ISSN 2391-839X
War. War Never Changes.
But Warfare Does.
Wojna to stan, w którym na jaw wychodzą wszystkie ekstrema
kondycji człowieka jako gatunku. Dlatego stanowi bardzo wdzięczny
temat dla pisarzy. Nie na darmo pierwszym eposem w literaturze
europejskiej była właśnie historia o wojnie.
O ile jednak wiele ludzkość się o tym stanie napisała, o tyle
niewiele z tego pisania wyniosła nauki. My sami wojny przecież
nie znamy: toczy się daleko, tysiące kilometrów od nas, albo
– paradoksalnie – jeszcze dalej, bo tuż za granicą. Nigdy tam,
gdzie my. W PRLu trochę ta wojna gościła w życiu codziennym:
13 grudnia, rzucanie kamieniami w ZOMO i tak dalej. A ja i ludzie
w moim wieku? Nic. Tylko w telewizji oglądamy migawki z frontów
i przerzucamy kanał, bo nuda. Gadaj ślepemu o kolorach. Przez to
istnieją dzisiaj dwa podstawowe podejścia do wojny: paniczny strach
i tęsknota.
Nie wydaje mi się, żeby reprezentowanie któregokolwiek z tych
podejść miało wyjść komukolwiek związanemu z literaturą i sztuką
na dobre. Żyjemy w czasach po Sontag i postmodernizmie, w czasach
najwolniejszych z wolnych. Dlatego mamy bezcenny i kto wie,
czy nie wyjątkowy, przywilej postrzegania wojny w kategoriach
estetycznych. Bo wojna, wojsko, sprzęt wojskowy i wszystko,
co w ten czy inny sposób związane z militariami, może być faktem
estetycznym.
Idźcie Państwo kiedyś do jakiegoś muzeum wojskowości
i obejrzyjcie zgromadzony tam sprzęt. Choćby czołgi. Czy czołg
może być piękny? Czy upiorna, stalowa maszyna, stworzona tylko
po to, żeby niszczyć i zabijać, nie ma w sobie czegoś pociągającego?
A czemu nie? Nie bez powodu setki osób interesuje się militariami,
tysiące klei modele maszyn do zabijania, dając sobie jeszcze za to
medale. Nie bez powodu w końcu najpopularniejsza gra na świecie
polega na jeżdżeniu czołgiem. Wszędzie są czołgi.
Podkreślę raz jeszcze: takie postawienie sprawy jest dla nas
przywilejem. Broniewskiemu, Baczyńskiemu, Tołstojowi, Hessemu,
Homerowi wreszcie nie był on dany, wręcz przeciwnie. Bo kiedy
wojna hula wokół wesoło i zmiata z powierzchni ziemi domy, osoby
i gmachy użyteczności publicznej, trudno się zachwycać precyzją
wykonania okrętu podwodnego klasy Delta II, czyż nie?
Wykorzystajmy, proszę Państwa, ten przywilej i w tym
numerze pochylmy się nad wojną. W numerze – wysyp tekstów
publicystycznych. O wojnie sprawiedliwej – dosłownie – opowie nam
Radosław Edward. O historii prochu i kastetu – Marcin Dolecki
i Adam Przechrzta. O estetyzacji – Piotr Policht. Ale i dla fanów
beletrystyki nie brakuje atrakcji: prezentujemy opowiadanie Roberta
Jóźwiaka oraz fragmenty powieści: Krzysztofa Beśki i Rafała Sochy,
razem z wywiadami autorskimi. Miłej lektury!
Redaktor naczelny
M. Śfjontkofski
Spis treści
M. Śfjontkofski
War. War Never Changes.
But Warfare Does.
(Str. 2)
Robert R. Jóźwiak
Ogródek
(Str. 4)
Krzysztof Baranowski
Statystyka
(Str.11)
Bartłomiej Balcerzak
Sztuka wojny
(Str. 8)
Radosław Edward
O wojnie sprawiedliwiej
(Str. 9)
Adam Przechrzta
O tym, co można ukryć w garści,
czyli kastet i jego bracia
(Str. 12)
Bartłomiej Balcerzak
Wnętrze człowieka
(Str. 13)
Marcin Dolecki
Błyskotliwa i głośna kariera
prochu czarnego
(Str. 14)
Demonologia wojny
Rozmowa z Adamem Przechrztą
(Str. 20)
Piotr Policht
Śmierć pośród
amarantowych traw
(Str. 23)
Marcin Śfjontkofski
Na drugim planie
(Str. 27)
Krzysztof Beśka
Sny
(Str. 29)
Rozmowa w Orwellem w tle
O powieści Fabryka frajerów
– wywiad z autorem
(Str. 36)
Rafał Socha
Wieprz i Logiczny
(Str. 40)
Salwy
Parę słów o powieści Rafała Sochy
(Str. 48)
Paweł Podlipniak
E–120
(Str. 49)
Leszek Pipka
Recenzje w tużurku
(Str. 50)
Grzegorz Chudy, Lancers from 3rd Regiment
Ogródek
Robert R. Jóźwiak
Motocykl zatrzymałem jakoś gwałtownie i gniewnie. Instynktownie wyczułem, że znowu
tu byli.
Stara Zmorchowa siedziała jak zawsze na ławce przed rozlatującą się ze starości chałupą.
Ławeczka była krzywa, z dwóch pieńków i kilku zszarzałych desek, poznaczyły ją ślady licznych,
cierpliwych i nieudolnych napraw. Musiała liczyć nawet więcej lat niż gospodyni, ale stara, niczym
na tronie, zasiadała na niej prosto i dumnie. Patrzyła przez siebie i rytmicznie stukała laską o ubitą
ziemię.
Oparłem motocykl o wiekową studnię i westchnąłem.
− Pochwalony. Witajcie, Zmorchowa.
Podniosła głowę.
− Witaj, Jonaszku.
− Wzrok jeszcze macie dobry...
− E, tam. Motor po dźwięku poznałam.
− Znowu byli?
− Ano byli.
− Niemce?
− A co za różnica?
− Jaśkowi nic nie zrobili?
− Łaska Boża.
Kiwnąłem głową.
Zmorchowa mimo kolejnej wojny kochała Boga i świat. Na cały jej świat składał się Jasiek,
pokarany przez los na umyśle syn, i ukochany ogródek na tyłach chałupy. Jaśko fortunnie zawsze
wychodził obronną ręką ze spotkań z wojskiem. Ogródek miał mniej szczęścia. Zniszczono go już
trzykrotnie. Doszczętnie i całkowicie. Teraz byłby czwarty raz.
− Mogę zobaczyć? − zapytałem.
− Jeśli wola.
Wiedziałem, co ujrzę. Widziałem to już, ale mimo wszystko chciałem dzielić ich ból – jakbym
spojrzeniem mógł część przejąć na siebie, by oni cierpieli mniej. Za każdym razem myślałem też,
że może zrozumiem.
Nie zrozumiałem nigdy.
Zmorchowa była znajomą mojej zmarłej już matki. Zawsze pomagała ludziom, jeśli pukali
do drzwi w imię Boga. Gdy nastawała wojna – także żołnierzom, niezależnie od tego z jakiej byli
armii. Nie znała koloru mundurów. Więc karmiła
i opatrywała wszystkich. A żołnierze demolowali Robert R. Jóźwiak (1980)
ogródek Zmorchowej. Deptali drzewka kwiaty Zodiakalny i okazjonalnie życiowy Baran.
Okruchy wolnego czasu poświęca czytaniu,
i warzywa, potem wyrywali krzyż, stojący przed a pisze tylko wtedy kiedy pomysł boleśnie uciska
maleńką furtką. Rozrzucali zrobione z drewna przez i wyrywa się na wolność. Większość jakichkolwiek
Jaśka figury−świątki, ledwie ociosane, toporne kloce umiejętności związanych z pisaniem zawdzięcza
Weryfikatorium.
o z grubsza ludzkich kształtach.
Podniosłem rozrzucone fragmenty połamanego
krzyża, odłożyłem z szacunkiem pod pociętą bagnetami jabłoń. Ogródek wyglądał jeszcze gorzej
niż ostatnim razem. Może żołnierze byli pijani, może wściekli. A może po prostu tacy byli?
4
Niewielkie, skromne grządki, gdzie kwitły niedawno truskawki, stratowano buciorami. Młode
liście kapusty poszatkowano bagnetami. Wiosenne kwiaty, wyrwane razem z korzeniami, leżały
na stosie niby na mogilnym kopczyku, a strach na wróble klęczał pokracznie na połamanej nodze.
Rzeźby Jaśka roztrzaskano karabinowymi kulami, dwie lub trzy spłonęły i teraz zwęglone, jakby
nagie, nagle bardziej przypominały kształtem ludzi.
Wróciłem przed chałupę.
− Co teraz? − zapytałem staruszkę, chociaż dobrze wiedziałem, co odpowie.
− Zrobimy nowy.
Zawsze odpowiadała tak samo. Czasem miałem wrażenie, że dopóki Zmorchowa będzie
odnawiać swój zniszczony ogródek to znaczy, że jest jeszcze w nas jakaś wola walki. Że nie mogą
nas złamać. Bo my zawsze się podniesiemy. Była dla mnie stara Zmorchowa symbolem hartu
wobec cierpienia, jakie niosła wojna. Nie wojna – ludzie! Silny nurt wojennego obłędu porywał
ciało staruszki, ale Zmorchowa zbierała siły i płynęła pod prąd. Dlatego właśnie co dwa tygodnie
odwiedzałem ją, przywożąc wszystko, co tylko udało mi się dobyć do jedzenia. Żeby miała siły.
Otworzyły się drzwi chałupy i wyszedł Jaśko. Ogromny, prawie dwumetrowy chłop
o niedźwiedzich barach. Natura obdarzyła go wielką siłą, ale zabrała dorosły umysł. Jaśko był jak
malutkie dziecko, a miał ponad czterdzieści lat.
− Witaj Jaśko.
Jak zawsze patrzył z fascynacją na motocykl.
− Jonasz, dasz pojechać?
Zmorchowa twierdziła, że poradziłby sobie jakoś, ale nie mogłem ryzykować, motocykl był
wszystkim, co miałem. Więc rytuał się powtarzał, Jaśko zawsze pytał o to samo, a ja ciągle miałem
dla niego tę samą odpowiedź.
− Nie mogę dziś, Jaśko. − Spuścił głowę ze smutkiem. − Ale następnym razem.
W jego oczach błysnęło słonecznie, na twarz promienny powrócił uśmiech. Bolało mnie
to kłamstwo i odjeżdżałem z poczuciem winy, żegnając oboje dłonią.
Tak było i tym razem.
* ***
Zachorowałem.
Zmorchową odwiedziłem dopiero cztery tygodnie później.
Siedziała przed domem na ławce, pochylona jakoś dziwnie ku koślawym stopom i wygrzewała
kark w słońcu. Uśmiechała się.
− Witajcie, Zmorchowa.
− Witaj.
Dopiero teraz dostrzegłem, że staruszka trzyma w dłoniach srebrną piersiówkę.
− Wszystko dobrze?
− Ano dobrze. Ogródek gotowy.
− Już? − zdziwiłem się.
− Tak. Zobacz, jeśli wola.
Coś dziwnego było w uśmiechu Zmorchowej i w brzmieniu jej głosu.
Poszedłem za chałupę i zamarłem. Przed furtką stał dziwny krzyż – bagnet wbity w ziemię
po sam jelec, utrzymywał karabin w pionie, a drugi – już bez bagnetu – przymocowano sznurem
w poprzek.
Uchyliłem furtkę i wszedłem do ogródka.
Zakręciło mi się w głowie, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadłem ciężko na ziemi. Płuca
z trudem łapały powietrze. Tam, gdzie kiedyś pyszniły się kapusty, w idealnie równych odstępach
leżały głowy niemieckich żołnierzy. Odcięte nierówno, zapewne piłą o dużych zębach. Upiorny
wyraz bólu zastygł na twarzach, zmieniając je w demoniczne maski.
5
Grzegorz Chudy, The Last Lancer
Na każdą z odciętych głów pieczołowicie nałożono stahlhelm, dokładnie zapięto paski
podbródkowe. Kątem oka dostrzegłem jeszcze grządki truskawek, które starannie usypano
ponownie. Z ciemną ziemią wyraźnie kontrastowały wysypane na grządkę odcięte palce...
Żołnierz, któremu przywiązano ramiona do poprzecznej tyczki był młody. W otwarte usta
i dziury po wyłupionych oczach napchano słomy, która zdążyła już nasiąknąć krwią. Na głowie
miał kapelusz o szerokim i oklapłym rondzie.
Znałem ten kapelusz, ale i bez niego wiedziałbym co mam przed sobą.
Strach na wróble. Strohmann.
I figury Jaśka...
Żołnierze nabici na pale głęboko wkopane w ziemię. Ciała zostały poddane obróbce niby kloce
drewna − ociosano je siekierą, nożem. Odsłonięte były mięśnie, kości, gdzieniegdzie strzępy skóry
upiornie zwisały, poruszane podmuchami. Powietrze przesycił zapach krwi, nawet wiatr nie był
w stanie go przegnać.
Potykając się, biegłem obiegłem chałupę. Byle spojrzeć w spokojne, błękitne oczy Zmorchowej,
byle to nigdy nie było prawdą. Obok ławki, na której siedziała Zmorchowa, upadłem na kolana
i zwymiotowałem. Jakby widziane okrucieństwo wlało się do wnętrza i moje ciało rozpaczliwie
próbowało się go pozbyć.
Torsje wstrząsały mną przez dłuższą chwilę. Zmorchowa uspokajająco położyła swoją dłoń
na mojej − kurczowo uczepionej wytartych desek − i milczała.
− Dlaczego? − wykrztusiłem w końcu, łapiąc oddech.
− Dostosowaliśmy się.
− Ale...
− Byli tu dwa dni temu. Dziewięciu żołnierzy i Hauptmann. Jeść zrobiłam.
− Nie baliście się, że znowu...?
Popatrzyła na mnie z naganą.
− Wiedziałam. Ale głodnym się nie odmawia − podniosła wzrok na niebo.
Opowiedziała, że gdy przyszli, Hauptmann tłumaczył:
− Jesteście kompletnie nieprzystosowani.
Był śniady, przystojny, bawił się srebrną piersiówką. Siedział na krześle, nogi w wysokich
oficerkach miał wyłożone na stół.
− Popatrz, kobieto − kontynuował Hauptmann − tu jest wojna. Tu się walczy. To czas silnych
ludzi, gotowych na wszystko. A wy? Stara kobieta i jej głupi syn. Takie jednostki na wojnie mogą
być jedynie ofiarami, nie ma dla was innej roli.
Skończył zdanie i zamyślił się.
− Przygotuj jedzenie − rozkazał i wyszedł.
Po jakimś czasie wrócił i oparł się o drzwi. Zmorchowa odwróciła głowę znad garnka
i zobaczyła jego pełny politowania uśmiech.
− Tak mówił „jesteście kompletnie nieprzystosowani”.
− I zrozumiałam. Już czas. Tojad. Kolację jedli. A to w ogródku? Jaśko pomógł.
− Zabiją was.
− Zabiją, to zabiją. Było trzeba. – Podniosła twarz do słońca.
Jaśko wyszedł z chałupy. Koszulę miał całą w brunatnych plamach. Krwi z twarzy także
zapomniał zmyć. Albo nie chciał. Uśmiechał się niewinnie. Usiadł na ławie obok matki i bez
słowa objął ją ogromnym ramieniem. Nie zapytał mnie o motocykl.
− Jaśko.
Popatrzył na mnie. Bardzo spokojnie.
− Możesz pojeździć.
7
Teraz, po latach, mówią mi, że pewnie nigdy nie zapomnę okropieństw wojny.
Może mają rację, może nie. Jest jednak obraz, który pozostanie mi w pamięci na zawsze.
Ogromny mężczyzna, o umyśle i duszy dziecka, jeżdżący wkoło zrujnowanej studni
na odrapanym motocyklu. Koszula naznaczona brunatnymi plamami, na twarzy skąpanej we krwi
uśmiech szczęśliwego dziecka.
Ułomny człowiek − pełnoprawny Bóg Zemsty.
Przystosowany.
Statystyka
Krzysztof “Baranek” Baranowski
Urodził się w sierpniu 1969 roku w Mrągowie. W tym
samym czasie, kiedy na scenie w dalekim Woodstock
występował Jimmy Hendrix. Nigdy się nie spotkali. Jimmy
nie żyje. Baranek ma się nieźle. Szczęśliwy mąż
Magdalenki, dumny tatuś Małgosi i Wojtusia. Jak zwykle
mawia: git jest.
Krzysztof Baranowski
Dzień miał się ku końcowi. Podobnie jak tocząca się na wielkiej równinie bitwa.
Szczęk oręża szczękał jakby coraz rzadziej i coraz ciszej. Jęki rannych milkły pod wpływem
skutecznych i ostatecznych działań korpusów medycznych obu królestw.
Zmierzchało.
W niewielkiej kępie drzew, jedynej w zasięgu wzroku, w niewielkim, ale bardzo eleganckim
namiocie, dowódcy ścierających się przez cały dzień armii podliczali ostatnie dostarczone
przez zziajanych gońców raporty.
– Z mojej strony siedemnaście tysięcy zabitych – stwierdził generał White sumując
ostatnie słupki.
– Z mojej strony to samo. Siedemnaście tysięcy. – Generał Black sprawiał wrażenie
zadowolonego.
– Zatem?
Popatrzyli wyczekująco.
Bartłomiej Balcerzak
– Remis! – zawołali zgodnie.
Rocznik 87. Z wykształcenia socjolog, z temperamentu
I z dumą uścisnęli sobie dłonie.
poeta gołych bab, z konieczności programista. Ojciec
Sztuka wojny
Bartłomiej Balcerzak
chrzestny DNN. Kiedy nie pisze drabbli, w ramach
doktoratu uczy roboty tworzyć poezję. Formę stusłówka
lubi za to, że równocześnie wymaga dyscypliny i wolności.
Jak sam twierdzi, pisanie drabbli, to jak bycie inuickim
myśliwym, który trwa w bezruchu nad przeręblem,
w oczekiwaniu na właściwą zdobycz.
Moja ojczyzna przyjęła cię, najeźdźco, i stoi przed tobą otworem! Tak jak drzwi, które przed
chwilą wyważyłeś solidnym kopniakiem.
W obrzydliwym uśmiechu obnażasz rząd przebarwionych zębów. Zbyt żółtych dla salonów
Europy, na stepy Azji za bardzo białych.
Nie znasz mojej mowy, chociaż myślisz, że jest inaczej. Wśród twoich krzyków tylko
przekrwione oczy skutecznie pełnią rolę tłumacza.
− Ta ojczyzna jest moja − zdajesz się mówić. Ona cię przyjmie, najeźdźco!
Ty i ja, braty dwa, stoimy naprzeciw siebie. Łączy nas jedynie most lufy.
− Strzelaj − rozkazuję wzrokiem. − Wszak wszyscy ludzie są braćmi. A między braćmi zgody
być nie może.
W tym jednym się zgadzamy.
8
Radosław Edward
O wojnie sprawiedliwej
I
W polskiej historii koncepcja wojny
sprawiedliwej miała swoje pięć minut podczas
zmagań z zakonem krzyżackim. Kapłan
i prawnik Paweł Włodkowic (1370–1436)
herbu Dołęga odegrał ważną rolę podczas
sporów króla Władysława Jagiełły z Zakonem
Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego
w Jerozolimie. Bronił prawa innowierców
do samostanowienia, ponadto, postulował,
by władza chrześcijańska kierowała się tolerancją
religijną, którą rozumiał jako przyzwolenie
na praktykowanie innowierstwa i stronienie
od jakiejkolwiek formy prześladowania
za wiarę. Uznawał wojenne działania
krzyżaków za absolutnie bezprawne. Jego
zdaniem opierały się one na założeniu,
iż można nawracać na prawdziwą wiarę,
czyniąc rzeczy bezwzględnie złe, takie
jak kradzież, gwałt i łamanie sumienia.
Ostatnia z wymienionych niegodziwości stawia
ofiarę przed tragiczną alternatywą albo
wiarołomstwo względem własnej tożsamości
i uznawanych świętości, albo hipokryzja
i bezbożność względem narzuconej religii.
Paweł Włodkowic Ideologię zakonu kojarzył
z potępionymi naukami odszczepieńca
Johna Wiclifa, wedle których legitymację
do rządzenia ma jedynie suweren w stanie
łaski. Stąd też mówił o herezji pruskiej, jako jej
znamiona wyróżniał lekceważenie prawa
i moralności oraz niepohamowany militaryzm.
Dla polskiego prawnika działania wojenne
były środkiem ostatecznym, dopuszczalnym
jedynie ze względu na obronę prawa,
człowieczeństwa i wolności. Przestrzegał przed
działaniem motywowanym rządzą mordu,
zemsty bądź grabieży. Duchownym przyznawał
prawo do dzierżenia miecza jedynie w sytuacji
nieuniknionej konieczności. Domagał się
również tego, by walkę podejmowano bądź
na polecenia Kościoła, bądź prawowitej
zwierzchności świeckiej. Stąd też, występując
na soborze w Konstancji (1414–1418), domagał
się przede wszystkim wszczęcia śledztwa
i bezstronnego osądzenia działań zakonników.
Nie próbował odpowiedzieć niemieckiemu
dominikaninowi Janowi Fankelbergowi, autorowi
pamfletu Accipe gladium. Germański oszczerca
oskarżał Polaków o idolatrię, bałwochwalstwo
i konszachty z zaprzysięgłymi wrogami
religii chrystusowej. Postulował, by wytępić
wszystkich wyznawców i poddanych „Jagheły”
lub przynajmniej sprowadzić ich do stanu
niewolniczego.
Jakkolwiek poglądy Pawła Włodkowica
powstały ze względu na określoną sytuację
polityczną i były zanurzone w określonym
kontekście kulturowym, to opierały
się na wiążących prawdach filozoficznych.
Średniowieczny prawnik zdobył uznanie
w oczach potomnych. Dziś, podobnie
jak Stanisława ze Skarbimierza, pierwszego
rektora odnowionego Uniwersytetu
Jagiellońskiego, uważa się za współtwórcę
czternastowiecznego humanizmu i krakowskiej
szkoły prawa narodów. Nie ma w tym
n i c d z i w n e g o , w i e l k i Po l a k c z e r p a ł
ze starożytnych i średniowiecznych tradycji
prawnych, a ponadto doświadczył lokalnej,
pokojowej koegzystencji ludzi różnych wiar
i przekonań.
Radosław Edward
Doktorant filozofii na Uniwersytecie Wrocławskim.
Publikował we Frondzie, Akancie i Qfancie. Aktualnie
pracuje nad pierwszą książką eseistyczno–naukową.
II
Różnica między wojną a pokojem
wpycha świadomość pisarza (rozprawiającego
o armiach, frontach i żołnierzach) oraz
jego czytelnika w koleiny takich, a nie
innych wartościowań moralnych. Obaj czują,
rozpoznają i oceniają świat przedstawiony przez
pryzmat rzeczywistości oswojonej i bezpiecznej.
Dzięki temu bestie wydobyte z człowieka,
wydają się nie tylko niebezpieczne, ale również
egzotyczne.
9
To znaczy warte oglądania niezależnie
od ich biograficznej przeszłości czy głębszych
przeżyć psychicznych. Szara normalność staje
się co najwyżej mgłą, środkiem podkreślającym
dramatyzm, eliksirem wywołującym poczucie
tragiczności. Wiele nie potrzeba, wystarczy
garść luźnych uwag o opuszczonej kobiecie,
matce lub narzeczonej.
Autor może oczywiście zrezygnować
z bezpośredniego oceniania postaci i czynów,
ba, może na każdym kroku serwować sceny
z zestresowanymi żołnierzami, uciekającymi
od moralizowania. Ale tym sposobem oddaje
pole różnicy estetyczno – etycznej. Mówiąc
inaczej, wytłumaczenie działania niegodziwego,
samousprawiedliwienie bezustannie odwołujące
się do okoliczności – zgodnie z werdyktem
świata pokoju – dodatkowo obciąża sprawcę,
bo wskazuje na syndrom wypierania winy. Niemniej,
zdarza się, że ludzie żyjący w spokojnych
czasach łaskawszym okiem patrzą na bitewne
zmagania i mówią o „wojnie sprawiedliwej”.
Aby zrozumieć ten fenomen, trzeba się
cofnąć aż do fundamentu kultury antycznej,
aż do Homera, piewcy archaicznej Grecji,
twórcy Iliady i Odysei.
