ISSN 2083-9448
K R E S OWY
N I E Z B Ę D N I K 2012
ORGAN MEDIALNY POROZUMIENIA POKOLEŃ KRESOWYCH
Serwis Informacyjny
PAMIĘTAĆ O KRESACH, O MAŁEJ OJCZYŹNIE PRZODKÓW,
TO NIE TYLKO OBOWIĄZEK, ALE ZASZCZYT
Numer 04/2012 (11)
1 kwietnia
Wielkanoc obchodzona na Kresach,
to także Wielka Noc polskiej tradycji.
OPOWIEŚCI
BABCI
Ewa Fulińska-Nadachowska urodziła się 4 marca 1925 we Lwowie
jako najmłodsze dziecko Stefanii i
Benedykta Fulińskich. Miała 4 starszych braci: Jędrka, Jacka, Stefana
i Wojtka. Mieszkali na peryferiach
miasta przy ul. Tarnowskiego 82 w
domu z wielkim ogrodem, za którym widać już było wzgórza i łąki.
Więcej na stronie 47
___________
Z dala słychać trzask gałęzi,
to zajączek przez las pędzi.
Chociaż Wielka jest sobota,
ciężka czeka go robota.
Z hukiem wpada do kurnika,
bierze jajka, szybko znika,
w drodze wszystkie je maluje,
z trudem tempo utrzymuje.
PISANKI
Jajko najczęściej jest kojarzone ze
świętami Wielkanocnymi. Weszło
do kultury jako symbol odradzającego się życia, wiosny i zmartwychwstania natury, a także początku
wszystkiego, co żyje.
Więcej na stronie 57
__________
Na Ukrainie nie jest łatwo robić do- Głubczyccy Kresowianie
bre uczynki.
Zakończenie II wojny światowej wyzwoliło wśród narodów Europy falę
II konwój "Wschodniej Misji Miłosierdzia" powrócił już szczęśliwie do
domu, dzięki miedzy innymi pozytywnej energii wytwarzanej przez tych,
którzy kibicowali nam w wyprawie, za co od razu, na samym początku relacji dziękuję. Nie udało się nam wprawdzie pokonać bariery nieżyczliwości,
stworzonej przez funkcjonariuszy państwa, które tak za bardzo o swoich ...
Więcej na stronie 36
__________
Z pisankami zdążyć musi
zanim z Rezurekcji wrócisz.
Potem trochę chłop odpocznie,
w ciepłym gniazdku sobie spocznie
migracji na niespotykaną do tej pory skalę. Wśród przemieszczających się
osób byli ci, którzy powracali z wojny, obozów pracy i obozów koncentracyjnych. Byli również ci, którzy zostali poddani masowym przesiedleniom
w efekcie zawartych porozumień w Jałcie, a następnie w Poczdamie. Do tej
grupy osób należała ludność polska zamieszkująca wschodnie terytorium
Rzeczpospolitej Polskiej sprzed 1939 r.
Więcej na stronie 23
__________
Dawnych wspomnień.... nie tylko czar Lwowskie Wielkanocne Święta
W tym roku skończyłam 75 lat i gdy napisałam tę cyfrę, to się przestraszyłam, że jestem taka stara a ja przecież tego w ogóle nie czuję. Wszystko
wydaje mi się, że było tak niedawno ale to stwierdzenie jest też prawdopodobnie oznaką starości. Mam opisać wspomnienia a że wszystko zaczyna
się od urodzenia więc i ja tak spróbuję.
Więcej na stronie 5
___________
Szwadron Ułanów Wołyńskich w kwietniu 1944
W kwietniu rozpoczęła się ofensywa niemiecka na nasze oddziały. Naloty
przynosiły duże straty głównie w sprzęcie, tabor, konie, budynki. Dowództwo wydało rozkaz stworzenia obrony przeciwlotniczej. Nasza trójka zbudowała kołowrót. Był to słup, na którym poziomo zamocowaliśmy obracające się koło. Na kole zamontowaliśmy nasz ręczny karabin maszynowy.
Można było z niego strzelać w każdym kierunku. Nasz pomysł podchwycili
inni. Otrzymaliśmy pochwałę w rozkazie dziennym dowódcy. Efekt całej
naszej obrony był taki, że samoloty latające nad samymi naszymi głowami
ostrzeliwując i zrzucając bomby......
Więcej na stronie 6
www.ksi.kresy.info.pl
Wielkanoc, Zmartwychwstanie Pańskie - najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie
upamiętniające zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa, obchodzone przez Kościoły chrześcijańskie wyznające Nicejskie Credo .( Nicejskie
wyznanie wiary - symbol ogłoszony w czasie pierwszego Soboru powszechnego w Nicei w 325 roku,
Więcej na stronie 45
__________
Miejsca długo nie zagrzeje,
coś mu się na głowę leje.
Głośno śmieje się baranek:
To już Lany Poniedziałek!
Nie zapomnij wydrukować bieżącego numeru
Kresowego Serwisu Informacyjnego
i przekazać go Kresowianom którzy
jeszcze nie mają dostępu do Internetu.
Z ostatniej chwili - Pilne!!!
Kolejna głodówka "W obronie nauczania historii"
Więcej na stronie 29
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 1
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
To było we wtorek 18 kwietnia 1944
Mieczysław Stoś – Wierzbowski
„LIS”
To było we wtorek, tak z całą pewnością we wtorek 18 kwietnia 1944
roku w Stężarzycach. Artyleria niemiecka waliła w naszą stronę i wystrzeliwała się na nasze pozycje od
północy z Mosuru. Usadowił się
tam Wehrmacht i 50 piłk piechoty
Honwedów. Nasze dowództwo stacjonowało w gajówce Stężarzyce.
Właściwie nie było nas tu wielu. W
gajówce sztab Dywizji i „Gromady”, a w rejonie oddział ochrony
sztabu, oddziały łączności, zwiad
ppor. Jerzego Neumana „Hińczy” ,
oddziały
obwodowe.
Jeszcze
Niemcy nie atakowali bezpośrednio naszych pozycji obronnych ale
lot rozpoznawczy samolotu i nasilenie ognia artylerii sugerowały narastające niebezpieczeństwo. Zagrożenie sztabu Dywizji to
poważna sprawa. Choć wszystkie
nasze oddziały były wciskane w
las, stanowiliśmy dla Niemców poważne niebezpieczeństwo, znaliśmy teren i mogliśmy ułatwić Armii Czerwonej okrążenie Kowla,
odcięcie wojsk niemieckich w
Uściługu i Włodzimierzu Wołyńskim, tym bardziej, że w Liskach i
Turaczynach stacjonowały oddziały partyzantki sowieckiej gen. Fiodorowa , która dążyła do przebicia
się za wszelką za Turię na wschód i
przez linię frontu. Dlatego Niemcy
atakowali nas od północy i południa i wystawiali wszystkie siły
swojego zaplecza przeciw nam. Od
Uściługu atakowały nas 131 DP i
związki taktyczne z dywizją pancerną jednym ramieniem bezpośrednio na wieś Stężarzyce, na
kampanię saperską Franciszka Zacharozuka „Tura”, drugim kierując
się na Rudę, by zamknąwszy okrążenie przez połączenie ze swoimi
wojskami z północy odciąć nas od
frontu i uniemożliwić odejście, na
wschód. Z północy od Jagodzina
przez Rymacze na Zamłynie port
50p.p. Honwadów, od Lubomla nacierały związki taktyczne 211 DP i
216DP i 5D Panc „Wiking”, która
jednym ramieniem przez Czrykos,
Owłoczym i Turyczan, kierowały
się na Rudę, by połączyć się z wojskami z południa, a drugim przez
Pustynkę i Mosur chciały przebić
się bezpośrednio przez wąski pas
lasu i pola, zaatakować na wieś
Stężarzyce od północy i tym sposobem zamknąć pierścień okrążenia,
zamykając nas w lesie Stężarzyce.
Tej drugiej możliwości nie braliśmy pod uwagę znając warunki terenowe i swoje siły. Prawdopodobnie Niemcy albo nie docenili
naszego rozmieszczenia, albo mając wojsko pancerne liczyli raczej
na rozbicie taranem naszych sił i
likwidowanie rozbitych ogniw. Ponieważ utraciliśmy Liski i Pisarzową Wolę, a poważna część partyzantki gen. Fiodorowa przeszła z
Lisek drogą w Rudzie i kierując się
na Turczny połączyła swoje siły i
uszła na wschód przed samym nosem Niemców którzy połączyli się
w rejonie Hajek, nasza szansa przebicia się za Turię była mniej niż
znikoma, dowódca dywizji ppłk
dypl. Jan Wojciech Kiwerski „Oliwa” podjął decyzję skierowania się
na zachód. W kompleksie leśnym
Ziemlicy znacznie większym niż
Kompleks Stężarzycy, były lepsze
warunki obrony gdyż od zachodu
chronił Bug, od północy błota Neretwy , od południa Błota Ługu.
Dlatego szpital i kwatermistrzostwo z rejonu gajówki Dobry Kraj
miały natychmiast skierować się
poza Hradę Mosurską gdzie już był
drugi leśny szpital i kwatermistrzostwo, a sztab dywizji miał przemieścić się do nadleśnictwa Dobry
Kraj. Ponieważ teren między gajówką Stęrzażyce a nadleśnictwem
Dobry Kraj, stale patrolowały nasze piesze i konne patrole uważano
za wolne od nieprzyjaciela, zdecydowano natychmiast przeniesienie
sztabu, nawet bez patroli rozpoznawczych. Około 11 dowódca dywizji ppłk. Jan Wojciech Kiwerski
„Oliwa” z adiutantem ppor. Wincentym Lempartem „Wichurą” oficerem informacji ppor. Andrzejem
Buchmanem „Korsakiem”, oraz 3
ludźmi z ochrony wyruszyli konno
z gajówki Stężarzyce leśną drogą
skrajem lasu. Mniej więcej w połowie drogi dotarto do trzech zagród
prawie pod lasem, które należały
do wsi Mosur choć oddalone od
niej 2km i związane drogą która w
tym miejscu kończyła się. Miejsce
było poza zasięgiem artylerii niemieckiej. Dowódca postanowił zaczekać tu na resztę sztabu , wszedł
do jednego z domów. Konie dla
ochłody i osłony oraz karmienia
wprowadzono do stodoły. Absolutnie nagle i niespodziewanie stodoła
stanęła w ogniu. Chcąc sprawdzić
co się stało i ratować konie ppłk
„Oliwa” i jego ludzie ochrony wybiegli z domu. Równie niespodziewanie padły strzały. Ppłk „Oliwa”
otrzymawszy kulę w skroń natychmiast padł zabity. Padli również z
bronią w ręku strzelający do wroga
jego ludzie ochrony ”Słońce” i
„Gołąb”. Było południe a w oczach
zrobiło się ciemno. Zupełnie już
blisko byli jadący z tyłu sztabowcy.
Słysząc jakieś strzały mjr Tadeusz
Satumberk-Rychter „Żegota” polecił por Władysławowi Czermińskiemu „Jastrzębiowi”, by zorientował się w sytuacji. Nie wiadomo
skąd pojawił się konno jakiś sowiecki oficer partyzant z informacją, że nasz główny komendant został
zabity.
Potwierdził
to
nadbiegający goniec sam ranny
kulą postrzałową oraz zakrwawiony ppor. Wincenty Lempert „Wichura”. Natychmiast por. Jastrząb
zorganizował oddział i uderzyli na
będących w tych zabudowaniach
Niemców. Nikt nie przewidział bo i
nikt nie mógł tego przewidzieć, że
Niemcy z Mosura przeprowadzą
się w tym samym czasie, może o
pół godz. wcześniej. Wypad zwiadu dla sprawdzenia w terenie czy tą
drogą można przeprowadzić przebicie się w kierunku wsi Stężarzyce. Widząc jadących konno partyzantów ukryli się w zabudowaniach
nawet w stodole do której wprowadzone zostały konie. Zasadzka
może nie była zamierzona ale skuteczna i dotkliwa. Gdy uderzyliśmy Niemcy już próbowali odciąć
się od nas, zabierając zabitego ppłk
„Oliwę”. Odbiliśmy zwłoki naszego dowódcy oczywiście w zaciętej
walce, a niemieckiego dowódcę patrolu ubranego jak na defiladę, zdaje się zastrzelił w walce sam „Gołąb”. Ani oni nie zamierzali się
poddać ani nam na tym nie zależało. Jedynce co mogło wydawać się
niebywałe, to, że w patrolu byli i
gestapowcy i żandarmi i żołnierze
Wehrmachtu. Wskazywać to mogło, że Niemcy przygotowywali się
do walki starannie, konsolidując
wszystkie siły którymi dysponowali, a współpraca była najściślejsza.
Zorganizowaliśmy wozy. Na jednym złożono ciało ppłk „Oliwy” na
innych ciała „Słońca”, „Gołębia” i
poległych kolegów („Trzaska”
Czesław Byrowski, „Olszyna”
Władysław Osiński i wielu innych)
którzy zginęli w tym boju o odbicie
ciała dowódcy Dywizji. Pogrzeb
poległych miał odbyć się w pobliżu
gajówki Stężarzyce, po wsch. stronie drogi biegnącej do Turówki.
przez las, na pobliskiej polanie.
Jedni kopali mogiły mnie z kolegami przypadło wykonać duży, brzozowy, partyzancki, jak najbardziej
partyzancki krzyż. Są różne krzyże
zasługi Niemieccy żołnierze za najważniejsze uważali żelazne które
można było wyrzucić na złom, partyzanci mieli najczęściej brzozowe,
nie brązowe, brzozowe na mogiłach. Na pionowym słupie krzyża
wypaliliśmy rozpalonymi sztabkami napis: „Jan Kiwerski dowódca
27Dyw AK „Oliwa” na ramionach
Tadeusz Zajączkowski „Słońce”,
Albin Ostrowski „Gołąb”. Wyszukałem jakąś dużą śrubę gospodarską w gajówce, wywierciliśmy na
spojeniu krzyża otwór i tą grubą
śrubą zespoliliśmy ramiona. Dopóki krzyż będzie stał w ziemi – myślałem – będzie krzyżem, nim odpadną ramiona zostawiając słup. To
ma być wykonane po gospodarsku
żeby trwało. Może kiedyś przyjdzie
ciała ekshumować na cmentarz,
jakże je odnaleźć bez uczciwie wykonanego krzyż. Wszyscy przeżywali śmierć dowódcy Dywizji to
zrozumiałe i tego tłumaczyć nikomu nie trzeba. Byli jednak jeszcze
tacy którzy przeżywali śmierć swoich najbliższych kolegów. Wojny
wygrywają dowódcy których nazwiska są znane, na polach bitew,
na leśnych polanach pochowani są
najczęściej nieznani żołnierze. Jest
i wielekroć więcej niż w miastach
symbolicznych grobów nieznanego
żołnierza. Kto będzie wiedział po
paru latach o Tadziu Zajączkowskim? Kto przypomni wierszyki?
Był 18 marca 1943 roku gdy Ukra-
ińcy napadli na Chobut. Wyłapali
nas w zasadce, postawili pod ścianą, ja stałem po lewej, on po prawej
stronie. Zapytałem ich: - za co nas
strzelacie? W odpowiedzi rzucili: wy polskie wrogi! Wam nie żyć.
Zagrały automaty do skazańców.
Tak rozstrzelali nasze matki i nasze
żony. Jak to się stało Albinie, że byliśmy tylko ranni? Czy każdy musi
iść tak długo, aż dojdzie do miejsca
w którym musi paść, iść do dnia i
godziny której znać mu nie wolno?
