Wozy nie spoczyw ają
w prost n a osiach, ja k np. nasz m ały wózek, lecz na
silnych stalow ych resorach.
Z am iast koni zap rząg n ięto lokom otyw ę. B yliśm y
przedtem z pół godziny na dw orcu kolei żelaznej, nim
pociąg w yruszył, w ięcn ap atrzy liśm y się do sy ta w szyst­
kiemu, a szczególniej lokom otyw ie, o której ci cośkol­
wiek opowiem .
L okom otyw a zb udow ana je st z żelaza, miedzi i mo­
siądzu. Spoczyw a na sześciu żelaznych kołach, z k tó ­
rych cztery przednie są b ard zo wielkie, a dw a tylne
m niejsze. P rzed kotłem zn ajd u je się wielkie ognisko,
jak u nas w piecu kuchennym , a n ad ogniskiem kocieł
z wodą, ze w szystkich stro n zam knięty. N ietylko pod
kotłem pali się ogień, lecz gorące pow ietrze przeciąg a
także ru ra m i wzdłuż całego kotła, tak, że w oda w nim
ciągle w re silnie i b ard zo wiele p a ry z siebie w ytw a­
rza. G órna część ko tła je st próżna, i tu taj zb iera się
p ara, k tó ra usiłuje coraz więcej się rozszerzać. W g ó ­
rze n a kotle zn ajd u je się k la p a czyli zapadka, p rz y ­
ciśnięta sp ręży n ą stalow ą do otw orów w kotle. G dy lo ­
-
61
-
kom otyw a stoi spokojnie, a w kotle dużo p a ry się zbie­
rze, kocieł m ógłby łatw o pęknąć i w rzącą wodą p o p a ­
rzyć ludzi. Z tego to pow odu zao p atrzo n o go w ów
wentyl; bo g dy p a ra zan ad to się n ap ręży , odm yka tę
zapadkę, i zbyteczna część jej uchodzi w pow ietrze.
M aszynista może także wypuścić p a rę ru rk ą , k tó ra tak
głośno gwiżdże, jaK żad n a piszczałka, a o wiele dono­
śniej, niż najw iększa trą b a na świecie.
P o obu stronach lokom otyw y przym ocow ane są
ogrom ne w alcow ate p u szk i z żelaza, w k tó ry ch tłoki,
nibyto wielkie zatyczki żelazne, tam i n ap o w ró t się
przesuw ają. O ba końce puszek są także szczelnie żelaznem i wiekam i zam knięte.
Dalej je st takie urządzenie, że p a ra , w y d o b y w ają­
ca się z kotła, może raz z jednej stro n y tłok n ap rzó d
posunąć, a potem z drugiej stro n y n azad go popchnąć.
Jak o ż za pom ocą p ary , w puszczonej do puszek, p o su w a­
ją się tłoki po obu stro n ach lokom otyw y nieu stan n ie
tam i napow rót. A że od tłoków idzie sztab a żelazna do
wielkich kół środkow ych, za pom ocą więc p rzesu w an ia
się tłoka w puszkach, sztab a ta o b raca te koła tak
samo, ja k u naszego kołow rotka.
P a ra ma nadzw yczaj w ielką siłę. Pociąg, któ ry m
jechaliśm y, liczył 20 wielkich wozów czyli wagonów,
przyczepionych do lokom otyw y. Na każdym wozie
w ypisano zew nątrz, ile p ró żn y w aży. Najwięcej wo­
zów w ażyło po 200 cetnarów , razem więc w szystkie
około 4000 cetnarów . W naszym w agonie siedziało 30
ludzi, k tó rzy razem zapew ne w ażyli 25 cetnarów ; w a­
ga ludzi, pakunków i tow arów całego pociągu w yno­
sić m ogła także około 1000 cetnarów , a zatem cały p o ­
ciąg ze w szystkiem —w ażyć mógł niezaw odnie 5000 ctn.
Lokom otyw a ciągnęła za sobą ten wielki ciężar i p ę ­
dziła z nim o wiele prędzej, niż rączy koń w biegu,
k tó ry najwięcej, i to powoli, 20 cetnarów uciągnąć jest
—
62
-
w stanie. Oblicz sobie teraz, ileby to koni p o trzeb a
zaprządz do 5000-cetnarowego ciężaru, g d y b y go na
zw yczajnej kam iennej drodze m iały p o ru szy ć i p o ­
ciągnąć!
G dy wrócę do domu, będziem y próbow ali, czy nie
da się z te k tu ry w ybudow ać m ała lokom otyw a. Ju żto
z blachy byłaby daleko lepsza. Z d rzew a zrobim y so ­
bie szyny, dom ki strażnicze, dworce, słupy telegraficz­
ne, a może i tunel. Tunelem n azy w a się wielki, p o d ­
ziem ny przejazd , coś ja k b y k u ry tarz , k tó ry ludzie
w górze n a p rzestrz ał w ykopali i w ew nątrz o b m u ro ­
wali. Tędy przechodzi kolej żelazna, ja k przez p iw ni­
cę. Jechałem przez chwilę takim tunelem . Pociesznie
to w yglądało, g d y się n araz ściemniło, i zam iast słoń­
ca, lam py tylko rzucały m dłe światło! Po chwili za­
częło się rozw idniać i po k ilk u n astu sek u n d ach pow i­
taliśm y znow u dzień ja sn y rad o sn y m okrzykiem .
P ozdraw iam Cię najserdeczniej
Twój
W ładzio.
Ćwiczenie stylo w e (do wyboru). 1. Dworzec kolei (zwie­
dzić i opisać). 2. Podróż koleją.
21.
Odwaga Janka.
I.
Deszcz p ad ał od kilku dni bez p rzerw y . Małe s tr u ­
m yki zam ieniały się w szum iące potoki, k tó re z wście­
kłością z w ierzchołków g ó r spadały, a k ażd a p rzeszk o ­
da zdaw ała się pow iększać ich siłę i szybkość.
W budce, stojącej nieopodal od to ru kolejow ego,
cisnęło się do siebie czterech m ałych chłopców, któ rzy
schronili się tu p rzed deszczem.
—
No, J a n k u —zaw ołał jed en z n ic h —jeżeli chcesz
zostać odw ażnym człowiekiem, to stań n a szynach, gdy
63
—
będzie przechodził pcciąg pośpieszny. W krótce on tę­
dy przeleci.
— Nie - odrzekł Ja n e k — tego nie zrobię, co za po­
żytek staw ać w ten sposób na szynach?
— Ot, pow iedz po p ro sta, że się boisz; nie masz
odw agi, k tó rą się chw alisz.
I trzej chłopcy zaczęli dokuczać Jan k o w i. T en zno­
sił b ard zo spokojnie ich przycinki, a g d y w kilka
chwil później przyjaciele jego w ybiegli, by p rzy jrz eć
się lepiej pociągowi, k tó ry m iał nadejść, on wolał p o ­
zostać w dom ku, niż m oknąć na deszczu.
Wtem nagle krzyknęli:
— Ja n e k , J a n e k ! x
I trzej chłopcy pow rócili do J a n k a z w yrazem p rz e ­
strach u n a tw arzach. Spostrzegli, że część m ostu zo­
stała zerw ana przez wodę. A pociąg najd alej za k w a­
d ra n s ma przejechać przez niego! Musi spaść w wodę.
— T a k —wołali chłopcy—w padnie w potok!
S erca chłopców biły silnie...
— T rzeba p ręd k o pomyśleć, co m ożna zrobić, aby
pociąg ocalić—zaw ołał Jan ek .—Ile p o trzeb a czasu, by
dobiedz do stacji?
— Więcej niż pół godziny; stąd będzie mila.
— Czy m ożnaby sk ąd ko n ia dostać?
— D opiero u go sp o d arza W ojciecha, także stąd
o milę.
— A więc ty, Józiek, biegnij wzdłuż gościńca, a g d y
spotkasz kogo, próbu j dostać się n a stację p rzed p rz y ­
byciem pociągu. Ty, K uba, idź po plancie kolei i s ta ­
raj się uprzedzić d ró żn ik a o niebezpieczeństw ie. Stach
zaś i ja pozostaniem y tu taj, a gdy wam się nie uda,
będziem y się starali jakim kolw iek sposobem zatrzym ać
pociąg.
Śm iały chłopiec już pow ziął postanow ienie, ja k ma
postąpić w najgorszy m razie.
-
64
—
II.
— Już daw no nie widziałem podobnej ulew y—za­
wołał m aszynista, p ro w ad zący pociąg pośpieszny.
— I ja rów nież—o d rzek ł jego pomocnik. — B yleby
m osty były całe. P raw dziw e potoki p ły n ą z pagórków .
P ociąg p rzeb y w ał d ro g ę z szybkością w iorsty n a
minutę.
— P atrzcie!—zaw ołał m a szy n ista—co to może być?
— W taki deszcz sm arkacz ja k iś baw i się n a d ro ­
d z e —odrzekł palacz—zagw iżdż pan, żeby um knął.
M aszynista zagw izdał. Na drodze sta ł jak iś chłopiec.
W idocznie czekał n a zbliżenie się pociągu, pow iew ał
chustką, ja k tylko m ógł najznaczniej; n astęp n ie u s u ­
n ął się na bok, w skazując n a w idnokrąg.
— Czy to nie d z iw n e — zaw ołał m aszynista. —Co to
może znaczyć?
— Istotnie, że to dziw ne, w ta k ą ulewę dzieciaki
baw ią się n a drodze. W idzisz pan? tam ten um knął,
lecz d ru g i nie ustępuje, tylko pow iew a chustką. Co
tu robić?
— Gwiżdż p a n jeszcze!
G w izdanie rozległo się głośno. Ale chłopiec stoi n ie ­
w zruszony i ciągle pow iew a chustką. Znów p rzeraź li­
we gw izdanie ro zd arło pow ietrze.
— Boże! co to jest?... T en chłopiec rozciągnął się na
szynach! zostanie zm iażdżony, hamulec! czem prędzej!
Położenie było bez nadziei, mimo to dw óch ludzi
całą siłą kręciło ham ulec.
Ju ż tylko sto pięćdziesiąt m etrów oddziela dziecia­
ka od pociągu, biegnącego z wielką szybkością, ja k k o l­
wiek zaczynającego już ulegać w pływ ow i ham ulca.
Czy da się ocalić życie dziecka?
Coraz bliżej, coraz bliżej..., nad zieja ra tu n k u zdaje
się być straconą...
—
65
—
Ciągle gw izdanie sp ro w ad za p asażeró w do d rz w i­
czek i okien. P rzeraże n ie odbija się n a ich tw arzach.
— Co mogło się stać?—p y ta ją jed n i drugich.
Pociąg w praw dzie zw alnia, ale odległość ju ż tak
mała...
— Ten chłopiec albo głuchy, albo o b łą k a n y —mówi
m aszynista—leży i nie p o ru sza się wcale!
M aszynista gw iżdże ciągle, ale napróżno! już tylko
dw adzieścia, dziesięć, pięć m etrów dzieli dziecko od
śmierci. N areszcie wielki o k rzy k ulgi w yrw ał się z p ie r­
si m aszynisty i palacza, g d y pociąg zatrzy m ał się na
dw a m etry p rzed rozciągniętym n a ziemi chłopcem.
M aszynista w ychyla się, w ołając z gniew em na chłop­
ca, ten zaś ja k b y odurzony, podnosząc się zw olna,
w skazuje n a m ost i mówi:
— Zniszczony!
Potem p a d a n a ziemię, zw alczony nadzw yczajnym
wysiłkiem.
P odróżni w ychodzą z wagonów, a dow iedziaw szy
się o przyczynie zatrzy m an ia pociągu, otaczają J a n k a
ze słowami wdzięczności. «On u rato w ał pociągi*
Iluż to [mężczyzn i kobiet błogosław iło go za ten
czyn bohaterski!...
O m ów ienie ustne. Opowiedzieć, na czem polegał postę­
pek Janka. Przypomnijcie sobie podobne przykłady odwagi
i poświęcenia z rzeczy dawniej czytanych i z życia rzeczy­
wistego. Dlaczego Janek nie stanął na szynach, gdy go na­
mawiali koledzy? Czy lekkomyślność i zuchwałe przechwałki
zasługują na pochwałę i naśladowanie? kto był z nich od­
ważniejszy?
22.
Pieśń przy ćwiczeniach gimnastycznych.
D alej, chłopcy, dalej w skoki,
P rzesadzajcie rów szeroki,
CZ^ JANKI ST0PN'0'VANB l ’l.
-
66 —
To się pnijcie znów do góry,
Macie drąg i, pasy, sznury.
Dalej chłopcy w cw ał do mety,
Ja k b y bom by lu b rakiety;
Zuch, kto zw inny, d ziarsk i, śmiały
I odw ażny a w ytrw ały.
Tylko rączo i zwycięsko!
W yrabiajcie siłę męzką,
Byście mieli ja k przodkow ie
D użo siły, czerstw e zdrow ie.
H ejże chłopcy, hejże śmiało!
W yginajcie swoje ciało,
Ciągle zręcznie, ciągle czynnie,
Tylko dzielnie, tylko zwinnie!
A gdy p rzy jd zie wiek starości,
G dyby z stali b ęd ą kości,
Będzie siła, będzie zdrowie,
Boście chw accy dziś synowie!
Bo bez zdrow ia św iat wam zbrzydnie,
Niewieściuchem być ohydnie,
A więc, chłopcy, dalej śmiało,
Byście mieli tęgie ciało!
Ze zbioru śpiewów H. Niem czyka.
Ć wiczenia ję zy k o w e (ustne i piśmienne). Znaleźć wy­
razy, zbliżone znaczeniem (synonimy) do użytych w powyż­
szym wierszu, a mianowicie: meta, zwinny, śmiało, rączo,
chwacko, niewieściuch, ohydnie (np. m eta—cel, — zwinny —
zręczny, prędki i t. d.
ćw iczen ie g ra m a tyczn e. W danym wierszu wskazać
i rozróżnić wszystkie części mowy nieodmienne (przyimki,
przysłówki, spójniki i wykrzykniki).
—
23.
67
—
Oryle i flisacy na Wiśle.
Mówiąc o Wiśle, tru d n o nie wspom nieć o naszy ch
flisakach i orylach, o obyczajach flisackich i o flisach,
którzy w szędzie p rz y b ija ją do brzegu, gdzie się tylko
wznosi kapliczka św. B arb ary , prosząc o śm ierć szczę­
śliwą i dzw oniąc w dzw onek «świętej W arw arki*. We
w szystkich kościołach, k tó re po brzegow iskach W isły
osiadły, gd y zadzw onią n a Anioł P ań sk i, flisacy, p ły n ą ­
cy na galarach, zdejm ują czapki i odm aw iają m odli­
twy. A po m odlitw ie n ieszpornej, po dzw onieniu na
Anioł Pański, ud erza serce dzw onu—w znacznych p rz e ­
stankach, w je d n ą k resę tylko, i wówczas flisacy na
wodzie, a miejscowi ludzie n a b rz e g u —o dm aw iają m o­
dlitwę za dusze w iernych zm arłych, k tó rzy potonęli
w Wiśle, i za dusze, k tó re znikąd ra tu n k u nie m ają.
Ileż ru ch u i m alowniczości n a d a ją widokom W isły
statki ładow ne, k tó re o sto mil i więcej w odnej d rogi
ściągają k u Wiśle, a w dalszym jej biegu p o k ry w ają
nieraz całą jej w stęgę szeroką. Z dała w y g ląd ają te
galary, ja k d robne spław ki n a wodzie, ginące w cie­
niu wiklin, dopiero n a zak rętach W isły w ypływ ają
na otw arte tonie. Jeszcze tak daleko były, a już mi­
jają brzeg, i w przelocie g a la ru lub spław u m ożna już
policzyć ludzi i rozp o zn ać stro je i tw arze. Słychać n a ­
wet gw ar n a galarze, albo w przelocie usłyszysz zw ro t­
kę pieśni pobożnej lub św iatow ej.
— A skąd, ludzie? —w ołają głosy od brzegu.
— K rak o w ian ie— od K rak o w a!— i p o zd raw iają cię
w Bogu.
— Szczęśliwa droga!
— A wam daj Boże b rzeg szczęśliwy!
— Skąd to Bóg prow adzi?
— Od R adym na, od Jarosław ia! — w ołają z p ro m u
powoźnicy.
—
68
—
— A wy skąd?
Ci krzyczą: od Ulanowa! ci: od Niepołomic! ci: od
Sandom ierza! A w szystkim je d n a i daj Boże szczęśli­
wa droga, ćw ik , flis lu b s ta ry sz y p r w skazuje po b rze­
gach kościoły i zamki, wsie i g r o d y — bo to już «nie
pierw sza jego woda». Ale b iedny jest, fry c dla k tó re ­
go «pierw sza woda», bo m u g ro żą stracham i, sm o k a­
mi, czarow nicam i po ostrow ach W isły. P y tają: czem
się widmom okupi? więc b iedny fryc w ysługuje się
w szystkim i p atrzy , co się z nim będzie działo n a tej
wodzie. N ieraz od stąp i szp y rk ę z grochem , nieraz czar­
kę wódki, by się w kupić do cechu orylów ; ale oni g ro ­
żą, że go Litw akom n a ujściu N arw i sp rzed ad zą, albo,
jeżeli im się nie okupi, to go frycow ać będą n a P om o­
rzu. Miejscem fryców ki je st znow u g ó ra pod G nie­
wem: tu k ażd y chłosta fryca cholewą, zdjąw szy jeden
b u t z nogi, bo tu się W isła dzieli.
Więc znaj: gdzie d ro g a pod G dańsk, aż do d rąg a,
A gdzie prow adzi N ogat do E lbląga!
O kazałym je st widok statków ładow nych, k tó re b o ­
gactw a ziem odległych n a b rzeg u m orza p rz y ujściu
W isły składają. Ale zupełnie odm iennym jest widok
tych flisaków i oryli, kiedy bandam i, pieszo, lądem , —
w racają do domów, i od eb raw szy zapłatę, n a flisie za­
robioną, nakupiw szy gościńców dla krew nych i sw oja­
ków, w racają z p ieśnią do domu. W całej drodze
p rz y g ry w a im g ra je k n a skrzypcach, zakupionych
w G dańsku.
Mijaj, flisie, grody, kościoły i dw orki,
Bo n a burszty n o w e czekają paciorki!
Mijaj, flisie, Wisłę, bo ona nie wróci,
A tam po orylach wieś cała się smuci!
P rzeorałeś, flisie, Wisłę aż do G dańska,
To teraz p rzy g ry w aj n a sk rzy p eczk ach z pań sk a.
-
69
-
Tak g rając i śpiew ając, w racają flisacy i oryle od
morza. Z wiosek i grodów w ychodzą ludzie i p rz y ­
p atru ją się bandom . A choć to od m orza daleko, u b y ­
wa jakoś drogi z każdym dniem , bo i św iat Boży b a ­
wi człowieka, a po sk rzy p k ach g ra jk a i po pieśni do­
mowej zdaje się, że się dom przybliża!
O bjaśnienia. Św. Barbara jest uważana za patronkę lu­
dzi, będących w niebezpieczeństwie życia; modlą się do niej
szczególniej ludzie, na to niebezpieczeństwo narażeni, np. gór­
nicy, flisacy. Frycem nazywają flisaka, który się po raz
pierwszy znajduje na wodzie, nie zna jej jeszcze. Szpyrka—
słonina. Wdzięczna—znaczy tutaj miła. Koronna pani —
pani w koronie, t. j. królowa. Swojak —swój, rodak. Oryl —
ten, co na wiosnę przeprawia się tratwami przez Wisłę. Flis —
ten, co służy na statku, płynącym Wisłą; wyraz ten znaczy
także spław Wisłą. Galar — statek rzeczny bez masztu; na
galarach przywożą czasem zboże, owoce i t. p. Szyper —
przełożony nad flisami na statku. B anda— gromada idąca.
Ć wiczenie gram a tyczn e. Z przeczytanego artykułu wy­
brać zdania wyrzutniowe i niezupełne, t. j. takie, w których
brakuje podmiotu, orzeczenia, albo obu głównych części
zdania.
24.
Podanie o W iśle i Narwi.
Dwaj b racia z sio strą w drogę się w ybrali,
Z Litw y Niemen, B ug z W ołynia zuchw ały
I N arew b y s tra jak o sio stra starsza
P rzyszła z Podlasia.
W ziąw szy przym ierze, bez gniew u i trw ogi,
Z ażyła sobie p rzyjacielskiej d rogi
W m ałym orszaku, co więo nie now ina
Z g o d n a rodzina.
—
70
-
Potem lepszego b y tu chcieli użyć,
Zachciało im się u królow ej służyć,
Co do niej p ły n ą ze wszech stro n poprzeki
S arm ackie rzeki.
P rzy stali tedy do now ego dw oru
N arew i z bracią, puściw szy się toru,
I tak służyli W andzie K rakusow ej
J a k o królow ej.
Czując do siebie N arew śliczną gładkość,
C zując też w b raci siłę i też w artkość,
Chciała być rów na w ro dzaju, w urodzie
W andalskiej wodzie.
P a n i ślicznością i domem chw alebna,
Nie chcąc być tań szą niż p a n n a służebna,
W yzw ała Narew, chcąc ją wywieść z błędu
Pozw em do sądu,
Na k tó ry m zasiadł strum ień nie ujęty
Do tego ustnie z obu stro n p rzy ję ty ,
Ów, co w Gniewie swemi n u rty w pada,
W isłę ro zb ad a.
Sędzia ro ztro p n y puścił p rzed się stro n y
I zagaił sąd tuż u sam ej b ro n y ;
Szła p a ra panien, k ażd a z nich osobna,
Gwieździe podobna.
I długo m yślał, niż w szystkie przy m io ty
W ybaczył w obu, i w rodzone cnoty;
Chwilę tak okiem p o g ląd ał n a obie
C zujnym o sobie.
U p atrzy ł sędzia, iż n ad księżnę owa
O sobliw szego coś m iała królow a,
Ja k o n ad leśne nim fy ma D y jan a
W złoto u b ran a.
—
71
—
A także zatem w net uczynił w yrok,
Jak o sum ienie św iadczyło i też wzrok;
Skazał, iż gład sza królow a, rzecz ista,
Niźli służbista.
Narew i z bracią w net się rozgniew ała,
A inną d ro g ą pły n ąć się w ezbrała,
Więc miejsce sądu n a brzegu, n a lewym
N azw ano Gniewem.
A gdżie się N arew n a p raw o chynęła
A od królow ej na rów no p ły n ęła
P od sław ny O lbiąg, N ogatem to zową
F lisow ską mową.
Sebastjan Klonowicz.
O bja śn ien ia i u w a g i język o w e. Rzeki sarmackie —
rzeki polskie. Dawniej twierdzono, że Polacy pochodzą od
starożytnego ludu, zwanego Sarmatami, stąd niekiedy nazywano
Polskę—Sarmacją! A co znaczy „królowa rzek sarmackich”
Dlaczego tak nazywają Wisłę? A dlaczego w następnej zwrotce
poeta użył wyrażenia Wanda Krakusowa? (Przypomnieć po­
danie o Wandzie!). U brony—znaczy u bramy; jestto wy­
rażenie dawne dziś już wyszłe z użycia, ale trzeba pamiętać
że wiersz ten był napisany w XVI wieku, więc język jego
różni się trochę od naszej mowy dzisiejszej. N im fy —bogi­
nie u dawnych Greków Djana—bogini księżyca. Grecy wy­
obrażali je sobie w postaci bardzo pięknych kobiet, których
obrazy i posągi, dotąd przechowane, zachwycają nas dotych­
czas. Poeci polscy dawniejsi, którzy czytali dużo utworów
greckich i łacińskich, i zachwycali się niemi, używali często
takich porównań. Isty —prawdziwy rzeczywisty. Chynąć—
cofnąć, zboczyć. Olbiąg—Elbląg. Są to wyrazy również dziś
już przestarzałe (archaizmy) lecz właściwe językowi z wie­
ku XVI-go, gdy żył autor tego wiersza, Sebastjan Fabian Klonowicz. Wiersz ten jest wyjątkiem z jego dłuższego poematu
1
—
72
—
p. t. Flis, gdzie opisuje podróż flisaków Wisłą obyczaje fli­
saków i różne okolice, które mijają.
Ćwiczenia stylow e. 1) Opowiedzieć ustnie, a następ­
nie piśmiennie podanie o Wiśle. 2) Poeta przedstawia: Wi­
słę, Narew i Niemen, jako osoby. Jeśliby ułożyć z tego
żywy obraz, jak sądzicie należałoby ubrać: Wisłę, Narew
i Niemen? 3) Opisać wycieczkę statkiem lub łódką.
25.
W ycieczka do Jeziorny.
Jak się robi papier?
K orzystając z w akacji, trzech m łodych chłopców
w ybrało się kolejk ą W ilanow ską do Jeziorny. O sada
ta słynie z dużej p apierni, k tó rą chłopcy p rag n ęli
obejrzeć. G dy przy jech ali i weszli, spostrzegli ja k ie ­
goś po rząd n ie u b ran eg o , szpakow atego m ężczyznę,
k tó ry się k u nim zbliżał; należał on widocznie do
urzędników fabrycznych, albowiem zm ierzał do b u ­
dynków .
— P roszę p a n a — odezw ał się jeden z chłopców,
uchylając grzecznie k a p e lu s z a —ja i moi koledzy p r a ­
gnęlibyśm y zobaczyć, ja k się ro b i p ap ier. Do kogo
należy się zwrócić z p ro śb ą o pozw olenie?
N ieznajom y zm ierzył bacznem spojrzeniem m ło­
dzieńców.
— Mam w łaśnie chwilę w olniejszego czasu, proszę
więc za m ną!—rzekł.
— D ziękujem y bardzo! — zaw ołali chórem chłopcy,
ucieszeni tem, że im się o d razu tak doskonale udało.
S zpakow aty jegom ość szedł w m ilczeniu przez o b ­
szerne podw órze i po chwili zatrzy m ał się p rzed nizkim budynkiem .
— Jeżeli panow ie macie n iezb y t w rażliw e nosy na
p rzy k re wonie, to zacznijm y od sortow ni.
Chłopcy weszli do obszernej, dość b ru d n ej sali,
gdzie p rzy wielkich stosach gałganów siedziały kobie­
—
73
—
ty i chłopcy, zajęci sortow aniem *). S zm aty w y g ląd a­
ły okropnie i rzeczywiście w ydaw ały woń n iezb y t p o ­
nętną.
— P o co so rtu ją te g ałg an y , p ro szę pana? - zag a­
d n ął Leon.
— A żeby oddzielić gorsze g atu n k i od lepszych;
w niek tó ry ch fab ry k ach dzielą szm aty n a trzydzieści
gatunków , u nas tylko n a kilkanaście. Do w yrobu b i­
bułki, banknotów czyli pieniędzy p ap ierow ych uży w a­
ją gałganów lnianych i konopnych, bo są najm o cn iej­
sze; do gorszego g a tu n k u dodajem y m iazgę drzew ną,
słomę, nać k arto flan ą, mech i inne podobne m aterje.
J a k panow ie widzicie, rów nocześnie z sortow aniem
odbyw a się cięcie szm at n a kaw ałki, przyczem o d rzu ­
ca się guziki, obszyte dziu rk i i inne niepotrzebne
przynależytości.
— Nie zazdroszczę zajęcia tym ludziom — rzekł
W roński.
— P rz y k ra praca, ani słowa, to też sortow nicy cho­
ru ją często n a choroby zakaźne (zaraźliw e), zw łaszcza
n a płucne — objaśn ił nieznajom y, którego robotnicy
tytułow ali panem inżynierem .
— Ale pójdźm y cokolwiek d alej—d o d a ł—oto tu taj
je st m aszyna do k ra ja n ia szm at n a zupełnie d ro b n e
kaw ałki, m ające od trzech do pięciu centym etrów d łu ­
gości; czynności tej d o k o n y w ają m echanicznie noże.
W m aszynie tej g ałg an y u w aln iają się w części od
przenikającego je kurzu, a reszty tegoż pozbyw ają się
w następ n ej m aszynie, k tó ra sk ład a się z sześciu wiel­
kich ośm iokątnych bębnów z k ra ty drucianej. W śro d ­
ku, bębnów zn ajd u je się oś z licznem i sztabam i żela*) S o rto w a n ie m lub g a tu n k o w a n ie m nazywa się dzielenie
jakichkolwiek przedm iotów w edług pew nych gatunków lub kate-
gorji.
—
74
—
znemi, sięgającem i p raw ie do sam ej k raty : p rz y rz ą d ,
który, napełniony gałganam i, jest w praw iony w szybki
ruch obrotow y. Oś ta o b raca się p rędzej, aniżeli b ę­
ben, w skutek czego g ałg an y u leg ają dokładnem u wytrzepaniu.
— Nie m am y tu co robić dłużej, tam te drzw i p ro ­
w adzą do płuczkam i, gdzie g ałg an y się m yją. R z a d ­
ko mycie zim ną w odą w ystarcza — mówił inży n ier —
trzeba praw ie zaw sze gotow ać szm aty w ługu, aby
w yciągnąć z nich tłuszcz, potem dopiero mycie staje
się skutecznem .
Chłopcy obejrzeli kocieł z gotującem i się pod ci­
śnieniem p a ry gałg an am i i zauw ażyli, że ten obraca
się wolno.
— Czy szm aty już gotow e do w yrobu p apieru? —
zag ad n ął jeden z chłopców.
— P raw ie—o d p arł in ż y n ier— stąd idą do tak zw a­
nych holendrów . H olender jest to kadź d rew n ian a
albo m etalow a, w któ rej o b raca się koło, zao p atrzo n e
n a obw odzie w liczne noże; o strza ich m ożna dow ol­
nie zbliżać lub oddalać, i w ten sposób regulow ać
wielkość k ra ja n y c h kaw ałków . Dno h o len d ra je st po­
chyłe i podchodzi pod sam e noże, k tó re szarp ią szm a­
ty n a m iazgę. A żeby jed n ak m aterjał był d ostatecz­
nie przygotow any , m usi przejść przez kilka holendrów .
W idzicie, panow ie, m a terja ł ten je st pom ieszany z wo­
dą, k tó ra w y p ry sk a łab y n a zew nątrz, ale niedopuszcza do tego p rzy k ry cie kół.
— A potem?
— P óźniej rozd ro b io n e g ałg an y w ęd ru ją pod p r a ­
sę, k tó ra w yciska z nich wodę i zam ienia je w żółtą,
zbitą masę. Masa ta m usi być w ybielona, gdyż in a­
czej otrzym alibyśm y p ap ier b rzy d k i.
— W jaki sposób n ad aje się tak czysty biały k o ­
lor m asie?—zag ad n ął Laon, biorąc jej trochę w palce
w p*
'
---- ....................... ,,W U.w .„n......
—
75
—
— Białość tę n ad ajem y chlorem , m asę m ieszam y
z chlorkiem , zaw ierającym ten gaz i dolew am y ro z­
cieńczonego kw asu siarczanego. C hlor niszczy wszelbie barw niki, i za jego sp raw ą, g ałg an y , ja k o tem
możecie się przekonać, n a b ie ra ją śnieżnej białości. Nie
koniec jed n ak n a tem. Masę z gałganów trzeb a po­
mieszać z m asą drzew ną; im gorszy p ap ier, tem jej
d o d ają więcej, n ajg o rsze zaś g atu n k i robim y praw ie
z sam ej m iazgi drzew nej. N ajlepszy je d n a k p ap ier
robi się z sam ych g ałganów bez przym ieszki drzew a.
Czynności tej m ieszania z m asą drzew ną lub po­
chodzącą ze słom y i innych m aterjałów roślinnych,
dokonyw a się także w holendrach; do m asy tej do­
daje się także farbki, aby p ap ier nie b y ł za żółty,
i kleju, aby atra m en t n a nim się nie rozlew ał. Oto
szklanka m ieszaniny. W y g ląd a ja k mleko, n iep raw ­
daż? Z togo w łaśnie m leka robi się p a p ie r n a wiel­
kiej m aszynie, k tó ra zajm uje całą salę sąsiednią.
Masa p ły n n a wlewa się do wielkiej kadzi, sk ąd w y­
cieka do płaskiej w anny, z w anny zaś na sito ru ch o ­
me; woda odpływ a, a p o zo stają sam e w łókna; co się
dalej dzieje, zobaczycie sami.
Chłopcy stanęli p rzed m aszyną i p atrzy li, ja k wil­
gotny papier, chw y tan y przez sty k ające się walce, wił
się pom iędzy niemi, ja k d ługa w stęga. W alce były
gorące, więc odbierały w stędze coraz to więcej wilgo­
ci; m asa schła w oczach, a n a końcu sali gotow y
z niej p ap ier okręcał się n a walec m etalow y.
W sali tej m łodzieńcy zabaw ili całe pół godziny,
aby ja k najlepiej zbadać p rzebieg zam iany mlecznego
płynu na papier.
— Cudow na m aszyna! Sam a w szystko r o b i..
— I to lepiej od rą k lu d z k ic h - d o d a ł z uśm iechem
inżynier, zab ierając się do wyjścia.
—
76
-
—
D ziękujem y p a n u serdecznie —rzek ł Stefan, k ła ­
niając się inżynierow i.
Koledzy poszli za przy k ład em S tefana i zadow ole­
ni opuścili papiernię.
według Wł. Umińskiego.
Ćwiczenie stylo w e (do wyboru). 1) Ułożyć plan prze­
czytanego artykułu, a następnie według tego planu napisać:
ja k się robi papier? 2) Jeśli uczniowie byli w jakiej fabryce
(niekoniecznie w papierni) niech opowiedzą, co tam widzieli.
3) Pamiętnik ćwiartki papieru.
X
26 .
C z e r s k .
Czersk leży p rzy ujściu rzeki C zarnej do W isły,
n a d jeziorem , otaezającem w półksiężyc górę zam ko­
wą, i je st zbudow any n a malow niczej wyniosłości,
z której m ożna nap aw ać się rozległym widokiem. Po
w iadają, że osada ta sięga przeszłością epoki p rz e d ­
historycznej. W początkach X III w ieku b y ła tu sto ­
lica udzielnych k siążąt Czerskich. Oni tu wznieśli za­
m ek w arow ny n a górze.
K iedy u m arł ks. Ziem owit I-szy w 1262 roku, Ma­
zowsze, ja k wam zapew ne wiadomo, zostało ro zd zie­
lone pom iędzy dw óch jego synów: Bolesław ow i d o sta ­
ło się księstw o Płockie, K onradow i —Czerskie.
C zersk w ytrzym yw ał niejeden n ap ad , pod jego muram i walczyli P ru sacy , Litw ini i Jadźw ingow ie, lecz
go nie zdobyli. C hylił się je d n ak ku upadkow i, w sku­
tek przeniesienia stolicy do W arszaw y.
Królowa B ona, po p rzyłączeniu M azowsza do Ko­
rony, zam ieszkiw ała chętnie w zam ku; m onarchini ta
sprow adziła z W łoch uszlachetnione szczepy winne
i obsadziła niemi stoki góry; lecz z winnicy owej nie
pozostało obecnie ani śladu. G dy w w. XVI W arsza­
—
77
—
wa p rzem ogła Czersk, m iasto podu p ad ło i już n ig d y
nie wróciło do daw nej świetności. D obiły je w ojny
szwedzkie. W 1656 ro k u dzielny C zarniecki ścigał
Szwedów, rozbitych pod W arszaw ą, a ci, uciekając,
schronili się w tutejszym zam ku i tam się krótko
bronili, spaliw szy p rzytem część m iasta z kościołem.
Jeszcze gorzej dostało się wówczas Czerskow i od
kozaków i Rakoczego, k tó ry w kroczył do Polski, p a ­
ląc i niszcząc po drodze.
A ustrjacy na początku bieżącego w ieku ostatecz­
nie zrów nali z ziem ią zam ek; ocalały zaledw ie wieże,
k tó ry ch ru in y w idać n a górze.
Ćwiczenie ustne. Opowiedzieć w krótkości treść prze­
czytanego artykułu. Niech uczeń wskaże, które w nim szczegóły
były mu znane dawniej, a czego nowego się dowiedział. Ze­
stawić ten artykuł o Czersku z poprzednio czytanym artyku­
łem p. t. Warszawa stolicą. Mazowsza.
27.
Wrażenia Janka w Lublinie.
1.
Nie m ogę powiedzieć, żeby pierw sze w rażenie L u­
blina było b ard zo w spaniałe. Ulica K rakow skie P rz e d ­
mieście, k tó rą w jechaliśm y od ro g atk i W arszaw skiej,
szeroka w praw dzie, ale nie osobliw ie zabrukow ana;
b ry czk a pomimo w olnego stępa podskakiw ała, ja k sza­
lona.
P o um yciu i okurzeniu, od eb raw szy od p a n a G rzy­
bow skiego rozporządzenie, żebyśm y robili z sobą, co
nam się podoba, byleśm y n a godzinę pierw szą staw ili
się w re sta u ra c ji hotelow ej n a obiedzie, w yszliśm y na
oglądanie m iasta.
Mamy tedy wolność zu p ełn ą do pierw szej, to jest
całe cztery godziny! Gdzie tu iść? T adek w praw dzie
—
78
—
b y ł już p a rę ra z y w Lublinie, ale pow iada, że go do­
k ładnie nie zna.
— E ureka! - w y k rzy k n ął nagle, stając p rzed em n ą
n a ulicy. —Toż tu m ieszka Antek, ten, co b y ł przez ro k
w naszej szkole, a teraz je st w gim nazjum tutejszem .
O dszukajm y go, a będziem y mieli doskonałego p rze­
w odnika.
Trafiliśm y, ja k nie m ożna lepiej. W praw dzie trz e ­
ba było poczciwego A ntka ściągać z łóżka, bo k o rzy ­
stając z w akacji, w ylegiw ał się, ja k praw d ziw y m iesz­
czuch, do d ziew iątej,— ale za to ucieszył się chłopak!
Z erw ał się n a rów ne nogi, u ścisk ał nas, ucałow ał.
— Za p a rę m inut będę gotów! Zobaczycie!
Idziem y tedy pro sto do pięknego kościoła, k tó reg o
w spaniały p o rty k i dwie w ysokie wieże okazyw ały
w yraźnie jed n ą z najw iększych św iąty ń L ublina — do
K atedry.
Znam w W arszaw ie w szystkie praw ie kościoły; są
większe, ale p od w zględem piękności — K ated ra lu b el­
ska dorów nyw a niew ątpliw ie n ajpiękniejszym . P ierw ­
szy raz zdarzyło mi się widzieć całe ściany, ozdobione
od g ó ry do sklepienia tak w spaniałem i m alow idłam i.
Zm ówiwszy pacierz p rzed jednym z bocznych oł­
tarzy, zaczęliśm y oglądać stare n ap isy i n ag ro b k i. Dwa
z nich dobrze zapam iętałem — m ianow icie m alow ane
na blasze p o rtre ty Klonow icza i W incentego Pola. Na
w inął się jak iś zak ry stjan : A ntek poprosił, żeby n as
wpuścił do słynnej sali, zw anej kapitularzem , gdzie,
ja k mówił, wiele je st do w idzenia. Isto tn ie i do wi­
dzenia i do słyszenia było niem ało. N ajpierw p rz e ­
pyszne m alow idła n a ścianach, a szczególniej n a sufi­
cie. J e st tam w ysoka ro tu n d a, n a k tó rej sklepieniu
widać niebo i św. M ichała A rchanioła, pędzącego na
koniu; tak to odrobione, że św. Michał zda się n a ­
p raw dę zaw ieszonym w śród obłoków. W idzieliśm y bo­
—
79
—
gate ornaty, złociste meble, fotel rzeźb io n y J a n a IH -go
i inne pam iątki.
—
N apatrzyliście się, to teraz posłuchajcie — p rze­
mówił A ntek, którem u ro la przew o d n ik a i m entora wi­
docznie b ard zo się podobała. P ostaw ił mnie w jednym
ro g u k ap itu larza, T ad k a w d ru g im - tyłem do siebie,
i kazał Tadziow i pow iedzieć szeptem p a rę słów. Stoję
cicho, zaciekaw iony, co z tego będzie,—a tu n ag le tuż
n ad uchem, ja k mi w rzaśnie huczący głos: «Czy sły ­
szysz?* O glądam się za siebie, a T adek stoi n a d ru ­
gim końcu sali, co najm niej o czterdzieści kroków odemnie. T ak dziw nie się głos w tej sali odbija, że kto
w jednym końcu do ściany szeptem mówi, to w d ru ­
gim końcu głos ten w yraźnie słychać — g d y w p o ­
środku n aw et tru d n o dom yślić się szeptu!
2.
W yszedłszy z K ated ry i m inąw szy na p raw o n a j­
w yższą b ram ę —T ry n itarsk ą, doszliśm y do innej b ram y ,
widocznie starośw ieckiej, z kru żg an k iem dokoła, z ze­
garem i obrazem M atki Boskiej. J e s t to b ram a K ra ­
kowska.
—
Co! pyszn a?—p y ta ł tryum fująco A ntek. —W W ar­
szawie takiej nie macie?
I rzeczyw iście takiej nie mamy.
P rzez b ram ę K rak o w sk ą doszliśm y do obszernego
placu, k tó ry A ntek n azw ał S tary m R ynkiem . Na śro d ­
ku jego stoi wielki gm ach, daw niejszy T ry b u n ał, gdzie
odbyw ały się słynne zjazd y T ry b u n alsk ie i gdzie p ó ź­
niej był sąd; tam —ja k mówi podanie —d jab eł nieg d y ś
złożył św iadectw o n a korzyść pokrzyw dzonej w dowy
i łapę z p azu ram i n a stole try b u n alsk im w ypalił. Do­
koła otaczają ry n ek w ązkie dom y o g ru b y ch m urach,
sieniach sklepionych — przy p o m in ające b ard zo dom y
naszego S tarego Miasta. J e d n a z tych stary ch kam ie­
nic, której fu try n y ozdobione są rzeźbam i, stanow iła
niegdyś w łasność ro d zin y Sobieskich.
—
80
—
P oza rynkiem , przez w ązką uliczkę do tarliśm y do
kościoła P odom inikańskiego czyli św. Stanisław a. Z cie­
kaw ością i szacunkiem p rzy g ląd ałem się tej w spania­
łej św iętyni, w której odbyw ały się n ieg d y ś sejm y
i zjazdy try b u n alsk ie.
S tam tąd zaw róciliśm y w in n ą ulicę, k tó ra d o p ro w a­
dziła n a s do drugiej staro ży tn ej bram y, zw anej G rodz­
ką. Dwie rzeczy są ciekaw e w dzielnicy, k tó ra się
przed nią i za nią rozciąga: plac po daw nym kościele
farnym i zamek. F a ra zb udow aną b y ła jeszcze w X III w.
przez L eszka C zarnego, n a miejscu, gdzie p rzed bitw ą
z Jadźw ingam i m iał mu się u k azać we śnie św. Michał.
Od la t blizko 50 kościół ten już rozebrano, ale plac
dotąd zowie się F arn y m .
Z b ram y G rodzkiej doszliśm y w p ro st do pięknego
zam ku, w którym baw ili nieraz królow ie polscy,
i w którym D ługosz uczył synów K aźm ierza Jagielończyka. P oczątek zam ku sięga jeszcze czasów C h ro b re­
g o —potem w szakże ulegał częstym zniszczeniom i o d ­
budow yw aniu. Dziś mieści się tam więzienie. Z g ó ry
zam kowej w idać dw a przedm ieścia lubelskie; Kalinowszczyznę oraz C zw artek. A ntek n am aw iał n as ko­
niecznie na K alinow szczyznę, ale zaczynało się robić
gorąco, skierow aliśm y się więc w bliższą okolicę, na
przedm ieście Czw artek, leżące za rzek ą Czechówką.
Z dała już w idać tam n a gó rze kościół, podobno n a j­
starszy w Lublinie, bo pierw otnie zb udow any jak o b y
jeszcze przez M ieszka I, m ianow icie kościół św. M ikołaja.
3.
Tym czasem słońce zaczęło dopiekać; po stan o w i­
liśm y więc zaw rócić k u środkow i m iasta, gdzie łatw iej
o cień i spoczynek. Jak o ż po k w ad ran sie d ro g i z n a ­
leźliśm y się n a szerokim p ro sto k ątn y m placu, k tó ry
oczywiście był targow iskiem . M nóstwo strag an ó w , wo­
zów, przekupniów , a p o śró d nich gro m ad k i włościan
z okolicy —w b u ry c h sukm anach, obszytych g ra n a to ­
—
81
—
wymi sznureczkam i, w słom kow ych szerokich k ap e lu ­
szach. K upiliśm y zap as jab łek i g ru szek , obładow aw ­
szy w szystkie kieszenie. P y szn e g ru szk i i stanow czo
tanie: po p ó łto ra g ro sza pom arańczów ki wielkie ja k
pięście — a soczyste, że mi d otąd ślina idzie n a ich
wspom nienie.