W świecie bohaterów starożytnego poety
szczególnie ceniono namiętność serca.
Ambicja skłaniała herosów do tego, by rzucili
wyzwanie fatum i próbowali dorównać
nieśmiertelnym bogom. Stąd też Achilles
przedłożył krótkie, awanturnicze życie pod
murami Troi nad długie i spokojne trwanie
w domowych pieleszach. Będąc synem boginki,
nie chciał szczęścia dostępnego zwykłemu
człowiekowi, pragnął wykazać się w gromieniu
przeciwników i, jak poświadcza epopeja, dopiął
swego… Historia ta zapewne nie miałaby
aż tak wielkiego znaczenia, gdyby Iliada nie
stała się źródłem wychowawczych wzorów,
podstawą edukacji kolejnych pokoleń starożytnych
Greków. Jakkolwiek dość wcześnie dostrzeżono
immoralizm olimpijskich bóstw i poetyckich
bohaterów, nie porzucono mitologicznych
wyobrażeń. Nie stworzono nowego kanonu lektur,
poprzestano na filozoficznej reinterpretację
ideałów. Uznano istnienie cnoty męstwa
polegającej na harcie ducha, cierpliwym
znoszeniu przeciwności losu, dzielności w walce.
W konsekwencji: po pierwsze – odrzucono
proste utożsamienie zła z cierpieniem, a tym
bardziej zwierzęcy imperatyw unikania bólu
czy przykrości; po drugie – zaakceptowano
istnienie takich zasług moralnych, co do
których z zasady więcej ma do powiedzenia
los niż ludzka inicjatywa. Dlatego późniejsza
teologia chrześcijańska odrzuciła możliwość
zostania świętym męczennikiem poprzez
planowanie męczeństwa.
Opisywane wydarzenie intelektualne nastąpiło
dzięki istnieniu obywatelskich wspólnot miast
–państw, społeczności rywalizujących ze sobą
również za pomocą armii. Dlatego, jakkolwiek
Platon i Arystoteles działali już w czasach
upadku demokratycznej samorządności
Greków, rosnącej dominacji imperialnego,
macedońskiego jedynowładztwa, mogli żywić
przekonania bardzo istotne dla sformułowania
koncepcji wojny sprawiedliwej. Otóż, uważali,
iż ludzie mogą w pełni uczestniczyć w życiu
politycznym, kontrolować system władzy,
a co za tym idzie wiązali dysponowanie cnotą
męstwa z posiadaniem cnót sprawiedliwości
i mądrości. Człowiek wielkoduszny (to pojęcie
arystotelesowskie – “człowiek wielkoduszny
dysponuje wszystkimi cnotami i jest tego
świadom”), wybierając stronę konfliktu, musi
więc umiejętnie rozeznać sytuację polityczną
i kierować się celnym sądem o moralnych
racjach zwaśnionych stron. Jeśli uzna, że obie
zasługują na bezwzględne potępienie, nie
wstąpi do wojska. Niemniej, racja nie musi
leżeć po środku. Strony konfliktu mogą
w różnym stopniu kontrolować samowolkę
żołnierzy, lepiej lub gorzej traktować cywilów,
stosować mniej lub bardziej godziwe metody
walki, dręczyć jeńców lub o nich dbać.
Trudno z góry wykluczyć sytuację moralnie
zasadnego opowiedzenia się po jednej ze stron
konfliktu, zwłaszcza jeśli zwycięstwo jednych
nad drugimi oznacza poddaństwo i deprawację
więzi społecznych.
Zatem, koncepcja wojny sprawiedliwej
nie ma nic wspólnego ze zdawaniem
s i ę n a p r o p a g a n d ę c z y w o l ę w o d z a ,
czy wyborem między dwoma ustrojami
totalitarnymi .
10
Stoi za nią przede wszystkim przekonanie,
że praworządna społeczność państwowa
– gdy zachodzi taka konieczność – powinna
stawić czoła agresorowi, wystawiając armię.
Mam na myśli zarówno wojnę obronną,
jak i bardziej złożone przypadki. Zdarzają się
też takie sytuacje, gdy trzeba zapobiegliwie
wesprzeć zaprzyjaźnionych sąsiadów lub pomóc
obywatelom obcego państwa w zbrojnym
zniesieniu zdeprawowanej władzy.
Przyznaję, że: primo – najróżniejsze okoliczności
geopolityczne bywały cynicznie nadużywane;
secundo – decyzje rządzących nieraz opierały się
na błędnych przesłankach, tertio – deklarowane,
szczytne intencje nie pokrywały się z rzeczywistymi.
N i e m n i e j , t r w a n i e d o b r e g o p a ń s t w a
zależy również od ucywilizowania przestrzeni
geopolitycznej. Głód tyrani zawsze był
nienasycony, tylko okoliczności powstrzymują
okrutnych despotów przed bezustanną
ekspansją. Dlatego w dobie globalizacji
i bomby atomowej nawet mocarstwo nie może
sobie pozwolić na pacyfistyczny izolacjonizm.
A mądrzy obywatele powinni skupić
się na rozbudowie więzi społecznych,
międzynarodowych i kontroli działań władzy.
Bibliografia:
L. Chollet, Paweł Włodkowic – myśliciel współczesności.
[dostęp…]. http://www.academia.edu/1291770/Pawel_Wlodkowic_–_mysliciel_wspolczesnosci
G. Beyer, Drezno, 1945
11
Adam
Przechrzta
O tym, co można ukryć w garści, czyli kastet i jego bracia
Prawdopodobnie jednym z pierwszych, o ile
nie pierwszym, rodzajów kastetu był przyrząd
nazywany po łacinie caestus, rodzaj skórzanego
ochraniacza zakładanego na pięści, którego dla
wzmocnienia siły ciosu używali greccy bokserzy
i adepci pankrationu. Jeśli walka miała być
czymś więcej niż przyjacielskim pojedynkiem,
zamiast ochraniaczy ze skóry stosowano
odmianę wyposażoną w ostrza zwaną spherae.
Rzymianie błyskawicznie podchwycili
pomysł (jak i wiele innych greckich idei)
i wykorzystywali w czasie igrzysk, każąc
walczyć gladiatorom w cestusach, uzbrojonych
metalowymi płytkami lub kolcami. Nie trzeba
dodawać, że podobne starcia często kończyły się
śmiercią: cios wytrenowanej, wzmocnionej
żelazem lub brązem ręki, miał potworną siłę.
O popularności takiej formy walki świadczą
zachowane z czasów rzymskich zabytki,
choćby mozaika z Villelaure we Francji
(przedstawiająca scenę z Eneidy) czy rzeźba
boksera z Kwirynału.
Koniec imperium rzymskiego nie zakończył
kariery kastetu, choć wydaje się, że przyjął on
skromniejszą, a co za tym idzie łatwiejszą do
skrytego noszenia formę. Szczyt popularności
kastetów w Europie przypada na XIX wiek
i początek XX stulecia. Produkowano wówczas
kastety różnych kształtów i łączono je z nożami,
a nawet bronią palną. Istnieją wzmianki
potwierdzające użycie kastetów w okopach
I wojny światowej, z tego okresu pochodzą
także rozmaite wersje noża wojskowego
z charakterystyczną kastetową rękojeścią.
Innym terenen, na którym znano kastet
jako narzędzie walki, jest Daleki Wschód.
Na Okinawie nosił on nazwę tekko i do dzisiaj
wykorzystywany jest przez niektóre szkoły
karate i kobudo, choć pozostaje on wyraźnie
w cieniu tak znanych broni jak bo, nunchaku
czy sai. Niektórzy historycy sądzą, że ów
okinawański kastet pochodzi od końskiego
strzemienia (rzeczywiście starsze wersje
przypominają je kształtem), co nie byłoby
n i c z y m d z i w n y m z w a ż y w s z y, ż e d ł u g i
na około dwa metry kij bo wykorzystywany
był początkowo do noszenia wiader z wodą,
metalowy trójząb sai służył do sadzenia ryżu,
a nunchaku używano jako cepa...
Wydaje się, że podobnie jak i w Europie,
okinawański kastet nie był bronią, którą
można było pochwalić się w towarzystwie.
Dziś większość szkół koncentruje się na nauce
walki kijem, sierpem czy sai , pomijając
przeważnie tekko. Przypuszczenie, że była
to broń "niehonorowa" potwierdza niewielka
ilość układów formalnych zwanych kata ,
poświęconych kastetowi. Na przykład jedna
z najbardziej znanych organizacji zajmujących
się bronią kobudo – Ryukyu Kobudo – naucza
ponad dwudziestu kata z kijem, ale tylko
jednego z tekko ( Maezato no tekko) ...
Tekko stosowano nie tylko do wzmocnienia
ciosu (jak w Europie) ale i bloków, zaś władanie
kastetem nie różniło się znacząco od technik
"pustej dłoni".
Obecnie, choć od wynalezienia kastetu
upłynęły stulecia, nadal używa się go jako
broni. Bywa, że w dużo nowocześniejszej wersji
np. z tworzywa sztucznego, ze względu
na wykrywacze metalu.
Adam Przechrzta
Historyk, doktor nauk humanistycznych, pedagog, autor
artykułów na temat historii, walki nożem i okinawańskiego
karate. Interesuje się działaniami służb specjalnych.
Jako pisarz zadebiutował w 2006 roku, od tego czasu wydał
sześć powieści oraz tom opowiadań. We wrześniu tego
roku otrzymał Nagrodę Literacką im. Jerzego Żuławskiego
(Srebrne Wyróżnienie) za Gambit Wielopolskiego. Zwolennik
czytania przy jedzeniu. Czytuje wszystko, od podręczników
pszczelarstwa, poprzez literaturę głównonurtową i fantastyczną,
aż po romanse dla pań. Te ostatnie przeważnie w poczekalni
u dentysty. Marzy o świętym spokoju.
O ile w Europie starano się zwiększyć siłę
rażenia kastetu, łącząc go z bronią palną
czy nożem, o tyle ludzie Dalekiego Wschodu
preferowali skrytość.
12
Niewielkie rozmiary "kastetopodobnej" broni
pozwalały na niespodziewany atak mogący
w ułamku sekundy rozstrzygnąć losy walki.
W okresie Edo (1603 – 1868) przyrządy takie
nosiły nazwę: kakushibuki (ukryta broń)
lub hibuki (sekretna broń). Niektóre z nich,
takie jak wachlarz, trzymano na widoku (często
wzmacniając żelazem lub stalą), inne można
było nosić za pazuchą lub ukryć w dłoni (stąd
inna nazwa: shikomibuki "podstępna broń").
Typowym przykładem "podstępnej broni"
są kakute – pierścienie z kolcami. Kolce
(odwrotnie niż w wypadku europejskiego
kastetu) noszono do wnętrza dłoni i stosowano
dla wzmocnienia chwytu. Ekspert sztuk
walki potrafił za pomocą kakute sparaliżować
kończynę przeciwnika, wbijając kolce w okolicę,
gdzie przebiegały włókna nerwowe. Czasem
pierścieni używano do pozornie słabych
uderzeń otwartą dłonią, atakując witalne
punkty ciała lub blokując ciosy przeciwnika.
Innym przyrządem z tej grupy jest suntetsu
– niewielki kawałek metalu (czasem zakończony
ostrym końcem) z doczepionym pierścieniem
/kółkiem. Przeważnie pierścień zakładano
na środkowy palec, a metalowy pręt ukrywano
w pięści. Dzięki takiej właśnie konstrukcji
można było błyskawicznie obracać prętem
tak, aby węższy lub grubszy koniec suntetsu,
wystawał między palcami. Umożliwiało
to pokonanie nawet dużo silniejszego
przeciwnika, gdyż zblokowanie kilku uderzeń
czubkiem metalowego pręta wystarczało
przeważnie, aby zniechęcić do walki nawet
wyjątkowo agresywnego osobnika. Jeżeli
zaś posiadacz suntetsu był adeptem kyusho
– jutsu i znał rozmieszczenie witalnych
punktów ciała, zdrowie i życie napastnika było
– dosłownie – w jego rękach.
Z kolei tekken (jap. "żelazna pięść") to ogólna
nazwa broni z których część podobna jest
do okinawańskiego tekko, a część bardziej
przypomina europejskie kastety. Swoistym
wyjątkiem jest tu masywny tekken używany
przez szkołę Nagao–ryu, przypominający
sztabę metalu z otworem na dłoń. Jego
k s z t a ł t n i e d z i w i , j a ko ż e w s w o i m
czasie służył do kruszenia odpornych,
japońskich zbroi. Generalnie techniki tekken są
dużo bardziej ofensywne, niż w przypadku
europejskiego kastetu, służącego w zasadzie
jedynie do wzmocnienia bokserskich ciosów.
Pierwsza technika z użyciem tekken miała
unieszkodliwić napastnika (np. poprzez
sparaliżowanie silnym uderzeniem zaciśniętej
na rękojeści miecza dłoni), kolejne kierowano
w punkty witalne, aż do skutku...
To oczywiście tylko wyrywkowy i bardzo
dowolny przegląd "podstępnych broni",
jednak choć mało kto potrafiłby dziś posłużyć
się tekko czy suntetsu , zainteresowanie
podobnymi konstrukcjami (takimi jak choćby
yawara czy kubotan) świadczy, że natura
ludzka pozostaje odporna na działanie czasu
i mimo że żyjemy w dwudziestym pierwszym
wieku, niewiele różnimy się od naszych
przodków, którzy z upodobaniem oglądali
masakrujących się przy pomocy spherae
zawodników. Albo sami zakładali cestus...
Wnętrze człowieka
(Przysłówka Stusłówka)
Bartłomiej Balcerzak
Czasami szkoda, że stron w książkach nie trzeba już rozcinać. Ta metoda
czyniła je ludzkimi, bo przecież potrzeba noża, by naprawdę poznać wnętrze
człowieka.
13
Marcin Dolecki
Błyskotliwa i głośna kariera prochu czarnego
Proch czarny otrzymano pierwszy raz
w Chinach w połowie IX w., prawdopodobnie
jako uboczny produkt procesów alchemicznych
które pozwolą uzyskać eliksirr nieśmiertelności.
Jest on najstarszym znanym materiałem
wybuchowym i do drugiej połowy XIX w. był
jedynym prochem strzelniczym. Początkowo
Chińczycy używali go głównie do wytwarzania
ogni sztucznych i fajerwerków, później również
na polu walki, m.in. z Mongołami. Informacje
o prochu dotarły do Europy w XIII w.
prawdopodobnie za pośrednictwem Arabów.
Do połowy XX w. przypisywano poznanie
składu tej substancji franciszkaninowi
Bertholdowi Schwarzowi (alias Konstantinowi
Anklitzen), rzekomo straconemu w Pradze
w 1389 r. W połowie XIX w. we Freiburgu
wzniesiono mu nawet pomnik. Nowsze
badania wykazały jednak, że postać tego
alchemika była raczej wytworem legend.
Jedne z najwcześniejszych europejskich
wzmianek o materiale wybuchowym znajdują
się w dziełach franciszkańskiego uczonego
Rogera Bacona (ok. 1212–1292), nazywanego
doctor mirabilis. W Opus Maius wspominał
on substancję, która po silnym uderzeniu
wytwarza ogromny huk i blask. O podobnym
efekcie napisał także w Opus Tertium. W pracy
przypisywanej Baconowi, Epistola de secretis
operibus artis et naturae et de nullitate magiae
(List o tajemniczych dziełach sztuki i natury
i o nicości magii), podana została informacja
dotycząca proporcji składników prochu: „Sed
tamen salis petrae LURU VOPO VIR CAN
UTRIET sulphuris; et sic facies tonitruum
et coruscationem [...]” (Lecz saletry [zagadka]
siarki; i tak uczynisz grzmot i błysk). Ten
tajemniczy zapis, przez znaczną część uczonych
uznawany za późniejszą wstawkę do dzieła,
przez stulecia budził spore zainteresowanie
badaczy dziejów nauki i techniki. W 1904 r.
został odszyfrowany przez Henry`ego Hime`a,
brytyjskiego pułkownika artylerii. Po przestawieniu
liter Hime otrzymał następującą informację:
R VII PART V NOV CORUL V ET, czyli należy
wziąć siedem części wagowych saletry (potasowej,
a zatem KNO 3 ), pięć młodej leszczyny
(przetworzonej do postaci węgla drzewnego)
i pięć siarki. Skład prochu ulegał zmianom, ok.
1700 r. opracowano następującą formułę: 75%
saletry, 15% węgla drzewnego i 10% siarki.
Stosuje się ją również obecnie (ewentualnie
z modyfikacjami nie przekraczającymi 5%,
w zależności od przeznaczenia produktu).
Reakcję składników prochu inicjowano rozgrzanym
prętem, płonącym łuczywem lub iskrą. Proch
czarny może również ulec zapaleniu w wyniku
tarcia lub uderzenia, jest jednak – w porównaniu
np. z nitrogliceryną – materiałem stosunkowo
bezpiecznym w użyciu. Jego temperatura
zapłonu wynosi nieco ponad 300℃ (dokładna
wartość zależy od gatunku prochu). Pali się
intensywnie jasnym płomieniem, nie gaśnie
nawet po odcięciu dopływu powietrza. Wybuchnie
po podpaleniu w zamkniętym zbiorniku, gdyż
węgiel i siarka reagują z tlenem wydzielającym
się podczas rozkładu saletry. Siarka pełni
również funkcję spoiwa łączącego saletrę
z węglem. W wyniku przemiany powstaje
spora ilość białawego dymu. Stałe produkty
reakcji składają się głównie z mieszaniny soli:
K2CO3, i K2SO4, a ponadto K2S2O3. W wyniku
spalenia kilograma prochu w temperaturze
15℃ powstaje około 280 litrów gazów, przede
wszystkim CO 2 , N 2 , a także CO, SO 2
oraz nieznaczne ilości CH 4 , H 2 i H 2 S.
Skomplikowany przebieg procesów chemicznych
nie może być opisany jednym równaniem.
Marcin Dolecki (1977)
Filozof, chemik i historyk chemii.
O jakości prochu decyduje czystość użytych
składników oraz dokładność ich rozdrobnienia
i zmieszania. Zawartość wilgoci w prochu nie
powinna być większa niż 1%. Gdy przekracza
2%, jego zapłon jest utrudniony, a powyżej 15%
– niemożliwy. Dlatego ważne jest przechowywanie
prochu w suchym pomieszczeniu, zwłaszcza
że saletra (w umiarkowanym stopniu)
pochłania wilgoć z otoczenia.
14
Wszystkie składniki prochu znane były już
w starożytności. Nazwa saletra pochodzi
z łaciny (sal petrae) i oznacza sól skalną,
gdyż tym mianem określano nalot występujący
n i e k i e d y n a m u r a c h o r a z ka m i e n i a c h ,
którego jednym ze składników jest KNO3.
W średniowieczu alchemicy stosowali
saletrę między innymi do wytwarzania wody
królewskiej (aqua regia, czyli mieszaniny
stężonych kwasów: HCl i HNO33). Saletra była
w Europie towarem deficytowym do XIX w.
Wydobywano ją ze stosunkowo nielicznych
złóż, niektórych jaskiń, otrzymywano w wyniku
obróbki nawozu zawierającego azotany,
zdrapywano wykwity tzw. saletry ściennej
(głównie Ca(NO 3 ) 2 ) ze ścian budynków,
zwłaszcza piwnic, stajni i stodół i przetwarzano
w saletrę w reakcji z solami potasu zawartymi
w popiołach roślinnych; następnie wypłukiwano
pożądaną substancję i oczyszczano przez
krystalizację. Zapotrzebowanie na saletrę
do celów militarnych stawało się coraz większe
i było niekiedy przyczyną dosyć kuriozalnych
zarządzeń. Król Anglii Karol I (1625–1649)
w 1626 r. nakazał wszystkim swoim poddanym
zbieranie i przechowywanie przez cały
rok moczu ludzkiego oraz zwierzęcego do
dyspozycji wytwórców saletry.
Znaczne zasoby KNO3 występują w Indiach,
jednak dostęp do nich bywał utrudniony
ze względu na znaczną odległość i koszty.
Na początku XIX w. odkryto wielkie pokłady
saletry sodowej (NaNO3) w Chile. Saletra
sodowa jest zbliżona pod względem
właściwości chemicznych do potasowej,
ale nie może być bezpośrednio wykorzystana
do produkcji prochu ze względu na znaczną
higroskopijność. Można ją jednak przekształcić
w saletrę potasową w reakcji z solami potasu.
Ta metoda pozyskiwania głównego składnika
prochu stała się dominująca w XIX w.
Węgiel drzewny, niezbędny w metalurgii,
był otrzymywany już od starożytności metodą
powolnego wypalania drewna przy niewielkim
dostępie powietrza. Kłody układano w stosy
(z zachowaniem przewodu kominowego),
luki między nimi uszczelniano mniejszymi
kawałkami drzewa, a całą konstrukcję
przykrywano torfem albo pozostałościami
z obróbki drewna i podpalano. Ogień zaledwie
się tlił, dzięki czemu powstawał pożądany
produkt. W późnym średniowieczu drewno
coraz częściej było ogrzewane w żelaznych
pojemnikach, w których dosyć łatwo można było
regulować temperaturę. Do celów produkcji
prochu najkorzystniejszy był węgiel otrzymywany
m.in. z derenia (do broni ręcznej) oraz
z wikliny i olchy (do armat i w górnictwie).
Używano także topoli, drzewa cytrynowego,
oleandru, cisu, konopi i winorośli. Tańszy
proch wytwarzano z węgla pochodzącego
z buku lub brzozy.
Siarka występuje zarówno w związkach,
jak i w wolnej postaci (w podziemnych
złożach, okolicach wulkanów i źródeł). Ma
niską temperaturę topnienia, około 119℃.
Po d p a l o n a , p ł o n i e s ł a b y m , n i e b i e s k i m
płomieniem. Do końca XIX w. była wydobywana
przede wszystkim na Sycylii, metodą jej wytapiania
z pokruszonych i układanych warstwowo skał,
w których obficie występowała. W ten sposób
jednak prawie połowa siarki ulegała spaleniu.
Oczyszczana była przez sublimację. Dopiero
w 1894 r. Herman Frasch (1851–1914)
opracował tańszą i skuteczniejszą metodę
wydobywania siarki z podziemnych złóż,
polegającą na wtłaczaniu do otworu w ziemi
przegrzanej wody i wypompowywaniu stopionego
pierwiastka strumieniem sprężonego powietrza.
W wyniku dokładnego zmieszania składników
prochu powstawał tzw. serpentyn. Używanie
go do nabijania broni palnej wymagało sporo
doświadczenia, gdyż nieodpowiednia ilość
mogła skutkować zbyt słabym wystrzałem
lub rozerwaniem lufy.
Składniki prochu początkowo rozdrabniano
i mieszano ręcznie. Od połowy XV w.
wykorzystywano młyny stemplowe, gdzie
tłuczki w moździerzach były poruszane przez
wodę lub konie. Podczas produkcji prochu
często dochodziło do eksplozji w wyniku tarcia.
W XVI w. pojawiły się młyny walcowe,
w których zwilżane wodą składniki były
ucierane na tzw. ciasto prochowe pomiędzy
żeliwnymi, a później stalowymi walcami,
po czym produkt był suszony. Saletra, siarka
i węgiel były też ucierane w naczyniach
z kulami drewnianymi, brązowymi lub
ołowianymi (materiały te nie powodują
iskrzenia).
15
Na początku XVI w. zaczęto granulować
proch, dzięki czemu szybciej się palił, miał
większą siłę wybuchu i był znacznie mniej
podatny na zawilgocenie oraz rozdzielanie
składników podczas transportu (co zdarzało
się zwłaszcza wówczas, gdy zawierał niedostateczną
ilość saletry). Ziarna łatwiej było wsypać do lufy
niż ładować ją mączką prochową. Półtora
kilograma serpentynu odpowiadało pod względem
mocy wybuchu mniej więcej kilogramowi
prochu granulowanego. Proch granulowany
najpierw znalazł zastosowanie w ręcznej broni
palnej, w armatach zaś ok. 50 lat później.
Produkowano ziarna o rozmiarach od łebka
szpilki do mniej więcej piłek tenisowych
– w zależności do przeznaczenia prochu;
drobnoziarnisty był stosowany w ręcznej broni
palnej, gruboziarnisty – w artylerii. Drobne
ziarna spalają się szybciej (ze względu na
większą powierzchnię całkowitą i szybsze
przenoszenie ognia z jednego na drugie),
powodując gwałtowny wzrost ciśnienia
w krótkiej lufie np. pistoletu. W przypadku
użycia większych ziaren ciśnienie gazów
wzrasta stopniowo i działa dłużej na pocisk
przemieszczający się ku wylotowi armaty.