Ty już doszedłeś do swojego miejsca i czasu przeznaczenia. Co mnie
pisane ? Żegnaj Tadziu, Żegnaj Albinie.
Może kiedyś ułożą o „Oliwie” partyzancką pieśń, balladę leśną, a
może i nie „Tam w leśnej krainie
toczył się bój krwawy, śmierć rwała z szeregów wodza i żołnierzy.
Pod brzozowym krzyżem w leśnej
głuszy leżą W środku wódz, a po
bokach z ochrony żołnierze, Albin
z lewej, a Tadeusz z strony prawej.
Zgasło „Słońce” w południe i padł
„Gołąb” w locie i z małym znaczkiem u skroni spokojny „Oliwa”.
Stoję tu na polanie jak kamień spokojny i widzę na gałązce sikorka
się kiwa, główkę przekrzywia lekki
i pyta ciekawie: Dlaczego bohaterów chowacie tu w trawie? Płaczcie
ludzie, nie płaczcie sprawy, padli
ludzie lecz wolność w tej puszczy
nie legła. Z ich życia i ran waszych
będzie Niepodległa”.
Od redakcji: Autor powyższego
tekstu już nie żyje, a spisał go jako
impresję w 44 rocznicę opisanych
wydarzeń. Tekst udostępnił nam
syn Jerzy Stoś – Wierzbowski.
/ foto: Po lewej: mjr/ppłk Jan Kiwerski "Oliwa", wraz z oficerami
27 Wołyńskiej DP AK.
http://www.dws-xip.pl/PW/formacje/zd58_2.jpg
WALKI 27 WDP AK W KWIETNIU 1944 r.
Redakcja
Działania bojowe 27 WDP AK w
ramach operacji kowelskiej obejmują następujące fazy: przegrupowanie oddziałów dywizji, walki
obronno-zaczepne w rejonie Lubomla i Włodzimierza Wołyńskiego, walki w okrążeniu, przebicie
się z okrążenia.
29 marca 1944 r.
na odprawie w sztabie dywizji we
Władynopolu, dowódca dywizji mjr
„Oliwa” rozważał wariant uderzenia na Luboml siłami zgrupowania
„Gromada”, przy osłonie od południa przez zgrupowanie „Osnowa”.
Od 31 marca do 3 kwietnia
bataliony zgrupowania „Gromada”
wykonały uderzenia na miejscowo-
Strona 2 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
ści: I/50 pp na Wiszniów, II/50 pp
na Maszów, II/43 pp przez Zaglinki
na Chorostów. Podjęte akcje były
zaskoczeniem dla nieprzyjaciela i
zakończyły się sukcesem polskich
oddziałów.
2 kwietnia 1944 r.
Oddział niemiecki zaatakował 2
kompanię I/50 pp, stacjonującą w
miejscowości Sztuń. Kontratak oddziału polskiego był zaskakujący i
tak gwałtowny,
że w szeregach przeciwnika nastąpiła całkowita dezorganizacja. Niemcy wycofując się w bezładzie stracili 12 zabitych, a 28 poddało się.
Zdobyto 9 km, 8 rkm, 50 kb i biedki
z amunicją. Straty własne: 1 zabity,
6 rannych.
3 na 4 kwietnia 1944 r,
w nocy, duży oddział z 1 brygady
strzelców górskich, maszerujący
z Lubomla przez Wiszniów w kierunku południowym, wszedł bez
przeszkód do Sztunia. Kwaterująca
we wschodniej części wsi 2 kompania I/50 pp zaatakowała Niemców.
Brawurowy nocny atak wzdłuż wsi
zupełnie ich zaskoczył.
Ich straty wynosiły: 52 zabitych.
Zdobyto 7 km, 4 moździerze, 60
kb, 26 wozów taborowych i kuchnię polową. W zdobytych taborach
znajdowała się amunicja do broni
strzeleckiej i moździerzy, żywność
oraz pancerfausty. Straty własne
wynosiły 9 zabitych i 14 rannych.
3 kwietnia
II/50 pp przeprowadził odciążającą
akcję zaczepną przeciw Niemcom
zaatakował o świcie garnizon niemiecki w Maszowie. Zaskoczenie
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
niespodziewanym atakiem i duże
tempo polskiego natarcia wprowadziły panikę w szeregach nieprzyjaciela. Maszów został zajęty.
5 kwietnia
Niemcy, wsparci przez artylerię,
moździerze i lotnictwo, ponowili
natarcie na Sztuń. Niespodziewany
atak Niemców wywołał zamieszanie i panikę na stanowiskach obronnych polskich oddziałów, które w
nieładzie cofały się na południe.
Niemcy zajęli Sztuń.
5 kwietnia
około godz. 16 niemieckie lotnictwo przeprowadziło pierwsze ataki.
Trzy samoloty zbombardowały Turówkę, Puzów i młyn w Sieliskach
oraz ostrzelały wschodni skraj wsi
Wierów.
7 kwietnia
o godz. 16 Niemcy zbombardowali
Bielin i ostrzelali wieś pociskami
zapalającymi z broni pokładowej.
Był to prawdopodobnie odwet za to,
że rano 2 kompania I/24 pp
zorganizowała zasadzkę na oddział
niemiecki maszerujący z Włodzimierza Wołyńskiego w kierunku
Kowla. Oddział został rozbity,
zdobyto wozy, konie i broń. Straty
Niemców wyniosły 10 zabitych i 2
wziętych do niewoli.
8 kwietnia
o godz. 11, od strony Radziechowa
pod ogniem czołgów i nacierającej
za nimi piechoty Polacy, pokonując
ciężki błotnisty teren, wycofali się
do Czmykosu. Czołgi niemieckie,
prowadząc ogień ze swoich dział,
wdarły się do wsi i dokonały wyłomu w polskiej linii obrony. W tej sytuacji batalion wycofał się z Czmykosu na południe, za rzekę Neretwę,
i zajął nowe stanowiska obronne.
9 kwietnia
Niemcy ponowili bombardowanie
Bielina. Atakowali wieś z niskiego
pułapu.
Oddziałów „Osnowy”, od tego dnia
przeszły do czynnej obrony przeciwlotniczej. W wyniku tego jeden z
samolotów został zestrzelony z broni maszynowej oddziałów polskich
rozmieszczonych w Sieliskach i
Wierowie. Maszyna runęła na łąki w
pobliżu Wierowa. Później samoloty
niemieckie zbombardowały także
wieś Sieliski.
9 kwietnia
o świcie, II/50 pp wycofał się do
Władynopola.
Niemcy przeszli do działań zaczepnych na trzech kierunkach jednocześnie: ze Czmykosu wyszło natarcie
na Pustynkę, której bronił I/45 pp; z
kierunku Zaglinek przez Olesko zaatakowany został II/43 pp, broniący
Staweczek; od strony Sztunia i
Rymacz Niemcy rozwinęli natarcie
na Zamłynie, bronione przez I/43
pp. Natarcie na Pustynkę, wspierane czołgami szło wzdłuż grobli, po
obu stronach której rozciągało się
rozlewisko. Czołgi przerwały linię
obrony i wjechały do wsi. Żołnierze
stawiając opór zaczęli wycofywać
się wśród płonących zabudowań w
stronę lasów mosurskich. Wejście
do akcji kompanii saperów nieco
zahamowało tempo posuwania się
Niemców.
Wykorzystał to dowódca batalionu,
por. „Gzyms”. Zatrzymał cofającą
się 1 kompanię, która po uporządkowaniu przeszła do kontrataku.
Natarcie piechoty niemieckiej załamało się. Oddziały przeciwnika
zaczęły wycofywać się na północny
skraj wsi. Również czołgi zawróciły
i odjechały w kierunku Czmykosu.
Około godz.14 I/45 pp odzyskał
www.ksi.kresy.info.pl
swoje pierwotne pozycje, a piechota
niemiecka wycofała się do Czmykosu. Pustynka została utrzymana.
9 kwietnia
Niemcy wyszli z Czmykosu, zajęli Olesk i przy wsparciu artylerii
rozwinęli natarcie na Staweczki.
Batalion, który dopiero o świcie 9
kwietnia wszedł do wsi zaskoczony
siłą niemieckiego natarcia, wycofał
się ze Staweczek. Po ochłonięciu i
otrzymaniu wsparcia ognia moździerzy sowieckiego oddziału partyzanckiego przeszedł do kontrataku
i wyparł Niemców, którzy wycofali
się na linię traktu przebiegającego
przez Olesk.
Około godz. 16 Niemcy podjęli kolejne natarcie na Staweczki. Ataku
tego batalion nie wytrzymał i wycofał się 2 km na południe od Staweczek, gdzie zajął nowe stanowiska
obronne. 9 kwietnia zaatakowany
został z dwóch kierunków I/43 pp,
który stacjonował w Zamłyniu.
Przewaga techniczna i liczebna
Niemców była przytłaczająca. W
tej sytuacji batalion wycofał się z
wioski i zajął pozycje obronne na
zalesionym wzgórzu na południe od
Zamłynia.
Z 8 na 9 kwietnia 1944 r.
w nocy dywizja otrzymała zrzut
broni i sprzętu wykonany przez jeden samolot pilotowany przez załogę polską. Ze stacjonującego w
Brindisi 148 Dywizjonu do Zadań
Specjalnych (wchodzącego w skład
334 Skrzydła do Zadań Specjalnych) wystartowało wówczas 17
samolotów, w tym 7 załóg polskich.
Dwa samoloty miały wykonać zrzut
na placówkę położoną w Okręgu
Lubelskim AK p.k. „”Wilk”. W rzeczywistości oba samoloty skierowano na tzw. „bastion Polana” położony 17 km na południowy wschód
od Lubomla, a więc do rejonu walk
27 WDP AK. Załoga kpt. naw. S.
Daniela odnalazła „Polanę” i wykonała na nią zrzut, natomiast załoga drugiego samolotu por. naw. A.
Błażewskiego nie odnalazła zrzutowiska, skierowała się na placówkę
„Wilk” i tam wykonała zrzut.
Zrzut na „bastion Polana” utrzymywany był w tajemnicy przed dowództwem brytyjskim, gdyż władze
brytyjskie zastrzegły sobie prawo
do udzielania ewentualnej zgody
na zrzuty na tereny położone na
wschód od linii Curzona. Ze względu na to, iż takiej zgody nie uzyskano, komendant Bazy Przerzutowej
mjr Jaźwiński podał Anglikom jako
cel, placówkę „Wilk” położoną w
pobliżu rejonu walk 27 WDP AK,
ale już na zachód od Bugu.
10 kwietnia
nasiliły się ataki lotnictwa niemieckiego na oddziały polskie stacjonujące w Marianówce i Sieliskach.
Jednocześnie ożywiła się działalność patroli niemieckich z kierunku
Włodzimierza Wołyńskiego i Uściługa. Od strony Werby Niemcy rozpoczęli natarcie
na Antonówkę, bronioną przez 2
kompanię I/24 pp. Atak Niemców
został odparty, przy czym do niewoli wzięto 6 żołnierzy Wehrmachtu.
Wychodzący z Uściługa silny oddział niemiecki zajął wieś Połomiane, w związku z czym do Stęzarzyc
skierowano 1 kompanię I/23 pp z
zadaniem osłony tego kierunku.
10 kwietnia 1944 r.
około godz. 9 Niemcy rozpoczęli
natarcie na dwóch kierunkach jednocześnie: na stanowiska obronne
I/50 pp i II/43 pp. Po godzinie zaciętej walki niemieckie natarcie załamało się. Za cofającymi się Niemca-
/ 1 pluton batalionu Siwego. 12 kwiecień 1944
mi do kontrataku poderwał się I/50
pp, który osiągnął południowy skraj
Staweczek. Nie mając wsparcia na
prawym skrzydle ze strony II/43
pp, wyhamował natarcie i wycofał
się na pozycje wyjściowe w rejonie
wzgórza 188. Nowa sytuacja, jaka
powstała po utracie Staweczek, wymagała niezwłocznego zamknięcia
kierunku Owłoczym, Turyczany. W
tym celu dowódca północnego zgrupowania mjr „Kowal” skierował do
Owłoczyma (kluczowej pozycji na
tym kierunku) II/43 pp.
O godz. 14 Niemcy podjęli kolejne
natarcie na stanowiska obronne oddziałów dywizji.
Atak na pozycje I/50 pp poprzedziło bombardowanie przez samoloty.
Atak został odparty. Jednocześnie
Niemcy zaatakowali I/45 pp, broniący Pustynki. Natarcie wspierał
ogień artylerii i czołgów. I/45 pp we
współdziałaniu z II/50 pp, zajmującym stanowiska obronne na przedpolu Władynopola, załamał natarcie
Niemców na tym kierunku. Zaatakowany został także II/43 pp, który
nie zdążył jeszcze umocnić się w
Owłoczymie. Pod naporem znacznych sił niemieckich, wspieranych
przez czołgi, batalion wycofał się
ze wsi i zajął stanowiska w rejonie
wzgórza 209. Ponownie zaatakowany przez Niemców, wycofał się w
kierunku Czesławowa.
Odwołano rozkaz o przejściu dywizji za Turię. Rozkaz ten nie dotarł do II/43 pp, który już maszerował na wschód. Przeszedł przez
most na Turii w Hajkach i dotarł
do miejscowości Mokrzec, gdzie
został czasowo internowany przez
Sowietów.
Dowódca dywizji postanowił podjąć próbę przejęcia inicjatywy
jednocześnie na dwóch kierunkach: północnym, w rejonie działań „Gromady”, i południowym,
w rejonie działań „Osnowy”.
O świcie 12 kwietnia
oddziały polskie zaczęły zajmować pozycje wyjściowe do natarcia. Zgodnie z ustalonym ze stroną
sowiecką planem w natarciu miały
wziąć udział cztery bataliony
polskie ze zgrupowania „Gromada”
i dwa szwadrony 54 pułku kaw. gw.
Natarcie miała wspierać artyleria
sowiecka.
Około godz. 11 ruszyło natarcie na
całej linii. I/45 pp nacierał dwiema
kompaniami wzdłuż grobli prowa-
dzącej do szosy Czmykos -Owłoczym. Po całodniowych ciężkich
walkach oddziały dywizji utrzymały
pozycje wyjściowe, jakie zajmowały 12 kwietnia rano. Zarysowująca
się przewaga nieprzyjaciela wskazywała jednak, że próba przejęcia
inicjatywy na kierunku północnym
nie powiodła się. Działania Niemców wyraźnie zmierzały do okrążenia oddziałów dywizji.
Z 12 na 13 kwietnia 1944 r.
w nocy, dowódca 27 WDP AK ppłk
Jan Kiwerski „Oliwa” spotkał się w
Turzysku z gen. Gromowem, dowódcą części sił sowieckich pod
Kowlem. Dowódca 27 WDP AK
zwrócił się z prośbą o pozwolenie
na wycofanie oddziałów dywizji z
zagrożonego terenu i zajęcie obrony
wzdłuż wschodniego brzegu Turii;
wsparcie działań dywizji ogniem
artylerii i innym sprzętem wojskowym; wycofanie dywizji poza linię
frontu i przeformowanie jej na regularną jednostkę polską (zgodnie
z depeszą komendanta głównego
AK).
