RABAN
„Róbcie raban!” (Franciszek, papież)
PISMO WIERZĄCYCH
Nr 2 (30)
http://www.wtrosceoradom.pl
Styczeń 2015
Ostatnia kula dla siebie?
Siemoniak na Śląsk!
Realia śląsko–górnicze są mi dosyć dobrze znane.
Przez kilka ładnych lat dziewięćdziesiątych dekady
ubiegłego wieku stale monitorowałem protesty pracownicze w górnictwie (wspomagane przez hutników
i kolejarzy). Byłem „etatowym“ Tygodnika „Solidarność” od tych spraw.
Problemy generalnie polega na tym, że kopalnie śląskie rzeczywiście często generują straty, ale jeszcze
bardziej r z e c z y w i s t y m jest fakt, iż przyczyną tych
strat jest tychże kopalń n i e d o i n w e s t o w a n i e
techniczne i organizacyjne.
Żaden rząd nie widział jednak potrzeby znalezienia
fury miliardów na modernizację kopalń. Prowadzono
wówczas, nic się od tego czasu nie zmieniło, gospodarkę można rzec rabunkową. Wyeksploatować ile się
da… I porzucić. Unia, oczywiście, też ani myślała, aby
dołożyć do polskiego węgla, bo walczy zarówno z węglem, jak i z Polską jako krajem uprzemysłowionym i
niezależnym gospodarczo. Cóż więc robić dzisiaj, kiedy konflikt się zaostrza, a premier Kopacz opowiadać
potrafi jedynie makabryczne bajeczki?
Skoro górnicy tak stanowczo protestują, a wicepremier jeszcze bardziej stanowczo m i l i t a r y z u j e nasz
kraj, to chyba dobrze byłoby ich postawić nos w nos…
Niech sobie pogadają.
140 miliardów na zbrojenia z łatwością rozwiązałoby wszystkie śląskie problemy. Niestety nie zanosi
się na to. Już drugie ćwierćwiecze ćwiczymy ten sam
wariant „obrony miejsc pracy“. Przez zamykanie zakładów. A jedyne „miejsca pracy“, które tworzymy, to
Irak, Afganistan, Ukraina, Państwo Islamskie etc, etc.
Bo NATO nas broni! Przepraszam, przed czym?
PS
Zamiast Siemoniaka z k a s ą, na Śląsk pojechała z pustą torbą Kopacz, by udowodnić, że umie się
p o d p i s a ć.
Motto I:
„Za drugą, trzecią skonów metą
Spartakus podniósł dłoń krzycząc
To nie to, to nie to!
Co d z i ś Sprawiedliwość zwą”
(C.K.Norwid: „Spartakus”)
Motto II:
„Nikt n a m nie zrobi nic
N a m nikt nie zrobi nic
Bo z n a m i jest
Bo z nami jest...
(śpiewane na imieninach u prezia)
Motto III:
„I brzoza przydrożna
Jak siostra pobladła
zostając we łzach...”
(Bułat Okudżawa)
Prezes Sądu Okręgowego w Radomiu, pan sędzia
Stanisław Jaźwiński, jest tyleż lakoniczny co i niekonkretny. W odpowiedzi na pismo petenta Sebastiana
Nadolskiego pisze: „W odpowiedzi na Pana pismo
z dnia 26 listopada 2014 r. informuję, że zostało ono dołączone do akt nadzorczych nad tokiem
sprawy, bowiem prezes sądu nie jest upoważniony
1
do podejmowania decyzji o jakie Pan wnioskuje w
piśmie. Jednocześnie informuję, że ze wszystkimi
wnioskami związanymi z władzą rodzicielską należy występować do sądu orzekającego w sprawie”.
Nie popełnię żadnego nadużycia, jeśli powiem, że
prezes zbył petenta niczym. Pismo prezesowskie nosi
datę datę 28 listopada i jest odpowiedzią na pismo petenta sprzed... dwóch dni! Czy prezes Jaźwiński w tak
krótkim czasie rzeczy iście rozpoznał sprawę petenta,
sprawę niebywale d r a m a t y c z n ą, bo dotyczącą
losu bardzo małego dziecka, procedowaną w sposób
niebywale skandaliczny, czy też całkowicie ją zlekceważył?
A jeżeli chodzi o tych pukających do bram młodych
a m a t o r ó w sprawiedliwości, to chyba miał na myśli
swojego syna oraz syna swego starszego kolegi sądowego i partyjnego Oziębły. To czołowa postać wspomnianych procesów Czerwca 76. To właśnie na postępowanie jego syna - sędziego Pawła Oziębło złożył
skargę petent Nadolski.
Szamoczący się
Oziębło junior poczyna sobie nader śmiało. Najwidoczniej odreagowuje stres, jakiego nabawił się na
ostatnim roku studiów prawniczych. Pani profesor
Małgorzata Król-Bobińska, omawiając pierwsze wersje prac magisterskich swoich studentów, oświadczyła zgromadzonym in corpore, że próba Oziębły jest
modelowym przykładem nieuctwa i nieudolności,
chociaż student usilnie starał się utrafić w gust promotorki. Pani profesor jest znaną abolicjonistką. I w
tym duchu student Oziębło zadziałał. Wypadło to jednak tak żałośnie, że profesor - abolicjonistka znacznie
wyżej oceniła prace zwolenników kary śmierci, chociaż się z nimi z zasady nie zgadzała. Doceniła jednak
wiedzę i umiejętność argumentowania. Z tym zaś najgorzej wychodzi t u m a n o m...
Było, minęło. Teraz to Oziębło rozdaje karty. Wskoczył w stare ojcowskie buty sędziowskie. Stare, ale
świeżo podzelowane Platformą. I t e r a z to on jest
przy głosie.
A wszystko co powie, staje się natychmiast p r a w e m!
Obowiązującym i niepodważalnym.