Z mieszaniny prochowej formowano nie tylko
kulki, ale też walce oraz ziarna o przekroju
trójkątnym, często z nawierconymi otworami,
służącymi do modyfikacji szybkości spalania
po zapłonie. W XIX w. podczas produkcji
prochu zaczęto dodawać do mieszaniny
prochowej pył grafitowy, który pokrywał
powierzchnię ziaren, dodatkowo chroniąc
je przed wilgocią.
Konstruowanie broni palnej stanowiło
impuls do rozwoju nauki i techniki. Z jednej
strony miały mieć jak największą siłę rażenia,
z drugiej zaś – broń powinna być możliwie
lekka, łatwa w transporcie, prosta w obsłudze
i niezawodna.
Działa zaczęły być używane w zachodniej
Europie od I połowy XIV w. Ich wczesne
wersje nazywano bombardami. Lufy najpierw
w y ko n y w a n o n a p o d o b i e ń s t w o b e c z e k
– z żelaznych sztabek wzmocnionych obręczami.
Urządzenia te miotały kamienne, a później
także ołowiane i żelazne kule. Początkowo ich
wartość bojowa polegała przede wszystkim
na wzbudzaniu popłochu na polu walki.
Problemem była natomiast spora ilość
gryzącego dymu, który utrudniał widoczność,
a także szybkie zanieczyszczanie luf stałymi
produktami spalania prochu. Działa odlewano
głównie z brązu, spiżu lub z żeliwa, natomiast
od połowy XIX w. – coraz częściej ze stali.
W XVI w. opracowano metodę strzelania
pociskami zapalającymi (m.in. takich użyła
polska artyleria podczas oblężenia twierdzy
Wielkie Łuki). Z czasem wyróżniono następujące
typy dział: armaty, z których pociski były
wystrzeliwane po torze zbliżonym do płaskiego,
moździerze – gdy tor był stromy i haubice,
czyli typ pośredni.
Niektóre działa odpalane prochem czarnym
miały imponujące parametry. W latach 60. XV w.
Turcy umieścili ok. 17–tonową armatę z brązu
przy Dardanelach, gdzie pozostawała w gotowości
bojowej do 1860 r. Jej długość wynosiła
5,2 metry, kamienne kule kalibru ok. 600 mm
ważyły mniej więcej 300 kg, odłamki
rozpadających się podczas lotu pocisków miały
zasięg ponad 1,5 km. Obecnie znajduje się ona
w muzeum w Forcie Nelson (Hampshire).
Innym przykładem potężnego działa był
moździerz „Sebastopol” – o masie prawie 7 ton
i wyglądzie odwróconego dzwonu kościelnego.
Został wykonany dla cesarza Etiopii Teodora II
(1855–1868) przez niemieckich rzemieślników.
Miał on być wykorzystany przeciwko brytyjskiemu
korpusowi ekspedycyjnemu. W tym celu kilkuset
ludzi ciągnęło go na linach do górskiej twierdzy
władcy w Mekdeli. Owa „Wunderwaffe” została
jednak wadliwie skonstruowana i rozerwana
przy pierwszej próbie wystrzału.
Ręczna broń palna długa, stosowana
od XIV w., najpierw przypominała miniaturową
artylerię i była odpalana za pomocą rozgrzanego
pręta, a później lontu. Miała zasięg zaledwie
około 50 m, jej ładowanie było żmudne,
celność niewielka, a lufy zapychały się już
po kilku strzałach, dlatego początkowo
nie wytrzymywała konkurencji z łukami. Była
jednak stale ulepszana. W XVI w. wynaleziony
został zamek kołowy, w którym karbowane,
metalowe kółko, naciągane za pomocą sprężyny
p o ł ą c z o n e j z e s p u s t e m , t a r ł o o p i r y t
i powodowało iskrzenie inicjujące zapłon
prochu.
16
W XVII w. zaczęto powszechnie wykorzystywać
zamek skałkowy, w którym iskra powstawała
po uderzeniu zamocowanego w kurku
krzemienia o krzesiwo. Na początku XIX w.
skonstruowany został zamek kapiszonowy,
w którym odpalanie prochu było skutkiem
uderzenia kurka w miedziany kapiszon
zawierający tzw. rtęć piorunującą ((Hg(CNO)2).
W XVIII w. wynaleziono broń ładowaną
od tyłu, która do połowy XIX w. praktycznie
całkowicie zastąpiła broń ładowaną przez
lufę. Prekursorem karabinu maszynowego
była tzw. kartaczownica, czyli wielolufowe
i napędzane korbą urządzenie, skonstruowane
w 1862 r. przez Richarda Gatlinga i używane
m.in. podczas wojny secesyjnej. Pierwszy
ka r a b i n m a s z y n o w y z o s t a ł z b u d o w a n y
w 1883 r. w Wielkiej Brytanii przez Hirama
Maxima.
Początki ręcznej broni palnej krótkiej
są datowane na ok. 1530 r. Wówczas na
ziemiach niemieckich i włoskich pojawiły
się pierwsze pistolety – o gładkich lufach
i wyposażone w zamek kołowy. W drugiej
połowie XVIII w. zaczęto wytwarzać pierwsze
pistolety z gwintowanymi lufami. W 1835 r.
Samuel Colt opatentował rewolwer, czyli
wielostrzałowy pistolet z magazynkiem bębenkowym.
Pojawienie się broni palnej stało się istotnym
czynnikiem przemian społecznych: przyczyniło
się m.in. do upadku wielu imperiów i zmian
ustrojów politycznych. Zastosowanie artylerii
przez Turków podczas oblężenia Konstantynopola
doprowadziło do ostatecznego upadku cesarstwa
wschodniorzymskiego. Najgroźniejszą bronią
bizantyjską, używaną od końca VII w. głównie
na okrętach wojennych, był tzw. ogień grecki,
czyli płynna mieszanina zapalająca pompowana
przez metalowe rury. Jednak okazał się on
niewystarczająco skuteczny w konfrontacji
z działami agresorów, dzięki którym zniszczone
zostały mury Konstantynopola. Dokładny skład
tej mieszaniny pozostaje tajemnicą, jednak
prawdopodobnie zawierała ona ropę naftową
(lub jej lżejsze destylaty), w której rozpuszczano
wapno palone (CaO), rozmaite odmiany żywic
oraz siarkę.
Broń palna odegrała wielką rolę przy
podboju imperiów Azteków, a także Inków
przez hiszpańskich konkwistadorów. Indianie
nie znali prochu ani koni, dlatego widok
europejskich żołnierzy ruszających do boju
na „potworach” i miotających „ogień z kijów”,
budził wśród mieszkańców Nowego Świata
ogromny popłoch, dezorganizując działania
nawet wielotysięcznych armii.
Stopniowe upowszechnianie ręcznej broni
palnej od schyłku średniowiecza sprawiło,
że tradycyjne żmudne szkolenie rycerzy
np. w sztuce walki mieczem okazywało
się coraz mniej przydatne, gdyż nawet
niedoświadczony żołnierz stanowił dla
nich śmiertelne zagrożenie na polu walki.
Wyposażenie wojsk w artylerię było jedną
z g ł ó w n y c h p r z y c z y n u p a d ku u s t r o j u
feudalnego w Europie i stopniowo utorowało
drogę nowemu ustrojowi: absolutyzmowi,
mniej lub bardziej oświeconemu. Za pomocą
dział bowiem możliwe stało się kruszenie
murów twierdz lokalnych możnowładców
w ciągu tygodni, a nawet dni. Wcześniej wiele
z tych fortec można było próbować zdobyć
wyłącznie po długotrwałym oblężeniu, gdy
obrońcom skończyła się żywność lub przy
wykorzystaniu stosunkowo mało efektywnych
machin mechanicznych.
W 1605 r. przygotowano zamach na
angielskiego króla Jakuba I (1603–1625) oraz
na wysokich dostojników państwowych. Miało
do niego dojść podczas uroczystości otwarcia
parlamentu (5 listopada). Celem spisku
była próba zmiany polityki państwa w kierunku
większej tolerancji religijnej. O jego organizację
oskarżono grupę katolików. Według ówczesnych
raportów rządowych, spiskowcy wykopali
podkop do piwnicy gmachu Izby Lordów
i umieścili w niej ponad 1600 kg prochu.
Ich plany zostały jednak odkryte. Guya
Fawkesa – jednego z głównych realizatorów
– przyłapano podobno już z płonącym lontem.
Stracono go w pokazowej egzekucji wraz
z kilkoma innymi oskarżonymi. W konsekwencji
najbardziej poszkodowaną grupą stali się
katolicy, ponieważ ich prawa zostały jeszcze
bardziej ograniczone. Decyzją parlamentu,
5 listopada został ogłoszony Dniem Dziękczynienia,
a Fawkesa uznano z czasem za nieoficjalnego
patrona wytwórców fajerwerków.
17
Jedną z przyczyn sukcesów żołnierzy
amerykańskich w walkach z armią brytyjską było
użycie prochu sprowadzanego z Francji, dzięki
któremu ich broń miała większy
zasięg. Świetna jakość francuskiego produktu
była wynikiem starań Antoine`a Laurenta
de Lavoisiera (1743–1794), nazywanego ojcem
nowoczesnej chemii. Ten uczony był przed
rewolucją centralną postacią w Administracji
Prochów i Saletr (w latach 1775–1792).
Proch czarny był używany także w celach
pokojowych, między innymi do odłupywania
kawałków skał w kopalniach. Wcześniej w tym
celu stosowano znaną od starożytności
czasochłonną procedurę ogrzewania skały
(rozpalając pod nią ognisko), którą następnie
polewano zimną wodą lub octem. W konsekwencji
kopalnie bywały bardzo zadymione i nierzadko
dochodziło do pęknięć w innych miejscach złóż
niż oczekiwane. Podobnie żmudna metoda
polegała na kruszeniu skał przy użyciu klinów
wbijanych w otwory. Wykorzystywanie prochu
w kopalniach od XVI w. ogromnie ułatwiło pracę
górnikom. Był on umieszczany w wydrążonych
dziurach i odpalany. Zastosowanie nowej
technologii nierzadko jednak prowadziło do tragedii
spowodowanych przedwczesnym lub opóźnionym
wybuchem oraz nieoczekiwanymi skutkami
eksplozji (np. uwolnieniem metanu).
Proch był także powszechnie wykorzystywany
przy tworzeniu dróg, linii kolejowych oraz kanałów.
Po raz pierwszy zastosowano go przy pracach nad
wielkim przedsięwzięciem inżynieryjnym w XVII w.
– podczas budowy Kanału Langwedockiego
łączącego Morze Śródziemne z Zatoką
Biskajską. Był to jeden z najbardziej udanych
projektów Ludwika XIV (1643–1715).
Pod koniec XVIII w. wybitny chemik
francuski Claude Louis Berthollet (1748–1822)
próbował zastąpić saletrę potasową odkrytym
przez siebie chloranem potasu (KClO 3 ),
aby wytworzyć silniejszą mieszaninę eksplodującą.
Zarządzone przez niego eksperymenty, w których
uczestniczył także Lavoisier, zakończyły
się śmiercią dwóch osób i zostały zaniechane.
Jednak na skutek szybkiego rozwoju chemii,
mniej więcej od drugiej połowy XIX w.
otrzymano materiały wybuchowe znacznie
przewyższające proch czarny pod względem
energii eksplozji: m.in. bawełna strzelnicza
(nitroceluloza), nitrogliceryna (poprawna
nazwa: triazotan gliceryny) i dynamit, a także
trinitrotoluen (TNT). W 1884 r. Paul Vieille
(1854–1934) opracował metodę produkcji
prochu bezdymnego z nitrocelulozy. W XX w.
proch czarny stracił prawie całkowicie na znaczeniu.
Z odkryciem wybuchowych właściwości
nitrocelulozy związana jest anegdota. Christian
Schönbein (1799–1868) prowadził eksperymenty
chemiczne w kuchni. Pewnego razu podgrzewał
mieszaninę stężonych kwasów: siarkowego oraz
azotowego i rozbił kolbę. Ciecz, która znalazła
na podłodze, wytarł bawełnianym fartuchem
żony (która musiała być niezwykle wyrozumiałą
osobą), po czym pozostawił go nad kominkiem
do wyschnięcia, doprowadzając do eksplozji.
Obecnie proch czarny jest wytwarzany
w niewielkich ilościach i stosowany niekiedy
m.in. w lontach, urządzeniach sygnałowych,
zabytkowej broni, m.in. przy rekonstrukcjach
bitew. Zakłady w Mąkolnie (gmina Złoty Stok)
założone w 1692 r, należą do najstarszych
czynnych fabryk tego materiału w Europie.
Bibliografia:
Aqua dell` A., Praxis ręczna działa, z rękopisów do druku przygotował oraz wstępem i komentarzem opatrzył T. Nowak,
Ossolineum 1969.
Bacon R., Dzieło większe, tłum. T. Włodarczyk, Kęty 2006.
Brown G. I., Historia materiałów wybuchowych. Od czarnego prochu do bomby termojądrowej, tłum. R. Trębiński, Warszawa 2001.
Engels S., Stolz R. (red.), ABC Geschichte der Chemie, Leipzig 1989.
Nowak T., Polska technika wojenna XVI–XVIII w., Warszawa 1970.
Nowak T., Rozwój techniki rakietowej w świetle europejskich traktatów XIII–XVII wieku, Warszawa 1995.
Mierzecki R., Antoine Laurent de Lavoisier (1743–1794). Geniusz skojarzeń, Warszawa 2008.
Moorhead A., Nad Nilem Błękitnym i Białym, tłum. J. Schwachkopf, Warszawa 1985.
Orłowski B., Powszechna historia techniki, Warszawa 2010.
Orłowski B., Płochocki Z., Przyrowski Z. (red.), Encyklopedia odkryć i wynalazków, Warszawa 1979.
Partington J. R., A History of Greek Fire and Gunpowder, introduction: B.S. Hall, Baltimore 1999.
Schwedt G., Chemische Experimente in Schlössern, Klöstern und Museen. Aus Hexenküche und Zauberlabor, Weinheim 2002.
Siemienowicz K., Wielkiej sztuki artylerii część pierwsza, tłum. R. Niemiec, Warszawa 1963
Urbański J., Chemia i technologia materiałów wybuchowych, Radom 1992.
18
Demonologia wojny
z Adamem Przechrztą rozmawia Natasza Hebart
Natasza Hebart: Czytałeś Czołgista kontra Biały Tygrys Illji Bojaszowa? Ja nie znam powieści
– widziałam film, poczytałam o nim. Wiele Cię łączy z autorem literackiego pierwowzoru:
wykształcenie, zawód, literacka pasja... oraz wybór spojrzenia na wojnę i jej filozofię – ujęcie
w metaforze magicznego realizmu.
Adam Przechrzta: Nie czytałem książki, tak jak Ty oglądałem film.
Natasza Hebart: To zostańmy chwilę przy filmowej korespondencji:
w strukturach fabularnych powieści i narracji tego filmu wojennego. Oto toczą
się dwa odwieczne (archetypiczne?) porządki: zracjonalizowany i mitologiczny.
I „zdarzają się naprawdę”, uzyskują „substancję” współczesną. Ale w obrazie
filmowym kontekst jest swoiście nieporadny, uległ banalizacji unaoczniania
– czołg–bohater, ni diabeł, ni los, ni prawa historii. Pomalowany na biało.
Strywializowany.
To jest sposób na mówienie o wojnie? Mit–mistyfikacja?
Adam Przechrzta: Myślę, że z jednej strony masz rację: współczesna cywilizacja staje się
obszarem bardziej konkretów niż kontekstów, obrazów, a nie gry wyobraźni, a to wymaga
pewnych uproszczeń, bywa, że i trywializacji. Z drugiej strony na wojnie i los, i prawa historii
miały bardzo konkretne oblicze: dokonującego selekcji esesmana, łomoczącego w drzwi
gestapowca czy właśnie wrogiego czołgu. To był świat materii, a nie abstrakcji. Świat, w którym
zmiana (a może raczej ZMIANA) przychodziła wraz z chrzęstem gąsienic "tygrysa" czy "pantery",
wyciem sztukasów, smrodem palonych, ludzkich ciał, krzykami rannych…
Natasza Hebart: Oszukujesz teraz z wojennym patosem! Wojna z Niemcami w Twojej powieści
to daleki, nawet przypadkowy (?) plan. Pierwszy obraz: major wojennoj razwiedki Sasza
Razumowski zabija kobietę–matkę, dzieciobójczynię, ludojada. Ona rozerwała niemowlęciu gardło.
Oszalała. Bo jest tylko człowiek i… głód, zimno, okrucieństwo, rozpacz, śmierć. I heroizm
pogardy dla ludzkiego zezwierzęcenia. To Twoja wojna? Bez historycznych wrogów?
Adam Przechrzta: Oszukuję? Może troszeczkę.
Co do Niemców – jest to konsekwencja wykreowania takiego, a nie innego bohatera.
Razumowski to Rosjanin, a wojna w ZSRR była specyficzna, tam ludzie ginęli nie tylko z ręki
wroga, ale i od kul oddziałów zaporowych NKWD, w katowniach bezpieki, w łagrach. Chcąc
uczciwie przedstawić realia epoki, musiałem napisać i o tym. Przy tym ja staram się nie oceniać:
w scenie którą opisałaś, kierowca Razumowskiego wyraża pogardę dla wyrodnej matki, ale ten
każe mu milczeć. Bo nie ma ochoty na wykład z dziedziny moralności. Nie w tym momencie.
Zdarzyło mi się rozmawiać z osobami, które przeżyły wojnę, także takimi, które załamały się pod
naciskiem ówczesnej rzeczywistości i dokonywały czynów niemoralnych, przeżyły cudzym
kosztem. Słuchałem ich opowieści, zadawałem pytania, ale nie oceniałem. Uważałem, że nie mam
prawa. Bo nikt, kto tego nie doświadczył, nie może mieć pewności, jak by się zachował
w podobnej sytuacji. Starałem się – nie wychodząc poza przestrzeń beletrystyki (a przynajmniej
nie wychodząc za bardzo) – pokazać jednak coś więcej: ludzi in extremis.
19
Bez zbędnego patosu, w błocie, we krwi, ze wszystkimi ich zaletami, ale też słabościami
i specyficzną moralnością "czasu wojny", kiedy ludzkie życie było momentami tańsze niż naboje,
za pomocą których można je było odebrać…
Natasza Hebart: Razumowski rzadko zabija, naliczyłam może kilka ofiar. Za to wie o zabijaniu
prawie wszystko i uczy zabijać. Lubi się wtedy popisywać, prawda? Pamiętam wiele takich scen:
na przykład z Wierą – tych, w których Wiera, dziewczyna, „znaleziona” przez Saszę w oszalałym
z głodu Leningradzie, uczy się, jak zabijać i przetrwać. Sasza ją wyszkoli na wojownika, na swój
wzór i podobieństwo! Ile jest dla Razumowskiego warte życie małpki kucharza, panny Turkuł?
Adam Przechrzta: Razumowski stara się zachować ludzkie odruchy w nieludzkim świecie,
w świecie, w którym panna Turkuł może przeżyć tylko jako agent wojennoj razwiedki – stąd
szkolenie. Nie wiem, czy można mówić o popisywaniu się: dla Razumowskiego zabijanie jest
czynnością równie banalną, co dla nas codzienne mycie zębów, jednak aby wyjaśnić pewne kwestie
nowicjuszowi, musi być przekonujący. Starałem się stworzyć bohatera, który nie jest złym
człowiekiem, ale daleko mu do szlachetności. Razumowski, jak i wielu agentów GRU (a także
zwykłych Rosjan), nienawidzi NKWD i zrobi wiele, aby pomieszać szyki tej instytucji, ale nie
położy na szali własnego życia. Nie dla nieznajomej znajdy. I Wiera Turkuł zdaje sobie z tego
sprawę, a i sam Razumowski bynajmniej nie ukrywa swoich zamiarów. Daje pannie Turkuł szansę
przeżycia, nie mniej i nie więcej. I potrafi się tak ustawić, aby niezależnie od tego, na co zdecyduje
się Wiera, wyjść na swoje. Ile są warte takie ludzkie odruchy podszyte oportunizmem?
To już przyjdzie oceniać czytelnikom…
Natasza Hebart: Teraz demony. Jeszcze WOJNY, ale prywatne – Saszy Razumowskiego.
Znowu zacznę od wspomnienia sceny, która mnie poruszyła: w ramach szkolenia
psychologicznego Sasza leży zakopany w trumnie (!). Jest odcięty od wszelkich doznań
zmysłowych, to jedno, ale trumna to rodzaj psychologicznej tortury. Ma tylko powietrze i strach
śmierci. Gdzie są osobiste wspomnienia? Gdzie pamięć poniedziałków, lipców i roku 1936?
Dzieciństwa, matki, wścibskiej ciotki, klasowego niezdary lub drugiego miejsca w zawodach
lekkoatletycznych? Pierwszej miłości i pierwszego zastrzelonego człowieka? Pierwszego, którego
nienawidził?
Gdzie są d e m o n y Twojego Saszy?
Adam Przechrzta: Demony Leningradu to pierwszy tom cyklu, dlatego nie można od razu
odkrywać w nim całej przeszłości bohatera. To będzie działo się stopniowo (bardzo wyrywkowo
i powoli) w kolejnych tomach. Inną sprawą jest kwestia: kiedy Razumowski miałby wspominać
przeszłość? Moim zdaniem na pewno nie w trumnie: nie ten przypadek, nie ta sytuacja.
Razumowski nie jest typem sentymentalnego bohatera, potrafi – z racji profesji – kontrolować nie
tylko swoje działania, ale i emocje. Nie wyobrażam sobie, żeby leżąc w trumnie, zastanawiał się
nad przeszłością czy wspominał bliskich. W takiej sytuacji trzeba walczyć ze strachem w każdej
sekundzie, kontrolować każdy oddech, aby nie skończyć jak jeden z poprzedników: z odgryzionym
językiem, uduszony własną krwią... Mimo pozorów (nieruchoma pozycja, nic się nie dzieje)
to przecież nie odpoczynek, a walka w której stawką jest życie. Bo Razumowski wie, że są tylko
dwa warianty: opanować strach, pokonać klaustrofobię albo umrzeć. Bo wojennoj razwiedce
niepotrzebni są ludzie obciążeni dziecinnymi, niegodnymi żołnierza lękami…
Natasza Hebart: Ja nie myślałam, że to wspominanie życia ma mieć miejsce wtedy w trumnie
– tylko że w powieści tego nie ma. Ktoś "wyczyścił" go z życia osobistego i tożsamości, tworzącej
niepowtarzalne indywiduum – on jakby "nie istnieje" realnie (sic).
20
W konsekwencji w Demonach Razumowski jest "konstruktem myślowym", figurą
z dziwnego świata teoretycznych zdarzeń, nawet nazwisko ma "pożyczone" z przeszłości.
Jak postać w grze komputerowej, która toczy się na kanwie wydarzeń historycznych, ale nie jest
"prawdą", tylko elementem – wizualizacją zadań, stawianych uczestnikowi gry.
Adam Przechrzta: Zadanie stworzenia portretu psychologicznego Razumowskiego
przerzuciłem na czytelnika. W tym celu otrzymuje on (od czasu do czasu) nieco informacji.
Prawda, że są one skąpo wydzielane, ale taki był od początku mój zamysł. Czytelnik ma poznawać
Razumowskiego w akcji, domyślać się pewnych rzeczy, dywagować, a nie otrzymywać je na tacy.
W Demonach Leningradu można znaleźć np. króciutką wzmiankę na temat rodziców Aleksandra
i kilka innych – równie lakonicznych, dotyczących jego przeszłości. To części układanki, którą
czytelnik będzie musiał złożyć sam. W kolejnych tomach otrzyma parę innych klocków.
Razumowski jest też bohaterem (drugoplanowym) innego mojego cyklu, gdzie przedstawione
są (bardzo ogólnie) dalsze losy Razumowskiego i paru jego znajomych.