W yszliśm y znów koło kościoła św. D ucha n a K ra ­
kow skie Przedm ieście, k ie ru jąc się k u d ru g iem u k o ń ­
cowi m iasta t. j. k u ogrodow i Saskiem u. O gród p o d o ­
bał mi się już w przejeździe; teraz p rz y zw iedzaniu
praw dziw ie m nie zachwycił. Przecież to w spaniałe
urządzenie, praw ie, ja k n asze Łazienki! I ulice sze­
rokie, i klom by: k rzak i gęste i w ysokie drzew a; n a ­
wet je st cały lasek brzozow y, w któ ry m zn ajd u je się
pom nik kam ienny z d a tą założenia o g ro d u w r. 1831.
A ntek rósł w górę za każdym w ykrzykiem podziw ienia, k tó ry w ydaw ałem .
O beszliśm y w szystkie zak ątk i ogrodu, a sp o jrz a w ­
szy z za p a rk a n u n a przedm ieście W ieniawę, k tó reg o
małe dom ki z czerw onym i dacham i p iętrzy ły się je ­
den nad drugim , — udaliśm y się z pow rotem . Na z a ­
kręcie m ałej uliczki u k aza ł się pogrzeb.
— Oho! ktoś jedzie n a «R ury»—szepnął A ntek.
T ak n azyw a się cm entarz lubelski od wsi «Rury»,
podobnie ja k nasz s ta ry w arszaw ski zowie się Pow ąz­
kow skim od wsi P ow ązki.—Jechać n a R u ry , przenieść
się n a R u ry —oznacza w L ublinie przenieść się n a tam ­
ten św iat.
Z B rzezińskiego «Moje Wakacje na wsi» (w skróceniu).
O bjaśnienie. Eureka!—wyraz grecki, który znaczy „zna­
lazłem” — używa się, gdy ktoś po długim namyśle rozwiąże
jakieś trudne zagadnienie.—Sebastjan Fabjan Klonowicz, poe­
ta, żyjący w XVI wieku, autor Flisa, z którego czytaliśmy
CZYTANKI STO PN IO W A N E , I II .
6
—
82
—
wyjątek. — Wincenty Pol, poeta, który umarł w r. 1877. —
Trybunałem nazywano sąd, na którym i król bywał obecny;
w jednem półroczu trybunał zasiadał w Lublinie, a w drugiem — w Piotrkowie.
27.
W ś r ó d w o d y ').
Gdy N ida m inie Wiślicę, zd ążając do Wisły, rzu ca
się skw apliw ie w b u jn e łąki, bieży po zielonych bło­
niach i tw orzy tu liczne zatoki, rozlew a się w jeziorka,
b ag n a, m okradła. W iślane wody sw oją d ro g ą także
zrosiły bogato tę okolicę nizką i n ad ały jej c h a ra k te r
w odny. Je s t to b ard zo zaciszny zak ątek ziemi, pełen
właściw ego sobie uroku. Życie tu schodzi człowieko­
wi i jego w spółm ieszkańcom we mgle, dyszy się po­
w ietrzem sytem w odnego pyłu, a ro sa n ig d y praw ie
nie schnie. B laski słoneczne i księżycow e św iatło d ają
nieraz jasność b ard zo dziw n ą — niepew ną, migocącą,
żółtą, niby św iatło łojow ej lam py. Te b ag n a, trz ę sa ­
w iska, błota, czasam i p o ły sk u ją dokoła, ja k ołów, cza­
sami znow u isk rzą się odbitem i prom ieniam i niebie­
skich św iateł. Zim ą n a k ry w a je p łach ta lodu.
Zaw sze jed n ak przez większą połow ę ro k u cała
ow a okolica sp raw ia takie w rażenie, ja k g d y b y n a nią
dopiero co spadły obfite deszcze; je st tam m okro,
ślizko, chłodno, m glisto i dosyć posępnie. Siedziba to
stw orzeń, którym w oda sm akuje. D rzew tu taj jest
mało, jak w pustyni; zaledw ie n a płaszczyznie sp o ­
strzegasz kilka w ierzb białych i olszyn, złotow ierzb
a w iklina nie wyżej w zrastają od b u jn y ch sitów dokoła
‘) Przed czytaniem tego artykułu nauczyciel zechce p rzygoto­
wać obrazki zw ierząt i roślin, w spom nianych w nim, które m ogą
być dzieciom nieznane. Najlepiej czytać go po odpowiedniej po­
gadance przyrodniczej.
—
83
—
jeziorzysk, bagien, row ów . Za to pełno w szędy ro ­
goży, ta ta ra k u , trzciny i skrzypów . P o n a d w odam i
ro sn ą niezapom inajki, błotne kosaćce, krw aw nice, białe
sag itarje. P ow ierzchnia wód tych znow u o k ry ła się
kożuchem gęstej rzęsy, a z rzęsy w ystrzeliły piękne,
ja k z ala b a stru rzeźbione białe g rzy b ien ie i in n e w sp a­
niałe rozrosłe, niby centyfolje lu b kam elje, g rzy b ien ie
złote.
K iedy w iatr ro z b ry k a n y w p ad a w ajery , w ypraw ia
m uzykę w tym gąszczu ziela. I chw ieją się, ja k w ta ń ­
cu, ciemne kity oraz czerw o n aw o -b ru n atn e pałk i trzcin
w odnych. W tedy to tysiączne leg jo n y lazurow ych
i szm aragdow ych św itezianek czepiają się łodyg, a li­
ści tych g rają cy ch roślin, i p o ły sk u jąc, ja k b y ich k w ia­
ty, w milczeniu w ysłuchują m uzyki, z k tó rą p rz y le ­
ciał na Powiśle i P onidzie w iatr, ów b a rd z dalekiego
kraju... W pląsającym polocie p o jaw iają się złotaw e
ważki z olbrzym iem i oczami, i jętki jednodniow e, i wątluchne chróściki... Czasem z tajem niczych g łęb in ,
niby k rety wodne, pod w ierzch w ypływ ają czarne kałużnice lub pływ aki, a zadziw ione widokiem św iata,
czem prędzej trw ożnie na dno u c h o d z ą .. N iekiedy w y­
godnie je st zakopać się w błocie. Jak ieś długie, tru p io
w yblakłe pająki, o ru ch ach n iezd arn y ch , n astaw iły
sieci m iędzy liljam i w odnem i, i strach, i m ordy k rw a ­
we sieją. P łaski pluskolec łazi na swoich szczudłach,
a taki nieruchaw y, że zdaje się krw i nie mieć. Pow yłaziły ro g ate ślimaki, w ytrzeszczyły dziw ne oczy na
słońce i zaśliniły czystość zieleni u trzcin w ysm ukłych.
U staw iły się po brzeg ach szeregam i żaby, b y stro zer­
kają, czy ja k i bocian n a nie gdzie nie czatuje. One
w razie niebezpieczeństw a u m ieją dobrze sk ak ać i n u r ­
kować.
Tuż pod pow ierzchnią jezio ra p o k azał się i kró l
tych wód, zielonaw o-bury szczupak, sta n ą ł w wodzie
—
84
—
ja k m artw y, p a trz y straszliw ie, bo bez w yrazu... Mil­
czący ty ra n , m orderca, ob łu d n ą m ask ą pow agi p o k ry ­
w ający sw ą dzikość; tylko ruch w ody w strząsa jego
płetw am i zlekka. I otyły, g ru b o k arcz y sty k a rp w y­
łazi ze swej pieczary; p rzew alił się ciężko po wodzie,
ja k wielki bogacz, m ag n at, — b ły sn ął złotą łuską, za­
kłócił spokój w odnej przezroczy. Lin p o ru szy ł się
z mułu, w yciąga k u górze sw ą czarn ą ak sam itn ą g ło ­
wę, otw orzył o k rą g łą paszczę, żądnie pochw ycił ja k ą ś
zdobycz i zniknął w topieli.
A ry b ia m łodzież, liczny zary b ek h u la tu g ro m a­
dam i: szczęście życia, sw aw ola, w iodą ten d robiazg
n a zgubę. P luśn ie czasem p o n ad w odą sreb rzy sta
płotka, d a susa kiełbik, zm ykający p rzed zaw ziętą p o ­
gonią żarłocznego okonia. I rak , lichota w biegu,
pokazuje się niekiedy n a tym pospolitem ru szen iu
w szechw odnej rzeszy. Za państw em ow adów szybko
ściga jask ó łk a brzegów ka, w ydając niekiedy k ró tk i
odgłos jakiegoś rad o sn eg o try u m fu lu b k ąp iąc ciało
w przelocie. N abrzeżne pliszki fertycznie się zw ijają,
p odzw aniając jeden ta k t piosenki; p rzy czajo n e w gę­
stw inie długonogie i długodziobe b ek asy o raz chróściele krociam i tępią ro d y m uszek, kom arów , glist
x chrabąszczów . Lecz oto n a d brzegiem , n a jakim ś
wpół przegniłym p n ia k u u siad ł g ru b o g ło w y a cienkodzioby zim orodek, piękny, blaskiem p rz e p y c h u m ie­
niący się sam otnik: pow ażnie i cicho w p atru je się
w wodę, niby to badacz, a ja k k o t czuw ający, ab y
złowić nieo stro żn ą rybę.
I czapla z esow ato w ygiętą szyją, o czarnym czu­
bie, stoi posępna, ja k b y los św iata opłakiw ała; po fary zejsk u się ona zam yśla, bo celem jej życia je st tą­
pie, gubić, pożerać, ab y istnieć. Ł y sk a czasem się
m ignie w w odnych zaroślach, a niedorzecznością je st
mniemać, że to jej włóczenie się po zielu je st ja k ą ś
—
85
—
bezcelową w ędrów ką. Dziwne głosy k u rek w odnych
m ożna podsłuchać w śród owej p o zo rn ej ciszy. Serce
ci bije praw ie z obaw y, czy to nie są jak ie n a d p rz y ­
rodzone dźw ięki, czy one nie pochodzą z zaczaro w a­
nych p o d w odą pałaców . Lecz szukaj p ra w d y p o w ab ­
niejszej n ad w szelkie zm yślenie: to b ąk i rżą, ja k g d y ­
by pod ziem ią tętniło; ry b y m lask ają i klaszczą w n o ­
rach; zb łąk an a p taszęca m atk a dzieci do łona swego
wabi; k u rk a w odna, z jaj spłoszona, w ydaje głos trw o ­
gi, może jej kto pom oc przy n iesie w nieszczęściu
Zresztą, gdzie niem a tajem nic?... I tu taj są ich miljony. Kto wie dobrze, co n a dnie jezio ra p o rab ia
szczeżuja, zam knięta w m uszlach? Jak ie są bóle
i uciechy m arnej żaby? Kto wie, czyją krew chłepcą
pijaw ki? Alboż nam znane są m acierzyńskie pośw ię­
cenia cyranek? Alboż po dnie wód n aszy ch dniem
i nocą nie łażą, ja k widma, straszn e p o tw o ry rów nie
krw iożercze, ja k wilki, ty g ry sy , hijeny? Czyż w ciała
w odnych stw orzeń nie w pijają się inne wodne istoty?
W szakże m ały p ły w ak sk ra d a się nieraz po cichu do
olbrzym a szczupaka i stra sz n ą ra n ę wierci m u aż do
trzewiów lub serca. W śród rozległych bagien, n a d
jezioram i, n ad rzekam i — człowiek się p rzeraża, a je ­
dnocześnie religijnie szan u je ciszę tych miejscowości,
ja k b y je uznaw ał za p rz y b y te k w yższych od siebie
istot.
Na naszym w odnistym k lin ik u ziemi, blizko w ierz­
chołka k ą ta ostrego, k tó ry utw o rzy ła W isła z Nidą,
jest św iat, nie dający się poznać z żadnej książki.
T rzeba tam iść i zam ieszkać, aby zrozum ieć ten ro ­
dzaj życia. T rzeba się oswoić z tajem nicam i owej
św iątyni w ja sn y dzień i o szary m zm roku, w nocy,
o wschodzie, o zachodzie słońca. T rzeba tu być na
wiosnę, w lecie, jesien ią i zimą.
A. Dygasiński.
—
86
—
O b ja śn ien ia i u w a g i języko w e. Gdy Nida minie W i­
ślicę, zdążając do Wisły! Wyszukajcie na mapie Królestwa
Polskiego rzekę Nidę! Wskażcie miasto Wiślicę! Czy wiecie,
czem ono było w bistorji? (Kazimierz Wielki nadał tu prawa,
zwane statutem Wiślickim w 1347 r.). Co to są jeziorka*
bagna, mokradła? Te dwa ostatnie wyrazy są, jak wi­
dzicie, bardzo do siebie zbliżone znaczeniem, a przecież nie
jednoznaczne. Takie wyrazy zowiemy blizkoznacznemi lub
synonimami. Współmieszkańcy — mieszkańcy tego samego
miejsca, w danym razie wyraz ten oznacza zwierzęta wodne.
Ceniyfolje—róże stulistne (wyraz ten pochodzi z łaciny: centum —sto, folium—liść). Legjony — oddziały; wojsko rzym­
skie dzieliło się na legjony, może słyszeliście kiedy o legjonach polskich za Napoleona. Lazurowy—niebieski np. la­
zur nieba. Szmaragdowy—zielony; jest drogi kamień zwany
szmaragdem, zielonej barwy i od niego ta nazwa pochodzi.
Bard — śpiewak i muzyk, dawniej tak nazywano śpiewa­
ków zwłaszcza w Anglji — a dlaczego tu wiatr nazwany
bardem? Zerkać — spoglądać od czasu do czasu. Tyran—
okrutnik, nazywają tak zwykle złego władcę. Żądnie—bardzo
chciwie. Fertycznie—zręcznie i żwawo. Esowaty—przypo­
minający kształtem literę S. Po faryzejsku — obłudnie, po­
nieważ faryzeusze, jak wiecie z historji św. Nowego Testa­
mentu, odznaczali się obłudą.
ćw iczen ia piśm ien n e. 1) Wypiszcie nazwy wszystkich
a) roślin b) owadów c) ryb d) ptaków, wspomnianych w tym
opisie. Podkreślcie te, które poznaliście świeżo. 2) Wybierz­
cie przym iotniki pochodne, wyjaśnijcie, od jakich wyrazów
zostały utworzone. 3) Wypiszcie porównania, których tu
użył autor i wyjaśnijcie, dlaczego są one trafne.
—
87 —
I.
29.
Wstań o dziecię . • .
W stań, o dziecię! idź na pole,
Gdzie po t lu d u w siąka w rolę,
Gdzie pod jasnem naszem niebem,
Kłosy brzęczą żytnim Chlebem,
Ja k o s tru n y szklane.
Idź i słuchaj, a w tym szumie
Może serce tw e zrozum ie,
Ja k ie to tam ro sy świecą,
J a k m asz uczcić dolę km iecą
I zgrzeb n ą sukm anę!
II.
Ucz się, drogie dziecię m oje,
Nosić wcześnie tw ard e zbroje,
J a k daw ni rycerze!
Nie z żelaza, nie ze stali,
Te, co ludzie w ykuw ali
H ełm y i pancerze,
Ale jasną, ale dzielną
Z broję ducha nieśm iertelną,
Co się strzał nie boi;
Ale ta k ą tarczę złotą,
Co się zowią wolą, cnotą,
A za oręż stoi.
III.
K iedy widzisz skrę, co p ry s k a
Z n ad k ow adła i ogniska,
Gdy dłoń widzisz z kielnią, z młotem ,
J a k n a d głow ą śm iga h ard o ,
Gdy n a tw arzy, zlanej potem ,
O dgadujesz dolę tw ard ą,
U chyl czoła, sy n u miły,
P rzed tym co się k rw aw o znoi:
L ud i p raca — to są siły,
A św iat cały niem i stoi!
S zanuj, dro g ie dziecię moje,
W małem zia rn k u — p rzy szłe plony,
W małej k ro p li — przy szłe zdroje,
W szeląg u — m iljony.
W każdej m yśli — zaró d czynu,
Życie — w chwilce co ucieka,
A sam w sobie — szan u j, synu,
P rzyszłeg o człowieka!
M. Konopnicka.
30.
C zarnolesie1).
O
dw anaście w iorst n a p raw o od szosy, p ro w ad zą­
cej z R adom ia do Lublina, w pobliżu Zwolenia, leży
wieś C zarnolas, m iejsce długoletniego p o b y tu w ielkie­
go poety polskiego — J a n a K ochanow skiego.
N ieopodal od w nijścia do obszernego, stareg o o g ro ­
du, w idnieje kaplica z gotyckiem i oknam i; w sk ład jej
m urów w chodzą szczątki dom u poety. Je d e n tylko
kaw ał ściany pozostał n ietk n ięty i dziś je st otoczony
drew nianem i k ratam i, strzegącem i go od zniszczenia,
a m alow niczo oplecionem i pow ojem , bluszczem i ro z ­
m aitym i krzew am i.
Niestety, sław nej lipy, pod k tó rą p oeta tak lubił
przesiadyw ać i pisać, niem a już ani śladu; p ad ła ona
około 1770 roku> pod ciosem siekiery, przez fata ln ą
pom yłkę. W owym to czasie, dzierżaw ił C zarnolas
l) U w a g a d la n a u c zy c ie la . Przed czytaniem niniejszego
artykułu należy przekonać się, czy uczniow ie wiedzą, kim b ył Jan
Kochanowski i wrazie potrzeby udzielić stosow nego objaśnienia.
—
89
—
n ie jak i Ł opuszański, k tó ry pew nego razu, w yjeżdża­
jąc, polecił ekonom ow i okrzesać pam iątkow e drzew o
z narośli; ten zaś, źle zrozum iaw szy rozkaz, ściął ją
zupełnie.
K siężna T eresa Jab ło n o w sk a, dla uczczenia pam ięci
poety, w ystaw iła n a miejscu, gdzie rosła nieg d y ś ol­
b rzy m ia lipa, obelisk z kam ienia ciosowego, w sp arty
n a płycie z piedestałem , a ozdobiony n a w ierzchołku
popiersiem wieszcza, w hiszpańskiej kryzie.
Na obelisku wycięto słow a trenu, opiew ającego żal
K ochanow skiego po stracie ukochanej córeczki, a p o ­
czynający się od słów: «Moja w dzięczna O rszulo*.
U stóp czw orobocznego obelisku rzeźb iarz um ieścił
sym boliczną trum ienkę.
W letnim p ałacu księżny w dowy zn ajd u je się jesz­
cze kilka cennych p am iątek po K ochanow skim : k rz e ­
sło rzeźbione z drzew a dębow ego, z dw iem a p o ręcza­
mi, w ysłane pilśnią i k ry te sk ó rą, biało lak iero w an ą,
w w yzłacane wzory.
Tuż obok stoją k u te żelazne drzw i z herbem , k tó ­
ry tak że w idnieje n a oparciu fotelu; p o d obno kiedyś
drzw i te prow adziły do sk arb ca K ochanow skiego.
N ad głów nem wejściem do pałacu istnieje k o p ja
tablicy, k tó rą J a n zaw iesił ongi n ad drzw iam i sw ego
dom ku, w ybudow anego w 1560 roku, a na niej n a stę ­
p u jący napis:
«Panie, to m oja praca, a zdarzenie Twoje,
Raczże błogosław ieństw o dać do końca Swoje,
In n i niechaj pałace m urow ane m ają,
I szczerym złotogłowem ściany obijają.
Ja, Panie, niechaj m ieszkam w tem gnieździe Ojczystem .
A Ty mnie zdrow iem o p atrz i sum ieniem czystem,
Pożyw ieniem uczciwem, lu d zk ą życzliwością,
O byczaj mi znośnem i, n ie p rz y k rą starością*.
(według W. U m ińskiego).
-
90
—
O bja śn ien ia języko w e. Piedestał -podstawa. Symbol—
znak, np. gałązka oliwna jest symbolem pokoju; stąd przy­
miotnik symboliczny stosuje się do rzeczy, będącej pewnym
znakiem. Kopja — naśladowanie dokładne oryginału, odpis
jakiegoś dokumentu, np. kopja obrazu, kopja metryki i t. d.
Ongi— niegdyś.
Ćw iczenie (ustne i piśmienne). Z przeczytanego artykułu
wybrać wyrazy cudzoziemskie t. j. pochodzące z obcych ję­
zyków i wedle możności wyjaśnić ich pochodzenie.
31.
Urszulka.
(Jana Kochanowskiego tren X).
Ż aden ojciec podobno bard ziej nie miłował
Dziecięcia, żaden b ardziej n a d mię nie żałow ał;
A też ledw ie się kiedy dziecię urodziło,
Ooby łaski rodziców sw ych tak godne było.
O chędożne, posłuszne, k arn e, niepieszczone,
Śpiew ać, mówić, rym ow ać, jak o co uczone,
K ażdego ukłon trafić, w yrazić postaw ę,
O byczaje panieńskie um ieć i zabaw ę.
R oztropne, obyczajne, ludzkie, nierzewliwe,
D obrowolne, układne, skrom ne i w stydliw e,
N igdy ona p o ran u karm ie nie w spom niała,
Aż pierw ej B ogu sw oje m odlitw y oddała.
Nie poszła spać, aż pierw ej m atkę pozdrow iła,
I zdrow ie sw ych rodziców B ogu poruczyła.
Zaw sze naprzeciw ojcu w szystkie p rzeb y ć progi,
Zaw sze się u rad o w ać i p rzyw itać z drogi.
K ażdej ro b o ty pomódz: do każdej posługi
U przedzać było w szystkie rodziców sw ych sługi.
A to w tak m ałym w ieku sobie poczynała,
Że więcej n ad trzydzieści m iesięcy nie m iała.
—
91
—
T ak wielu cnót jej m łodość i takiej dzielności
Nie m ogła znieść; u p ad ła od sw ojej bujności,
Żniw a nie doczekaw szy. Kłosie mój jedyny,
Jeszcześ mi się by ł nie stał, a ja twej godziny
Nie czekając, znow u cię w sm u tn ą ziemię sieję;
Ale pospołu z tobą g rzeb ię i nadzieję:
Bo już nig d y nie w nidziesz, ani p rzed m ojem a,
W iekom wiecznie zakw itniesz sm utnem i oczema.
O b ja śn ien ia języko w e. Każdego ukłon trafić, wyrazie
postawą—znaczy, że Urszulka, jak wiele małych dzieci, umiała
dobrze naśladować ruchy osób, które widziała. Rzewliwe
dziecko znaczyło dawniej płaczliwe, mazgajowate; Kochanow­
ski chwali swą córeczkę, że nie płakała bez przyczyny. Poranu]—- rano, rankiem. Karmie (opuszczono przyimek o) —
pokarmie, jedzeniu. Przed mojema smutnemi oczema — dziś
powiedzielibyśmy: przed mojemi smutnemi oczami—dawniej
używano takiej formy, gdy chodziło o dwoje oczu—jestto za­
bytek liczby podwójnej.
Ćw iczenie stylow e. Przymioty Urszulki. W czem dzisiej­
sze dzieci mogłyby ją, naśladować?
32.
Podanie o założeniu Wilna.
Już pół tysiąca la t temu, g d y pew nego d n ia G edymin, książę litew ski, zm ordow any polow aniem , p rz e p ę ­
dzał z dw orem i p an am i n ajp ięk n iejszą noc księżyco­
wą n ad brzegiem W ilji w tej sam ej kniei, w k tó rej mu
p rzed chw ilą udało się zabić ogrom nego tu ra czyli
żubra. U radow any ta k szczęśliwem polow aniem , zaraz
k azał w ypraw ić w spaniałą ucztę. B yło to w porze je ­
siennej! Zaw ieszone od jed n y ch gałęzi do d ru g ich
kosztow ne zapony, usłan e zw ierzęcem i skóram i m u ra ­
wy, m nóstw o rozłożonych ognisk, psy, sokoły, łow czo­
wie, k ucharze i różnego ro d zaju d ru ży n a, osobliw szy
—
92
—
w śród dzikiej puszczy p rzed staw iały widok. R ozm a­
wiano wesoło o w ypadkach d n ia ubiegłego: kto wię­
cej upolow ał zw ierzyny, k tó ry ro d zaj psów lepiej się
zasłużył, przytem robiono rozliczne uw agi, śm iano się,
żartow ano, ja k to zw ykle m iędzy m yśliw ym i się z d a ­
rza. W ieczorem po całodziennych tru d ac h i w ypróż­
nionych p u h arac h posnęli w szyscy i znużeni pokładli
się; ale i we śnie jeszcze m arzyli o łow ach i p rzy g o ­
dach dnia m inionego.
N azajutrz, p rzy śn iad an iu , G edym in o pow iadał sen
swój całem u sw ojem u dw orow i, obiecując znaczną n a ­
grodę temu, kto b y trafnie znaczenie jego wyłożył. Sny
bowiem w ow ych czasach u w ażan e by ły za p rzestro g i
bogów i w yw ierały stanow czy w pływ na p o stęp k i lu d z­
kie. Śniło się zaś księciu, że w idział wilka, o k ry teg o
zb ro ją żelazną, z któ reg o gardzieli d aw ał się słyszeć
głos ja k b y stu wilków w yjących. T ak dziw ne m arze­
nie p o g rąży ło w szystkich obecnych w głębokie zad u ­
m anie. Sadzili się panow ie na różne tego sn u w y k ła­
dy, lecz żaden nie um iał zadow olić księcia. W tedy
zab ra ł głos m ą d ry L izdejko, wieszcz i a rcy k a p łan li­
tewski; zapew nił on księcia, że sen jego o d k ry w a wolę
bogów: żąd a ją oni, aby na miejscu, gdzie z jego ręk i
poległ zw ierz srogi, stanęło potężne m iasto, k tó reg o
sław a rozchodzić się będzie po całym świecie, wilk b o ­
wiem żelazny oznacza gró d w arow ny, a głosy w nim
w yjące—m nogość jego m ieszkańców .
P odobał się G edym inow i taki w ykład snu jego; za­
klaskał z radości w ręce, u d aro w ał wieszcza i po p o ­
wrocie niezw łocznie w ydał ro zk azy zak ład an ia m iasta.
W krótce tysiące siekier, roznosząc łoskot po lesie, w y­
płoszyły zdziw ione zw ierzęta z ich odw iecznych sie­
dlisk; z trzaskiem p ad ały stu letn ie dęby i jodły, p rz e ­
stronniej i jaśniej zrobiło się w ciemnej gęstw inie,
a k n ieja u stąp iła m iejsca w arow nem u grodow i.
—
93
—
T aki był, w edług p o d an ia, początek m iasta W ilna
które leży w prześlicznej okolicy p rzy ujściu rzeki
Wilejki do W ilji. Stało się ono niebaw em stolicą k sią ­
żąt litew skich: m ieszkał w niem bow iem n ap rzó d sam
założyciel m iasta, G edym in, potem syn jego Olgierd,,
a wreszcie w n u k -J a g ie łło . J a k wiemy z dziejów, J a ­
giełło p rz y ją ł chrzest święty, a n a nim imię W łady­
sław a, ożenił się z k rólow ą polską, J a d w ig ą ;—wówczas
cała Litw a została ochrzczona i stanow iła o dtąd z P o l­
ską jedno państw o.
O bjaśnienia język o w e. Sny wywierały wpływ na po­
stępki ludzkie — ludzie zastanawiali się nad tem, co im się
śniło, wyciągali stąd wróżby co do przyszłych wypadków lub
wskazówki co do tego, jak mają, postą,pić. I dzisiaj zdarzają
się ludzie, którzy usiłują sny objaśniać i martwią się np.,
gdy im się śni, że ząb wypadł, ponieważ według nich ma to
znaczyć, że ktoś z rodziny umrze; ale takim gadaniom nie
należy wierzyć, bo to zabobon, a każdy zabobon jest grze­
chem przeciwko pierwszemu przykazaniu Boskiemu: „Nie bę­
dziesz miał cudzych bogów obok mnie!” I nasze przysłowie
też mówi: „Sen — mara, Bóg — wiara”. Pogańskim jednak
Litwinom nie można mieć za złe, że tego nie wiedzieli i przy­
pisywali snom duże znaczenie. Wieszcz—prorok; niekiedy wy­
razu tego używamy w zastosowaniu do poetów, np. Mickie­
wicza nazywamy naszym wieszczem. — Lizdejkę słusznie tu
nazwano mądrym, gdyż korzystał ze sposobności, aby dać
dobre rady księciu co do założenia miasta. Mnogość—wielka
ilość, obfitość. Niezwłocznie—natychmiast. Przestronnie—
obszernie. Dotąd używane wyrażenia: „Bajesz, jak o żelaz­
nym wilku”, „słuchać jak o żelaznym wilku” , ^prawdopodo­
bnie wzięły początek od powyższego podania.
Ćwiczenie g ra m a tyczn e. Z przeczytanego artykułu wy­
brać zdania, skrócone za pomocą imiesłowów.
_
33.
94
—
Litwa.
Tam n a północ! hen daleko!
Szum ią puszcze p o n ad rzeką;
T am św iat inny, lud odm ienny,
K raj zapadły, rów ny, senny,
Często m szysty i piaszczysty;
Puszcze czarne, zboże m arne,
Niebo bledsze, traw y rzadsze,
R ojsty grzązkie, g roble wązkie,
R yby, g rz y b y i w ędliny;
L ny dorodne, h u k zw ierzyny
I kęs chleba w czoła pocie.
A n a p ań sk i stół łakocie:
Lipce stare, łosie ch rap y
I niedźw iedzie łapy.
Puszcz i żubrów to k rain a,
A dziedzictw o G edym ina.
ćm ią się puszcze, m gła się zbiera,
Po pasiekach k ra j przeziera,
W ół za rogi orze zgliszcze,
W ostrym żw irze socha świszczę,
A za d ro g ą gdzieś p o stronne
C iągną wózki jed n okonne.
Koń obłęczny w w ózkach małych,
L ud w chodakach z ły k a szytych,
W chatach, dym em ogorzałych,
D ranicam i p łask o k ry ty ch .
Gdy n a lud ten człek spoziera,
To aż serce żal opłynie,
I zap y tać chęć go zbiera:
Co ci to, Litwinie?
Ale Litw in nie w ygada!
Bo w tej du szy h a r t nielada!
—
95
—
L u d to cichy, rzew ny, sk ry ty ,
J a k to mówią: kuty, bity;
Kiedy szczery, jak w osk topnie,
Ale g dy go kto zahaczy,
.T o i w grobie nie przebaczy,
I n a końcu sw ego dopniel
Choć k raj jego niebogaty,
R adzi sobie, bo oszczędny;
Nie m arn u je grosz n a szaty,
Bo ro zsąd n y i oględny.
Nie zw ykł on się kochać w krasie,
Ale m yśli o zapasie, —
I dob y tek w dom grom adzi,
I o «jutrze» wiecznie radzi.
To też znajdziesz w każdej porze
W bród w szystkiego, ja k w kom orze.
Czy w krajance, czy w gomółce,
Je s t w sern ik u ser n a półce;
W iszą kum pie i wędliny,
I półgęski, i św ininy;
O b o k w długich żerdziach ryby,
Z siatki p ach n ą leśne grzyby,
A kw as czysty m iasto wody.
W lochu stoją białe miody,
W ódki stare i nalew ki,
I rok cały lód przeleży.
A już w św irnie w iszą w ianki
I rozliczne przyodziew ki;
P łótna cienkie, jasn e tk an k i
I p rz y b o ry do odzieży.
W kuble stoi ów miód święty,
A dokoła włok rozpięty.
Nucąc pieśni o Birucie,
O P erk u n ie i Kiejstucie,
—
96
-
P rz y łuczyw ie u kom ina
P rzęd zie m iękki len d ru ży n a;
A w pobliżu dziatw y zdrow ej
Toczy kołem wąż dom owy.
K rosna sto ją w małem oknie,
I czółenko p ły w a w włóknie
P ieśni płyną, ja k uroda,
A wiek schodzi nib y woda.
Wincenty Pol.
O bja śn ien ia języko w e. Rojsty - tak nazywają na Litwie
błota, mchem porosłe, wśród których gdzieniegdzie wyrasta
sosenka. Chrapy—nozdrza (u zwierząt). Lipiec—miód. Ge­
d y m in — dawny książę litewski. Zgliszcze — miejsce, gdzie
był pożar, ziemia wypalona. Chodaki — trzewiki drewniane
(łapcie). Dranica—deska, darta z drzewa sosnowego, służą­
ca do pokrycia dachów. Zahaczy—zaczepi. Wbród—poddostatkiem. Kumpie—gatunek szynki. Miasto—zamiast. Lock—
piwnica. Włok — ogromna sieć rybacka, którą dwóch ludzi,
brnąc lub płynąc po wodzie, wlecze przed sobą. Kiejstut—
książę litewski, syn Gedymina; Biruta;—jego żona; Perkun—
główny bożek w pogańskiej Litwie. Wąż domowy — na Li­
twie węże są tak pospolite, że nietylko się ich nie boją, lecz
nawet chowają w domu, karmią mlekiem i t. p. W dawnych
czasach nawet niektóre węże uważano za święte.
O m ów ienie ustne. Na jakie części moźnaby rozłożyć
przytoczony opis? Jakie cechy krajobrazu litewskiego są tu
wspomniane? o jakich bogactwach natury się tu mówi? (nau­
czyciel wskaże związek jednego pytania z drugiem np. są na
Litwie wielkie lasy więc i dużo zwierzyny; są jeziora i błota
a stąd dużo ryb i t. p.). Co poeta mówi o ludzie litewskim?
Które ze wspomnianych cech charakteru uważasz za wady,
a które za przymioty? Porównaj okolicę, w której mieszkasz
(lub do której jeździłeś na wakacje), i lud tamtejszy z tym
f
—
97
-
opisem Litwy i Litwinów (wskaż podobieństwa i różnice. Na
czyją one wypadną korzyść według ciebie?).
Ćwiczenie g ra m a tyczn e. Wybrać i rozklasyfikować
wszystkie części mowy nieodmienne, nie wyłączając wy­
krzykników. (por. Gram. § 6).
34.
Żubr.
Je st to ro d zaj wołu, od k tó reg o tem się różni, że
jest większy, silniejszy i z p rzo d u ode łba do połow y
ciała jest obrośnięty kędzierzaw em i k u d łam i. Rogi
ma krótkie, zakrzyw ione, oczy b y stre, skórę na p y sk u
pom arszczoną. W ygląd m a straszn y . Ż u b r nie n a p a ­
stuje ludzi, chyba zaczepiony, ale w tedy w p ad a w wście­
kłość, i co napadnie, ro zb ija ro g am i i tra tu je racicam i;
goni tak szybko, że na koniu tru d n o p rzed nim uciec.
Mięso, osobliw ie z m łodych, m a być sm aczne, ale kto
je teraz jada?... chyba najw ięksi panow ie i to rzad k o
kiedy.
O becnie żu b ry na świecie praw ie w yginęły; są ty l­
ko jeszcze w jednem m iejscu: w puszczy Białowiezkiej, leżącej w g u b ern ji G rodzieńskiej. Tam strażn icy
pilnują, żeby do nich n ik t nie strzelał; m u szą naw et
zapisyw ać i podaw ać corocznie, ile sztu k jest, ile u b y ­
ło i przybyło. D latego p ie lęg n u ją je tak troskliw ie, że
inaczej, zw ierzę to całkiem by w yginęło. P o d łu g p o ­
dania strażników puszczy Białow iezkiej, pow inno być
obecnie 700 — 800 sztuk żubrów ; ale czy je st tyle, za­
ręczyć trudno, bo niepodobna, żeby złodziej się nie
zakradł i nie u b ił czasem kilku sztuk m łodych, a mo­
że też giną one i w inny sposób, szczególnie od zw ie­
rza dzikiego lub p astw isk jałow ych.
Ż ubry są dość płochliwe, i gdy ra n n y jeleń często
rzuca się na Strzelca, żubr, należący jeszcze do stad a,
CZYTANKI S T O PN IO W A N E , I II .
7
—
98
—
niem al nigdy. N atom iast sta re samce, chodzące p o je­
dynczo, są złe, zuchw ałe i b y w ają niebezpieczne. Cza­
sem, a zw łaszcza zim ow ą p o rą, ta k i p o jed y n ek staje
na poprzek drogi, ja k g d y b y szu k ał zaczepki, i nie
u stęp u je nietylko jednem u człowiekowi, ale i całej
grom adzie. Zobaczyw szy zbliżających się ludzi, wo­
zy i konie, poczyna kiw ać sw ą olbrzym ią, b ro d a tą
głow ą, toczy krw aw em i oczyma, w y d aje głuchy m ruk,
po d o b n y do ch rząk an ia i c h rap a n ia zarazem , i rzuca
się n a oślep.
N aów czas b iad a zaczepionym ! To też chłop p u ­
szczański, jad ący zim ą saneczkam i, g d y zobaczy z d a ­
ła stojącego n a d ro d ze p o jedynka, zjeżdża n aty ch ­
m iast w las i s ta ra się objechać o lb rzy m a ja k n a j­
dalej.
P ew ien s ta ry leśnik opow iadał, iż dw a ra z y w ż y ­
ciu był n a p a d a n y przez żubra. Raz schronił się pod
pień leżący i w yciągnął się wzdłuż, p rzy cisk ając ciało
do drzew a, ja k m ógł najszczelniej. Ż u b r nie m ógł go
deptać, że zaś p rzy p n iu b y ła wklęsłość, nie m ógł
także podłożyć pod niego rogów . Jed n ak że zaciekły
zwierz nie odstępow ał go przez kilk a godzin. L eśnik
mówił, iż zdaw ało m u się, że trw ało to wieki całe.
W innej części św iata, k tó rą zow ią A m eryką, ży ją
zw ierzęta do żubrów b ard zo podobne, zw ane bizony,
ale m niejsze i nie tak silne.
Ćwiczenie stylow e. Na wzór powyższego opisu żubra
ułożyć opis jakiego innego zwierzęcia dzikiego np. wilka,
niedźwiedzia i t. p., znanego uczniowi lub uczennicy.
35.
W ęże i żmije.
Ile złego spraw ić może nieśw iadom ość, najlepszym
dow odem są węże. D latego że żm ija je st jadow itą,
a wąż do żmii po d obny, dalejże na niego! A przecie
—
99 —
wąż nietylko nie je st szkodliw y, ale ©wszem pożytecz­
ny, podobnie ja k ja szc zu rk a i ropucha, k tó re rów nież
niesłusznie są prześladow ane. W szystkie one bowiem
karm ią się ow adam i i robakam i, k tó re w ielkie w o g ro ­
dach i w polu sp raw iają zniszczenie; węże n ad to ło­
wią żaby, które niszczą n a ry b e k w staw ach naszych.
To też gdy u nas lud ciem ny ciska kam ieniam i n a te
niew inne stw orzenia, u n arodów więcej oświeconych,
ja k w A nglji, nietylko je oszczędzają, lecz ja k np. ro ­
puchy, sp rz e d a ją n aw et n a targ ach . R o ztro p n y go­
spodarz k u p u je te użyteczne stw orzenia i chowa
w ogrodach, co m u się sowicie opłaca.
P rześladow anie wężów o tyle je st nieuzasadnione,
że nie tru d n o je st odróżnić w ęża od szkodliw ej żmii.
Ż yjąca u nas żm ija p o siad a wzdłuż całego ciała p asek
zygzakow aty, ciało ma k u głowie zwężone, a k ształt
głow y sercow aty, ku tyłow i rozszerzony. Głowa węża
je st płask a, ja jo w ata i wolno zwęża się, p rzech o d ząc
w szyję.
N ajpospolitszym u n as gatunkiem węża je st za­
skroniec. P rzeb y w a on p rz y wodach, po lasach, zaro ­
ślach i łąkach, czasem po dom ach i stajn iach . Na p o ­
karm bierze żyw y łup, k tó ry p o ły k a w całości, cho­
ciaż tenże byw a niekiedy g ru b szy od jego głow y. Mo­
że to je d n ak z łatw ością czynić, g d y ż jeg o d olna
szczęka sk ład a się z dw óch n iezrośniętych kości, k tó ­
re w razie p o trzeb y dow olnie rozsuw ać się m ogą. W ąż
rad się n a słońcu w ygrzew a. Je s t bojaźliw y i u n ik a
nieprzyjaciela; znienacka zaskoczony—syczy, w ysuw a
rozdw ojony język, fałszyw ie b ra n y za żądło, a rzad k o
kiedy ukąsi, i to bez żad n y ch złych skutków ; pełza
po ziemi, pływ a w wodzie w ybornie, a n aw et po
krzakach się spina, choć nóg nie ma; słowem tru d n o
o w iększą zręczność i m ało stw orzeń m u w tem do­
rów na.
—
100 —
R óżne o nim ludzie opo w iad ają rzeczy, n ie k tó rzy
n aw et m ają go za złego ducha. Ale baśniom najlepiej
nie wierzyć.
Żm ija p rzeb y w a w nizinach p o śró d zaro śli, do wo­
dy nie chodzi, łu p u żywcem nie ły k a. G dy schwyci
np. mysz, w pierw ją ukąsi, b y zapuścić ja d , poczem
m ysz w krótce zdycha. J a d swój żm ija w ypuszcza
z gruczołów przez otw ory w zębach, zw an y ch ja d o ­
wymi. N ap ad n ięta lub zaczepiona, choćby p rz y p a d ­
kiem, żm ija k ąsa człowieka. S k u tk i ja d u w krótce się
pokazują; gw ałtow ny ból, spuchnięcie części zranio
nej, słabość, nagłe opadnięcie z sił, zaw ró t głow y
i mdłości. Ś rodkam i ra tu n k u są: n ajp rz ó d wymycie
ra n y i podw iązanie od stro n y serca; g d y b y zaś była
głębszą, należy ją n aw et w ykroić albo wypalić, aby,
krew odchodziła. Gdy u sta nie są skaleczone, b ard zo
d o b rze je st ra n ę wyssać; jad połknięty nie je st szko­
dliwym; życiu w tedy zagraża, gdy d ostanie się w prost
do krw i. D obrze też jest, aby u k ąszo n y zażył zaraz
w ody chlorow ej.
Żm ija lubi św iatło i ciepło, dlatego w ychodzi tylko
za dnia, i to w dni pogodne. W lecie węże i żmije
żyją pojedynczo, n a zimę w szakże schodzą się w gro
m adki, i zw inięte, p rzeb y w ają w o d rętw ien iu aż do
wiosny. O dbyw ają więc, jak wiele in n y ch zw ierząt
sen zimowy.
Ćwiczenie stylo w e (do wyboru). 1) Ułożyć plan prze­
czytanego artykułu. 2) Opisać któregokolwiek ze znanych
sobie gadów np. jaszczurkę, ropuchę, węża, żmiję i t. p.
ćw iczenie g ra m a tyczn e. W przeczytanym artykule wska­
zać zdania złożone i ściągnięte, rozłożyć na zdania proste,
z których tamte powstały, i wyjaśnić użycie przecinków,
(por. Gram. § 61).
—
36.
101 —
Tatry i Dunajec.
J a k p o to p u św iata fale,
Z am rożone w swoim biegu,
S toją nagie T atry w śniegu,
By g ran iczn y slup zuchw ale
mówi nasz poeta W incenty Pol, sław iąc w ysokość T atr.
Szczyty T a tr tw orzą nagie, szare skały. Szczyty
takie n azy w ają się tam wirchy, a najw yższe i n a j­
dziksze m iędzy niem i — turnie. S tan ąw szy na któ ry m
z tych wierzchołków , w idzim y dokoła tylko sam e g ła ­
zy i urw iska, ściany skaliste i przepaści głębokie,
w któ ry ch huczą strum yki, sp ad ające po wielkich zło­
mach skał. W głębokich ro zpadlinach, m iejscam i przez
całe lato, leży śnieg. S kały są częstokroć p o k ry te
mchem; tu i ow dzie w yziera z pod m chu m ała czer­
wona jag ó d k a, k tó ra ptakom służy za pożyw ienie.
W w iększych zagłębieniach m iędzy szczytam i i ścia­
nam i T a tr rozlew ają się piękne staw y czyli jeziora
górskie. Je s t ich w T atrach blizko 100. Jednem z n a j­
w iększych i najpiękniejszych jezio r je st Morskie Oko.
Na niższych g rzb ietach T a tr ro sn ą b u jn e i p o ży ­
wne traw y i zioła. Te wonne łąki gó rsk ie n azy w ają
się hale. Jeszcze niżej są gęste b o ry szpilkowe.
U podnóża w łaściwych T a tr ścielą się cztery w y­
niosłe i szerokie doliny: Spiska n a wschodzie, L iptow ­
ska n a południu, O raw ska n a zachodzie, N ow otarska
na północy. Tylko N ow otarska należy do Galicji. Gó­
rale tam tejsi n azy w ają ją Podhalem .