W starej tradycji prawniczej, już n i e a k t u a l n ej,
królował zwrot: -”A co u s t a w o d a w c a miał na
myśli konstruując ten przepis?”. -”Wypchaj się ze swoim „ustawodawcą” odpowiadają dzisiejsi sędziowie
pokroju Oziębły czy też podległego mu i posłusznego
Zająca. -Wypchaj się , frajerze! Nic mnie nie obchodzi
żaden tam „ustawodawca”. J a tu rządzę!
Formalny porządek demokratycznego ustroju jest
t e o r e t y c z n i e wszystkim znany. Władza należy do ogółu obywateli. O g ó ł jest suwerenem. Ale
ponieważ czasy demokracji k l a s y c z n e j, czyli
bezpośredniej przeminęły wraz ze starożytnymi Atenami, ogół obywateli sprawuje rządy poprzez swoich
przedstawicieli - posłów i senatorów. Oni s t a n o w i ą
prawo. Z tym, że to prawo ma b e z w z g l ę d n i e
na uwadze dobro ogółu obywateli i każdego z nich
k o n k r e t n i e. Ma spełniać wobec ogółu ludności
rolę służebną. Podkreślmy jeszcze raz: s ł u ż e b n ą.
Mają tego dopilnować s ę d z i o w i e.
Taka jest teoria. Ale p r a k t y k a jest całkowicie z
nią s p r z e c z n a.
Sędziowie, owszem, pilnują, ale własnych i n t e r e s ó w!
A dzieje się tak, ponieważ na śmierć „zapomniano”
o j a k i c h k o l w i e k instrumentach kontrolnych.
Ani ogół obywateli, ani też jego przedstawiciele polityczni nie mają żadnych możliwości monitorowania i
k o r y g o w a n i a poczynań sędziów. Demokracja,
w polskim wydaniu, ograniczyła się do z a d e k r e-
Żona esbeka?
A może czuje się całkowicie bezsilny wobec samowoli formalnie podległych sobie sędziów? To też możliwe. W peerelowskiej przeszłości sądy polskie były
nafaszerowane komunistyczną agenturą. Do utartego
obyczaju weszło zatrudnianie w sądach żon oficerów
SB. Poznańska, Dobrowolska, Zawada i inne panie o
esbeckiej proweniencji okupowały sędziowskie stołki.
Czy dzisiaj jest inaczej? Wszystko wskazuje na to, że
tylko f i n e z y j n i e j. Status takich osób jak KałCzyński czy Chamiej jest nader dwuznaczny...
A i sam fakt, że m a ł ż e ń s t w o Jaźwińskich od 13
lat okupuje gabinety prezesowskie i końca tej okupacji
nie widać, też daje dużo do myślenia.
Jeżeli prezes ma tak mało faktycznej władzy, że
nie jest w stanie przywołać do porządku nawet najbardziej na bakier będącego z jakimkolwiek porządkiem prawnym szeregowego sędziego, to po co mu to
p r e z e s o w a n i e?
Ma ono chyba jednak jakieś uroki i profity, skoro
chętnych nie brakuje, a nawet niektórzy popadają w
swoisty nałóg prezesowania?
Nie dla psa kiełbasa
Sędzia Jerzy Kępa prezesem nigdy nie został, chociaż wszystko p o z o r n i e wskazywało, że jest na
t ę funkcję wręcz „skazany”. Sędzia Jerzy Kępa zasłynął tym, że w stanie wojennym na sądowym urządzeniu poligraficznym drukował solidarnościową bibułę.
Wraz ze swoim pomagierem, Jackiem Kołodziejskim
- administracyjnym pracownikiem sądowym został
na tym niecnym procederze przyłapany, uwięziony i
skazany. „Żony esbków” wykazały się czujnością. W
III RP był przez jedną kadencję senatorem, a potem
wrócił do zawodu. I był systematycznie... degradowany! Stan spoczynku zastał go w sądzie... grodzkim. Po
osiągnięciu wieku emerytalnego, ekspresowo wysłano
go do domu. Podobnie jak i sędziego Karola Sawickiego. Ten „podpadł”, ponieważ w odmówił udziału w
sądzeniu uczestników Czerwca 76 roku.
Urzędujący wówczas prezes Łyś tłumaczył swoją
decyzję tym, że do bram sądu pukają nowe roczniki.
Nie przeszkodziło mu to jednak w przedłużaniu okresu zatrudnienia swoim kumplom z legitymacją PZPR.
Nie przeszkadza również i dzisiaj jemu samemu...
2
u p r z y w i l e j o w a n e g o potraktowania swoich
praw, kosztem ograniczenia do minimum praw ojca.
Rozstrzygnięcie, a rozstrzygającym był dobrze znany
nam sędzia Zając, było jak najbardziej p r a w i d ł ow e. Każdemu z rodziców zostały zagwarantowane
równe prawa. Dziecko miało pozostać przy matce, ale
Nadolski miał prawo do równoległej nad nim opieki.
Postanowienie rozsądne i oczywiste. Ba! A s i e ć ?
Nie zapominajmy o jej istnieniu!
To rozstrzygnięcie, które miało definitywne rozwiązać ten przecież zwykły życiowy problem, stało się
jedynie wstępem do niesamowitej historii z monstrualnymi powikłaniami.
Pełnomocniczka matki dziecka, mecenas Agnieszka Fijałkowska, zgodnie z poleceniem swojej klientki,
w przewidzianym terminie złożyła apelację od tego
wyroku. Natomiast pełnomocniczka Nadolskiego,
mecenas Bogumiła Bartosiak, nie tylko, że sprzeciwu
wobec tej apelacji nie napisała, ale nawet, go o jej złożeniu nie powiadomiła. Dlaczego? Bez zbędnych, jej
zdaniem, wyjaśnień zwróciła mu pieniądze i wycofała
się ze sprawy. Dlaczego? Tego dokładnie nie wiemy,
ale wiemy, że rozprawę apelacyjną Nadolski przegrał.