Nie wiem, czy porównanie z grą komputerową jest adekwatne: tam wiele postaci ma bardzo
rozbudowane biografie. Nb. takie, a nie inne przedstawienie Razumowskiego, związane jest z jego
rolą w powieści: przecież to agent tajnej służby, a tacy nie chwalą się swoim życiorysem, tworzą
fałszywe biografie, mylne tropy, wykorzystują cudze dane osobowe. To kwestia pewnego klimatu:
Razumowski ma być enigmą. Nie w sensie absolutnym, bo pewne rzeczy można jednak
wywnioskować (przy uważnej lekturze), ale tak czy owak jest człowiekiem–cieniem. Nie wiem,
czy zwróciłaś kiedyś uwagę na życiorysy realnie istniejących szpiegów? Philby, Maclean, Burgess
– wszyscy oni posiadają biografie, w których roi się od określeń w rodzaju: "być może",
"prawdopodobnie", "przypuszcza się".
Natasza Hebart: Miałam rację z Białym Tygrysem i porządkiem mitycznym, choć uciekasz
teraz, jak ci tam w filmie, w dosłowność malowania czołgu. Kim (czym) są więc leningradzkie
demony? Jaki jest ich wymiar symboliczny? Sasza z nimi przegrywa czy wygrywa? Czym jest
ten rytuał przeistoczenia? Zanim odpowiesz, dodam, że to mistrzowski motyw, który mnie
„zamilknął” na długo (a to niełatwe) i poskarżę się na Ciebie Marii Janion, a ona o wampirach
w literaturze wie prawie wszystko.
Adam Przechrzta: Odpowiedź "tak" lub "nie" byłaby trywializacją. Czasami książka jest jak
klucz: pasuje tylko do określonego zamka. Wówczas krąg odbiorców jest ściśle określony.
Ja staram się pisać książki–wytrychy i nie tylko dlatego, aby dotrzeć do większej grupy
czytelników. Uważam, że pewne kwestie trzeba pozostawić niedopowiedziane, a przynajmniej
niedopowiedziane do końca. Bo mniej ważne jest tu, co sądzi autor - ważniejsze, jak odbierają
to czytelnicy. Chcę dać im szansę, żeby sami wyciągnęli wnioski, po przefiltrowaniu tekstu przez
swoje osobiste doświadczenia, marzenia, lęki.
Natasza Hebart: Ale mi nie chodzi o „co autor miał na myśli”! Mówisz „sami”, jakby autor
miał być niby czarodziej, co rzuca widzom kapelusz i każe, by sami znaleźli tam królika.
On, niestety, tam najpierw musi być – ten królik. Nie chcę wyjawiać sztuczki, tylko sens
„przedstawiania” – kim wojna czyni Saszę? Ile w niego wpełzło, wsączyło się wraz z tą rytualną,
żołnierską komunią?
Adam Przechrzta: Autor nie może narzucać czytelnikowi interpretacji, ani też zapewniać,
że w kapeluszu jest królik, a co najwyżej zasugerować, że – być może – jest. Bo dobry literacki
królik, to królik Schrödingera. Inaczej na motyw krwawej komunii zareaguje człowiek, który czytał
powiedzmy Eliadego, inaczej ktoś, kto potraktuje to jedynie jako kolejny, niechby i niebanalny
wątek fabularny. Ty zwróciłaś na to uwagę, więc – jako autor – jestem zadowolony.
21
Natasza Hebart: Chcę teraz o demonach tych odwiecznych – wszystkich takich Aleksandrów
Razumowskich, tych na wszystkich wojnach. I dlaczego wciąż wracają? Historia pokaże mnóstwo
racji politycznych i socjologicznych uzasadnienia wojen. Napisze rozumną prawdę, ale jakby boi
się prawdy o demonach. O tym, co je przywoła. Gdzie jest jądro ciemności w Twojej powieści?
Adam Przechrzta: Tu odpowiedź jest oczywista: demony są w każdym z nas. Drzemią uśpione,
czekają na odpowiedni moment. Historia zna wiele przykładów, kiedy porządny człowiek
(i nie mam tu na myśli jakiegoś zakamuflowanego psychopaty) wykazywał – w określonych
sytuacjach – niewyobrażalne okrucieństwo. I nie pod naciskiem okoliczności! Raczej w sytuacji,
kiedy dano mu taką szansę. Istnieje w literaturze motyw człowieka zlagrowanego, kogoś, czyja
psychika została skruszona i złożona na nowo, tak, żeby pasowała do obozowej rzeczywistości.
Jednak to nie ten przypadek! Nie chodzi o człowieka. który idzie na kompromisy, zapiera się
swojej wcześniejszej moralności, aby przeżyć. Oczywiście i na wojnie (a może szczególnie
na wojnie) istnieją pewne przymusy, ale nie o to tu chodzi. Bardziej o człowieka. przed którym
otwierają się nowe możliwości. On stoi w przedpokoju i widzi uchylone kusząco drzwi. A za nimi
ciemność... Nie tę straszną, a miękką, przytulną, obiecującś bezkarność i spełnienie wszystkich
marzeń. Na wojnie nawet zwykły żołnierz jest nie tylko mięsem armatnim, ale i bogiem
– niszczycielem, ostatnią instancją, alfą i omegą dla kogoś, kogo trzyma na muszce. Ma władzę.
Niewyobrażalną władzę. To upaja. Czy tylko niektórych z nas? Czy możemy być pewni, że nas
to nie dotyczy? Że gdybyśmy dostali taką szansę i stanęli w obliczu próby, wyszlibyśmy z niej
zwycięsko?
Dopiero teraz, siedząc w wygodnym aucie, może nie rozgrzany, ale z pewnością
wolny od ukąszeń lodowatego wiatru, zauważyłem leżące na ulicach, zamarznięte ciała
– przemierzając ulice pieszo, widziało się tylko to co pod nogami. Czasem majaczył gdzieś
z boku niewyraźny, przysypany śniegiem kształt, ale wyciskający łzy z oczu mróz nie zachęcał
do rozglądania się, ciekawość ginęła zabijana udręką ciała. Teraz, wieziony nie za szybko,
ale i niezbyt wolno do garnizonowego więzienia, miałem wrażenie, że jadę alejkami jakiejś
koszmarnej, rozciągającej się w nieskończoność kostnicy. Mijaliśmy zwłoki, setki zwłok.
Kierowca coś mówił – musiałem natrafić na towarzyskiego szofera – ale jego głos huczał mi w
uszach jak po ostrym strzelaniu, dźwięki dochodziły z opóźnieniem, jakby musiały się przedrzeć
przez gęstą, na wpół zastygłą masę. Milczałem. Gdy mijaliśmy Bulwar Smoleński usłyszałem
czyjś ryk, wozem zarzuciło kiedy kierowca wykonał mój rozkaz – dopiero teraz dotarło do mnie, że kazałem mu
stanąć. Na chodniku leżała kobieta, w objęciach trzymała kilkumiesięczne na oko, opatulone w stary płaszcz dziecko,
śnieg wokół barwił się na czerwono. Wypadłem z wozu, podbiegłem. Zrzuciła okrycie z głowy – obok leżał
postrzępiony, kraciasty koc i wyła ponuro ukazując światu pokrwawione usta, rozwarte szeroko, oszalałe oczy.
Trzymany przez wariatkę w ramionach tłumok, poruszał się jeszcze, ale widać było, że z każdą chwilą słabiej
i słabiej. Wyrwałem jej niemowlę, rozwinąłem tobół – dzieciak miał przegryzione gardło. Przystawiłem tokariewa
do ucha kobiety, nacisnąłem spust. Opadła bezwładnie na śnieg, do otulonych niewidzialną watą uszu przedarły się
trzy suche trzaski.
– Panie …czniku, …czniku! Panie poruczniku! – Szarpał mnie za rękaw szofer.
Lunatycznym ruchem skierowałem lufę w jego stronę, odskoczył w tył z przerażeniem w oczach.
– Jedziemy! – zarządziłem drewnianym, nieswoim głosem.
– Co za suka! – odezwał się kierowca, najwyraźniej odzyskując nadwątloną widokiem broni odwagę. Inne matki
oddają dzieciom swój przydział żywności i giną…
– Milczeć! – warknąłem.
Adam Przechrzta, Demony Leningradu, Fabryka Słów 2011
22
Piotr Policht
Śmierć pośród amarantowych traw
The earth seemed unearthly. [...] [A]nd the men were—No, they were not inhuman.
Joseph Conrad, Heart of Darkness 1
Od autora:
Część składających się na The Enclave fotografii zobaczyć można na stronie internetowej Jack Shainman Gallery:
http://www.jackshainman.com/artists/richard–mosse. Zamieszczono tam również fragmenty wideo, którego pełny
zapis, wraz z komentarzem artysty, odnaleźć można z kolei w serwisie YouTube.
I
Błękitne wyżyny upstrzone kępami niskich,
karmazynowych krzewów. Lazurowe jezioro,
otoczone bujną roślinnością, mieniącą się
odcieniami różu. Przecinająca kadr ostrymi
załamaniami turkusowa rzeka, pośrodku
szmaragdowo–amarantowych, łagodnych
wzniesień. Spokojne, wyważone, acz niezwykle
efektowne kadry. Wywołują skojarzenia
ze sceneriami rodem z La Planeté Sauvage,
filmu René Laloux z lat 70–tych ubiegłego
stulecia, czy światami renderowanymi w grze
wideo No Man’s Sky . Słowem – daleka,
egzotyczna planeta. W rzeczywistości – rzecz
jasna – oglądamy ląd nie tak bardzo odległy,
choć w zachodniej świadomości niemal
nieobecny. Przed naszymi oczyma roztaczają się
bowiem panoramy ziem położonych w centrum
Afryki, na wschodzie Demokratycznej Republiki
Konga, od lat pogrążonej w zbrojnym
konflikcie. Czy też raczej – szeregu konfliktów,
w które uwikłanych jest kilka ościennych
państw. Fotografie oraz sześciokanałowa
wideoinstalacja, pod zbiorczym tytułem
The Enclave, swój koloryt zawdzięczają rodzajowi
filmu, na którym zostały zarejestrowane. Kodak
Aerochrome , zanim stał się ulubionym
narzędziem do tworzenia psychodelicznych
efektów dla filmowców w latach 70–tych,
czy wcześniej jeszcze – okładek płyt chociażby
Jimiego Hendrixa, stworzony został na
użytek amerykańskiej armii2. Technologia ta,
rejestrująca promieniowanie podczerwone,
miała więc pierwotnie zastosowanie czysto
utylitarne – pozwalała z łatwością demaskować
zakamuflowanych żołnierzy wrogich armii.
Do przeczesywania sawann wschodniego
K o n g a f i l t r K o d a k a p o s ł u ż y ł z k o l e i
trzydziestokilkuletniemu irlandzkiemu fotografowi.
Richard Mosse, przed podróżą w głąb Afryki,
odwiedził już ze swoim aparatem kilka bardziej
„konwencjonalnych”, chciałoby się rzec, miejsc
dotkniętych w ostatnich latach konfliktami,
w tym Irak i Pakistan. Nie wykorzystywał przy
tym uprzednio technicznych „chwytów ”
pokroju Aerochrome’a, niemniej owocem owych
wypraw były także zdjęcia przeznaczone
do murów galerii, nie – jako fotoreporterska
kronika konfliktu – na strony gazet.
II
Jak w powszechnym mniemaniu powinna
wyglądać fotograficzna reprezentacja wojny?
Przywołajmy fragment klasycznego już, późnego
eseju Susan Sontag, Widoku cudzego cierpienia:
„Upiększanie to jeden z klasycznych zabiegów
aparatu fotograficznego, który osłabia moralną
reakcję na to, co jest ukazywane. Zeszpecanie,
pokazywanie od najgorszej strony, jest bardziej
współczesnym zabiegiem dydaktycznym,
domagającym się czynnej reakcji. Żeby
oskarżać, a może nawet zmieniać ludzkie
zachowanie, zdjęcia muszą szokować.”3 Tak jak
szokuje, a jeszcze mocniej szokowała kilka
dekad temu, przywoływana w innym miejscu
przez Sontag, słynna fotografia z wojny
w Wietnamie: biegnące w popłochu, ranione
napalmem dzieci. Zatrzymany na kliszy
moment, który w kolektywnej wyobraźni
stanowi wizualną metonimię owej wojny. Jako
jedna z klasycznych fotografii cierpienia,
prowokuje ona również do refleksji nad siłą
oddziaływania samego medium, odpornością
i zdolnością adaptacji widza, nieustannie
zalewanego szokującymi obrazami.
Wojciech Tochman, w wydanej w ubiegłym
roku książce Eli, Eli, o owych „ikonicznych”
już fotografiach cudzego cierpienia mówi,
w przenikającym cały tekst, gorzkim, (samo?)
oskarżycielskim tonie: „Te obrazy szokowały
kiedyś. [...]
23
Powielane miliony razy, wreszcie same się
zużyły. Przestały bulwersować. Dziś to zwietrzałe
ikony popkultury, cola bez gazu.”4 Sontag do
pewnego stopnia zgadza się z tego rodzaju
diagnozami („Tak jak można się przyzwyczaić
do koszmaru w codziennym życiu, tak można
się przyzwyczaić do koszmaru niektórych
obrazów.”)5, jednak stanowisko amerykańskiej
autorki jest w tej kwestii ambiwalentne.
Przywołajmy nieco dłuższy cytat: „Współczucie,
posunięte do ostatnich granic, zamiera. Tak
brzmi znana diagnoza. Ale czego tak naprawdę
można się domagać? Tego, by obrazy jatek
ograniczyć do, powiedzmy, jednej tygodniowo?
Mówiąc ogólniej, by zmierzać w kierunku
czegoś, co w książce O fotografii nazwałam
„ekologią obrazów”? Żadnej ekologii obrazów
nie będzie. Żaden Komitet Strażników nie będzie
racjonował okropności, żeby ich zdolność do
szokowania zachowała świeżość. A same
okropności nie znikną.” 6 W ten sposób
dochodzimy do problematycznej dla autorki
aporii. Siła obrazów słabnie, lecz ich ilość
rośnie. Widz (gdyż to na jego – nie fotografa
– stosunku do obrazów cierpienia Sontag w swej
książce się koncentruje) postawiony jest zatem
w o b e c ko n i e c z n o ś c i p o d j ę c i a p e w n e g o
wysiłku. Wysiłku podtrzymywania pamięci
i emocjonalnej responsywności.
III
Jak natomiast ze swoją diagnozą radzi
sobie Tochman? Reporter odbywa podróż
w głąb Onyksu – slumsów filipińskiej Manili
– wraz z Grzegorzem Wełnickim, autorem
ilustrujących Eli, Eli zdjęć, wokół których
budowana jest narracja; fotografem dalekim od
antyestetyzującego, dokumentalnego stylu,
do którego explicite odnosi się wciąż Sontag.
Wełnicki czuje się z częścią mieszkańców
Onyksu personalnie związany, wręcz zaprzyjaźniony7,
toteż wszystkie zdjęcia wykonywane są długo,
z namysłem i dbałością o detale. W efekcie
stają się w przewrotny sposób piękne. Dlaczego
„w przewrotny sposób” nietrudno odgadnąć.
Nie tylko brudne, ciasne, odpychające
otoczenie (na większości portretów zresztą
marginalizowane), ale i z reguły fizyczne ślady,
jakie bieda, głód i brak dostatecznej opieki
medycznej odcisnęły na poszczególnych
bohaterach opowieści, obiegowemu rozumieniu
piękna nie sprzyjają. Oto najdobitniejszy
przykład strategii polskiego fotografa: jedną
z głównych bohaterek książki, wręcz ikoną
całej opowieści jest Josephine, kobieta na
skutek choroby od stóp do głów szczelnie
pokryta naroślami nie do końca wiadomego
pochodzenia. W obiektywie Wełnickiego,
upozowana zostaje na podziwianą przezeń
słynną vermeerowską „dziewczynę z perłą”.
Piotr Policht
Rocznik’92, student historii sztuki. Poza sztukami
wizualnymi miłośnik kotów, współczesnej prozy i muzyki
Dylana.
IV
Oto więc dwa modusy reprezentowania
cierpienia poprzez fotografię. Z jednej strony
formuła, w której na plan pierwszy wysuwa
się czysta realność i groza poszczególnych
wydarzeń. Z drugiej – fotografia jako konstrukcja
przemyślanego obrazu, gest plastyczny, pozostający
w nierozerwalnym związku z tym, co poświadcza.
Pozorna neutralność pierwszego modusu jest
problematyczna, przez wzgląd na interpretacyjny
charakter dokonywanych wyborów.8 Z kolei
estetyzacja (choć nieco manieryczna i teatralna)
nie budzi większych zastrzeżeń, jako zrozumiałe
przełożenie odczuć fotografującego względem
bohatera obrazu na sam sposób jego konstruowania.
Jednak użycie tej formuły zdaje się warunkować
właśnie owa zażyłość.
Wróćmy zatem do Konga. Mosse poniekąd
zespala dwa wskazane wyżej porządki obrazowania,
poprzez rejestrację przypadkowych, niearanżowanych
zdarzeń za pośrednictwem specyficznego filmu.
Na obu płaszczyznach zachodzi jednak istotna
zmiana. Wełnicki swoich bohaterów w mniejszym
bądź większym stopniu „uszlachetnia”. Nie ukrywa
ich marnej sytuacji materialnej i fizycznych
defektów, bynajmniej.Postaci na tle naprędce
zaaranżowanych scenerii pogrąża jednak
w srebrzysto–złotawym chiaroscuro, bliskim
choćby późnym obrazom Rembrandta. Subtelna
aranżacja kompozycji gra skojarzeniami
z najlepszymi tradycjami europejskiego malarstwa.
Uzbrojeni w kałasznikowy kongijscy rebelianci
pozbawieni są tego rodzaju wyrafinowanej
otoczki. Świat skąpany w odcieniach różu
i purpury, w którym pojawiają się kolejni
anonimowi aktorzy rozgrywającego się tu od lat
dramatu, to świat na swój sposób piękny,
ale w znacznie bardziej subwersywny sposób.
24
O ile szlachetne złocienie i ugry odsyłają
do dawnych mistrzów, o tyle wszędobylskie
róże u Mosse’a w zestawieniu z nimi kojarzą
się raczej z estetyką popowo–komercyjną.
Kadry irlandzkiego fotografa manifestują swoją
sztuczność. To świat pofragmentowany, wymykający
się dyskursywnym ramom. Zaadaptowanie militarnej
technologii w warstwie czysto konceptualnej
stanowi powtórzenie pierwotnego gestu jej
użycia – wydobywa to, co na pierwszy rzut oka
niewidzialne. Niewidzialne tak dla pojedynczej,
nieuzbrojonej pary oczu, jak i dla świata,
niezbyt zainteresowanego kongijskim konfliktem.
A więc pierwszy krok został poczyniony
– ukryci pośród wysokich traw żołnierze stają
się dla nas widoczni. Dostrzeganie nie musi
jednak prowadzić do zrozumienia, co szybko
wychodzi na jaw w pracy Mosse’a. Ekrany
wyświetlające tytułowe wideo nie dają się objąć
spojrzeniem w całości z żadnego punktu.
Proces wyświetlania kolejnych sekwencji jest
amorficzny. Chwilami oglądać możemy na
każdym z ekranów to samo wydarzenie, w
chwilę później następuje przeskok, narracja
zostaje rozbita, ekrany gasną, to znów
rozświetlają się, a widz stopniowo traci
kontrolę. Dźwięki w tle, jak zniekształcone
fragmenty rozmów przez radio, w których nie
sposób rozróżnić poszczególnych słów, jedynie
wzmacniają dezorientację.
Co wobec tego pozostaje, gdy chcemy
„odczytać” te obrazy? Próba zrozumienia
pcha widza ku fotografiom. Ku wycinkom
rzeczywistości zastygłym w nieporuszonej
formie, nad którymi widz ma kontrolę,
przynajmniej w wymiarze czasowym. Stosunkowo
pewni tego co widzimy, możemy być jednak
wyłącznie w przypadku przywoływanych na
początku pejzaży. Kiedy w studium tego pokroju
wdziera się punctum ludzkiej postaci, otrzymujemy
heterogeniczny zbiór wizerunków, pozbawiony
scalającej narracji. Znajdujemy zatem nieliczne
kulturowe referencje, jednak – ponownie – nie
tak wyrafinowane jak w fotografiach Wełnickiego.
Miast słowa „referencje” należałoby może użyć
sformułowania „kulturowe klisze”. Oto bowiem
ludzka czaszka pośród amarantowych traw i liści,
„udekorowana” dwoma białymi kwiatami,
czy spoglądający w kadr umundurowany
rebeliant o zmęczonym spojrzeniu, przyciskający
do piersi śpiące dziecko. Wanitatywna martwa
natura i Madonna z dzieciątkiem w krzykliwej
stylizacji. Piękno–kiczowata otoczka klasycznych
schematów ikonograficznych to na tyle ograny
zabieg, że jego krytyczny potencjał nieco
zwietrzał. Tutaj jednak zostaje on podtrzymany
za sprawą przedmiotu całej serii fotografii,
innymi słowy – dramatyzmu sytuacji, którą
te poświadczają.
Kolejni bohaterowie Mosse’a, nie są przezeń
celowo ustawiani przed obiektywem. Wręcz
przeciwnie. Dostają zupełnie wolną rękę,
fotograf jedynie rejestruje, to oni reżyserują
wydarzenia. Początkową, naturalną reakcją
na jego obiektyw jest dystans i nieufność.
Te jednak szybko znikają, bowiem fotograf
niczego nie żąda. Chce tylko udokumentować
ich walkę i strzępy codziennego życia.
Posiadając możliwość wykreowania własnych
wizerunków, chcą z niej jak najlepiej skorzystać.
Przebiegając wzrokiem po kolejnych ujęciach,
oglądamy więc quasi pokaz mody. To nie
cierpienie ma być widoczne. Młodzi rebelianci
w maczystowskich pozach z dumą eksponują
swoją dumę, waleczność i niezłomność.
Esencją tej postawy jest symulowana
strzelanina, spontanicznie odegrana przez jedno
z ugrupowań rebeliantów z ich własnej
inicjatywy.
V
Zamiast eksplikacji otrzymujemy zatem
ciąg niespójnych sygnałów. Pokawałkowaną
narrację, niejako z góry akceptującą ostateczny
niespójny rezultat. Oto podstawowy paradoks
– narzędzie, służące do ujawniania tego,
co ukryte, jednocześnie odsłania przed nami
pewną rzeczywistość, jak i ją zakrywa. Nadzieja
na zobaczenie kongijskiego konfliktu takim jaki
jest, to nadzieja płonna. Czy możemy zresztą
cokolwiek zawyrokować na temat jego natury?
To podstawowe pytanie, czy może raczej
– należałoby powiedzieć – niemożność
odpowiedzenia nań staje się jednym z tematów
pracy Mosse’a. Warunkują ją bowiem dwa wymiary
selektywności, jednej z konstytutywnych cech
fotografii jako medium. Selektywność objawia się
zatem w warstwie „faktograficznej”, poprzez
wybór tych, a nie innych wydarzeń/kadrów
(czy też inaczej – poprzez niemożność
zarejestrowania ich wszystkich) oraz w warstwie
formalnej, w wyborze sposobu budowy obrazu
fotograficznego.
25
Michał Paweł Markowski w ten sposób pisał
o zdjęciach Henriego Cartier–Bressona: „[...]
przekład życia na obraz, rzeczywistości
na kompozycję, przekład, w którym świat ogołocony
zostaje ze swojej „światowości” i zmienia się
w dzieło sztuki, to istota fotografii Cartier
–Bressona. Paradoks polega na tym, że Cartier
–Bresson [...] odżegnywał się od samej sztuki
i opowiadał za zwykłym rejestrowaniem
rzeczywistości.”9
Irlandzki fotograf, w swoich obrazach wojny
niejako procesualnie dekonstruuje wskazane
ograniczenia medium, którym się posługuje.
Miejsce usilnej ucieczki od estetyzacji zajmuje
afirmacja wizualnego potencjału kongijskich
pejzaży, do tego stopnia, że z obrazami
walczących stron przeplatają się autonomiczne,
wysmakowane studia krajobrazowe. Iluzja
obiektywnej rejestracji ustępuje pod naporem
autokreacji kolejnych bohaterów. Yvette Gresle,
w artykule dla Apollo Magazin e, uznaje
fotografie Mosse’a za „oversaturated” właśnie
za sprawą owej „modowej” maniery przedstawiania
Kongijczyków. Wydaje się jednak, że ograniczenie
się do samego wykorzystania Aerochrome’a – jak
zapewne wolałaby Gresle – byłoby wyrazem
swoistej „nieuczciwości” artysty, zbanalizowanym
brechtowskim Verfremdungseffekt, nie różniącym
się wiele od prostego przesunięcia odpowiedniego
suwaka w Photoshopie. Tym, co konstytuuje
cały projekt, jest właśnie otwarte manifestowanie
własnej sztuczności na wszystkich płaszczyznach.