Z T a tr w ypływ a m nóstw o strum yków , te łączą się
n a P o d h alu w 3 znaczniejsze rzeki. N azy w ają się: C zar­
ny D unajec, Biały D unajec i B iałka. Z połączenia ich
pow staje D unajec. P o d h ale zam y k ają od północy gó­
ry. P rzez te góry p rzeb ił sobie D unajec d ro g ę śród
—
102 —
pięknych skał, k tó re się n az y w a ją Pieniny. P od S ta­
rym Sączem łączy się z D unajcem P o p rad . Ten p rz e ­
pływ a dolinę S piską i p rzełam u je się przez B eskid ta k
samo, ja k D unajec.
37.
Pozdrowienie.
Z p o n ad w iślanych leci fal
W iosenny, chłodny w iatr,
Leci k u mojej ziemi w dal,
Ku śnieżnym szczytom Tatr.
W ichrze! n a d w zgórza, pola nieś
Me pozdrow ienie stąd,
R odzinną m oją pozdrów wieś
I dunajcow y p rąd .
P rzy d ro żn e w ierzby, sm reków las,
W o gró d k ach k ażd y kw iat,
I w szystkie łąki pozdrów wraz,
I ludzi z w szystkich chat.
I do tych śnieżnych sk ał się zw róć,
Ku staw om , halom g naj,
I pozdrów mi po tysiąc kroć
Mój cały g ó rsk i k raj.
K. Tetmajer.
38
Górale tatrzańscy.
Na stokach T a tr ro zsiad ły się w zdłuż stru m ien i
osady górali ta trzań sk ich , k tó rzy n azy w ają się tak że
P odhalanam i.
P rzy jem n y je st w idok wsi podhalskiej. P o śro d k u
w znosi się kościół z w ieżą.
—
103
—
Schludne d rew n ian e dom y, p o rz ą d n ie zbudow ane,
m ają duże okna, zw rócone n a południe. C hodnik koło
dom u i część po d w ó rza w yłożone są płaskiem i k am ie­
niam i. O bok dom ów stoją, zw ykle od zachodu, p o ­
rz ą d n e b u d y n k i gosp o d arsk ie.
G órale ta trzań scy g ó ru ją w zrostem n ad m ieszkań­
cami sąsiednich g ó r i rów nin. Są oni zw inni, chodzą
lekko i zręcznie. Pobożność, śmiałość, ro ztro p n o ść,
w strzem ięźliw ość i oszczędność—oto ich zalety.
Strój ich je st obcisły, a ciepły i lekki. S k ład a ją się
nań: czarn y kapelusz z m ałą głów ką, g u n ia su k ien n a,
p as szeroki z m osiężnem i sprzążkam i, spodnie opięte
i kierpce n a nogach. T orba, p rzew ieszona przez r a ­
mię n a rzem ieniu, n ab ijan y m ćwieczkami, i to p o rek
w rę k u —uzupełnia stró j g ó rala.
P o d h ala n in p o p rzestaje n a n ajskrom niejszem p o ży ­
wieniu. Ż u r i placki ow siane są codziennym jego po­
karm em . Rola góralom w ydaje mało; n ato m iast latem
m ają d o statek paszy. D latego zajm ują się najw ięcej
pasterstw em . W każdej wsi podhalskiej są ta k zw ani
bacow ie, k tó rzy przez lato tru d n ią się w ypasaniem
by d ła i owiec. In n i g o sp o d arze p o w ierzają im swój
dobytek do pilnow ania. B aca sam nie pasie, lecz
p rz y b ie ra sobie do pom ocy p asterz y m łodszych, zw a­
nych ju h asam i. G dy hale zazielenią się m łodą traw ­
ką, w y ru sz ają p asterze z bydłem i trzo d am i owiec
w góry. Ze w szystkich stro n słychać dzw onki, zaw ie­
szone u szyi krów , słychać g ran ie d u d ek i śpiew y,
a nocą św iecą ognie p o n a d halam i. Ju h a s i p iln u ją,
aby się owce nie rozbiegły i nie pogubiły; d opom a­
g a ją im do tego białe k u d ła te p sy p astersk ie. B aco­
wie p rz y rz ą d z a ją w szałasach b ry n d zę, serk i i żętycę
z m leka owczego.
G órale ta trzań scy rozchodzą się za zarobkiem
w różne strony. W dom u w y rab iają lniane płótna,
—
104
—
klepki, fajki mosiężne, ozdobne toporki i torby, ko szy ­
ki, pudełka i g ru b e sukna, łow ią kwiczoły, obsługują,
w odzą i wożą gości, zw iedzających T atry. P rzez tę
skrzętność i zapobiegliw ość dochodzą niekiedy do za­
możności. N ajw iększą może wsią n a P o d h alu je st Z a­
kopane. Corocznie w p o rze letniej p rzy b y w a tu wie­
le gości z K rakow a, Lwowa, W arszaw y i z dalszych
m iast. Chcą tu wypocząć, odetchnąć świeżem pow ie­
trzem , a niekiedy leczyć się kąpielam i. O dw iedzają
piękne m iejsca w T atrach, chodzą do pięknej doliny
K ościeliskiej, do M orskiego O ka i do ró żn y ch innych
staw ów , w spinają się na g ó ry i p rzep raw ia ją się p rz e ­
łęczam i do W ęgier. A w szędzie za przew odników słu­
żą im górale.
W Z akopanem je st szkoła, w któ rej m łodzi górale
uczą się stolarstw a, to k a rstw a i rzeźb iarstw a. D ziew ­
częta zaś uczą się robić k o ro n k i niciane.
Ćwiczenie stylow e. Ułożyć plan, a następnie streszcze­
nie przeczytanego artykułu.
39.
Do Morskiego Oka-
W dolinie śnieg tajał. Południow e stoki niższych
w zgórzy szarzały n a tle płow ego m arcow ego nieba,
potoki rozlew ały się szerzej, szum iały głośniej i g w ał­
tow niej się kłębiły w śród kam ieni, zaw alających ich
łożyska.
D roga lśniła się b lask am i odbitego w błocie słońca
i błękitu, na urw isk ach p ag ó rk ó w złociły się kw iaty
p odbiału i różow iały stokrocie. Tem dziw niej p rz e d ­
staw iały się góry, oblepione szczelnie śniegiem i regle,
okryte lasem, posiw iałym od szro n u — cała ta wielka
zima, biała i czysta, w znosząca się z szaro -ru d eg o d n a
-
105
-
doliny. W taki dzień i w śród takiego p ejzażu jech a­
liśm y do M orskiego Oka.
N aprzód w ygodnym wozem, k tó reg o koła dud n iły
po sk o ru p ach lodow ych, p o k ry w ający ch potoczki, u k ry ­
te w cieniu; potem , od B ukow iny góralskiem i sanecz­
kam i; w końcu pieszo, b rn ąc w śnieżnym n asy p ie w y­
żej p asa.
W ciśnięci grzbietam i o poręcz sanek, oparci nogam i
o przód, trzym aliśm y się ich całą siłą, ażeby nie le­
żeć w śniegu n a drodze, k tó rą J a rz ą b e k nazy w ał
dobrą, a k tó ra b y ła taką, o tyle tylko, o ile jego
silne ram iona dźw igały w g arści n as i sanki, ró w n o ­
w ażąc w yboje, pochyłości, zak rę ty śnieżne. Mały, zręcz­
n y i nadzw yczaj intelig en tn y koń, p o słuszny każdem u
słowu, w rzynał się zadniem i nogam i, p raw ie siadał,
trzy m ają c z g ó ry lub najsum ienniej b rał n a lewo,
albo na praw o, stosow nie do rozkazu. Ciągle też ro z ­
legało się za nami: Wiśt! Wiśt! albo:—H ajti H ajt!
Tak, przew alając się z b o k u na bok, w ędrow aliśm y
polaną Głodówki, p ro sto n a zataczającą się p rzed n a ­
mi ścianę śnieżną, szczerbatą potężnem i o rnam entam i
pojedyńczych turni, k tó ry ch nazw y wyliczali moi to ­
w arzysze. W ielkie osobistości g ó r m ają ta k ą w ybitną
indyw idualność ch arak teru , że nazw isko p o trzebne im
jest, ja k o człowiekowi.
Oto dziw na tu rn ia M urania, któ ra, w idziana z Z a ­
kopanego, niknie w ogrom ie stojących za nią: H a­
w rania i Nowego. Tu, g d y w idzim y ją, zjeżdżając
w cieniu zbocza góry, sterczy p rzed nam i, po n ad
czarnym lasem , ja k potężny, bajeczny p ień jakiegoś
n ap raw d ę niebotycznego sm reka...
Cicho tu i pusto.
N atu ra je st tak olbrzym ia, tak się zdaje w tej nie­
dostępnej bieli śnieżnej u siebie, p o n ad ludźm i i poza
ludźm i, że się ze zdziw ieniem p a trz y i na sw oją tu
—
106
—
obecność i n a dym y w ęglarek, ciągnące się m iędzy
zaśnieżonem i św ierkam i i na zasm olonych u hlarów .
Jedziem y dalej. D roga, ciągle uczepiona do stoku
góry, stacza się w dolinę Białki, k tó rą w idzim y u stóp,
pieniącą się i szum iącą w śród om szałych lub w ybie­
lonych w odą odłam ów skalnych i zasp śnieżnych.
D ojeżdżam y, raczej dochodzim y do T a rta k u w Łysej.,
p o n ad którym wznosi się sz a ra strom a skała, po k tó ­
rej załam ach p ną się w gó rę w ysm ukłe sosny. Tam ,
przed nam i, p o n ad lasem , w idać fijoletową, lekko p o ­
szczerbioną ścianę M ięguszowieckich turni, u stóp k tó ­
ry ch leży M orskie Oko.
Słońce zachodzi z praw ej stro n y . W jeżdżam y w la s —
d ro g a coraz mniej jeżdżona, ledwo p rz e ta rta płozam i
kilku sanek i końcam i kilku belek, wleczonych z lasu,
w końcu niem a jej wcale.
Nasi górale zatrzy m u ją konie, ścinają kilka o b u ­
m arłych sm reków —„su ch arzy ”, n a rozpalenie ogniska.
Stajem y p rzed jakiem iś w rótkam i, k tóry ch ledw ie
szpice sterczą po n ad śniegiem. M rok w ieczoru g ęst­
niał nieznacznie, w śród ciszy czarnego, drzem iącego
lasu.
Jesteśm y w Roztoce.
W chodząc do tej pustej chałupy, zbudow anej ta k
pierw otnie—bez okien, z czarnem okropnem ogniskiem ,
zaw alonem śniegiem , p rzy p o m in ają się w szystkie bajk i
dziecinne o tych chatach n a pustkow iu, stojących
w głębi straszn y ch lasów , do k tó ry ch nocam i się scho­
dzą w iedźm y i zbójcy.
Na tej p u sty n i to m ieszkanie ludzkie, bez ludzi,
ten dom bez właściciela i g o sp o d arza, do k tó reg o n ie­
m a śladu drogi, koło k tó reg o niem a ślad u życia -ra z i.
Z daje się, że tu m ór przeszedł i wym iótł życie, lu b ,
że to ja k a ś zasadzka, że ja k a ś zła siła k ry je się po
ciem nych k ątach lub czai się na poddaszu...
Nic z tego.
G órale p rz ed e p tu ją d ro g ę do stodółki i poczciwe,,
zziajane konie po p ro s tu p ły n ą w śniegu, p rzew alając
się n a brzuchu, łopocąc nogam i i w lokąc za sobą sanki,,
idące po w ierzchu.
P ołupane ciupagam i su ch arze zajęły się w krótce
wielkim płom ieniem , n ap ełn iając czarn ą i ciasną izbę
czerw onym blaskiem i dym em . Na dw orze tym czasem
zap ad ła noc zupełna, czarna, p ochm urna, w k tó rej
cieniu ledw o w idniała białość śniegów .
Nasi przew odnicy zn ają tu je d n ak k ażd y zakątek,,
są w łaściw ym i tej p u stk i g o sp o d arzam i i, k iedy p rz y ­
szedł czas na gotow anie h erb aty , poszli po wodę.
W dw um etrow ej w arstw ie śn ieg u Roj w ykopał dółv
n a którego dnie szem rało źródło, S ab ała stał n ad nim
i świecił pochodnią. Robili rzecz p ro stą, a zdaw ali
się zajęci czemś bajecznem lu b zbrodniczem , n a tle
czarnej ciemni, tem czarniejszej, że odbitej od b la sk u
pochodni.
St. Witkiewicz.
O bjaśnienie języko w e. Pejzaż — krajobraz (pochodzi
od francuskiego wyrazu pays, który znaczy kraj). Bukowi­
na—wioska w blizkości Zakopanego (należy odróżnić od Bu­
kowiny na Wołoszczyźnie, gdzie zginęło wojsko Jana Olbrach­
ta). Ornamenty—ozdoby. TJhlar —węglarz. Sucharze — su­
che gałęzie, (prowincjonalizm).
Ćwiczenie stylow e. Jeśli dzieci były w górach, niech,
opiszą jakąkolwiek wycieczkę tam odbytą.
40.
Święta Kinga.
P rzez polskie łany, przez zieleń niw,
Cóż to ucieka, goni, aż dziw?
Ozy to p rzed b u rzą, p rzed b u rz ą czarną,
O wieczki trw ożne do dom się garną?
—
108
—
Oj! nie owieczek białych to ślad,
Pom iędzy k tó re grom niebios spadł;
K rólow a K inga to biała, święta,
W iedzie do W ęg ier swoje dziecięta.
A za królow ą, za K ingą tuż,
Ozy to n ad ciąg a sto w rogich b u rz?
Ozy to dzień sąd n y św ita dla ziemi,
Z k rzy k am i piekła, z łu n y krw aw em i?
Oj! to nie b u rza, nie chm urzysk cień,
Ale n a P olskę sąd n y to dzień:
Bo po raz pierw szy czarnem i szyki
S zarańczą stra sz n ą sp ad ł T a ta r dziki!
Miotły n a niebie i szczera krew ;
P sy w yją, św iszczą w ierzchołki drzew ;
A po rosistej, zielonej łące
D zw ony pływ ają, n a g w ałt bijące.
Tam od K rakow a n ad la ta gw ar,
J ę k słychać, w idać płom ieni żar;
K rzyk m ordow anych, jęk uw ięzionych
Leci po niw ach, niw ach zielonych.
Z ew sząd się ludek p rz y g a rn ia wraz:
„K rólow o Kingo, ra tu j ty nas!”
A biała Kinga pow iada, święta:
„Za m ną do W ęgier, moje dziecięta!”
W w stążkę jej szaty w iatr niebios wiał,
Z u st się jej uśm iech anielski śmiał;
Laseczkę białą trzy m ała w dłoni,
A z dyjam entów wieniec u skroni.
Gonią dzień cały i całą noc,
A coraz bliższa ta ta rs k a moc,
A coraz bliższe k o p y t tententa:
— „O ratu j, ra tu j nas, K ingo św ięta!”
Św it ra n n y błysnął, straszliw y b rz a s k —
Słychać już, słychać T ataró w w rzask;
—
109
—
Słońce się szybą świeciło k rw aw ą
Z a dym em zgliszczów, k o p y t k u rzaw ą.
Ku białej Kindze, by w iatrem gnan,.
Chyli się lu d u szeroki łan
I w jęk boleści p an i się skarży:
— R atuj nas, K ingo—oto T atarzy !
K rólow a K inga w strzym ała bieg,
Z szaty bieluchnej, ja k ra n n y śnieg,
N iebieską w stążkę n a w iatr rzuciła,
Aby w ucieczce jej nie w adziła.
W stążka r z u c o n a — o! cudów cud! —
M iędzy T ataró w i Boży lud
W padła szero k ą szum iącą rzek ą
I gdzieś w k raj św iata leci daleko.
Z aw yła tłuszcza i w m ęty wód
Leciała wściekła, gdzie Boży lud;
A lud on Boży n o g ą sk rzy d latą
Z a białą p an i pośpiesza szatą.
Lecz już przez fali szum iącej toń
Leci T a ta ra szalony koń;
Leci, dosięga ludek ubogi:
— „O ratu j, K ingo!—tam T a ta r srogi!”
I oto K inga u lu d u głów,
Ja k o Stróż Anioł stanęła znów,
I z drobnej dłoni laskę rzuciła,
Aby w ucieczce jej nie w adziła.
L ask a z jej ręk i — o! now y cud! —
M iędzy T atarów a Boży lud
S tanęła lasem gęstej św ierczyny,
A las się ro zró sł w św iata kończyny.
Znów dzicz zaw yła i w lasów cień
P ędziła n ap rzó d przez długi dzień,
A ludek Boży borów odm ętem
S tąp a ł za śladem królow ej św iętym .
—
110 —
Lecz już się skończył św ierkow y las:
— „O pani! Kingo! ra tu j ty nas!
Bo k ro k za krokiem czarnem i szyki
Ju ż n as d o g an ia T a ta rz y n dziki!”
I oto K inga, ja k Anioł Stróż,
P rzed swoim ludkiem stan ęła już;
K oronę z głow y zrzuciła miłą,
Aby nic w d ro d ze jej nie wadziło.
K orona ja sn a — o! cudów cud! —
M iędzy T ataró w i Boży lud
S tanęła T ater czarn ą opoką
I gdzieś po d niebo w zrosła w ysoko.
S tanęła — stoi ja k wielki m ur,
Świecącym szczytem d o ty k a chm ur,
I słońca prom ień ja k tęcza wita,
N ieprzełam ana już, nieprzebita.
Za temi skały, ja k w ichrów wiew,
S konał bezsilnie T ataró w gniew,
A b iała K inga, królow a święta,
W iodła do W ęgier swoje dziecięta.
Lecz n a pam iątk ę św iętych jej dróg,
L asy św ierkow e zachow ał Bóg,
A drzew o w lasach p ro ste ja k św ieczka,
Ja k o królow ej K ingi laseczka.
I
na p am iątk ę k o ro n y jej
B óg dał, że d otąd ziemi lśni tej,
Że u jej skro n i pow ażnej, białej,
D yjadem T ater błyszczy w spaniały.
A g dy na T ater lodow y szczyt
W ejdzie ru m ian y p o ra n k a świt,
T o się rozbłyszczy ja k b y d jam enty
W koronie K ingi, królow ej świętej.
Józef Szujski.
U iu a g a d la n a u c z y c ie la . Przed czytaniem niniejszego wier­
sz a należy spraw dzić, co uczniow ie w iedzą o królowej Kunegun-
—
111 —
dzie i napadach Tatarów, a także o Tatrach i Dunajcu; odśw ieżyć
i uzupełnić te ich wiadom ości.
O b ja śn ien ia ję zyk o w e. Do dom — zamiast: do domu,
wyrażenie ludowe, które nie jest tu błędem, gdyż poeci,
opowiadający legendy i podania ludowe, umyślnie posługują
się zwrotami, których używa lud w danej okolicy. Królowa
Kinga wiedzie swoje dziecięta t. j. swych poddanych; dobrą
królowę porównywają zwykle do matki kochającej i troskli­
wej. Szarańczą straszną spadł Tatar dziki — powinno być
właściwie: Tatarzy wpadli jak szarańcza. W zdaniu tem za­
sługują na uwagę dwie właściwości języka polskiego: użycie
narzędnika w znaczeniu porównania, oraz użycie liczby po­
jedynczej zamiast mnogiej. (Nauczyciel doda jeszcze parę
przykładów podobnych np. łzy polały się strumieniem, wieść
przebiegła piorunem; nieprzyjaciel spustoszył kraj cały;
Polak bił często Turka, Szweda i Tatara i t. p.) Miotły na
niebie—prawdopodobnie na niebie ukazała się kometa, która
według mniemania ludowego jest wróżbą wojny,—równie jak
wycie psa ma być przepowiednią śmierci. A po rosistej
zielonej łące, Dzwony pływają na gwałt bijące — w razie
jakiegoś nieszczęścia uderzają we dzwony, a głos ich rozcho­
dzi się daleko. Ku białej Kindze by wiatrem gnan—spójnik
by jest tu użyty w znaczeniu: jakby. Chyli się ludu szeroki
łan — ludzie są tu porównani do pochylających się kłosów
zboża. Boży lud — znaczy tu chrześcijanie. Kraj świata —
koniec świata. Nogą skrzydlatą — t. j. szybko jak na skrzy­
dłach. Opoka—skała.
Ćwiczenie piśm ien n e. Z przeczytanej legendy wybrać
i objaśnić wyrażenia przenośne i porównania.
41.
Kopalnie.
P rzech ad zając się w zdłuż p la n tu kolei żelaznej,
zwróciłem uw agę n a stosy w ęgla kam iennego, k tóre
zajm ow ały plac ćw ierć w io rsty długi i szeroki. N igdy
—
112 —
nie w idziałem tak ieg o n ag ro m ad zen ia m a terja łu o p a­
łowego. P a n K arol objaśn ił mię, iż je st ono konieczne,,
ze w zględu, żeby pociągi m ogły bez p rzerw y spełniać
sw ą służbę.
L okom otyw a rozporządza olbrzym ią siłą, więc do
w ytw orzenia p a ry dużo sp o trzeb o w u je paliw a. P an
K arol upew nił mię także, że węgiel, w takiej ilości tu ­
taj nagrom adzony, zaledw ie na b a rd z o k ró tk i czas
starczyłby na opał naszem u m iastu, że podczas zim y
dziennie spala się w piecach koło 50,000 pudów w ęgla.
— Dolicz do tego — m ów ił — węgiel, spalony w fa ­
b ry k ach i innych m iastach naszego k raju . Jak ież więc
wielkie ilości trzeb a codziennie w ydobyw ać z ziemi
żeby go nie zabrakło.
— W iesz już, że węgiel kam ienny pow stał z drzew
i paproci, k tó re w czasach b ard zo odległych w ro z­
m aitych m iejscach p o rastały ziemię. P ierw otne te lasy
dziś w postaci w ęgla zn a jd u ją się n ieraz na wielkiej
głębokości. W oda nan o siła na nie piasku, ziem ia je
p o k ry ła g ru b ą, nieraz na kilk aset łokci w ysoką k o łd rą.
Gdy n aw et węgiel zn ajd u je się n a pow ierzchni, to
i w tedy łupać go trudno, podobnie ja k tru d n o w yła­
m yw ać cegły z m uru. G dy uczeni ludzie zdobędą p e ­
wność, że w pew nem m iejscu zn ajd u ją się p o k ład y
węgla, w net zwożą m aszyny, w iercą głębokie stu d n ie
czyli szyby i nie u sta ją w p racy, dopóki nie d o trą
do tych skam ieniałych odw iecznych lasów. W tedy to
trzeb a spuszczać się w te głębie i w ęgiel w ydobyw ać.
Wiesz jednak, że pow ietrza w głębokich stu d n ia c h
niewiele, to też n ap rzó d trzeb a m u udostępnić dopływ ,
lub m aszynam i go tam napędzać.
Św iatło do tych głębokich stu d n i nie zag ląd a, ty l­
ko płom yki lam pek, w k tó re k ażd y górnik je st zao p a­
trzony, m igotają w ciemności. S puszczają się oni
w podziem ia, k u ją i rąb ią, a w y łupany węgiel w in d a
—
113
—
n a św iat wywozi. G órnicy są to silni i odw ażni lu ­
dzie. To też tw ard a sk ala u stęp u je p rzed nimi, a oni
posuw ają się wciąż dalej w g łąb ziemi. R y ją n o ry
i chodniki w czarnym węglu, podobnie ja k k re ty
w pulchnej ziemi. Tw orzą k o ry tarze, którem i ro zch o ­
dzą się w rozm aitych k ieru n k ach , ja k b y w podziem nem mieście. O tw ierają coraz now e kom ory, z k tó ­
rych wciąż w yłu p u ją węgiel, n a m ałych wózkach do­
wożąc go do w indy, a ta go zab iera i n a pow ierzchnię
w yrzuca. Tam już czekają n ań w agony, k tó re ro z ­
wożą go po świecie. G dy n a kom inie lub w piecu
węgiel się żarzy i b u ch a ciepłem, — pam iętajm y, że
gdzieś tam pod ziemią, głęboko, g ó rn icy w yłupują
świeży, żeby nig d y nie zab ra k ło go ludziom podczas
surow ej zimy.
S tare i w ielkie kopalnie m ieszczą w sw ych p o d ­
ziem nych lochach setki ludzi. T ylko ran k iem górnicy
w idzą się w zajem nie. Gdy ich w inda po kolei w ysadzi
w podziem iu, k ażd y u zb ro jo n y kilofem i lam p k ą p rz y ­
piętą do czapki, śpieszy do swej g alerji i kom ory.
Kilof wpija się w skałę, robi w niej ran y , wreszcie
g órnik pogłębia zrobiony otw ór, rozszerza, w suw a się
w niego, i klęcząc, a n aw et często leżąc n a krzyżu,
odw ala kaw ały w ęgla z p ra w a i z lewa. A węgiel
ja k b y się bronił sw ą tw ardością, każe górnikow i d o ­
byw ać w szystkich sił do p o k o n an ia siebie.
Wiesz o tem, że n ietylko po w ęgiel p rzed o sta ją się
ludzie do w nętrza ziemi. Z jej ło n a bow iem w y d o b y ­
w ają ru d ę żelazną, k tó ra p rzeto p io n a i oczyszczona—
daje żelazo i stal. P odobnie istn ieją kopalnie mie­
dzi, cynku, ołowiu, rtęci, platy n y , niklu, sre b ra i zło­
ta. To też gd y b y m ożna było n a chw ilę unieść w ierzch­
nią pokryw ę ziemi k u górze, w idziałbyś ja k je st pop rz e rz y n a n a w ązkiem i g alerjam i, prow adzącem i do
składów tych bogactw .
CZYTANKI STO PN IO W A N E III.
8
—
114
—
Te to kopalnie d o starczają bezpośrednio i p o śre­
dnio m iljony przedm iotów , bez k tó ry ch b y dzisiaj obejść
się nie m ożna.
Ileż to n arzęd zi w y rab iają z żelaza! pługi, kosy,
sierpy, m otyki, noże, tasaki, nożyczki, pałasze, kłódki,
zam ki, szyny i t. d. i t. d.
G dy p atrzy sz n a piękne w yroby ze sreb ra, gdy
odczytujesz n a swym zeg ark u godzinę, pom yśl, że
aby m etal w ydobyw ać z w nętrza ziemi, tysiące ludzi
ry je się w jej łonie, odw ażnie n a ra ż a na rozliczne
niebezpieczeństw a; ileż nieszczęśliw ych w ypadków co­
raz zd arza się w kopalniach. To też g d y spotkasz
g ó rnika, pom yśl, że on należy do wielkiej, odw ażnej,
i pełnej pośw ięcenia arm ji.
w edług Konrada Drzew ieckiego
«Spacery z panem Karolem*.
Ćwiczenie ustne. Po przeczytaniu i omówieniu niniej­
szego artykułu, uczeń wymieni i wskaże na mapie miejsco­
wości, w których znajdują, się kopalnie węgla kamiennego,
żelaza, soli i t. p. Nauczyciel wiadomości te uporządkuje
i uzupełni, uwzględniając przedewszystkięm rzeczy bliższe,
krajowe, później zaś zagraniczne, oczywiście o ile pozwoli
na to wiedza ogólna i geograficzna uczniów.
42.
Przygoda w podróży.
(Ustęp z pam iętnika malarza).
Zw iedzałem raz z przyjacielem moim, Św iateckim
góry wysokie. Zbłądziliśm y, nie znając drogi. P o n ie ­
waż zap ad ła noc i łatw o było gdzieś w przepaści ży­
cie postradać, więc Św iatecki po w iad a do mnie:
—
Słuchaj, W ładek! Ciebie w iększa szkoda, więc
ja pójdę naprzód. J a k spadnę, to posiedzisz n a m iej­
scu do ran a, a ra n o już sobie jak o ś poradzisz.
—
115
—
— Nie ty pójdziesz n ap rzó d — pow iadam — tylko
ja pójdę, bo m am lepsze oczy.
Na to Św iatecki:
— J a pójdę nap rzó d ; w szystko mi jedno, gdzie
i kiedy zginę.
Z aczynam y się sprzeczać. Tym czasem ro b i się cie­
m no, jak w piw nicy. Koniec końcem , um aw iam y się,
że pójdziem y n a losy. Idziem y. Św iatecki w yciąga
węzełek i ru sza nap rzó d . Posuw am y się przełęczą.
Z początku je st dość szeroko, później coraz węziej.
O ile możemy w ym iarkow ać, w p raw o i w lewo są
przepaście, pew nie bezdenne.
G rzbiet staje się jeszcze węższy, a co więcej—o k ru ­
chy zw ietrzałych skał u su w ają się nam z pod nóg...
— Id ę na czw orakach, bo nie m ożna inaczej! —
mówi Św iatecki.
Rzeczyw iście nie m ożna było inaczej, więc op u sz­
czamy się n a czw oraki i idziem y dalej ja k dw a szympanse. Ale w krótce p o k azu je się, że i to n a nic...
G rzbiet skalny ro b i się nie szerszy od końskiego.
Św iatecki siada n a oklep, ja za nim — i, o p ierając się
rękom a przed sobą, po su w am y się naprzód... Po n ie­
jakim czasie słyszę głos Św iateckiego.
— W ładek?
— Co takiego?
— G rzbiet się skończył.
— A co dalej?
— Pusto... Musi być przepaść.
— W eźże ja k i kam ień i ciśnij; posłucham y, czy d łu ­
go leci.
W ciemności słyszę, ja k Św iatecki szuka, b y w yna­
leźć ja k i okruch zw ietrzałej skały, a następ n ie mówi:
— Ciskam... słuchaj!
N adstaw iam y obaj uszu... Cisza!
— Nie słyszałeś nic?
—
116 —
— Nie!
— Ł adnieśm y się w ybrali; m usi być ze sto sążni.
— Ciśnij jeszcze raz!
Św iatecki w y n ajd u je w iększy okruch, cisk a.. Ani
odgłosu!
— Cóż tam? d n a niem a, czy co?— mówi Św iatecki.
— T ru d n a rad al Będziem y siedzieli do ran a.
I siedzimy. Św iatecki puszcza jeszcze p a r ę k am ie­
ni; w szystko napróżno. U pływ a jed n a g o d zin a, d r u ­
ga; już może być p ierw sza w nocy. Z aczy n a p ad ać
dro b n iu ch n y deszcz. N aokoło ciemność n iep rzeb ita.
D ochodzę do przek o n an ia, że żyjąc m iędzy ludźm i,
czy w m iastach czy n a wsi, nie m am y pojęcia, co to
je st cisza. Ta, k tó ra n as otacza, aż w uszach dzw oni.
S łyszę niemal, ja k krew k rąży mi w żyłach, a bicie
w łasnego serca słyszę doskonale.
Z początku położenie nasze zajm uje m nie; siedzieć
ja k n a koniu i tuż n ad niezgłębioną przep aścią, to się
p rzecie byle kom u w stolicy nie trafi; ale w krótce
robi się zim no coraz dotkliw sze. Św iatecki rzucił je sz ­
cze p a rę kam ieni, po w tó rzy ł jeszcze p a rę razy: «Ani
słychu!» i o dtąd milczeliśm y ze trz y go d zin y .
Zdaw ało mi się, że n iedługo pow inien się b y ł z a ­
cząć brzask. N agle usłyszeliśm y n ad głow am i k ra k a ­
n ie i szum skrzydeł. Było jeszcze ciemno i nie m o ­
głem nic dojrzeć; ale byłem pew ien, że to o rły poczy­
n a ją krąży ć n ad przepaścią. «Kra! kra!» rozlegało
się coraz silniej w górze i w ciemności. Dziwiło mnie,
że słychać ta k dużo tych głosów, ja k b y p rzelaty w ały
całe legjony orłów. Ale bądź co bądź, zw iastow ały
one dzień.
Jak o ż po niejakim czasie dojrzałem sw oje ręce,
o p a rte o brzeg skalisty; potem zary so w ały się przedem n ą plecy Świateckiego, zupełnie ja k czarn a sylw et­
—
117
—
k a n a cokolwiek m niej czarnem tle. Tło owo b lad ło
z k ażd ą chwilą.
C oraz się robiło w idniej. P atrzę, staram się z a p a ­
m iętać te zm iany to n u i p otrosze w du szy je m aluję,
g d y nagle p rzery w a mi o k rzy k Św iateckiego:
— Tfy! głupcy!
I plecy jego g in ą mi z oczu.
— Światecki! —k rzy k n ę —co robisz?
— Nie w rzeszcz!—p o w ia d a - p a tr z !
P ochylam się, s p o g lą d a m — cóż się pokazuje? Oto
siedzę na skalistym zrębie, zapuszczającym się w łąkę,
k tóra leży może o p ó łto ra łokcia poniżej. Mchy g łu ­
szyły odgłos kam ieni, bo zresztą łą k a je st rów n iu tk a;
w dali w idać drogę, na niej wrony, k tóre poczytałem
za orły. P otrzebow aliśm y tylko nogi spuścić ze zrę­
bu, ażeby pójść najsp o k o jn iej do dom u. Tym czasem
przesiedzieliśm y n a zrębie, szczękając zębam i, całą
Bożą noc...
Henryk Sienkiewicz.
O b ja śn ien ia ję zyk o w e. Legjon—oddział wojska; tutaj
wyraz ten jest użyty w znaczeniu stada. Staram się zapa­
miętać zmiany tonu i potrosze w duszy malują — trzeba
pamiętać, że opowiada to malarz, który pomimo przestrachu
przypatruje się wszystkiemu, co go otacza i wyobraża sobie,
jakby to można odmalować; ton tutaj znaczy kolor, barwą,
a właściwie odcień barwy, ilość światła. Zrąb—brzeg.
Ćwiczenie stylow e. Chwila przestrachu. Niech uczeń lub
uczennica opisze jakieś zdarzenie ze swego życia, gdy znaj­
dował się w niebezpieczeństwie rzeczywistem lub urojonem.
Należy na wzór przeczytanego ułożyć opowiadanie żywe i zaj­
mujące całej przygody, wyjaśnić co spowodowało przestrach,
czy i o ile był on uzasadniony; jeśli nie, to napisać w za­
kończeniu, co rozproszyło obawę niebezpieczeństwa.
—
43.
118
—
Kraków.
O blany w półkole Wisłą, ro zsiad ł się K raków na
lew ym jej brzegu; duży m ost łączy go z m iastem
P odgórzem , położonem n a p raw y m b rzegu. N ad m ia­
stem g ó ru je zam ek, zbudow any n a p a g ó rk u Wawelu*
tuż n ad W isłą. B ył on n ieg d y ś siedzibą królów p o l­
skich. W obrębie jego m urów wznosi się k ated ra,
n ajw sp an ialsza św iąty n ia k rak o w sk a, p ełn a pam iątek.
W niej koronow ali się królow ie polscy. Tu są ich
groby; tu spoczyw ają zwłoki św iętego S tanisław a i in ­
nych św iętobliw ych i zasłużonych mężów. T utaj ta k ­
że w ro k u 1890 um ieszczono przew iezione z P a ry ż a
zwłoki A dam a Mickiewicza.
K raków je st m iastem b ard zo starożytnem . P rz y ­
słowie pow iada: «Nie o d razu K raków zbudow ano*.
W edług po d an ia m iał go założyć książę K rakus, za­
biw szy poprzednio sm oka, k tó ry wielkie szkody w y­
rząd z ał ludności okolicznej. L ud przez w dzięczność
u sy p ał księciu w łasnem i ręk am i mogiłę, rów nie ja k có r­
ce jego W andzie, k tó ra z pośw ięcenia się dla d o b ra n a ­
rodu, rzuciła się w n u rty W isły. Dziś K raków jest wielkiem m iastem , jakkolw iek z pięć razy m niejszem od
W arszaw y. Ś rodek m iasta tw orzy wielki czw orobocz­
ny rynek, z któ reg o w ychodzi 12 ulic. Tam postaw io­
no w ostatnich czasach ład n y pom nik Mickiewicza.
Na śro d k u ry n k u w znoszą się tak zw ane Sukiennice.
Jestto w spaniały staro ży tn y gm ach, pięknie odnow iony,
w k tórym na dole mieszczą się liczne sklepy i k r a ­
my. Na piętrze zaś zn ajd u je się m uzeum obrazów
i różnych pam iątek. O podal wznosi się wieża ra tu sz o ­
wa i m ały kościołek św. W ojciecha.
N ajw spanialszym budynkiem w ry n k u je st kościół
P a n n y M arji z dw iem a w ysokiem i wieżami. Na w yż­
szej wieży p rzeb y w a strażn ik , k tó ry trąbieniem o zn aj­
—
119
—
mia godziny. Codziennie w y g ry w a on o świcie h ej­
nały t. j. pieśni nabożne n a cześć M arji P an n y . O prócz
kościoła M arjackiego je st w K rakow ie k ilkadziesiąt
kościołów w iększych i m niejszych, słynnych ze swej
piękności lub staro d aw n y ch pam iątek. Do n ajzn ak o ­
m itszych należą: kościół D om inikanów , św. Anny i k o ­
ściół św. M ichała n a Skałce, pam iętn y zabiciem św.
Stanisław a p rzez k ró la B olesław a Śm iałego. Z g m a­
chów zw raca n a siebie uw agę u n iw ersy tet i ogrom na
biblioteka jagielońska, z now szych zaś p ięk n y te a tr
i wiele innych.
D okoła śródm ieścia ciągną się cieniste p lan tacje
zw ane planty, gdzie liczna publiczność używ a p rze­
chadzki i odpoczynku. Za ro g a tk ą zaś je st olbrzym i
p ark , ofiarow any m iastu przez dr. Jo rd a n a , gdzie co­
dziennie p o p o łu d n iu o d b y w ają się zabaw y dzieci wszel­
kiego w ieku i stanu , przew ażn ie zaś uczniów i u czen ­
nic ze szkół ludow ych.
Z przedm ieść K rakow a zasłu g u ją na uw agę: K azi­
mierz, K leparz i P iasek; — daw niej stanow iły one o d ­
dzielne m iasteczka, teraz są to dzielnice gęsto zam ie­
szkałe przez ludność ubogą. Okolice K rakow a są b a r ­
dzo m alow nicze i bogate. O milę od K rakow a leży
W ieliczka, gdzie są najw iększe w świecie k o palnie soli.
44.
Marjacka wieża.
P atrz, M arjacka wieża stoi,
Dla m iasta strażnica,
Na jej w idok m yśl się k orzy
A dusza zachw yca.
Na w ysm ukłej jej kibici
Sześć wieków zdrzem ało,
Przecież pięk n a ja k dziewica,
Przecież stoi cało.
—
120
—
A pow ażny w swym ogrom ie
N iby rodzic m iasta,
Kościół pod nią z ry n k u łona,
J a k olbrzym w yrasta.
Ś ród sklepienia oko ginie,
Za m yślą poleci,
Aż tam gdzie n a sk ro n iach M aryi
G wiazd dw anaście świeci.
Edm und Wasilewski.
Ćwiczenie ję zyk o w e. Wieża Marjacka—Wieża kościoła
Najświętszej Maryi Panny w Krakowie. nN a wysmukłej jej
kibici sześć wieków zdrzemało” — już 600 lat przeszło od
założenia tego starożytnego kościoła. „Kościółz rynku łona
wyrasta” — Kościół Marjacki stoi na rynku i góruje ponad
nim, jak olbrzym wśród innych ludzi.
45. Święty Jan Kanty.
P rzed bard zo daw nem i czasy szedł ubogi pielgrzym
do Rzym u. W lesie n ap ad li go zbójcy.
—
O ddaj pieniądze, jak ie m asz —k rzy k n ęli n a nie­
go—bo inaczej zabijem y cię!
P ielgrzym sięgnął ręk ą do kieszeni i p o d ał im n ie­
co pieniędzy. Zbójcy zap y tali się go, czy nie m a w ię­
cej p rz y sobie; pielgrzym odrzekł, że nie ma więcej
ani grosza; w tedy zbójcy puścili go wolno.
U szedłszy kaw ałek drogi, pielgrzym p rzy p o m n iał
sobie, że m a kilka czerw onych złotych, zaszytych
w sukni. W raca n aty ch m iast i bieży czem prędzej śla­
dem rozbójników , a odszukaw szy ich, o sk arża się, że
skłam ał przez zapom nienie i p ro sząc o w ybaczenie, o d ­
daje im chętnie resztę pieniędzy. Zdum ieli się wielce
zbójcy n a d tem niezw ykłem zam iłow aniem p raw d y ,
i nie dość, że oddali pielgrzym ow i zab ra n e mu p ien ią­
—
121
—
dze, ale jeszcze naw rócili się do B oga, k o rząc się i czy­
niąc pokutę.
I któż to był ów m iłośnik p raw dy? Oto św ięty
J a n K anty, nasz ro d ak , o raz p a tro n uczącej się mło­
dzieży. Uczył za życia w K rakow ie p o lsk ą młodzież,
a w niebie je st jej opiekunem . U rodził on się w 1412
ro k u za p an o w an ia k ró la polskiego W ładysław a J a ­
giełły w m iasteczku Kęty, położonem niedaleko K ra ­
kowa, stąd też pow stała jego nazw a J a n a z Kęt czyli
K antego.
M łodziuchny Jan , m ając pięk n y p rzy k ła d pobożno­
ści od rodziców , wcześnie p rzy w y k ł do bogobojnego ży­
cia. W cześnie też został o d d an y do K rakow a n a n au k ę
do sław nej akadem ji k rak o w sk iej. M łodzieniaszek czy­
nił zadziw iające w n au k ach postępy, a przy tem nie
zaniedbyw ał doskonalenia się w cnotach chrześcijań­
skich. Chodził często i chętnie do kościoła, gdzie się
m odlił szczerze i uw ażnie. W yśw ięcony na k ap łan a,
o d d aw ał się cały chw ale B oga i d o b ru bliźnich. W szyst­
kie swoje dochody o b racał n a w sparcie biednych.
R azu pew nego siedział p rzy stole z kilku stu d en ­
tami, jedząc obiad. W tem wchodzi żeb rak i prosi
o jałm użnę. T knięty litością, o ddał mu ksiądz Ja n
w łasną porcję. R az znów, gdy w nocy B ożego N aro ­
dzenia szedł do kościoła n a ju trzn ię, u jrz a ł leżącego
n a śniegu n ędzarza, drżącego od zim na i p ro szące­
go m iłosierdzia. Św iątobliw y k ap łan , choć m róz b y ł
dotkliw y, nie nam yśla się długo, zdejm uje z siebie
zw ierzchnią szatę i d aje ją proszącem u. Często wi­
dząc ubogiego z bosem i nogam i, oddaw ał mu w łasne
trzew iki, a sam szedł boso, schylając płaszcz, aby nie
było w idać b ra k u obuw ia.
B ardzo piękny p rzy k ła d pozostaw ił nam ten Św ię­
ty w przeb aczan iu uraz, gdyż o b rażo n y przez kogo,
nie gniew ał się za to; a jeżeli mu się zdaw ało, że on
—
122
—
kogo nieum yślnie uraził, szedł do niego i prosił o p rz e ­
baczenie. Miał on w swojej celi w ypisane słowa:
«Strzeż się bliźniego obrazić, bo nie łatw o p rzeb ła­
gać; strzeż się kogo zniesław ić, gdyż tru d n o odw ołać*.
Św ięty J a n K an ty zakończył swój chw alebny ży­
wot w K rakow ie r. 1473, i został pochow any w ko­
ściele św. A nny. D la licznych cudów, k tó re B óg za
jego przyczyną uczynił, został J a n K an ty k an o n izo ­
w any w r. 1750.
45.
Racławice.
Z ap a rsk a ły w szystkie konie,
Z abrzękły pałasze;
M aszeruje opłotkam i
P olskie w ojsko nasze!
M aszeruje, nie żartuje...
K raj, ja k m alow any,—
Id ą nasi, w trąb k i g rają ,
B iją w ta ra b a n y .
O płotkam i, szeregam i,
Konnica, piechota;
Małe dzieci zadziw ione
P a trz a ły z za plota;
P ow łaziły n a gałęzie,
W te zielone gąszcze,
I n a w ierzbach i topolach
S iedziały ja k chrząszcze.
Tyle naszy ch idzie, jedzie,
J a k gościniec długi;
Lecz K ościuszki nie poznali,
Bo był, ja k i d rugi.
A ci ludzie, co poznali,
To mówili sobie:
Że też ta k a w ielka dusza
W tak małej osobie.
—
123
—
Kołem, kołem, p o n ad siołem
K rąży sokół siwy;
Pochow ał się p rzed sokołem
W szelki p taszek żywy.
W yciągnięty, ja k rozpięty,
To sk rzy d łam i w zruszy...
P o p a trz a ł się nasz K ościuszko,.
Niem a żywej duszy.