Prawa rodzicielskie zostały mu drastycznie ograniczone. Może widywać dziecko wyłącznie w obecności
ustanowionego kuratora, za którego „fatygę” ma słono płacić! Na jakiej podstawie można tak postąpić z
ojcem, który dał tysiąc przykładów troski o dziecko,
odpowiedzialności i rozsądku? Jak można zawierzyć
dobro dziecka w zupełności matce, o której wiadomo,
że prowadzi bardzo nieustabilizowany tryb życia, jest
nimfomanką i mitomanką? Uzasadnienie postanowienia nie zawiera żadnych a r g u m e n t ó w . Tak, bo
tak. Mecenas Bartosiak z całą pewnością taki właśnie
bieg sprawy przewidywała, adwokatem radomskim
jest nie od dzisiaj, i dlatego wycofała się ze sprawy.
Doszła do wniosku, że trzeba ustąpić. Mniejszy drapieżnik, na przykład lis, zawsze ustępuje z drogi większemu, na przykład wilkowi. A mecenas Bartosiak to
chytry lisek! Nie ma ochoty bić się z niedźwiedziem!
Mecenas Agnieszka Fijałkowska, pełnomocnik matki dziecka, to właściwie debiutantka i pod względem
merytorycznym nikt poważny. Ale jest przedstawicielką możnego rodu Fijałkowskich. Ojciec klanu
Wiesław Fijałkowski był przecież sędzią roku 1976!
Sądził razem z sędzią Jackiem Oziębło - ojcem dzisiejszego przewodniczącego wydziału rodzinnego.
Pił wódkę z prokuratorem Markiem Kopaczem. Kiedy już sprytnie przedzierzgnął się w adwokata... Był
w jednymi tym samym zespole adwokackim z Borysławem Szlantą - założycielem Unii Demokratycznej
w Radomiu. Podczas każdych wyborów kancelaria
rodzinna Fijałkowskich (ojciec, syn, córka) funduje
wielki baner i wystawia go na balkonie. A baner ów
zawsze popiera jakiegoś kandydata Platformy...
Nic zatem dziwnego, że mecenas Bartosiak wolała
przezornie zejść z drogi tak wpływowej personie. Nic
t o w a n i a niezawisłości sądów i na tym poprzestała.
Odzwierciedla się w tym szokujący p r y m i t y w i z m,
który można porównać jedynie z „zamawianiem”
choroby przez niegdysiejsze wiejskie babki.
Wypowie się zaklęcie magiczne i choroba ma zniknąć!
Zdegenerowane moralnie, zepsute do szpiku kości sądy komunistyczne z dnia na dzień po zaklęciu
s z a m a n a Mazowieckiego ozdrowiały i stały się
nie tylko „niezawisłe”, ale i co gorsza, również i
n i e o m y l n e.
W takich ramach, które słuszniej należałoby nazwać
s i e c i ą, porusza się obywatel, pragnący dochodzić
s p r a w i e d l i w o ś c i. Co już z samej definicji
jest przedsięwzięciem z góry skazanym na niepowodzenie. Bo jakżeż pogodzić s p r a w i e d l i w o ś ć
z s i e c i ą? No jak?
Sebastian Nadolski, bohater już czwartego naszego
wystąpienia, tego upiornego paradoksu doświadcza
codziennie od dwóch już lat. Zwrócił się do sądu
o r o z s ą d n e rozstrzygnięcie zwykłej sprawy
życiowej, najzwyklejszej - nieporozumień rodzinnych, a doświadcza metafizycznego h o r r o r u!
Sprawa Nadolskiego jest tak prosta, że bez żadnego trudu rozstrzygnąłby ją nawet a n a l f a b e t a.
Pod warunkiem, oczywiście, że miałby Boga w sercu,
a i serce we właściwym miejscu. Pisaliśmy już o tej
sprawie, ale raczej o towarzyszących jej potwornościach. Przypomnijmy więc chronologicznie podstawowe f a k t y. Jakieś trzy lata temu Sebastian Nadolski, samotny mężczyzna stanu wolnego, zapoznał
kobietę o identycznym statusie. Nie zamieszkali razem, a tym bardziej nie zawarli formalnego związku.
Doczekali się jednak dziecka. To już jest z o b o w i ąz a n i e bardzo poważne. Nadolski stanął na wysokości zadania. Matkę wraz z noworodkiem sprowadził
do swego wcale wygodnego domku jednorodzinnego
w Rajcu Szlacheckim.
Ale matka dziecka była innego zdania. Wybrała
wolność, jak to się mówi. Uciekła z pewnym zasobnym w kasę gachem, pozostawiając ojcu oseska.
Nadolski nie załamał się bynajmniej. Wyzwanie
opieki nad kruchą istotką podjął i zadaniu sprostał.
Synek chował się zdrowo i rósł w oczach. Brawo!
Świadom swoich obowiązków rodzicielskich, wyrządzony jego dumie męskiej afront przełknął i w najmniejszej nawet mierze nie kwestionował praw macierzyńskich swojej byłej partnerki. Zachęcał ją nawet do
tego usilnie. Dziecko bowiem, każdy to wie, potrzebuje dwojga rodziców. Ojca i matki.
Z własnej nieprzymuszonej woli dowoził dziecko
na widzenia z matką. A tej znowu odbiło. Tym razem
w drugą stronę. Nagle zapałała namiętną miłością do
porzuconego wcześniej synka. Samowolnie zatrzymała go przy sobie i zaczęła Nadolskiemu utrudniać z
nim kontakty. A nawet zwróciła się do sądu o prawne
uregulowanie kwestii opieki nad dzieckiem. Żądała
3
Czy młoda adwokatka, panna (bez dziecka!) jest rzeczywiście kompetentna, by tak bezpardonowo oceniać
kompetencje wychowawcze, psychologiczne, medyczne i dietetyczne człowieka, który bądź co bądź wychował już należycie dwie swoje starsze córki, od wielu
lat jest cenionym trenerem i wychowawcą sportowej
młodzieży, a jako żołnierz sił specjalnych przeszedł
również dogłębne szkolenie medyczne i posiada w
tym zakresie niebagatelną wiedzę. A ponadto jest, jak
sygnalizowaliśmy to już wcześniej, w roboczym kontakcie z całym szeregiem wybitnych lekarzy?