Obecność obiektywu nie może pozostać
niezauważona, czy zatem nie należy wyeksponować
raczej niż ukrywać sposobu jego oddziaływania?
VI
Pod warstwami obrazowych manipulacji
i przekształceń, pośród krzewów barwy indygo,
pozostają wciąż bohaterowie tej historii, na co
dzień niewidocznej przez swą niejednoznaczność.
Konflikt w Demokratycznej Republice Konga
jest wyjątkowo krwawy. Wedle oficjalnych
danych, od roku 1996 jego ofiarą padło ponad
pięć milionów mieszkańców.10 Nie jest jednak
zbyt medialny, przez swą zawiłość. Brak tu
„dobrych” i „złych”, brutalnych agresorów
i niewinnych ofiar. Sytuację komplikują bogate
złoża – m. in. diamentów – postkolonialne
uwarunkowania i interesy sąsiednich państw.11
„Aby [...] wojna mogła wyrwać się z własnego
kontekstu i zwrócić na siebie uwagę międzynarodową,
musi zostać uznana za wyjątkową i reprezentować
coś więcej niż tylko sprzeczne interesy walczących
stron.”.12 To ponownie Sontag. W wypadku tej
konkretnej wojny nawet owe „sprzeczne
interesy” walczących stron – głównie niewielkich
grup rebeliantów – trudne są do uchwycenia.
Dzieło Mossa nie podejmuje wysiłku dydaktycznego,
nie dostarcza zbyt wielu informacji, poszerzających
naszą uprzednio posiadaną (bądź uzyskaną tuż
przed zetknięciem się z pracą na podstawie
kuratorskiej notki) wiedzę. Konfrontując się
z kolejnymi obrazami, nie napotykamy danych
i ich interpretacji, przetransponowanych na
obraz. Napotykamy jednak coś w zamian. Relację
artysty, akceptującego swoją – kulturową,
etniczną, nawet emocjonalną – odmienność.
A nade wszystko – Innego, który znalazłszy się
poza narzuconymi konwencjami obrazowania
odwzajemnia nasze spojrzenie.
Przypisy:
1. J. Conrad, Heart of Darkness, London 2007, s. 44.
2. L. Wei, Richard Mosse: Seeing Red in the Congo, “ARTnews”, marzec 2014, s. 112.
3. S. Sontag, Widok cudzego cierpienia, przeł. S. Magala, Kraków 2010, s. 98.
4. W. Tochman, Eli, Eli, Wołowiec 2013, s. 10.
5. S. Sontag, op. cit., s. 99.
6. Ibid. s. 129.
7. Por. W. Tochman, op. cit., s. 129–130.
8. Por. J. Butler, Photography, War, Outrage, “PMLA”, t. 120, nr 3, 2005, s. 823, gdzie badaczka, polemizując z Susan
Sontag, zwraca uwagę na marginalizowane przez nią narracyjno–interpretacyjne aspekty fotografii.
9. M. P. Markowski, Świat jako artefakt, [w:] Idem, Słońce, możliwość, radość, Wołowiec 2010, s. 130.
10. International Rescue Committee w roku 2008 oszacowało liczbę ofiar na 5,4 mln, por. http://
www.enoughproject.org/conflicts/eastern_congo [dostęp: 13.09.2014]
http://www.stosunkimiedzynarodowe.info/kraj,Kongo_Demokr_Rep_Kongo,problemy,Konflikt [dostęp: 13.09.2014]
11. Por. m.in. http://www.enoughproject.org/conflicts/eastern_congo/armed–groups;
http://www.enoughproject.org/conflicts/eastern_congo/conflict-minerals
12. S. Sontag, op. cit, s. 46.
26
Marcin Śfjontkofski
Na drugim planie: Korpus Oficerski Szkoły numer 5
szuka straconego czasu
na podstawie Fabryki oficerów Hansa Helmuta Kirsta
Lubię pojęcie „drugiego planu” przede
wszystkim przez jego pojemność znaczeniową.
Bo przecież drugoplanowa nie musi wcale być
postać; drugim planem może być przestrzeń,
czas, dowolny plan strukturalny wybranej
powieści. Może nim być również plan
narracyjny i właśnie tę lukę semantyczną
wykorzystam w tym miesiącu.
Dlaczego? Bo – przyznam się szczerze – nie
wyobrażam sobie numeru poświęconego
szeroko pojmowanej militarystyce bez ani
jednego artykułu o książce, która należy
do chlubnej plejady moich ulubionych. Mowa
tutaj o powieści trochę zapomnianej, trochę
ignorowanej przez historię literatury, trochę
wzgardzonej: o Fabryce oficerów Helmuta Hansa
Kirsta.
Niemieckie powieściopisarstwo XX wieku
błyszczy gwiazdami o sile supernowej: Hesse,
Remarque, Rilke, Mann... Tymczasem Kirsta
można porównać raczej do czarnej dziury,
bo każdy, kto czytał więcej niż jedną jego
książkę, wie, że twórczość autora zapada
się pod własnym ciężarem. W Fabryce oficerów,
08/15, Kamratach, Błyskawicznych dziewczynach
i całej reszcie jego wcale niemałego dorobku
prozą powtarzają się regularnie te same
motywy, postaci (kto nie rozpoznał Katera
w Soefcie i na odwrót?), sytuacje, przestrzenie,
tematyka... Trudno przebrnąć przez to wszystko
bez poczucia, że już się to czytało. Może dlatego
właśnie Kirst przepada nam gdzieś na
śmietniku literatury popularnej? Nie wiem.
Wr ó ć m y j e d n a k d o d r u g i e g o p l a n u .
Nie sposób o nim napisać, jeśli nie wspomni
się o pierwszym; a solą tej powieści jest historia
oficera, który obejmując stanowisko wykładowcy
w hitlerowskiej szkole wojennej Wehrmachtu
otrzymuje jednocześnie od swojego dowódcy
nieoficjalne zadanie poprowadzenia osobistego
śledztwa w sprawie niedawno zabitego w tejże
szkole innego oficera. Ale to nieistotne.
Nie chcę, żebyśmy się źle zrozumieli:
warstwa fabularna Fabryki... jest świetna. Jest
to doskonale poprowadzona fabuła sensacyjna,
okraszona niemałą dawką humoru i zgryźliwej
ironii, pełniąca niejako rolę autokomentarza
autora do własnej kariery wojskowej w Wehrmachcie
i gorzkiej refleksji na temat tego, co z ludźmi
zrobił hitleryzm. Ciekawostka, że wcale
nie wybiela się tam Niemców jako „narodu
oszukanego”, wręcz przeciwnie.
Książka skonstruowana jest w ten sposób,
że rozdziały z narracją trzecioosobową,
opisujące wyżej wspomniane wydarzenia,
przeplatają się z „interludiami”. Interludia
to życiorysy bohaterów, pisane w pierwszej
osobie. Życiorysy maszynowe, techniczne,
takie, jak składa się razem z CV: „Urodziłem
się 8 listopada 1916... Dzieciństwo spędziłem...
Uczęszczałem do... Po ukończeniu szkoły...”.
Te wyimki z akt są z kolei przeplatane
poszarpanymi, migawkowymi wspomnieniami
bohatera z omawianego okresu, poprowadzonymi
w formie chaotycznego strumienia świadomości.
Z tych wspomnień, z refleksji i zachowań,
z myśli które przebiegają przez głowę
opisującej samej siebie osoby, my, jako
czytelnicy, składamy sobie dopiero człowieka.
A każdy z tych ludzi, których życiorysów
w książce przeczytamy dziesięć, jest zupełnie
inną, pełnowartościową, skończoną osobą.
Kirst, aby skonstruować wiarygodnych
bohaterów, którzy opowiedzą własną historię
czytelnikowi, sięgnął w tych interludiach
po wszystkie chyba metody znane w jego
czasach w literaturze: mamy tu behawioryzm,
mamy tutaj intuicjonizm Bergmana, mamy
strumień świadomości, mamy elementy
psychoanalizy. Efektem jest to, że zamiast
prostej, politycznie nacechowanej powieści
o hitleryzmie otrzymujemy książkę o...
ludziach.
27
O ich charakterach, dolach i niedolach,
fobiach i miłościach; śledzimy ich życie
od dzieciństwa, przez szkołę, pierwsze
doświadczenia seksualne, aż do Szkoły
Wojennej nr 5 w Wildlingen nad Menem. Kirst
stwarza w czytelniku poczucie, że jedynym
celem życia tych osób, częściowo istniejących
naprawdę, częściowo stworzonych w jego
wyobraźni, było trafić do tej szkoły, przeżyć
wydarzenia opisywane w książce i pozwolić
wyciągnąć z nich naukę. To niesamowite
przeżycie.
Żeby tego było mało, z interludiów
tych wyziera pewien charakterystyczny dla całej
twórczości Kirsta moralistyczny schematyzm.
Nie bez powodu są one tytułowane w formie
dopełniaczowej, na przykład Problemy
człowieka uczciwego, lub Honor szczurów.
Dzięki behawioralnej warstwie tych
opowieści każdy z nas w którymś z oficerów
i podchorążych odnajdzie samego siebie.
Nawet po siedemdziesięciu latach, nawet mimo
różnic w narodowości i wieku.
Wojsko – mówi nam autor – próbuje
człowieka wynaturzyć, pozbawić go człowieczeństwa.
Szkoła oficerska – próbuje to robić podwójnie,
bo do wojskowego prania mózgu dodaje
pozory ogłady. Natomiast hitlerowska szkoła
oficerska usiłuje to zrobić potrójnie, bo
pozbawia wojsko nawet tego specyficznego,
surowego piękna, które nadała mu ludzkość
próbując usprawiedliwić własne zbrodnie. Tego
dowiadujemy się z pierwszej warstwy Fabryki...
Natomiast na drugim planie, w tle,
w tych interludiach, które jako dziecko
czytałem z zapartym tchem, ucząc się z nich
literatury, tkwi coś o wiele ważniejszego. To, że
mimo potrójnej destrukcji osobowości
ci wszyscy ludzie nadal pozostają ludźmi
i nigdy nie przestaną nimi być. I właśnie
dzięki temu do głębi humanistycznemu
i pacyfistycznemu przesłaniu, bardziej nawet
wyrazistemu niż w dziełach egzystencjalistów,
Fabryka oficerów zasługuje moim zdaniem na
miano książki wybitnej.
Grzegorz Chudy,
The Improvisation on 3 Trumpets and 3 Balloons
28
Sny
(fragment powieści Fabryka frajerów)
Krzysztof Beśka
PROLOG
– Śpi, ścierwo.
Z ust grubego żandarma doleciał wyraźny smród trawionego alkoholu.
– Zapnij mu pasy, bo jeszcze sobie coś zrobi i będziesz odpowiadał jak
za człowieka – zawołał po angielsku drugi z mundurowych, Murzyn, stojący
w przedsionku i palący papierosa. Otyły żandarm pochylił się jeszcze niżej nad
śpiącym.
Stękając z wysiłku, wyłuskał pas bezpieczeństwa zagubiony w zagłębieniu fotela. Klamra
zaskoczyła z łatwością.
– Bob, znasz ten kawał? – zapytał po chwili Murzyn.
– Znam wiele – odparł gruby.
– Ale tego pewnie nie znasz. Podchodzi stewardesa w samolocie do Araba i pyta, czy mu podać
whisky…
– To oni piją whisky?
– Nieważne! – żachnął się tamten. – Whisky czy coś innego. W każdym razie chodziło o jakiś
mocny alkohol.
– No i co?
– Ten Arab mówi, że nie.
– I co dalej?
– Że nie, bo zaraz... siada za sterami! Zarechotali głośno.
– Miłego lotu – mruknął grubas, po czym wyszedł z kabiny, zataczając się.
Zachrobotał zamek w drzwiach, po chwili, niczym maszyneria jakiejś machiny śmierci,
zazgrzytała metalowa zasuwa. Siedzący mężczyzna powoli podniósł głowę. Otworzył oczy.
Nie spał wcale. Ani przed chwilą, ani w ciągu
całego lotu, który mógł trwać nawet i dobę.
Krzysztof Beśka
– Dokąd nas wiozą? Dokąd nas wiozą... Urodził się 2 kwietnia 1972 roku w Mrągowie. Prozaik,
– mamrotał w swoim narzeczu Ahmed autor tekstów piosenek i słuchowisk wystawianych
przez Teatr Polskiego Radia. Miał został zawodowym
zajmujący miejsce po lewej stronie. – Nie. Nie!
żołnierzem; w latach 1987–91 uczył się w Ogólnokształcym
– Uciszcie go, do cholery! – ryknął z tyłu Liceum Wojskowym w Olsztynie. Zamiast tego ukończył
olbrzym, którego przyprowadzili podczas polonistykę. Wydał powieści: Wrzawa (2004), Bumerang
(2007), Fabryka frajerów (2009), Wieczorny seans (2012). Z serii
przedostatniego postoju.
książek o przygodach dziennikarza Tomasza Horna ukazały
– Nie. Nie…
się Ornat z krwi (2013) i Krypta Hindenburga (2014),
Ahmed jęczał coraz ciszej, coraz bardziej zaś z cyklu opowiadającym o XIX–wiecznym łódzkim
detektywie Stanisławie Bergu – powieści kryminalne Trzeci
żałośnie, aż w końcu w ciemności rozlegało się brzeg Styksu (2012) oraz Pozdrowienia z Londynu (2014). Pisarz
tylko chrapanie.
mieszka i pracuje w Warszawie.
– Jak nie sraczka, to... – westchnął olbrzym;
ktoś inny nawet zawtórował mu irytującym śmiechem, ale szybko zamilkł.
Zagrały silniki. Z lewej strony, po kilku sekundach również z drugiej. Pomruk stopniowo zaczął
przechodzić w ryk. Cała maszyna drgała miarowo, tylko wibracje co raz to zmieniały ton. Siedzący
mężczyzna powoli przesunął nadgarstki wzdłuż obręczy kajdanek. Nie był zbyt ciasno skuty, więc
mógł pozwolić sobie na ten luksus. Fory białego?
29
Długi łańcuch łączący ręce z nogami, mimo huku gotującego się do startu samolotu, zadzwonił
cicho, wręcz tkliwie. Człowiek zmienił położenie głowy, opierając ją na ramieniu. Sztywny
materiał więziennego uniformu podrażnił obolałą skórę twarzy, zaszeleścił zarost. Mężczyzna
jednak nie zmienił pozycji, bo dzięki niej przez zapomnianą szczelinę w oknie mógł zobaczyć
światła lotniska; wkrótce zaczęły się przesuwać, niknąć coraz szybciej w wąskim pionowym
kadrze, ustępować miejsca innym, zielonym, czerwonym i białym. Maszyna ruszyła.
Wycie przycichło nieco. Zaczęło się kołowanie na pas startowy.
– Dokąd nas wiozą? – zawołał, choć już przez sen, Ahmed.
Oparcia foteli coraz mocniej wciskały się w plecy. W obolałe, połamane żebra, odbite nerki,
coraz wolniej gojące się podłużne rany. Światła lotniska w szparce okienka stopiły się w jedną,
to opadającą, to znów wznoszącą się wiązkę. Maszyna nabierała szybkości na pasie startowym.
Szarpnęło. Oderwali się od ziemi. Sznur pełgających światełek lotniska, oglądany w okienku,
zerwał się gwałtownie niczym naszyjnik z błyszczących paciorków. Silniki grały równo, jakby były
orkiestrą pod batutą dyrygenta. Stary boeing 737, a może gulfstream (uwięzieni nie wiedzieli tego;
wprowadzali ich przecież w czarnych workach na głowach) wzbijał się pod ostrym kątem
ku czarnej czeluści nieba. Nad Irakiem, Afganistanem, Rumunią, Kuwejtem, Marokiem, a może
już Kubą…
– Jak ci na imię? – zapytał ten siedzący po prawej.
– Jamal.
– Ja jestem Muhammad – przedstawił się tamten.
Musieli wyrównać lot, gdyż przeciążenia zakończyły się. W normalnych samolotach urocza
stewardesa pozwala w tym momencie odpiąć pasy i zapalić papierosa albo cygaro, a jej koleżanki
zaczynają roznosić słodycze i częstować nimi przestraszonych jeszcze po starcie pasażerów…
– Cukierka? – dziewczyna nachyla się, podsuwając pod nos tackę, a jej uśmiech jest słodszy
od wszystkich cukierków świata.
– Dziękuję – odpowiada się wtedy stewardesie, próbując się odwzajemnić, choć zwykle
wychodzi z tego raczej przykry grymas.
– Ależ proszę.
Bierze się wreszcie cukierka, odwija z papierka, dziękuje jeszcze raz. Jednocześnie usiłuje się,
możliwie dyskretnie, wciągnąć w nozdrza zapach perfum dziewczyny, niezbyt mocnych, ale
wyraźnych, ciągnący się za nią jak tren ślubnej sukni. Dyskretnie wychyla się z fotela, zerka na jej
smukłą szyję, na długie i proste nogi, na zgrabniutki tyłeczek, opięty ściśle przylegającym
materiałem krótkiej spódniczki. Ale już po chwili z tyłu słychać cichy stukot obcasów i nadchodzi
jej koleżanka, jeszcze ładniejsza, która odzywa się lekko dziewczęcym głosem, głosem anioła:
– Czy mogę zaproponować panu drinka?
Pozwala się jej powtórzyć jeszcze raz, udaje zapracowanie, a może nawet obojętność. Wreszcie,
po chwili, ale niezbyt długiej, podnosi się wzrok znad czytanej gazety, a jeszcze lepiej książki.
A ona, ta dziewczyna, uśmiecha się i znowu pyta:
– Drinka? Drink? Drink…?
Łańcuch łączący kajdany zadzwonił jeszcze raz. Jamal wzdrygnął się. Przygryzł spierzchnięte
wargi, aż poczuł na nich zbyt dobrze znajomy słonawy smak. Zacisnął dłonie w pięści, aż zabolały
unieruchomione metalem nadgarstki. Napięcie jednak minęło równie szybko, jak nadeszło.
Czekamy na trzecią stewardesę. Będzie jeszcze piękniejsza nic dwie poprzednie. Podejdzie,
a może raczej nadpłynie i zaproponuje nam film.
– Czy zechciałby pan obejrzeć?
– Film?
– Tak, film.
Zimny dreszcz przebiegł mu przez plecy. Coś przygniotło piersi, utrudniając oddech.
Nagły krzyk Ahmeda przebił się przez jednostajny szum motorów.
30
Niewielkiej postury mężczyzna, chłopiec prawie, zaczął znów kręcić się niespokojnie na fotelu
i gadać przez sen. Może mu się śnił jakiś koszmar? Jamal oparł głowę na drugim ramieniu. Ćmiło
go. Czas nie istniał od kilku dni, nie wiadomo ilu, bo nie było przecież godzin. Nie było czasu,
jakby cały świat wstrzymał oddech. Tylko że ten świat gówno sobie z nich robił. Z nich tutaj
i z nich w ogóle też. Całe ciało drętwiało. Nogi pewnie odmówiłyby posłuszeństwa. Tyle co do
ustępu. Dwa kroki, no, może trochę więcej, zważywszy na te gustowne bransoletki przy nogach.
Ale i to też nie zawsze, kiedy się chciało. Strażnicy mieli niezły ubaw.
Przez miarowy warkot silników od czasu do czasu przebijały buczenia, piski urządzeń
elektronicznych oraz głosy ludzkie z innych kabin samolotu, a może kabiny pilotów. Pokładowe
radio, dzięki któremu podtrzymywano kontakt z ziemią? Tylko jaką? Jawa mieszała się z sennymi
majakami. Urocze stewardesy już się jednak nie pojawiały. Za to nie wiadomo czemu i skąd, ale
mężczyzna imieniem Jamal nagle zaczął marzyć o czym innym. O sękaczu. Takim z czterdziestu,
a najlepiej z sześćdziesięciu jaj! Nie dawało mu to spokoju. Ogromny, ciemnożółty, tu i ówdzie
jasnobrązowy. Prawdziwy, nie żadna podróbka. Po pierwszym kęsie sprawiający wrażenie zbyt
suchego, ale już po chwili taki, jaki być powinien. Słodki smak dzieciństwa...
Maszyną nagle szarpnęło. W szczelinie okna błysnął rąbek księżyca. Niebo było czyste.
Ale wysoko w górze niebo chyba zawsze jest czyste. Niżej są chmury, szarobiałe, pierzaste
kłębowisko, oświetlone księżycowym blaskiem. Przypomina brudną pianę z pralki automatycznej.
Za czas jakiś podłużny kształt samolotu wsiąknie w nie, rozpruje i przebije się z łatwością, by po
kilku chwilach wylądować znowu na jakimś nieznanym, wrogim lądzie.
Zazgrzytała zasuwa, po chwili skrzypnęły drzwi. Snop światła padł na podłogę kabiny.
Na jasnym tle zamajaczyła postać jednego z żandarmów. Ledwo się trzymał na nogach. W ustach
miał cygaro, z którego dym przypominał komiksową chmurkę. Żołnierz stał w drzwiach, trzymając
się kurczowo futryny.
– Ja bym się z wami nie patyczkował – wybełkotał. – Od razu pod mur! Pod mur, skurwysyny!
– Daj spokój, Bob – zawołał z głębi samolotu drugi z żandarmów.
– Ja bym z wami inaczej pogadał – wycharczał, dysząc niczym zwierzę.
Naraz czyjeś ręce chwytające za kołnierz, a może kolejne szarpnięcie poddającej się prawom
przestworzy maszyny, pociągnęły go do tyłu. Huknęły drzwi latającej celi. Jamal wyczekiwał
zgrzytu klucza w zamku. I przerażającego odgłosu zasuwy. Jednak zamiast tego znów odczuł
wyraźne szarpnięcie. Samolot dość mocno przechylił się na prawo. Coś, może puszka po mięsnej
konserwie, którą dano na obiad lub kolację, metalicznie brzęknęło o podłogę i potoczyło się
po niej ku ścianie. Jamal zapadał w letarg, to znów coś go z niego wytrącało. Czoło pokryły mu
kropelki zimnego potu, ciałem coraz to wstrząsały dreszcze. Chciał krzyczeć, ale nie mógł
wydobyć z gardła żadnego dźwięku, jakby dodatkową, piątą obręczą ściśnięto mu także krtań.
Teraz dla odmiany maszyna dość znacznie przechyliła się ku dołowi. Pusta puszka potoczyła się
w stronę ścianki działowej, na której umieszczone były drzwi, i jęknęła żałośnie.
Pasy bezpieczeństwa, którymi Jamal był cały czas unieruchomiony, boleśnie naparły na brzuch,
uciskając wnętrzności. Znał to uczucie. Musieli podchodzić do lądowania. Ahmed jęczał znowu,
choć przy niemal braku oświetlenia nie można było odróżnić, czy śpi, czy też, podobnie jak Jamal,
czuwa.
Zakolebało nimi na boki, silniki wyły w wysokich tonach. Trochę jednak inaczej nic podczas
poprzednich lądowań, to pewne. Coś było nie tak. Jamal nie zdążył się jednak zastanowić, czy to
dobrze, czy źle. Zza drzwi, które być może zapomniano zamknąć, choć z drugiej strony nie mogło
mieć to teraz żadnego znaczenia, dobiegły jakieś krzyki, strzępy komend, tupanie ciężkich
wojskowych buciorów na rezonującej podłodze. Ocknęli się nawet siedzący w zaimprowizowanej
celi pozostali więźniowie.
– Spadamy – rzekł ze spokojem człowiek, który przedstawił się jako Muhammad; trudno było
jednak ocenić, czy to, co powiedział, było pytaniem czy stwierdzeniem.
31
Grzegorz Chudy, Postcard from Old Katowice
Ktoś próbował szarpać się w fotelu, podzwaniając łańcuchami, ktoś inny tylko modlił się cicho,
łkając przy tym. Boeing najwyraźniej pikował w dół.
– Rozkujcie nas, słyszycie?! Rozkujcie! – ryczał olbrzym siedzący z tyłu.
Muhammad nagle zaczął się śmiać. Najpierw cicho, potem coraz głośniej, coraz bardziej przeraźliwie. W nikłym światełku błyszczały krople, które zalewały mu oczy. Pot albo łzy.