«Chociaż niem a żywej duszy,
Ani żadnej trw ogi,
Sprow adźcież mi przew odnika,
0 0 zna w szelkie drogi.
T rza mi człeka nie zdaleka,
A z tej sam ej wioski,
By prow adził, a nie zd rad ził
Ten n aró d krakow ski*.
Więc się skłonił p rzed K ościuszką
Wójt, gosp o d arz setny,
Z pod kościoła sprow adzony
S taru szek stu letn y .
Ten, choć oczy daw no stra d a ł
W o k ru tn y m pożarze,
Gdzie co leży, ja k należy,
D okładnie pokaże.
K rzyw ym wężem się podpiera,
R ęką na w iatr m aca,
1 przez ścieżki nieznajom e
D rogę sobie skraca.
«Jużem daw no słyszał o tem,.
Rzekł, ściągnąw szy ręką,
Żeście, ojcze, p o k arali
T am tych pod D ubienką.
A w pierw jeszcze pow iadali,
Ja k to po zw yczaju,
Żeście kęd y ś wojowali,
Aż w m urzyńskim k raju .
—
124
—
Że wam p ereł u ry jań sk ich
W p o d a ru n k u dano,
J a k b y g ro ch u łuszczonego
W ęborek w kolano.
I że za te p erły drogie,
W m orzu w yzbierane,
P rzyjechaliście w ykupić
O jczyznę kochaną*.
A K ościuszko z w dzięcznym śmiechem:
«Serdeczny ojczulu,
G dybyć m ożna g arścią pereł
U jąć Polsce bólu»...
«P raw da, praw d a, N aczelniku,
Na mój rozum kmiecy,
Kto chce n a chleb zapracow ać,
Musi zg arb ić plecy.
Niechże tedy B óg pom aga
I M atka Gidelska,
W polskiej roli w y o ran a
K rólow a anielska;
Niechże tedy»... — i przycichnął
S tarzec siw owłosy,
W bił kolano w g rz ą z k ą ziemię,
Ręce w zniósł w niebiosy;
I n a oczy pociem niałe,
0 0 nie w idzą słońca,
Na te sm utne oczy białe
W yszła łza gorąca...
Dwu ram io n y podniesiony,
J a k b y sk rzy d ły dwiema,
Z dał się białym orłem polskim ,
Co dziś mocy niem a
1 p rz y g a rn ia ł pożółkłem i
D łońm i w ietrzyk polny
I b rzęk szabli narodow ej
I głos pieśni wolnej.
—
125
—
M adaliński i Kościuszko,
Piechota, u łan i
Stali n a wpół rozrzew nieni,
Na w pół zadum ani.
«Dziadku, dziadku, w stańcie z ziem ib
Lecz starzec nie w staje,
Tylko rę k ą na pow ietrze
Nieme znaki daje.
«Idźcie, idźcie p ro stą drogą,
Idzie z wami taki,
Co z ro zk az u M atki Bożej
P ro w ad zi Polaki.
Idzie, idzie po pow ietrzu,
Ziemi nie dotyka...
A m nie dajcie ucałow ać
Ręce Naczelnika*...
I odw iedli n a bok dziada.
D ziatw a na koń siada;
Mgła w dolinach się rozrzedza,
O pada, opada.
A z pode m gły rozpędzonej,
J a k b y skrzydłem ptaszem ,
K raj szeroko sie w ynurza,
Siwem polem naszem :
K rzem ienisty, kam ienisty,
Pełen traw i w zgórzy;
P rzecinany, p o szarp an y ,
J a k po wielkiej b urzy.
A gdzieniegdzie w ciszy złotej,.
K tórej nic nie budzi,
S to ją b rzo zy ja k sieroty,
Po odejściu ludzi!
—
126
—
Mgła o p ad a po nizinach,
Leci za k raj św iata,
Anioł Boży z dolin, w zgórzy,
Siwe m gły zam iata,
T. Lenartowicz.
46
W ychow anie królewiczów.
I.
Jeszcze była noc głęboka; ośw iecały ją tylko g w iaz­
d y , iskrzące się n a przezroczystem niebie, i śnieg n a
ulicach i dachach, stężały od srogiego m rozu; jeszcze
u bogi w yrobnik zapom inał we śnie o zimnie i p racy,
jeszcze m ilczały dzw ony kościołów,—a już n a k ra k o w ­
skim zam ku, w dw óch oknach, p rzez zam arznięte d ro ­
bne szybki m igotało się słabe światło. W ro g u długiej
i w ysokiej izby, n a któ rej nagich ścianach w isiały —
k rzyż Zbaw iciela i kropielnica, pow stał z żelaznego
ło ża mąż blizko czterdziestoletni; sk rzesał ognia, za­
palił żółtą, w oskow ą świecę, u b ra ł się co prędzej w czar­
n ą odzież k ap łań sk ą , odm ów ił z p o k o rą k ró tk ą mo­
dlitw ę i, stan ąw szy na śro d k u kom naty, zaw ołał do­
nośnym głosem:
— Dzieci! w staw ajcie, niech Bóg będzie pochw alony!
W m gnieniu oka, z pod przeciw ległej ściany odpo­
wiedziały głosy młode, pełne dźw ięku:
— Na wieki!
I czterech dziarskich chłopaków , pow stając co żywo
na nogi, jęło się ubierać. N ajstarszy z nich m ógł mieć
la t 15, najm łodszy la t 10. Spali pokotem , koleją s ta r­
szeństw a; dębow a podłoga, sk ó ry niedźwiedzie, kożu­
chy zw inięte — by ły im łożem, p rzy k ry ciem i wezgło­
wiem.
Pozdrow iw szy z uszanow aniem k ap łan a i sobie n a ­
w zaje m dobrego d n ia życząc, p rzebąknęli coś o w zno­
—
127
—
w ionym mrozie, otulając się mocniej w zimowe kożuszki.
P otem z kolei szli do wielkiej, m arm urow ej m iednicy,
p od oknem w ścianie um ocow anej. Tam k ażd y p o d a­
wał głowę pod lejącą się z odkręconego k ra n u zim ną
wodę, z an u rz ał tw arz i ręce w obm arzłem naczyniu,
ta rł k a rk i uszy pływ ającem i b ry łam i lodu i żartow ał
sobie z tych nie wieściuchów, co to do um ycia się o g rz a ­
nej w ody wołają.
—
D osyć ju ż! — zaw ołał kap łan , widząc, że n a j­
sta rsz y do psot się bierze — dosyć, chłopcy, do p a ­
cierza!
K apłan uk ląk ł na śro d k u izby, dzieci otoczyły go
wieńcem naokoło; w szyscy złożyli k ornie dłonie i od­
m ów ili głośno i w yraźnie m odlitw ę P a ń s k ą —a po sk o ń ­
czonych pacierzach odśpiew ali zgodnym i głosy p o ­
w szechnie wówczas zn an ą i u lu b io n ą ry cerstw u pol­
skiem u pieśń: «Boga Rodzica».
N agle n a podw órcach zam kow ych słyszeć się dały:
o dgłos trą b m yśliwskich, rżenie koni, psów szczekanie;
zaczęto drzw i przetw ierać i w net w szedł służbow y pacholik, a zab ierając się do śpiesznego u p rzątn ien ia
izby i do ro zp alen ia ognia n a ogrom nym kominie,
oznajm ił, że król p rzed w yjazdem swoim na łowy
przybędzie śniadać z królew iczam i.
Bo ci chłopcy tak ra n o budzeni, n a tw ardem p o ­
słaniu śpiący, tak surow o chow ani i tak posłuszni,
byli to starsi synow ie k ró la polskiego K azim ierza J a ­
giellończyka: W ładysław , Kazimierz, J a n i A leksander,
a k ap łan , w ychow anie ich p r o w a d z ą c y - J a n Długosz.
Mieli oni jeszcze więcej rodzeństw a: pięć sióstr i dwóch
braci, ale ci dw aj bracia, ów Z ygm unt, później k ró l
tak wielki, i F ry d e ry k , w końcu życia k ard y n ał, mieli
dopiero, jeden rok czw arty, a d ru g i — trzeci, i wraz
z siostram i zostaw ieni byli staran io m m acierzyńskim
zacnej królow ej E lżbiety.
—
128
—
Nie b ły sk ał koło tych przyszłych m onarchów żaden
przepych, p ro sto ta n ajw iększa p an o w ała w odzieży*
w jadle, w całem obejściu, ró w n ała ich z m iernością
obyw atelskiego stan u ; rozu m n y ojciec h arto w ał ich
zdrow ie i w zm acniał niew ygodą, ćwiczeniam i ciała i ja k
n ajp ro stszy m ubiorem ; um ysł ich kazał zdobić i w y­
nosić, aby kiedyś zdołali stan ąć na rów ni z najw yższem
dostojeństw em , jak ie niem al k ażdego z nich czekało.
K azim ierz Jagiellończyk nie zaw iódł się w tych wi­
dokach dla sw ych synów. N ajstarszy , W ładysław , b y ł
królem czeskim, później w ęgierskim ; K azim ierz zo stał
Świętym ; J a n O lbracht, A leksander i Z ygm unt królam i
polskim i; F ry d e ry k k ard y n ałem .
K ról jednak, nie m ogąc sam w szystkim zachodom
około w ychow ania królew iczów podołać, szu k ał pilnie
zastępcy. Nie u p a try w a ł on go za granicą, ani u ży ł
w ędrow ca, nikom u w k ra ju nieznanego; nie chciał, żeby
książąt, dla P olski przeznaczonych, obcy m istrz u k ła d a ł
na wzór obcy; w y b rał więc rodow itego P olaka, d o b re
imię i zasługi m ającego u swoich, uczonego i cnotli­
wego D ługosza. Z nam ysłem p o d d ał ten sum ienny
mąż b a rk i sw oje pod ten ogrom ny ciężar, ale, raz p rzy jąw szy, um iał dźw igać go, ja k przystało. Poświęcił się
cały w ychow ankom swoim; w ich pow odzeniu i cno­
tach los swój i chw ałę założył; dzień i noc z nimi; n ie
spuszczał ich nigdy z bacznego o k a; sam n ajlep szy
we w szystkiem daw ał im przy k ład , nie dopuścił się
żadnej niespraw iedliw ości, ale w nich naw zajem żad n e­
go nie pom inął błędu bez skarcenia. K rólew icze na
rów ni z rodzicam i kochali i szanow ali nauczyciela,
a oboje królestw o uw ażali go, ja k b y członka za rodziny.
Jed n ak o w ą m ając o książętach pieczę, D ługosz tru d ził
się najwięcej n ajstarsz y m W ładysław em , bo wiedział,
że tem u la d a dzień pióro i księgę n a berło i k o ro n ę
zam ienić w ypadnie; kochał zaś najm ocniej d ru g ieg o
t
—
129
—
z rzędu, K azim ierza. T rzy n asto letn i królew icz p o słu sz­
ny, łagodny, kochający, a choć d ro b n y ciałem, najcierpliwiej znoszący niew ygody — tak był m iły ludziom ,
tak zaw sze n a obecność S tw órcy pam iętał, iż m ożna
było o nim powiedzieć, że niebo w d uszy swojej nosi.
II.
Ju ż zastaw iono w sreb rn y ch naczyniach k ap u śn iak
z w ędliną i zrazy z kaszą. Na pierw szem m iejscu było
kosztow ne nakrycie dla króla, obok podobneż dla D łu­
gosza; p rz y nich g ąsio rek w ódki i ja sn e kołacze; a na
końcu stołu cztery jed n ak ie m iski iłżeckie, łyżki d r e ­
w niane i po kaw ale razow ego chleba. K siążęta stali
skrom nie p rz y tych n ak ry ciach swoich, czekając, rychło
k ról wejdzie; ciepły zapach p o traw rozchodził się po
izbie, ap ety t mieli nie zm yślony, lecz czekali w mil­
czeniu.
W szedł wreszcie k ró l K azim ierz; p ostaw a jego b y ła
w spaniała, tw arz czerstw a i w ypogodzona, u b ió r m y­
śliwski. Za nim weszło kilk u dw orzan; pozdrow ił D łu­
gosza z p rzy ja źn ią i zap y tał o synów .
— Zdrow i i p osłu szn i—odpow iedział Długosz.
— A więc dzień wam dobry, chłopcy, B óg z wamil—i po g łask ał łaskaw ie po głow ach chłopców, cisną­
cych się do kolan jego.
— Mróz gracki — mówił dalej — u d a się w ytropić
dzikiego zwierza! coby to za łow y dziś były w moich
litew skich kniejach! W y k oronni to zaledw ie g aje m a­
cie. Ale należy posilić się na drogę. Chłopcy! będzie­
cie jedli ja k zawsze, stojący; starzy mówią, że od tak ie­
go zw yczaju, w stępuje mocjw nogi. W alny k a p u ś n ia k —
mówił król dalej, zachęcając d w orzan do posiłku. —
A jak ie n au k i tego ro k u p rz y p a d a ją ? —rzekł, zw raca­
jąc się do D ługosza.
OZYTANKI ST O PN IO W A N E, I II .
,
9
—
130
—
— B ędziem y mieli, miłościwy panie, raczej p o w tó ­
rzenie daw nych rzeczy, niż udzielanie now ych; p o stę­
p ując ciągle, w ypad a niekiedy zatrzym ać się i obejrzeć
n a p rz e b y tą drogę; b ad an ia o p o stro n n e i obce rzeczy,
najw ięcej atoli o w łasne; w znow im y pam ięć królów
naszych od początku.
— Wiem, ja k we w szystkiem trafiacie w m yśl moją,
księże kanoniku; sposóbcie synów moich do służby dla
k raju . Niech, g dy m nie już nie stanie, spełnią oni to
w szystko, co obiecyw ał spełnić niegdyś głośnej pam ięci
stry j ich W ładysław . Niech będ ą sław niejsi od ojca, jak o
ju ż są uczeńsi.
Na te słowa, g dy królew icze zdziwienie okazali, k ról
ta k jeszcze mówił:
— Nie dziw ujcie się słowom moim, synaczkow ie, ani
chełpcie niemi; jam w siódm ym ro k u m ego życia ojca
p o strad ał, a za czasów m ego dzieciństw a D ługosza nie
było; mało czego mnie uczono — g d y n ad wami tylu
m ądrych mężów ślęczy; srom otą b y ło b y dla was, g d y ­
byście dalej od ojca nie zaszli. A łacina będzie też
dzisiaj?
— Będzie, miłościwy panie! nie zaniedbuję jej n i­
gdy, bo cenię ją w ysoko, a zaw sze oporem idzie; paniętom nie j d a j e się tyle p o trzeb n ą, k iedy słow iań­
szczyznę znają; jeden królew icz K azim ierz bierze się
do niej, gdyż ra d b y ja k n ajp rę d zej czytać księgi
święte.
— B yw aj zdrów , d rogi przy jacielu — mówił król,
pow stając i ściskając ręk ę D ługosza. — Chłopcy! słu ­
chajcie go ja k mnie sam ego, a za najm niejszą, bro ń
Boże, krn ąb rn o ścią, zaklinam was, księże kanoniku,
nie szczędźcie rózgi.
K ról się w ybrał; D ługosz się skłonił, upew niając, że
w szystkich poleceń ściśle dopełni; skłonili się jeszcze
niżej w m ilczeniu królewicze, a skoro służba po śn ia­
—
131
—
d a n iu sp rzątn ę ła — stół ja d a ln y zm ienił się w stół do
nauki, a izba w szkołę. Nie było w ow ym czasie do
n ab y w an ia św iatła tych pom ocy i ułatw ień, ile ich je st
dzisiaj; k a rt geograficznych, globów ziem skich i nie­
bieskich praw ie nie znano; p a p ie r b y ł rz a d k i i drogi,
księgi jeszcze szacow niejsze; d ru k o w an e m ało co by ły
upow szechnione, a p isan e zb y t w ysoko płacone, aby
w ręce dzieci odd aw an e być m ogły. N ajwięcej też ów ­
cześni m ędrcow ie i m istrze uczyli z pam ięci i z w łas­
nych notat. P odobnie n au czał synów K azim ierza D łu ­
gosz, a przychodziło m u to tem łatw iej, iż za m łodych
lat wiele pisyw ał, wiele p odróżow ał i dzieje ojczyste
pilnie zgłębiał. Oo on mówił, uczniowie pisali sobie,
ja k umieli, k re d ą b iałą n a stole, o dczytując po kilk a
razy. P o skończonej nauce, ścierał pokojow iec nam azane litery i znaki, ale treść ich zostaw ała w trw a l­
szej od tak ulotnego pism a pam ięci.
Klementyna Hofmanowa.
Ćwiczenie ustne. Opowiedzieć gładko treść przeczyta­
nej powiastki.
47. P o t ę g a
muz y k i .
(Zdarzenie prawdziwe).
W iemy w szyscy, że F ry d e ry k Szopen b y ł słynnym
m uzykiem i kom pozytorem polskim . Ojciec jeg o był
profesorem w W arszaw ie i m iał p e n sjo n a t uczniów,
n a d którym i w swej nieobecności zw ykł b y ł polecać
d o zó r jednem u ze starszy ch pen sjo n arzy .
Pew nego wieczora, g d y p an p ro feso r w yszedł do
m iasta, chłopcy tak się rozhałasow ali, że k o rep ety to r
w żaden sposób ra d y sobie z nim i dać nie mógł. U d a­
je się przeto do F ry d e ry k a , ab y się n ad nim zlitow ał
i przy szed ł m u z pom ocą, celem usp o k o jen ia sw aw ol­
nych hałaśników . F ry d e ry k idzie do chłopców i p ro si
ich, aby przyszli do sali, a opowie im śliczną pow iastkę.
—
132
—
Chłopcy chętnie posłuchali F ry ck a, bo go serdecznie ko­
chali. Młody a rty s ta zasiad a tedy do fo rtep ian u , chłop­
cy p rzy su w ają się z krzesłam i do niego. O n gasi
świecę, gdyż zw ykle im prow izow ał po ciemku, i za­
czyna grać, p rzep latając g rę opow iadaniem . N ajprzód
prow adzi ich do la su i m aluje ciszę jego; n astęp n ie
p rzery w a ją krzyk am i dzikich rozbójników , k tó rzy
n a p a d a ją w lesie wędrowców; potem ro zb ó jn icy ucie­
kają, dzielą się łupam i, n astęp n ie u k ła d a ją się do sn u
i zasypiają. O pow iadając to, Szopen g ra ł coraz ciszej
i wolniej, tak, że chłopcy, rów nież u k o ły san i m uzyką,
zasnęli w raz z korepetytorem . O baczyw szy to, nasz
m uzyk w ychodzi po cichutku z sali i zw ołuje m atkę
i siostry, p rosząc je, ab y p rzy szły do salo n u ze św ie­
cami, a pokaże im coś ciekaw ego. W idok śpiących
na krzesłach chłopców b y ł b ard zo pocieszny. W tedy
F ry d e ry k siada do fo rtep ian u i silnym akordem od
ra z u znow u w szystkich ro zb u d za. Śpiący z ry w ają się
przestraszeni, nie wiedząc, co się dzieje, i d opiero śmiech
ogólny p rzy w raca im przytom ność.
Ćwiczenie stylow e.
artykułu.
48.
Opowiedzieć treść przeczytanego
Morze.
Temu, co nig d y nie w idział m orza, p rzed staw ia
ono widok u d erzający . I nie dziw; bo ilużto ludzi,
udaw szy się po raz pierw szy ze swojej rod zin n ej w io­
ski do m iasta, podziw ia rzeczy nieznane, we w łasnej
okolicy niew idziane. D la nich i niezw ykłej wielkości
staw i rzek a w iększa—już są u d erzającem zjaw iskiem .
Cóż dopiero, kiedy u jrzą bezm iar m orza wiecznie nie­
spokojnego, m iotanego ogrom nym i bałw anam i!
Stoim y tedy n a d p rzestrz en ią nie objętych okiem
toni w odnych, któ ry ch ogrom u d erza szczególniej p a ­
—
133
—
trzącego n a nie z w ysoka. Szare, m odre, zielone lub
jasn o lśniące się ich przezrocza, obok k tó ry ch k ażd a
w oda słodka w ydaje się m ętną, ciąg n ą się aż do k o ń ­
ca w idnokręgu tak, iż niebo zdaje się n a nich o p ie­
rać. W ody gładkie ja k zw ierciadło lu b też zw ijające
się w pieniste fale, ciągną się w odległość bez końca,
i żad n a góra, żaden p agórek, żad n a w yniosłość nie
p rzery w a jed n o stajn ej ich pow ierzchni. Choć w zu­
pełnym spokoju, p odnoszą te w ody z głuchym szu­
mem, ja k b y z przy tłu m io n y m rykiem , sw oje ogrom ne
fale, z którem i nie d ad zą się p orów nać fale żadnej,
choćby n aw et wielkiej rzeki, żadnego jeziora. F alam i
temi ro zb ijają b rzeg i w ysokie, a nizkie zalew ają na
d alek ą przestrzeń .
Lecz oto zaw iał silny w iatr, i ożyw iły się jeszcze
bardziej te niezm ierne p rzestrzenie. Coraz wyżej p o d ­
noszą się w zbijane od w iatru bałw any, coraz głębiej
ro zw ierają się pom iędzy niem i rozdoły. G óry wodne
w znoszą się n ieraz ta k wielkie, ja k m iejskie k am ien ice
i, do padłszy lądu, ro zb ijają się z wściekłością o jego
brzegi, w ysoko p ry sk a ją c pianą. W ody, ro zru szan e
aż do głębi, w yd ają gw ałtow ny szum, aż nareszcie
w iatr się ucisza, m orze u s p a k a ja się pow oli i w końcu
daw na cisza pow raca.
W stępujem y n a p o k ład okrętu, kru ch y m deskom
p ow ierzając swe życie. P rag n iem y dojść tam, gdzie
się kończy ta niezm ierna p rzestrz eń wód. Ju ż rozpięto
żagle i podniesiono kotwicę. S terujem y tam, gdzie
nasze oczy w idzą tylko nieskończoność. S tatek coraz
dalej unosi n as od brzegów . Ju ż w idać tylko szczyty
wielkich gm achów i wież; już zaledw o k rzy że kościo­
łów słabo zary so w u ją się n a w idnokręgu. I one ro z­
płynęły się w pow ietrzu. Jeszcze szarzeje ciem na m a­
sa lą d u i już tylko sinaw y p asek m gły pozostał.
W ytężam y wzrok. Tam gdzieś daleko tkw i ja k iś p u n k ­
—
134
—
cik, coraz b ard ziej m aleje, aż w reszcie w szystko zni­
kło. Gdzie spojrzeć, nie w idać nic, tylko wodę i wodę.
Więc p atrzy m y , czy może w jak iej innej stro n ie
nie zary su je się p rzed nam i ląd now y. Nie w idać nic:
wszędzie szklista pow ierzchnia sty k a się ze sklepie­
niem niebios. O kręt, w oda i niebo—oto w szystko, co
się p rzed staw ia oczom naszym .
N ieznane uczucie trw ogi p rzen ik a n as do głębi.
R ankiem opuściliśm y ląd stały; teraz już dzień m a
się k u końcowi, a nigdzie nie w idać żadnego p u n k tu
oparcia. Już i noc. G w iazdy zasiały niebo, o d b ijając
się w zw ierciadlanej pow ierzchni m orza. Z daje się nam ,
że płyniem y w po śró d dw ojga niebios, m ając jedne
n ad sobą, a d ru g ie pod sobą.
Aż oto nowe, niespodziane p rzed staw ia się nam
widowisko. Cała pow ierzchnia wód p o k ry ła się b ły sz­
czącym i punkcikam i. P rzed okrętem i po za okrętem
w idać ja sk raw e sm ugi ognia: to znane żeglarzom zja­
w isko św iecenia m orza. W tem ogrom ny p o tw ó r m or­
ski o k rąża pod w odą n asz okręt. U ciekają p rzed nim
drobne rybki, w y sk ak u jąc p o n ad wodę n a swoich
płetw ach, do sk rzy d eł podobnych.
N adchodzi czas odpoczynku. K ładziem y się; ale
m yśl o niebezpieczeństw ie sp an ia n ad ta k ą niezgłębio­
n ą otchłanią nie pozw ala nam zm rużyć oka. N areszcie
zasypiam y. O d czasu do czasu b udzi n as ciągłe k o ­
łysanie się okrętu. W ychodzim y n a pokład. Jeszcze
m rok p an u je n a całej wód przestrzen i; sp o g ląd am y
wokoło, chcąc spostrzedz i pow itać ów ląd, do k tó re ­
go m iał nas zanieść nasz okręt, pły n ąc przez całą noc.
Lecz niestety! I dziś w idzim y tylko niebo i wodę.
Z daje się, że m gła ra n n a zak ry w a p rzed nam i szare
zary sy ziemi. Lecz oto się ro zjaśn ia, ale jeszcze nic nie
widaćl Na w schodzie, zw olna i m ajestatycznie z łona
wód pow staje słońce, a k iedy w ychyliło całą sw oją
—
135
—
tarczę, prom ienie jego, w y tknąw szy sobie n a p rz e jrz y ­
stej pow ierzchni o g n istą drogę, bieg n ą aż k u naszem u
okrętow i. Mgły p o d n o szą się z w ody i z ak ry w ają w i­
dok. Z daje się w tedy, że w ypłynęliśm y n a ja k iś s tru ­
m ień i że w krótce p rzy b ijem y do brzegu. N areszcie
m gła ustępuje, w id n o k rąg się rozjaśnia;... ani śladu
w ym arzonego lądu; woda i tylko woda!^
T ak przechodzi dzień jeden, d ru g i i trzeci. O sw a­
jam y się powoli. P o nocach m arzym y, że jesteśm y na
lądzie, tam —w ojczyźnie. R ano z przebudzeniem się—
kołysanie o k rętu p rzy p o m in a nam zaw sze je d n o stajn ą
rzeczyw istość. P łyniem y jed en tydzień, potem d ru g i
i dow iadujem y się wreszcie, że jesteśm y w połow ie
drogi do A m eryki na oceanie A tlantyckim .
W yobraźcież sobie, co to za ogrom musi być ów
ocean pow szechny, k tó ry oblew a całą ziemię!
Ćwiczenie ustne. Po odczytaniu i omówieniu niniejszego
artykułu niech uczeń wymieni morza, o których słyszał i to,
co wie o kaźdem z nich, t. j. gdzie leży? (w jakiej części
świata? między jakimi krajami?) jakie są jego bogactwa? co
z niego wydobywają? jakie wpadają do niego rzeki? jakie
miasta leżą nad jego brzegami? czy która z tych miejscowo­
ści była sławną w historji i z czego w szczególności?
49.
Na tonącym okręcie*).
P rzed kilku laty, pew nego grud n io w ego ra n k a wy­
p ły n ą ł z L iw erpoolu wielki o k ręt parow y, na k tó re­
go pokładzie w raz z załogą, w ynoszącą około siedem ­
dziesięciu ludzi, znajdow ało się przeszło dw ieście osób.
K ap itan i w szyscy p raw ie m a ry n a rze byli A nglikam i,
*) Przy czytaniu tego opowiadania należy wskazać na m apie
lub globusie m iejscow ości, o których autor wspom ina.
—
136
—
w śród pasażerów zaś było nieco Włochów, trzy panie,
ksiądz i kilku m uzykantów . O kręt u d aw ał się do w y­
spy Malty. Czas b y ł pochm urny.
W śród podróżn y ch trzeciej klasy, zeb ran y ch n a
przodzie pokładu, znajdow ał się dw unastoletni chłopiec,
Włoch rodem , m ały n a swój wiek, ale silny, piękny
ty p sycyljański, z su ro w ą i odw ażną tw arzą.
Chłopiec siedział sam , n ieo p o d al p rzed n ieg o m asztu,
na kupie lin okrętow ych, obok małej w yszarzanej w a­
lizki, w której m iał swoje rzeczy, i n a któ rej trzy m ał
rękę. B ył śniady, włosy m iał czarne, wijące się, i tak
długie, że m u spadały n a ram iona. O dziany był u b o g o
w ja k ąś o b d a rtą k u rtk ę, a n a szyi m iał s ta rą to rb ę
skórzaną. Siedząc tak zam yślony, p a trz a ł n a p a sa ż e ­
rów. na okręt, m ary n arzy , p rzeb ieg ający ch obok niego
z pośpiechem , i n a morze, k tóre coraz niespokojniejszem się staw ało. A w y g ląd ał ów chłopiec, ja k b y p rze­
był świeżo jakieś wielkie nieszczęście: tw arz miał
dziecka, a w yraz d ojrzałego człowieka. W krótce po
w ypłynięciu z p o rtu jed en z m ajtków okrętow ych,
W łoch z siw ą już głow ą, u k azał się n a p rzodzie statku,
p row adząc m ałą dziew czynkę za rękę, i zatrzy m aw szy
się p rzed Sycylijczykiem , rzekł:
— Masz tow arzyszkę podróży, M arjuszu!—Poczem
odszedł.
D ziew czynka siadła n a kupie lin obok chłopca,
i oboje p atrz y li n a siebie. Mały Sycylijczyk zapytał:
— D okąd ty jedziesz?
— Do Malty, a stam tąd do N eapolu.—I dodała:—
Do ojca jad ę i do m atki, czekają tam n a mnie. N azy­
wam się Ju lje ta F ag g an i.
Chłopiec nic nie odpow iedział. Po jakim ś czasie w y­
dobył z to rb y chleb i suszone owoce, dziew czynka
m iała biszkopty, więc jedli.
—
137
—
— Baczność!—k rz y k n ą ł włoski m a ry n a rz, przecho­
dząc z pośpiechem .—Z araz się zacznie taniec!
Jak o ż istotnie w iatr się wzmógł, a o k ręt k o ły sał
się gw ałtow nie. Ale siedzące n a linach dzieci nie b a r ­
dzo n a to zw ażały. D ziew czynka uśm iechała się. B yła
o na praw ie w tym sam ym wieku, co jej tow arzysz,
ale znacznie od niego w yższa. Sm agła, b ru n etk a ,
szczupła, w ątła i mniej niż skrom nie u b ran a. W łosy
m iała kędzierzaw e, k ró tk o obcięte, czerw oną chustecz­
k ą zaw iązane, i sreb rn e duże koła w uszach.
Jedząc, opow iadali sobie swoje losy.
Chłopiec nie m iał już ani ojca, ani m atki. Ojciec,
robotnik, u m arł niedaw no w Liw erpoolu, zostaw iając
go sam ego n a świecie, a konsul włoski o d sy łał go
w łaśnie do Palerm o, gdzie m ały siero ta m iał dalekich
krew nych.
D ziew czynkę za b ra ła z sobą do L o n d y n u p rzed
rokiem ciotka, wdowa, k tó ra ją b ard zo kochała, i k tó ­
rej rodzice oddali ją n a czas jakiś; ale w kilk a m ie­
sięcy potem p rzejech ał ciotkę om nibus i u m arła, nie
zostaw iw szy ani szeląga. D ziewczynce p o rad zo n o ud ać
się do konsula. K onsul się n ią zaopiekow ał, i oto od­
sy ła ją do rodziców .
Oboje poleceni zostali owem u W łochowi, k tó ry do
załogi o k rętu należał.
— Może tam ojciec i m atk a — kończyła dziew czyn­
k a —m yślą, że ja w racam z m ajątkiem , a ja nie mam
nic. Ale i tak będą mnie kochali. A moi bracia. Czte­
rech mam braci, takich m ałych, m alutkich... Jestem
n a jsta rsz a w domu. U bieram ich, myję. O kropnie się
ucieszą! Wejdę n a palcach po cichutku. Ja k ie m orze
brzydkie!...—Potem n a g le do chłopca: — A ty będziesz
u tych krew nych?
— Będę... Jeśli m nie zechcą trzym ać—odrzekł.
A czyż cię nie kochają?
—
138
—
— Czy ja wiem?
— J a n a Boże N arodzenie zacznę ro k trz y n a sty —
przem ów iła dziew czynka. I zaczęli mówić o m o rzu p
o podróżnych, k tó rzy ich otaczali. T ak przesiedzieli
dzień cały, gaw ędząc od czasu do czasu. P asażero w ie
myśleli, że to b r a t i siostra. D ziew czynka robiła p o ń ­
czochę, chłopiec rozm yślał, m orze staw ało się coraz
burzliw szem . K iedy rozchodzili się wieczorem, dziew ­
czynka rzekła:
— Śpij spokojnie!
— N ikt tu, moje dzieci, nie będzie dziś sp ał spo­
kojnie!—rzek ł p rzeb ieg ając ów włoski m ary n arz, k tó ­
rego w zyw ał kap itan .
Chłopiec chciał w łaśnie odpow iedzieć małej tow a­
rzyszce: D obranoc !— k iedy gw ałtow ny stru m ień w ody
chlusnął n a niego znienacka i pow alił go n a ław k ę.
— Jezus M arja! Krew! — k rzy k n ęła dziew czynka,
rzu cając się do m alca. P asażerow ie, spiesznie scho­
dzący pod pokład, nie zauw ażyli tego.
D ziew czynka u k lęk ła p rz y chłopcu, k tó ry b y ł o g łu ­
szony tym nagłym upadkiem , o ta rła m u zak rw aw io n e
czoło i zdjąw szy sw oją czerw oną chusteczkę, usiło­
w ała ja k najm ocniej obw iązać m u głowę. Gdy ją p rz y ­
cisnęła do piersi, ab y ścisnąć lepiej oba końce chustki,
n a jej żółtej sukienczynie n ad paskiem została k rw a w a
plam a. M arjusz ocknął się i podniósł po chwili.
— Czy cię boli?—zap y tała Ju ljeta.
— Nic m nie nie boli!
— D obranoc ci!
— D obranoc!—odpcw iedział M arjusz.
I zeszli po schodach do swoich sypialni.
S ta ry m a ry n a rz d obrze przepow iedział. Jeszcze
dzieci nie posnęły, kiedy ro zp ętała się straszliw a b u ­
rza. O grom ne b ałw an y tak gw ałtow nie n a ta rły na
okręt, że w p a rę m inut jed en z wielkich m asztów zo­
—
139
—
stał pow alony, trzy łodzie ratu n k o w e, uczepione w tyle
okrętu, fale uniosły ja k liście, a sztu rm u jące morze*
zm iotło cztery woły z p rzed n ieg o pokładu. Pom iędzy
p asażeram i zrobił się o k ru tn y zam ęt. K rzyki p rz e ra ­
żenia, rozpacz, płacz, m odlitw y, buchnęły ja k d ru g a
b urza. W łosy staw ały n a głowie, słuchając tych gło­
sów. Morze w rzało. N aw ałnica szalała noc całą, w zm a­
g ając się ciągle. Dniało, a jeszcze rosła. O lbrzym ie
fale, bijące w statek z ukosa, zalew ały pokład, tłukąc*,
łam iąc i zm iatając w otchłań, co tylko n a nim było.
P latfo rm a, p o k ry w ająca m aszynę, b y ła zgnieciona,
a w oda nalew ała się do w nętrza ze straszliw ym h u ­
kiem; ognie pogasły , m aszyniści uciekli pod pokład
p rzed niechybną śm iercią; szerokie stru g i w dzierały
się zew sząd.
Wtem grzm iący głos k rzy k n ął:
— Do pomp!
B ył to głos k ap itan a; m a ry n a rze rzucili się do pomp..
Ale w tejże chwili nag łe u derzenie fal przechyliło o k ręt
w tył, zgruchotało poręcze i drzw iczki kajut, a woda
strum ieniem wlewać się do nich poczęła. P a sa ż e ro ­
wie w śm iertelnym p rzestra ch u zgrom adzili się w wiel­
kiej sali. W tem k ap itan u k aza ł się w progu.
— K apitanie! P an ie k ap itan ie!—k rzy k n ęli wszyscy
razem . Co się dzieje?... Co się z nam i stanie?... Czy
je st nadzieja? Czy je st ratunek?...
K apitan przeczekał, aż się k rz y k uciszył, a potem
rzekł zim nym głosem:
— T rzeba się po d d ać losowi.
J a k a ś kobieta k rzy k n ęła: —Litości! —B ył to je d y n y
okrzyk.
N ikt inny głosu dobyć nie mógł. Z g ro za ścisnęła
w szystkie g ard ła. M inuty upływ ały, w wielkiej sali
śm iertelna p an o w ała cisza.
—
140
—
Ludzie p atrz y li n a siebie zbolałą z p rzeraż en ia
tw a rz ą , a m orze tym czasem szalało. O kręt p o g rążać
się zaczął.
K apitan p róbo w ał jeszcze spuścić łódź ratu n k o w ą.
P ięciu m a ry n a rz y w stąpiło w nią, b a rk a została od­
cięta. N atychm iast je d n ak przechyliła ją gw ałtow na
fala i dw óch m ajtków poszło na dno. Jed n y m z nich
b y ł s ta ry W łoch, opiekun dzieci. P ozostałym udało
się z wielkim tru d em zarzucić szn u ry n a o k ręt i do­
stać się n a niego z pow rotem . P o tej śm iertelnej p ró ­
bie załoga straciła nadzieję. W dwie godziny potem
o k ręt był zalany w odą aż do w ysokości osad y głów ne­
go m asztu. P od pokładem o d g ry w ały się ro zd ziera­
jące sceny.
M atki rozpaczliw ie tuliły dzieci do łona, p rzy jaciele
p ad ali sobie w objęcia i żegnali się, n iek tó rzy scho­
dzili do k aju t, b y tam um ierać, nie p a trz ą c n a ro z­
p ętan e i huczące morze. L udzie czepiali się konw ulsyjnie jedni drugich, kobiety m dlały i w padały w szał
nieopisany.
Wielu klęczało dokoła księdza, w znosząc ku niem u
złożone do m odlitw y ręce.
K rzyk, jęki, płacz dzieci, łkania, głosy dzikie, ostre,
tw orzyły jakiś chór piekielny, ja k ą ś sym fonję rozpaczy;
a tu, to tam stali ludzie nieruchom i ja k posągi, z rozszerzonem i źrenicam i, k tó re nie w idziały nic, z tw a­
rzam i szaleńców i trupów .
Dwoje dzieci, M arjusz i Ju ljeta, trzy m ając się co
siły jednego z o krętow ych m asztów, p a trz a ły w mo­
rze osłupiałym wzrokiem , ja k b y nieprzytom ne.
N akoniec m orze zaczęło się uspokajać, ale o k ręt
zan u rz ał się zw olna coraz głębiej. K ilka m inut zale­
dwie i m usiał zniknąć pod wodą.
— Spuszczaj szalupę!—k rz y k n ą ł k ap itan .
—
141
—
Spuszczono o statn ią szalupę, ja k a pozostała. C zter­
n astu m a ry n a rzy i trzech podróżnych zeszło do niej.
K apitan p a trz a ł z pokładu.
— K apitanie! schodź z nam i!—krzyczano na niego
z szalupy.
— Zginę n a stanow isku!.. To pow inność moja! —
odpow iedział!
— Spotkam y jaki statek! Ocalimy się! Schodź —
wołali m arynarze.
— Z ostanę tutaj!
— J e st jeszcze miejsce! — k rzy k n ęli w tedy m a ry ­
narze, zw racając się do pasażerów . Niech zejdzie
kobieta!
Z bliżyła się kobieta, p o d trzy m y w an a fprzez k a p i­
tana, ale zobaczyw szy odległość, w jak iej się zn ajd o ­
w ała szalupa, nie m ogła odw ażyć się na skok i padła
n a pokład zem dlona.
Inne kobiety były bezprzytom ne i naw pół nieżyw e.
— D aw ać dziecko!—krzyczeli teraz m ary n arze.
Na ten krzy k m ały Sycylijczyk i to w arzy szk a jego,
jak b y skam ieniali dotąd od nadludzkiej zgrozy, w strzą­
śnięci gw ałtow nie in stynktem życia, puścili drzew o
m asztu, i rzuciw szy się n a b rzeg pokładu, w rzasnęli
jednym głosem: Ja!... Ja!...—o d trąc ając się w zajem od
zejścia, ja k dzikie zw ierzęta.
— Mniejsze! — krzy czan o z szalupy. — B a rk a je st
przeładow ana! Mniejsze!
Na ten k rz y k dziew czynka opuściła ręce, ja k tr a ­
fiona gromem , i stanęła nieruchom a, p atrz ąc n a Marju sza m artw em i oczyma.
M arjusz sp o jrzał n a nią i zobaczył k rw aw ą plam ę
n a żółtej sukience. P rzy p o m n iał sobie, sk ąd się wzięła,
i jakiś błysk niebiań sk i przeleciał mu po tw arzy.
— Mniejsze! P ręd zej!—wołali m a ry n a rz e z n ajw y ż­
szą niecierpliw ością. — O dbijam y!
—
142
—
A w tedy M arjusz k rz y k n ą ł dziw nym głosem:
— O na lżejsza! Schodź, Juljeto! Masz ojca i m atkę.
-Ja sam. O ddaję ci miejsce. Schodź!
— Rzucić ją w wodę!... Złapiemy!
M arjusz chw ycił ją wpół, i rzucił w morze. K rzykaięła dziew czynka i zan u rzy ła się z głową.
Ale w tejże chwili jeden z m a ry n a rzy chw ycił ją
i w ciągnął n a b arkę. Chłopiec stał w yprostow any
n a brzeg u pokładu, z czołem podniesionem , z wło­
sam i rozw ianem i przez w iatr, nieruchom y, spokojny,
w zniosły.
P lusnęły wiosła. B a rk a m iała zaledw ie czas oddalić
się od niebezpiecznego leja, ja k i tw orzył okręt, idący
,pod wodę, aby nie być w ciągniętą w przepaść.
W tedy dziew czynka, d o tąd ja k b y b ezp rzy to m n a,
podniosła oczu ku chłopcu i w ybuchnęła płaczem .
— Żegnaj, M arjuszu! — zaw ołała, w yciągając ręce
ze łkaniem .—Ż egnaj! Żegnaj!
— B ądź zdrow a! — o d k rzy k n ął chłopiec, podno-r
sząc rękę.
B a rk a zaczęła się oddalać z pośpiechem , skroś
w zburzonego m orza, pod zam roczonem niebem.
Na okręcie ucichło w szystko. W oda zatap ia ła już
ostatni skraw ek pokładu.
Nagle, chłojjczyna u p ad ł n a k o lan a ze złożonemi
rękam i i w zniósł oczy w niebo.
O calona dziew czynka u k ry ła tw arz w dłoniach.
Kiedy ją podniosła i pow iodła w zrokiem po m orzu
dokoła, o k rętu nie było już n a niem.
E. Amicis.
Ćwiczenie stylow e. Ułożyć plan przeczytanego opo­
wiadania, a następnie napisać krótkie jego streszczenie.
—
50.
143
—
Legenda.
K iedyś—daw no już tem u—żył sobie ry b a k n a świecie
S ta r y i biedny... Nic nie m iał prócz wątłej siecie
I czółna... m ieszkał sam jeden w chatce lichej u morza...
Często cierpiałby głód, g d y b y nie ła sk a Boża:—
Codzień w sieci znalazło się ry b e k p rzy n ajm n iej tyle,
Że m iał co jeść, a w niedzielę m ógł odpocząć na
chwilę...
N iegdyś ojcem on b y ł—lecz siódm y już praw ie ro k
minął,
J a k mu jed y n y syn gdzieś n a m orzu bez wieści zginął.
Raz więc staru szek ten cały tydzień nie b y ł n a brzegu,
Bo też od kiedy żył, nie pam iętał w iatru takiego:—
Wył dzień i noc... A tu i ry b y nie stało i chleba...
Nie ja d ł już d ru g i dzień... N areszcie P a n B óg sp o jrzał
z nieba
Na morze... Ucichł w iatr i pięk n a wróciła pogoda...
R y b ak n a brzeg... do czółna... p rz e p a d ło !.. uniosła je
woda!...
Biedny, ja k ściana zbladł i w rozpaczy załam ał ręce...
Teraz już pew ny głód i śm ierć po długiej, straszn ej
męce...
Więc jęknął: «Otóż B óg w szystkiego mnie w życiu
pozbaw ił,
Syna, chleba i sił... starość tylko i śm ierć zostaw ił!»
Mówiąc to, wziął kam yczek—i, sam nie wiedząc co robi,
U derzył go i ro zb ił—aż p atrzy : siedzi tam sobie
M uszka d ro b n a ja k mak... W tem zjaw ia mu się anioł
w bieli,
I słyszy cudny głos, ja k śpiew n ajp ięk n iejszy
w kościele:
«Jeżełi Bóg nie zapom ni m uszki d ro b n ej,w kam yczku,
«Gdzie jej nie dojdzie nic, n aw et słońce w jasn y m
prom yczku,
—
144
—
«To nie zapom ni On i o tobie... U fajże Jem u,
«Módl się i w ie rz b —I zniknął... P o lały się łzy bied n em u
W estchnął, pobożnie kląkł... gorąco pom odlił się Bogu...