Przecież to są oczywiste fakty! Jednakże pannę
(bez dziecka!) adwokatkę fakty w ogóle nie obchodzą.
Czym zatem się kieruje? Na czym funduje to głębokie
a niewzruszone przekonanie o własnej omnipotencji?
też dziwnego, że pisma mecenas Agnieszki Fijałkowskiej nie zawierają żadnej konkretnej argumentacji, ale
za to bije z nich ton kategorycznej pewności s i e b i e:
„Kolejne pisma składane przez Sebastiana Nadolskiego, których nie sposób nie uznać za o b e l ż y
w e wobec Anety Skoniecznej, zawierające zarzuty,
które, zwłaszcza w świetle opinii biegłego psychiatry zalegającej w aktach sprawy, są b e z z a s a d
n e - powodują, że nie można przejść do porządku
dziennego nad treściami tam zawartymi i nie powinny być pominięte przy ocenie zdolności wychowawczych Pana Nadolskiego, a które winny zostać
ocenione przez biegłego psychologa lub psychiatrę w
d a l s z y m toku postępowania. Sebastian Nadolski
składa również szereg zawiadomień o popełnieniu
przestępstwa przez Anetę Skonieczną - od znęcania
się nad dzieckiem, przez posługiwanie się sfałszowanym świadectwem maturalnym, aż po udział w dokonywaniu aborcji. Wobec treści w/w pism, wskazujących j e d n e z n a c z n i e na stosunek Sebastiana
Nadolskiego do Anety Skoniecznej, przy ocenie jego
kompetencji wychowawczych, nie możemy brać pod
uwagę wyłącznie tego, czy potrafi on zmienić pieluchę i nakarmić dziecko, ale również, czy w sposób
właściwy oddziałuje na dziecko w sferze wychowawczej, psychologicznej, intelektualnej, a to wzbudza w
ą t p l i w o ś c i”. Brak s z a c u n k u w stosunku do
matki dziecka, absolutne przekonanie o swojej racji,
co do sposobu leczenia, szczepień czy odżywiania
dziecka, jak również swojej wiedzy z zakresu medycyny (z psychiatrią i neurologią włącznie), dietetyki
etc. powoduje z a s a d n e obawy, czy jest wydolny
wychowawczo i czy powinien w o g ó l e (!) sprawować opiekę nad małoletnim”.
Widać (chyba?) aż nadto wyraźnie „co jest grane!”
Udupić chłopa i pozbawić go całkowicie władzy rodzicielskiej! (Nota bene pani mecenas po prostu k ł am i e w sprawie „zalegającej” opinii psychiatrycznej
o zdrowiu psychicznym matki dziecka. W aktach sądowych nie ma nawet podstawowego badania EEG!
„Zalega” natomiast rzeczywiście negatywna dla matki opinia - diagnoza wstępna pani doktor Ewy Kudas).
Kłamie ponadto suponując, że Sebastian Nadolski nie wykazuje „szacunku” wobec matki swojego
dziecka. Owszem, zgłosił względem jej postępowania cały szereg zasadnych zarzutów, które w ogóle
nie zostały przez sąd wzięte pod uwagę, ale też złożył
na piśmie projekt ugody pomiędzy rodzicami dziecka. Proponuje równy podział praw, zaś większość
o b o w i ą k ó w (i wydatków!) bierze na swoje
barki. Jego gorącym pragnieniem jest, aby matka
zrozumiała w r e s z c i e swoją rolę i ją normalnie
realizowała. A przede wszystkim, aby nie u t r u dn i a ł a ma kontaktów z dzieckiem. Niezwykle wyważony tekst proponowanej ugody świadczy o bardzo konstruktywnym podejściu do tego bolesnego
problemu i ogromnym poczuciu realizmu życiowego, czego absolutnie nie można powiedzieć o drugiej stronie. Jednakże adwokatka tego już nie widzi...
Syn fabrykanta sprawiedliwości
No cóż, panna (bez dziecka!) Fijałkowska po prostu
nie czuje się o s a m o t n i o n a. Że stoi za nią ustosunkowany ojciec, były sędzia i były dziekan radomskich
adwokatów to jeszcze nie wszystko. Mocy i niezachwianej pewności siebie dodaje jej przede wszystkim
o b y c z a j o w o ś ć tego środowiska, w którym działa. Jest posłuszna, jest dyspozycyjna. A to się liczy!
Jej klientka jest w gruncie rzeczy nader marną
klientką. Co można wyciągnąć od ubogiej a rozrzutnej
pielęgniarki, która zarabia (Spółka „Medicon” pani
Łukasikowej - żony rektora naszego „uniwersytetu”)
raptem 1350 zł miesięcznie! Ale nie o pieniądze tym
razem chodzi! Chodzi o z a s ł u g ę! Tej protegowanej
z bardzo wysoka klientki panna Fijałkowska równie
gorliwie broniłaby nawet za darmo. To się bowiem
opłaci na przyszłość. Syn prokuratora okręgowego,
Krzysztofa Olesia, został niedawno zatrudniony w
podległej ojcu prokuraturze rejonowej. Córka prezesa radomskiego sądu 1976 roku, Włodzimierza Frani, jest świeżo upieczoną aplikantką adwokacką. To
są „meldunki z ostatnich dni”, ale to żadne novum, a
utrwalona od dawna praktyka. Wymiar sprawiedliwości radomskiej to swoiste l a t y f u n d i u m.