– Zestrzelili nas! Trafili! Nasi nas zestrzelili – krzyczał, jakby był w ekstazie. – Allah akbar!
Ale w tej chwili pilotowi widać udało się zapanować nad maszyną, bo wyrównali lot. Cały czas
chyba jednak nieuchronnie zbliżali się do ziemi. Nagle szarpnęło. Pojedyncze uderzenie.
Podskoczyli na fotelach. Rozległ się przeraźliwy, świdrujący uszy wizg kół szorujących o twardą
nawierzchnię.
Lotnisko? Autostradę? Wodę?!
Jamal spojrzał w bok. W szparce okna nie było jednak widać żadnych świateł. Nagle przechylili
się na lewo i w ciemności tej, chyba spod skrzydła, wytrysnął gruby snop iskier. Po chwili znów
uderzenie, po nim kilka następnych, już nieco lżejszych. Kilkutonowa maszyna, żelazna masa,
odbijała się od ziemi jak gumowa piłeczka. Zewsząd dochodził wzrastający trzask. Jamal drżał cały.
Ze strachu, a może tylko wskutek przeciążeń, ruchów samolotu usiłującego pokonać dwa żywioły
i prawa fizyki, a w nim kawałek mięsa poddany tym samym prawom.
– Allah akbar! Allah akbar! – darł się wciąż niczym opętany Muhammad.
Na koniec nagły, potworny huk. Ból w uszach. Czyjś krzyk. Na sekundę zapaliły się wszystkie
światła w ich kabinie. Ogromna siła wyrwała z podłogi fotel, na którym siedział Muhammad,
i z impetem cisnęła nim o ścianę. W tej samej chwili pękły żarówki. Kawałki szkła strzeliły
na wszystkie strony. Potem nastąpiła cisza. Jamal miał wrażenie, że pas bezpieczeństwa przecina
go dokładnie w połowie.
– Jezu... – jęknął z bolesną rezygnacją, nie myśląc już o tym, że ktoś go może zrozumieć.
Potem stracił przytomność. […]
EPILOG
[…]
Nie pamiętam, jak udało mi się przeżyć trzy dni, bo po tym czasie kazano mi się zgłosić
po wynik badania. Mimo to, idąc ponownie do szpitala psychiatrycznego, nie wziąłem ze sobą
piżamy ani szczoteczki do zębów. Czarniawa lekarka bez słowa podała mi kopertę przez uchylone
drzwi oddziału. Odebrałem, grzecznie podziękowałem. Miałem ją dostarczyć, jak zręczny
pocztylion, lekarzowi psychiatrze w szpitalu wojskowym. Koperta, zawierająca wyrok i jego
uzasadnienie, była zaklejona, jednak znów gówniarz we mnie nie pozwolił na jej bezczelne
otwarcie, choćby przy pomocy pary z czajnika, i przeczytanie ekspertyzy. Dotyczyła przecież mnie!
Wkurwiało mnie to, jednak smarkacz prymus kopertę przykładnie dostarczył na miejsce.
Ani w gabinecie, ani pod drzwiami nie czekali jednak na mnie z kajdankami czy kaftanem
bezpieczeństwa. Lekarz przy mnie rozerwał kopertę, rzucił okiem na treść listu, spojrzał bez
sympatii, znad okularów na heroda złych wieści. Nie pamiętam, czy również uśmiechnął się przy
tym.
– W porządku – rzekł wreszcie, a ja tylko czekałem, aż podniesie słuchawkę telefonu albo
naciśnie jakiś guzik ukryty pod pulpitem biurka; oby tylko nie bili i nie kłuli igłą, bo zawsze
bardzo bałem się zastrzyków. – Życzę panu miłych studiów w szkole oficerskiej.
Stuknęła pieczątka, zazgrzytała stalówka na papierze obiegówki. A mnie zakręciło się w głowie,
a jednocześnie czyjaś łaskawa ręka zakręciła rączką imadła uciskającego moje trzewia, serce
i głowę. Trzeba było dalej jakoś żyć, próbować sobie radzić inaczej. Ale to już zupełnie inna
historia...
33
*
Stoimy we czterech pośród uśpionych murów naszej dawnej szkoły i chaszczy, które porosły
szkolne boisko. Stoimy jak tych kilku przyjaciół z serialu oglądanego w dzieciństwie, którzy
paręnaście lat wcześniej umówili się przy żelaznym krzyżu w Peszcie i na spotkanie z wielu dotarła
ledwo garstka, że na palcach jednej ręki... A gdyby jeszcze raz? Spróbować, poczuć się jak jedno,
choć jużeśmy osobni, obcy, dalecy? Jeszcze ten jeden jedyny raz?
– Co jest, kurwa? – klnie Zajączek, spoglądając w stronę bramy.
Dopiero teraz słyszę i ja. Narastający warkot silników. Spoglądamy po sobie. Nim ktokolwiek
zdąży się odezwać, zza muru budynku naszego byłego internatu błyskają oślepiające światła
samochodu.
Wojskowy honker z rykiem silnika wpada na dziedziniec. Za nim dwa policyjne radiowozy.
Z honkera wyskakuje kilka przyczajonych cieni z długą bronią. Kryją się za pojazdem. Światła
latarni odbijają się w szkle czarnych gogli, które chronią ich oczy. Nikt jeszcze nie krzyczy,
nie zgłasza żądań.
– Trzymaj! – krzyczy kapitan Zajączek, rzucając mi jakiś przedmiot.
Chwytam to coś w dłonie. Tetetka. Zimny metal ślizga się po spoconej skórze.
– Rozdzielmy się! – rozkazuje oficer, ciągnąc Rómmla w stronę najbliższych zarośli.
Pochylony do przodu biegnę ku trybunie honorowej. W tym samym momencie padają pierwsze
pojedyncze strzały. Dopadam kamiennej ściany, słysząc jak kule świszczą mi nad głową. Nie widzę
Piotra. Kilka pochylonych postaci przecina na ukos plac apelowy. Wychylam się zza załomu
trybuny, wyciągam przed siebie rękę, bez celowania naciskam spust. Ostatni z biegnących pada.
Odpowiada mi seria z broni maszynowej, która stapia się w jedno z potężnym hukiem.
Unoszę głowę. Od strony miasta nadlatuje śmigłowiec. Spod kabiny bluzgają jęzory ognia.
Jest coraz bliżej. Łopaty śmigieł mielą powietrze. Drzewka i krzewy rosnące dookoła placu targane
są wciąż narastającym powiewem. Spod brzucha śmigłowca wylatuje snop światła, tnąc asfaltowy,
dobrze mi znany dziedziniec na mniejsze figury. W pewnym momencie w tej szerokiej wiązce
światła dostrzegam jakąś postać. To przecież Piotr! Stoi z uniesionymi wysoko w górę rękami. Jego
stara, targana powiewem, rozpięta kurtka przypomina skrzydła, na których mężczyzna za chwilę
uniesie się w powietrze…
– Stój! Nie ruszaj się! – dobiega męski głos z megafonu.
Piotr porusza miarowo ustami, jakby coś mówił.
Nagle padają strzały. Na niebieskim, dżinsowym materiale zakwitają czerwone kwiaty.
Chłopak pada na kolana, spogląda w górę. W jego spojrzeniu widzę zdziwienie. I ulgę.
Po chwili pada na twarz. Śmigłowiec wyłącza światło, oddala się.
Wychodzę zza muru trybuny i ruszam w stronę wojskowego honkera. Unoszę broń. Naciskam
spust, raz za razem. Pęka trafiony reflektor. Zamiast kolejnego wystrzału słyszę jednak już tylko
szczęk iglicy. Oblewa mnie zimny pot, serce wali jeszcze szybciej, a jego uderzenia słyszę w uszach
niczym huk detonacji. Ale już po sekundzie uspokajam się. Tylko w oczy szczypie trochę.
Odrzucam pistolet w bok, jak najdalej. Idę na nich. W stronę światła…
– Hej, obudź się! – słyszę nad sobą czyjś głos i czyjaś ręka szarpie mnie mocno za ramię.
Otwieram oczy. Stoją nade mną we dwóch: Zajączek i Rómmel.
– Piotra zabili – mówię słabym głosem.
– Zalałeś się – stwierdza Zajączek.
– Co z Piotrem? – pytam, próbując unieść głowę.
– Poszedł sobie – odpowiada ze spokojem Robert. – Kilkanaście lat temu, dokładnie z tego
miejsca. Tylko śnieg leżał wtedy.
– Lodówkę w zaspie mieliśmy – uśmiecha się do starych wspomnień Zajączek.
– Co z Piotrem!? – pytam po raz kolejny, już bardziej stanowczo i twardo.
– Poszedł – powtarza swoje Zajączek.
34
Szedł tak wtedy i szedł. Porzucony przez dziewczynę w dniu naszej studniówki, upokorzony,
bo co mogło nas upokorzyć wtedy, w tym akurat dniu, bardziej? Minął bramę, zostawił za plecami
naszą szkołę, potem miasto. Szedł, po prostu szedł. I nie potrafił się zatrzymać. Nie mogła się też
zatrzymać ciężarówka, w światłach której nagle się znalazł na oblodzonej szosie, w lesie, kawał
drogi za miastem. Odwieźli go karetką do szpitala, nie wiedząc nawet, kim jest, bo nie miał przy
sobie żadnych dokumentów. Zmarł na stole operacyjnym…
– Miał, kurwa, całe życie przed sobą, a tak głupio skończył – wtrąca cicho Rómmel. – Cały świat
stał przed nim otworem. Każdym mógł być: oficerem, tak jak chciał, a nawet naukowcem jakimś,
gdyby się uparł, co nie?
Bo już nie ma ciebie, Piotrze. Ani w zapomnianym leśnym garnizonie na końcu świata,
ani w sztabie, w Warszawie takiej wielkiej, wśród zaszczytów. Nie ma cię w rodzinnej wsi ani
w mieście, choć i nawet nie pamiętam, skądżeś był, przyjacielu lat młodzieńczych.
Nie układasz glazury ani terakoty w Londynie czy Dublinie, nie testujesz niemieckich leopardów
na poligonie w Świętoszowie, Żaganiu, Żarach. Nie kolekcjonujesz kolejnych gwiazdek
na pagonach ani nie liczysz gwiazd na nocnym niebie, niepoprawny marzyciel. Nie wyjeżdżasz
samochodem opancerzonym na patrol po afgańskich czy irackich bezdrożach ani nie buntujesz się
przed takim wyjazdem, bo buntować się nauczyli cię tutaj chyba najlepiej. Nie celujesz nawet
z ręcznego granatnika w hummera, w biało-czerwoną szachownicę, orła białego w koronie
na czerwonym tle, nie dolatujesz do Guantanamo, gdzie czekają już łańcuchy na nogi i ręce oraz
pomarańczowy strój więzienny, co byłoby świetnym materiałem na powieść czy reportaż. A jam
sobie nie wiadomo co myślał, ćmił, nie starając się nawet majaku odgonić rękoma, jak to czasami
wcześniej szczęściem się udawało. Koniec i cześć pieśni! Ostatnich gryzą psy, a pijany grabarz
łopatą w dupę klepie. Wojenne raporty czy policyjne meldunki i tak doniosą, że nic ważnego
w tym dniu nie zaszło...
Z pobliskiego dworca dochodzi przejmujący gwizd lokomotywy. A ja myślę sobie, że może
trzeba będzie wreszcie pogodzić się z faktem, że życie zaczęło się naprawdę. Że przed nim, życiem,
nie uchroni ucieczka za najgrubszy mur, najwyższy płot, takie kiedyś przez nas znienawidzone,
a dziś... I że najgorszego w życiu koszmaru nie przerwie terkot dzwonka nad drzwiami
ani zbiorowy śmiech kolegów: aleś się dał nabrać! Ano dałem, na życie i śmierć, która je kończy.
A przecież miało być inaczej…
– Matka Piotra nie chciała, żeby ktokolwiek ze szkoły był na pogrzebie, nawet najbliżsi kumple
– ciągnie dalej smutno Krzysztof Zajączek. – To dlatego nic nie wiedzieliśmy. Ja dowiedziałem się
przypadkiem, kilka lat temu. A czemu akurat teraz o niego pytasz?
– Poszedł? – pytam bezgłośnie, patrząc pod nogi, na mokry asfalt placu apelowego.
– My też chyba będziemy lecieć, nie? - odzywa się Robert Rómmel.
– Jutro trzeba wstać do roboty – wzdycha ciężko Zajączek, spoglądając na zegarek.
– Ale ja myślałem... – zaczynam mówić, ale głos zamiera mi w gardle.
– No co? Co myślałeś?
Nic. Nie odpowiadam. Znów widocznie myślenie nie jest moją najlepszą stroną...
35
Rozmowa w Orwellem w tle. I mottem z Josepha Hellera
z Krzysztofem Beśką rozmawia Natasza Hebart
Był więc tylko jeden kruczek – paragraf 22 – który stwierdzał, że troska o własne
życie w obliczu realnego i bezpośredniego zagrożenia jest dowodem zdrowia
psychicznego. Orr był wariatem i mógł być zwolniony z lotów. Wystarczyło, żeby o to
poprosił, ale gdyby to zrobił, nie byłby wariatem i musiałby latać nadal. Orr byłby
wariatem, gdyby chciał dalej latać i byłby normalny, gdyby nie chciał, ale będąc
normalny musiałby latać. Skoro latał, był wariatem i mógł nie latać; ale gdyby nie chciał
latać, byłby normalny i musiałby latać.
Natasza Hebart: Dla kogo pisałeś powieść? Dla prawdy czasów?
Krzysztof Beśka: Fabrykę frajerów pisałem dla siebie. By wyrzucić z siebie to, co we mnie
siedziało. A także dla kolegów. Szkoły zlikwidowano, mało kto już o nich pamięta, chciałem ocalić
je od zapomnienia, jakkolwiek to brzmi. Fabryka to wspomnienia, mało kreacji, dużo sięgania
w przeszłość do tego, co naprawdę się wydarzyło. Choć warstwa współczesna (Al Kaida)
jest wymyślona.
Natasza Hebart: Ile została z tamtego Młodego w mundurku?
Krzysztof Beśka: Ile tamtego człowieka jest teraz we mnie? Raz na jakiś czas pytają mnie,
czy pracuję nad dalszym ciągiem Fabryki. A ja się wtedy zaczynam zastanawiać. O czym napisać?
A na przykład o tym, że ktoś z kolegów zostaje porwany na Bliskim Wschodzie, a reszta jedzie mu
z pomocą w straceńczej misji. To nie jest niemożliwe. Wtedy poszlibyśmy za drugim w ogień.
Dziś często się spotykamy. Z ludźmi ze studiów nie mam takich kontaktów jak z kolegami
z OLW. Świadek na ślubie – kolega z OLW. Chrzestny syna – kolega z OLW. To dużo znaczy.
To wszystko znaczy.
Natasza Hebart: Czy nie mitologizujesz po prostu młodości i przyjaźni? I nie patrzysz
z sentymentem?
Krzysztof Beśka: Sentyment na pewno jest. Może nawet obraz ulega zmianie, jest piękniejszy,
niż był w istocie. Lata minęły.
Natasza Hebart: A co zostało w Tobie?
Krzysztof Beśka: Niewyparzona morda, skłonność do stawania okoniem. buntowania się.
Idę pod prąd, czego najlepszym przykładem jest to, że się param pisaniem, a nie handlem.
Natasza Hebart: Dziwnie... Szkoła bunt przez konformizm? Bardzo taniego konformizmu.
OLW to była w sumie etyczna kastracja. Broniliście się, bo człowiek jest raczej dobry niż zły
i potrzebuje imperatywów.
Krzysztof Beśka: Etyczna kastracja? Aż tak bym tego nie nazwał. Po maturze i po rozwiązaniu
placówki nauczyciele mówili nam, że teraz, pracując w innych, cywilnych liceach, nie realizują
połowy programu, połowy tego, co realizowali z nami. Słyszałem na własne uszy, że byliśmy elitą
intelektualną.
36
Natasza Hebart: Posłuchasz mojego wspomnienia? (Bohaterka tej historii była nauczycielką
w szkole oficerskiej (potem też w liceum wojskowym):
– To co robisz?
– Tu? Czy w ogóle?
Rozejrzał się i wzruszył ramionami.
– Obojętnie.
– Skończyłam lingwistykę stosowaną.
– I stosujesz? – Uśmiechnął się znowu i pomyślała wtedy, że go polubi.
– Tajemnica wojskowa – podtrzymała ton żartu. – Uczę kandydatów na oficerów języka wrogów
ustrojowych. Po roku dadzą radę zamówić w MacDonald's „sziken” lub „cisburger” – naśladowała ze śmiechem
nieudolną wymowę angielskich słów.
– To musi być fascynujące. Zwłaszcza, że nie pójdą nigdy do MacDonalds’a. Oni go zbombardują.
– Są sympatyczni. Młodzi. I dają mi tam mieszkanie służbowe do spółki z księgową i drugą nauczycielką,
żywię się prawie za darmo w kasynie, mam kawę, olej. Papier toaletowy.
– Ot, ojczyzno patriotów papieru toaletowego.
To był rok 1984. Tak Orwellowsko. Prawie. Bo rok–dwa później. Czym „opłacono” nastoletni
patriotyzm uczniów ”jaruzelskich” liceów wojskowych? Twój. Wiem, że pytanie z tezą, wredne
i prowokujące. Ale je zadam. Na początek. Co to był ten patriotyzm? Taki w wersji licealno
–żołnierskiej–literackiej? Ile w nim z Paragrafu 22, ile z Conradowskich imperatywów?
(A propos… Heller był wydany, kiedy powstawały w Polsce takie „fabryki frajerów”.)
Krzysztof Beśka: Ten cudzysłów, który okala słowo opłacono, jest chyba niepotrzebny. Nas
kupiono w sensie dosłownym: darmowym wiktem i opierunkiem, podręcznikami. Dostaliśmy
wszystko, od igły do szycia po meblościankę. Każdy miał swoją! Jeden kolega wyszedł z domu jak
stał, nie wziął nawet skarpetek na zmianę. I dobrze, bo zaraz wyfasował kilka par. Płacono nam
nawet za to, że… nie jemy w weekendy, no i część wakacji. Czy wśród nas byli tacy, którym
chodziło tylko o to? Nie sądzę. Tak samo jak powodowały nami jakieś względy patriotyczne,
miłość do ojczyzny. Paradoksalnie, niemal wszyscy mieli od początku nauki przy łóżkach
czy w szaflach święte obrazki, krzyże (dopiero po roku przyszedł nowy wicedyrektor i postanowił
się z tym rozprawić).
Nikt z nas nie szedł do OLW z zamiarem walki o socjalizm, jak i walki z socjalizmem.
15–latkowie jeszcze wtedy o tym nie myśleli, a jeśli myśleli, w tę czy drugą stronę, to nie mówili
o tym głośno. Chodziło nam o to, by przeżyć przygodę, wyrwać się z rodzinnego domu.
Chcieliśmy się bawić, spać z dziewczynami, pić alkohol, podróżować. OLW to była nowość,
a szczególnie szkoła w Olsztynie, której mieliśmy być awangardą. W przypadku części z nas była
to także kontynuacja rodzinnej tradycji.
Owszem, była indoktrynacja, nachalna sekularyzacja, ale nikt się tym mocno nie przejmował.
Byliśmy w miarę odporni. Do ZSMP zapisały się chyba tylko dwie osoby. Za dwa lata to wszystko
miało się rozlecieć i być może już to czuliśmy.
No wreszcie lektury. Tak, niewątpliwie miały wpływ na nasze życie. Chcieliśmy rwać się
do czynu jak Rudy i Zośka, ale też jak konspiratorzy z Dziadów Mickiewicza. Ale już głównego
bohatera Pieśni o Rolandzie uznaliśmy zgodnie za… zbrodniarza wojennego. Niestety, potem
wpadły mi w ręce książki, które jako przyszłemu trepowi wpaść nie powinny. Przede wszystkim
Mistrz i Małgorzata Bułhakowa. I odechciało mi się iść do szkoły oficerskiej. Gdybym w tym czasie
przeczytał Na zachodzie bez zmian czy Drogę powrotną Remarque'a, przeskoczyłbym przez płot,
nie czekając do matury. Nie pomagała nam zostać zawodowymi zabijakami też muzyka, modna
wtedy scena alternatywna. Zewsząd nawoływano nas do buntu. I ja byłem wśród tych, którzy
posłuchali tego głosu.
37
Natasza Hebart: Czytam… Myślę… A Wasze matki? Ojcowie? Ale przede wszystkim matki!
Mieliście 15 lat... Dramatyzuję, wiem. Ale to był czas, kiedy już było wszystko wiadomo
– że Orwell i smród moralny. Że zasrano polski mundur 13 grudnia. Więc matki i ojcowie…
Krzysztof Beśka: Matki. Z pewnością martwiły się o synów, często pierworodnych, często
jedynych. Pytały nie tylko o to, czy nie jesteś głodny, ale te o to, czy pod prysznicem zagląda jeden
do drugiego. Czy ktoś z nas zastanawiał się, ze jesteśmy tam po to, by spróbować odbudować
morale armii po stanie wojennym? Nie sądzę. Jak mówię, liczyła się przygoda, zabawa. Ucieczka
z domu! Nawet gdy u kogoś zauważono ulotki czy znaczek Solidarności, bo przecież byli wśród
nas i chłopcy z dużych miast, z Gdańska też, co chadzali na msze do Brygidy i na zadymy, nikomu
przez myśl nie przeszło, żeby zakablować. Słuchaliśmy Głosu Ameryki, Wolnej Europy.
Czy prawdą było, że mówili tam o nas, że nie mamy schodów, tylko wspinamy się na piętro
po linie, że na portierni jest gniazdo karabinów maszynowych – nie wiem.
Natasza Hebart: Zachód prowadził psychomachię o dusze, tworzył „mojszą” prawdę o Polsce.
Takie „fabryki” były jak znalazł. Więc korzystał z okazji. I doświadczeń historii – wojsko wzięło
w łapy polskie dzieci.
Krzysztof Beśka: Były rozmowy światopoglądowe, wierzący kontra niewierzący, były ostre
argumenty, ale nic z tego nie wydostawało się dalej. Chcieli z nas szybko zrobić dorosłych.
Nie daliśmy się. Bunt. Muzyka. Byli wśród nas punki i skinheadzie. byli długowłosi.
Gdy posłanka Solidarności, Grażyna Langowska, po 1989 roku powiedziała, że się za nas
weźmie, wkurzyła tym wszystkich z nas. Wszystkich! Wkurzyła nas, bo to oznaczało, ni mniej,
ni więcej, tylko zabranie nam pieniędzy. A potrzeby mieliśmy coraz większe, kino z dziewczyną,
wóda etc.. Może się narażę kolegom, ale tak. Niskie pobudki, proste życie, ale w porównaniu tym,
co dziś się dzieje w liceach i gimnazjach – jakże to było wielkie, pełne, prawdziwe. MĄDRE.
Natasza Hebart: Czyli – po 4 latach – tylko kasa i seks. Straszne. Nie martwiła was Polska?
Mieliście polityczne poglądy?
Krzysztof Beśka: Martwiła. W 1990 szliśmy głosować na Wałęsę. I tu mamy paradoks,
bo nowa władza nas niszczyła. Przez obcięcie dotacji. Napis na murze: „Mazowiecki, oddaj
pieniądze, chuju!”.
Natasza Hebart: Jakiej kasy?!
Waszej?! Wam coś zabrano?
Te licea było koszmarne
marnotrawstwo. Piszesz o tym
w powieści, opowiadasz
szczerze.
Krzysztof Beśka: Niby tak.
Ale co jakiś czas słyszę,
że pomysł należałoby dziś
uskutecznić na nowo. Klasy
o profilu wojskowym etc.
fot. archiwum Autora
38
Natasza Hebart: Bo to jest nieśmiertelne. Wiara kaprali, że wychowanie przez kiełznanie?
Kapral „kurwą” przemówił, pięść pokazał. I nie tłumaczył. W jednym z liceów wojskowych,
zamiast Pieśni o Rolandzie, czytała polonistka Flet z mandragory Łysiaka. Może znów trzeba?