Skończył... do dom u czas... Zbliża się... patrzy ... syn
w p ro g u .
Leonard Sowiński.
Ćwiczenie g ram a tyczn e. Z przeczytanego wiersza wy­
brać zdania niezupełne i wyrzutniowe i wskazać, jakie wyrazy
w nich opuszczono, (por. Gram. § 61).
51.
Król Bałtyku.
Pójdziem y dalej, kto stopy przysun ie
Na wód północnych w ybrzeża żółtawe,
U jrzy na straży posępną Mołtawę
I radującą się w iecznie Radunię,
Co jak odźw ierne w progu W isły strzegą
Bram bursztynow ych m orza Bałtyckiego.
D e o ty m a .
Jeszcze lepiej strzeże b ram B ałty k u G dańsk sta ry .
N iegdyś b y ł on sobie n ęd zn ą o sad ą ry b ack ą, ale m o­
rze dopóty m u niosło do stóp swe sk arb y , W isła d o ­
póty swem zbożem k arm iła, aż u ró sł w znaczenie
i siłę.
D zisiaj G dańsk, to m a g n at p o kaźny, to k ró l w y­
brzeży bałtyckich! Dla okrętów przyjacielskich m a
on p o rt w ygodny, dla w rogów — licznych dział p asz­
cze, jest bowiem tw ierdzą pierw szorzędną.
Czego to m iasto nie przeżyło, nie doznało! Nie
oszczędzały go głód, pożar, w ojna, m orow e pow ietrze.
H isto rja G dań sk a ściśle je st z h isto rją P olski zw ią­
zana. Połączony z P o lsk ą przez B olesław a C hro b reg o ,
odpadł za Leszka, zw anego Białym , i dopiero M estwin,
książę pom orski, o d d ał G dańsk w raz z Pom orzem
—
145
—
Przem ysław ow i, księciu w ielkopolskiem u, w r. 1284.
Za W acław ów czeskich m ożna ro d zin a Świeców s p ra ­
w ow ała tam rz ą d y i g d y Ł okietek w ładzę n ad Pom o­
rzem od d ał sędziem u pom orskiem u B oguszy, Świecowie sprow adzili n a ziemię ojczystą m arg rab ió w B rand eburskich i G dańsk obiegli.
Ł okietek o b ejrz ał się tak że za sojusznikiem . B y ł
tam jeden niedaleko, u k ła d n y a zdradliw y, z godłem
C h ry stu sa n a zbroi.
K rzyżacy, bo o nich tu mowa, sk o rzy stali z w e­
zw ania, o dparli B randeburczyków , lecz później sam i p o ­
kazali, co um ieją. N ajlepiej um ieli zd rad zać, to też
d. 4 sierp n ia 1308 r. w dzień św. D om inika, g d y d o ­
roczny ja rm a rk spro w ad ził to m y lu d u , G dańsk b y ł
w idow nią straszn eg o czynu. K rzy żacy w padli n a za­
mek, wycięli w pień dziesięciotysięczną załogę, Boguszę uw ięzili i m iasto zab ra li dla siebie. W spom nienie
tej rzezi przechow ało się w pieśni ludow ej, k tó rą m a t­
ki śpiew ają do dziś d n ia jeszcze n a d ko łysk ą dzieci.
Oto z niej dw ie zw rotki: będ ą one zarazem p ró b k ą
m iejscow ego n arzecza K aszubów .
Ziuziu, ziuziu, córalenku,
Zabiele cy ojca w renku,
Zabiele go ze drudzim i,
T oporam i żelaznym i.
A w R eduni k rw aw a woda.
S zkoda ojca, że co szkodal
W ianek b ierzesz do dom sobie,
K ładziesz go n a tatci grobie,
Klęcząc m odlisz się za ojca,
Co go zabił K rzy żak zbójca.
A w R eduni k rw aw a w oda.
Szkoda ojca, że co szkoda!
CZYTANKI ST O PN IO W A N E, I II.
10
—
146
—
Do ro k u 1454, t. j. do czasu rozpoczęcia w ojny
trzynastoletniej za K azim ierza Jagiellończyka, K rzy ­
żacy nie w ypuszczali P om orza ze swych rą k d rap ie ż­
nych. Sm utne to były czasy. R óżne klęski: głód, p o ­
wodzie, burze, m orow a zara za naw iedzały miasto,
g n io tła je ciężka ręk a krzyżacka. Więc też K azim ierz
Jagiellończyk przyjm o w an y b y ł w G dańsku, ja k zbaw ca.
D obry stosunek G dańska z P o lsk ą zachw iała r e ­
form acja; różnice w przek o n an iach religijnych poczęły
w aśnić ludzi m iędzy sobą i doszło do tego, że dla
u rząd zen ia spraw i uspokojenia zam ieszek, Z ygm unt
S tary zjechał do G dańska i trzy m iesiące tam p rz e ­
byw ał. P rzyw rócono po rząd ek , zap an o w ała zgoda,
ale na krótko. P o d b u rzo n y do oporu G dańsk znow u
się zbuntow ał, nie u zn ając królem S tefana B atorego.
W ojna skończyła się zwycięstwem Polaków . G d ańszcza­
nie, widząc, że porw ali się z m oty k ą na słońce, u d e­
rzyli w pokorę i b ram y m iasta przed królem otw arli,
sk ład ając 2U0.000 złotych na odbudow anie zniszczone­
go w czasie w ojny k la szto ru w sąsiad u jącej z G dań­
skiem Oliwie. Z tych czasów d atu je się przysłow ie:
«Porw ał się ja k b u rm istrz g d ań sk i n a k ró la polskiego.
N astępcy k ró la B atorego, Z y g m u n t I I I i jego sy ­
nowie także G dańsk naw iedzali, a m iasto z p rz e p y ­
chem przyjm ow ało sw ych panów . Na w ysokiej b r a ­
mie i na ra tu sz u nie szczędzili trębacze instrum entów ,
tow arzyszył im zeg ar m iejski i arm aty, k tó re n ie u sta n ­
nie biły aż do północy.
Stanow czością p rzek o n a ń nie m ógł się jednakże
G dańsk poszczycić. I tak np. za długie nam ysły, czy
odstąpić A ugusta I I i uznać królem Leszczyńskiego, m u ­
sieli G d ań szczan ie n a rozkaz K arola X II, k ró la szw edz­
kiego, zapłacić łi7 tysięcy talarów k ary . Później znow u
w prędkim b ard zo czasie tak pokochali now ego pana,
że bronili go odw ażnie, g d y w ojska A ugusta m ury
L
-
147
-
G dańska obiegły, co znow u nie przeszkodziło im w n a ­
stępstw ie tem uż A ugustow i w ystaw ić pom nik. Jednem
słowem, p rzek o n a n ia G dańszczan p rzy p o m in ały wielce
chorągiew kę n a dachu.
W r. 1793 m iasto przeszło pod p an o w an ie pruskie.
G dy u k azały się p ru sk ie w ojska w śród m urów G dań­
ska, m ieszkańcy do w ylew u krw i się bronili. A dzi­
siaj, niech ich kto zapyta, czy są lub nie są P ru s a k a ­
mi, co odpow iedzą?
T aka b y ła przeszłość G dańska. W lu d zkich s e r­
cach zatarły się jej ślady, ale kam ień dłużej pam ięć
chowa.
W spaniałe kam ienne b ram y , pod któ rem i p rzesu ­
wały się hufce potom ków grunw aldzkich, ja śn ie ją d o ­
tychczas połączonem i h erb am i K orony i H anzy. Dom y
w ysokie a w ązkie noszą na sobie średniow ieczne
piętno.
Szczególniej ciekaw e są budow le w ry n k u . R atusz
z X III w ieku w stylu gotyckim p o siad a w ysoką na
242 stóp wieżę, uw ieńczoną g ru b o złoconym posągiem
Z ygm unta III. W ra tu sz u m ieszczą się w spaniałe sale.
Tam ongi zasiadali ra d n i m iasta z b u rm istrzem na
czele, k tórego w ładza w G dań sk u w iększą była, a n i­
żeli k róla w Polsce. O bok ra tu sz a stoi gm ach p r a ­
s ta ry z posągiem A ugusta III. Je st to tak zw any
A rtu sh o f—obecnie giełda.
Ze w szystkich m iast europejskich G d ań sk po siad ał
najw ięcej kościołów i kaplic. Liczba ich dochodziła
p odobno czterdziestu. N ajdaw niejszym je st kościół P a n ­
n y M arji zbudow any w form ie łacińskiego krzyża.
To dzieło K rzyżaków .
Z ew nątrz św iątynia n ajeżo n a różnej w ielkości w ie­
żami, p rzy g n ia ta nieco ogrom em , za to w ew nątrz za­
dziw ia w ysm ukłością filarów , lekkością łuków , rzeźb a­
mi delikatnem i ja k ko ro n k a. C zterdzieści sześć kaplic
—
148
—
n ib y wieńcem otacza św iątynię, ale wieniec to p rz y ­
w iędły—kaplice zaniedbane, n iem al w ruinie.
B iblioteka k la szto rn a zaw iera b o g a ty zbiór m sza­
łów z XV i XVI stulecia, a sk arb iec cenne relikw jarze, ob razy b izan ty ń sk ieg o stylu, kielichy, o rn aty .
Kościół P a n n y M arji o d d aw n a obrócony je st na
zbór protestancki. Do ciekaw ych budow li w G dańsku
zaliczone są także śpichlerze, a je st ich blizko dw ie
setki. W ysokie, głuche i zam knięte, nie z d rad z ają
skrom ną zew nętrzną szatą bogactw , jak ie w sobie k ry ­
ją. P odobno zboże, zgrom adzone n araz w tych spichle­
rzach, przechodzi w artością wiele m iljonów talarów .
P osłuchajm y teraz, co Klonowicz o śpich lerzach pisał:
«Tu już przy jd ziesz do m isternej windy,
T u u jrzy sz dziw nych rzeczy n a p rzebindy,
Jakom pow iedział, już tu m asz śpichlerze,
Masz i m aklerze.
Masz zielony most, cel naszej ro b o ty ,
T u wzwody, wschody, dziw ne kołow roty,
Masz wagę, trety , ław y, dziw ne spraw y,
R óżne zab aw y .
A potem zbaw ienne ra d y p o d ró żn em u daje, czego
się strzedz, n a co uw ażać sp rzed ający pow inien.
«A już ów kupiec n ieb ard zo w arow ny,
Co n a z b y t mowny».
W reszcie, g d y już sp rzed aż ukończona, p o eta ta k ą
ra d ę daje:
«M yknijże n azad, spraw dziw szy swe rzeczy,
W iatry północne miej n a dobrej pieczy,
Klnij się. B odaj n as pow ietrze porw ało,
Nami miotało.
B y nas pędziło z lekkiego zachodu
Do miłej P olski z tego tu zawodu®.
—
149
—
N ietylko zbożem i drzew em h andlow ali G dańszcza­
nie. Ich likier, w ódki, m arcy p an y , cudnie m osiądzem
zdobne szafy, w yro b y bursztynow e, zegary, słynęły
od d aw n a i wciąż słyną.
W zm agał się handel, w zm agały bogactw a, a za
niem i szedł p rzep y c h i zbytek.
M usiały one zbytki p rzek raczać zw ykłą m iarę, bo
b iskup w arm iński, J a n G dańszczanin (D antyszek) n a ­
pisał wiersz, w k tó ry m grom i surow o zb y tk i swoich
współziomków:
«Nowe bogate m iasto, co się zo wiesz G dańskiem ,
P rzyjm słow a, k tó ręć niosę z ro zk azan iem P ańskiem :
K rótki czas, jeśli grzechów nie p rzestan iesz dalej,
Tw oja cię w łasna zb ro d n ia z p o sad y obali,
P ręd k o w zrosłoś, lecz p rzeb ó g i tw a zg u b a chyża,
Twój dzień, m iasto niewdzięczne, rychło się przybliża®.
Część przepow iedni, ja k w idzim y z historji, sp raw ­
dziła się zupełnie. Gniew Boży klęskam i ja k biczem
chłostał m iasto.
W re życie w p rz y sta n i g d ań sk iej, m aszty okrętów
niby las w y ra s ta ją z wody, słychać k rzy k i, n aw o ły ­
w ania, ta rg i i um ow y kupczących. O przeszłości n ik t
nie pam ięta — dla dzisiejszych m ieszkańców G dańska
nie istnieje ona zgoła.
(«Z biegiem W isły*).
Chrząszczewskiej i Warnkówny.
O bjaśnienie ję zy k o w e . Dlaczego o Gdańsku powiedzia­
no, że strzeże bram morza Bałtyckiego, że Wisła niesie mu
swe skarby, że kraj karm i go zbożem? Są to wszystko wy­
rażenia przenośne, ale bardzo dobrze przedstawiające fakt,
że Gdańsk leży przy ujściu Wisły i wzbogacił się głównie
■dzięki handlowi zbożem. Sojusznicy —sprzymierzeńcy t. j. ci,
—
150
—
którzy przyrzekli (zawarli przymierze), sojusz, wzajemnie so­
bie pomagać i działać wspólnie w jakiejś sprawie. Stosunek
Polski do Gdańska zachwiała reformacja — w XVI wieku
ludność Gdańska po większej części przyjęła wiarę Lutra
(zostali luteranami, ewangielikami) gdy w Polsce przeważali
katolicy, więc Gdańszczanie obawiali się, aby ich nie prze­
śladowano z powodu innej wiary. Przekonania Gdańszczan
przypominały chorągiewką na dachu. —Gdy wiatr wieje, cho­
rągiewka zwraca się w jego stronę; stąd ludzi, którzy za
lada powodem zmieniają zdanie, nazywają chorągiewką na
dachu. Hanza—związek miast handlowych, do którego i Gdańsk
należał. Klonowicz—poeta z XVI wieku, autor Flisa, z któ­
rego wyjątek Podanie o Wiśle i Narwi (patrz wyżej str. 69),
jużeście czytali. Przytoczone wiersze są również wyjątkiem
z tego poematu.
Ćwiczenie p iśm ien n e. 1) Ułożyć plan przeczytanego
artykułu. 2) Z przeczytanego artykułu wybrać i objaśnić
przenośnie i porównania.
52.
Wytrwałość.
P o d cieniem rozłożystej lipy, p rzed stołem p ap ie­
ram i założonym , siedział chłopczyna la t 10 mieć m o­
gący, i pilnie coś kreślił i m azał. C zasam i p rzery w ał
zajęcie, p o d p ierał głow ę n a rę k u i z a tap ia ł się w m y­
ślach.
— Cóż ta k siedzisz tu taj sam jed en zupełnie?—ode­
zw ał się nagle poza chłopcem głosik m ilutki, i w tejże
sam ej chwili, dziew eczka, niewiele co sta rsz a od niego,
sta n ę ła p rz y stole.—R zuć ten ołówek, p a p ie r i kredki,
i chodź z nam i pobiegać, dodała, k ład ąc rączk ę n a r a ­
m ieniu braciszka.
— P ó k i tej sceny, k tó rą dziś słyszałem , nie w y ry ­
suję n a papierze, nie ru szę się stąd, o d p arł chłopiec.
—
151
—
— Alboż ty podołasz temu? B itw a, konie, arm aty ,
polegli, to taki straszn y zam ęt, d ajże m u pokój, chodź
do nas, my się tak w esoło baw im y.
Ale słow a te nie zniechęciły A rtura.
— Pow iedziałem sobie, że się stąd nie ruszę, do­
póki bitw y opow iedzianej nam przez ojca, nie w y ry ­
suję, o d p arł spokojnie, odejdź przeto, proszę.
D ziew czynka ru szy ła ram ionam i.
— Coś mi się zdaje, że za tru d n ą rzecz p rzed się­
wziąłeś, rzekła, i pobiegła do ogrodu.
Chłopczyk został sam, pow rócił do p rzerw an ej p r a ­
cy i znow u kreślił, mazał, dum ał; a z o g ro d u do b ie­
gały go tym czasem wesołe odgłosy śm iechów dziecię­
cych i św iergot p ta sz ą t gw arliw y.
Minęła godzina jedna, d ru g a, trzecia; dzw onek, zw ia­
stujący południe, odezw ał się głośno.
— Otóż i obiad, rzek ł chłopczyk, podnosząc ro z ja ś ­
nioną tw arzyczkę, chyba n a niego zasłużyłem .
— No, cóż A rturze, ileżeś p o d arł ark u szy p a p ie ­
ru?—rozległy się stąd i zow ąd p y tan ia, i chłopiec u j­
rzał się n araz otoczony dziatw ą. Nie rozg n iew ał się
je d n ak temi pytaniam i, uśm iechnął się łag o d n ie do
dzieci, i podniósłszy leżący na stole jed en z ark u szy
papieru, rzekł, p o k azu jąc go;
— P atrzcie, co n arysow ałem w edług opow iadania
ojca. P ra w d a że się p o rząd n ie zmęczyłem, ale doko­
nałem swego i cieszę się tem niew ym ow nie. Dziś je ­
szcze nie umiem rysow ać, ja k należy, ale m uszę się
nauczyć, choćby mi przy szło pracow ać nocam i.
D ziatw a k rzy k n ęła ze zdum ienia. Na pap ierze u j­
rzała k rw aw ą walkę, sk reślo n ą k red k ą, chociaż dość
niew praw nie, ale z w idoczną usilnością i staraniem .
T ym m ałym a rty s tą b y ł A rtu r G rottger. U rodzony
1837 r. w O łynow icach w Galicji, od la t najm łodszych
okazyw ał w ielką w ytrw ałość w każdem p rzedsięw zię­
—
152
—
ciu, a m ianow icie w nauce ry su n k u . Ojciec był jego
pierw szym m istrzem w tej pięknej sztuce. P rz y pilnej
p racy i w ytrw ałości talen t m łodego A rtu ra rozw inął się
z czasem św ietnie i przy n ió sł mu sław ę m istrza. Ale,
niestety, zaledw ie k raj dow iedział się, że m a now ego
w ielkiego artystę, p rzy szła wieść, że a rty sta ten już
nie żyje. U m arł w ro k u 1867, zaw cześnie dla n a ro d u
i dla sztuki!
Ćwiczenie.
nego artykułu.
52.
Opowiadanie ustne i piśmienne przeczyta­
Śledź i inne ryby morskie.
x
K upił raz A ntek śledzia w m iasteczku. Z ajad a go
smacznie, chlebem p rzeg ry za . W tem przy szła m u do
głow y myśl, sk ąd się b io rą śledzie u nas? Przecież
on tyle ry b w życiu swojem nałapał, a n ig d y jeszcze
śledzia w sieci nie zdybał!
— P ó jd ę do kupcow ej, to się dow iem — m yśli cie­
kaw y Antek.
Idzie tedy do sklepu i py ta:
— Moja Joskow a, pow iedzcie mi, sk ąd wy macie
śledzie?
— Ja k to skąd?—odpow ie J o sk o w a —z m iasta, z L u­
blina.
— A do L u b lin a sk ąd je przyw ożą?
— Ja k iś ty głupi, A ntku!—mówi, śm iejąc się, Jo sk o ­
wa—przecież z W arszaw y.
— A do W arszaw y skąd?
T utaj m ądrość Joskow ej u rw ała się, nie w iedziała,
co dalej odpow iedzieć.
— E, daj mi pokój, nie zaw racaj mi głow y swojemi śledziami...'
A ntek jednakow oż nie p o p rzestał na tem, bo to b y ł
dziw ny chłopiec; gdy m u p rzy szło do głowy jak ie za­
—
153
—
p ytanie — dlaczego to albo owo się dzieje, — to łaził
i zaczepiał ludzi d o p y tu jąc się, aż n ap o tk ał takiego,
co m u porządnie rzecz wytłóm aczył.
T ak było i teraz. P ó ty d o p y ty w ał się, aż się do­
wiedział, że śledzi nie łap ie się w rzekach, lecz w wiel­
kich m orzach, które są daleko od n as n a północ. D la­
te g o to n azy w ają się śledzie ry b am i m orskiem i. Na
w iosnę każdego ro k u ry b y te z głębi m orza wielkiemi chm aram i p o d p ły w ają do brzegów , ab y złożyć tu ­
taj sw oją ikrę; czasam i płynie ich razem g ro m ad a na
kilka w iorst długa, a n a w iorstę i więcej szeroka!
W ówczas to nadchodzi w ielkie św ięto dla ry b ak ó w :
przy g o to w u ją sw oje łodzie, n a p ra w ia ją sieci i g w a r­
nie, wesoło w ypływ ają n a połów p o żąd an y ch gości.
W w ązkich przesm y k ach ro z p in a ją p ro sto p ad le sw oje
d łu g ie sieci i czekają n a p rzep ły w ające g ro m ad y śle­
dzi, Sieci są tak zrobione, że m ają niew ielkie oczka:
śledź dorosły przesu n ie p rzez oczko swój łeb, ale cof­
n ąć go nie może, bo zaczepia się skrzelam i. W chodzi
więc cały do sieci. Młode zaś śledzie p rz e d o sta ją się
przez te oczka i w y pływ ają w morze. W ten sposób
całe m iljony śledzi d o stają się w ręce ry b ak ó w . Główny
połów trw a od św. J a n a do św. Jak ó b a, gdyż już w s ie r­
p n iu śledzie odpływ ają n ap o w ró t n a morze.
W ydobyw szy śledzie z wody, ry b acy zaraz je solą
lub w ędzą, p a k u ją w beczki i rozw ożą po całym św ie­
cie n a pokarm ludziom; śledź je st bow iem ry b ą b a r ­
dzo zdrow ą, szczególniej, g d y je st tłusty, kruchy i gdy
m a białe mięso.
O pow iadają, że podczas połow u śledzi tysiące ptastw a m orskiego grom adzi się n a b rzeg u i czyha n a
w yciągniętą zdobycz;—a ta k są te p ta k i zuchw ałe, że
n ieraz z rą k praw ie ry b ak o w i ry b ę w yryw ają.
Ludzie rokrocznie łow ią tyle m iljonów śledzi, że
one daw no w yginęłyby n a świecie, g d y b y nie to, że
—
154
—
są b ard zo m nożne. Je d n a sam ica śledzia, czyli ik rza k ,
m a w sobie z pięćdziesiąt tysięcy jajeczek ik ry , a z k a ż ­
dego jajecz k a rodzi się śledź!
Mówiliśmy, że śledź je st ry b ą m orską. Ale oprócz
śledzi w m orzu żyje b ard zo wiele innych ry b . Je d n e
są b ard zo małe, m niejsze od n aszych płotek, ja k nap rzy k ła d sard y n k i, k tó re sp rzed ają w sklepach, zacho­
w ane w oliwie w b laszan y ch p u d ełk ach ; są znów ta ­
kie duże i żarłoczne ry b y , że człow ieka o d razu p o ł­
knąć mogą, ja k rek in ludojad, k tó ry m a dziesięć łokci
długości, a zębiska takie, że strach p atrzeć n a nieg o .
L udojad ten płynie zw ykle za okrętem i tylko p a trz y ,
rychło ja k a zdobycz sp ad n ie z o k rętu do wody. —In n e
ry b y m orskie są b ard zo dziw ne z postaci: niek tó re
m ają n a sobie kolce, ja k jeż, albo m ają jed n o oko n a
w ierzchu łba, a d ru g ie pod spodem . To znów są ta ­
kie, k tó re ze swej sk ó ry w y d ają isk ry , ja k b y małe p io ­
ru n y , i tem i iskram i z a b ijają nieduże zw ierzęta. O p isa­
ne są te dziw ne ry b y m orskie p rzez takich, k tó rzy je
nieraz n a w łasne oczy widzieli. Kto lubi czytać ro z u m ­
ne książki, ten o tych dziw ach i o wielu innych cie­
kaw ych rzeczach może się dowiedzieć.
Ć wiczenie stylow e. Ułożyć plan, a następnie streszcze­
nie powyższego artykułu.
53.
Skąd się bierze kreda.
G dybym was zapytał, po czem odróżniacie k red ę,
k tó rą piszem y zad an ia n a tablicy, to zapew ne pow ie­
dzielibyście:
—
P rzedew szystkiem p oznajem y ten m in erał po b ia ­
łej mlecznej barw ie; n a s tę p n ie — po b ra k u w szelkiego
połysku; szczególniej zaś po jego m iękkości: m ożna go
k rajać, skrobać, i naw et g d y lekko naciskać, pozostaw ia
biały ślad n a drew nianej tablicy.
—
155
—
K reda ta k samo, ja k inne m inerały, kopie się w zie­
mi. W wielu m iejscach, n aw et w naszym k ra ju , zn aj­
d u ją się całe o b szary n a k ilk a i kilkanaście mil ro zle­
głe, zaw ierające w sobie k redę. Są całe w zgórza, a n aw et
gó ry kredow e, np. pod Chełmem w g u b ern i Lubelskiej,,
lub pod Łobnem w gub. Suw alskiej. Zw ykle je d n a k
pok ład y k re d y leżą nieco głębiej w ziemi i p o k ry te s ą
piaskiem , gliną i ziem ią u ro d z a jn ą .
Jed en z uczonych ludzi sp ró b o w ał spojrzeć przez
m ikroskop n a d ro b n y pyłek k redow y, i oto, co zo b a­
czył: pyłek ten ok azał się złożonym z prześlicznych^
d ro b n y ch laseczek, kulek, sko ru p ek , ja k b y m aleńkich
ślim aczków. D alsze b ad an ie w ykazało, że k re d a isto t­
nie sk ład a się z niezliczonych m iljonów sk o ru p ek zw ie­
rzątek, żyjących tylko w w odach m orza. Ł atw o wyo­
b razić sobie, ile to m usiało być tych zw ierzątek, żeby
z ich sk orupek p o tw orzyły się w ielkie sk ały i gó ry
kredow e.
Sw oją d ro g ą pozostaje dla was niezrozum iałem ,
sk ąd się w zięły sk o ru p k i m orskich zw ierzątek u n as
n a lądzie, w odległości stu i więcej mil od m orza?
Otóż zapew ne niegdyś, la t tem u tysiące, w tem miejscu,
gdzie m y m ieszkam y, było m orze. W m orzu żyły owe
zw ierzątka, posiad ające sk o ru p k i w apienne. Gdy zwie­
rz ą tk a um ierały, sk o ru p k i ich o p ad ały n a dno, a g ro ­
m adząc się tam , pod naciskiem w ody potw o rzy ły
ogrom ne pok ład y k red y . P óźniej m orze u stąp iło i owe
p o k ład y w yłoniły się.
O
tem zaś, że u n as n ieg d y ś było dno m orza, p rz e ­
konać się może każdy, kto był np. w Ojcowie, albo
koło Puław , K aźm ierza lu b Chełma. W okolicach
tych m iast zn a jd u ją się wszędzie po polach białe
lub żółtaw e kam ienie, a n aw et duże skały, zw an e
w apiennem i. W śród tych kam ieni spotkać możecie ta ­
—
156
—
kie, w k tó ry ch w yraźnie rozpoznacie d ro b n e m uszelki
lub inne ułam ki zw ierząt, k tó re żyły lu b d o tąd żyją
tylko w m orzach.
według M. Brzezińskiego.
U w a g a . Chcąc, aby uczniow ie zrozum ieli treść niniejszego
artykułu, należy przynieść na lekcję dobry rysunek i pokazać,
jak w ygląda pyłek kredow y pod m ikroskopem , a, o ile można,
lepiej będzie pokazać kawałek kredy pod sam ym m ikroskopem .
54.
Podole.
J a k zaległy ziemie Boże,
P rzebież k raje, p rzerzu ć rolę,
Z ejdź św iat cały, p rzep ły ń morze,
Niem a k ra ju n a d Podole!
J a k zasięgnie tylko oko,
I daleko i szeroko,
Ś w iat kłosam i ty lk o płynie,
I w obszarach oko ginie...
Tu k ra j cały jed n y m łanem ,
I n a d a n y w szelkim płodem ;
P łynie mlekiem, płynie miodem;
A lud cały wielkim panem !
Ziemie czarne, niepochybne,
P asze żyzne, w ody ry b n e;
Mało w praw dzie trochę łasa,
Ale zato chleb do pasa!
Z ro lą człek się tam nie kłopi:
Słomę pali, naw óz topi;
I co zmoże, w sk ład w yorze —
A ja k umie, B oga chwali!
K ilkoletnie sterty, brogi,
W toku z la ty poczerniałe,
—
157
—
J a k m iasteczka sto ją małe,
N iestrzeżone n a o b szarze —
I n a polu skot w k o szarze,
Oo zabiela dniem rozłogi.
Za okopem , lu b za płotem ,
W sie zam knięte kołow rotem ;
A choć rzadkie, duże, syte,
C haty czysto w ym uskane;
S trzechy g rubo, rów no szyte,
D rogi row em okopane.
Cicho, je d n a k n ib y ludno:
W szędy zboża, w szędy krzyże;
K onik polny piosnkę strzyże...
0 m ogiłę też nie tr u d n o ..
K łosy p ły n ą w lekkiej fali,
A gdzieś w idne w sinej dali
B rzozy sm utne i pow iew ne,
1 dąb ro w y starodrzew ne...
A i lu d u w dzięczne lica:
Boć to czysto, biało odzian,
J a k dąb m łody, rzeźki m łodzian,
A dziew eczka, ja k —pszenica!
W chacie też to człeka rad zi
Bogiem, chlebem w itać w p ro g u ;
I B óg gościa spać prow adzi,
I n a d ro g ę zlecą Bogu.
Wincenty Pol.
O b ja śn ien ia języko w e. Świat kłosami tylko płynie
i w obszarach oko ginie—tak wielkie obszary są zajęte przez
pola, a zboża tak gęste i wysokie, że poza niemi nic nie
widać! Płynie mlekiem i miodem — wyrażenia tego używa­
my dla oznaczenia urodzajności jakiej krainy, np. czytaliście
zapewne w historji św., że ziemia Chananejska płynęła mle­
—
kiem i miodem.
grunt najlepszy.
158
—
Ziemia czarna czyli czarnoziem stanowi
Kłopi—skrócone kłopocze.
Ćwiczenie (ustne lub piśmienne). Z przeczytanego wiersza
wybrać wszystkie przenośnie i zastąpić je innemi wyrazami.
55.
Dzieciństwo Juljusza Słowackiego.
Wiem, moi mili czytelnicy, że lubicie słuchać o dzie­
ciństw ie ludzi w ielkich i zasłużonych; p ra g n ę więc
wam dziś opow iedzieć kilk a zd arzeń z życia poety,
k tó ry p rzed 100 la ty u ro d ził się w K rzem ieńcu. P oetą
tym jest Ju lju sz Słowacki.
Był on istotnie niezw ykłym dzieckiem.
W K rzem ieńcu istn iała p rzed laty sław na szkoła,
zw ana pospolicie «liceum» lub «gim nazjum wołyńskie».
Była ona słynną, gdyż n au k i stały tu w ysoko, p ro fe­
sorow ie w ykładali pięknie, a uczniow ie uczyli się b a r ­
dzo gorliw ie i n a zacnych w ychodzili ludzi. P rzy jm o ­
w ano tam chłopców od la t dziew ięciu lub dziesięciu,
ja k dziś do gim nazjów , i kształcono gruntow nie, tak,
że najw yższe klasy, t. j. k u rsy m iały już w ykłady
uniw ersyteckie. W tym w łaśnie liceum profesorem li­
te ra tu ry polskiej był E u zeb ju sz Słowacki, ojciec n a ­
szego poety. Ju lju sz przy szed ł n a św iat d n ia 23-go
sierpnia 1809 roku. Ojciec Ju lju sza był człowiekiem
bard zo w ykształconym i w chw ilach w olnych od zajęć
szkolnych p isał wiele w ierszem i prozą; m atk a jego,
Salom ea z Januszew skich, była kobietą nadzw yczaj
rozum ną, a przytem b ard zo p rzy jem n ą; m iała d ar
zjednyw ania sobie ludzi, tak, że w szyscy znajom i bliżsi
i dalsi nadzw yczaj ją lubili i chętnie byw ali w dom u
p ań stw a Słowackich. O boje rodzice w ielką miłością
otaczali m ałego Julk a, k tó ry b y ł ich jedynakiem ; ko­
chali go też bard zo i pieścili dziadkow ie, państw o
—
159
—
Januszew scy, oraz dw aj m łodsi b racia m atki, Teofil
i Jan, k tó ry ch , jakkolw iek byli mu w ujam i, Ju lju sz
zaw sze nazyw ał po im ieniu. Miłość ta i pieszczoty
zw iększały się jeszcze z tego pow odu, że Ju lek był
dzieckiem b ard zo wątłem, tak, że lęk an o się b ardzo,
czy żyć będzie, a jednocześnie rozw ijał się n ad zw y ­
czaj p ręd k o i zadziw iał w szystkich sw oją ro z tro p n o ­
ścią. Gdy Ju lek m iał dw a lata, rodzice jego p rzen ie­
śli się do W ilna, gdzie ojciec został m ianow any p ro ­
fesorem uniw ersytetu. W tym ju ż czasie zaczęto p o ­
w ażnie zajm ow ać się jego w ychow aniem ; ojciec bowiem
nie chciał bynajm niej psuć sw ego je d y n ak a, i choć
pieścił, nie pobłażał mu, skoro zasłużył n a k arę. Jeśli
np. Julek, ja k to się czasem dzieciom zdarza, zaczął
p łak ać i grym asić, ojciec sad zał go n a dyw anie i n i­
kom u nie pozw olił odzyw ać się do niego, póki się nie
uspokoił.
Sam Słowacki po w ielu latach w spom ina ta k ą sce­
nę: «Raz. kiedy straszn ie zacząłem k ap ry sić, k azał mi
ojciec rozesłać dyw an na podłodze, posadził mnie na
tym dyw anie i nie pozwolił, żeby kto do m nie g ad ał.
P ow iada P odczaszyński, iż dziw na b y ła m oja m ina,
kiedym tak na dyw anie siedział. Potem , ochłonąw szy
z gniewu, przeprosiłem ojca i mamę, i znow u w szy st­
ko było dobrze*.
Czasem to uspokojenie nie następow ało tak prędko;
m alec p ła k ał i p łak ał i wreszcie zn u żo n y zasy p iał na
dyw anie. W ówczas m atk a ro zb ie rała go i k ład ła do
łóżeczka i dopiero n a za ju trz ra n o n a «dzień dobry»
następow ało przepro szen ie rodziców .
Gdy do rodziców przychodzili goście, z p rzy jem n o ­
ścią p atrz y li n a ład n eg o chłopczynę o w ielkich cza r­
nych oczach, b rali go na ko lan a i słuchali jego szcze­
biotu. Zadziw iało ich zapew ne n ajb ard ziej to, że dzie­
ciak, k tó ry jeszcze trzech la t nie miał, tak silnie od­
—
160
—
czuw ał w szystko, co piękne: całemi godzinam i m ógł
się p rz y p atry w ać ład n y m obrazkom lub przysłuchiw ać
m uzyce; jeśli zaś b y ła pogoda, chętnie w ybiegał do
og ró d k a i tam się baw ił. L ubił b ard zo kw iatki, szczegól­
niej róże i to upo d obanie pozostało m u n a całe życie:
gdziekolw iek był, p ra g n ą ł mieć codziennie b u k iet ze
św ieżych kw iatów na swym stoliku. O dznaczał się
też tem, co rzad k o trafia się u starszy ch n aw et od
niego dzieci: um iał p atrzeć i słuchać z uw agą, stąd
w szystko, co w idział i słyszał w dzieciństw ie, ta k sil­
nie utkw iło m u w pamięci. Choć k ap ry sił czasam i, um iał
też siedzieć spokojnie, g d y tego b y ła p otrzeba: np. gdy
m iał la t 4, m alarz R ustem ro b ił jego p o rtret, a mały
Ju lek n ajcierpli wiej m u pozow ał. A przecież w tedy
może najłatw iej w ybaczylibyśm y mu k ap ry sy , g d y ż
wiemy, że ro b o ta tego p o rtre tu b y ła p rzerw an a n a
czas jak iś skutkiem choroby w ątłego chłopczyny; n ie ­
zupełnie zatem b y ł on zdrów w tedy, g d y R ustem
obraz swój w ykończał.
W idząc niezw ykłe zdolności syna, E uzebiusz Sło­
wacki b ard zo wcześnie zaczął go uczyć, tak, że Ju lek ,
m ając la t pięć, um iał już czytać. P ierw szą książką,
k tó rą czytał, były b ajk i Ig n aceg o K rasickiego. W tym
w łaśnie czasie, bo w ro k u 1814 sp o tk ało go p ierw sze
w życiu nieszczęście: ojciec u m arł n a suchoty.
P o śm ierci m ęża p an i Słow acka przen io sła się do
rodziców swoich, do K rzem ieńca, k tó re to m iasto by ło
dla m ałego Ju lju sza zupełnie obce, gdyż opuściw szy
je w drugim ro k u życia, nie m ógł go pam iętać. T eraz
zato w szystko, ja k o nowość, silne na nim robiło w ra ­
żenie. B aw ił go biały dw orek dziadków , otoczony
sadem , w którym po n ad w szystkie d rzew a owocowe
w znosiły się dw ie w ysokie lipy; baw ił go dziedziniec,
z uw ijającą się po nim służbą; zajm ow ały go żyw o
uroczyste obchody św iąt Bożego N arodzenia i Wiel-
-
161
—
kiejnocy. Szczególniej lubił, g d y w w igilję dziadek
zw oływ ał całą służbę i w raz z n ią śpiew ał kolendy.
P rz e d W ielkanocą znów nadzw yczaj lubił p rz y p a try ­
wać się pieczeniu ciasta; p o m ag ał przy tem naw et, p rz e ­
b ie ra ją c ro d zy n k i i m igdały. L ubił też przechadzki
w okolice K rzem ieńca, a szczególniej chętnie w ybiegał
n a górę królow ej Bony. W tedy też m atka, kochająca
go n a d życie i posiad ająca całe zaufanie syna, bo on
nietylko w dzieciństw ie, lecz i w w ieku późniejszym
nie m iał p rzed nią żadnych tajem nic, sam a się zajęła
jego n auką. Uczyła go pisać, czytać, trochę rysow ać,
opow iadała h isto rję św iętą; wcześnie też rozpoczęła
n au k ę ję zy k a francu sk ieg o , k tó ry znała doskonale.
Nie sądźcie jed n ak , iżby Słow acki, choć uczył się
więcej, niż inne dzieci w jego wieku, b y ł kiedykol­
wiek przeciążony pracą. N a to nie pozw oliłaby n ig d y
jego m atka, k tó ra w ielką zw racała u w ag ę n a zdrow ie
je d y n ak a, drżąc ciągle o jego życie, jak o tem sam w sp o ­
m ina w jednym ze swych utw orów p. t. «Godzina myśli». M iędzy innem i ta k mówi o sobie.
Ludzie nieraz: «on u m rz e » mówili przed m atką.
W tenczas m atk a p a trz a ła długo w dziecka oczy
I przeczyła z uśm iechem ; lecz w sm utku godzinie,
K iedy n a serce m atki przeczuć sp ad ła trw oga,
L ękała się nieszczęścia i, m yśląc o synie,
Nie śm iała w yrzec: niech się dzieje wola Boga!
Bo w czarnych oczach dziecka płom ień gorączkow y
Przedw cześnie zap alo n y traw ił m łode życie.
Skoro tylko nadeszło lato, p an i Słow acka w raz ze
swym jedynakiem w yjeżdżała na wieś, najczęściej do
W ierzchów ki, gdzie m ieszkali d obrzy jej znajom i, p a ń ­
stwo Michalscy. Jak że tam szczęśliwym czuł się Julek!
ja k go tam w szystko zachwycało! Jeśli dla każdego
CZYTANKI STO PN IO W A N E , III.
IX
—
162
—
z was, dzieci, wieś je st pełną cudów k rain ą, to
Słowackiego, k tó ry m iał duszę poety, w rażliw ą
piękno p rzy ro d y , b y ła ona praw d ziw y m rajem .
tak lubił zaw sze kw iatki, a w ogrodzie p ań stw a
chalskich:
dla
na
On
Mi­
p ach n iały gw oździki i sm ółki
i w yzierały z pod traw y fijołki.
W g aiku zaś, k tó ry od im ienia Julki, córki p a ń ­
stw a M ichalskich n azy w an o Julinkam i:
Poziom ki oczkam i ru b in ó w
P a trz a ły i brzóz lekkie się w ierzchołki
K łaniały, lejąc n a d nim łzy bursztynów .
N ajbardziej go ro zm arzała p rzech ad zk a po g aju
lub ogrodzie podczas cichych wieczorów letnich, bo
w tej w łaśnie ciszy m ógł się w słuchiw ać w rozm aite
głosy p rzy ro d y . Ze staw u odzyw ały się żabki, w o g ro ­
dzie śpiew ały słowiki, a tam w dali słyszał:
J a k b rzozy o czemś tejem nem szeptały,
J a k się las cały by czarem uciszał,
I pod księżycem sta ł spokojny, biały.
W ro k u 1817 m atk a Słow ackiego w yszła d ru g i raz
za mąż za p a n a Becu (Bekiu), p ro feso ra uniw ersy tetu
wileńskiego, wdowca, k tó ry m iał dwie córeczki, Olesię
i H ersylkę, trochę starsze od Ju lk a. Znow u więc J u ­
ljusz pow rócił do W ilna i tu już p rzep ęd ził czas d łu ż­
szy; tu z chłopca w y rastał n a m łodzieńca. Z araz
po p rzyjeździe do W ilna u d ał się z m atk ą n a cm en­
tarz odw iedzić g ró b ojca, m odlił się tam gorąco i, jak
sam opow iada w sw ym pam iętniku, zdało mu się, że
duch ojca go n atch n ął, bo po przyjściu do dom u
pierw szy raz w życiu zaczął układ ać wiersze. P ró b k i
te ośm ioletniego chłopca nie doszły do nas, abyśm y
m ogli ocenić ich w artość; ale wiemy, że czytał je matce,
—
163
—
a także Olesi i H ersylce Becu, k tó re zaw sze n azyw ał
swemi siostram i i istotnie kochał je, ja k rodzone sio­
stry . W szystkim się też te u tw o ry Ju lk a b ard zo p o ­
dobały. Od tej p o ry coraz częściej p isy w ał w iersze
i m arzył tylko o tem, ab y kiedyś zostać wielkim po etą.
N ieraz w kościele m odlił się serdecznie, p ro sząc B oga
ab y m u dał sław ę nieśm iertelną choćby po śmierci.
I ta p ro śb a jego została w ysłuchaną
Było sporo zarozum iałości w tym ośm ioletnim poecie
i nie m ogło być inaczej: tyle słyszał pochw ał od k r e ­
w nych i znajom ych, że m usiał dojść do p rzek o n an ia,
że je st czemś w yższem n ad inne dzieci. A przecież pod
wielu w zględam i m ożna go za w zór postaw ić; jeżeli
bowiem z całą pew nością siebie mniem ał, że k ied y ś coś
w ielkiego napisze, to n ig d y mu n aw et p rzez głow ę nie
przeszło, iżby m ogło to n a stą p ić zaraz. R ozum iał do­
skonale, że pow inien dużo i pilnie się uczyć, gdyż
poeta pow inien posiadać w ysokie w ykształcenie; p rz y ­
k ła d a ł się więc b ard zo gorliw ie do nau k i, a n a u c z y ­
ciela swego, k tó ry m b y ł w W ilnie n iejak i p a n Błotnicki, szanow ał i słuchał we w szystkiem . L ubił b a r ­
dzo czytać, a że w tych czasach nie było u n as je sz ­
cze tylu książek, co teraz, um yślnie dla dzieci n a p i­
sanych, zab ra ł się do rzeczy zb y t może po w ażn y ch
dla jego wieku: czytał «Iliadę», poem at greckiego
poety, H om era, opisujący w ojny G reków z T rojanam i,
czy tał też: «Życiorysy sław nych ludzi», p isan e przez
P lu ta rc h a , n a tu ra ln ie w tłóm aczeniu polskiem . Co dzi­
w niejsza jednak, nietylko dzieła te czytał, lecz r o z u ­
m iał doskonale i p rzejm ow ał się niem i. Może to nam
dać m iarę, ja k b y ł rozw inięty, i przekonać, że słusznie
uw ażał się za w yższego, istotnie był zdolniejszy od
swoich rów ieśników . Z tego też pow odu, jakkolw iek
baw ił się chętnie z dziećmi rów nego z sobą wieku,
zap rz y jaźn ił się n ajb ard ziej z Ludw ikiem Szpitzna-
—
164
—
glem, k tó ry b y ł starszy od niego o całe trz y lata.