Kto wypracuje sobie układy w sądownictwie i powiązania polityczne ten może spać spokojnie. Chleba
i do chleba mu nie zabraknie. Taka jest „filozofia”
działań panny Fijałkowskiej, taka sama sędziów Oziębły (nieustannie i wbrew przepisom ingeruje w tę
sprawę na niekorzyść Nadolskiego) i Zająca.
Stawka większa niż życie
„Każdy orze, jak może” - można byłoby rzec o
tej sytuacji. Tyle, że to orka na naszym grzbiecie!
A w tym przypadku chodzi najzwyczajniej w świecie
o ludzkie ż y c i e!!! Dla Sebastiana Nadolskiego to
najważniejsza rzecz w jego egzystencji. SYN!
Czym jest p r a w d z i w y syn dla prawdziwego
m ę ż c z y z n y? Wszystkim, absolutnie wszystkim.
A czym jest jego u t r a t a ?
Żadną miarą nie możemy zgodzić się na to, by w
imię n ę d z n y c h interesów i interesików skorumpowanego środowiska prawniczego niszczone były
najszlachetniejsze ludzkie uczucia, by niszczone były
podwaliny ładu społecznego i moralnego.
4
Amatorzy i p r o f e s j o n a l i ś c i
TVP triumfująco doniosła, że redaktorzy „Charlie
Hebdo“ nie ulegli terroryzmowi i nadal smarują złośliwe, obsceniczne karykatury Mahometa i że tak jest
dobrze. Hm,hm… A czemu jest ź l e, jeśli inni artyści
smarują fekaliami ściany synagog?
Polska bida
Ogórek jest. Wódki ni ma.
Łoksford
S p o k o j n e samopoczucie
Kanonem wykształcenia politycznego w PRL był
Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu
(WUML). W III RP wymagania niebotycznie wzrosły. W związku z tym Radosław Sikorski ukończył w
młodości sławny uniwersytet w Oxfordzie. Skutkiem
tego wydaliśmy z kasy państwowej ćwierć miliona
złotych na szlifowanie angielskiego języka jego przemówień jako ministra spraw zagranicznych RP. Nie
były to pieniądze wyrzucone w b ł o t o. Dostawał
je dyplomata angielski (ambasador!), który zadbał też
i o to, a właściwie przede wszystkim, aby te przemówienia brzmiały tak, jak tego sobie zachodnie Żydki
życzą. Zaręcza za to niejaki Szenfeld.
Ktoś życzliwy zapytał mnie, jak się czuję w nowym
roku? Odpowiedziałem, że jak kajakarz na Pacyfiku…
Identyfikacja n e g a t y w n a
Je ne suis pas Charlie (Chaplin)
Identyfikacja p o z y t y w n a
Ja jestem polskim górnikiem d o ł o w y m!
Referencje
Czy Andrzej Duda – pisowski kandydat na prezydenta RP posiada stosowne kwalifikacje do objęcia
tego urzędu? Jak najbardziej! Posiada on, podobnie
jak Komorowski i Sikorski, żonę Żydówkę, Kornhauser z domu, córkę profesora UJ Juliana Kornhausera
- p o l o n i s t y. W y s t a r c z y?
Wolność słowa
Allah Akbar.
Lekarze przeciw wojnie
Już wszyscy Żydzi są w domu
Słowa uznania należą się lekarzom z Zielonogórskiego Porozumienia za to, że tak stanowczo zaprotestowali przeciwko monstrualnym wydatkom na zbrojenia. Są ogromne pieniądze na śmiercionośny sprzęt,
a nie ma paru groszy na leczenie obywateli?
Noam Chomsky, genialny językoznawca amerykański, ojciec gramatyki generatywnej – idei, głoszącej,
że człowiek rodzi się z gotową predyspozycją do nauki
języka, zakodowaną w genach i strukturach mózgowych, sceptycznie zapatruje się na rzekomo ogromne
zdolności lingwistyczne małp bonobo. Wedle bowiem
niektórych entuzjastycznych doniesień ich badaczy i
opiekunów doskonale r o z u m i e j ą one język ludzki
(w tym przypadku angielski) potrafią pojąć sens kilku
tysięcy słów pojedynczych i cały ich zdania złożone.
Chomsky jednak powątpiewa. Argumentuje, że byłoby to nader d z i w n e, gdyby stworzenie (małpa),
które z przyczyn anatomicznych nie jest zdolne do
posługiwania się językiem, posiadało jednocześnie
zdolność jego rozumienia? W przyrodzie wszystko
jest przecież celowe i u w a r u n k o w a n e. Gdyby
słoń posiadał chwytne ręce, nie posługiwałby się trąbą, czyli nosem!
Wybitny uczony, który nie dostał jednak Nobla i nigdy go nie dostanie, chociaż jest Żydem, ale, niestety,
też i zaciekłym antysemitą, w tym przypadku się myli.
A błąd jego wynika z niedoinformowania…
Nas też fascynowała zagadka bonobo - ulubionych
małp Michnika, zachowujących się często jak ludzie,
jak bardzo głupi ludzie. Też wysłaliśmy do Afryki,
do jej najbardziej niedostępnych rejonów, gdzie bytu-
Sto dni?
Studnia (zatruta).
Expose
To ja l e ż ę na czele rządu!
Jesień III RP
W y k o p k i będą nędzne.
Wyjście (zejście)
Kopacz do kopalni!
„Charlie”
Poczucie humoru bywa dosyć rozmaite.
Ksiądz Lemański
Niska ambona.
5
ją bonobo, specjalną ekspedycję naukową, która właśnie powróciła z misji. Nasi naukowcy ustalili ponad
wszelką wątpliwość, że złośliwa inteligencja tychże
małp i ich nieprawdopodobna rozwiązłość seksualna
bierze się stąd, że one wcale nie są małpami!
Są natomiast owym sławnym dwunastym plemieniem Izraela, które podczas wędrówek gdzieś się zawieruszyło. A teraz się odnalazło. Wreszcie!