Jak obszedłeś cyrograf? (uczniowie, a właściwie ich rodzice – podpisywali zobowiązanie,
że po maturze trafią do szkół oficerskich)
Krzysztof Beśka: Najprościej. Rodzice zapłacili za mnie. 8 i pół miliona. Przeboleli. Daliśmy
radę. Nie zawiodłem Ich, dostałem się na studia polonistyczne, skończyłem je. Koledzy najczęściej
urywali się na I roku oficerskiej. Szli do zetki, często w portkach podchorążego na kant, przez
co szweje ich gnębili. Wyzywali od koni. Ale odsłużyli i szli do cywila, no i na normalne studia.
Eksperyment nie wypalił.
Kilku, kilkunastu zostało. Mam dla nich wielki szacunek dziś. Najwyższy stopniem
to pułkownik. Będzie generałem.
Grzegorz Chudy, Vania and Sasha are Going Home
39
Wieprz i Logiczny
(fragment powieści Jak zostałem bażantem)
Rafał Socha
Wbiegliśmy na górę i ustawiliśmy się przed salą. Kapral skręcił skądś
klucz, więc prędko wleźliśmy do środka. Koledzy z przodu pozajmowali sobie
strategiczne pozycje, nam – podchorążym z ostatnich czwórek – zostawały
zazwyczaj te gorsze, te najbliżej wykładowcy. Zdjąłem więc panterkę,
szalokominiarkę, rękawice i wetknąłem to wszystko w obszerne kieszenie
kurtki. Z beretem zaś nie rozstawałem się nigdy. Był łatwym łupem, wolałem
więc nie prowokować losu. Z panterką nie rozstawać się już nie było za bardzo
jak, wszyscy wieszali swe wierzchnie okrycia na gwoździach z tyłu sali,
powiesiłem więc gdzie trzeba swoją szmatę i ja.
Tyle co usadowiliśmy się w ławeczkach, wyjęliśmy z raportówek po służbowym ołówku
i zeszycie, a do upstrzonego schematami czołgów audytorium wkroczył kapitan Logiczny.
Obrzucił nas przenikliwym spojrzeniem, ale na więcej nie miał czasu, bo zerwał się do niego czym
prędzej kapral Czereśniak i zastąpił drogę.
– Baczność! – ryknął jeszcze na „dzień dobry”.
Podnieśliśmy nasze zady i wyprężyliśmy ścięgna. Poprawiając maskę przy boku, obserwowałem
bujną czuprynę Logicznego, wypolerowane oficerki i wyjątkowo niechlujnie poluzowany pas.
Z takim pasem, u podporucznika Karakana, wyleciałby jak nic z każdego apelu.
– Panie kapitanie! – piał nasz młody podoficer. – Starszy kapral podchorąży Czereśniak melduje
grupę dziewięćdziesiątą szóstą gotową do zajęć. Stan grupy: trzydziestu, obecnych: trzydziestu,
nieobecnych: zero. Na służbie...
– Dziękuję – przerwał mu w końcu Logiczny. – Dajcie spocznij.
– Rozkaz! – huknął Czereśniak i odwrócił sprężyście głowę. – Spocznij! – wrzasnął do nas tak,
jakbyśmy znajdowali się gdzieś na drugim krańcu jakiegoś wielohektarowego pola. – Siadać!
– dodał jeszcze po chwili, więc zajęliśmy na powrót nasze miejsca. Wraz z Wazkiem Dupolizem
i Peterem Pepperem znalazłem się niemalże idealnie naprzeciw kapitana Logicznego, który dał
łaskawe przyzwolenie Czereśniakowi, by ten cicho wymknął się na korytarz.
Drzwi zamknęły się za naszym kapralem, a my w skupieniu przyglądaliśmy się sobie nawzajem.
To znaczy kapitan Logiczny zaspanym i głodnym
podchorążym z podkrążonymi oczami oraz Rafał Socha
burczącymi brzuchami, a podchorążowie Prozaik, autor piosenek, redaktor. Z wykształcenia inżynier
wysportowanemu i wypoczętemu oficerowi budowlany. Współzałożyciel Literackiego Towarzystwa
Wzajemnej Adoracji Li–TWA z siedzibą w Częstochowie.
w lśniącym obuwiu oraz poluzowanym pasie.
Ma w dorobku powieść pacyfistyczną Jak zostałem bażantem
– No i jak? – zagadał do nas smagły oficer. (wyd. Nowy Świat, 2013) oraz antologię miniatur
Oczywiście nikt się nie odezwał. – Jak wam prozatorskich Kredyt na żula (wyd. Oficynka, 2014). Obecnie
się podoba? – ciągnął Logiczny. – Jak wam się pracuje nad wielowątkowym thrillerem metafizycznym,
a także nad książkową wersją powieści sylwicznej, częściowo
podoba w naszym sanatorium? Fajnie? Co?
prezentowanej na łamach pisma Galeria w ramach autorskiej
rubryki prozatorskiej.
– Zajebiście – rzucił ktoś półgłosem.
Logiczny zachował się konwencjonalnie,
a mianowicie: nie dosłyszał uwagi. Podniósł się za to zza biurka i podszedł do rzutnika. Długo
szperał coś przy wyłączniku, aż w końcu doszedł do wniosku, pstrykając bez efektu, że coś jest nie
tak. Rozejrzał się po sali i wnet jakiś bardziej rozgarnięty podchorąży podpowiedział mu
nieśmiało, iż wtyczka nie jest wetknięta w gniazdko. Kapitan złapał za kabel i przyciągnął
końcówkę do siebie, a następnie wcisnął bolce w najbliższe gniazdo.
40
W rzutniku coś zapiszczało, zajęczało, błysnęło i raptownie zgasło. Logiczny bez słowa
przyglądał się martwej żarówce.
– Chyba zwarcie? – zapytał po chwili nie wiadomo kogo. – Co?
Jako że na sali – obok nauczycieli, prawników, artystów, ekonomistów, humanistów
czy językoznawców – przebywali też inżynierowie, oficer miał pełne prawo oczekiwać odpowiedzi.
– Nie – oznajmił naraz odważnie jakiś śmiałek. – Miał pan pecha i trafił na przepięcie.
Logiczny zlustrował elektryka wnikliwym spojrzeniem, ale chyba ostatecznie uznał
tę odpowiedź za rozsądne wyjaśnienie.
– To spróbujemy z drugim? – zagadnął. – Co?
– Myślę, że tak – oświadczył tamten podchorąży.
Kapitan skinął na gorliwego asystenta, którym okazał się być podchorąży Ryś – i obaj prędko
wyszli z audytorium. Siedzieliśmy początkowo w miarę cicho i grzecznie, ale po jakimś czasie,
kiedy oficer nie powracał, paru kolegów zaczęło krążyć po sali. W końcu któryś z nich wyjrzał
na korytarz, a po chwili wyskoczył z pracowni. Do pioniera dołączyli pozostali, więc w sali nieco
się poluzowało.
Po kilkudziesięciu sekundach zjawili się dwaj pierwsi podchorążowie z kawą. Reszta popatrzyła
na nich z zazdrością, by raptem – jak jeden mąż – rzucić się do drzwi. Wraz z nurtem ludzkim
wypłynąłem na szeroki przestwór korytarza, gdzie we wnęce – przy ławeczkach, stoliczku i ścianie
z militarnymi obrazkami – znajdował się kawowy automat. Przed obliczem urządzenia kumulował
się ogonek chłopaków, z napięciem wydobywających rozdrobniony bilon.
Ustawiłem się prędko pod koniec kolejki. Posuwała się ona sprawnie i szybko, bo mieliśmy
już wpojone działania skuteczne i zdecydowane. Z trwogą zerkaliśmy w głąb korytarza,
ale przemożne pragnienie skorzystania z używki przewyższało skromne obawy o ewentualną
reakcję kapitana Logicznego.
Nie mam pojęcia, ile mogło trwać nasze nabywanie gorącego napoju. Dość powiedzieć,
iż wszyscy chętni zostali załatwieni pozytywnie. Wracaliśmy chyłkiem do sali i zajmowaliśmy
opuszczone miejsca, a z dwudziestu paru kubeczków unosił się zgodnie dymek aromatycznej pary.
Tu i ówdzie słychać było znaczące siorbanie. Gimnastykowałem umysł, parząc palce oraz
podniebienie, jak tu ukryć swoją zdobycz przed prowadzącym wykład oficerem. Póki nie wracał,
sprawa była prosta, ale wypić cały wrzątek w minutę czy dwie – to już nie wchodziło w grę.
Należało znaleźć schowek, zanim powróci kapitan. Sądzę, iż podobnie kalkulowała sobie
znakomita większość podchorążych, gdyż oficerowie różnie reagowali na widok kawy. Jedni
zauważali, że skoro sami niczego nie pijają, tak i my nie powinniśmy, inni w ogóle wyrzucali
z zajęć razem z ową kawą, jeszcze inni pozwalali siorbać, jednakże z zastrzeżeniem, aby
opróżnione kubki lądowały później w koszu, a nie walały się po sali. To trzecie podejście było
oczywiście najbardziej ludzkie i muszę przyznać, iż nie takie rzadkie. Myślałem sobie wtedy, że
chyba sami wykładowcy co nieco pamiętają ze swej młodości, wiedzą jak to jest chodzić przez
szesnaście – albo i więcej – godzin na pełnych obrotach, stąd też takowa taryfa ulgowa. Z reguły
im wyższy stopień, tym bardziej liberalne preferowali zasady, choć oczywiście żadna to była
prawidłowość. Ale nie przypominam sobie, by jakiś pułkownik zachował się nieelegancko
i wyrzucił kogoś z kawą.
No właśnie. Niestety kapitan Logiczny zaliczał się do grupy pierwszej, czyli nie tolerował
popijania, lecz można jeszcze było – pozbywszy się kubka – wrócić na zajęcia. Posiadanie kawy nie
równało się u niego nieobecności i konieczności późniejszego zaliczania, może więc dlatego tak
ochoczo decydowaliśmy się na zakup przedpołudniowego specyfiku, który wszakże trzeba było
skrywać. Mieliśmy jednak trochę szczęścia, bo okazało się, iż kapitana całkowicie pochłania
sprawa rzutnika, bez którego oczywiście żadne zajęcia nie mogłyby się odbyć.
Wrócił do sali i z przejęciem dyrygował podchorążym Rysiem, który z kolei przytachał jakąś
ogromną walizę. Logiczny polecił mu usunięcie starego urządzenia z przepaloną żarówką
i ustawienie na jego miejscu zdobycznej walizy.
41
Następnie podniósł klapę, wyciągnął ze środka biały kabel i przez ułamek sekundy ważył go
w dłoni.
– To co? – zapytał wreszcie Rysia. – Włączamy?
– Tak, panie kapitanie – potwierdził inżynier elektryk. – Miał pan pecha, ale teraz powinno być
już dobrze, powinno być okej.
Logiczny pooglądał jeszcze trochę białą wtyczkę, by w końcu wetknąć ją do gniazdka.
W walizce znowu coś pisnęło, jęknęło, błysnęło i raptownie zgasło. Kapitan skrzywił się
z niesmakiem.
– Ja tego elektryka muszę porządnie pogonić – rzekł niepocieszony. – Tak nie może być. Kto
za to zapłaci?
– Ale panie kapitanie... – podjął wystraszony Ryś. – Ja to panu zaraz wytłumaczę, wytłumaczę
naukowo... Ma pan niesamowitego pecha... Jak pan spojrzy na sinusoidę, to...
– Nie pana pogonię – przerwał mu głośno Logiczny. – To nie pana wina.
Nasz kompan odetchnął sobie z ulgą, ale postanowił nie osiadać na laurach.
– Gdyby pan kapitan miał jeszcze jeden rzutnik – rozpoczął nieśmiało – to moglibyśmy
spróbować z innym gniazdkiem... Teraz już powinno być okej... Naprawdę...
– Zobaczymy, może ktoś pożyczy – zamyślił się Logiczny. Zatrzasnął klapę walizy i wręczył
ją Rysiowi. – Wy tu czekajcie – mruknął do nas – a my z kolegą podchorążym zaraz wracamy.
Wyszli na zewnątrz, myśmy natomiast rzucili się z radością do naszych – leciuteńko
już przestudzonych – kaw. Wypiłem prędziutko całą zawartość, wyrzuciłem szybciutko plastikowy
kubeczek do kosza na śmieci i powróciłem na swoje miejsce. Inni także uwinęli się migiem, więc
już pokrzepieni, zadowoleni i weselsi – jak gdyby z bardziej pozytywnym nastawieniem
– zaglądaliśmy do zeszytów, by odświeżyć coś tam jeszcze w głowie z szerokiego zakresu
zabezpieczania logistycznego wojsk.
Przebiegałem wzrokiem notatki o ilości, jakości, miejscu, czasie, technice, materiałach,
medycynie, transporcie, środkach bojowych, ewakuacji rannych, grzebaniu poległych i zmarłych,
gdy w sali ponownie zjawił się kapitan Logiczny z podchorążym Rysiem. Tym razem przynieśli
zesobą jakieś ogromne pudełko, które ustawiono na miejscu walizy. Oficer porozcinał scyzorykiem
taśmę, rozerwał boki pudła i obnażył dziwaczne urządzenie. Przypominało nieco rzutnik, chociaż
jakiś taki futurystyczny. W każdym razie, po staremu, posiadało kabel, posiadało też i wtyczkę,
więc kapitan, westchnąwszy sobie głośno, zbliżył się do gniazdka. Podchorąży Ryś zaproponował,
by teraz już nie włączać tam, gdzie było zwarcie, lecz spróbować lepiej do innego. Kapitan z uwagą
wysłuchał opinii eksperta, po czym, z kamiennym obliczem, wsadził bolce w inny otwór.
Czekaliśmy chwilkę, coś jakby pisnęło, jęknęło, błysnęło, ale już nie zgasło. Futurystyczny
rzutnik rozpalił się pełnym blaskiem, a kapitan głośno odetchnął.
– Wiecie – podjął naraz uśmiechnięty – ja muszę tego elektryka porządnie pogonić. Puszczam
go na przepustki, daję mu żołd, a on jak mi się odpłaca? No jak? Na niczym się nie zna...
Podchorąży Ryś usiadł gdzieś z tyłu, oficer kontynuował z powagą:
– W zeszłym tygodniu to on, wiecie panowie, co się wodę gotuje... No, jak to się nazywa?
Odniosłem wrażenie, iż brakujące słówko kapitan ma na końcu języka, ktoś jednak prędziutko
podpowiedział:
– Bojler.
– Nie, nie bojler – obruszył się Logiczny. – Co się wodę gotuje...
– Czajnik – doleciało raptem.
– O tak, czajnik – ucieszył się oficer. – Właśnie czajnik. Więc on, wiecie, no ten przeklęty
elektryk... On normalnie podłączył czajnik do Internetu!
Roześmialiśmy się głośno.
42
Grzegorz Chudy, The Siege of Warszawska Street
– Na niczym się nie zna – mamrotał Logiczny. – Podłączył czajnik do Internetu i bum... Cała
sieć... Ja go muszę porządnie przegonić, muszę przegonić jak nic, będzie latał za czołgami, będzie
się taplał w błocie, a nie siedział po kancelariach... Już ja mu dam... – zadeklarował kapitan,
pogroził pięścią i przestał raptem biadolić na nieszczęsnego elektryka ze służby zasadniczej.
Zbliżył się do papierów leżących na stole. Długo je przeglądał, sprawdzał pod światło, przekładał,
aż wreszcie wyselekcjonował jeden, który następnie powędrował na rozświetlony rzutnik.
Ujrzeliśmy powiększony, kilkukolorowy schemat jakiegoś tajemniczego urządzenia. Było
dziwnie znajome, choć oczywiście nie podejmowałbym się zgadywać, cóż to takiego. Niby jestem
inżynierem, ale nie od maszyn, tylko budowlanym, więc mechaniczne sprawy, wyłączając
mechanikę budowli i wytrzymałość materiałów, są mi w zasadzie obce.
– Tak, panowie – oświadczył wszem i wobec Logiczny. – Tak wygląda imadło – uchylił rąbka
tajemnicy. – Proste, toporne, klasyczne imadło. Oto imadło.
Zwykle obowiązywała zasada, iż coś, co pojawiało się na ekranie, winno natychmiast trafiać do
zeszytów. Powielaliśmy w pocie czoła tabelki, wykresy, czasem schematy. Nigdy nie
zastanawiałem się specjalnie, po co to mi i na co, tylko kopiowałem. Nie inaczej było i tym razem,
więc, przerysowując ze ściany tajemnicze imadło, słuchaliśmy w skupieniu wywodów pana
kapitana.
– A zetor, panowie, to jest takie stworzenie – wykładał bezdusznie Logiczny – co to nie myśli.
Proste, toporne, od młota i od siekiery. Dokładnie jak to nasze imadło – podkreślił, wskazując ręką
na ekran.
Nie wspominałem dotąd o zetorach, o tak zwanych „zetorach” (względnie „zetach” lub
„zetolach”), ale mianem takim potocznie nazywano żołnierzy służby zasadniczej. Straszono nas od
samego początku, że zetory to takie a takie, że jak nie zdamy egzaminów, to nas wypieprzą
do zetki – czyli służby zasadniczej – i nie będzie wesoło. A z kolei, jak już zdamy mityczne
egzaminy, to na praktykę i tak trafimy do jednostek, w których przydzielą nam gromady zetorów
i będziemy się z nimi użerać. Ciągle gdzieś ktoś mówił o zetorach, z którymi tak naprawdę nie
mieliśmy żadnego kontaktu.
– Więc raz byłem w narzędziowni u kolegi majora – ciągnął Logiczny. – Miał tam różne
stanowiska, klepali coś do czołgów, docinali i poprawiali. Chciał mi pokazać jakiś szczegół na
zewnątrz i mówi tak do zetora przy imadle: „Tnij tu, bracie, do końca. Utnij tę blachę, a ja
z panem kapitanem zaraz wracam.” No i wyszliśmy pooglądać jego mały czołg. Zeszło nam może
z dziesięć, a może i z piętnaście minut. Wracamy, a tu, panowie, zetor tnie imadło. Normalnie,
panowie, jebie brzeszczotem imadło. Tnie i tnie. Dojechał już gdzieś tak prawie do połowy. Kolega
major łapie go za rękę i pyta: „Co ty robisz, chłopie?”. A tamten: „Miałem ciąć, to tnę”.
Normalnie, panowie, upieprzył połowę imadła i nawet nie pomyślał przy tym nic! Mówię wam,
zetor to takie stworzenie, jak to nasze imadło. Proste, toporne, od młota i od siekiery.
Ale zobaczycie sami, zobaczycie na praktyce, już niedługo...
Nikt już nie kopiował kolorowego schematu, tylko każdy patrzył na kapitana.
– Wy tu macie sanatorium, ale zobaczycie... – powtarzał z szyderczym uśmieszkiem oficer.
– Zetory to prymitywne stwory... Będziecie wspominać moje słowa... Jeszcze będziecie...
Słuchaliśmy i słuchaliśmy, kapitan po swojemu marudził i marudził, aż do sali wkroczył
nieśmiało nasz wąsaty kapral. Przerwał delikatnie wykładowcy i oświadczył, że już pora, byśmy się
zbierali na inne zajęcia. Że on by chciał nas jeszcze tu zostawić, ale musi się trzymać planu, z tego
go rozliczą, no i że mamy niecałe cztery minuty do zajęć z taktyki, a te przewidziano w innym
budynku. Logiczny w skupieniu i z pełnym zrozumieniem wysłuchał pomocnika dowódcy plutonu,
potrząsnął głową i w zamyśleniu zgasił rzutnik. Skoczyliśmy po panterki i przyoblekając się
starannie, obserwowaliśmy uważnie kapitana. Chaotycznie zgarniał ze stołu porozrzucane papiery
oraz folie. Czereśniak stał nieopodal i poganiał nas trochę, w końcu uścisnął na „do widzenia”
wyciągniętą dłoń zafrasowanego oficera i wraz z nami opuścił salkę.
44
Co sił zbiegliśmy na dół i ustawiliśmy się przed drzwiami ruiny. Poprawiłem maskę przy pasie,
raportówkę, szalokominiarkę. Kapral wydał kilka prędkich komend, pognaliśmy więc w czwórkach
do sąsiedniego budynku, gdzie znów trzeba było wbiec na piętro, ustawić się przed salą i – aby
zyskać nieco na czasie – jeszcze na korytarzu zdjąć raportówkę, panterkę i beret.
Z tobołami w rękach wpadliśmy do sali, jak należy odwiesiliśmy zimowe okrycia, a następnie
pozajmowaliśmy sobie miejsca. Wyjmując zeszyt, zerknąłem na zegarek. Oczywiście, skojarzyłem
w mig, kapitan Wieprz z pewnością się spóźni, ma prawo, my tego prawa już nie posiadamy. Mało
który wykładowca nie spóźniał się choćby sekundy, ale byli też i tacy, co przybywali o czasie lub
nawet przed. A trafić na takiego i jeszcze się spóźnić, to już byłoby niewesoło. Najpierw dostałoby
się wprawdzie Czereśniakowi, ale zaraz potem i tak na własnej skórze odczulibyśmy sami, co i jak.
Interes był więc obopólny – nasz i naszego dwumetrowego kaprala, sprzęgaliśmy więc zazwyczaj
do kupy nasze skromne siły plus niemałe zaangażowanie.
Pomocnik dowódcy plutonu drugiego wypisał starannie na tablicy – w prawym, górnym jej rogu
– stan liczebny grupy. Nie było nieobecnych, ale i tak werset oznaczający ów fakt został fachowo
odnotowany. Nikt z nas nie pełnił służby, nikt nie chorował. Wszystko było jasne i klarowne, stąd
też w miarę sympatycznie wyglądała ta nasza statystyka. Kapral spoczął na biurku, nie zdejmując
panterki. Wsadził beret pod jeden ze swych dociążonych trzema belkami pagonów i czekał
w skupieniu na pojawienie się kapitana Wieprza. My przeglądaliśmy nerwowo koślawe notatki,
które były wyjątkowo niekompletne, gdyż wspomniany kapitan nie miał w zwyczaju klasycznego
dyktowania. Mruczał coś pod nosem, nigdy nie powtarzał, często też miewał pretensje
o permanentny brak naszej żołnierskiej wiedzy. A to, że nie wiemy, ilu strzelców posiada
kompania, ile karabinów drużyna, ile wozów bojowych pluton zmechanizowany i tak dalej,
i tak dalej...
Dokładnie na początku piątej minuty naszego oczekiwania usłyszeliśmy za drzwiami znajomy
zgiełk. Był to znak, iż zaraz ujrzymy – wniesionego w lektyce przez czterech młodziuteńkich
żołnierzyków ze służby zasadniczej – kapitana Wieprza. Widok taki mniej nas już dziwił, mniej niż
z samego początku, gdyż byliśmy po kilku zajęciach z taktyki. Na samym początku wybałuszaliśmy
naturalnie oczy, zresztą na wiele innych dziwów też, ale teraz – pod koniec czwartego tygodnia
służby – nie dziwiło nas właściwie nic.
Więc czwórka łysych szeregowych wtaszczyła do sali lektykę z kapitanem Wieprzem. Leżał
rozwalony na zielonym dywaniku i łykał z piersiówki (herbatę chyba, bo cóż innego mógłby sączyć
w koszarach). Mundur polowy z trudem otaczał fałdy jego skóry i tłuszczu – na brzuchu,
na nogach, na zadzie. Sądzę, iż uniform ów był specjalnie przerabiany, o ile nie preparowany,
przez jakiegoś nadwornego krawca.
Zetory ułożyły Wieprza na środku sali, w specjalnym tronie, z którego miał ogląd na wszystkie
ławki i mógł w miarę swobodnie operować pobliskim rzutnikiem, a także magnetowidem. Kapral
Czereśniak od razu postawił nas na baczność, a gdy składał tłuściochowi stosowny meldunek
o gotowości do zajęć grupy dziewięćdziesiątej szóstej, czwórka młodocianych tragarzy cichaczem
opuściła pomieszczenie. Oficer przyjął do wiadomości stan liczebny słuchaczy, pogderał trochę na
temat coraz to gorszej dyscypliny w pododdziałach i kazał Czereśniakowi dać „spocznij!”.
Usiedliśmy na twardych, drewnianych, rozkładanych siodełkach, a kapral po swojemu ulotnił
się z sali. Kapitan Wieprz zapuścił natomiast film poglądowy o zachowaniu się żołnierza na polu
walki. Ujrzeliśmy na malutkim ekranie chmarę chłopaków taplających się w bagnie. Jednemu
nawet, w czasie przeprawy, zaplątała się nieduża ryba gdzieś w kombinezon przeciwchemiczny.