Z L udw ikiem m ógł Ju lju sz rozm aw iać o w szystkiem ,
co go zajm ow ało, g d y m łodsi Szpitznaglow ie, Oleś
i F e rd u ś w ydaw ali m u się już zb y t dziecinni. Innym
jego p rzy ja cielem —jeśli się m ożna tak w yrazić — b y ł
w spom niany już wuj Teofil. Ten po stan o w ił p ośw ię­
cić się m alarstw u, p rzy je ch ał więc do W ilna i zam ie­
szkał p rz y siostrze. Ju lju sz nad zw y czaj lubił p rz e ­
siadyw ać w pracow n i w uja i słuchać jeg o opow iadań
o życiu różnych artystów , sam też p ró b o w ał malow ać,
do czego m iał n aw et pew ne zdolności.
W ro k u 1819, p rzy g o to w an y d obrze przez pan a
Błotnickiego, k tó ry i n a d a l p o został jego nauczycie­
lem domowym, w stąpił do pierw szej k lasy gim nazjum
w ileńskiego i tam przez cały czas p o b y tu n ależał do
uczniów celujących: p rz y końcu każdego ro k u o trzy ­
m yw ał n ag ro d y . W ątłość zdrow ia, połączona z pew ną
skłonnością do zadum y, spraw iła, że Juljusz n iezb y t
chętnie podzielał hałaśliw e zab aw y sw ych kolegów .
P o zo stał on zaw sze w iernym przyjacielem L udw ika
Spitznagla, choć ten b y ł już w klasie Y-ej, g d y Sło­
w acki w stąpił dopiero do l ej. Lubili oni p rzech ad zać
się razem i prow adzić długie, b ard zo żyw e rozm ow y.
O czem m ógł mówić p iąto k lasista z chłopcem ledwo
10-letnim?—zapytacie zapew ne. Oto najczęściej o p o w ia­
dał Julkow i, że ma zam iar po skończeniu szkół odbyć
podróż d alek ą i m alow ał m u k raje, o k tó ry ch się n a ­
czytał. A Ju lek opow iadań takich słuchał z wielką
ciekaw ością i rów nież m arzył, ja k b y było dobrze te
cuda oglądać w łasnem i oczami. A ja k czarow nie p rz e d ­
staw iały się one w jego w yobraźni, tego dowodem
n astęp u jąca strofa «G odziny m y śli»:
Słuchaj, w schodnie k ra in y dziś u jrzałem we śnie;
P ięk n e były, czarow ne, nieraz o nich m arzę,
W idzę słońcem ściem niałe B eduinów tw arze,
—
165
-
W idzę lasy palm ow e, św iadki daw nych czasów,
Myśl m oja nie w strzy m an a w te k ra in y goni,
C hciałbym ja k duch w kw iecistej roztopić się w oni,
Chciałbym , ja k liść nieznany, paść tam w głębi lasów .
W dom u p a ń stw a Becu byw ało wielu ludzi w y­
kształconych, a n aw et znakom itych; nieraz też Ju lju sz
słyszał zajm ujące rozm ow y o sztuce i literatu rze. Ja k o
dziecku nie wolno m u się było do tych rozm ów m ie­
szać, najczęściej też milczał, p rzeg ląd ają c przez ten
czas illustracje. Czasem nie m ógł się pow ściągnąć
i w ypow iadał sw oje zdanie z ta k ą pew nością siebie,
że nietylko starszy ch baw iła, lecz w praw iała ich w p o ­
dziw. M atka g an iła Julkow i to w yryw anie się i n ie­
raz n aw et zaw sty d ziła go p rz y gościach, co go b ard zo
up o k arzało , bo b y ł nadzw yczaj am bitny, i chociaż
m iał la t 10, nie lubił, aby go trak to w an o ja k dziecko.
W ro k u 1825 Słowacki, licząc dopiero la t 16, ukończył
chlubnie gim nazjum , w k tó ry m w tych czasach było
tylko sześć klas. W tym że ro k u m atk a jego ow dow iała
po raz drugi: w pro feso ra Becu podczas straszn ej b u rzy
u d erzy ł piorun. B ył to stra sz n y i zarazem dziw ny w y p a­
dek, bo się to stało podczas poobiedniej drzem ki p ro ­
fesora, w jego gabinecie. P io ru n w padł przez o tw arte
okno i zabił śpiącego.
P o tym straszn y m zd arzen iu m atk a p ozo stała n a d a l
w W ilnie, głów nie dla dalszego kształcenia się Ju lju sza,
k tó ry w łaśnie po ukończeniu gim nazjum w stąpił na
u niw ersytet. O d tąd ja k o stu d en t u n iw ersy tetu p rzesta ł
być u w ażan y za dziecko.
S tosując się do życzenia m atki, o b rał sobie w y­
dział p raw n y , choć czuł, że niczem innem w p rzy szło ­
ści nie będzie, tylko poetą, i do tego pow ołania najgorliw iej się przygotow yw ał: nie tylko sam pisał co
raz więcej, ale czytał daw nych poetów polskich i w spół­
—
166
—
czesnych obcych, uczył się obcych języków , a g d y
podczas w akacji w yjeżdżał, to do znajom ych n a wieś
w okolicach W ilna, lub dalej n a Podole, to do Odesy,
gdzie w jednym ro k u b ra ł kąpiele m orskie; — zaw sze
w ynosił ja k ą ś głębszą korzyść z tej po d ró ży . S po­
w ażniał znacznie, tak, że już w o statnim ro k u jego
studjów uniw ersyteckich m atk a nie obaw iała się zo­
staw ić go w W ilnie, a sam a ro k ten p rzep ęd ziła u ro ­
dziców sw oich w K rzem ieńcu.
W r. 1828 Ju lju sz ukończył u n iw ersy tet i m iał d łu ­
gie w akacje, bo p raw ie cały ro k spędził z ro d zin ą
w K rzem ieńcu. Czas ten zbiegł m u b ard zo spokojnie:
to siedział w bibljotece licealnej całem i godzinam i,
rozczytując się w dziełach daw nych p isarzy polskich,
jak: K ochanow ski, S k arg a, W ujek, a zagłębiał się w czy­
tanie tak dalece, że dochodzące z dziedzińca głosy
uczniów, k tó rzy w ychodzili n a pauzę, nie p rzeszk a­
dzały m u w tym pow ażnym zajęciu; to z m atk ą sw ą
chodził po alejach o g ro d u i długie p ro w ad ził rozm ow y
o swojej przyszłości; to znów pieścił się z m ałą Melanką, córeczką w uja Teofila, k tó ry b y ł żonaty z p rzy ­
b ra n ą siostrą Juljusza, H ersy lią Becu.
Ta M elanka b y ła w tedy m aleńką dzieciną, nie um ie­
jącą n aw et mówić, ale później zaczęła się szybko ro z­
w ijać i podobnie ja k U rszulka K ochanow ska, w trz e ­
cim ro k u życia zaczęła sk ład ać w iersze; niestety! Je d n a k
rów nie ja k U rszulka, wcześnie b ard zo um arła.
Juljusz, k tó ry by ł w ówczas już za granicą, b a rd z o
boleśnie odczuł tę stra tę ukochanej przez siebie dzie­
ciny. W spom nienie jej tow arzyszyło mu zaw sze i s p ra ­
wiało, że gdziekolw iek później z a g ra n icą sp o tk ał dzie­
cko polskie, p a trz y ł n a nie z rozrzew nieniem i chętnie
baw ił się z niem i rozm aw iał. J a k zaś ład n ie um iał do
dzieci przem aw iać, tego dow odem w ierszyk, k tó ry pe­
wnej małej dziew czynce n ap isał n a pożegnanie:
-
1 67
—
N iechaj mię Z ośka o w iersze nie prosi,
Bo kiedy Z ośka do ojczyzny wróci,
To k ażd y kw iatek pow ie w iersze Zosi,
K ażda jej gw iazd k a piosenkę zanuci.
Nim kw iat przekw itnie, nim gw iazdeczka zleci,
S łuchaj, bo to są n ajlep si poeci.
G w iazdy złociste, kw iateczki czerw one
B ędą ci całe poem aty składać.
Jab y m to sam o pow iedział, co one,
Bo ja się od nich nauczyłem gadać.
Bo tam, gdzie Ik w y sreb rn e fale płyną,
Byłem ja niegdyś, ja k Zośka,—dzieciną.
D zisiaj daleko pojechałem w gości
I dalej los mię nieszczęśliw y goni.
P rzyw ieź mi, Zośko, od tych gw iazd św iatłości,
Przyw ieź mi, Zośko, z tam tych kw iatów woni;
Bo mi zap raw d ę odm łodnieć potrzeb a.
W róć mi więc z Polski ta k ą — ja k b y z nieba!
Ale to było znacznie później. Tym czasem w K rzem ień­
cu Ju lju sz czuł, że pow inien zab rać się już d*o pracy;
wiedział, że nie godzi się 20-letniemu m łodzieńcowi
prow adzić takie życie próżniacze, k o rzy stając tylko z pie­
niędzy m atczynych. Jakkolw iek p raca b iu ro w a nie
zgadzała się z jego upodobaniam i, po pew nym n am y ­
śle p rz y ją ł ofiarow aną sobie p osadę i w yjechał z K rze­
m ieńca do W arszaw y.
Ł atw o sobie w yobrazić, ja k czułe było jego po­
żegnanie z ukochan ą m atką, z rodziną, do któ rej szcze­
rze b y ł przyw iązany, ze znajom ym i, k tó rzy go p am ię­
tali dzieckiem, z Krzemieńcem, z k tó ry m go tyle mi­
łych w spom nień łączyło. J a k b y przeczuw ał, że to już
ostateczne rozstanie, że n igdy już do tych m iejsc nie
wróci, że z W arszaw y pojedzie w krótce dalej i um rze
zdała od k raju . Choć go cieszyła myśl, iż w y stąp i już
—
168
—
jak o człowiek dorosły, niezależny, p racu jący n a siebie,
choć zaw sze m arzy ł o podróżach i p ra g n ą ł poznać
W arszaw ę, chw ilam i b y w ał b ard zo sm utny. P o ró w n y ­
wał się w tedy do jaskółki, k tó ra n a jesieni odlatu je
do obcych krajów , niepew na, czy wróci do ro dzinnego
gniazda, czy też zginie po drodze, — ja k o tem pisze
w jednym ze sw ych wierszy:
Z w arzyła jesień kw iaty n ad brzegiem strum yka,
W iatr szum iąc zeschłych liści tum anam i miota;
B łyszczy d ąb koralow y, błyszczy b rzo za złota,
A jaskółkę w ew nętrzny niepokój przenika.
Ju ż czas lecieć. Gdzie? W sercu znajdziesz przew odnika,
Ju ż czas lecieć, w ew nętrzna uczy cię tęsknota.
Siedzi sm utna n ad gniazdem , skrzydełkiem trzepota,
Z ryw a się, podleciała, m ignęła i znika.
Jask ó łk a m iała wrócić, nim zefir zaw ionie
P o d strzechę, k tó rej nieg d y ś doznała opieki,
Lecz ją w przelocie m orskie pochłonęły tonie.
P raw d a, ja k i śliczny wiersz, choć tak sm utny! R ó ­
wnie sm utną b y ła i m atk a Słow ackiego. W o statn ich
dniach p rzed w yjazdem Ju lju sz a do W arszaw y d a ­
wała m u wiele ra d i p rzestró g , ja k się m a urządzić
sam w śród obcych ludzi, pro siła go też, ab y o w szystkiem pisyw ał do niej szczerze, z całem zaufaniem .
Juljusz nietylko p rzyrzekł, lecz spełnił obietnicę:
przez całe życie pisyw ał do m atki listy częste i długie
spow iadając się jej ze w szystkich sw ych postępków ,
uczuć, a n aw et m yśli. W spom nienie zaś ostatnich dni
spędzonych w Krzemieńcu, odtw orzył w w ierszu, k tó ry
napisał ja k b y w im ieniu m atki. W iersz ten przytoczę
tu na zakończenie tego k ró tk ieg o ry su la t m łodo­
cianych poety.
Synu, w stępujesz teraz w tru d n ą życia drogę,
Gdzie już n a d tob ą czuw ać i strzec cię nie mogę,
—
169
—
Rzuciw szy dom, rodzinę, w obce idziesz kraje,
G dzie ci nieznane serca, n iezn an e zw yczaje;
T eraz ci zorzy szczęścia ja śn ieją szk arłaty ,
I n ad zieja po drodze b u jn e sieje k w iaty ,—
Ale, g d y wiek dojrzalszy uczucia przem ieni,
G dy u jrzy sz się sam jed en w tym obcym ci tłumie,
W którym n ik t tw oich m yśli, serca nie zrozum ie:
W tenczas choć m yślą w racaj w ojczyste k rain y ,
I przenieś się n a łono kochanej ro dziny;
P rzy p o m n ij dom, gdzie la ta spędziłeś dziecinne,
P rzypom nij braci, siostry, zab aw y niew inne,
W spom nij n a tw ego ojca, co się cieszy w niebie
I co z górnych p rzy b y tk ó w sp o g ląd a n a ciebie.
B ądź zdrów , synu! Ach, tru d n a, tru d n a życia droga!
B łogosław ię cię jeszcze, wezwij w pom oc Boga,
Idź: żegnam cię!...
A. S.
O b ja śn ien ia języko w e. Beduini— Arabowie koczujący.
Tam, gdzie Ikwy srebrne fale płyną,—Ikwa, rzeczka na Wo­
łyniu, przepływająca koło Krzemieńca. Czy rozumiecie myśl
i uczucie, wyrażone w wierszyku do Zośki? Dlaczego poeta
mówi, że nauczył się od kwiatów i gwiazd składać wiersze?
(Piękno przyrody ojczystej rozbudziło jego natchnienie). Dla­
czego chce, aby mu Zośka przywiozła «tamtych gwiazd świa­
tłością i «tamtych kwiatów woni*? (Bo tęskni za krajem
i czuje, że byłby szczęśliwy, gdyby mógł go zobaczyć, a jeśli
sam tam pojechać nie może, rad będzie choć od Zosi posłu­
chać o swych stronach rodzinnych. Zefir — wietrzyk ciepły,
południowy.
Ćwiczenie stylow e. Z przeczytanego opowiadania wy­
brać jedno zdarzenie i to przedstawić jako obrazek t. j. nietylko
należy podać treść, ale opisać, jak się sobie wyobraża
szczegóły, jakby malarz odmalował daną scenę np. Mały
Julek w ogródku wśród kwiatów, mały Julek pozujący
Rustemowi, rozmowy Juljusza z Ludwikiem. Spacery i t. p.
—
56.
170
—
W górach Szwajcarji.
(Z listu do matki*).
T rzeciego dnia naszej p o d ró ży w ędrow aliśm y do
k la szto ru św. B e rn a rd a . W szyscy m ężczyźni szliśm y
pieszo dzień cały. Z obu stro n ogrom ne góry, rzek a
płynie p rzep aścią pod nogam i, ch aty nędzne, ludzie
ubodzy. O w schodzie słońca spotkaliśm y w górach
pogrzeb ubogiego człowieka. K ilkoro ludzi w łachm a­
nach i ksiądz stanow ili cały orszak, a śpiew p o g rzeb o ­
wy nie m ógł przew yższyć szum u potoków... Mamo moja,
ja k mi się ludzie w ydaw ali m rów kam i! O godzinie
5-ej wieczorem w jechałem n a mule w k rain ę śniegów ,
potem m iędzy skałam i w ciemnem i m glistem pow ie­
trz u u k azał się klasztor... K siądz G w ard jan w c z a r­
nym habicie stał n a ganku... pies o g ro m n y leżał na
dziedzińcu, ja k z m arm u ru w ykuty, za klasztorem
błyszczało opraw ione w skalistym b rzeg u czarne, oło­
w ianego koloru jezioro. Blizko k la szto ru stoi m a ły
domek, gdzie sk ład ają znalezione w śniegach tru p y .
O kropny to widok! W różnych pozycjach zm arli sie­
dzą, leżą, jedni do szkieletów podobni, d ru d zy c z a rn ą
sk ó rą powleczeni... O k ro p n y widok... Mamo moja!
S tam tąd w eszliśm y znow u w uśm iechającą się k ra i­
nę w iosny. Po dw óch dniach p o d ró ży stanęliśm y u stóp
gó ry Ghemi! T rzy godziny jechać n a nią trze b a na
m ułach, a tak je st sterczącą, że nie do góry, ale d o
m uru gładkiego p o dobna. D roga w zygzak w y k u ta,
ciągle wisi n ad przepaścią. Kto n a tę g ó rę nie wszedł,
to stojący u jej stóp w ierzyć nie może, ab y wejść
m ożna było... Na zielonej rów ninie pod tą g ó rą leży
m iasteczko L ueche sław ne wodami... Ż ad n e opisy nie
*) Do czytania tego artykułu należy przygotow ać mapę Szw aj­
carji i na niej w skazyw ać w szystk ie m iejscow ości, o których mowa.
—
171
—
odmalują wam zieloności szm aragdowej, k tó rą widać
w dolinie, tych domów białych, które po niej są ro z­
sypane, tej g óry żółtego koloru, tych gazow ych chm ur,
które się wieszają po jej szczytach. A ja to wszystko
widziałem! I znów po trzech godzinach drogi s tą p a ­
liśmy po gołych skałach, gdzieniegdzie śniegam i p o ­
krytych... i znów nic nie widać było, tylko skały, śnieg,
czarne jezioro i niebo. P o zejściu z tej góry, n a d r u ­
giej stronie znaleźliśmy jeszcze piękniejszą okolicę,
jeszcze piękniejsze drzewa, i kwiaty, i k a s k a d y s re b r ­
ne z gó r spadające i prześliczne szalety. O Matko!
ileż ra z y w tych pięknych miejscach m yślałem o tobie,
ileż razy cisnęła się do moich u st zw ro tk a Goethego
piosnki:
Ozy znasz ten kraj? znasz go, o m oja miła!
Tam b yłb y raj, gd y b y ś ty ze m ną była.
Po trud ach pieszej po dróży przyjem nie n am b y ło
siąść do łódki i przepływ ać jeziora Thun, Brienz, do
sławnej k a s k a d y Giesbach. P a trz ą c n a nią, p rz y c h o ­
dziła mi n a myśl Zofijówka, a potem łańcuch myśli
rozciągał się dalej... do Wierzchówki; byłem w J u linkach i chciałem głośno wołać zm arłych po imieniu.
P o odwiedzeniu kaskady , d am y nasze, zmęczo­
ne i p rzerażone po d ró żą po przepaścistych górach,
rzuciły nas i pojechały inn ą d ro g ą do Lucerny, my
zaś chłopcy, trochę sm utni z rozłączenia się, trochę
weseli z odzyskanej wolności, poszliśmy pieszo przez
góry. Tu dopiero wojaż nasz zachwycającemi n a s
zaczął karm ić dolinami. L a u te rb ru n i Grindewald, nic
podobnego nie mogę mieć w naturze.... W L a u te rb ru n
sp ad a ze skał w ysoka na 800 stóp k a s k a d a Staubach,
woda jej nigdzie się praw ie o skały nie odbija, ale
przez sam lot z takiej wysokości zamienia się n a wstę­
gę mgły białej i leci na dolinę. Góra Ju ng frau, ś n ie ­
_
172
—
giem pokryta, stoi ja k olbrzym biały... D ruga dolina
G rindew ald jeszcze piękniejsza, bo do niej w pływ ają
dwie rzeki lodów. Lody te aż do jej głębi dochodzą
i prom ień n a ich białości ślicznie odbija w pośród m u ­
raw, drzew i kwiatów... N igdy mi się nic podobnego
nie śniło. Tam widziałem z gór s p ad ają cą lawinę.
H u k p odo bn y do p io ru n u rozlega się po dolinie, ile
r a z y b ry ła śniegu oderw ie się od czoła gór. Matko
moja, wystaw sobie, że najpiękniejsze słońce oświe­
cało to wszystko... że wstaw aliśm y o wschodzie, że od­
dychaliśmy wonią zroszonych kwiatów... Mamo moja!
jakie toby było czarujące wspomnienie, g dyb ym kie­
dyś między wami mógł przypom inać je i o przeszło­
ści marzyć.
Weszliśmy n a F au lh o rn , gdzie jeszcze mało było
podróżnych. O berża n a tej górze jest najw yższym
mieszkaniem w Europie. Wojażerowie, chcąc patrzeć
n a okolicę, muszą wychodzić z domu kołdram i okryci.
Mróz n am dopiekał... ale też jaki widok!.. O zachodzie
słońca mgły nas obwiały i staliśmy n a szczycie góry,
ja k n a pokładzie płynącego do nieba okrętu. Słońce
czerwone było od n as niżej n a niebie, a jeszcze miało
drogę do przebycia, nim zaszło... Z a nam i z mgły w y­
chodził o grom ny szereg gó r śniegowych, niktby w go­
dzinę nie zliczył ich szczytów, a wszystkie były czer­
wone od słońca, ogniste. Nocowaliśmy w oberży i zran a
widzieliśmy wschód słońca, czysty, żadnej mgły, prze­
paście, błyszczące jeziora,—cała S zw ajcarja pod nami,
widna, jasna, a ja k a cichość! Taki sam widok mieli­
śmy jeszcze z góry Righi. Na tę górę wchodzą w szy­
scy podróżni; widok z niej rozleglejszy, ale mniej pię­
kny. Góry śniegowe w oddaleniu nie p rz e ra ż a ją wielko­
ścią swoją rozumu, a n aw et im aginacji człowieka. Moż­
n a z niej patrzeć n a S zw ajcarję bez przerażenia, a ja,
p atrz ąc o wschodzie słońca, mimowolnie płakałem, nie
—
173
—
wiem dlaczego, ale mi żal było ludzi... Z g ó ry F a u lh o rn przechodziliśmy znów do czarujących dolin Oberhassli. Byłem w Rosenlani, prześliczne widziałem lo­
dowce, byłem w lodowych gm achach pod sklepieniami
błękitnego kryształu. U nóg moich ogrom ne p r z e p a ­
ści, i potok lody pokryw ał. Ze ścian gmachów, w k tó ­
rych stałem, kropliste od słońca sp ad ały deszcze.
J a k to sm utno pomyśleć, że ty, mamo, z tych k ró t­
kich opisów nie będziesz sobie mogła wystawić miejsc,
gdzie twój syn był, gdzie myślał o tobie. O brazy,
które sobie tw oja im aginacja utworzy, b ędą możo
piękne, ale nie będą temi samemi obrazami, które te­
raz ja widzę we wspomnieniach. Czyż ludzie nie wyn ajd ą kiedy jakiego środka, k tó ry b y lepiej, niż pismo
i m alarstwo, wystaw iał przedmioty!
Dziwna i głupia myśl. Byłem jeszcze po raz czw ar­
ty na śniegach Grimsel, po raz czw arty nocowałem
w zimnej oberży, przechodziłem śliczną drogę świętego
Gotarda... widziałem na niej sław ny most Djabła, nakoniec po 9-dniowej p odróży p rzybyliśm y do Lucerny,,
gdzie n a n as nasze dam y od 7 dni czekały, a p r z y b y ­
liśmy tam przez najpiękniejsze jezioro Czterech K a n ­
tonów. Wreszcie przez B ern wróciłem do domu. Z a ­
stałem dom pełen cudzoziemców, i może to z tej p r z y ­
czyny wojaż zostawił mi jakiś p o n u ry smutek i tę s ­
knotę... bo z ciszy gó r wszedłem nagle w g w a r ludzi,
g w ar zimny, nie bawiący, nie dowcipny, nie rozum ny,
ale ów zwyczajny gw ar świata — rozmowę ludzi, k tó ­
rzy się n a chwilę poznają, aby się znów rozłączyć
i zapomnieć o sobie...
J. Słowacki.
O bjaśnienia. Klasztor św. Bernarda stoi na górze
tegoż imienia. Zakonnicy przyjmują tam chętnie podróżnych,
zajmują, się również ratowaniem wędrowców, zbłąkanych w gó­
rach, których nieraz śnieg zupełnie zasypie. Pomagają im
w tem dzielnie sławne psy z góry św. Bernarda, umiejące
odgrzebywać podróżnych z pod śniegu. Kaskada—wodospad.
Zofijówka — słynny ze swej piękności ogród pod Humaniem.
Wierzchówka i Julinki, miejscowości, w których Słowacki
w dzieciństwie przepędzał lato (por. artykuł poprzedni).
Wojaż—podróż.
57.
Nad jeziorem Zurichskiem.
O braz wspaniały,
Góry i skały
P rzed sobą mam,
Lecz obraz w myśli
In ny się kreśli,
J am duszą tam!
W śród obcych ludzi
Serca nie zbudzi
P rz y ro d y cud!
Obce tu zdroje,
Góry nie moje,
Nie mój tu lud!
Nad Alp śnieg biały,
Nad lodozwały,
Ś w iat milszy znam!
Ach! dla mnie E d en
Na ziemi jeden,
J am duszą tam!
S. Duchińska.
O bjaśnienia. Przed czytaniem tego wiersza należy od­
świeżyć w pamięci ucznia to, co wie o Szwajcarji, Alpach
i jeziorach górskich, wskazać jezioro Zurichskie na mapie,
a, jeśli można, pokazać jaki ładny widoczek szwajcarski.
Eden — raj. Lodozwały — prawdopodobnie autorka ma tu
na myśli lodowce. Sprawdzić, czy uczniowie pojmują myśl
przeczytanego wiersza.
Ir
. . . .
—
175
—
58. Na jeziorze Czterech Kantonów.
Rozbłękitnioną płyniem y topielą...
Na jej zwierciadło snać się niebo zwali,
Ciężkie od blasków, co się po nim ścielą,
Lejąc szm ara g d y w skroś stopionej stali.
Naokół g ó ry naodziane zielą
M arzących świerków, kąp ią szczyty w fali;
Czasami śnieżne kopy się zabielą,
L u b zaczernieją g ran ity w oddali.
W ietrzyk zawiewa i w raz z szumem wody
Duszę sennemi melodjami pieści,
W żar jej piekący słodkie niosąc chłody.
I głębia, pełna tajemniczych wieści,
Ciągnie je k ’sobie na nieznane gody —
Precz od trosk ludzkich, od ludzkiej boleści.
Jan Kasprowicz.
59.
Wstążki.
Czyście też pomyślały, młode czytelniczki, zap la ta ­
jąc wstążkę we włosy, lub p rzy p in a jąc do sukni k o ­
kardkę, że ta wstążeczka jest w ażnym i to bardzo
w ażnym przedm iotem w h an d lu i rękodzielnictwie?—P o ­
zwólcie poprow adzić się do Saint-Etienne, miasta weF ran cji, w którem istnieją najliczniejsze fab ry k i wstążek.
Saint-Etienne, dziś jedno z większych miast, przed
niedaw nym jeszcze czasem b yło nęd zn ą i n iep orządną
mieściną; dopiero fa b ry k i wstążek wzniosły je w tak
zadziwiający sposób, i tam, gdzie przed laty, ledwie
kilka tysięcy było ludności, dziś samych robotników
jest 27,000.
Za panow ania L u dw ik a XIV, we F rancji w yrabiano
już piękne i cenne wstążki, złotem i srebrem p rzera-
—
176
—
biane; używ ano do tego krosien z wysokim brzegiem*
n a które po jednej tylko sztuce wstążki zakładać było
można. Jak iś ubogi mechanik z Zurychu, którego n a ­
wet imię zaginęło, udoskonalił te k ro śn a w taki spo­
sób, że teraz tkać n a nich m ożna od razu kilkanaście
sztuk rozm aitych wstążek.
Długo robotnicy nie chcieli p rzy ją ć tego ulepszenia
zdaw ało im się bowiem, że p rz y większej ilości w y­
rab ia n y ch w stążek zmniejszy się ich cena, a tem sa­
mem i zarobek.—Nakoniec dali się przekonać, że u d o ­
skonalenie n igdy szkody przynieść nie może.
W ejdźm y do fab ry k i dzisiejszej: jest to ogrom na
sala, oświecona z obu stron mnóstwem okien o ró w ­
nych przedziałach; — w każdem oknie stoi ciężka
machina żelazna, p o k ry ta nićmi jedwabnemi: to k r o ­
śna. — W chwili spoczynku ujrzy m y spuszczającą się
od p u ła p u p rzejrzy stą siatkę, mieniącą się w tęczowe
kolory; jest to postaw wstążki, i to nie jednej, lecz dzie­
sięciu lub dwunastu. — Cieniuchna je d w ab n a niteczka,
wątkiem zwana, przebiega i k rzyżuje się z postawem
n a przodzie krosien; k ażde ich poruszenie w ydaje o d ­
głos, p o d obn y młotowi, spadającem u na kowadło, a sły­
sząc miarowe u derzen ia dw udziestu takich krosien,
prędzejby mniemać można, że tu idzie o wykucie h a r ­
townej zbroi, a nie o krzyżow anie się tylko delikatnej
jedw abnej przędzy.
Za dotknięciem ręk ą p o ru szają się krośna, o b ra ­
cają koła, postaw w ysuw a się w m iarę potrzeby, wątek
przebiega go tam i napow rót, a wszystko tak równo, po­
rządnie, że tru d n o uwierzyć, by tem wszystkiem żelazna
kierow ała m aszy na;—tymczasem p atrzącem u p rzy ch o ­
dzą n a myśl cudow ne o w różkach powieści, bo wśród
tych mechanicznych ruchów n a krośnach p ow stają
świetne wzory, w yrasta zielona, w ysm ukła gałązka, w y­
puszczająca listki i pączki, rozw ijają się kwiaty, k tó re
—
177
—
obsiadają motyle;—tysiące odcieni łączy się z sobą, sp ły ­
wając w jedną tęczę lub tw orząc lekkie, przejrzyste
i świetne obłoczki. — Z każdem poruszeniem krosien
p rzy b y w a wstążki n a jed ną tylko nitkę, a przecież
w przeciągu dnia jednego, jedne kro śn a więcej jej
wyrobią, niż się jej na dwóch lub trzech balach znisz­
czyć może.
Robotnicy dzielą się na rozm aite kategorje, bo
wstążeczka, nim ją w sklepie kupimy, przez wiele rą k
przechodzi, a każd ą jej p rzem ian ą inne tru d n ią się
ręce;—i tak:—nie licząc pracy, podjętej w dostarczeniu
surowego jedwabiu, jedwab, w przód nim się do fa b r y ­
ki dostanie, byw a moczony, w yżym any, farbow any,
trzepany, z w ija n y ;— później idzie n a krośna, a w rę ­
ku tkacza przeistacza się n a wstążkę. — Lecz nie tu
koniec wydoskonalenia jego: w stążka musi jeszcze
przejść przez wiele r ą k kobiecych, które ją wycinają,
karbują, morują, składają, — a każda ta k a czynność
należy do oddzielnej kategorji robotników, a każda kategorja mniejsze lub większe p rzy zn a je sobie znacze­
nie. — Z mężczyzn najgłów niejszym robotnikiem jest
tkacz, najw yższe zaś w całej rękodzielni miejsce zajm u­
je rysownik, to jest ten, który u k ła d a wzory na wstążki,
jego bowiem pomysły n a d a ją p ra c y wszystkich nową
barw ę, od niego zależy zm iana w smaku, on kieruje
modą, tą dziwaczną panią, k tó ra do najm niejszych d ro ­
bnostek panow anie swoje rozciąga, on nakoniee jeden
nazyw a się artystą, kiedy wszyscy inni prostym i tylko
są wyrobnikami.
W yrachowano, że w jednej większej fabryce dzien­
nie w yrabia się 350,000 łokci wstążek, z czego fabrykanci
otrzym ują rocznie do kilku miljonów czystego zysku,
a kilkadziesiąt tysięcy ludzi żyje spokojnie i dostat­
nio z wyrobów błahych wstążeczek.
P. K. (z «Zorzy»).
CZYTANKI STO PN IO W A N B , III.
12
—
178
—
O bjaśnienia rzeczowe i języko w e. Wyszukać i wskazać
na mapie miasto Saint-Etienne.— Ludwik XIV panował we
Francji w drugiej połowie XVII wieku, t. j. wtedy, gdy
w Polsce panował Jan III Sobieski, a w Austrji cesarz Leopold.
Zurych miasto w Szwajcarji (wskazać na mapie). Postarać
się zwiedzić fabrykę wstążek (są w Warszawie) i opisać ją
60.
Zofja Germain, mała matematyczka.
Po założeniu szkoły politechnicznej w P a ry ż u około
r. 1794, w ykład m atem atyki objął w niej uczony Lagrange. Chcąc, aby uczniowie jaknajwięcej korzystali
z jego lekcji, oznajmił im, że każdy, kom uby podczas
w ykładu przyszła n a myśl ja k a wątpliwość lub p y ­
tanie, ma praw o podać je n a piśmie, a on mu n a n a ­
stępnej lekcji udzieli wyjaśnienia.
P ew n ego dnia znalazł między innemi notatkę, w y­
kazującą niezwykłe zdolności jej autora, nie mógł go je­
dnak pochwalić, gdyż no tatk a była niepodpisaną. W k ró t­
ce otrzym ał d ru g ą i trzecią notatkę, zawierającą równie
trafne uw agi co do treści wykładów. P rofesor napróżno
nalegał o nazwisko autora, żaden z uczniów się nie
odezwał, żaden też po charakterze pisma nie mógł po­
znać, k tóry z kolegów ją nakreślił.
— Wziąłbym to za żart którego z najbieglejszych
m atem atyków —odezwał się profesor—g d y b y te k artk i
nie dotyczyły wyłącznie przedm iotów naszych lekcji;
więc winowajca musi tu być między nami!
Nic to nie pomogło; tajemniczy autor nie dał się
poznać. D opiero po skończonej lekcji jeden z uczniów
przystąp ił do niego z obaw ą i oświadczył, że może
rozjaśnić zagadkę.
— Czy to t y ? - z a w o ł a ł żywo L agrange, p rzyp isu­
jąc zbytkowi skromności zakłopotanie młodzieńca.
— Nie —o drzek ł—to nie ja.
—
179
—
— Więc któryś z twych kolegów, ale który?
— Żaden z moich kolegów.
— Ah! wiedziałem, że to ktoś obcy!
— P rz e p ra sz a m — rzekł uczeń z u śm ie ch em —jeżeli
dobrze pamiętam, p a n profesor oświadczył, że au to ­
rem tych no ta t musi być koniecznie ktoś z obecnych.
— Praw da! ale zmiłuj się, powiedz, co to za uczony?
— P rzepraszam , to nie żaden uczony...
— Któż więc?
— To jest moja krew niaczka, Zofja Germain, która
ma lat ośmnaście. P rzeg lą d a ona moje zeszyty, a po­
tem oddaje mi porobione przez siebie notatki z prośbą,
aby doszły do rą k p a n a profesora.
L ag ra n g e u dał się natychm iast do rodziców młodej
matematyczki, aby ją poznać i osobiście powinszować.
Zofja Germain w ychowywała się w czasach, gdy
dziewczętom nie p rzy zn a w an o p ra w a do wyższego
kształcenia się, a zamiłowanie do nauki, chwalone
w chłopcu, zwalczano w dziewczynie, odsyłając ją do
igły i kuchni. P rzed Zofją rodzice chowali naw et um yśl­
nie książki poważniejsze. Mimo to w dw unastym roku
życia przeczytała ona dzieło p.t. «Historja matematyki»
i n a b ra ła zapału do tej nauki. D arem nie usiłowano ją
odwieść od niej; n a miejsce zabrany ch książek dziew­
czynka umiała sobie zdobyć inne, a gdy i te usunięto,
p o starała się raz jeszcze o nowe. Ale tym razem poro zpruw ała kartki i k a ż d ą schowała w innej kryjówce.
Jeżeli natrafiano na taką kryjów kę i po darto którą
z tych kartek, mała m atem atyczka siłą gienjuszu o d g a­
dyw ała to, czego nie mogła się nauczyć. W dzień strze­
żona, oddaw ała się nocą ulubionej nauce. Gdy w zi­
mie zabierano jej n a noc sukienki, otulała się kołdrą
i, uk ryta w wielkiej szafie, p rzy zbieranych sk rzęt­
nie niedopałkach świec, zagłębiała się w ulubionej
pracy m atematycznej.
—
180 —
Dzięki tej wytrwałej pracy Zofja Germain w czter­
nastym roku życia mogła iść w zaw ody z n ajzdolniej­
szym matematykiem. Lecz z wiedzą swoją musiała się
ukryw ać aż do dnia, w którym zaciekawiony profesor
szkoły politechnicznej odwiedził jej rodziców. W tedy
dopiero rodzice, widząc uwielbienie uczonego dla ich
córki, dozwolili jej pracow ać n ad m atem atyką, któ­
r ą swemi pracam i uświetniła.
I cóż wy na to, młode czytelniczki moje? O powia­
danie o Zofji Germain, k tó ra zdobyw ała n au kę za ce­
nę nieposłuszeństwa rodzicom, ze szkodą własnego
zdrowia, w ydaje wam się praw ie nieprawdopodobnem :
bo wy już w innych czasach żyjecie: wasi rodzice i n a ­
uczyciele nie tylko wam nie bro nią dostępu do skarbów
wiedzy, ale smuciliby się bardzo, g d y b y zam iast cie­
kawości i zamiłowania do n auki - spostrzegli w młodej
dzieweczce obojętność, bezmyślność, głowę tylko frasz­
kami zajętą. To też, czytając o Zofji Germain, pom yśl­
cie, że: «komu więcej dano, od tego więcej w ym agać
będą», i zastanówcie się, ja k korzystacie z tego, co j*j
było wzbronionem, a dla was tak łatwem jest i dostępnem? Czy oprócz obowiązkowych lekcji czynicie
cokolwiek dla oświecenia swego umysłu? Czy czytacie
coś więcej prócz pow iastek i powieści? Czy w ybiega­
jąc myślą w przyszłość, zastanawiacie się na tem, że:
kobieta, zarówno jak mężczyzna, ma ważne i wielkie
obowiązki do spełnienia, a jeśli rzad ko k tó ra stać się
może uczoną, to k ażd a pow inna być światłą, rozum ną
i pożyteczną na tem stanowisku, n a jakiem ją los p o ­
stawi. Pomyślcie o tem, figlarki i trzpiotki, małe go­
sposie i małe erudytki, czułe mamusie swych lalek
i przyszłe artystki, m arzące o wielkich dziełach i wiel­
kiej sławie; jakkolw iek jesteście jeszcze bardzo mło­
dziutkie i dziecinne, nie w aham się do was mówić w tak
ważnej spraw ie i do opow iadania o uczonej francuzce
-
181
—
dodaję słowa Adam a Mickiewicza, k tóry w liście do
swej córki po w tarza z naciskiem: «Polka, kobieta po l­
ska może i pow inna rozważać».
w edług Eug. Mullera.
A. S.
Ćwiczenie ustne. Opowiedzieć gładko treść przeczyta­
nego artykułu.
Ćwiczenie stylow e (do wyboru). 1) Opowiedz, czem
pragnęłabyś być, gdy dorośniesz. 2) Wymień jakąkolwiek
znaną ci kobietę, sławną w historji, opowiedz, co wiesz o jej
życiu i zasługach, i w czem pragnęłabyś ją naśladować.
61. Wielbłąd i ren.
1.
Do wygodnej a szybkiej jazdy używ a człowiek n a j ­
powszechniej konia. Ale koń jest zwierzęciem delikatnem, które nie w ytrzym a ani zbyt wielkiego gorąca,
ani też zbyt wielkiego zimna. W kraja ch gorących są
ogromne pustynie, n a któ rych niema lasów, a naw et
drzew, samotnie stojących, lub innych roślin. Wszędzie
tylko kamienie i piasek, a gorąco daleko większe, n i­
żeli u nas w lecie, w dni najskw arniejsze. Nie z n a j­
dziesz tam przytem ani rzek, ani studzien, a n aw et
i deszcz p a d a tylko rzadko kiedy. O gościńcach b i­
tych lub o domach zajezdnych niema ani mowy. A je­
dn ak ludzie byw ają często zmuszeni do podróżow ania
przez te straszne pustynie. Koń nie w ytrzym ałby t a ­
kiej podróży, ale wielbłąd jest ja k b y umyślnie do niej
stworzony. Bezpiecznie też puszcza się n a nim czło­
wiek przez owe pustynie.
Wielbłąd jest daleko większy i mocniejszy od k o ­
nia, a w poró w naniu z pięknym koniem z postaci możnaby go nazw ać szkaradnym . — Głowę ma p odobną
do owczej, szyję długą, w dół wygiętą, nogi długie bez-
—
182
—
kopytne, z szerokiemi, g ru b ą skórą obleczonemi sto­
pami. Na grzbiecie ma d użą narośl tłuszczową ja k b y
g a rb wysoki.
Pomimo tej brzydkiej postaci ma wielbłąd różne
przymioty, które go czynią w p u sty n i daleko użytecz­
niejszym od konia. Długiemi nogam i biegnie tak szy b ­
ko, że robi bez znużenia dziennie 15 mil i więcej. Sto­
pa jego szeroka nie grzęźnie i nie rozgrzew a się w go­
rącym piasku. J est tak silny, że można na niego wło­
żyć cztery do pięciu centnarów ciężaru, które z ła tw o ­
ścią dźwiga na sobie. Nawet g a rb wielbłąda jest p o ­
żyteczny. Na niego bowiem kład ą rodzaj noszów, a na
te p a k u ją różne towary. P rz y pakow an iu n ań cięża­
rów wielbłąd nauczony jest przyklękać.
Nad wszystkie jed n ak właściwości jest wielbłąd n a j­
bardziej cennym tem, że, napiw szy się dostatnio wody,
może kilka dni bez picia wytrzymać, czego żadne inne
zwierzę nie potrafi. Dla tych wszystkich przymiotów
zowią wielbłąda okrętem pustyni.
Oprócz tego mięso z wielbłąda jest smaczne do je ­
dzenia, a skóra tak pożyteczna ja k z wołu. Samica
wielbłąda daje dużo mleka; w b rak u drzew a palą n a ­
wozem suszonym wielbłąda. Tak więc zwierzę to dla
mieszkańców krajów gorących a suchych jest n a d z w y ­
czaj pożytecznem; to też człowiek tam tejszy ceni go
b ard zo wysoko i obchodzi się z nim b a rd z o łagodnie.
Wielbłąd jest posłuszny i chętnie tow arzyszy czło­
wiekowi w podróży; ale gdy go biją lub zanadto o b ju ­
czą, wtedy rozjusza się tak, że kąsa zębami przew od­
nika swego i jest tak uparty , że raczej dałby się za­
bić, niż zmusić do ruszenia z miejsca.
2.
W krajach zimnych naj ważniejszem i najpożyteczniejszem dla człowieka zwierzęciem jest ren. Jest on
bardzo podobny do jelenia, ale mocniejszy i wytrwalszy na zimno; nie nosi głowy wzniesionej do góry, jak
r
—
183
—
jeleń, ale trzym a ją poziomo. Rogi ma rosochate
o wierzchołkach łopatkow atych. Żyje stadam i dziko
w krajach zimnych, a jest tam także zwykłem zwierzę­
ciem domowem, stanowiącem główne bogactwo mie­
szkańców. D aje mięso i mleko; z jego skóry robią wszel­
k ą odzież, k tó rą szyją nićmi, sporządzonem i z jelit
renich. K opyt i kości uży w ają do w yrobu rozm ai­
tych rzeczy, n. p. kubków do picia, łyżek i t. d. Ren
służy mieszkańcom zimnych k rajów do ja zd y wierz­
chem, do dźw igania ciężarów i do pociąga. J est b a r ­
dzo rączy w biegu i daleko w ytrw alszy od konia, a nie
grzęźnie w śniegu, podobnie ja k wielbłąd nie grzęźnie
w piasku. Żywi się roślinami, a w zimie w ygrzebuje
sobie mchy i porosty, obficie pod śniegiem rosnące.
Straszne mrozy, daleko mocniejsze, aniżeli u nas w n a j­
tęższą zimę, wcale mu nie szkodzą. Podobnie ja k w p u ­
styniach krajów gorących bez wielbłąda, nie obszedł­
b y się człowiek w krajach zimnych bez rena.
U w a g a d la n a u c zy c ie la . Przed czytaniem należy p rzygo­
tować dobre obrazki odnośnych zwierząt albo odśw ieżyć w spo­
mnienia dzieci, jeśli m iały sposobn ość je widzieć, np. w menażerji, w ogrodzie zoologicznym i t. p.
O bjaśnienia języko w e. Centnar — sto funtów. Obju­
czyć—obciążyć, (juki—ciężar; stąd zwierzęta juczne—używa­
ne do dźwigania ciężarów). Rogi rosochate — rozgałęzione
(pokazać na rysunku) Rączy—szybki.
Ćwiczenie p iśm ien n e. Porównanie wielbłąda z renem
na podstawie przeczytanego artykułu.