Gen. Gromow negatywnie odniósł
się do tych propozycji i nie wyraził zgody na wycofanie dywizji na
wschód i jej reorganizację. Polecił,
by pozostała w dotychczasowym rejonie i prowadziła walki obronne w
masywie lasów mosurskich, ziemlickich i stęzarzyckich,
bez względu na skutki. 54 pułkowi kaw. gw. rozkazał ubezpieczać
łuk rzeki Turii w rejonie Stanisławowa. Z rozmowy wynikało, że w
przyszłych działaniach dywizji nie
należało liczyć na żadną doraźną
pomoc ze strony regularnej armii
sowieckiej.
W tym czasie tj. w nocy z 12 na 13
kwietnia,
na linii frontu oddziałów „Gromady” dalej toczyły się walki. Około północy Niemcy huraganowym
ogniem artylerii rozpoczęli natarcie
na Pustynkę. Niemcy zajęli Pustynkę, a batalion wycofał się na nowe
stanowiska w rejonie
skrzyżowania dróg z Pustynki do
Władynopola.
13 kwietnia
zdobywano i tracono Pustynkę.
W późnych godzinach popołudniowych 13 kwietnia Niemcy rozpoczęli natarcie na wszystkich odcinkach obrony „Gromady” z użyciem
czołgów, piechoty i artylerii. Jednocześnie zaatakowali
stanowiska: I/45 pp na południu
od Pustynki, II/50 pp na przedpolu
Władynopola, I/50 pp pod Staweczkami, III/50 pp w Stawkach, II/43
pp na wschód od Stawek i 54 pułk
kaw. gw. w rejonie wzgórza 209.
Dowódca dywizji nie podjął tej
walki. Bataliony otrzymały rozkaz
wycofania się na skraj lasów mosurskich, do rejonu Janin Bór.
Rano 14 kwietnia
oddziały dywizji otrzymały rozkaz
przejścia do nowych rejonów obrony.
14 i 15 kwietnia
na odcinkach obrony zgrupowania
„Gromada” panował spokój, bataliony umacniały się w osiągniętych
rejonach.
14 kwietnia
lotnictwo niemieckie bombardowało stanowiska 1 kompanii I/23 pp w
Stęzarzycach. Z kierunku Bielina
nieprzyjaciel zaatakował I/24 pp
broniący się w Sieliskach. W tej
sytuacji dowódca batalionu siłami
1 kompanii związał atakujących
Niemców od czoła, a 2 kompanią
uderzył w skrzydło nacierającego
przeciwnika i zmusił go do wycofania się. O świcie 15 kwietnia 1
kompania I/23 pp ponownie była
bombardowana przez 12 samolotów
niemieckich, a po południu wyparła
Niemców usiłujących przejść groblą
w kierunku Stęzarzyc.
Rano Niemcy zaatakowali również
I/24 pp w Sieliskach. Z uwagi na
znaczną przewagę liczebną przeciwnika, batalion, wiążąc częścią
sił atakujących Niemców, wycofał
kolejno swoje pododdziały z walki
i zajął nowe stanowiska obronne w
rejonie Zabłocia.
15 kwietnia
1944 r. na kierunku zgrupowania
północnego „Gromada” Niemcy zajęli:
Zamłynie, Sztuń, Czmykos, Zaglinki, Olesk, Ziemlice, Pustynkę, Władynopol, Staweczki, Stawki, Owłoczym, Turyczany i doszli do Hajek,
gdzie opanowali przeprawę mostową na Turii. Na kierunku zgrupowania południowego „Osnowa” osiągnęli miejscowość Ruda -Zamosty
i opanowali kolejną przeprawę mostową na Turii.
15 kwietnia
na naradzie wojennej zaakceptowano jednak koncepcję dowództwa 54
pułku kaw. gw. przebijania się w
kierunku wschodnim za Turię. Prze-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 3
bicie okrążonych oddziałów miało
być wspomagane przez wojska sowieckie działające po drugiej stronie
frontu, i to właśnie zadecydowało o
przyjęciu takiego rozwiązania. W
ramach tej koncepcji rozpatrywano
możliwość przebijania się na Hajki
lub Zamosty. Kierunek na Zamosty,
według oceny dowództwa dywizji, zapewniał większe prawdopodobieństwo przebicia się, dlatego
zdecydowano utrzymać Pisarzową
Wolę oraz drogę wyprowadzającą
bezpośrednio na Turię.
16 kwietnia
1944 r. Niemcy rozpoczęli działania zaczepne, zmierzające do likwidacji okrążonych oddziałów.
Batalion podjął walkę, ale naciskany przez nieprzyjaciela, cofnął się
głębiej do lasu. Niemcy wznowili
atak po południu. Polski kontratak
pozwolił na odzyskanie utraconych
pozycji.
Generalnie jednak sytuacja oddziałów dywizji była krytyczna. Świadczą o tym dwie kolejne alarmujące
depesze radiowe do Centrali.
16 kwietnia 1944 r.
dowódca dywizji meldował: „Sowieci odeszli dziś w nocy na wsch.
brzeg Turii. Jesteśmy otoczeni w
terenie, z którego jest wyjście tylko
przez cieśniny. Prawie zupełnie bez
amunicji. Proszę o pomoc. Oliwa.”
17 kwietnia1944 r.:
„Jesteśmy ściśnięci w lasach na
wsch. od rej. Korytnica - Kładniów.
Całkowity brak łączności z Czerwoną Armią. Proszę o wiadomości
z frontu i amunicję rosyjską. Proszę
o łączność radiową z Moskwą. Oliwa.” Dalszy opór w lasach mosurskich stał się niemożliwy.
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
18 kwietnia.
W tym dniu, około godz. 11.00 w
pobliżu pozycji batalionu "Jastrzębia" zginął ppłk "Oliwa". Nieoczekiwana śmierć dowódcy, stanowiła
dowód, w jak ciężkim położeniu
znalazła się dywizja.
W nocy z 18 na 19 kwietnia 1944
r. mjr „Kowal”, który objął dowództwo dywizji, wydał rozkaz
oderwania się oddziałów od nieprzyjaciela i marszu na północ, do
rejonu koncentracji dywizji w lasach przy trakcie drogowym Murawa - Zamłynie.
20 kwietnia poświęcono na przygotowania do długiego marszu oraz
decydującego uderzenia w celu
przebicia się z okrążenia.
Cała kolumna liczyła 7 tysięcy ludzi i 500 koni.
20 kwietnia około godz. 20 kolumna ruszyła. Pomimo wystawionych
posterunków
żandarmerii, które kierowały oddziały na wyznaczoną trasę, kolumna rwała się, niektóre oddziały
błądziły, przez co tempo marszu
było bardzo małe. W momencie
przeprawiania
się II/43 pp Niemcy rakietami
oświetlili teren i otworzyli ogień do
przechodzącego batalionu.
Zamieszanie było ogromne, oddziały przemieszały się, a kolumna
uległa rozproszeniu. Ogień niemiecki od Zamłynia nasilał się.
Oczekująca na przeprawę 1 kompania I/23 pp uderzyła na bunkry w
Zamłyniu i związała Niemców walką. Pozwoliło to pozostałym oddziałom ruszyć do przodu i przejść
przez rzekę. Straconego czasu nie
dało się jednak nadrobić. Zbliżał
się świt. Niemcy, zaalarmowani
na całej linii, otworzyli z bunkrów
morderczy ogień do zbliżających
się do torów oddziałów. Jednocześnie od Lubomla nadjechał pociąg
pancerny i zagrodził drogę przez
tory. Pod ogniem broni maszynowej i dział pociągu pancernego oddziały polskie i sowieckie wycofały
się z zasięgu ognia i przeszły do lasów pod Zamłyniem i Rakowcem.
Kolumna czołowa w sile pięciu batalionów, która po przejściu przez
Neretwę utraciła łączność z pozostałą częścią sił dywizji, pokonała
tory kolejowe w Terebejkach prawie bez walki i maszerowała w kierunku miejscowości Sokół.
20 na 21 kwietnia 1944 r.
w nocy po stoczeniu boju pod
Sokołem oddziały dywizji, które
przebiły się z okrążenia zatrzymały się w lesie 4 km na południowy
wschód od Smolar Rogowych na
odpoczynek.
21 na 22 kwietnia
oddziały, które poprzedniej nocy
nie przeszły przez tory za
kolumną czołową ponowiły próbę
przebicia się, jednakże nie w rejonie Torebejek, lecz bardziej w lewo
między Starym i Nowym Jagodzinem. Niekompletne bataliony: I/23
pp, I/24 pp oraz grupy rozproszonych żołnierzy z innych oddziałów,
podjęła dalszy marsz i 22 kwietnia
dołączyła w Smolarach Rogowych
do pierwszego rzutu dywizji .
W tym samym czasie próbę przebicia się podjął dowódca II/50 pp por.
„Jastrząb”. Oddział, liczący około
300 ludzi, zbliżył się do torów w
rejonie Jagodzina już po przejściu
batalionów 23 i 24 pp. Ale Niemcy ochłonęli z zaskoczenia i skupili
cały ogień na podchodzącym do
torów batalionie. W takiej sytuacji przejście przez tory stało się
niemożliwe. Batalion wycofał się
do lasów mosurskich, pozostał w
okrążeniu, ale nie zaprzestał walki.
22 kwietnia
oddziały wyruszyły w kierunku Smolar Rogowych. Ponieważ
miejscowość ta zajęta była przez
oddziały partyzantki sowieckiej,
oddziały polskie skierowano do rejonu Smolar Stoleńskich.
24 kwietnia 44 r.
mjr T. Sztumber-Rychter Żegota”
meldował w depeszy do dowódcy
AK : „Znajdujemy się na 15 km
płd. jeziora Świtaź. Dysponuję siłą
około 7 baonów”.
25 kwietnia
rozpoczął się ostrzał artyleryjski
miejscowości Smolary Stoleńskie,
a jednocześnie piechota węgierska, wsparta czołgami, przypuściła atak na Smolary Świtaskie i
Holadyn.
25 na 26 kwietnia
oddziały dywizji rozpoczęły marsz
w kierunku wschodnim. Minęły
miejscowość Hupały oraz Pereszpę i zbliżyły się do traktu drogowego Luboml - Szack.
28 kwietnia
rano kontynuowano marsz kierując się do lasów szackich. W
miejscowości Wilica przekroczono most na Prypeci i zatrzymano
się na postój. Następnego dnia
podjęto dalszy marsz w kierunku
północnym i osiągnięto kompleks
lasów szackich.
30 kwietnia 1944 r.
po przybyciu do lasów szackich
i zajęciu wyznaczonych rejonów
mjr „Żegota” meldował dowódcy
AK w depeszy.: „Znajdujemy się
w kompleksie lasów płn. wsch. Jezioro Świtaź”.
Dywizja, pozostawiona w masywie lasów mosurskich, ziemlickich i stęzarzyckich, bez
żadnego wsparcia ze strony regularnej armii sowieckiej, prowadziła w dniach 13-19 kwietnia
1944 r. ciężkie walki obronne
w okrążeniu. W dniach 20-22
kwietnia oddziały dywizji przebiły się z okrążenia i wyszły do
rejonu na północ od Lubomla.
Mimo poniesionych dużych strat
dywizja nie została rozbita, a
po odpoczynku zdolna była do
podjęcia dalszej walki. Walki
27 WDP AK, prowadzone w ramach operacji kowelskiej bez
przerwy przez trzy tygodnie,
należy zaliczyć do najcięższych
walk dywizji. Poległo w nich, a
także w czasie przebijania się z
okrążenia około 350 żołnierzy,
160 było rannych, 170 dostało
się do niewoli, a około 1600 uległo rozproszeniu.
Źródła:
[1] Władysław Filar: DZIAŁANIA
27 WOŁYŃSKIEJ DYWIZJI PIECHOTY
ARMII KRAJOWEJ Warszawa,
kwiecień 2011 r.
[2] Józef Turowski, Pożoga. Walki
27 Wołyńskiej Dywizji AK, Warszawa 1990
Roman Chromiński (7 VII 1906 - 10 XII 1965)
Sławomir Chromiński
Urodził się w rodzinie ziemiańskiej, w majątku Mytelno na Wołyniu i tam spędził swoje pierwsze
11 lat życia. Tam wychowywany,
przede wszystkim przez ukochaną
babkę, chłonął kulturę kresową,
kulturę ziemiaństwa kresowego,
chłonął atmosferę patriotyzmu,
rodzinnych tradycji "walki o Niepodległą", moralnego nakazu pra-
cy dla Niej. Stamtąd, wraz z babcią, matką i dwójką młodszego
rodzeństwa, przebrany dla większego bezpieczeństwa za dziewczynkę, musiał uciekać przed rozlewającą się szeroko bolszewicką
rewolucją. Ojciec Jego w tym czasie walczył o Niepodległą. Po woj-
nie majątek pozostał po sowieckiej
stronie granicy. Nie było dokąd
wracać, nie było z czego żyć,
wszystko trzeba było zaczynać od
początku. Była to pierwsza z wielu
w Jego życiu ucieczek przed "ojczyzną światowego proletariatu"
i jej funkcjonariuszami. Po skończeniu studiów polonistycznych
na Uniwersytecie Jagiellońskim i
obronieniu pracy magisterskiej na
Uniwersytecie Warszawskim rozpoczął pracę, której pozostał wierny do ostatnich swoich dni - pracę
nauczyciela. Najpierw na ukochanym Wołyniu, w słynnym Liceum
Krzemienieckim, skąd 17 września 1939 r. ucieka, już po raz drugi, przed wkraczającymi do miasta
wojskami sowieckimi. Uciekał
tak jak stał, z jedną walizką. To
uratowało Mu prawdopodobnie
życie, gdyż sowieci po wejściu
do miasta dopytywali się bardzo
o niego. Gdyby został - zapewne podzieliłby los wielu innych
kolegów - profesorów Liceum
Krzemienieckiego, rozstrzelanych
przez sowieckich okupantów. Była
to ucieczka "przed" ale nie "od".
Nie od pracy na rzecz młodzieży,
nie od konspiracji. W Warszawie,
dokąd przybył, włącza się aktywnie w tajne nauczanie, a kiedy
Niemcy uderzają na dotychczasowego sojusznika. Rosję Sowiecką,
zaraz po zajęciu przez nich ziem
wschodnich, wraca na Wołyń, by
tam działać w konspiracji w delegaturze rządu i w strukturach BCh.
Kiedy front wschodni wkracza
na Wołyń, trzeci raz ucieka przed
Strona 4 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
wojskami sowieckimi. Pozostając
na Wołyniu nie miałby żadnych
szans na przeżycie. Ale szczęście
nie zawsze mu dopisuje. Aresztowany przez UB w Ostrowcu Świętokrzyskim zostaje osadzony w
więzieniu w Kielcach. Stąd wraz
z wieloma innymi towarzyszami
z konspiracji ucieka, uwolniony w
wyniku słynnej, brawurowej, nocnej akcji przez oddział Szarego.
To była Jego czwarta już ucieczka.
Ale potem już uciekał całe życie.