Pokazano to wyraźnie, gdy rozpinał guziki, a ona wyskakiwała na piasek. Dalej chłopcy usuwali
efekty ataku atomowego i zapobiegali skażeniom popromiennym, później maszerowali długo i w
noc przy użyciu mapy topograficznej, jeszcze później nawiązywali łączność z odległymi
kompanami, na zakończenie zaś okopywali się saperkami i biegali w maskach po lesie.
Film dobiegł końca, pojawiły się litery, kapitan Wieprz zgasił telewizor. Odłożył pilota i spytał,
czy wszystko już wiemy, czy już wszystko jasne.
45
– Naturalnie – odrzekliśmy zgodnie.
– W takim razie – podjął nie w pełni jakoś przekonany – zadam wam jeszcze jedno pytanie.
Jedno istotne pytanie – zarechotał głupio – na które, po tych pierwszych tygodniach służby,
powinniście już dość dobrze znać odpowiedź...
– Tak? – dodaliśmy otuchy tłuściochowi.
– Co właściwie znaczy „SPR”? Kto rozszyfruje ten skrót? No, koledzy? Kto na ochotnika?
Ale tak z głową!
Zaskoczeni obserwowaliśmy nieufnie maskującą lektykę koloru khaki i rozwalonego w niej,
pociągającego systematycznie z piersióweczki kapitana. Ja oczywiście nigdy do niczego
nie zgłaszam się na ochotnika, więc czekałem właściwie niewzruszony.
– No Szkoła Podchorążych Rezerwy – orzekł w końcu z przekonaniem Dupoliz.
Dla potwierdzenia wagi słów naszego reprezentanta zgodnie potaknęliśmy wystrzyżonymi
głowami.
Oficer tylko ironicznie się uśmiechnął, a później kłapnął imponującym podbródkiem.
– Niezupełnie – oświadczył wreszcie. – Teoretycznie tak, ale nie praktycznie.
Wobec takiego postawienia sprawy mogliśmy zrobić w zasadzie tylko jedno: nadstawić ciekawie
uszu. Ale kapitan nie kwapił się do rozjaśnienia łamigłówki. Leżał w tej swojej maskującej lektyce
jak na jakiejś plaży, dwuznacznie chichotał i, od czasu do czasu, pociągał herbatę.
– Nikt wam dotąd nie powiedział? – mruknął po chwili. – Co? Serio nic nie wiecie?
– Ale czego, panie kapitanie? – wypalił Wazeliniusz, jak zawsze gotowy do nabijania
dodatkowych punkcików. – Czego nam niby dotąd nie powiedziano?
Wieprz spojrzał na niego z pobłażliwą kpiną.
– No w jakie gówno pan wdepnąłeś, panie podchorąży! – pisnął ubawiony i znów głośno przepił
„z gwinta”.
Nieśmiało rozglądaliśmy się na boki, chociaż nikt nie wykonywał nazbyt gwałtownych ruchów.
Nie chcieliśmy drażnić nieobliczalnego i raczej mało komunikatywnego oficera, chociaż miny
nasze – jak sądzę – zdradzały jakiś tam irracjonalny niepokój czy obawę.
– A więc tak... – podjął wreszcie Wieprz, ulitowawszy się jakby nad zdezorientowanym stadem.
– Rozwinięcia tego skrótu bywają różne. Tylko dziwię się, że ten, hm... – urwał raptownie. Zatkało
go lekko, po czym ordynarnie i niewybrednie beknął, a następnie otarł rękawem tłustą mordę.
– Że ten wasz, no... Jak mu tam? Jak jest temu wysokiemu z wąsem?
– Czereśniak! – podpowiedział uczynnie dowódca pierwszej drużyny.
– No tak – załapał kapitan. – Czereśniak. Dziękuję, kolego.
Wazek nisko skłonił się nad ławką.
– Nie ma za co, panie kapitanie – świsnął skromnie.
– A zatem Czereśniak was jeszcze, jak widzę, odpowiednio nie oświecił... – kontynuował
w osobliwej zadumie Wieprz. – Odpowiednio nie wyedukował... Tak mniej oficjalnie, co? Niczego
wam nie zdradzał? Czy aby na pewno? No jak, koledzy? A powiedzcie szczerze!
Dupoliz, siedzący obok mnie, znów poruszył się nerwowo.
– Ja chyba wiem! – palnął raptem nadgorliwie. – „SPR” oznacza, że jesteśmy supermenami!
Kapitan ponownie obrzucił go nieciekawym spojrzeniem.
– „Ja”? – zdziwił się chytrze. – „Ja” to w wojsku dupa – przypomniał odwieczną maksymę,
której istnienia byliśmy akurat świadomi, bo nam ją Czereśniak zdążył wpoić należycie. – A jeżeli
już pan kombinuje w tak głupim kierunku – zganił kalkulowanie Dupoliza – to jesteście raczej
„spermenami”.
– Tak jest, panie kapitanie! – przytaknął ochoczo Wazek i zerwał się na równe nogi. – Jesteśmy
„spermenami”! A to wcześniej też mówiłem ja, dowódca pierwszej drużyny, szeregowy
podchorąży Wazeliniusz Dupowłazowicz Dupoliz! – przedstawił się regulaminowo, głośno
trzaskając przy tym jeszcze wypolerowanymi opinaczami.
46
– Siadajcie, kolego – mruknął obojętnie kapitan. – Wystarczy tych popisów. Nadgorliwość jest
gorsza od faszyzmu.
Zgaszony Dupoliz powrócił na rozkładane siodełko.
– A więc skrót „SPR” może być rozwijany różnie – podjął po kilkunastu sekundach Wieprz,
znów łykając sobie szczerze zimnej herbaciny. – Bardzo różnie nawet... Jedni tłumaczą to jako
„Super Power Rangers”, inni jako „Siły Powolnego Reagowania”, jeszcze inni jako „Siłą Porwani
Rodzinie”, „Szkoła Pięknych Rycerzy” czy „Seks Picie Rozpusta”... Ale to wszystko jest
do chrzanu. Błędne rozumowanie. Jasne?
Milczeliśmy, wiadoma sprawa. Nawet gdyby jeszcze komuś coś tam raptem kiełkowało
w głowie, to i tak nikt nie chciał przecież podzielić losu przywołanego do opamiętania Dupoliza.
– A zatem magiczne „SPR” – wyłożył wreszcie sedno problemu kapitan – to będzie
„Spierdolone Pół Roku”. Rozumiecie? Nie żadna tam szkoła podchorążych – zachichotał
po swojemu. – Nie żadne siły, piękni rycerze i inne pierdoły... Zrozumiano? Pół roku was
tu potrzymamy. Co nie? Pół roku wam tu spierdolimy. No jak? Rozumiecie teraz? Zgadza się?
No?
Zgadzało się co do joty. To znaczy w Kile mieli nas trzymać trzy miesiące, dalsze trzy natomiast
spędzić mieliśmy już na praktyce oficerskiej – w jakiejś innej jednostce. No ale w sumie, jakby
na to nie patrzeć, wszystko razem dawało pełne pół roku i ani dnia mniej.
– Zanotujcie to sobie lepiej – rzekł ukontentowany puentą wywodu kapitan i pstryknął
na Peppera, który także siedział obok mnie w pierwszej ławie i patrzył na Wieprza jak na jakiś
obraz. – Zawołaj mi, kolego, moje cztery zetory. Ale już!
Peter skoczył do drzwi i coś tam stanowczo oznajmił na korytarzu. Do sali wykładowej
natychmiast wbiegli czterej młodzi żołnierze w znoszonych panterkach i pozdzieranych
opinaczach. Czuć było od nich papierosami. Złapali lektykę z kapitanem Wieprzem i zadali sobie
na ramiona. Przygaszony Dupoliz – mimo niewątpliwego upokorzenia – przełamał najwyraźniej
opory, bo – pod nieobecność Czereśniaka – poczuł się jednak zobowiązany do pełnienia honorów
dowódcy plutonu.
– Baczność! – wykrzyknął raptem, zrywając się na równe nogi.
Wstaliśmy leniwie i wyprężyliśmy nasze ręce wzdłuż szwu maskujących spodni. Wieprz
w spokoju i z honorami opuścił audytorium. Przez chwilę nieśmiało zerkaliśmy na Dupoliza,
aż nas nagle olśniło, że można się ubierać. Oczywiście bez kaprala i tak nie mieliśmy prawa
nigdzie się udawać, ale nie oznaczało to jeszcze bezczynnego siedzenia w pustej sali. Tym bardziej
iż czekały nas zajęcia z musztry.
Spakowaliśmy raportówki, pozakładaliśmy panterki, szale i berety. Ktoś wyciągnął przemyconą
ze stołówki kanapkę z wędliną i zaczął jeść. Pozostali natychmiast podłapali i wnet wszyscy już
machaliśmy żuchwami, trawiąc w duchu krótki – ale jakże treściwy i jakże pełen oczywistych
prawd – wykład kapitana Wieprza.
47
Salwy
fragment wywiadu Rozmawiając z ... Rafałem Sochą
Kamil: Jak zostałem bażantem to Pana debiut. Wiemy, że odsłużył Pan swoje w SPR w 2001
roku – czy przedstawione tam wydarzenia to swoista autobiografia, opowieść oparta na Pana
doświadczeniach z woja?
Rafał Socha: Jak już wspominałem – pójcie do wojska było swego rodzaju poszukiwaniem
literackich inspiracji. Jako młody człowiek przez jakiś czas fascynowałem się książkami
o żołnierzach, dlatego chciałem zobaczyć, jak to jest być takim żołnierzem. Skorzystałem z okazji,
nie unikałem powołania, a wręcz przeciwnie, zgłosiłem się na tzw. ochotnika. Niestety szybko się
rozczarowałem. Zresztą tu nie chodzi tylko o moje indywidualne rozczarowanie. Prawie wszyscy
moi koszarowi koledzy byli rozczarowani. Mamiono nas wizją łatwej i przyjemnej służby w Szkole
Podchorążych Rezerwy, poszerzaniem zainteresowań, luźnymi popołudniami po zajęciach,
poznawaniem obcego miasta i tak dalej – tymczasem zaserwowano rasową unitarkę od pobudki
do capstrzyku, kiedy nie było chwili aby nawet usiąść, nie było kiedy napisać listu do dziewczyny
czy przeczytać choć kawałka książki, a że w najcięższej wersji stan taki trwał do przysięgi
– dokuczyło niemało. Ja wiem, że służba zasadnicza miała jeszcze gorzej, tylko my byliśmy starsi
od chłopaków po zawodówce czy technikum, bo już po studiach, niektóry mieli pod trzydziestkę,
pracowali w poważnych firmach, projektowali np. mosty czy hale. Z nieco innym oczekiwaniem
tam po prostu szliśmy. Książka nie jest typową autobiografią, choć do pewnego stopnia są to na
pewno fabularyzowane wspomnienia. Konrad W. jest narratorem, ale nie jest wprost autorem,
to znaczy nie można go ze mną w stu procentach utożsamiać. Teraz, szczerze mówiąc, mam coraz
więcej wątpliwości, czy dobrym rozwiązaniem było zastosowanie narracji pierwszoosobowej.
Pewnie gdybym pisał to raz jeszcze, napisałbym inaczej, ale tak mocno siedziałem wtedy
w klimatach książek Konwickiego (np. Rojsty – o partyzantce i walce z bolszewikami; też niby
wspomnienia, lecz mające mocno prowokować
czytelnika m.in. poprzez tę narrację), że jakoś Kamil
tak w sposób naturalny przyjąłem taką a nie Autor bloga Kamil czyta książki:
inną konwencję. A sama postać Konrada jest http://kamilczytaksiazki.blogspot.com
nijaka – bo w wojsku najlepiej być w środku. Nie Młody student zakochany po uszy w swojej Lubej. Jest lekko
oderwany od szarej rzeczywistości i zatopiony w morzu
wychylać się i nie odstawać. Stara prawda, która książek. Książkofil, który nie potrafi przejść obojętnie obok
pozwala przetrwać. Tak to widziałem – mój półki z książkami. Pisanie to pasja, którą odkrył w sobie
bohater chciał wyjść cało z tej kabały, dlatego nie przez przypadek.
pchał się na pierwszą linię i nigdy nie był
ochotnikiem do niczego…
Kamil: Przyznam, że wywołał Pan u mnie kilkukrotne salwy śmiechu , a humor znacząco mi się
poprawił. Pisze Pan swoją opowieść z niezwykłą lekkością, potężną dawką absurdu i groteski.
Rafał Socha: Kiedy już zostałem wcielony i zobaczyłem, że to jednak jest zupełnie inaczej
w koszarach, niż nam mówiono w WKU i sami sobie wyobrażaliśmy, postanowiłem, że tę sytuację
twórczo wykorzystam – na przekór zwierzchnikom – i po swojemu opiszę. Ale nie w sposób
realistyczny, tylko groteskowy i prześmiewczy. Wojsko samo w sobie nie jest instytucją logiczną,
lecz moje skłonności (te same, które wcześniej nakazywały dokuczać w opowiadaniach
studenckich niektórym wykładowcom) obraz jeszcze przekrzywiły. Wizja napisania książki – i to
konkretnie takiej książki – dodawała sił i pozwalała łatwiej znosić całą „zabawę” w wojaka.
48
Zresztą już od drugiego chyba tygodnia mówiłem co bardziej zaufanym kumplom, że ja to po
prostu spiszę, i to spiszę mocno, niepochlebnie, ostro, ale mi chyba nie wierzyli...Więc wyszło tak,
że już biegając po poligonach, układałem w głowie poszczególne scenki, nadawałem nazwiska
postaciom, kreśliłem obrazy. Jedyną wątpliwość jaką miałem – to była konwencja opowieści.
Czy po kolei, tydzień po tygodniu, czy skumulować i pokazać jeden dzień (przynajmniej
na szkółce). Wybrałem to drugie rozwiązanie – i tym samym przedstawiłem bogaty w wydarzenia,
być może przeładowany i mało prawdopodobny, dzień z życia podchorążego. Co do drugiej części,
tej z praktyką w tle, nie miałem już takiej determinacji, aby pisać. Było lżej, było bardziej
po ludzku, było bliżej cywila, nie złościłem się tak. Ale za to pojawił się w pokoju kolega
o nieprzeciętnej fantazji, który stał się pierwowzorem Sławka Niesmacznego. No i to już
wystarczająco skłaniało, aby dokooptować część II i dalej pisać!
E–120
Paweł Podlipniak
posuń mnie za daleko to nie jest modlitwa
kobiet zabitych cichcem w martwych od słów wierszach
może to postrzał głowy z której wciąż wypływa
koszenila jak nektar z ostatnich chwil czerwca
i okrzyk palcie ołów w dni niezamierzone
gdy świst łopat śmigłowców rozsypuje popiół
z ognisk co nagą ziemię zwęgliły pod szronem
brunatnym od dojrzałych ziaren kawy z boku
pułkownik cicho mruczy madafakafares
próbując zważyć napis namazany nocą
na drzwiach chat pierworodnych przez gorliwe straże
pilnujące dzieciaków buszujących w zbożu
posuń mnie za daleko to spóźniony lament
chórzystów czuwających z palcami na spustach
w cieniu oliwnych gajów zanim mrok poplami
rozszerzone źrenice szkliste niczym judasz
Paweł Podlipniak
Radomianin z urodzenia (1968), z wykształcenia
bizantynista, z profesji nauczyciel j. angielskiego
i dziennikarz. Zawodowy dysydent. Autor tomiku
Aubade triste (MBP /ITE Radom 2010) Karmageddon
(Salon Literacki, Warszawa 2012). Laureat konkursów
poetyckich. Publikuje w prasie literackiej: Topos, Arterie,
RED, Notatnik Satyryczny, Fraza, sZAFa, Miesięcznik
Prowincjonalny.
49
Leszek
Pipka
Recenzje w tużurku
Podług zamówienia i umowy mam tu pisać
recenzje utworów, które przeszły przez ucho
igielne i dostały się do raju ustanowionego
przez Szanowną Redakcję. Aliści nie zawsze
się to udaje, jak choćby w tym numerze
Weryformatu, gdzie teksty literackie, beletrystyczne,
po części są wyimkami z większych całości,
nie dają kontekstów, a więc w miarę pewnego
gruntu, po którym może stąpać recenzent,
zatem moje wyznania nieuchronnie zmierzają
do gawędy, może nawet felietonu, choć dalibóg,
podle umiejętności słabe mam w tej dziedzinie
umocowanie. Wszystkich, którzy wątków
osobistych w recenzjach nie trawią – z góry
najserdeczniej przepraszam.
O wojnie pisać nie będę, choćby dlatego,
że jest blisko, krąży jak wściekły pies w zasięgu
wzroku, tuż za wschodnią granicą, bezwstydnie
demonstrując splot mechanizmów, chłód
politycznych kalkulacji, bezgraniczną obłudę postaci
z pierwszych stron gazet i milczącą obecność
tych z cienia, demiurgów pociągających
za sznurki, skinieniem dłoni przyzwalających
na działania kryjące się za neutralnym
wojskowo–medialnym żargonem, a oznaczające
naprawdę czyjąś śmierć czy cierpienie.
Nie mnie opisywać fenomen zarażenia
wojennym amokiem, choć zjawisko zostało
opisane i obfotografowane tak, że osiągnęło już
granicę zobojętnienia w odbiorze, ba, stało się
pełnoprawnym artystycznym tworzywem
nowoczesnej sztuki. Ale taką próbę podjął
Robert R. Jóźwiak w swoim Ogródku. Bardzo
mocne opowiadanie, napisane oszczędnym
językiem, w krótkich ekspozycjach, jak
w aktach dramatu pokazuje etiologię i przebieg
choroby. Bo to choroba jest straszliwa, mogąca
dotknąć każdego, choćby był człowiekiem
o duszy prostej i pięknej, atakuje perfidnie,
tym perfidniej, że narzędziem ataku czyni
innego, bądź innych, wcześniej zarażonych.
Nieuchronna, krwawa kulminacja przewrotnie
zostaje tu nazwana „przystosowaniem”,
niedwuznacznie nawiązując do darwinowskiej
terminologii, choć jednocześnie, – co przewrotne
– jest protestem człowieczeństwa przeciwko
wojennemu barbarzyństwu. Robi wrażenie
fabularna prostota dotykająca spraw zasadniczych.
Za to o wojsku napisać mogę. Bo go jakoś,
kuśwa, nie lubię. Teoretycznie w zasadzie,
gdyż w armii nie służyłem. A to dlatego,
że pomysł poświęcenia choćby dnia swojego
życia, żeby w towarzystwie podobnych
nieszczęśników i pod przewodnictwem jakiego
znudzonego psychopaty nurzać się w urokach
kompanijnego życia wydawał mi się zupełnie
kosmiczny. Wyłgałem się z przydziału (ech,
to całkiem fajna opowieść) do saperów na ulicę
Potulicką w Szczecinie, mając przypuszczenie
graniczące z pewnością co do osobistego pecha,
skutkującego niechybnie tą jedną, jedyną
pomyłką, którą żołnierz owej specjalności
ma do dyspozycji, przeżyłem krótki flirt
z kretynami w mundurach w Studium
Wojskowym na pewnej uczelni i kilkakrotnie
uchylałem się od ćwiczeń rezerwistów.
Trudno się dziwić, że po takich doświadczeniach
nijak nie działa na mnie czar munduru,
sztandary, defilady i męskie koleżeństwo
zawiązane przy szorowaniu latryn. Żeby
zamknąć ten wątek – osobista anegdotka.
Kwintesencją debilizmu militarno–ludycznego
w Polsce minionego ustroju był festiwal pieśni
wojskowej w pięknym mieście Kołobrzegu,
obficie transmitowany przez telewizję i radio.
Dziecięciem będąc usłyszałem piękne wersy
ozdobione marszową muzyką, idące mniej
więcej tak:
„Do woja marsz, do woja,
a ty nie płacz miła moja.
Tu ofermę na gieroja,
na kowboja zmienią ci, hej!”.
Niezła palantoza, nieprawdaż? W każdym
razie lata całe zastanawiałem się, kto zacz ów
„nagieroj”. Wyjaśniło się, gdy zaczęli mnie
uczyć (nie, żebym wyrażał entuzjastycznie chęć)
rosyjskiego.
50
Te i inne rzeczy przypomniały mi się przy
lekturze prozy Rafała Sochy. O koszarowej
rzeczywistości powiedzieli wszystko panowie
H&H (Heller i Hasek), wyznaczając południk
zero dla całej klasy takich opowieści, dlatego
tyleż istotny jest opis odmóżdżania człowieka
w warunkach permanentnego stresu przez
instytucję (a wojsko jest takową), co dekoracje,
w jakich proces ten się odbywa. I galeria
półgłówków w mundurach, która mu przewodzi.
Pod tym względem „Jak zostałem bażantem”
staje na wysokości zadania, dostarczając
zarazem reporterskiego opisu, jak i ciekawych
studiów nad jednostkami uosabiającymi zupacką
mentalność i inteligencję w połączeniu
z władzą, którą daje wojskowa hierarchia. Nihil
novi, lecz warto pomyśleć o tym, co jest
rewersem poligonowej sprawności, proporców,
tupotu paradnych przemarszów i grzmotu dętej
muzyki.
Za to Fabryka frajerów Krzysztofa Beśki
po prostu mnie zaciekawiła. I tytułem
– przedrzeźniającym Kirsta – i pokazaniem
specyficznej twarzy współczesnej wojny,
utajnionej, nieoficjalnej, poza konwencjami
czy międzynarodowym ustaleniami i zapleceniem
wątków, które układają się w niemożliwy
jeszcze do odszyfrowania wzór.
Zmierzajmy ku puencie. Nie sądzę, by wojna
jako narzędzie polityki kiedykolwiek przeszła
do historii. Jednak we współczesnym świecie
„żołnierz” to nazwa zawodu, wykonywanego
przez wykwalifikowanych, doinwestowanych
i wyposażonych specjalistów, przynajmniej
w kręgu naszej cywilizacji. Tu nie ma potrzeby
powierzchownego szkolenia mięsa armatniego,
które tak się dały we znaki całym pokoleniom.
Wygodne myślenie? Pewnie tak, ale zostawmy
problem w rękach profesjonalistów.
Co do mnie, na wszelki wypadek ćwiczę działania
partyzanckie w bezpośrednim sąsiedztwie
hektara ziemi, który mam zaszczyt posiadać.
To przemyślany plan. Wróg może przyjść – lub
nie, ale kiedy cała ta oferująca wymyślne
wygody cywilizacja pizgnie na ryj (a kiedyś
pizgnie), partyzancka samowystarczalność
okopana we własnoręcznie sporządzonej
ziemiance, z zimowym zapasem kartofli w kącie
i zamaskowaną udatnie polową latryną da jakąś
szansę na przeżycie. Czego i Państwu życzę.
22 października 2014 ukaże się w powieściowy debiut Patryka
Fijałkowskiego, naszego Weryfikatoryjnego kolegi, Patrena. Wielkie
gratulacje. Cieszmy się razem z Tobą!
Patryk Fijałkowski
(ur. 1992 w Wyszkowie) Pisarz, członek zespołu Wparkustraszy, w którym
działa jako wokalista, tekściarz i gitarzysta. Napisany w liceum Śnieg widmo
(2014) jest jego literackim debiutem. W ramach życiowego zabezpieczenia
próbował zostać najpierw anglistą, a potem hungarystą. Aktualnie pracuje
nad kolejną powieścią.
Redaktor naczelny: Marcin Świątkowski
Współpraca redakcyjna: Natasza Hebart; Leszek Pipka; Radosław Edward
Opracowanie graficzne: Daria “Galla” Olbrycht
Korekta: Dorota Pasek
Sekretarz: Agnieszka “Zoe” Kwiatkowska
Skład: Gosia Garkowska
Projekt okładki oraz grafiki © Galla
Kontakt: [email protected]
Redakcja zastrzega sobie prawo do korekty i opracowania edytorskiego otrzymanych
tekstów. Nadesłanie tekstu nie jest równoznaczne z jego opublikowaniem.
51
Grzegorz Chudy, A Flight Over Warszawska Street
Grzegorz Chudy
Urodzony w Katowicach w 1962 roku. Wodnik.
Malarz akwarelista, nauczyciel języka polskiego
i gwary, muzyk w zespole muzyki celtyckiej (flety,
akordeon, bombadry). Słowem - młody, dobrze
zapowiadający się artysta.
www.grzegorzchudy.pl
Download

Tutaj - WeryForma(t)