Niebywały seksualizm tych nieszczęsnych stworzeń
bierze się zaś stąd, że od amerykańskich badaczy żydowskiego pochodzenia dowiedziały się one o Freudzie i jego przesłaniu. W te pędy ogłosiły go swoim
Mojżeszem.
No dobrze, rozumieją wszystko, nawet tajniki psychoanalizy, Ale dlaczego jednak nie s z w a r g o c z ą?
To też zostało dokumentnie wyjaśnione. Jak wiadomo
Żydzi uparcie dążą do rozwikłania wszystkich tajemnic bytu, a jęzor służy im do przekazywania i propagowania zdobytej wiedzy. A skoro wszystkie zagadki
zostają rozwikłane, a tak się właśnie stało w przypadku tych małp, język staje się już niepotrzebny i zanika.
Bo i po co, skoro wszystko jest j a s n e?
Nie mamy zatem w stabilnej klasy średniej I tym samym nie możemy mówić o żadnej demokracji.
Prawdziwa demokracja to następujący model struktury społecznej: 90% klasy średniej o zadowalających
zarobkach (rozpiętość dochodów wewnątrz tej klasy
nie powinna przekraczać proporcji 5 do 1), 5% lumpenproletariatu, który potrzebuje wsparcia oraz 5%
najbogatszych menedżerów.
Tylko tak ustrukturyzowany ogół ludności gwarantuje spokój społeczny. Rządy n i e p o d z i e l n i e
należą do klasy średniej. Ani lumpenproletariat, ani
bogacze nie odgrywają istotniejszej roli p o l i t y c zn e j. Chociaż oczywiście mają prawo głosu i jakiś
wpływ na decyzje mogą wywierać. Ale potężna klasa
średnia trzyma w ryzach bogaczy i nie pozwala im na
skorumpowanie i przejęcie władzy (czujnie też monitoruje poziom akumulacji kapitału, aby nie stał się on
n i e b e z p i e c z n y) i solidarnie dokłada na utrzymanie lumpenproletariatu, aby nie stał się on zarzewiem destrukcyjnych niepokojów społecznych.
To jest ideał społeczeństwa demokratycznego, do
którego nam nie tyle daleko, co po prostu „nie po drodze“! Nie po to organizowano Okrągły Stół i przejmowano władzę, by dawać nam w p r e z e n c i e
demokrację. Zamysł był inny…
Trąbiło się wprawdzie rozgłośnie o „klasie średniej“,
Ale jednocześnie robiono wszystko, aby ona nie powstała. W 1. rzędzie pozbawiono Polskę własnych,
niezależnych od kapitału zagranicznego b a n k ó w.
A potem poszło jak po maśle…
„Wiele rzeczy może być narodowymi, Ale dziś już
nikt nie wierzy, aby f i n a n s e mogły być n a r od o w y m i. Sprawy finansowe są międzynarodowy. Nikt dziś nie wierzy, aby w międzynarodowym
świecie finansowym rządziła konkurencja. Wielcy
władcy, te nieliczne jednostki, których umysł widzi jasno cały plan g r y, kierują licznymi domami bankierskimi i kompaniami trustowymi, Przy
czym jedne z tych organów używane są do jednego celu, inne do drugiego, ale n i e m a pomiędzy nimi żadnego rozdźwięku, żadnych odchyleń
w m e t o d a c h przeze mnie stosowanych“.
Kredyty we frankach szwajcarskich to właśnie
„m e t o d a“, by zdusić w zarodku polską klasę średnią. 700 tysięcy osób (licząc z rodzinami ponad 2 miliony) żyje z garbem długu hipotecznego w walucie,
która u s t a w i c z n i e, jak na drożdżach, rośnie. Czy
to przypadek, że tylu pożyczkobiorców, ludzi bynajmniej nie n a i w n y c h, zaciągnęło taki właśnie typ
kredytu?
Usilnie ich przecież przez całe lata do tego n a m aw i a n o. Wydano furę pieniędzy na reklamę i promocję właśnie takiego d ł u g u. A potem postąpiono dokładnie tak samo, jak zobrazował to Krzysztof Krause
w pamiętnym filmie pt. „Dług“.
Doprawdy nie trzeba mieć ani odrobiny wstydu i
przyzwoitości, by dzisiaj wyjść, jak czynią to niektórzy polscy „ekonomiści“, i pleść, że to wyłącznie ryzyko w ł a s n e kredytobiorców, których wręcz nazywa
się „spekulantami“.
Cytat, który jest j ą d r e m niniejszego wystąpienia,
pochodzi z wiekopomnego dzieła wybitnego amery-
Warszawa walczy
Na koszernym polskim rynku prasowym ukazał
się nowy tytuł, którego nie wolno przegapić „Gazeta Warszawska”. Dewiza tego publikatora brzmi
następująco: „Nie obchodzą nas partie lub te czy
owe programy. My c h c e m y Polski suwerennej,
Polski Chrześcijańskiej, Polski - p o l s k i e j”. Nic
dodać, nic ująć. Jeżeli tego z e c h c e większa część
narodu, to tak właśnie będzie! Życzymy zatem powodzenia w tym zbożnym przedsięwzięciu.
Franca szwajcarska
– Niech żyje demokracja! Czy to jest słuszne, godne
polecenia hasło? Niezupełnie. Bo to tylko puste słowa.
Nic właściwie nie znaczą. Slogan. Brak konkretów i
treści. Należy raczej (głośno!) krzyczeć: Niech żyje
klasa średnia! Dlaczego?
A dlatego, że to właśnie klasa ś r e d n i a jest sednem demokracji. Te dwa słowa: „demokracja“ i „klasa
średnia“ to właściwie synonimy, Bliźnięta jednojajowe. Jedno bez drugiego nie f u n k c j o n u j e.