Z Lubartowa, gdzie się urodziłem,
na Zimie Odzyskane, do Kętrzyna
aby organizować polskie szkolnictwo. Organizuje tam w zniszczonym, pozbawionym okien i
drzwi budynku istniejącą do dzisiaj szkołę zawodową, której zostaje pierwszym dyrektorem. Następnie przenosi się do Szczytna,
gdzie wraz z innymi byłymi nauczycielami z Krzemieńca podejmuje pierwszą próbę odrodzenia
idei Liceum Krzemienieckiego na
Mazurach. Drugi raz próbuje tego
po zmianach 1956 r. w Mrągowie, gdzie pracuje wraz z żoną, a
moją matką Aleksandrą, w Liceum
Pedagogicznym. Ma powstać Liceum Warmińsko-Mazurskie ale...
odwilż w środku zimy ma to do
siebie, że szybko mija. Tamta też
szybko minęła. Niezrażony przeciwieństwami losu cały czas oddaje
się bez reszty pracy pedagogicznej. Szkoła to Jego żywioł, praca z
młodzieżą to Jego pasja i powołanie. Olbrzymią wagę przywiązuje
do jakości kształcenia młodzieży,
która po skończeniu Liceum pójdzie na wieś uczyć i wychowywać
dzieci. I na tyle na ile tylko jest to
możliwe stara się przeciwdziałać
zatruwania ich umysłów i sumień
komunistyczną ideologią i propagandą. Spotykają Go za to ustawiczne i nasilające się szykany,
staje się solą w oku miejscowych
kacyków partyjnych. Coraz bardziej schorowany, coraz mocniej
odczuwający cenę .życia w ciekawych czasach, na przełomie epok.
zmuszony zostaje do kolejnej,
ostatniej już "ucieczki" - wyjeżdża w szczecińskie, by tam pracując do ostatnich dni w Liceum
Ogólnokształcącym w Chojnie,
przedwcześnie postarzałym i zmęczonym, odejść od nas 10 grudnia
1965 r. Miał zaledwie 59 lat.
Nie pozostawił ani mi, ani moim
dwóm siostrom niczego z materialnych rzeczy. Tak jak uciekał
wiele razy w swoim życiu, w tym
w czym stał, tak samo "uciekł" i
ten ostatni, ostateczny raz. Ale
pozostawił mi wszystko co mam
w sobie dobrego. Czego nie kupiłbym za żadne pieniądze. Skarb
największy, który docenia się dopiero z czasem. Dopiero z perspektywy wielu lat niełatwego życia.
On ukształtował mnie swoją osobowością, mądrością, dobrocią. To
on wytyczył drogę mojego życia.
I po 40 latach od Jego śmierci jest
mi jeszcze bardziej bliski i potrzebny. Codziennie.
Więcej o rodzinie Chromińskich
na http://www.chrominscy.pl/stowarzyszenie.php
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Dawnych wspomnień ....... nie tylko czar
Janina Pietrasiewicz-Chudy
W tym roku skończyłam 75 lat i
gdy napisałam tę cyfrę, to się przestraszyłam, że jestem taka stara a
ja przecież tego w ogóle nie czuję.
Wszystko wydaje mi się, że było tak
niedawno ale to stwierdzenie jest też
prawdopodobnie oznaką starości.
Mam opisać wspomnienia a że
wszystko zaczyna się od urodzenia
więc i ja tak spróbuję.
Urodziłam się w obecnym województwie wielkopolskim. Z tego
okresu naprawdę nic nie pamiętam
chyba tylko to, że mając 4 lata zjadłam bardzo dużo maku i zasnęłam
pod łóżkiem i wszyscy mnie szukali.
Moi rodzice w poszukiwaniu pracy
wyjechali na drugi koniec Polski
do Wołynia a dokładnie do Janowej
Doliny. Z tego okresu zapamiętałam
już dużo więcej.
Nad krętym i kapryśnym Horyniem
rozpoczęto budowę osiedla pracowniczego w lasach przy kamieniołomach bazaltu, dając możność pracy
i egzystencji tysiącom robotników i
ich rodzinom. Budowę rozpoczęto
w 1931 roku. Osiedle to (Janowa
Dolina) zaprojektowane zostało w
bardzo nowoczesny sposób na wzór
fiński.
W przyległych do kopalni gęstych
lasach, wytyczono przecinające się
pod kątem prostym ulice równoległe względem siebie, przecięte szeroką aleją spacerową (z lotu ptaka
wyglądało to jak szachownica).
Między ulicami pozostawiono 250300 metrowe odcinki lasu. Z jednej
ulicy na drugą szło się przez las
chodnikiem, wzdłuż którego posadzone były na pasie zieleni krzewy
róż, za którym to pasem dalej był
już tylko las i puszcza.
Ulice te nie miały nazw, oznaczone były literami alfabetu: A, B, C,
D, K, Z itd. Na ulicy A były domy
wszystkie jednakowe na ulicy B
inne domy, ale też jednakowe. Ulica
C też miała wszystkie domy jednakowe ale inne niż te na ulicy A lub
B. Domy były 2, 4, lub 6 rodzinne,
budowane z drzewa.
Ośrodkiem życia społeczno-kulturalnego mieszkańców był w centrum
osiedla imponujący wielkością Dom
Społeczny zwany Blokiem. Mieściła się w nim sala teatralno-kinowa,
hotel z restauracją oraz świetlica z
biblioteką. Blok miał kształt szerokiej litery U. W środku tej budowli
były przepiękne klomby kwiatowe,
fontanna, ławeczki i alejki spacerowe. Bezsprzecznie Janowa Dolina
była chlubą polskiej działalności
gospodarczo-społecznej na Wołyniu
i w niejednej publikacji, miejscowość ta nazywana była cudem budowlanym.
Osiedle miało szkołę, przedszkole,
posterunek policji, kaplicę, boiska
sportowe, trzy plaże nad Horyniem,
no a przede wszystkim była tam
kopalnia kamieniołomów, zakłady
kruszące kamień oraz tartak.
Być może, że zbyt dużo miejsca
poświęcam budowie osiedla, ale na
swoje usprawiedliwienie mogę podać to, że ojciec mój był budowlańcem, a tym samym częściowo twórcą tego osiedla.
W naszej osadzie mieliśmy własne
pieniądze, które były ważne tylko
w Janowej Dolinie. Wyjeżdżając do
innego miasta, pieniądze wymieniało się w kantynie-banku na "polskie"
(ja do tej pory mam taką monetę i
to jest mój największy skarb). Osada nasza przed 1939 rokiem liczyła
około 4 tys. mieszkańców z czego
około 2,5 tys. zatrudnionych było w
kamieniołomach. Ludność zamieszkująca Janową Dolinę to 80% Polaków, pozostali to Rosjanie, Czesi i
Ukraińcy.
Jednak wszystko się kończy, sielankowe życie Osiedla, zostało brutalnie przerwane najazdem wojsk i
okupacją radziecką. Pamiętam nocne "napady" NKWD na mieszkania,
rewizje, a po kilku minutach całe
rodziny ładowano na samochody,
a dalsza droga to Sybir. Pamiętam
ciągły, ciągły strach i myśli kiedy
będzie nasza kolej i kiedy po nas
przyjdą.
Wkroczenie wojsk niemieckich nie
zmieniło nic na lepsze. W dalszym
ciągu eksploatowano kopalnię a gestapo "zajęło się" aresztowaniami,
bo przecież tych co NKWD nie zdążyło wywieźć na Sybir, to byli na
pewno komuniści.
Ileż to mieliśmy szczęścia, że rodzina to wszystko przeżyła. Gdyby
Rosjanie byli tydzień dłużej, to bylibyśmy na Syberii. Gdyby nie fakt,
że ojciec mój urodził się w Niemczech to nie wyszedłby z więzienia
gestapo (urodzenie mojego ojca w
Niemczech też miało bardzo negatywne skutki, co ciągle był zmuszane przyjąć statut folksdojcza, jednak
on do końca był zawsze Polakiem).
Niemcy stacjonujący w Janowej Dolinie a było ich około 100 żołnierzy,
zajęli Blok. Został on obwarowany
dookoła wysoką palisadą z wyciętymi w niej otworami strzelniczymi.
Nocą z 21 na 22 kwietnia 1943r. (z
Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) o północy ze wszystkich lasów
okalających osiedle wyszli Ukraińcy. Uprzednio przerwali łączność
telefoniczną z siedzibą powiatu w
Kostopolu, wysadzili w powietrze
tory kolejowe, mosty a droga dojazdowa była nie do pokonania,
ponieważ leżały na niej pościnane
drzewa. Otoczyli osiedle, oblewali
każdy budynek naftą lub benzyną,
podpalając go smolnym łuczywem
od strony wejścia. Oknami wrzucali
granaty a do uciekających nieraz już
bardzo poparzonych ludzi strzelali.
Zabijali też siekierami, widłami lub
nożami. Napastników było bardzo
dużo. My mieszkańcy ulicy K najdalej położonej od centrum osiedla,
tej nocy nie nocowaliśmy w swoich
domach.
Część mieszkańców spała w centrum u rodziny, znajomych, my tj.
ojciec mój i ja nocowaliśmy w kotłowni w Bloku. Mój ojciec znał
język niemiecki i budował palisadę wokół Bloku, pozwolono nam i
paru innym rodzinom nocować w
tej kotłowni. Moja matka rano 21
kwietnia wyjechała do rodziny do
Równego odwieźć na "przechowanie" moją małą siostrzyczkę i miała
wrócić następnego dnia.
W nocy obudziły nas huki strzałów i
straszne krzyki. Ukraińcy próbowali podpalić i zdobyć również Blok
- siedzibą Niemców i główny punkt
obrony. W pewnej chwili usłyszałam: "Iwan chody siuda ja uże tut"
- trudno ten wrzask zapomnieć.
Jednemu Ukraińcowi udało się najprawdopodobniej "przeskoczyć" palisadę. Atak został odparty, ludność
cywilna przebywająca na terenie
Bloku otrzymała od Niemców broń.
Spoza obwarowanego drewnianymi
palisadami obszaru, otworzyli zmasowany ogień z broni maszynowej,
strzelając do wszystkiego co się ruszało. Ludzie uciekali z płonących
domów w kierunku Bloku (gdzie
uważali, że znajdą ochronę) i ginęli
od kul niemieckich, a może też kul
rodaków.
Tym, którym nie udało się opuścić
domów w przerażeniu chowali się w
piwnicach mając nadzieję, że ogień
nie przedostanie się do podmurówek. Z tych ludzi nikt nie ocalał.
Żar i dym był tak wielki, że udusili
się, zostali spaleni na węgiel lub po
prostu upieczeni.
Stan oblężenia i masakry trwał aż
do świtu. Nadjechały posiłki niemieckie z Kostopola, drogą z której
trzeba było najpierw usunąć leżące
na niej pościnane drzewa.
Rano ruszyły patrole niemieckie na
rozpoznanie terenu, złapano kilku
ukraińskich bandytów, którzy furami przyjechali po "dobra" Lachów.
Mój ojciec, jako że znał język niemiecki, jak również ukraiński (prowadząc budowle, zatrudniał Ukraińców, był nawet przez nich lubiany,
/ fotografie powyżej - Polscy robotnicy kamieniołomów w Janowej Dolinie (Wołyń).
/ Janowa Dolina posiadała własne pieniądze, ważne tylko w tej miejscowości.
www.ksi.kresy.info.pl
bywał na ślubach, chrzcinach swoich pracowników) był tłumaczem, ja
trzymałam się jego spodni i te największe tragedie widziałam. Pamię-
tam małe dzieci nadziane na pale na
Alei Spacerowej. Całe rodziny z no-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 5
żami w plecach leżące w krzakach,
spalone moje koleżanki, ....
Ogromem tej tragedii jest fragment
wiersza nieznanego mi autora.
"Oczy wykuwano, piersi obcinano
i głową na dół na drzewach wieszano
Bulbowcy swe plany spełnili
Nas z naszych domów wypędzili".
Gdy ucichły strzały w pierwszej kolejności zajęto się rannymi, których
umieszczono w Bloku. Widok był
przerażający, jedni czarni, poparzeni, inni pokaleczeni, cali zbryzgani
krwią, leżeli jeden przy drugim na
gołej podłodze, jęcząc z bólu, błagając o pomoc lub łyk wody. Pozostała przy życiu jedna pielęgniarka,
bezradna wobec tylu rannych, braku
leków, chociażby tych, które uśmierzają ból. Pomoc ograniczała się do
podawania wody. Nie wiem czy to
"dobre" serce Niemców, czy może
strach przed Bogiem a może jeszcze
coś zupełnie innego było powodem,
że ranni jeszcze tego samego dnia
zostali odwiezieni samochodami
wojskowymi do Kostopola. Byłam
w jednym z tych samochodów. Pamiętam, jak ukryci za drzewami
bandyci strzelali do nas mimo, że
samochody były oznaczone czerwonym krzyżem. Lęk dzieciństwa
to tylko dwa słowa, ale do dnia
dzisiejszego nie opuszczają mnie.
Gdy jadę nocą samochodem to nie
wiem kiedy z siedzenia zsuwam się
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
na podłogę i nadsłuchuję czy gdzieś
nie słychać świstu kul.
Ci co pozostali przy życiu wykopali
jeden bardzo długi grób, gdzie stał
krzyż - było to miejsce przeznaczone na budowę przyszłego kościoła.
Pamiętam ten grób. Tę straszną
"kupę" ludzkich ciał, popalonych,
pomordowanych wśród których
były kobiety i dzieci. Według różnych źródeł dostępnej mi literatury,
podawana jest liczba pomordowanych od 900 do 2000 ludzi.
Nie mogę pominąć historii krzyża. W 1938 roku zapadła decyzja
budowy kościoła. Miejsce zostało
wybrane, poświęcone i postawiono
krzyż. Władze sowieckie swe rządy rozpoczęły od wydania rozkazu
usunięcia stojącego krzyża. Nikt z
Polaków tego rozkazu nie chciał
wykonać. Rosjanie wpadli więc na
pomysł, aby ścinać drzewa wokół
krzyża i któreś spadające drzewo
upadnie na krzyż i "problem" zostanie rozwiązany. Drwale ścinali drzewa, ale one padały w różny sposób i
żadne z nich krzyża nie uszkodziło.
Ludzie mówili, że to cud. Dziś nieraz zastanawiam się nad tym, czy to
umiejętności drwali, czy też może
faktycznie cud.
Moja rodzina ocalała ale moja mama
tej jednej nocy zupełnie osiwiała.
Janowa Dolina ... ilekroć wspomnę
tę nazwę, widzę oślepiającą jasność,
potworny huk, trzask ognia, słyszę
krzyk i jęki palonych żywcem ludzi
oraz wrzaski w języku ukraińskim.
Do dnia dzisiejszego każdy Wielki
Piątek poświęcam pomięci pomordowanych i mimo, że minęło już
tyle lat zawsze w tym dniu same
płyną mi z oczu łzy.
Po tych przeżyciach, wyjechaliśmy
do Włodzimierza Wołyńskiego a że
opisuję nie tylko wspomnień czar,
więc z tego okresu też pozostały w pamięci moim zdaniem dość
ciekawe a może zabawne historie. Byliśmy nadzy, bosi i głodni,
społeczeństwo Włodzimierza pomagało nam ale ksiądz który przyszedł odwiedzić uciekinierów zza
Buga, nie mógł dać wiary naszym
słowom i uważał nas za oszustów.
Ja handlowałam i wyglądałam na
dużo młodszą. Dawano mi 7-8 lat
a miałam już 11. Tatuś miał możliwość kupna zapałek. Chodziłam do
młyna, gdzie przyjeżdżali Ukraińcy
i za każdą paczkę zapałek dostawałam jajko. W ten sposób handlowały też inne dzieci, tylko że ja jedna
znałam język ukraiński więc znana
byłam przez Ukraińców jako "nasza
detyna. Dzięki temu, to ja pierwsza
miałam zawsze sprzedane zapałki i
pełen koszyk jajek. Pamiętam, jak
któregoś dnia niosłam jajka w koszyku do domu i tak bardzo zmarzły
mi ręce, że nawet nie poczułam, kiedy upuściłam koszyk. Płakałam, a
jeszcze bardziej płakałam w domu,
że nikt na mnie nie krzyczał, tylko
mnie głaskano i pocieszano a prze-
cież wszyscy wiedzieli, że przez tydzień będziemy głodować.