62. Przywiązanie Lapończyków do miejsca rodzinnego.
Pomimo iż p rz y ro d a L aponji jest je d n o stajn a i kli­
mat mroźny, a p rz y k re ciemności zimowe zalegają tam
kraje przaz kilka miesięcy, co wszystko razem nietylko
—
184
—
nie jest ponętne, lecz odstraszające, Lapończycy kocha­
ją swoją ojczyznę serdecznie, niechętnie ją opuszczają,
a zmuszani do tego, tęsknią do niej b ard zo i k o rz y ­
stają z pierwszej sposobności, aby do niej powrócić.
Liczne byw ały tego przykłady.
Pewien L apończyk dosłużył się w wojsku szwedzkiem stopnia oficera i zdaw ało się, że przez ten p rz e ­
ciąg czasu zżył się już z nowem otoczeniem i n a b ra ł
innych przyzwyczajeń. Jednego ra z u pojechał odwie­
dzić swoją rodzinę, i tak mu się w ojczystej kocie po­
dobało, iż podał się do dymisji i zaczął na nowo p r o ­
wadzić życie koczownicze, p asąc stad a renów.
Jak iś Anglik chciał spróbować aklimatyzacji re ­
nów w Anglji. W tym celu kupił stado renów i najął
rodzinę lapo ńską za pasterzy. Ułakomiwszy się n a za­
robek, Lapończycy wyjechali do Anglji; nie p rzy p u sz­
czali pewnie, ile ich będzie moralnie kosztowało takie
rozłączenie z ojczyzną. Tęsknota szarp ała ich serca,
a pewno ta sam a przyczyn a dręczyła i biedne zwie­
rzęta, bo nie chciały jeść ani pachnącego siana, ani
świeżej traw y, umyślnie dla nich zbieranej i widocznie
tęskniły za swym szorstkim chrobotnikiem. Powoli
całe stado wyginęło.
Wtedy uwolnieni ze służby pasterze, którzy tyle
sobie zebrali, że mogli wygodnie mieszkać w angielskim
ucywilizowanym świecie, spieniężyli wszystkie sprzęty
i czemprędzej udali się w drogę do domu. Tam k u ­
pili sobie znów stado renów i zadowoleni zaczęli żyć
po dawnemu.
Pewien książę, podróżujący po Laponji, wziął na
wychowanie młodą Laponkę i przyw iózł ją do P e te rs ­
bu rg a. Tam ubierał ją i kształcił razem ze swemi dzieć­
mi, nie robiąc żadnej różnicy. P a rę lat przeszło i zd a­
wało się, że dziewczynka zapom niała naw et o swojem
pochodzeniu.
—
185
—
Wtem przybyli do P ete rsb u rg a Lapończycy, których
sprowadził jakiś przedsiębiorca n a zimę, aby publicz­
ność mogła poznać ich sposób życia i zwyczaje.
Rodzina książęca z w ychow anką poszła zobaczyć
Lapończyków. Dziewczynka nie posiadała się z radości,
ujrzaw szy rodaków , i rozkoszow ała się rozmow ą z ni­
mi w języku ojczystym. Po powrocie do domu oso­
wiała, straciła apetyt i często bez widocznej p rzy cz y ­
ny płakała. Wreszcie pewnego wieczoru zniknęła z d o ­
mu. Troskliwi opiekunowie zaczęli jej poszukiwać
i nakoniec dowiedzieli się, że uciekła, opuściwszy dom
ich na zawsze, i z pow racającym i ro dak am i puściła
się w n ie w y g od ną,utrud zającą podróż do swej ojczyzny.
Przekonali się, że nie bogactwo stanowi szczęście
i zapewnia spokój, i zaprzestali poszukiwań.
Według
J. K orzeńskiego «Obce ludy —obce krajem
U w a g a d la n a u c zy c ie la . Przed czytaniem należy się prze­
konać, czy i o ile uczniowie zdają sobie spraw ę z położenia g e o ­
graficznego i przyrody Laponji. W razie potrzeby udzielić sto so ­
wnych objaśnień.
O bjaśnienia rzeczowe i języko w e. W ojczystej kocie —
kotą nazywają, Lapończycy swoje mieszkanie; jestto rodzaj na­
miotu ze skóry, zatkniętej na palach. Aklimatyzacja — tak
zowiemy przeniesienie zwierzęcia lub rośliny do innego kra­
ju z odrębnym klimatem; skoro dane zwierzę przyzwyczai się
do nowych warunków, lub roślina przyjmie się w nowym klima­
cie, mówimy o nich, że się zaaklimatyzowały. Chrobotnik—
rodzaj mchu, rosnącego w Laponji.
63
Sahara.
S a h a ra jest najw iększą n a świecie pustynią, zaj­
mującą 6 miljonów wiorst kw adratow ych, czyli tyle,
ile dwie trzecie E urop y.
Ta pustynia, to rozległa wyżyna, p o przerzyn ana,
gdzieniegdzie górami, dochodzącemi do 2,400 metrów
—
186
-
wysokości, o gruncie skalistym lub piasczystym, nie­
uro d zajn y m z pow odu niepadających tam praw ie n i­
gd y deszczów, pozbaw ionym wody i wszelkiej roślin­
ności; na całej przestrzeni niema ani jednej rzeki, któr a b y przez cały rok miała wodę.
W niektórych je d n ak okolicach są duże kaw ały
urodzajnej ziemi, pokrytej b u jn ą roślinnością.
Gaje daktylow ych palm w ygrzew ają tam swe k o rony
na słońcu, udzielając przyjem nego cienia zmęczonym p o ­
dróżnym. Zboże rodzi się tam obficie, zielenią się pięk­
ne łąki, n a których p asą się liczne stada kóz, owiec
i wielbłądów. A wszystko to zawdzięcza swoje istnie­
nie źródłom wody, z których tw orzą się niewielkie
rzeczki, zasilające g ru n t wilgocią. Takie miejsca n a z y ­
w ają się oazami.
Niektóre oazy są tak wielkie, że m ają naw et u p r a ­
wne pola i miasta, ja k np. Fezan, z miastem Murzuk.
K ażd a k a ra w a n a składa się z kilkudziesięciu, a n ie­
raz i kilkuset wielbłądów, obładow anych towarem.
Kupcom i ich służbie tow arzyszą zastępy jeźdźców
oraz pieszych ludzi uzbrojonych, najętych dla obrony
k a ra w a n y od napadów rab usió w , którzy czyhają n a
nie i żyją tylko z r a b u n k u .
Rozbójnicy ci są to Arabowie i Murzyni. Jeżeli
k a ra w a n a w czasie n a p a d u się broni i zostanie p o k o ­
naną, to nietylko tow ar i zwierzęta juczne stają się
łupem zdobywców, lecz i wszyscy młodzi podróżni,
których, jako niewolników, A rabowie sprzed ają innym
narodo m afrykańskim ; starszych zaś i n iezdatnych na
sprzedaż zabijają n a miejscu. W razie, jeżeli k a r a w a ­
n a nie stawia oporu, to za umówionym okupem byw a
puszczana n a wolność.
Ale daleko gorzej byw a z podróżnym i, jeżeli
spotka ich w drodze straszliwy wicher tak zw. samum,
k tóry często szaleje w pustyni. B iada karaw anie, k tó ­
—
187
-
rą samum spotka! O k rop ną tę bu rzę podróżni prze­
widują n a kilka godzin wcześniej, bo słońce przed tym
strasznym wichrem czerwieni się, ja k rozżarzon y w ę­
giel. Wkrótce nadciągają czarne ch m ury , straszne ciem­
ności zasłaniają ziemię, zryw a się wicher, k tó ry jęczy
i huczy, lotny piasek unosi się w górę i tw orzy obłoki
pyłu; naw et kamienie i głazy nie mogą się oprzeć sza­
lonemu prądowi, k tó ry toczy je po ziemi; masy roślin
i w y rw anych krzaków w irują w dusznem powietrzu,
a strach i groza przejm uje wszelkie stworzenie.
Żadne okrycie nie uchroni od lotnego, rozpalonego
ja k węgiel, piasku, k tó ry samum unosi; przenika on
odzienie, dostaje się aż do skóry i spraw ia szalony
ból, ja k od oparzelizny.
Gorący wiatr w ysusza wodę w w orkach i skórę n a
nich, tak silnie, że ta aż pęka. To samo dzieje się pod
wpływem w iatru ze skórą zw ierząt i ludzi. Tw orzą
się rany, które zasypane unoszącym się w powietrzu
piaskiem, spraw iają ból nie do opisania.
W tedy wielbłądy same się zatrzymują, a odwróciw­
szy się w k ierun ku przeciwnym burzy, klękają i wy­
ciągają długie szyje na piasku, tuląc się z zaufaniem
do swego pana, ja k b y czekały od niego ratun ku.
Ale bezsilny wobec tej strasznej burzy, człowiek
sam drży ze strachu. Mało kto zdoła p rzetrw ać s a ­
mum; najczęściej cała k a ra w a n a ginie; potem dzikie
zwierzęta lub ptaki objadają mięso z trupów , tak, że
jedynym śladem po karaw anie są ku py wybielonych
przez słońce kości.
Jeżeli naw et podróż u d a się szczęśliwie, to i tak
biedni wędrowcy wycierpią w drodze nie mało. Po
kilkogodzinnej wyczerpującej drodze czeka ich wie­
czorem odpoczynek n a ziemi, gdzie ro zk ładają zwie­
rzęcą skórę lub wełnianą kołdrę, a za całe p ożyw ie­
nie mają garstkę ryżu, p a rę daktyli i trochę wody.
—
188
-
A ja k a to woda! Jeżeli nie n atrafią na oazę, to m u­
szą się zadawalniać wodą, k tó rą w skórzanych wo­
rach wiozą ze sobą. Można sobie wyobrazić smak tej
wody, która pod wpływem up ału pustyni rozgrzew a
się do 40 stopni, bo wszystkie przedm ioty p rzejm ują
tem peraturę powietrza. Jeden tylko człowiek i zwie­
rzęta zachowują tem peraturę cokolwiek niższą, bo 37
stopni, to jest taką, ja k ą m ają normalnie. Do tego do­
dać należy, że w wodzie, trzym anej w źle w ypraw io­
nych skórzanych worach, przy strasznem gorącu r o z ­
wijają się obficie mikroskopijne żyjątka, które miljonami ro ją się w niej, ja k w każdej wodzie stojącej.
Prócz tego od skóry woda nabiera nieprzyjem nego
zapachu i smaku.
Proszę sobie przedstawić radość podróżnych, gdy
zmęczeni straszn ą burzą, u jrzą zdaleka u p rag n io n ą
oazę!
W edług J. K orzeńskiego ,,Obce ludy—obce kraje.“
U w a g a d la n a u c z y c ie la Przed czytaniem niniejszego arty­
kułu należy odśw ieżyć w pamięci uczniów to, co wiedzą o położe­
niu geograficznem Sahary i jej przyrodzie. (Mapa Afryki będzie
tu konieczną). Należałoby też (zwłaszcza z uczniami mniej rozwiniętemi) artykuł taki czytać częściam i i każdą część kazać op o ­
wiedzieć oddzielnie. Po odczjrtaniu całości byłoby pożądanem, aby
uczniowie ułożyli plan przeczytanego opisu t. j. w skazali głów ne
jego punkty, a następnie napisali krótkie streszczenie.
64.
Z podróży do Egiptu.
Wyjechałem z K airu dziś ze słońca wschodem.
Mgła biała n ad palmowym K airu ogrodem
Kryła mi złote słońce... i łzy brylantow e
Zawieszała n a palmach; a gmachy różowe
Zorzą mglistą, tysiącem wieżowych promieni
P rzesuw ając się w tajnej ogrod u zieleni,
Odchodziły gdzieś na wschód. Oślątko me chyże
Leciało, aż się w stary m oparłem Kairze.
—
189
—
Ł ó dka stała u brzegu, wsiadłem do niej —płynę.
Za Nilem widać było zieloną równinę;
Po obu stronach domki białe, pełne krasy;
Za domkami dwa wielkie daktylow e lasy,
Między lasami przestw ór i na tym przestw orze
Trzy piram idy — dalej żółte piasków morze
I niebo blade — czyste, ja k Ptolomeusza
K rąg z kryształu... Na oczach usiadła mi dusza...
Przez Nil cichy prędkiem i przepraw iony wiosły.
Wysiadam... już zbliżone daktyle przerosły
Czoła dum ne piram id — zniknęły pomniki
I tylko las błędnemi pocięty promyki,
W ystrzelony pod niebo, koronam i szumny,
J a k przysionek piram id bogaty w kolum ny
Przy ludzkich dziełach ręką zasadzony Boga...
I trzy godziny trw ała pełna dum ań droga,
I więcej, bo Nil jeszcze nie wrócił do łoża.
Przepływałem jeziora — aż n a piasków morza
Wyniosło mię oślątko...Na piaskow ym wale
Stały przedem ną gm achy błyszczące wspaniale,
Tw arzam i obrócone do słońca — i do mnie.
Patrzałem n a nie — potem na siebie... J a k skromnie
W yglądałem p rzy grobach takich! na osiołku,
W pustyni piasku w każdym topiący się dołku.
Bliżej — z p o ko rą wszystko opisywać muszę —
W dolinie piasku stoją trzy drzewa: dwie grusze,
A we śro dku spleciona z kilku palm jedna.
Chociaż z piasku zieloność je kryje nie biedna;
J a k szm aragd y się błyszczą stojące na straży
P rzy dolinie piramid. Szczęśliwy kto marzy
Pod liściem rozłożystym tej szerokiej gruszy,
Gdy lawiną kamieni grobowiec się kruszy
I spada z wielkim hukiem.
—
190
—
Na białym kamieniu
Siadłem strud zo ny w drzew a szerokiego cieniu;
Myślałem, jak ten wąwóz cały piasków przebrn ę?
Co czuć będę? i oto... jakieś mrówki srebrne
P od nogam i ujrzałem grzebiące się w piasku.
Wziąłem do rą k stworzenie perłow ego b lasku
I bawiło mię małe, ja k ziarenko żyta...
A domek ich, ja k ślady końskiego kopyta,
O błożony wałami w budow ę półkolną,
Przejrzałem cały — potem puściłem je wolno
Obie do rozbitego sarko fag u żłobu,
I wstawszy szedłem prosto do Cheopsa grobu.
A kiedym był u piasków przeb yty ch połowy,
Wzniosłem czoło — spojrzałem górą po nad głowy,
I nie mogłem oczyma dolecieć do szczytu
Grobów, co uleciały w k ra in ę błękitu.
A więc oczy ogromem p iram id odparte
Spuściłem... W koło b y ły grobowce otwarte,
W których i proch um arłych daw no powymierał,
Sfinks czarną Kopta tw arzą n ad piasek wyzierał.
I straszn a była dzikość grobowej doliny.
J. Słowacki.
O bjaśnienia. K a ir —miasto stołeczne Egiptu. Piram idy—
groby dawnych królów egipskich (faraonów) mające kształt pira­
midy, ogromne góry z kamieni, które nieraz przez kilka lub
kilkanaście lat budowano. Na oczach usiadła m i dusza — to
znaczy nietylko patrzyłem na to, co mnie otaczało, ale o niczem innem nie mogłem myśleć, to mi pochłonęło całą du­
szę. Żółte piasków morze — pustynia. Zbliżone daktyle
przerosły czoła dumnych piram id—palmy daktylowe, jakkol­
wiek w istocie dużo niższe od piramid, skutkiem zbliżenia
wydawały się daleko wyższe (piramidy były jeszcze w wiel­
kiej odległości). Cheops—jeden z faraonów, dla którego bu­
—
191
dowano piramidę. Sfinks—posąg zagadkowy, często w posta­
ci zwierzęcia z ludzką głową.
Ćwiczenie p iśm ien n e. Z przeczytanego wiersza wybrać
porównania, przenośnie i objaśnić ich znaczenie.
65.
Napad szarańczy *).
Pierw szej nocy po moim przyjeździe do Algieru
ani n a chwilę oka zm rużyć nie mogłem. Różne n a to
składały się przyczyny.
Więc najpierw zmęczenie drogą, potem k raj obcy
zupełnie, żałosne skow yty szakali, a najwięcej strasz­
ny, niemożebny praw ie do zniesienia upał. Były
chwile, w których sądziłem, że nie w ytrzym am dłużej
pod siatką, chroniącą moje łóżko od moskitów, że po
p ro stu u d uszę się z b r a k u powietrza.
O
świcie otworzyłem okna. Gęsta, ciężka mgła p rz e ­
słaniała w idnokrąg. Zdaw ało się, iż ponad ziemią,
niby n a d polem bitwy, wisi chm ura p rochu i dymu.
Chm ura ta, rozjaśniona po skrajach złocistemi i purpurow em i smugami, chwilami drżała.
A zresztą w pow ietrzu b yła bezwzględna, zupełna
cisza... tak a cisza, za k tó rą idzie h u rag an .
P rzed memi oczyma n a łago dn ym w zgórz sp ad k u
leżały bogate winnice, rozciągały się ogrody, pełne
drzew pomarańczowych, laurow ych .. kipiące mnóstwem
owoców i kwiatów.
Ale teraz, w tym upalnym poranku, drzew a i krze­
wy w ydaw ały się niby obumarłe.
Ani jeden listek nie po ru szył się, ani jed na g ałąz­
ka nie zachwiała. Nawet delikatne, o bladej zieleni,
wiecznie drżące łodygi bananów stały sztywne, znie­
*) Do czytania tego artykułu należy przygotow ać mapę Afryki
i pokazać na niej Algier.
—
192
—
ruchomiałe zupełnie. Długą chwilę w patryw ałem się
w krajobraz, rozsnu ty przede mną. Podziwiałem tę
cudowną fermę, z jej tysiącem drzew zamorskich, z k tó ­
rych każde we właściwej porze daninę swemu panu
niosło; podziwiałem te zabudow ania, n a wysokich a r ­
kadach wsparte, te szopy, te stajnie, te tarasy , w mgle
rannej jeszcze stojące...
Z boku, pomiędzy laskiem drzew korkow ych a ła ­
nem zboża, lśniło się zwierciadeiko mozolnie u r z ą ­
dzonej sadzaw ki i samym widokiem niosło wrażenie
chłodu.
Rzutem oka objąłem to wszystko, a w ślad za tem
pobiegła myśl, ile czasu, ile trudu, ile potu ludzkiego
kosztowało stworzenie tego uroczego zakątka.
Ile czasu!
P rzed laty niespełna dw udziestu w tę pustą, słoń­
cem paloną dolinę Sahelu przyszedł osadnik.
Zbudow ano nędzną z bierwion chatę i rozpoczęto
tw ard ą pracę karczunku. Karłow ate palmy, kolczaste,
0 tw ardych ja k stal gałęziach k rzak i m usiały ustąpić.
W yd arto im ziemię... i ziarnu dobremu i pożytecz­
nym drzewom ją dano.
Osadnicy o wszystkiem musieli myśleć i ze wszystkiem walczyć! C horoba oczu, gorączka, s tra ty z b ra k u
doświadczenia wynikłe, nieznajomość p raw krajow ych,
zbiory niespodziewanie p rzep a d łe—byli to nieodłączni
ich towarzysze.
I na tem nie koniec jeszcze.
N apady dzikich A rabów od czasu do czasu jak
h u ra g a n spadały n a osadę. T rzeba było rzucać pług
1 chwytać szablę, b y już nietylko ziemi, lecz życia
własnego bronić!
A jed n ak obronili, a je d n ak wytrwali!
Jakiej niespożytej siły d ucha i ciała było potrzeba!
Jakiej bezustannej czujności!
—
193
—
Ot i teraz... ciężkie dni minęły, d o b ro b y t zawitał,
a jed n ak ci dwoje, mąż i żona, nie u stają w pracy.
Choć godzina wczesna jeszcze bardzo, oni już n a
nogach, już dozorują śniadania służby.
Wreszcie wypito kawę, dzwon uderzył, i oto zaczy­
n a ją nadciągać robotnicy. Z b ieranina to ze w szyst­
kich stron świata.
Uprawiacze winnic z B urgu ndji, kabyle, rolnicy
w p u rp u ro w y ch czapkach na głowie, a łachm anach
n a grzbiecie, cały tłum różnojęzyczny, a tru d n y do
kierow ania, a o p orny w posłuszeństwie.
A jednakże osadnik umie sobie radzić z nimi.
W yprostow any, spokojnie stoi w bram ie dziedziń­
ca i głosem tw ardym , stanowczym w ydaje każdem u
rozkazy.
Gdzieżby takiego nie słuchać!
Skoro wszyscy robotnicy przeszli, wtedy osadnik
badaw czo rozejrzał się po w idnokręgu i tw arz mu spo­
sępniała nagle.
Poczem, u jrzaw szy mnie, stojącego w oknie, rzekł:
—
B rzydki czas na zbiory... Widzisz pan, siroko
nadchodzi.
Omylił się. To nie siroko nadchodził, lecz plag a
niemniej straszn a i groźna.
W miarę ja k słońce posuwało się ku górze, siła
up ału rosła. Chwilami ja k z rozw artej pieca czeluści,
biły n a nas kłęby rozpalonego powietrza.
Nie wiedzieliśmy, co począć, gdzie schronić się, jak
oddychać tem praw dziw em zarzewiem.
P o d a n o kawę. W ypiliśmy ją n a galerji, biegnącej
wzdłuż domu.
Rozm owa wlokła się leniwo. Męczył n as ruch każdy,
każde wymówione słowo. Nawet psy, rozciągnięte na
kamiennej posadzce, zwykłem skomleniem nie p rz y p o ­
minały o sobie.
CZYTAŃ K I ST O PN IO W A N E , 111.
13
—
194
—
Tak przeszedł cały ranek.
Obfite i pożyw ne śniadanie wzmocniło n as cokol­
wiek. P o traw y były smaczne, lecz tak dziwnie p o ­
mieszane razem, ja k cała otaczająca nas p rzy ro d a.
P odaw ano nam kolejno pstrągi, karpie, pieczeń z dzika,
potraw kę z jeża, masło, ciastka angielskie, wino wło­
skie, banany, daktyle arabskie i inne jeszcze p rz y ­
smaki.
Mieliśmy właśnie wstawać od stołu, g d y nagle drzwi
odjogrodu, zamknięte umyślnie z pow odu gorąca,otw arły
się gwałtownie, i jeden ze służących, zdyszany, p rz e ­
rażony, w padł do pokoju.
— Szarańczal szarańczal—k rz y k n ą ł przeraźliwie.
Zdaw ało się, że grom uderzy ł w mego gospodarza.
Zbladł ja k ściana, w argi zatrzęsły mu się, ale w mgnie­
niu oka opanow ał wzruszenie.
Wybiegliśmy n a dziedziniec p rzed fermę.
P rzed chwilą jeszcze była tam cisza i p u stk a zu­
pełna. Robotnicy, służba, wszyscy odbyw ali zwykłą
południow ą siestę w jcieniu a rk a d głębokich.
Ale teraz kto żył, porw ał się n a nogi.
Zahuczało... zakipiało ja k w kotle. Nawoływania,
tupot ciężkich stą p a ń rozlegały się zewsząd.
Nie upłynęło dziesięciu minut, a już tłum rozliczny
napełnił dziedziniec i ogrody.
Ci biegli z widłami, tamci nieśli cepy, drągi okute
w żelazo, grabie, kije. K ażdy chwytał, co mu wpadło
pod rękę, byle prędzej, byle ani chwili nie stracić.
A cała ta chm ara ludzi krzyczała... wyła, ile sił
i g ard ła starczyło. Powstał w rzask rozdzierający uszy.
Walono w kotły, w miednice, ud erza n o jednym ro n ­
dlem o drugi.
Były to niby wyścigi, kto silniejsze, kto przeraźliwsze wydobędzie dźwięki. Wyścig, w k tórym o całe
chodziło mienie.
11<
«»*win.
»i»p «i,i?^pM |ppppanpr':
—
195
—
Ktoś w yciągnął z k ąta zapom nianą tubę m orską
i wrzeszczał przez nią ochrypłym głosem. Jed n i dęli
w trąby, d ru d z y bili w bębny, pasterze trzód ponie­
śli do u st swe wielkie, donośne rogi.
A nad całą tą piekielną wrzawą, n a d tym ogłusza­
jącym hałasem, górow ało rozpaczliwe, ostre zaw odze­
nie kobiet arabskich, nadbiegłych z sąsiedztwa.
— Juuu... Juuu!... — wyły, niby szakale.
W szystkie te wysiłki skierow ane były dla o d p ę ­
dzenia nadchodzącego nieprzyjaciela.
Podobno udaje się to czasami: p rzestraszon a h ała­
sem szarańcza wznosi się wyżej i w inne w ędruje stron y.
Ale gdzież była ta szarańcza? Gdzie ci ludzie ją
widzieli?
W przepalonym od słonecznych promieni pow ietrzu
pustka... tylko tam w głębi... daleko... zbliża się jakiś
obłok gęsty, zbity, o rdzawych, metalicznych połyskach.
Słychać jakiś szum przytłumiony, jakiś chrzęst,
niby odgłos tysiąca gałęzi łam anych podmuchem burzy.
Czyżby to była szarańcza? *
T ak jest, niestety!...
Cały ten wrzask, cały ten h arm id er nieludzki, na
nic się nie zdały. Szarańcza zbliżała się groźna... nie­
ubłagana... przerażająca...
Zbite w miljony szeregów, poszczepiane jedne o d r u ­
gie skrzydłam i ow ady tw orzyły niby wielką, zaćmie­
wającą w idnokrąg chmurę.
Chm ura rosła... zbliżała się... a cień od niej s p ły ­
wał coraz większy n a ziemię...
N araz mrok, istny mrok wieczorny o g arn ął widno­
krąg. Chm ura zatrzym ała się w prost nad naszemi
głowami.
Już nie było żadnego ratunku!
Wówczas tam w górze zaczęło się coś kłębić, d rżeć)
rozrywać... coś chrzęś3ić złow rogo, a potem niby p ie rw ­
—
196
—
sze sypnięcie gradow ej chmury, wielkie, o ciężkich
skrzydłach ow ady oderw ały się od innych i spadły
tuż pod nasze stopy.
J e d n a seku nd a jeszcze... i oto cała chm ura ru nęła
na nas, zalewając żywą pow odzią wszystko wokoło.
J a k okiem sięgnąć —na polach, w ogrodzie, n a d a ­
chach budynków fermy, wszędzie d rg ała g ru b a w a r­
stwa wstrętnych, przeszło n a trzy cale długich owadów...
Zaczęła się wtedy rzeź okrutna, niepoham ow ana.
Pługi, sochy, rydle krajały, szarpały, ry ły te żywe r u ­
szające się skiby.
Miażdżone tysiącami, ow ady chrzęściały głucho.,
woń wstrętna, o d raża jąca napełniła powietrze.
Walka w rzała—ale bezowocna pozornie.
Zdaw ało się nawet, że szarańcza wciąż, b ezu stan ­
nie wzrasta. Nogi tonęły w grub ym pokładzie. Z pod
lemieszy pługów, z pod ko p y t końskich po ry w ały się
chm ury rozwścieklonych owadów, wzbijały w górę,
skakały do nozdrzy, do oczu, i znowu o p adały na
ziemię.
Wszystkie stworzenia, n aw et psy z fermy brały
udział w tej dziwnej walce.
Olbrzymie b ry ta n y z zajadłem szczekaniem sz a rp a ­
ły, rozgniatały tę ruchliwą, trzęsącą się masę sza­
rańczy.
Wreszcie napadniętym p rzy b y ł nowy, a silny s p r z y ­
mierzeniec.
Dwa oddziały turkosów z doboszem n a czele n a d ­
biegły ratow ać nieszczęśliwych osadników.
Zmieniono teraz system obrony.
Żołnierze rozsypyw ali po polach długie smugi p r o ­
chu, zapalając je potem.
Szarańcza płonęła.
Miałem już dosyć tego widoku. W skroniach mi
biło ja k młotem od tego h a rm id ru i w rz a s k u —a w stręt­
—
197
—
ny zapach rozgniatanej szarańczy o mdłości mnie
przypraw iał.
Wróciłem więc do domu.
Ale i tam nie o wiele było lepiej.
W każdym kącie roiła się szarańcza. Kominem, sz p a ­
ram i p rz y drzw iach lub oknach powpełzało to szkąradzieństw o do pokojów i zapowietrzyło wszystko szk a­
radną, odrażającą wonią.
W fałdach firanek, w szczelinach podłogi, po me­
blach, po ram ach o b razó w —gdzie tylko okiem rzucić,
wszędzie chmary, legjony rdzaw ych owadów, gryzły...
niszczyły... pożerały...
P rz y obiedzie musieliśmy obyw ać się bez wody —
wszystkie studnie, baseny, sadzaw ki zanieczyszczone
były przez szarańczę.
Nawet wieczorem, g dy powróciłem do swego p o k o ­
ju, nie mogłem pozbyć się jeszcze tych w strętnych
stworzeń.
Pokój sprzątan o przez kilka godzin i to bardzo
starannie, a je d n ak z każdego kąta, pod łóżkiem, pod
szafami, dobiegały mnie dziwne szmery, trzaski, niby
pękanie suchych torebek roślinnych w gorące p o łu ­
dnie letnie. Było to szeleszczenie suchych skrzydeł
szarańczy. N aturalnie że w takich w arun kach o śnie
naw et mowy być nie mogło.
Zresztą wszyscy w całej fermie czuwali.
Czerwone języki płomieni wciąż w różnych k ie ru n ­
kach lizały ziemię: to turkosi na swój sposób walczyli
z nieprzyjacielem.
Gdy n aza ju trz ran o wyjrzałem przez okno n a p la n ­
tacje, szarańczy już nie było.
Niedobitki pociągnęły dalej, zostawiając za sobą
ruinę, zniszczenie... Zupełne zniszczenie.
W ogrodzie pustk a. N'ema ani jednego źdźbła t r a ­
wy, ani jednego kw iatka n a klombach, tak niedaw no
—
198
—
jeszcze pełnych b arw i woni. D rzew a stały nagie,
czarne, jak g d y b y n a węgiel spalone.
Teraz, g dy każdem u z nich zab ra n o jego w łasną
z żywych liści szatę, w yglądają dziwnie jednostajnie
i ponuro.
Banany, figowce, drzew a pom arańczow e, morelowe—tylko układem i grubością gałęzi różnią się mię­
dzy sobą.
P rzeszła nad niemi moc niszcząca i k rasę im za­
b rała i zrów nała wszystkie w jed nym wspólnym smutku.
Ludzie pracowali dalej, ale zgnębieni, przybici.
Oczyszczano sadzawki, studnie, cysterny.
Liczne pługi głęboko k ra ja ły ziemię, by zniszczyć
ja jk a szarańczy, złożone podczas tej nocy nieszczęsnej.
Troskliwie, z najw iększą starannością rozbijano na
puch niemal każd ą skibę, k ażd ą g ru d k ę ziemi.
A n a czarnej, żyznej glebie bieliło się tysiące ko­
rzonków, brutalnie przez lemiesz w yrwanych.
To były resztki roślin, k tóre wczoraj jeszcze o tej
samej porze rosły... w ydaw ały plony... żyły...
I serce k raja ło się z bólu, p atrząc n a te p rzedw cze­
śnie, bezowocnie ległe ofiary...
A. Daudet.
O bjaśnienia. Moskity—drobne owady, bardzo dokuczliwe,
gorsze od naszych komarów. Huragan—najstraszliwszy wicher
afrykański. Ferma—rodzaj folwarku, siedziba rolnika (domek,
zabudowanie gospodarskie i pole). Zwierciadełko mozolnie
urządzonej sadzawki —dlaczego sadzawka była tu tak mozolnie
urządzoną? czy u nas sadzawki są taką osobliwością? Nie! u nas
prawie wszędzie jest dosyć wody, a w niektórych stronach
bardzo wiele; w Afryce natomiast w blizkości pustyni Sahary
rzek jest mało, deszcz pada rzadko, upał straszny, więc woda
wysycha i dlatego z wielkim trudem można urządzić sadzawkę.
Karczować—wycinać lasy i wykopywać z ziemi nawet korzenie
—
199
—
drzew, aby tę ziemię uczynić dobrą pod uprawę. Burgundja—prowincja, Francji; Algier jest pod panowaniem francu­
skim, więc nic dziwnego, że tu i osadnicy i ićh służba jest
po większej części francuska. Kabylowie—ludność miejsco­
wa pochodzenia arabskiego. Siroko—wicher gorący. Siesta—
odpoczynek, zwłaszcza w gorących krajach w południe
wszyscy wypoczywają, a czasem i spać się kładą. Plantacja—
duży obszar ziemi uprawnej np. plantacje herbaty, ryżu, trzci­
ny cukrowej i t. d.
Ćwiczenia p iśm ien n e (do wyboru). 1) Ułożyć plan prze­
czytanego artykułu. 2) Na podstawie tego czytania napisać:
jak sobie wyobrażam życie osadnika w Algierze? 3) Dzień
upalny (opisać swoje wrażenie podczas upału). 4) Nieprzyja­
ciele rolnika u nas, a nieprzyjaciele rolnika w klimacie go­
rącym.
66.
Kawa i herbata.
Kawa, której używ am y za napój, jest nasieniem d rz e ­
wa kawowego, rosnącem dziko w górskich okolicach
południowej Abisynji. Drzewo to w y rasta do dziesię­
ciu, a w niektórych okolicach i dw udziestu stóp w yso­
kości, liście ma ciemne, gładkie, lśniące i zawsze zie­
lone, kw iaty mdłe, białe, pachnące i p ręd ko p rzem ija­
jące. Owoce k aw y podobne są do naszej czereśni,
lecz ro sn ą kupkam i; wew nątrz owoców leżą nasiona
czyli ziarna kawowe. Z iarna te n ab ie ra ją dopiero po
dłuższem leżeniu silnego zapachu.
W Abisynji u żyw ano kaw y od niepam iętnych cza­
sów; z początkiem XV wieku wprowadzono ją do
Arabji, a stam tąd rozpowszechniła się p ręd ko po c a ­
łym Wschodzie. W drugiej połowie X V II wieku p r z y ­
wieziono kaw ę do Londynu, a w dwadzieścia lat p ó ź ­
niej do F rancji. Około tego czasu używ ano jej już
tak dużo n a Wschodzie, że w sam ym Kairze np. (w E g i p ­
—
200
—
cie) było przeszło 1000 publicznych kaw iarń. Do Pol­
ski przywieziono ją z Turcji, i już z końcem XVII
wieku Polacy zaczęli ją pijać. P olak także założył
pierwszą kaw iarnię w Wiedniu. Było to pam iętnego
rok u 1683, w k tórym J a n Sobieski obronił Wiedeń od
Turków. Pewien Polak, nazwiskiem Kulczycki, oddał
podówczas wielkie usługi wojskom chrześcijańskim,
przedzierał się bowiem po trzykroć przez tureckie c z a ­
ty z ważnemi dla wodzów wiadomościami. Były to
przepraw y, p rzy których Kulczycki n a ra ż a ł swe życie.
W n ag ro d ę więc za to, że był takim zuchem, pozw o­
lił mu m ag istrat wiedeński otworzyć kaw iarnię, w k tó ­
rej zużytkował wielkie zapasy kaw y, znalezione w o b o ­
zie tureckim.
Dziś użycie kaw y jest we wszystkich częściach
świata bardzo rozpowszechnione. W samej E uropie
zużyw ają corocznie około 258 miljonów funtów, a w in ­
nych częściach świata najmniej 2 miljony centnarów.
Kawa stanowi zatem b ard zo w ażny a rty k u ł handlu.
W skutek takiego rozpowszechnienia kawy, w wie­
lu k raja ch ciepłej strefy założono wielkie plantacje,
w których ją troskliwie upraw iają. Najwięcej kaw y
up raw ia obecnie: Brazylja, J a w a i Indje zachodnie.
Tow arzyszkę kawy, z której napój b ard zo jest dziś
używ anym , znacie zapewne także. Jest to herbata.
Do odw arów herb acianych u żyw ają nie ziarn, jak
z kawy, lecz liści z rośliny herbaty, b ard zo podobnej
do kamelji, hodow anej u nas w cieplarniach, a r o s n ą ­
cej dziko w Chinach i Japonji. Krzew herbaciany jest
od 3 do 4 stóp wysoki, z pięknemi, połyskującemi
listkami i kwiatem podobnym z ukła d u do dzikiej ró ­
ży. B ardzo jest wiele g atu nk ów herbaty, lecz n a jw a ż ­
niejszą i najbardziej cenioną jest chińska.
I użycie h erb aty coraz bardziej się dziś rozpo­
wszechnia. W Chinach, gdzie h e rb a ty od niepam ięt­
—
201
—
nych czasów używają, w Jap o n ji i Tybecie, piją ją po
trzy i cztery ra z y n a dzień. W Rosji azjatyckiej m a
praw ie k ażdy wieśniak swój sam ow ar do p rz y rz ą d z a ­
nia h erbaty; w Europie, w Ameryce północnej i Australji spożyw ają jej także bard zo wiele. W krajach
europejskich, do których się dostała później od kawy,
herb ata najbardziej jest rozpow szechniona w Anglji
i Holandji. Można przypuścić, że dziś używ a h erb aty
około 500 miljonów ludzi, t. j. mniej więcej połowa
całej ludności n a kuli ziemskiej.
Liczne są też plantacje herbaty, naw et w trochę
chłodniejszych okolicach strefy zwrotnikowej. Krzew y
herbaciane rozm nażają z nasienia. Zasiewają je
w marcu. Młode jednoroczne krzew y przesadzają, p o ­
tem ścinają im wierzchołki, ażeby nie pędziły w górę,
lecz rozw ijały się krzaczasto. Zbiór liści rozpoczyna
się w czw artym i piątym rok u i trw a do lat dziesię­
ciu lub dw unastu. Zbiór ten odbyw a się zwykle w m a­
ju i czerwcu, i to n a trzy zawody. Najpierwsze liście
są najlepsze. Po zerw aniu liścia, nie suszą go wprost,
lecz p rz y rz ą d z a ją jeszcze w rozmaity sposób. Dopiero
przez prażenie podczas suszenia nab iera liść g o rz­
kawego, arom atycznego smaku. W samych Chinach
wynosi zbiór roczny suszonego liścia około 20 miljo­
nów centnarów. Prócz tego up raw iają h erb atę n a wy­
spie Jaw ie i wielu innych miejscowościach.
U w a g a d la n a u c zyc ie la . Do lekcji tej należy przygotow ać
odpow iednie ryciny, a także glob us i w skazyw ać na nim m iejsco­
wości, w spom niane w artykule.
Ćwiczenie. Podać w krótkich słowach treść czytania,
t. j. najważniejsze tylko wiadomości o pochodzeniu kawy
i herbaty, pomijając drobniejsze szczegóły.
67.
Z pam iętnika małej japonki.
Jestem japonką, n azyw am się Izanami. Kraj mój
leży w Azji n a kilku dużych wyspach oceanu W iel­
kiego. Cywilizacja nasza stoi bardzo wysoko, choć
wiele naszych zwyczajów różni się od zwyczajów e u ro ­
pejskich.
W naszym k ra ju mężczyźni są grzeczni, weseli i d o ­
wcipni, kobiety posiad ają wiele wdzięku, przytem są
bardzo wesołe i rozumne. Na nieszczęście w yznać m u ­
szę, że te przym ioty są właściwemi tylko pewnej czę
ści narodu.
M onarcha nasz nazyw a się Mikado, wielcy zaś p a ­
nowie noszą nazw ę Daimiosów.
Daimiosowie m ają ogrom ne m a jątk i i pałace n a wsi,
ale obowiązani są pew ną część ro k u mieszkać w sto­
licy Japonji, w mieście Jeddo. I ja też urodziłam się
i spędziłam dzieciństwo w tem mieście.
Mieszkaliśmy w dzielnicy wielkopańskiej, lecz nie
mieliśmy takiego pałacu, ja k wielcy panowie, o k tó ­
rych mówiłam; oni bowiem, m ając dw ór złożony z ty ­
siąca kilkuset osób, zajm ują ogrom ne budynki, które
robią wrażenie małego miasteczka.
Nasz pałacyk był otoczony wysokim inurem i oko­
p a n y głębokim rowem, pełnym wody, wnętrze jego
je d n ak przedstaw iało się skromnie; całość składała się
z kilku lekkich zabudow ań, z których jedne służyły
za mieszkanie dla nas, inne dla służby.
Pokoje w naszym pałacyku były praw ie puste, ale n a j ­
dziwniejsze w yd aw ały by się wam ściany: są to d rew n ia­
ne ram y, oklejone papierem , z łatwością dające się o d ­
suwać lub zasuwać, według potrzeby, tw orząc oddziel­
ne pokoje. Łóżek w tych pokojach niema wcale, gdyż
sypiam y n a pięknie w yplatanych matach, a n a o p a r ­
cie głowy mamy pewien rodzaj nizkiej drewnianej
ławeczki; jest to posłanie ogólnie uży w ane w Japonji.
Krzeseł także nie mamy: siadam y n a kobiercach, p le­
cionych z trzciny, k rzyżując pod sobą nogi, nizkie t a ­
borety zastępują nam stoły. Za to na półeczkach stoi
niezliczona ilość spodeczków i maleńkich filiżaneczek,
przeznaczonych do jedzenia i picia.
Gdzieniegdzie ustaw ione są kufry, wyłożone laką,
to jest mocną te k tu rą pięknie i trwale lakierow aną,
w których się chowa ubranie. P o śró d tego w szyst­
kiego znajduje się kominek, a raczej żarownia, p rzy
której mężczyźni zapalają fajki i go tują herbatę. Mnie
jed n ak najbardziej zajmow ał ogródek.
Wy, dzieci europejskie, nie macie pojęcia o takich
maleńkich ogródkach, jakie zn ajd u ją się obok w szyst­
kich praw ie domów japońskich. Nasz miał nie wię­
cej nad sto metrów powierzchni, posiadał jednak:
rzekę, jeziorko, wodospad, grotę, mosty, aleje, klomby,
kioski, a w szystko tak maleńkich rozmiarów, że z d a ­
wał się prędzej zbiorem zabaw ek dziecinnych, niż
miejscem przechadzki dla osób dorosłych. Drzewa n a ­
wet, wskutek szczególnych s ta ra ń i hodowli o g ro d n i­
ków japońskich i chińskich, są tak małe, że naw et
dąb i topola nie przechodzą wysokości dwóch stóp.
Ale zato kw iaty dochodzą do nadzw yczajnych rozm ia­
rów; p o siadają przytem przecudną woń i barw y, tak
że śmiało twierdzić można, iż w naszym k ra ju drzew a
są karłami, a kw iaty olbrzymami.
Pierw sze lata mego dzieciństwa spędziłam w tym
naszym ogródku. Codzień ran o ojciec mój, jako w y­
soki urzędnik, założywszy za p as dw a miecze, udaw ał
się na dw ór Taikuna; tow arzyszyli mu zwykle sek re­
tarz i służący, k tóry trzym ał n ad nim rozpięty p a r a ­
sol. Strój mego ojca był wspaniały: n a głowie miał
płaski, duży kapelusz z laki chińskiej, z ram ion s p ły ­
—
204
—
wał mu piękny płaszcz z brokateli, n a ręk aw ach ozdo­
biony haftem, przedstaw iającym jego herb rodowy.
Zaledwie wyszedł z domu, m atka ze mną i młod­
szym braciszkiem wychodziła do ogrodu, gdzie już p o z o ­
staw aliśmy do wieczora. Jadaliśm y zwykle w jednym
z kiosków.
Pożywienie nasze, tak ja k i większej części J a p o ń ­
czyków było bard zo skrom ne i proste: składało się
przew ażnie z ryżu, jaj, ry b surow ych lub gotowanych
i owoców; za napój służy nam h e rb a ta i saki (napój
upajający, otrzy m y w an y z ryżu). Mięsa nie ja d am y
wcale; w rzadkich tylko w ypadkach podaw ano k u r­
częta.
Jak że rozkosznie spędzaliśmy czas na zabaw ach
w tym malutkim ogródku, zupełnie zastosow anym do
naszego wzrostu! Najlepiej lubiliśmy grać w piłkę;
w przerw ach biegliśmy n ad jeziorko, aby łowić wędką
czerwone rybki, których tam było mnóstwo; czasami
też próbow aliśm y strzelać z łuków do ptaków, nigdy
ich jedn ak nie zabijając, strzały bowiem, których uży­
waliśmy, były nieszkodliwe.
B ra t mój był młodszy odemnie o dw a lata, wycho­
wywaliśmy się przeto zupełnie jednakowo, gdyż J a ­
pończyk dopiero w piętnastym ro ku staje się pełno­
letnim i zaczyna przestaw ać wyłącznie z mężczyznami.
Pomimo je d n a k naszych w spólnych zabaw i igraszek
w domu, gdy wychodziliśmy n a ulicę z m atką lub
ze służącymi, b ra t mój szedł naprzód, ja zaś p ostępo­
wałam za nim, niosąc n a ram ieniu małą szablę, ozna­
kę wysokiego urodzenia, tak aby przechodnie wie­
dzieli zaraz, że to dziecko nie należy do pospólstwa.