A cóż to jest owa „klasa średnia“ i dlaczego to takie
istotne dla bytu demokracji? „Klasa średnia“ jest pojęciem e k o n o m i c z n y m. Oznacza ona tę część
społeczeństwa, która ma u s t a b i l i z o w a n ą
sytuację zawodową i finansową. Zarabia na tyle dobrze i p e w n i e, że nie musi nieustannie drżeć
o jutrzejszy dzień. „Klasa średnia“skupia zatem ludzi
bardzo różnych profesji i o bardzo zróżnicowanym poziomie intelektualnym. Należy do nich zarówno profesor uniwersytetu, jak i wykwalifikowany robotnik,
jak i pomysłowy domokrążca. To są bardzo, bardzo
różni ludzie, ale łączy ich jedno: pewność zarobków.
Taki jest s e n s demokracji.
Jak wiemy z codziennego doświadczenia, pewności
zarobków w tym kraju nie ma, z wyjątkiem bezliku złodziei różnego autoramentu i kalibru, właściwie n i k t.
6
kańskiego przedsiębiorcy sprzed 100 lat, Henry’ego
Forda, pt. „Żyd międzynarodowy“. Dzieło to powinien skrupulatnie przestudiować każdy człowiek, który dzisiejszych warunkach chce pożyczyć pieniądze.
Wrócimy jeszcze do tego tematu. Na dzisiaj warto
jeszcze dodać, że te o p l u w a n e Węgry, ten wyszydzany Orban, już dawno rozprawił się z tą niecną
intrygą. Na co my czekamy?
Kwiatu listek, upuszczony tam,
Papierową szepnął mi coś wargą,
Wśród salonu pustego sam i sam;
Rosa jemu i świt byłyż skargą?
Otworzyłem okna z drżeniem szkła,
Że aż gmachem wstrzęsła moja siła:
Z kandelabrów jedna spadła łza - ...........................................................
Ale i ta jedna z wosku była!
Czy to p r o r o c t w o?
Bardzo byśmy chcieli, aby ten „bal maskowy“ zwany III RP wreszcie się skończy. Chyba to miałam na
myśli również dzielna r e c y t a t o r k a. Tytuł wiersza
Norwida brzmi bowiem w y m o w n i e „Po balu“!
PS
Aleksander Kwaśniewski „pieprzył“ następująco:
„Zapowiedziałeś, że najchętniej przemówił byś sam.
Był to taki przewrotny żart…“???
Czy socjalizm musi być b e z b o ż n y?
ciąg dalszy ze str. 8
Józef Oleksy miał pogrzeb katolicki. Odprawił go
arcybiskup Leszek Sławoj Głódź, Z którym połączyła go przyjaźń osobista. W młodości sam Oleksy był
s e m i n a r z y s t ą. A potem poszedł w komunisty…
Szacunek dla religii jednak zachował. Sytuacja ta
prowokuje do pytania: czy możliwe jest pogodzenie
orientacji religijnej z socjalizmem?
Patrząc na rzecz historycznie, pytanie to należy
uznać za n a j g ł u p s z e ze wszystkich możliwych! Nie sięgając nawet aż do Chrystusa i jego
apostołów, nawet do świętego Franciszka z Asyżu,
należy przypomnieć, że pierwszy nowożytny s o c j al i s t a Tomasz Morus, autor dzieła pt. „Utopia“, był
przecież księdzem, arcybiskupem Canterbury i oddał
życie za wiarę, został przez kościół Katolicki uznany
za świętego. Katolikiem był też Campanella - włoski
myśliciel okresu renesansu, autor „Państwa Słońca“ sfabularyzowanej doktryny socjalistycznej równości
i sprawiedliwości.
Do czasów Marksa i Engelsa nie było pomiędzy socjalizmem a wiarą religijną żadnego konfliktu. Ateizm do socjalizmu wprowadzili dopiero Żydzi. Być
może zaaresztowana mowa Oleksego zawierała jakieś odniesienia do tych faktów? Może Oleksy chciał
w y p r o s t o w a ć ten Żydowski Garb? Bo czyż sprawiedliwość społeczna może być Sprzeczna z Bogiem?
Pod wpływem żydostwa lewica zeszła na kompletne
manowce. Do materialisty Marksa dodał swoje trzy
grosze obsesyjny seksualista Freud I skutkiem tego
wpatruje się Biedroniu przyszłego tejże „lewicy” lideray. A może jednak powrócić do t r a d y c y j n e g o
myślenia? Ono zaś zasadzało się, na tym że socjalizm
jest dla zwykłych, n o r m a l n y c h ludzi, a nie dla
zboczeńców…
Hieny pogrzebowe
Oleksy miał chyba też świadomość tej pułapki.
W każdym bądź razie nie życzył sobie, aby „pieprzono“. Wola umierającego jest ś w i ę t a!
Ale nie dla amatorów pieprzenia! Pomimo wyrazistego veta nieboszczyka, nie darowano sobie okazji,
aby się p o p i s a ć. Ponieważ Oleksy był premierem,
zatem nie mogła takiej okazji przepuścić Ewa Kopacz.
Ponieważ Oleksy był marszałkiem Sejmu, nie mógł takiej okazji zmarnować Radosław Sikorski. Ponieważ
Oleksy był też przewodniczącym S LD, nie mógł przepuścić takiej okazji Aleksander Kwaśniewski. Tym
bardziej, że wszyscy troje bardzo lubią się publicznie
m i z d r z y ć i wszyscy troje mają aktualnie wielkie
problemy wizerunkowe. Sikorski za rozliczenia, Kopacz za kopalnie i Kwaśniewski za Stare Kiejkuty…
Oleksy był już poza tym targowiskiem próżności.
Chciał zatem sam do zebranych przemówić. Przemówienie swoje nagrał. Byłby to zapewne bardzo interesujący t e k s t. Niestety, nie pozwolono go upublicznić. Jedynie córka zmarłego, bez słowa komentarza,
odczytała nad trumną wiersz C.K.Norwida:
„Po balu”
Na posadzkę zapustnej sceny,
Gdzie tańcowało-było wiele mask,
Patrzyłem sam, jak wśród areny,
Podziwając raz słońca pierwo-blask.