Jeszcze jedno wydarzenie utkwiło
mi bardzo w pamięci. Wracałam
z ojcem do domu przez dzielnicę,
gdzie jeszcze miesiąc temu było
getto. Wychodzimy na ulicę, prosto
na niemieckiego żołnierza, a trochę
dalej stał samochód, do którego
upychano złapanych Polaków. Karabinem żołnierz zaczął popychać
ojca w stroną samochodu. Nie wiem
skąd w tym momencie nauczyłam
się języka niemieckiego, bo powiedziałam "byte her nicht mejmen
main papa" - zrozumiał, spojrzał na
mnie i tak jak gdyby się uśmiechnął.
Kazał (po niemiecku) ojcu odprowadzić córkę do domu i wrócić z
powrotem. Gdy chcieliśmy iść prosto, rozkazał nam iść w lewo, bo w
tej stronie nie było łapanki.
Gdy bandy Ukraińców przesuwały
się na zachód, uciekliśmy z Włodzimierza w obawie przed ich morderstwami. I tak w roku 1945 w lipcu
znaleźliśmy się w Słupsku. Tu się
uczyłam, tu wyszłam za mąż, tu
zaczęłam pracować. Mam dwoje
wspaniałych dzieci Adama i Ewę.
W domu wcale nie było raju, gdyż
bicie między dziećmi nie zawsze
kończyło się poduszkami. Dziś moje
dzieci mają swoje własne dzieci i są
wspaniałymi rodzicami.
Jeśli ktoś spytałby mnie skąd jestem
to odpowiedź jest jedna - ze Słupska. Kocham to miasto, mam tu rodzinę, dużo przyjaciół, którzy byli
przy mnie w najtrudniejszych chwilach. Tu jestem szczęśliwa, prawie
całe moje życie związane jest z tym
miastem.
Ale tam ukochany Wołyń, tam było
moje dzieciństwo i to co powinno
być najpiękniejsze zostało mi w tak
brutalny sposób skradzione, pozostawiając zawsze nie zagojoną ranę
w sercu.
Wspomnienia swoje piszę w miesiącu październiku, w tygodniu według
naszej wiary miłosierdzia bożego i
przebaczania. Bardzo mocno zastanawiam się czy kiedykolwiek będę
mogła przebaczyć - być może tak,
ale zapomnieć n i g d y.
Od redakcji; Wyżej zaprezentowany
materiał zajął pierwsze miejsce w
konkursie literackim ogłoszonym
przez Uniwersytet Trzeciego Wieku
w Słupsku.
/ Zarząd i pracownicy kamieniołomów bazaltu w Janowej Dolinie. Rok 1934.
Szwadron Ułanów Wołyńskich w kwietniu 1944
JERZY DEMCZUK
W kwietniu rozpoczęła się ofensywa niemiecka na nasze oddziały. Naloty przynosiły duże straty
głównie w sprzęcie, tabor, konie,
budynki. Dowództwo wydało rozkaz stworzenia obrony przeciwlotniczej. Nasza trójka zbudowała
kołowrót. Był to słup, na którym
poziomo zamocowaliśmy obracające się koło. Na kole zamontowaliśmy nasz ręczny karabin
maszynowy. Można było z niego
strzelać w każdym kierunku. Nasz
pomysł podchwycili inni. Otrzymaliśmy pochwałę w rozkazie
dziennym dowódcy. Efekt całej
naszej obrony był taki, że samoloty latające nad samymi naszymi
głowami ostrzeliwując i zrzucając
bomby, z obawy a może z powodu
skuteczności ognia naszej obrony,
zaczęły latać o wiele wyżej. Celność ich ognia i bombardowania
znacznie spadła. Naloty były jednak coraz częstsze i dokuczliwsze. 5 kwietnia nalot spowodował
duży pożar w naszych kwaterach.
Zagrożony był także oddział szpitala. Cały nasz szwadron pomagał
w gaszeniu, ratowaniu rannych i
sprzętu medycznego oraz w przenoszeniu szpitala do innych zabudowań.
Następnego dnia otrzymaliśmy
rozkaz ubezpieczenia przemarszu
sowieckich oddziałów partyzanckich generałów Karasiowa i Kuroczenki w drodze do przeprawy
na Bugu. Tam nasi saperzy zbudowali most, przez który przeszły
sowieckie oddziały.
Ubezpieczenie trwało dwa dni. W
tym czasie nasz teren obrony opuściły oddziały partyzanckie generała Fiodorowa. Nastąpiła nowa
reorganizacja naszej obrony. Nasze siły znacznie się uszczupliły.
Poinformowano nas, że ruchy
oddziałów sowieckich były konieczne ze względu na mającą się
zacząć ofensywę Frontu Ukraińskiego. Jednak ofensywa ta nie
nastąpiła.
Z 8 na 9 kwietnia nasz szwadron
otrzymał zadanie ubezpieczenia
zrzutowiska lotniczego pod Władynopolem. Zrzutu dokonał tylko
jeden samolot. Spadło kilka zasobników z bronią, amunicją, jedną radiostacją, trochę mundurów
i medykamentów. Nie było tego
zbyt dużo. Jak się później dowiedzieliśmy, samoloty angielskie
nie dostały zezwolenia na lądowanie na terenach wyzwolonych
przez Sowietów a lot z Włoch
był bardzo trudny i kosztowny ze
względu na dużą odległość. Wylatujące eskadry ponosiły duże
straty. Powróciliśmy z wykonanego zadania. Był dzień Święta
Wielkanocnego. Nie zdążyliśmy
się rozlokować i skonsumować
wielkanocnego posiłku, gdy nastąpił nalot. Dwa Sztukasy z broni
maszynowej poświęciły nam potrawy i bombami okrasiły święto.
Natychmiast przystąpiliśmy do
obrony z doskonałym skutkiem.
Jeden z samolotów został zestrzelony, drugi wzbił się wyżej,
pokręcił się trochę i odleciał nie
strzelając. Kto zestrzelił wrogi
samolot nie wiadomo. Każdy celowniczy sobie przypisywał ten
zaszczyt. Na polecenie Ojca wskoczyliśmy na konie z zadaniem
dotarcia do zestrzelonego samolotu. Chodziło o wymontowanie
karabinu maszynowego. Jednak
już na miejscu stwierdziliśmy, że
karabin nie nadaje się do użytku.
Został zniszczony podczas wybuchu po upadku samolotu. Jednak
już sam fakt zestrzelenia poprawił nam humory. Mogliśmy trochę odpocząć, dobrze się najeść
i pójść spać nie wiedząc, że ten
niewielki atak lotniczy przyniósł
jednak straty w ludziach. Bomby
zabiły kilku cywilów, ukrytych w
schronie ziemnym, zburzyły kilka zabudowań - w tym budynek
zajmowany przez dowództwo
Zgrupowania. Podczas gdy my
odpoczywaliśmy, nasze oddziały odpierały ataki niemieckie od
strony Uściługa i Lubomla.
10 kwietnia nastąpiło wspólne
kontrnatarcie naszych oddziałów i partyzantów sowieckich
generała Fiodorowa i pułkownika Romanienki. Bitwy toczyły
się ze zmiennym szczęściem. W
niektórych miejscach Niemców
wyparto, w innych musiano pod
naporem niemieckiego ognia artyleryjskiego i broni pancernej
wycofać się na nowe pozycje
obronne. Przyczyną tego był brak
obiecanej przez Sowietów pomocy artyleryjskiej. My oprócz częstych nalotów nie mieliśmy starć
z wrogiem. Przygotowywaliśmy
się do wspólnego z regularną armią Frontu Ukraińskiego ataku na
Strona 6 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/ Kpt. Kazimierz Żaniak "Garda" (1911-1944), dowódca włodzimierskiego zgrupowania 27
dywizji "Osnowa". Zginął na Prypeci podczas przeprawy oddziałów "Osnowy" 27.05.1944 r.
Włodzimierz.
Rozkaz przyszedł nagle. 12
kwietnia otrzymaliśmy zadanie
bojowe. Wspólnie z 56 Pułkiem
Kawalerii Gwardii, piechotą i
artylerią zajęliśmy stanowiska
do ataku. Sowiecki major dowodzący grupą 24 artylerii i piechoty zlekceważył uwagi kapitana
„Gardy”, by zabezpieczyć drogę
do Uściługa.
Zlekceważenie tej sugestii zemściło się boleśnie. Gdy razem
z Sowietami zaczęliśmy z powodzeniem wdzierać się na przedmieścia Włodzimierza, nastąpił
atak niemieckiej formacji pancerno-motorowej od strony Uściługa,
prosto na odkryty bok stanowisk
piechoty i artylerii sowieckiej.
Artyleria została rozbita, wybito
piechurów. Widząc, co się stało,
nasz dowódca dał rozkaz do odwrotu. Razem z kawalerzystami
sowieckimi wycofaliśmy się z
Włodzimierza, zajmując stano-
www.ksi.kresy.info.pl
wiska obronne na skraju miasta.
Armijna artyleria dalekosiężna
wsparła nas w obronie. Kontrnatarcie niemieckie zostało powstrzymane. Niemcy wycofali
się do Włodzimierza. Pozwoliło
to na spokojne wycofanie się z
przedpola miasta. Jednak straty
w sowieckiej piechocie i artylerii były bardzo duże. Pułkownik
Kobylański, zastępca dowódcy
16 Dywizji Kawalerii Gwardii,
podziękował naszemu dowódcy,
kapitanowi „Gardzie”, za postawę naszych oddziałów i udzielenie pomocy wycofującym się oddziałom sowieckim. Sprawca tej
porażki, dowodzący major zginął.
14 kwietnia nastąpiło wycofanie
się naszych oddziałów w kierunku rzeki Bug, w rejon bagienny, w
okolice wsi Stężarzyce – Pisarzowa Wola. Nasz szwadron, wraz ze
sztabem naszego Zgrupowania,
zajął rejon Kolonii Strzeleckiej.
Powoli wszystkie oddziały wycofały się w tym kierunku, walcząc
z nacierającymi oddziałami 130
Dywizji Piechoty Niemieckiej.
Walki obronne naszych oddziałów były tak skuteczne, że rozbito całkowicie dwie kompanie
niemieckie, a trzecia widząc owoce tej klęski sama uciekła z pola
walki. Odetchnęliśmy trochę.
Nawet lotnictwo niemieckie przeniosło swoje naloty w inny rejon
walk. Całe formacje samolotów
atakowały oddziały Zgrupowania
„Gromady” i stanowiska wojsk
sowieckich.
Obrona naszego rejonu stawała
się coraz trudniejsza. Braki amunicji mocno dawały się we znaki.
Oddziały niemieckie całkowicie
okrążyły naszą dywizję oraz 8 sowieckich batalionów partyzanckich, a także dwa pułki kawaleryjskie 54 i 56 Gwardii.
W nocy 17 kwietnia dowództwa
oddziałów polskich i sowieckich
uzgodniły wspólną akcję przerwania okrążenia i przebicia się
na stronę sowiecką. Zaczęto przygotowywać operację.
Wycofując się z poprzednich stanowisk obronnych, nasze oddziały po przejściu rzeki zniszczyły
mosty. Wstrzymało to natarcie
niemieckiej broni pancernej.
Grząski grunt w okolicach rzek
nie pozwolił na żadne manewry
ciężkiego sprzętu. A siła naszego ognia nie pozwoliła piechocie
niemieckiej na złamanie naszego
oporu.
Stanowiska obronne naszego plutonu i kompanii „Piotrusia” zostały ulokowane nieopodal 300
metrowej grobli, biegnącej przez
bagienny teren, oraz zniszczonego drewnianego mostu. Wymościliśmy stanowiska gałęziami i
na nich leżeliśmy. Takie usytuowanie linii obronnej okazało się
bardzo skuteczne. Pociski artyleryjskie, granaty oraz bomby zrzucane przez samoloty wybuchały
najczęściej pod skorupą pokrycia
bagiennego. Groblę utrzymaliśmy
przez dwa dni, mimo ciągłych
nalotów (średnio, co trzy godziny), mimo ciągłego ostrzału artyleryjskiego i z broni pancernej.
Ostrzał trwał również w nocy. Nie
ruszyliśmy się z miejsca. Nie pozwoliliśmy na odbudowę mostu
przez własowców. Wszystkie ataki odparto.
Nasze trójka miała dobrą osłonę zwalonych drzew. Niedaleko
przebiegał rów wypełniony wodą,
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
którym dostarczano nam żywność
i amunicję. Ze wspomnianych
przeze mnie wcześniej powodów
zdrowotnych takie leżenie na
krzakach obok bulgocącej wody,
w gejzerach błota wyrzucanego
podczas wybuchów, przy braku
ciepłej żywności, nie było dla
mnie przyjemne. Tym bardziej, że
i nocą pozostawaliśmy na naszym
stanowisku, bo nie miał nas, kto
zmienić. Dopiero następnego dnia
rano dokonano zmiany. Otrzymaliśmy zadanie ponownego przeniesienia szpitala dywizyjnego
w inny rejon. Grobli broniono
jeszcze przez dobę. Nie mogąc
pokonać naszej obrony, Niemcy
uderzyli na oddziały sowieckie.
Zepchnęli Sowietów z linii obrony i tym samym dostali się na
nasze tyły. Wtedy też zakończyła
się obrona grobli. Musieliśmy się
wycofać, rozbijając otaczające
nas oddziały niemieckie. Dotarliśmy do Lasów Mosurskich w rejonie Ziemlicy i Stężarzyc.
Nasze oddziały były w ciągłym
boju. Szwadron ubezpieczał wycofujący się szpital. Udane kontrataki naszych oddziałów spowodowały wycofanie się wojsk
niemieckich, poniosły one duże
straty w ludziach i sprzęcie. Próba
przebicia się 16 Dywizji Kawalerii Gwardii w kierunku Kowla nie
powiodła się. Dywizja poniosła
bardzo duże straty. Po jej wycofaniu się w pobliże naszego postoju dowództwa nasze i Sowietów ponownie uzgodniły wspólne
działanie, w tym przebicie się w
kierunku rzeki Prypeć.
20 kwietnia wszystkie oddziały
polskie i sowieckie skierowały się
na północny wschód w kierunku
Polesia. Przemarsz odbywał się
nocą. Było tak ciemno, że musieliśmy kłaść próchno na tył siodła,
aby widzieć poruszającego się
przed nami konia. Nasz szwadron
otrzymał zadanie zabezpieczenia
tyłów. Przed nami jechały pozostałości 54 i 56 Pułków Kawalerii
Gwardii. Prowadził to zgrupowanie pułkownik Kobylański.
Nasz dywizyjny szpital pozostał
na miejscu postoju. Przydzielono mu wsparcie w postaci dwóch
kompanii, z poleceniem przerzucenia go o ile się da za Bug.
Uprzedzono Węgrów o miejscu
postoju szpitala. Pomoc Węgrów
okazała się nieoceniona. Wielu
rannych i sanitariuszki ocalało
przed pogromem, jaki spotkał
szpital sowieckiej partyzantki,
wymordowany w całości przez
pijanych własowców.