Jed n y m z najulubieńszych naszych zajęć była z a ­
baw a lalkami. A trzeba wam wiedzieć, że w Jap o n ji
m am y lalki bardzo piękne i są one w wielkiem p o sza­
—
205
—
now aniu; corocznie naw et obchodzimy na ich cześć
święto, które nosi nazw ę święta lalek.
Święto to p r z y p a d a dnia 1-go kwietnia. Niezmierna
radość p a n u je wówczas w caJym kraju, a największa
we wszystkich domach, w który ch są dziewczynki. W n a j­
piękniejszym salonie, odświętnie p rz y b ra n y m wspaniałemi p araw an ik am i i wazonami, pełnemi prześlicz­
nych kwiatów, oplecionemi wieńcami z kw iatu b rz o ­
skwini, ustaw iają wszystkie lalki, które dziewczynka
otrzym ała przez całe swoje życie.
Lalki te ustaw ione wśród kwiatów i zieleni, w yglą­
d ają prześlicznie! Właścicielka ich przygotow uje, a r a ­
czej każe służbie przygotow ać w spaniałą ucztę, k tó rą
ustaw iają przed lalkami; te natu ralnie nie skosztują
jej nawet, ale zato wieczorem zjad ają ją zebrani go­
ście, przyczem baw ią się wesoło m uzyką i tańcami.
In nym dorocznym świętem, w którym również bio­
r ą udział dziewczynki, jest święto latarni. Wieczorem
dnia tego małe i starsze dziewczątka p rzeb iegają ulicę
Jeddo, bujając trzy m an ą w praw ej ręce ła d n ą latarnię
z kolorowego p ap ieru i przyśpiew ując wesoło.
Do tej gw arnej zabaw y należą je d n ak wyłącznie
dziewczęta z ludu, gdy córeczki bogatych rodziców
często z wielkim żalem m ogą się temu p rzy p atry w ać
tylko przez okno. J a jed n ak obchodziłam święto la ­
tarni w swym ogrodzie i baw iłam się równie ochoczo,
ja k moje ubogie rówieśnice na ulicy.
P o kilku latach takich rozryw ek, nadszedł dla mnie
i m ojego b r a ta czas nauki.
W Jap o n ji niema praw ie dziecka, chłopca lub dzie­
wczynki, k tó reby nie umiało czytać, pisać i rachować.
Ojciec mój należał przy tem do ludzi, którzy bardzo
wysoko cenią oświatę i chciał, abyśm y otrzym ali jaknajstaranniejsze wykształcenie. Nie posyłał nas do
—
206
—
szkół, lecz sam w ybrał nauczycieli, którzy udzielali
nam lekcji w domu.
Języ k japoński posiada dwojaki alfabet; jeden ła ­
twiejszy, którym posługujem y się w zwyczajnej korespodencji i ten n azy w a się h irak a n a; alfabetu tego
uczą się chłopcy i dziewczęta. D rugi alfabet, zw any
katakam a, daleko jest trudniejszy; tego alfabetu uczą
się tylko chłopcy. B rzy dki to zwyczaj, aby tak dzie­
lić dzieci i oburzałam się tem już wtedy naw et, gdy
byłam zupełnie małą.
Niewesołą była nasza nauka. Nauczyciel nasz, stary,
uczony literat, zam ieszkały w Jeddo, karcił każde nie­
posłuszeństwo lub roztargn ienie uderzeniem w achla­
rzem, a raczej jego tw ard ą d rew n ian ą opraw ą. Spę­
dzaliśmy z nim po kilka godzin, podczas k tó ry c h zm u­
szeni byliśm y powtarzać, śpiewając, kilka zdań, zw a­
nych irowa. Z dania te były ta k ułożone, iżby dzieci
nauczyły się z nich głównych brzm ień języka ja p o ń ­
skiego, ale dzieci po w tarzały je bezmyślnie, nic a nic
nie rozumiejąc.
Szczęśliwe dzieci europejskie nie znają tak cięż­
kiej nauki! W waszych elementarzach macie n a pierw ­
szej stronie anioła, igłę, ucho, oko i n a tych w yrazach
uczycie się brzm ień samogłosek. A nam kazano recy­
tować: «Barwa i zapach pełzną i nikną: bo cóż na
tym świecie może być stałego? Dzień miniony zniknął
w głębokiej otchłani nicości; był to nikły obraz w yo­
braźni; nie spraw ia on najlżejszego zamieszania».
Czy też które z was pojęło, o co chodzi?
Te to dziwne formułki pow tarzaliśm y do znużenia,
siedząc n a m atach przed maleńkim biurkiem n a ­
uczyciela, głosem m onotonnym, jaki m ają wszystkie
dzieci, których n a u k a nie zajmuje.
Gdy już poznaliśmy doskonale alfabet h ira k a n y
i umieliśmy bez omyłki pow tórzyć k ażd ą sylabę, wte­
—
207
—
dy dopiero dostarczono nain p ap ieru z drzew a m o r­
wowego, pendzelków, chińskiego atram en tu i zaczęto
uczyć pisać, a raczej malować, gdyż podobnie, ja k
chińczycy, używ am y do pisania nie pióra, lecz pendzla.
Gdy już nauczyliśm y się litery czytać i malować, do­
starczono nam książek naukow ych, przeznaczonych
dla dzieci.
W tedy rozdzielono mnie z bratem , k tóry zaczął
uczęszczać do wyższego zak ład u naukow ego, uczyć się
katakam y; ja zatrzym ałam się n a pierw szym szcze­
blu wiedzy, k tóry u w ażają za dostateczny dla kobiet
w Japonji. O! szczęśliwe dziew częta europejskie! wam
wolno kształcić się wyżej i c h y b a ta tylko nie staje
się rozum ną kobietą, k tó ra sam a tego nie chce!
Nauczywszy się czytać i pisać, uczyłam się tylko
muzyki; g rała m na gotto (nasz fortepian), n a samsinie (nasza gitara). Prócz tego, ojciec kazał mnie uczyć
języka francuskiego; sam uczyć go się nie śmiał, ale
za moją pomocą p ra g n ą ł zaznajomić się z postępem
cywilizacji i n a u k n a Zachodzie.
Ćwiczenie stylow e. Na podstawie tego opowiadania
opisać Życie dzieci w Japonji.
68. Tabliczka szyfrowa i rysik
Któż nie zna tabliczki szyfrowej? Toż to jedn a
z najmilszych tow arzyszek naszych lat dziecięcych.
Cierpliwy to świadek pierw szych naszych p ró b p is a r­
skich i rysunkow ych. A jednak, niewiele ludzi um ia­
łoby powiedzieć, z czego się tabliczka szyfrowa robi.
Może niejeden naw et wie, iż tabliczki sryfrow e robią
się z kam ienia szyfrowego, z którego utw orzone są
niektóre góry uralskie i niemieckie; lecz czem jest ten
kam ień i w jaki sposób gó ry takie powstać mogły,
-
208
—
o tem pewnie mało kto myśli. A je d n a k rzeczy po sp o ­
lite, z którem i m am y często do czynienia, w arto p rz e ­
cież znać dobrze.
R ozp atrując kaw ałek rozbitej tabliczki szyfrowej,
łatwo zauważyć, iż ten kamień, w całej swej masie
b arw y ciemno-szarej, ma budow ę uw arstw ioną, to jest
składa się ja k b y z leżących n a sobie tafelek, d a ją ­
cych się dość łatwo odłupywać. Z tego pow odu k a ­
mień ten n azy w am y łupkiem glinianym ; jest to b o ­
wiem rodzaj gliny uwarstw ionej. Znam y kilka ro d z a ­
jów glin, napozór dość różnych, wszystkie je d n ak two
rzą się w jed n ak o w y sposób.
Gdy p rzy jrz y m y się rozbitym świeżo kamieniom
polnym, które są przew ażnie cząstkami gór g r a n ito ­
wych, przyniesionemi n iegdyś przez lody i wody ze
Szwecji i innych odległych krajów , zauw ażym y łatwo,
iż te kaw ałki g ra n itu skład ają się ze zbitych ziarn
różnobarw nych. Z iarna czerwone, a ja k w niektórych
kam ieniach — białe, są cząstkami kamienia, zwanego
skaleniem, czyli spatem polnym. Na polach naszych,
a także n ad brzegam i rzek łatwo znaleźć oddzielne
kaw ałki s k a le n ia czerwonego, lub białego,— a w wielu
miejscowościach całe skały są utw orzone ze skalenia.
Jakkolw iek jest to kam ień b ard zo tw ardy, jed n ak leżąc
długo n a powietrzu, powoli kruszeje, ro z p a d a się na
proszek, k tó ry coraz głębszej ulega zmianie, słowem—
kam ień wietrzeje. Wietrzejąc, skaleń zamienia się w gli­
nę. W m iarę ja k woda spłukuje z powierzchni skale­
nia powoli tworzące się cząsteczki gliny, głębsze w ar­
stwy skalenia, wietrzejąc w dalszym ciągu, znów w gli­
nę się zamieniają. Tylko tą d ro g ą glina pow stać mo­
że. W ody spłuk ują glinę i znoszą ją do morza, gdzie
powoli grom adzi się, tw orząc duże pokłady.
Glina ta zawiera liczne domieszki, jest bowiem
zm ieszana z piaskiem, talkiem, rd z ą żelazną, potasem,
—
209
-
wchodzącym także w skład potażu, a wreszcie z czą st­
kam i węgla, nad aj ącemi m u ciemną barw ę.
Rysik, k tó ry m się posługujem y do p isania n a tablicz­
kach szyfrowych, jest kamieniem o podobnym składzie,
lecz miększym. Jeżeli rysik daje na tabliczce, ja k to cza­
sami widzimy, kreskę czerwoną, to przyczy ną tego
jest większa ilość rd zy żelaznej, znajdującej się w nim;
jeżeli żłobi tabliczkę, zam iast się o nią ścierać, to p o ­
wodem tego jest tkwiące w nim ziarnko piasku. P rz e ­
ważnie je d n ak wszystkie te składow e części łu p k u
glinianego są w tak drobniutkich cząstkach je d n o sta j­
nie w nim rozp ostarte i tak dokładnie zmieszane, iż
ani okiem, nie uzbrojonem w szkła, ani naw et przez
szkła silnie powiększające nie możemy w nim dostrzedz oddzielnych cząstek p ia sk u czy węgla.
Wielkiemi, szerokiemi kilofami od łu pu ją górnicy ze
skał łupkow ych duże tafle łu p k u glinianego. Tafle te
zostają następnie odpowiednio przyrznięte, przez t a r ­
cie piaskiem d oprow adzone do żądanej grubości,
a w końcu p rzy pomocy delikatnego miału węglowego
i oliwy odpoliturowane. Tak p rzy rząd z o n e tabliczki
zostają opraw ione w ram ki z drzew a jodłowego, k tó ­
re dają się łatwo łupać i obrabiać. Niektóre gatu nk i
łup k u glinianego używ ane są też do p o k ryw ania d a ­
chów. Takim łupkiem dachow ym p o k ry ty jost np. dach
pałacu K ronenbergów w Warszawie, dom na rogu
ulicy Granicznej i Żelaznej bram y, oraz kilka innych
kamienic. Gliny łupkowe, z których w yrabiane są r y ­
siki, m ają budow ę pręcikową. O brabiać je i ro złup y­
wać n a pręciki, które potem dopiero zostają sztucz­
nie zaokrąglone i zaostrzone, jest daleko trudniej, niż
obrabiać łupek tabliczkowy.
M. Heilpern.
U w a g a d la n a u c zy c ie la . Przed czytaniem tego artykułu na­
leży przygotow ać, jako okazy, kawałki łupku (może być rozbita
CZYTANKI S T O PN IO W A N E , I II .
14
—
210
—
tabliczka szyfrowa) oraz spatu polnego czyli skalenia. Należy
także przypom nieć uczniom wiadom ości, nabyte przez czytanie
jednego z artykułów poprzednich, p. t.. „Dzieje kawałka brukow ­
ca" (patrz str. 24).
69.
Czernica czyli sepja.
G dyby z waszego p ud ełka z farbam i k ażdy p o je ­
dynczy kaw ałek mógł opowiedzieć swe dzieje, zanim
go tam pomieścili, by ły by to n a d e r ciekawe i n aucza­
jące historje.
W niektórych takich pudełeczkach znajdziesz oprócz
tabliczek żółtych, czerwonych i szafirowych, tabliczkę
koloru ciemno brun atn ego , n a której wytłoczony jest
napis: Sepia.
O tej właśnie wam opowiem.
U brzegów m orza Śródziemnego i oceanu A tlan­
tyckiego, żyje w wodzie zabaw ne stworzenie, k tó ­
re się zowie czernicą. W y gląda ono ja k worek nadęty,
p rzy którym osadzona jest wielka głowa z uszami dużemi
i rybiemi oczami, a zakończona ja k b y dziobem papugi;
służy on do n a p a d u n a inne stw orzenia morskie. Od
tego dzioba w yrasta 8 ram ion krótszych, i dwoje dłu­
gich, wszystkie opatrzone w brodaw ki, czyli gruczoły
przyczepne, których czernica używ a do przyczepiania
się do skał lub do powolnego ru ch u z miejsca n a miej­
sce. P osuw a się ona dość żwawo po wilgotnym p ia ­
sku morskiego wybrzeża, trzy m ając się pochyło, to
jest mając ciało od tyłu wzniesione, a głowę na dół
opuszczoną. W wodzie pływ a ja k ryba, chociaż wcale
nią nie jest, a należy właściwie do rodziny mięcza­
ków; pływając, posuw a n ap rzó d o krąg łe cielsko, a dwa
najdłuższe ram iona wlecze obok siebie. Te ram iona,
zastępujące jej wiosła, opatrzone są mackami.
Skóra czernicy mieni się w różne kolory; to zaświe­
ci w żółty, to b ru n a tn y odcień, to się mieni w czer­
—
211
—
wone albo żółte plamy, to znów b ru n a tn e i szafirowe.
Lecz jakkolw iek umie odmienić swój pozór, niemniej
zachowuje zawsze te same skłonności zw ierząt ż a r­
łocznych i drapieżnych.
Swemi dziesięcioma ram ionam i i tw ard y m dziobem
czernica n a p a d a straszliwie każd ą rybę, k tó ra się w p o ­
bliżu nad arzy. Lecz gd y ją sam ą ja k a większa r y ­
b a napastuje, używ a b ard zo osobliwego sposobu oca­
lenia siebie. Ma bowiem w sobie worek, napełniony
czarn ą cieczą i tę ciecz w niebezpieczeństwie w ypusz­
cza z siebie, tak, że wodę wokoło odrazu zamąci, czy­
niąc ją, ja k atrament, nieprzejrzystą.
Gdy nieprzyjaciel, p rzerażo n y tym widokiem,
w strzym uje się albo oddala, odstręczony n ad to wonią
piżma, którą ta ciecz wydaje, czernica żwawo um yka,
i kryje się pomiędzy skały i kamienie.
Ale ry b acy nie dają się tym figlem nastraszyć; ło­
wią to zwierzę, zabijają i odcinają torebki z szacow­
n ą farbą. Mięso czernicy nie jest jadalne, bo twarde,
łykow ate i czuć je piżmem. Z tego to, p ły n u zaw artego
w owym wew nętrznym worku, p rz y rz ą d z a ją śliczną
b r u n a tn ą farbę, znaną pod nazw ą sepji.
U w a g a d la n a u c zy c ie la . Przygotow ać odpow iedni obrazek
a wspom niane m iejscow ości w skazyw ać na mapie.
70.
Zwierzęta i rośliny australijskie.
Zwierzęta i rośliny Australji różnią się b ard zo od
wszystkich, spo tykanych w innych częściach świata.
Wielkich zw ierząt w A ustralji niema wcale. N aj­
większe z nich, kangur, g d y siedzi n a tylnych n o ­
gach, trzym ając grzbiet prostopadle, dochodzi w yso­
kości człowieka. W tej pozie jest on podob ny do
pochylonego stożka, bo łebek ma nie w iększy niż lis,
szyję cienką, przednie nogi kruciutkie i słabe; za to
—
212
—
poniżej piersi ciało zaczyna się rozrastać; zad ma tak
potężny, ja k roczne cielę, a tylne nogi mocne, długie,
zakończone ostremi p azu ra m i.-P rz y pomocy tych nóg,
k a n g u r robi wielkie skoki po dw a i trzy łokcie, przy
siedzeniu zaś pod piera się mocnym ogonem, ja k b y
trzecią łapą. P od brzuchem ma szeroką fałdę skóry,
niby torbę, w której u k ry te są sutki z mlekiem.
Młode k a n g u ry rod zą się maleńkie, nagie, nie p o ­
rosłe szerścią i tak niedołężne, że nie m ogą chodzić.
Matka w kłada je zatem do swego w orka p o d b r z u ­
chem. Tam małym nic nie brakuje, bo m ają ciepło
i śpiżarnię; od czasu do czasu tylko m a tk a wyjm uje
je stam tąd, aby się przekonać, o ile postąpiły w sztuce
chodzenia. Na w y padek niebezpieczeństwa, k ry je ona
czemprędzej dzieci w swoje n a tu ra ln e schow anko i p o ­
śpiesznie um yka.
P raw ie wszystkie ssaki australijskie należą do ro ­
dziny workowatych. Niektóre nie m ogą zmieścić i n o ­
sić swych młodych w workach p odbrzusznych, ale
w każdym razie m ają ślady tych worków w formie za­
giętej fałdy skóry. W orkow atym jest także i wombat,
praw ie tak duży ja k wilk, ale żyw iący się roślinami
i owocami; jest tam i niedźwiedź workowaty, oraz
szczur, zając, wiewiórka, jeżozwierz, kuna, łasica: w sz y st­
kie workowate, i wiele innych.
Lecz najdziw niejszym i jedy ny m w swoim ro d zaju
ssakiem jest tam dziobak. Z tułowia p o d o b n y do w y­
dry, p o k ry ty jest piękną, gęstą, ciemną szerścią; p a l­
ce u krótkich n ó g połączone ma płetwą, w skutek cze­
go znakomicie pływ a i doskonale nu rku je. Żywi się
pędrakam i, mięczakami, rybami, które chw yta swym
szerokim, do kaczego dzioba pod ob nym pyskiem; zę­
bów nie posiada wcale. Co zaś jeszcze dziwniejsze, że
gdy wszystkie ssaki ro dzą się żywe, dziobak składa
jajka, z których w ylęgają się młode, karm iące się n a ­
—
213
—
stępnie mlekiem matki. Łączy on tedy cechy ptaków
i ssaków i stanowi niejako przejście od jednych do
drugich.
Osadnicy europejscy sprowadzili do A ustralji bydło
rogate, konie i owce, które się tam w ybornie zaaklim a­
tyzowały. Ale najlepiej posłużyły miejscowe w arunki
królikom, które tak się rozm nożyły i zdziczały, i takierni grom adam i b u ja ją tam po łąkach, polach i la ­
sach, że g ro żą zniszczeniem wszelkich zbiorów. L u ­
dzie s ta ra ją się je teraz wytępić, ale różne dotąd u ży­
wane sposoby są niedostateczne; ani psy, ani siatki, ani
polow ania—nie są w stanie zapobiedz szybkiem u ro zm n a­
żaniu się tych zw ierzątek. O głaszają n aw et k o n k u rsy
n a wymyślenie środka, k tó ry b y mógł A ustralję uw ol­
nić od plagi króliczej, ale w szystko daremnie.
Osobliwe są również ptaki Australji, do których n a ­
leży kazuar, p o k ry ty długiemi pióram i o małych cho­
rągiewkach, co czyni je podobniejszemi do włosów
niż do pierza. W spaniały lirogon, którego pióra w ogo­
nie zagięte są w kształcie liry, oraz ptak, zw any o g ro ­
dnikiem, k tóry ma dziwny zwyczaj budow ania sobie,
niezależnie od gniazda, w którem w ysiaduje młode,
d ru g ieg o schronienia, w kształcie kopca; przed nim
u k ła d a sobie w półkole błyszczące kamyki, muszle,
a naw et kwiaty, które zmienia, gdy zwiędną.
Są tam też czarne łabędzie, białe kruki, kukułki
kukające w nocy, i sowy latające w dzień. Jednem
słowem, wszystko w prost przeciwnie niż w Europie,
leżącej, względnie do Australji, n a odwrotnej stronie
kuli ziemskiej.
Roślinność A ustralji jest uboga, ale ma także swe
odrębne cechy. P rzedew szystkiem nie opadają tam
liście, jak u nas, lecz kora, k tó ra potem na nowo p o ­
rasta. Liście na drzew ach są b arw y ciemnej lub sza­
rawej i stoją na gałązkach pionowo, przez co dają
—
214
—
mało cienia. Korony drzew zaczynają się bard zo w y­
soko, dlatego dziki Australczyk, wchodząc n a drzewo,
musi sobie nacinać ko rę toporkiem, ab y módz o co no
gę oprzeć i p o m aga sobie sznurem, którym opasuje
drzewo i siebie.
Między drzew am i zasługuje n a uw ag ę eukaliptus,
k tó ry dosięga s tu pięćdziesięciu metrów wysokości,
czyli przew yższa wysokie wieże kościelne. Drzewo to
jest niezmiernie pożyteczne, bo pochłania znaczną część
wilgoci z gruntu, przez co osusza m oczary i p rz y c z y ­
nia się do zdrowotności ludzi. W tym celu sp ro w a­
dzono je do Włoch, aby osuszyć tak zw ane P o ntyjskie
błota koło Rzymu, gdzie wiecznie grasow ała febra.
według J. Kor żeńskiego.
U w a g a d la n a u c zy c ie la . Czytanie niniejszego artykułu na­
leży rozłożyć na dwa razy. Przy czytaniu pożądane będą dobre
obrazki zwierząt i roślin australijskich: co do szczegółów obro­
bienia treści, to należałoby zastosow ać uwagę, zam ieszczoną w y ­
żej przy artykule o Saharze.
71.
Pogadanka o gwiazdach.
Był to gorący dzień lipcowy. P a n M. w ynajął nad
brzegiem Wisły łódkę, chcąc przejechać się z dziećmi
po rzece. Zanim się spostrzegł, Boleś i Józia byli już
n a łodzi, a g d y sam usiadł n a ławeczce, przewoźnicy
zaraz odbili od brzegu, kierując się w górę Wisły ku
Wilanowu.
Kiedy czółno stanęło u przeciwnego brzegu, wesołe
gronko wyszło n a ląd i, posiliwszy się w poblizkiej
mleczarni wybornem, zsiadłem mlekiem,biegało po d r o ­
dze p rz y łące, goniąc się i figlując.
Za zbliżeniem się wieczoru, p an M. dał hasło do od­
wrotu. P o w racano tą sam ą drogą, a g dy po u palnym
dniu wionął lekki wietrzyk, rozpuszczono żagiel, i łód­
k a szybko sunęła po zwierciadle wody. Na praskim
—
215
—
b rzeg u słychać było różnorodne głosy, p o n ad którem i
górowały: beczenie owiec i r y k krów, pow racających do
domu. R ybacy okoliczni, p rzy w iązaw szy statki do
brzegu, oddalali się powolnie.
Gdy ostatni rąb ek słońca ja k b y dotykał wody, gw ar
ustawał, i n ad całą okolicą zalegała cisza, p rz e ry w a n a n a
chwilę hałaśliwą m uzyką ze statku parow ego, p ły n ą ­
cego z Saskiej Kępy. Dźwięki jej mieszały się z p lu ­
skiem wody, poruszanej kołami statku. W krótce p o ­
wrócił uroczysty spokój.
Dzieci były w bard zo wesołem usposobieniu; Józia
nuciła piosenkę, Boleś śmiał się i żartował. Pomału
znikały ostatnie ślady zachodzącego słońca, rzedniała
b a rw a czerwona, unosząca się n a d rzeką, a odleglej­
sze przedm ioty tonęły w ciemności. Na niebie zab ły ­
sło kilka bladych gwiazdeczek, — stopniowo, pomału
z ciemnego błękitu wyłaniało się coraz więcej świa­
tełek, wreszcie całe sklepienie zamigotało tysiącami
gwiazd.
Boleś od czasu do czasu spoglądał w górę, ro z p a ­
trując się naokoło, widocznie zadum ał się nad czemś,
czego zrozumieć nie mógł; zagad nął tedy ojca:
— Powiedz mi, kochany ojcze, czy to praw da, że
te maleńkie gwiazdeczki są daleko większe od słońca?
Przecież tarcza słoneczna, k tó rą dopiero co widzieli­
śmy, bez porów nania jest większa od stu takich gwiaz­
deczek, razem wziętych.
— Tak je st—mówił ojciec,—istotnie są one większe
od słońca.
— Ale dlaczego, ciągnął dalej chłopczyk, w ydają
się nam ta k maleńkie?
— Dlatego, że są bard zo oddalone. Ozy p rz y p o ­
minasz sobie ten balon, k tó ry widziałeś przeszłej jesie­
ni? Gzy pam iętasz ja k był wielki, dopóki spoczywał
n a ziemi, a g d y uniósł się w górę, stopniowo się zmniej­
—
216 —
szał, wreszcie w yglądał ja k m ała piłka, a był od nas
odległy zaledwie n a p a rę tysięcy stóp. Czemże jest
to oddalenie w poró w n an iu z odległością gwiazd?
Niczem prawie! Dlatego gw iazdy w yd ają się nam tak
małe, a świecą tak słabo, bo są bard zo oddalone.
Słońce jest najbliższą od n as gw iazdą stałą, ale zaraz
się dowiesz, ja k jest odległe. Oto 20 miljonów mil!
G dyby chciano połączyć je z ziemią, m usianoby położyć
n a sobie 12,000 b ry ł gru b y ch n a przeszło 1700 mil,
t. j. tak dużych, ja k ziemia. Słońce stale p rzy ciąg a do
siebie ziemię, ale ziemia nie sp ad a n a słońce, bo d r u ­
ga wielka siła utrzy m uje ziemię ciągle w oznaczonej
odległości od słońca. Obie te siły, działające rów no­
cześnie, spraw iają, że ziemia ciągle k rąży około słońca,
a k rą ż y z n iezrów naną chyżością, gdyż w jednej mi­
nucie p rzeb iega 240 mil drogi.
Z większą jeszcze szybkością p rzy p ły w a do nas
światło od słońca i gwiazd. Światło biegnie z s z y b k o ­
ścią 40,000 mil na sekundę. Wiesz już, w ja k olbrzy ­
miej odległości znajduje się słońce, ale pomimo to św ia­
tło jego dostaje się do n as w przeciągu 8ł/4 sekund.
Lecz wiele tych gwiazd, jakie widzisz n a tem p rz e ­
stworzu, jest jeszcze bardziej oddalonych, tak dalece,
że ich promienie dochodzą do naszego oka zaledwie
po kilku, kilkunastu, a naw et po kilkuset latach. Wytłómaczę ci to jaśniej. G dyby w tej chwili w niesk oń ­
czonej tej przestrzeni, gdzie są gwiazdy, utw orzyły się
nowe słońca, to u jrz a n o b y je dopiero po kilkuset la ­
tach. Być może, że każde z tych słońc otaczają mniej­
sze ciała niebieskie, tak, ja k nasze słońce otacza ziemia
i inne ciała podobne do niej.
Spojrzyj w tę okolicęl Czy widzisz te niezliczone,
migocące światełka, tworzące ja k g d y b y pas zasiany
miljonami gwiazdeczek? J e s t to tak zw ana droga mlecz­
na. Tutaj ku północy, widnieje kilkanaście gwiazd, zw a­
—
217
—
nych Małą i W ielką Niedźwiedzicą. W pewnej odległo­
ści od nich zn ajd u je się gwiazda, zw ana polarną, w ska­
zuje ona zawsze stronę północną. W szystkie gwiazdy,
należące do jednej g rupy, nigdy nie zmieniają wzglę­
dem siebie swego położenia. Takich g ru p jest n a nie­
bie przeszło 170, zowią się konstelacjami. T w orzą one
różne figury: to krzyż jasny, to postać wozu z d y ­
szlem i inne. G dy raz spamiętasz wzajemne względem
siebie ich położenie, to nietrud no ci przy jd zie je roz­
poznać. Wszystkie one o bracają się regularnie ze wscho­
du n a zachód.
W szakże o dd aw n a już spostrzeżono, że oprócz tych
gwiazd, tworzących stałe grupy, jest jeszcze wiele in­
nych, nie należących do żadnej konstelacji. Takie
gw iazdy ustawicznie zmieniają swe położenie wzglę­
dem innych gw iazd i ja k nasz księżyc, zataczają swe
drogi pomiędzy gw iazdam i stałemi. Są to planety,
które k rą ż ą naokoło słońca ja k nasza ziemia po linjach owalnych, zw anych elipsami. W y d ają one blask
rozmaity, poczem też najłatwiej poznać je można. P la ­
n eta W enus świeci bardziej ja sk raw o niż inne planety,
również jasno świeci Jowisz; światło M arsa jest b arw y
czerwonej, a S a tu rn a blade. Takich większych planet
liczymy dziś osiem, a mniejszych, zw anych planetoidam i lub asteroidami — około 130-u, czyli razem 138.
Drogi ich dokładnie są obliczone, astronom owie wie­
dzą już z góry, o której minucie, a naw et sekundzie
u k azu ją się na niebie.
Boleś i Józia z najw iększą u w agą przysłuchiwali
się opow iadaniu ojca, byliby n aw et radzi dłużej go słu­
chać, ale czółno przybiło do brzegu. Dzieci z ojcem
wysiadły na ląd i długo jeszcze rozm yślały o tem, co
słyszały; pow racając do domu, serdecznie dziękowały
ojcu za udzielone wiadomości.
—
218
—
O bjaśnienia ję zy k o w e i rzeczowe. Gwiazda stała—taka
którą, widać zawsze w tem samem miejscu, obraca się tylko
około siebie; przeciwnie planety (tak jak ziemia) obracają się
około siebie i krążą, około słońca. Siłę przyciągającą i odpy­
chającą (dośrodkową i odśrodkową) nauczyciel wyjaśni zapomocą prostego doświadczenia: na sznurku zawieszamy jakiś
ciężarek i wprawiamy go w szybki ruch obrotowy: ciężarek
pozostaje zawsze w równej odległości od trzymającej go ręki,
co wynika z jednoczesnego działania dwóch sił; podobnież,
dzieje się z ziemią, przyciąganą przez słońce i pozostającą
zawsze w równej od niego odległości. Grupa—kilka przed­
miotów, ułożonych razem tak, że stanowią pewną całość,,
np. grupa na fotografji (pokazać dzieciom). Elipsa—nary­
sować odpowiednią figurę i wykazać jej różnicę z kołem.
Ćwiczenie ustne. Powtórzcie w krótkich słowach to, cze­
go dowiedzieliście się o gwiazdach — przypomnijcie sobie
jednocześnie co czytaliście dawniej, (patrz wyżej: Mikołaj
Kopernik str. 32, oraz Stopnie poznania wiersz Konopnickiej
str. 36).
72.
O dobrodziejstwach Boga.
Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?
Czego za dobrodziejstw a, którym nie masz miary?
Kościół Cię nie ogarnie, wszędzie pełno Ciebie,
I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, n a niebie.
Złota też, wiem, nie pragniesz, bo to wszystko Twoje.,
Cokolwiek n a tym świecie człowiek mieni swoje;
Wdzięcznem Cię tedy sercem, Panie, wyznawamy,
Bo dla Cię przystojniejszej ofiary nie mamy.
Tyś P a n wszystkiego świata, Tyś niebo zbudow ał
I złotemi gw iazdam i ślicznieś uhaftował;
Tyś fundam ent założył nieobeszłej ziemi
I p rzykryłeś jej nagość zioły rozlicznemu
—
219
—
Za Twojem rozkazaniem w brzegach morze stoi,
A zam ierzonych granic przekroczyć się boi;
Rzeki wód nieprzebrany ch wielką hojność mają,
Biały dzień a noc ciemna swoje czasy znają.
Tobie gwoli rozliczne kw iatki wiosna rodzi,
Tobie gwoli w kłosianym wieńcu lato chodzi,
Jesień wino i ja b łk a rozm aite daje,
Potem do gotowego g n u ś n a zima staje.
Z Twej łaski nocna rosa n a mdłe zioła spadnie,
A zagorzałe zboża deszcz ożywia snadnie;
Z Twoich to rą k zwierz wszelki p atrz y swej żywności,.
A Ty każdego żywisz w swej szczodrobliwości.
B ądź n a wieki pochwalon, nieśm iertelny Panie!
Tw oja łaska, Tw a do broć n ig d y nie ustanie.
Chowaj nas, póki raczysz, n a tej nizkiej ziemi,
Jedno: niech zawsze będziem p o d skrzyd ły Twojemi.
Jan Kochanowski.
O bjaśnienia ję zyk o w e. Kościół Cię nie ogarnie—zna­
czy, że Bóg jest nietylko w kościele, lecz na każdem miej­
scu. Przystojniejszej ofiary—lepszej, odpowiedniejszej; w da­
wnej polszczyźnie przystojny znaczyło tyle co właściwy, od­
powiedni. Niebo uhaftowane gwiazdami—łatwo zrozumiała
przenośnia, gwiazdy porównane są do haftu, który odbija od
błękitnego nieba. Tyś fundament założył nieobeszłej ziem i—
poeta ma tu na myśli oddzielenie lądu od wody. Tobie
gwoli—dla Ciebie z Twej woli. Lato w kłosianym wieńcu
chodzi— w lecie są kłosy, żniwa. Zagorzałe zboża — spalone
przez słońce.
TREŚĆ
CZĘŚCI
III.
Poezje oznaczone są gwiazdkami *
Str.
Przedmowa . ............................. ................................................................ 3
*1 Wiejski kowal, przez Adama A s n y k a ........................................... 5
2 Z dziejów Warszawy I. Podanie o założeniu Warszawy, według
Z Bukowieckiej...................................................................................... 7
II. Warszawa.—Stolicą Księstwa Mazowieckiego
. . . .
8
3 Szczególna maskarada, czyli typy warszawskie, przez A. S. .
.
11
4 Kolonje l e t n i e ...................................................................................... 17
*5 W piwnicznej izbie, przez Marję Konopnicką.................................... 19
6 Przygody Marcinowej, przez A. S..........................................
.2 0
7 Dzieje kawałka brukowca, według M. Brzezińskiego . . . . .......24
*8 W i s ł a .................................................................................................... 29
9 Woda i jej obieg............................. ' ......................................................29
10 Dwie krople deszczu............................................................................... 31
11 Ku czci wielkich ludzi: Mikołaj K o p e r n i k ....................................32
*12 Stopnie poznania, przez Marję Konopnicką.........................................36
13 Jan III S o b i e s k i ............................................................................... 38
*14 Kartka z raptularza, przez Marję K o n o p n ic k ą .............................40
15 Zenonek w zbroi, przez A. Świętochowskiego.................................... 43
16 Adam Mickiewicz, przez A. S................................................................46
*17 Powrót taty, przez A. M ick iew icza....................................
50
18 Ciche zasługi. Siostry miłosierdzia, według Zofji Bukowieckiej .
53
*19 Boże Ciało r. 1685, przez Or-Ota......................................................... 55
20 Kolej żelazna (List Władzia do S t a s i a ) ............................................59
21 Odwaga J a n k a ...................................................................................... 62
*22 Pieśń przy ćwiczeniach gimnastycznych, ze zbioru śpiewów
H. Niemczyka . . . .
....................................
65
23 Oryle i Flisacy na W iśle........................................................................67
*24 Podanie o Wiśle i Narwi, przez Sebastjana Klonowicza . . .
69
25 Wycieczka do Jeziorny. Jak się robi papier? wedł. Wł. Umińskiego
72
26 C zersk .................................... ................................................................ 76
27 Wrażenia Janka w Lublinie, z Z. Brzezińskiego.............................77
28 Wśród wody, przez A. Dygasińskiego..................................................82
"*29 Wstań o dziecię, przez M. K o n o p n ic k ą ........................................... 87
30 Czarnolesie, według W. Umińskiego...................................................88
*31 Urszulka, przez Jana K ochanow skiego........................................... 90
32 Podanie o założeniu W i l n a .................................................................91
*33 Litwa, przez Wincentego P o l a ..........................................................94
—
221
—
34 Ż u b r .......................................................................................................... 97
35 Węże i ż m i j e .......................................................................................98
36 Tatry i Dunajec........................................................................ *
101
*37 Pozdrowienie, przez K. T e tm a je r a .................................................. 102
38 Górale T a tr z a ń s c y ............................................................................... 1C2
39 Do Morskiego Oka, przez St. W itk ie w ic z a .................................... 104
*40 Święta Kinga, przez Józefa S z u j s k ie g o ........................................... 107
41 Kopalnie, według Konrada D r z e w ie c k ie g o .................................... 111
42 Przygoda w podróży, przez Henryka Sienkiewicza . .
.
.114
43 K r a k ó w ............................................................................................. 118*44 Marjacka wieża, przez Edmunda W asilew skiego.............................119
45 Święty Jan K a n t y .................................................................
120
*45 Racławice, przez T. L e n a r to w ic z a .................................................. 122
46 Wychowanie królewiczów, przez Klementynę Hofmanową.
.
. 126
47 Potęga m u z y k i...................................................................................... 131
48 Morze .
...................................................................................... 132
49 Na tonącym okręcie, przez E. A m i c is a ........................................... 135
*50 Legenda, przez Leonarda S ow iń sk ieg o ........................................... 14351 Król Bałtyku, przez Chrząszczewską i Warnkównę . . . .
144
52 Wytrwałość ............................................................................................ 150
52 Śledź i inne ryby m o r s k i e .................................................................152
53 Skąd się bierze kreda, według M. Brzezińskiego.............................154
*54 Podole, przez Wincentego P o l a ....................................
. 15&
55 Dzieciństwo Juljusza Słowackiego przez A. S.
. . .
158
56 W górach Szwajcarji, przez J. Słowackiego
.
. . .
170
*57 Nad jeziorem Zurichskiem, przez S. D u c h iń s k ą .............................174
*58 Na jeziorze Czterech Kantonów, przez Jana Kasprowicza .
.
.175
59 Wstążki, przez P. K................................................................................ 175
60 Zofja Germain, mała matematyczka, według Eug. Mullera. A. S. . 178
61 Wielbłąd i r e n ........................................................................
181
62 Przywiązanie Lapończyków do miejsca rodzinnego według J. Korzeńskiego.................................................. • ................................... 183
63 Sahara, według J. Korzeńskiego..........................................................185
*64 Z podróży do Egiptu, przez J. S ło w a c k ie g o .................................... 188
65 Napad szarańczy, przez A. D a u d eta .................................................. 191
66 Kawa i herbata...................................................................................... 199
67 Z pamiętnika małej jap on k i.................................................................202
68 Tabliczka szyfrowa i rysik, przez M. H e ilp e r n a .............................207
69 Czernica czyli sepja............................................................................... 21070 Zwierzęta i rośliny australijskie..........................................................211
71 Pogadanka o gwiazdach........................................................................214
72 O dobrodziejstwach Boga, przez J. Kochanowskiego. . . . .
218
Podział tpeśei według podzajów litepaekieh.
I.
1.
PROZA.
Powiastki i opowiadania treści obyczajowej.
Str.
Szczególna maskarada, czyli typy warszawskie, pizez A. S.
.
.
.1 1
Kolonje letnie, przez A. S............................................................................... 17
Przygody Marcinowęj.................................................................................
20
Dwie krople deszczu............................. .........................................................31
Zenonek w zbroi, przez A. Świętochowskiego............................................43
Ciche zasługi: Siostry miłosierdzia, według Zofji Bukowieckiej . . .
53
Kolej żelazna (List Władzia do Stasia)..........................................................59
Odwaga J a n k a ..............................................................................................62
Przygoda w podróży. (Ustęp z pamiętnika malarza), przez Henryka
Sienkiewicza...................................................................................... 114
Na tonącym okręcie, przez E. A m i c i s a .................................................. 135
Potęga m u z y k i........................................... , .............................................. 131
W ytrwałość.................................................................................................... 150
Przywiązanie Lapończyków, do miejsca rodzinnego, według J. Korzeńskiego: *Obce ludy—obce k r a j e * .................................................. 183
Z pamiętnika małej ja p o n k i.................................... ................................... 202
2.
Legendy, opowiadania historyczne i życiorysy.
Z dziejów Warszawy; I. Podanie o założeniu Warszawy, według
Z. B u kow ieck iej............................. ................................................. 7
II. Warszawa.—Stolica Księstwa Mazowieckiego . . . .
8
Ku czci wielkich ludzi: I. Mikołaj Kopernik........................................... 32
II. Jan III S o b ie s k i.........................................................................38
III. Adam Mickiewicz, przez A. S.................................................. 46
Podanie o założeniu W i l n a ........................................................................91
Święty Jan K a n t y ........................................................................
.
. 120
Wychowanie Królewiczów, przez KI. Hofmanową.................................... 126
Dzieciństwo Juljusza Słowackiego, przez A. S.......................................... 158
Zofja Germanin, mała matematyczka, z E. Miillera
.
.
178
r —
—
223
—
3. Opisy miejscowości.
Oryle i Flisacy na W iśle............................................................................... 67
•Czersk ............................................................................................................ 76
Wrażenia Janka w Lublinie, z M. B rzezińskiego....................................77
Wśród wody, przez A. D y g a s iń s k i e g o .................................................. 84
Czarnolesie, podług W. U m ińsk iego..........................................................82
Tatry i D unajec............................................................................................. 101
Górale tatrzańscy
.
..........................................................102
Do Morskiego Oka, przez S. W itkiewicza.................................................. 104
Kraków . .
: ...................................................................................... 118
Król Bałtyku, przez Chrząszczewską i W a r n k ó w n ę ............................._ 144
W górach Szwajcarji, przez J. S ło w a c k ie g o ...........................................170
• 'Sahara, według J. Korzeńskieg «Obce ludy—obce kraje» . . . .
185
4
Opisy i pogadanki przyrodnicze.
Dzieje kawałka brukowca, według M. B rzeziń sk iego............................. 24
Woda i jej obieg............................................................................................. 29
Wycieczka do Jeziorny. Jak się robi papier? według W. Umińskiego.
72
Żubr...................................................................................................................97
Węże i żmije.
..............................................................................................98
Kopalnie, według K. Drzewieckiego .
.
.................................... 111
M o r z e ............................................................................................................132
Śledź i inne morskie ryby, z M. Brzezińskiego......................................... 152
Skąd się bierze kreda? według M. Brzezińskiego.....................................154
Wstążki, przez Paulinę K rakow ow ą......................................................... 175
Wielbłąd i ren .
...................................................................................... 181
Napad szarańczy, przez A. D a u d e ta ......................................................... 191
Kawa i h e r b a ta ...........................................
.
. . . .
199
Tabliczka szyfrowa i rysik, przez M. Heilperna
.............................207
Czernica czyli sepja . . . . . .
.................................... 210
Zwierzęta i rośliny australijskie, według J. Korzeńskiego . .
.
. 211
Pogadanka o gw iazd ach ............................................................................... 214
II.
POEZJA.
1. Utwory liryczne i opisowe.
Wiejski kowal, przez Adama A snyka..........................................................5
”W piwnicznej izbie, przez Marję Konopnicką........................................... 19
W i s ł a ................................................................. ...........................................29
Stopnie poznania, przez Marję K o n o p n ic k ą ........................................... 36
Pieśń przy ćwiczeniach gimnastycznych, ze zbioru śpiewów H. Niem­
czyka ........................................................................
. . . .
65
Podanie o Wiśle i Narwi, przez Sebastjana Klonowicza . . . .
69
—
224
—
Wstań o dziecię, przez Marję Konopnicką
.
.
.............................87
Urszulka, (Jana Kochanowskiego. Tren X.)
.
.
■i
.
.
.
90
Litwa, przez Wincentego P o l a ................................................................ 94
Marjacka wieża, przez E. Wasilewskiego ...............................................
119
Racławice, przez T. Lenartowicza................................................................. 122
Podole, przez Wincentego Pola .................................................................156
Nad jeziorem Zurichskiem, przez Sewerynę Duchińską . . . .
174
Na jeziorze Czterech Kantonów, przez Jana Kasprowicza . . . .
175
O dobrodziejstwach Boga, przez Jana Kochanowskiego
. . . .
218
1.
Utwory epiczne.
Kartka z raptularza, przez Marję1Konopnicką
. . . . . .
40
Powrót taty, przez Adama Mickiewicza . ........................................... 50
Boże Ciało r. 1685, przez Or-Ota.................................................................55
Święta Kinga, przez Józefa Szujskiego......................................................... 107
Legenda, przez Leonarda S o w iń s k ie g o .................................................. 143
w.Kątek
Download

czytanki stopniowane