I na jasnej woskiem zwierzchni szyb
Kreślone obuwiem lekkim kręgi Czarodziejskich jakoby pisań tryb
Z ziemi do mnie mówił, jak z księgi.
7
Ostatnia polska karta
Hieny pogrzebowe
Kot (nasz ulubieniec!) był ostatni. Murańka, Zniszczoł, Kubacki–wszyscy po kolei psuli fatalnie swoje
skoki. Czekaliśmy na Żyłę, a ten okazał się najgorszy.
Co działo się w duszach Tajnera i Kruczka – trudno
sobie wyobrazić. Piekło!
Jedynie Szaranowicz nie tracił rezonu. Bywalec! Ma
duszę h a z a r d z i s t y. Pozostał jeszcze Stoch. Ostatnia nadzieja. Kamil pokaże! Jest przecież na czele
stawki. Nie może nas zawieść! Nie zawiódł. Zwyciężył. I to w pięknym stylu, po pięknej walce z wielkimi
konkurentami: Kraftem, Freundem, Prevcem, Haybeckiem…
„Jeszcze Polska nie zginęła…“ Po kiepskiej Wiśle,
Po dotkliwej porażce drużynowej poprzedniego dnia,
po marnych popisach wszystkich innych, wreszcie
upragniony t r i u m f.
Olbrzymia widownią zakopiańska oszalała i miała
swoje j e d n o d n i o w e święto. Dobre i to. Może
przykład będzie zaraźliwy. Może przełoży się na Polską politykę, która zaledwie k i c a… Trzeba nam
p o l i t y c z n e g o Stocha! Inaczej zginiemy.
Pogrzeb Józefa Oleksego żadną miarą nie da się
porównać z monstrualno-patetycznym pogrzebem
rozbitka smoleńskiego Lecha Kaczyńskiego, ale i on
chociaż bez porównania skromniejszy narobił sporo
zamieszania.
Polacy uwielbiają pogrzeby. Budzą one bowiem
uśpione w znoju dnia codziennego odczucia transcendentne. Pogrzeb to Dialog z wiecznością. Zatem
ta skłonność Polaków do funeralii jest sama w sobie
godna szacunku. Dobrze o nas świadczy…
„Nie ma jednak róży bez kolców“. To co dla ogółu
jest momentem wzniosłego kontaktu z ponadzmysłowym, dla niektórych jest okazją do załatwiania najbardziej prozaicznych, prostackich potrzeb i interesów.
Józef Oleksy wyraźnie nie życzył sobie, podał to do
wiadomości publicznej, aby ktokolwiek z klasy politycznej przemawiał nad jego trumną. Żeby „nie pieprzył bezsensu, a w dodatku nieszczerze“ – jak sam to
dobitnie określił. Pogrzeb premiera RP nie jest objęty
jakimś specjalnym „protokołem dyplomatycznym“.
Kłóciłoby się to nawet z zasadą demokracji. To, że
kogoś wybrano, nie oznacza jeszcze jakiejś a u t om a t y c z n e j nobilitacji. Znacznie, bez porównania
ważniejsze jest to, jak na swoim urzędzie się sprawował. Wybór nie tylko nie oznacza jakiejś „nobilitacji“,
Ale może wręcz skutkować d e g r a d a c j ą. Dla niektórych, dla ich pamięci i potomnych, lepiej by było,
gdyby ich nigdy na żadne stanowisko nie wybierano…
Nie kieruje tych słów pod adresem Oleksego bynajmniej, Ale kieruję je do większości „wybranych“ III
RP. Lepiej, żeby was nie wybieram! Żyjąc jako zwykli
obywatele być może zasłużylibyście na trochę szacunku potomnych…
Wola Narodu.
Czy jest to możliwe? Tu dotykamy najgłębszej t a j e mn i c y z życia narodów. Jeśli n a r ó d czegoś naprawdę chce, z całej mocy, to wszystko jest możliwe.
Wszystkie przeszkody zostaną przezwyciężone. Stoch
się znajdzie!
Bo najgłębsza prawda, którą mogliśmy na własne
oczy w Zakopanem oglądać, o tych zawodach jest następująca. Zwyciężyła ta trzydziestotysięczna widownia, żywiołowo gorąca, namiętna. Stoch, nic mu nie
ujmując, wykonał jedynie jej w o l ę.
(„Oni (Polacy) mogliby dużo mieć, gdyby oni
c h c i e l i chcieć!” - pisał ponad 100 lat temu Stanisław Wyspiański. Miał rację.) „Jak Pan Bóg dopuści,
to i z k i j a wypuści!” - mawia zaś polski łebski
ludek. Szkoda tylko, że czasem o t y m zapomina...
(Jackowski - znany polski j a s n o w i d z zapowiada
wielka niespodziankę w w i o s e n n y c h wyborach
prezydenckich. Jego zdaniem ma szanse z w y c i ęż y ć ktoś spoza głównej stawki politycznego złomu.
Obstawiamy Pawła Kukiza! (To s k o c z e k!)
ciąg dalszy na str. 7
„RABAN” PISMO WIERZĄCYCH
Tel. 669 710 247
Redaktor Naczelny: Edward Smyk
Z-ca Redaktora Naczelnego: Piotr Bazylewicz
Sekretarz Redakcji: Adam Mariusz Wiśniewski
Współpraca: Karol Krugłowski
Nakład: 100 egz.
Puder i sztygar
Rzeczniczka (nie)naszego rządu Małgorzata Kidawa-Błońska o tyle o ile przypomina urodą i opanowaniem Sophię Loren. To poważny atut w wystąpieniach
publicznych. Ale nie wystarcza, by wytłumaczyć pozytywnie politykę t e g o rządu. To tak jakby na sztygara, wracającego z szychty, wysypać worek pudru.
Nie pomoże!
8
Download

RABAN nr 2 2015 - w trosce o radom