Staraliśmy się jechać jak najciszej. Nie wolno było rozmawiać,
a szczególnie palić. Jednak te
ciemności spowodowały rozerwanie się kolumny. Oddziały
zgrupowania „Gromada” i część
sowieckich oddziałów partyzanckich poszły w lewo, omijając
wieś Zamłynie. Nasze zgrupowanie prowadzone przez Sowietów poszło bezpośrednio na wieś
Zamłynie. Sowieci uważali, że
łatwiej będzie przejść rzekę Naretwę po moście, tym bardziej, że
sowieccy zwiadowcy poprzedniego dnia nie stwierdzili tam obecności Niemców. Oddziały sowieckie podeszły pod sam most i
zatrzymały się na pobliskiej łące.
Kawalerzyści zsiedli z koni. Nasze oddziały również weszły na
łąkę, jednak część z nich cofnęła się do lasu. Sowieci byli pew-
/ Szwadron 19 pułku ułanów. Luty 1944r.
ni, że przed nimi nikogo nie ma.
Było jednak inaczej. Pod wieczór
Niemcy zajęli Zamłynie i ufortyfikowali stanowiska obronne
przy moście, wykorzystując stare
bunkry. A po drugiej stronie mostu, naprzeciwko tych bunkrów i
umocnionej obrony niemieckiej
zatrzymały się oddziały sowieckie. Nie wiem, kto sprowokował
działania niemieckie. Oni sami
też byli zaskoczeni, że w odległości rzutu granatem stanęła prawie
dywizja wroga. Padły pierwsze
strzały. Pułkownik Kobylański
podjechał do mostu sprawdzić,
co się dzieje. I wtedy seria z karabinu maszynowego zakończyła
życie jego i jego córki. Wybuchł
chaotyczny ogień z obu stron. Ten
chaos uratował jednak wiele istnień ludzkich, ponieważ przerażeni Niemcy strzelali nie celnie.
Pociski świetlne szły górą. Ich
świst i huk wystrzałów spłoszyły
konie, które wyrwały się kawalerzystom i cały ten tabun ruszył na
nasze oddziały.
Uratował nas las, który wyhamował koński impet. Można się
było schować za drzewa. Nasz
szwadron zatrzymał się 100 metrów przed lasem. Pęd sowieckich
koni nie spowodował większych
szkód, ponieważ duża część
szwadronu wycofała się do lasu.
Szpica szwadronu, w której się
znalazłem, nie zdążyła tego zrobić. Sowieckie konie zaczęły nas
tratować. Mój koń zaczął wierzgać. Jego kwik i kopniaki osłaniały mnie przed pędzącym tabunem.
Nagle mój koń padł na ziemię,
skoszony serią z karabinu maszynowego. Ja zostałem przewrócony. Uderzenie było tak silne, że
straciłem przytomność. Co się dalej ze mną działo, dowiedziałem
się dużo później.
Konie po ciemku tratowały ludzi. Mnie znaleziono w lesie za
drzewem. Prawdopodobnie to
ono uratowało mnie przed zadeptaniem. Jak mi później opowiedziano, cały byłem we krwi,
nie wiem czyjej. Kiedy się ocknąłem w dzień, poczułem, że byłem mocno pobity, ale krwawiłem
nie wiele. Mundur miałem cały
porozrywany. Nie miałem pasa.
Nie miałem żadnej całej odzieży. Kopyta końskie prawie mnie
rozebrały. Po odnalezieniu mnie
koledzy stwierdzili, że nie żyję.
Była to prawdopodobnie sugestia
na sam mój widok. W całym tym
bałaganie i w ciemnościach nikt
mnie nie zbadał. Ojciec zebrał
spieszonych kawalerzystów i żołnierzy „Piotrusia” osłaniających
tabory przepłynęli rzekę, uderzyli
od tyłu na obronę niemiecką, wybijając ją całkowicie.
Za tę akcję ojciec został podany
do odznaczenia Orderem Krzyża
Virtuti Militari 4 klasy.
Po rozbiciu Niemców ojciec wrócił do miejsca postoju szwadronu i tam dowiedział się o mojej
śmierci. Sam przeniósł mnie do
wspólnej mogiły w rowie. Mój
wygląd i bezwład upewniły go o
mojej śmierci. Trzeba pamiętać,
że wszystko działo się bardzo
ciemną nocą, w ferworze walki, w dodatku w dużym bałaganie. Właśnie miano przystąpić
do zasypywania naszej wspólnej Sowietów i Polaków mogiły,
gdy rozległ się warkot czołgów
niemieckich. Spowodowało to
wycofanie się naszych i sowieckich oddziałów do lasu. Saperzy
zaminowali most. Utworzono linię obronną na skraju lasu. Silne
zgrupowanie pancerne wsparło
atak piechoty niemieckiej, a nalot
samolotów zdecydował o wycofaniu się naszych oddziałów w głąb
lasu, skąd później próbowały się
one wydostać przez rzekę i tory
kolejowe.
Sowieci postanowili spróbować
przebić się, obchodząc Zamłynie.
Drogi naszego i sowieckiego zgrupowania rozeszły się. Sowieci zostali później zdziesiątkowani przez
Niemców, jak również przez swoje
własne wojska, broniące linii frontu.
Nasi przy dojściu do torów również
ponieśli duże straty. Postanowiono
wycofać się i przebijać w kierunku
Bugu. To zamierzenie się powiodło. Zgrupowanie „Gromada”, które
wcześniej podeszło do torów, przełamało obronę niemiecką i dotarło
do rzeki Prypeć. Saperzy rozpoczęli budowę kładki przeprawowej
i wtedy nastąpił huraganowy ogień
sowiecki, z tyłu otworzyły ogień
nadjeżdżające czołgi niemieckie.
Zanim Sowieci zorientowali się w
pomyłce, zginęło bardzo wielu naszych ludzi. Przyczyną otwarcia
ognia przez Sowietów były niemieckie mundury, w jakie byli ubrani nasi żołnierze.
Ciała w dole pogrzebowym nie
zwróciły uwagi Niemców, którzy
ruszyli w pościg za oddziałami
sowieckimi. Rano ocknąłem się
wśród stężałych ciał. Zacząłem
wygrzebywać się spod zwłok
dwóch żołnierzy sowieckich. Było
to niezwykle trudne, ponieważ
ciała były ciężkie, a ja byłem cały
obolały. Nagle poczułem, że ktoś
mi pomaga. Okazało się, że „ożył”
drugi nieboszczyk ranny kapral z
kompanii „Piotrusia”,” Franek”
(nazwiska nie pamiętam). Kula
przeszyła mu lewą pierś, nie naruszając kości ani płuc, a krwawienie samoczynnie ustało, bo otwory
wlotowy i wylotowy po kuli zostały zatkane. Widocznie chciano
go dostarczyć sanitariuszom, ale
nie zdążono, a może zapomniano
w tym zamieszaniu. Inni uznali go
za martwego i złożyli jego ciało do
rowu.” Franek” odzyskał przytomność wcześniej ode mnie i próbował sobie bezskutecznie nałożyć
opatrunek. Gdy pomógł mi wydostać się z rowu, założyłem mu ten
opatrunek, jak umiałem. Założyłem również temblak na jego rękę.
On zaś pomógł mi skompletować,
jakie takie ubranie i bieliznę, które zdjęliśmy z zabitych. Postanowiliśmy ruszyć w kierunku torów
kolejowych, sądziliśmy, że tam
skierowały się nasze oddziały. Po
drodze spotkaliśmy kilku wojaków z tylnego ubezpieczenia batalionu „Trzaski”, którzy zawrócili
spod torów. Opowiedzieli, jak to
się stało, że nie przeszli. Gdy formacja „Gromady” znalazła się na
otwartym polu przed torami, zza
nasypu kolejowego otworzyli do
nich silny ogień ukryci tam Niemcy. Oddziały „Gromady” rozbiły
niemiecką linię i zaczęły przechodzić przez tory. Nagle nadjechał
niemiecki pociąg pancerny, który
obłożył ciężkim ogniem kolumnę, forsującą tory. Większości oddziałów udało się przejść. Tylko
nieliczni nie zdążyli i musieli się
cofać przed nawałą ognia. Cofając
się, dostali się pod ogień czołgów,
działających pod Zamłyniem. Wycofujące się grupy nie wytrzymały
takiego ognia, tym bardziej, że teren był odkryty. Wtedy każdy zaczął się ratować, jak mógł.
Fragment wspomnień Jerzego
Demczuka ps. „Szpak” pt. „Wojenne losy”.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 7
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
13 kwietnia 1940 r. zaczął się zwyczajnie
Redakcja
Kwiecień 1940 r. na Kresach
Wschodnich to okres drugiej deportacji Polaków w głąb Rosji. Poniżej
prezentujemy jedno ze wspomnień z
tamtego trudnego czasu.
Helena Pietrzycka (z domu Borowa)
urodziła się 25.12.1926 r. w Cieleszach (gmina Prozoroki, woj. wileńskie).
Wraz z młodszą siostrą Ireną, jej
rodzicami - Taisą i Janem oraz ciotką, zamieszkali na 66 hektarowym
gospodarstwie w Cieleszach. Przeprowadzili meliorację, wybudowali
dom oraz zabudowania gospodarcze. Zajmowali się hodowlą bydła,
a także uprawianiem specjalnego
gatunku lnu długowłóknistego na
obszarach torfowych.
W 1939 r. po ukończeniu sześciu
klasach w szkole powszechnej w
Prozorokach, zdała egzamin do
pierwszej klasy prywatnego gimnazjum w Głębokiem. Mieszkała w
wynajętej kwaterze i tak aż do dnia
17 września 1939 r., kiedy to Armia
Czerwona wkroczyła do Polski na
Kresy Wschodnie.
W październiku 1939 r. NKWD
aresztowało jej ojca pod zarzutem
szpiegostwa. Został osadzony w
więzieniu w Berezweczu. Wyrok
brzmiał: 8 lat pozbawienia wolności
i przymusowa wywózka do gułagu,
w Uśc-Uchtie.
Helena kontynuowała naukę. W
gimnazjum zamiast języka polskiego uczyła się rosyjskiego i białoruskiego, ale przedmioty tj. geografia
czy biologia, były prowadzone po
polsku. 13 kwietnia 1940 r. zaczął
się zwyczajnie, Lola udała się do
szkoły. Jednak na drugiej lekcji
wydarzyło się coś nietypowego: do
drzwi zapukał dyrektor, wszedł do
klasy, zamienił słowo z profesorką
i wyszedł. Po jego wyjściu nauczycielka z konsternacją powiedziała:
"Helena Borówna, spakuj swoje rzeczy. Jesteś proszona do kancelarii".
Dziewczynka spakowała się. Przed
wyjściem nauczycielka pogłaskała
ją po głowie na pożegnanie.
W kancelarii siedział umundurowany NKWD-zista wraz z dyrektorem. Powiedział, iż zabiera ją ze
szkoły. Dziewczynka była przerażona, zdawała sobie sprawę z groźnej sytuacji - wiedziała już o tym,
że prowadzone są represje, czasem
ktoś nie przychodził do szkoły, był
zabierany, a przede wszystkim, że
jej ojciec znalazł się w więzieniu.
Rodzina nie miała od niego przez
dłuższy czas żadnych wiadomości,
krążyły wieści o rozstrzeliwaniu i
mordowaniu skazanych. "A co, jeśli ja też tam trafię?" - pomyślała.
Próbowała nie wybuchnąć płaczem,
miała mętlik w głowie. Zwróciła się
do dyrektora z pytaniem: "Panie dyrektorze, a co ja złego zrobiłam?".
Oczekiwała słów, które tłumaczyłyby sytuację, w której się znalazła.
Nikt jednak nie odpowiedział jej na
to pytanie. NKWD-zista oznajmił pojdziosz so mnoj!. Zaprowadził ją
na stancję, gdzie mieszkała. Ludzie
na ulicy patrzyli się ze zdziwieniem
na żołnierza prowadzącego zapłakane dziecko. "Boże, oni na pewno
pomyślą, że ja jestem jakąś złodziejka, albo zrobiłam coś bardzo złego"
- pomyślała. Starała się nie płakać,
ale mimo to łkała cichutko. NKWD-zista był jednak wrażliwym człowiekiem, poklepał ją po ramieniu i
powiedział: Ty nie płacz i pojdiom
na kwartiru po wieszczy i jedu.
Nada wsio wziat. (Nie płacz, pójdziemy na stancję po rzeczy, tylko
weź wszystkie). Tak też uczynił. Pozwolił zapakować wszystkie rzeczy
oprócz kilku książek. Ukradkiem
udało jej się jednak spakować mały
tomik poezji Marii Konopnickiej,
którą wówczas uwielbiała. Żołnierz
wysłał gospodynię do sklepu, aby
kupiła dwa bochenki chleba, ćwiartkę masła i kawałek kiełbasy na drogę. Następnie dowiózł dziewczynkę
na stację Królewszczyzna, gdzie stał
już cały skład pociągów z zakratowanymi oknami. Było w nich pełno ludzi. W czterdziestym wagonie
znalazła swoją siostrę i matkę. W
nocy wagony ruszyły. Od tej pory
rozpoczęła się druga wywózka Polaków na Sybir.
Spotkanie z najbliższymi było wielką radością i przeżyciem. Choć na
chwilę udało im się zapomnieć o
okolicznościach, w których się znalazły. Wagon towarowy, nazywany
Małym, był zamykany i ryglowany
od zewnątrz. W dużych wagonach
znajdowało się nawet do 60 osób.
Wewnątrz, po obu stronach, umocowane były prycze z desek, na
których umieszczano całe rodziny.
Borowie ulokowali się na górnej
wraz z czteroosobową rodziną pani
Gołębiewskiej. Na dole mieściły się
dwie rodziny, naprzeciwko sytuacja
była podobna. Łącznie w wagonie
przebywało ok. 28-30 osób. Pośrodku znajdował się ich dobytek.
Nie wszystkim pozwolono zabrać
rzeczy, dlatego brakowało takich
przedmiotów jak koce i kołdry, a
także wszelakich naczyń czy sztućców. Dzieci płakały, było im zimno
i domagały się jedzenia. Matki z trudem uspokajały je.
Otwór w kącie wagonu służył za
wc. Korzystanie z niego było bardzo
przykrym przeżyciem dla wszystkich, zważywszy na niedyspozycje
żołądkowe, spowodowane niewłaściwym odżywianiem. Transporty
obstawione były po obu stronach
przez pilnujących żołnierzy. W
środku długiego transportu znajdował się wagon przeznaczony dla
komendanta i wojskowych. Ludzie
ci nie byli rozmowni, nie chcieli
udzielić żadnych informacji dotyczących podróży.
Tej nocy kwietniowy, zimny wiatr
wiał przez szpary wagonu. Ludzie
nie spali, leżeli okryci kocami i kołdrami. Płakali. Helenka spoglądając przez mały otwór na zewnątrz,
zbierała myśli, układając je w rymy:
"Oto w cieniu nocy rzucam gdzieś
moje... Porozrzucam wszystko, jadę
w świat daleki.. Żegnam was piękne
brzózki i piękne pola i rzeki". Nagle zazgrzytały hamulce i pociąg
zatrzymał się na ostatniej polskiej
stacji - Zahacie. Słychać było jeszcze polską mowę, nawoływania i
poszukiwania krewnych. Żołnierze
odpędzali ludzi z peronu. Po kilku
minutach transport ruszył dalej. Na
drugi dzień zatrzymał się na stacji
towarowej już w Związku Radzieckim. Otworzono drzwi. Żołnierz
wezwał dwie osoby po wiadro z
wrzącą wodą. Helenka bez wahania
zgłosiła się na ochotnika. Później
przydzielono jej na stałe tę funkcję.
"Boże! Jak chciało się pić!" - wspomina.
Dalsza podróż prowadziła przez
miasta: Smoleńsk, Witebsk, Kaługa,
Tuła, Penza, Kujbyszew, Ufa, Złatoust aż do Uralu. Po kilku dniach podróży, zatrzymując się w większych
miastach, raz dziennie dostarczano
wiadro z zupą, później nawet do
3 bochenków chleba na 24 osoby.
Przed Uralem (Ufa lub Kujbyszew)
po raz pierwszy można było umyć
się. Zaprowadzono wszystkich do
łaźni, gdzie dokonano odwszawienia - dezynfekcji odzieży. Zapasy
żywnościowe zabrane w podróż
kończyły się, otrzymywano zupy
wodniste, mało pożywne. Domagano się większych racji żywnościowych, jednak nikt nie reagował na
te żądania. Dzieci do lat 12 dodatkowo otrzymywały po cztery herbatniki dziennie. Wiele z nich umierało w trakcie podróży. Żołnierze
zostawiali ciała przeważnie gdzieś
na stacjach, nikt nie wiedział gdzie
konkretnie. Kiedy kobiety dowiadywały się o śmierci któregoś z dzieci,
śpiewały nabożne piosenki i pieśni
pogrzebowe. Wtedy przez cały pociąg słychać było jęczące pieśni.
Strona 8 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
NKWD-ziści, bardzo zdenerwowani tym śpiewem, uderzali pięściami
w drzwi, krzycząc do nich: uspokojet' sia!
13 kwietnia skład towarowy wyruszył, a 28 kwietnia dotarł do Pawłodaru. Helenka przez cały czas
wyglądała przez zakratowane okno,
podziwiając stepy, góry, biegające kozice. Nieustannie żegnała się
z krajem, recytując Konopnicką?
Końcowa stacja (Pawłodar) znajdowała się nad Irtyszem. Tam wyładowano wszystkich z pociągu i
załadowano w samochody ciężarowe. Następnie umieszczono ich na
dwóch dużych, towarowych barkach. Było na nich bardzo ciasno.
Płynęły dwa dni w górę rzeki, aż do
Siemijarska. Była to większa wieś,
z siedzibą władz powiatowych. Już
na miejscu wyładowano wszystkich
na brzegu. Naczelnik partii ogłosił
przez megafon, że poszukuje: lekarzy, pielęgniarki, księgowych, fryzjerów, krawców, pracowników do
łaźni, sprzątaczki, gońców, pracowników kołchozu.
Taisa Borowa przed wojną była
społecznicą, wspólnie z nauczycielami wiejskimi dużo czasu i pracy
poświęcała szerzeniu życia kulturalnego na wsi. Zorganizowała Koło
Gospodyń Wiejskich jak również
kółko recytatorskie, w którym wystawiano sztuki teatralne. Pracowała
w spółdzielni "Społem", gdzie należała do komisji rewizyjnej i trochę
znała się na księgowości. Zgłosiła
się do pracy, aby już nie jechać dalej
w nieznane. W Siemijarsku zostało ok. 28-30 rodzin, które wybrano
zgodnie z zapotrzebowaniem na
profesje. Reszta trafiła do odległych
kołchozów.
Siemijarsk był położony na wysokim brzegu rzeki Irtysz, otoczony
jarami i stepem. Na wiosnę (kiedy
lody pękały) naokoło były otoczone wodą. Mieszkała tam przede
wszystkim ludność rosyjska, głównie różni zesłańcy reżimu stalinowskiego oraz ludność kazachska. W
mieście znajdowała się siedziba
rejonu (powiatu), a co za tym idzie
cała administracja urzędów rejonowych tj.: poczta, przychodnia i
szpital (na trzy łóżka), bank, inspektorat RKU, komitet partii, milicja,
NKWD, dwie średnie szkoły - rosyjska i kazachska, młyn, elewator,
dyrekcja dwóch kołchozów, urząd
powiatowy i dostaw obowiązkowych, łaźnia miejska, administracja
i służba gospodarki komunalnej, jeden sklep, piekarnia, salon fryzjerski i krawiectwo.
Rodzina Borów wraz z Michaliną
Lachmanową (nauczycielka z zawodu, koleżanka Taisy Borowej)
zamieszkała u rodziny kazachskiej.
Wynajęli jeden pokoik bez podłogi
w ziemiance. Łącznie znajdowało się tam sześć osób. Każda spała
przy osobnej ścianie. Brakowało pościeli, Borowie spali na starej macie
Kazaszki, przykryci jedną kołdrą.
Tak rozpoczęło się ciężkie zesłańcze życie w Kazachstanie.
Lato było bezdeszczowe i upalne.
Już pod wieczór nad rozlewiskiem
Irtysza gromadziły się niezliczone ilości malarycznych komarów
i małych jadowitych meszek, które bardzo kąsały. Bez moskitierów
nie można było wytrzymać. Trzeba
było rozpalać ogniska, aby obronić
się przed owadami, a także, żeby
coś ugotować. Niestety często nie
było nawet czym rozpalić ogniska.
Zbierano zeschnięte badyle z traw i
krzewów dzikiego głogu, który rósł
nad brzegiem i zlewiskiem Irtysza
oraz wysuszone krowie odchody
(kiziaki), których zdobycie nie było
takie proste.. Każdy właściciel krowy strzegł tych odchodów. Suszono
je na opał na zimę. Zimy ciągnęły
się od połowy października do końca marca, a więc trzeba było zebrać
ich dużo. W Siemijarsku nie było
elektryczności ani węgla kamiennego. Lasów w bezkresnym, wyschniętym stepie również. Największymi problemami było zdobycie
pożywienia i opału.
Pod koniec pierwszego lata dwie
osoby zachorowały na malarię, która wyjątkowo ciężko atakowała Polaków. Profilaktycznie łykano chininę. Helena wraz ze swoją młodszą
siostrą chodziła na step i zbierała
szczaw oraz łuk (szczypiorek), które
suszyły na zimę. W upalne dni młodzież i starsi ochładzali się i kąpali
w rzece. Z tego samego źródła pobierana była również woda pitna. W
Siemijarsku nie było żadnej studni.
Ten, kto nie pracował, nie dostawał
ani jedzenia ani pieniędzy, dlatego
Helenka zgłosiła się do pracy jako
goniec. Przez całe lato aż do jesieni
nosiła depesze. Zarabiała 60 rubli.
Wszyscy Polacy powyżej 14 roku
życia mieli obowiązek zgłaszać
się osobiście dwa razy w tygodniu
w wyznaczonym dniu do NKWD,
gdzie sprawdzano listę obecności.
Był to zabieg, który utrudniał ewentualną ucieczkę. Statki pasażerskie
kursowały latem między Pawłodarem, a Semipałatyńskiem. Zatrzymywały się w Siemijarsku. Przywoziły również pocztę. Pod koniec
lata zaczęły się problemy z kupnem
chleba i mąki. Było to spowodowane brakiem opadów i silnym słońcem. Kołchozy nie wywiązywały
się z dostawy państwowej, pracownicy drugi rok z rzędu nie otrzymywali zapłaty w naturze. Ostatecznie
zamknięto młyn i piekarnię, a po
kołchozowe zboże przypłynęły holowniki z barkami. Wówczas 14
letnią Helenkę przekazano z poczty
do ładowania zboża. Z wysokiego
brzegu po trapie, chwiejąc się pod
ciężarem, nosiła na plecach wór
ziarna. Miała lęk wysokości, więc
było to tym bardziej trudne zajęcie.
Prosiła Boga, aby tylko nie runąć
w dół. Były także plusy tej ponad
siły pracy. Udawało się przynieść
do domu jakieś zawieruszone w
obuwiu, kieszeniach albo staniku
ziarenka. W czasie pracy również
można było podjeść co nie co.
Pojawił się problem z kupnem jedzenia. Za zarobione pieniądze nie
można było za bardzo co kupić.
Kołchoźnicy prowadzili handel
wymienny, więc aby zakupić cokolwiek, trzeba było dać jakąś rzecz w
zamian. Polacy, którzy przyjechali
z większymi bagażami jakoś dawali sobie radę, jednak ci, którzy nie
mieli prawie nic, głodowali. Ludziom brakowało witamin, pojawiły
się choroby.
Taisa rozpoczęła pracę w Zagodzierno, gdzie otrzymywała miesięcznie 8 kg pszenicy (zamiast
kartek na chleb), którą trzeba było
zemleć na żarnach. W sklepie nie
było żywności, na targu dominował
tylko handel wymienny. Rodzinie
udało się zakupić jeszcze w sklepie
żelazne łóżko z dwiema deskami za-
www.ksi.kresy.info.pl
miast materaca. Oprócz tego wraz z
Michaliną Lachmanową, broniąc się
przed nachodzącym głodem, wymieniły nowy garnitur i trzy koszule męża Michaliny na dojną krowę
- "Mańkę". "Mańka" była bardzo
mądrym zwierzęciem, przez całą
zimę żywiła się sama. Ukradkiem
wyjadała siano z kołchozowych
stogów, a potem sprytnie uciekała.
Potrafiła obronić się także przed
wilkami, których były niezliczone
ilości. Kołchozowe stogi w połowie
zimy zniknęły i pojawił się problem
- zabić krowę czy zdobyć dla niej
siano? Matka i siostra dziewczynki
były skłonne do tej pierwszej wersji, natomiast Helence udało się
wypłakać życie "Mańki". Wypożyczyły konia i sanie, zaopatrzyły się
w łuczywa, zapałki oraz kożuchy i
z rana wyruszyły po siano do odległej o 38 km wioski. Droga nie była
lekka. Siarczysty mróz nie pozwalał
leniuchować w saniach, trzeba było
rozgrzewać się biegnąc obok. Niestety w trakcie drogi złamał się dyszel. Kobiety płakały i modliły się,
były bezradne. Do aułu pani Gołębiowskiej, gdzie mieszkał również
pan Feliks z matką i siostrą (znajomi
z wagonu), dzieliło ich 8 km i sześć
godzin powrotnej jazdy do domu.
Słońce chyliło się ku zachodowi.
Taisa sama na oklep wyruszyła do
odległej wioski z prośbą o pomoc.
Helenka siedziała sama, zagrzebana
w stogu siana. Wokół rozlegało się
wycie wilków. Dziewczynka była
bardzo strachliwa, bała się różnych
straszydeł, duchów, straszne myśli
kłębiły się po jej głowie. Po kilku
godzinach usłyszała: "Lolu, Lolu!
Nie bój się! Już jedziemy". Pan Feliks udał się wraz z nimi w drogę
powrotną. "Gdybyśmy wiedziały
ile tam czyha wilków, na pewno nie
zdecydowałybyśmy się na tę podróż
same" - wspomina.
Jesienią Kazaszka wymówiła im
mieszkanie. Chciała zapłaty w towarze, którego nie miały. Zostały
na bruku. Po usilnych staraniach
zamieszkały w małej, starej ruskiej
łaźni, którą wynajęły na rok za jeden
litr mleka dziennie latem, a 0,5 litra
zimą. Była to sień z klepiskiem i
drewnianym pomieszczenie z takąż
podłogą, z wmurowanym kotłem na
wodę oraz paleniskiem. Mieściło się
tam tylko łóżko i wiklinowy kosz,
który również spełniał rolę stołu.
Na jednej ścianie znajdowało się
maleńkie, ciągle zamarznięte okno.
Gdy wchodziło się do tejże łaźni,
zdawało się, że to lodowy pałac ściany były pokryte szronem (lub
wodą, jeśli napalono w palenisku).
Spało się tam bardzo nieprzyjemnie
na jednym łóżku (kupionym przed
kryzysem w sklepach), pod jedną
kołdrą, "na waleta". Nie było pod
nim materaca, tylko suche deski, na
których nałożone były papiery, aby
było cieplej. Było bardzo zimno, nawet, jeśli spało się w ubraniach.
Zbliżało się święto narodowe rocznica Rewolucji Październiko-
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
wej. Rzeka zamarzła, step zasypały
śnieżne zamiecie. Pracownicy w
zakładach otrzymywali świąteczny przydział: pół litra wódki, dwie
płytki prasowanej herbaty (kirpicznego czaju), kostkę zwykłego mydła i pół kilograma landrynek dla
dzieci (do 12 roku życia). Matka
Helenki wymieniła alkohol na 3 kg
prosa, za kirpiczny czaj Kazaszki
dały po pół litra topionego masła.
Kazachowie byli bardzo uzależnieni
od picia czaju. Bas bolit, bas bolit
(boli głowa) narzekali, gdy brakowało herbaty. Wymienione produkty musiały wystarczyć do Nowego
Roku, kiedy otrzymywano nowy
przydział. Święto pierwszomajowe
uczczono także przydziałem produktów spożywczych. Kazaszki i
ludzie niepracujący, całymi dniami
stali w długich kolejkach, czekając
pod sklepem po zakupy.
Nadchodziła chłodna zima. Ziemniaków, marchewki czy kapusty
nie można było zdobyć, ponieważ
słabo rosły na piaskach stepowych,
które szybko wysychały. Rodzina
gotowała raz dziennie na palenisku pod kotłem zieloną zupę - lurę.
Była to zupa na wodzie z suszonego
szczawiu, łuku lub dyni (wraz z arbuzem wyjątkowo rosła), okraszoną
kilkoma łyżkami mąki i mleka. Na
blasze pieczono lepioszki z mąki z
dodatkiem wszystkiego, co nadawało się do zjedzenia. Helenka napisała wówczas list do cioci, która
mieszkała w Cieleszach. W tym
czasie listy należało pisać po rosyjsku, aby uniknąć kłopotów, a także
nie dostarczenia. Były również cenzurowane. W zaszyfrowanym liście
napisała, iż jej rodzinę odwiedził
Klima (wiedząc, że był biedakiem i
brakowało mu chleba). Ciotka właściwie odczytała list i przysłała dwie
paczki po siedem kilogramów mąki
i sucharów. Paczki po miesiącu dotarły do Pawłodaru, który był oddalony o przeszło 240 km. W styczniu
pocztę z Pawłodaru dostarczano samolotem, ale po odbiór paczek odbiorca musiał zgłosić się osobiście.
NKWD pozwoliło Taisie polecieć
samolotem po odbiór paczki. Samolot wylądował w mroźny dzień,
na odpowiednio ubitym śniegu i
natychmiast wystartował z mamą
Helenki. Niestety jej powrót nie
obył się bez komplikacji. Przez cały
tydzień szalał buran (śnieżyca), która uniemożliwiała lot samolotu. Lot
okazał się możliwy dopiero po 10
dniach, jednak paczka z sucharami
dotarła do samotnych dziewczynek
wcześniej. "Irenkę to aż rozbolał
brzuch, tak się najadła" - wspomina.
Pierwsza Wigilia na zesłaniu była
niezapomniana. Mama Helenki w
ciężkim stanie znalazła się w szpitalu - zachorowała na malarię. Wizyta w szpitalu przeciągnęła się do
późnego wieczora. Siostry siedziały
przy rozgorączkowanej, trzęsącej
się, o żółtej cerze mamie. Podzieliły się kawałkiem szpitalnego chleba
jako opłatkiem, złożyły życzenia,
ucałowały matkę i ze łzami cichutko zanuciły kolędę "Wśród nocnej
ciszy". Schorowana matka rzekła:
"Lolu, gdyby coś się ze mną stało,
zaopiekuj się Irenką, ty jesteś dużą,
dzielną dziewczynką, jutro skończysz 14 lat. Teraz już idźcie do
domu, jest już późno, a na dworze
zamieć". Dziewczynki pożegnały
się i wyszły przygnębione. Przechodząc obok ogrodzenia z drewnianych belek wokół wojenkomatu
(RKU), Helenka wpadła na pomysł,
aby wydobyć dwa nieduże, nie
umocowane belki na opał. Poczuła się dorosła i odpowiedzialna za
siostrę. Wytłumaczyła jej, że oni
zabrali im wszystko, dlatego zabiera
im dwie belki na opał. Późna noc i
zamieć zatarły ślady. W domu przez
całą noc przy pomocy noża łupały
belkę na kawałeczki, innych przyrządów nie posiadały. Drugą belkę
schowały do łóżka pod kołdrę, aby
nikt o niej nie wiedział i żeby została na później. Po dwóch dniach wróciła ich mama. Życie z powrotem
toczyło się jak dawniej. W grudniu
Helenka została zwolniona z pracy. Rozpoczęła naukę w 7. klasie
sowieckiej szkoły średniej. Mówiła
niepoprawnie po rosyjsku, przez co
wywoływała śmiech klasy. W czasie
pierwszego półrocza była zobowiązana do uzupełnienia wiadomości i
zdania egzaminu z języka rosyjskiego i kazachskiego za okres poprzednich dwóch lat. Jej odpowiedzi, a
także oceny były coraz lepsze. Była
bardzo ambitną uczennicą, starała
się uczyć, choć miała bardzo mało
czasu. Była obarczona codziennymi obowiązkami, musiała opiekować się siostrą, przynieść wodę (co
było bardzo trudne, zważywszy na
zamarznięte obrzeża rzeki), ugotować coś do jedzenia. Nie posiadała
zeszytów ani książek, przez co jej
nauka była utrudniona. Helenka nie
chciała być gorsza. Uczyła się wierszy na pamięć i zawsze zgłaszała się
do ich recytacji. Dostawała za nie
dobre oceny. Udało jej się również
zdobyć najlepszą ocenę w klasie
za napisanie pracy o Puszkinie, co
podniosło ją na duchu i zachęcało
do dalszego poszerzania wiedzy.
Do dziś także pamięta także wiersz
Dżambuła Dżabajewa, kazachskiego poety, pt. Turksib. Posłuchaj!
Mimo nauki nigdy nie nauczyła się
biegle mówić po kazachsku, choć
dużo rozumiała.
22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-sowiecka. Armia
niemiecka szybko posuwała się naprzód. W lipcu po układzie Sikorski-Majski nastąpiło pewne ocieplenie. Nie trzeba było już meldować
się w NKWD, była większa swoboda, pozwalano przesiedlać się do
innych miejscowości i wyjeżdżać na
przepustkę do miast. Rodzina otrzymała list od cioci z Barnaułu, dokąd
zesłano ją wraz z rodziną w ostatniej
masowej wywózce 20-21 czerwca 1941 r., w dzień wybuchu wojny. Lola postanowiła ją odwiedzić.
Otrzymała bez problemu przepustkę, najpierw przez dwa dni płynęła
statkiem do Siemipałatyńska, dalej
pociągiem linii Turksib, ze stolicy
Turkmenii do Nowosybirska, przez
Semipałatyńsk do Barnaułu. Kupno
biletu w Semipałatyńsku graniczyło
z cudem. Ludzie ustawiali się w długich kolejkach i czekali godzinami
na bilet. Ktoś z tłumu widząc bezradną, samotną dziewczynkę, wywalczył bilet również dla niej.
Klaudię Borową (tak nazywała się
jej ciotka) wraz z Lilą i babcią Stefnią Krywieńko odnalazła w długim,
drewnianym baraku w Barnaule. Ich
prycza miała wymiary 2,5 x 2,5 m.
Ich opowieściom nie było końca.
Jednakże po kilku dniach pobytu, Lola zachorowała na szkarlatynę. Przewieziono ją do szpitala
miejskiego, gdzie spędziła sześć
tygodni. W drodze powrotnej do
domu, dziewczynce towarzyszyła
jej babcia, która bała się wypuścić
wnuczkę samą. Statki pasażerskie z
Semipałatyńska przestały kursować,
Irtysz płynąc stopniowo zaczął pokrywał się krą. Lola wraz z babcią
wypłakały miejsce na ostatnim holowniku wiozącym towar do magazynów w Majsku. Znajdował się on
na przeciwległym brzegu rzeki, o 15
km od Siemijarska. Przeprawa przez
rzekę była bardzo ryzykowna. Na
szczęście spotkały Kazachów, którzy w zamian za sweter babci podjęli się przeprawy łodzią. Kry uderzały w płynącą łódź, fale zalewały
łódź. Kobiety czerpakami wylewały
wodę, modląc się o szczęśliwą przeprawę. W końcu, przemarznięte i
mokre, znalazły się na brzegu, a po
trzech godzinach w domu. W ciągu
trzech kolejnych dni, Irtysz całkowicie stanął skuty lodem. Lola znowu zachorowała, lekarz stwierdził
przeziębienie i powikłania po szkarlatynie oraz wodę w boku. Dostawała chininę, aspiryną lekarz robił jej
okłady ze spirytusu. Nie było możliwości użycia innych leków. Po dwumiesięcznej kuracji wyzdrowiała.
6 grudnia 1941 r. Jan Borowy
przybył do swojej rodziny. Został
zwolniony z łagru na mocy układu
Sikorski-Majski w październiku.
Dwa miesiące zajęła mu podróż
pociągiem z Kotłasu do Pawłodaru.
Stamtąd już nie było żadnego transportu, dlatego był zmuszony pokonać tę drogę pieszo. Trwała ona pięć
długich dni.
Druga wigilia na zesłaniu była bardziej radosna. Nareszcie cała rodzina zebrała się w komplecie. W ciągu
kilku dni zmienili mieszkanie na
większe z płytą kuchenną. Ojciec,
choć bardzo wyczerpany, starał się
zapewnić opał w domu, dbał także o krowę. Na Nowy Rok rodzina
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 9
dodatkowo otrzymała 4 kg kaszy
jaglanej. Jan Borowy znalazł pracę
w magazynie w Majsku, oddalonym
o 15 km. Pracował i mieszkał tam
cały tydzień, miał zapewnione wyżywienie. Wracał na wolną niedzielę z pełnymi warzyw kieszeniami.
Starał się zadbać o rodzinę jak tylko
mógł.
W lutym 1942 r. nadeszła pomoc z
UNRRA. Rodzina otrzymała amerykańskie, wełniane ubrania, puszki
wieprzowiny i 5 kg mąki. Z okolicznych kołchozów i aułów przyjeżdżali zmobilizowani Polacy do
Polskiego Wojska, organizowanego
przez gen. Andersa. Przeprowadzano badania lekarskie i po nich przydzielano do jednostek wojskowych,
a także wywożono nad Morze Kaspijskie. Do wojska brano młodych,
zdrowych chłopców i mężczyzn,
a także samotne kobiety (żony byłych oficerów, bezdzietne). Była to
szansa na wydostanie się z Rosji. W
tym czasie wojska radzieckie cofały
się, front był coraz bliżej Kaukazu i
Wołgi. Sowieci wywieźli Niemców
nadwołżańskich, z Kaukazu przyjechały transporty Czeczeńców i Inguszów.
Generał Anders na skutek obciętych
racji żywnościowych dla wojska
uzyskał aprobatę sowiecką na przemieszczenie armii do Iraku. Po drugim etapie wyjazd przerwano, tym
samym zgasły nadzieje na wydostanie się. NKWD zaczęło wzywać Polaków w celu podpisania obywatelstwa radzieckiego i otrzymywania
paszportów radzieckich. Nikt takiego zaświadczenia nie podpisał. Karą
za to było osadzenie w areszcie.
W marcu 1943 r. powołano Zwią-
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
zek Patriotów Polskich, który po
zakończeniu wojny miał zająć się
repatriacją do Polski. Organizacja ta
udostępniła ludności małe pomieszczenie w kinoteatrze wiejskim,
gdzie prowadzono "Kącik kultury
polskiej". Czytano polskie książki,
śpiewano, grano na instrumentach.
Życie kulturalne wśród Polaków
ożywiło się, czego zazdrościli Rosjanie, Niemcy czy Czeczeńcy.
W 1943 r. Jan Borowy został zmobilizowany i wcielony do Wojska Polskiego do Samodzielnej Kompanii
Łączności ZDP, która stacjonowała
w Siedlcach. Przeszedł cały szyk
bojowy od Lenino do Berlina, zdemobilizowano go 4 września 1945
r. Został ranny i kontuzjowany pod
Warszawą. Odznaczono go wieloma
medalami i krzyżami, m.in. Polonia
Restituta. Był inwalidą wojennym I
grupy. Zmarł 7 grudnia 1991 r.
W 1943 r. Helena ukończyła 9 klas
szkoły średniej w Siemijarsku. Wybrała się do Barnaułu do Instytutu Pedagogicznego. Nie została jednak tam
przyjęta, mimo bardzo dobrych ocen.
Polakom umożliwiano tylko studiowanie w szkołach medycznych. Wraz
z dwiema koleżankami z Polski znalazła się w Barnaulskiej Felczerskiej
Szkole Medycznej, gdzie studiowała
do sierpnia 1945 r. Otrzymała bardzo
dobre oceny na świadectwie oraz promocję na trzeci rok.
W czasie studiów otrzymywała
stypendium w postaci 120 rubli.
Zamieszkiwała w internacie. W
niedzielę odwiedzała ciotkę w Barnaule, gdzie najadała się do syta.
W internacie podawano tylko kapuśniak i rzadki krupnik. Wydawano
także kartki na 600 gramów chleba
dziennie. W budynku szkolnym nie
ogrzewano w ogóle, studenci byli
zmuszeni uczyć się w płaszczach
i pisać w rękawiczkach. Na przerwach rozgrzewano się maszerując
po korytarzu, tupiąc i gimnastykując się. Nikt nie narzekał. Polki
zawsze były obserwowane przez
komsomolców. Tłumaczono im, że
takie warunki muszą być, ponieważ
wielikaja otieczestwiennaja wajna?
Wysyłano je do różnych prac społecznych, sprzątały w szpitalach,
rąbały drzewo na opał. Musiały być
wszędzie, nie przyjmowano żadnych usprawiedliwień.
Drugi rok w Szkole Medycznej był
o wiele gorszy. Helenie nie przyznano internatu, była zmuszona zamieszkać u cioci. Maszerowała do
szkoły 4 km, z chustką obwiązaną
na głowie, przez którą wdzierał się
szron i chłód. Z braku właściwego odżywiania, witamin i ogólnego przemarznięcia, zaatakowały ją
wrzody i czyraki. Choroba bardzo
ją osłabiła. Z wielkim trudem przebrnęła przez ten rok w szkole. Nie
zdecydowała się jednak na ukończenie studiów. Bała się, że to ponad jej
siły. Mówiono o rychłej repatriacji
do Polski. Wojna skończyła się.
Lola powróciła do matki do Siemijarska i rozpoczęła pracę w zagotzierno jako pracownik fizyczny przy
suszeniu ziarna.
Ostatnia zima na zesłaniu była również bardzo ciężka. W styczniu został utworzone komisje mieszane do
spraw repatriacji. Helena, ponieważ
władała biegle językiem polskim i
rosyjskim, została wytypowana jako
tłumacz dokumentów polskich przy
składaniu wniosków o repatriację.
Wraz z przedstawicielką delegatury z Pawłodaru i Kazachem - milicjantem, jeździli po kołchozach
i aułach do wszystkich mieszkających tam Polaków. Warunkiem do
pozytywnego rozpatrzenia wniosku
było posiadanie jakiegokolwiek
polskiego dokumentu. Liczyły się
listy i koperty z adresem z Polski,
stare legitymacje lub strony z nazwiskiem, pisane po polsku. Ci Polacy, którzy podali się wcześniej za
Białorusinów, wnioski odrzucano w
pierwszej kolejności. Wraz z przedstawicielką delegatury polskiej,
Helena narażała się, tłumacząc ten
sam skrawek dokumentu kilkakrotnie, zmieniając jedynie nazwisko.
Groziło za to 5 lat pozbawienia wolności. Mimo wszystko udało im się
umożliwić powrót większości Polaków. Te kobiety, które związały się z
Rosjanami czy Kazachami, nie mogły wrócić. Takich wyjątków było
zaledwie kilka.
Powrót wyglądał prawie tak samo
jak przyjazd. Te same prycze, ujścia, pełniące funkcję wc. Nie
było tylko eskorty NKWD. Helena wracała w wagonie sanitarnym,
podczas podróży powierzono jej
funkcję pielęgniarki i sanitariuszki. Na szczęście nie było żadnych
poważnych zachorowań. Pociąg
zatrzymywał się na większych stacjach, gdzie przedstawiciele Delegatur Polskich dostarczali potrzebne leki, a także jedzenie.
W sobotę po południu pociąg dotarł do Moskwy. Stał tam całą
dobę. Osiemnaście osób (w tym
Helena i Irena) wraz ze starszym
panem - przewodnikiem, wyruszyły, aby zwiedzić miasto. Obejrzeli parki, muzea, stacje metra.
Wyruszyli także na Plac Czerwony, gdzie wysłuchali bicia zegara z wieży kremlowskiej. Z tego
wszystkiego nie zdążyli wrócić
na czas - ich pociąg odjechał. W
punkcie repatriacyjnym otrzymali
pomoc: wydano im bilety na pociąg pośpieszny do Mińska. Dzięki niemu zdążyli dogonić poprzedni transport. Gniezno było stacją
końcową. Tam, w PUR-ze otrzymali jedzenie, a także bezpłatne
bilety kolejowe. Dla tych, która
nie miała gdzie się podziać, zorganizowano transport na Ziemie Odzyskane w Koszalińskim i Szczecińskim. Rodzina Borów udała się
do ojca do Biedrzychowic (powiat
Lubań Śląski). Helena miała wówczas 19 lat.
Na miejscu udało jej się skończyć
kurs pedagogiczny, znalazła pracę
w szkole powszechnej. Później, ze
względu na problemy zdrowotne,
została zmuszona zmienić zawód.
Po skończeniu kursu dla księgowych, pracowała w tym zawodzie,
aż do odejścia na emeryturę. 14
kwietnia 2005 roku odznaczono ją
Krzyżem Zesłańców Sybiru. Dziś
ma 82 lata, należy do Związku Sybiraków (Koło w Zgierzu), gdzie
przez 8 lat pełniła funkcję skarbnika. Wiedzie spokojne życie, lecz
często wspomnienia z tamtych dni
wracają do niej jak bumerang.
Źródło:http://www.miasto.zgierz.
pl/traugutt/konk_zapomnienie/hpietrzycka/historia.html
Cykowska Helena - działaczka AK Obwodu Sambor
Dr Arkadiusz Szymczyna
Pani Helena Cykowska urodziła się w
1922 roku w Samborze w województwie lwowskim.
Jej ojcem był Kazimierz Łobos, który pracował na kolei. Matka Regina z
domu Rak zajmowała się gospodarstwem domowym. Pani Helena miała
sześcioro rodzeństwa - jednego brata i
pięć sióstr. Rodzina utrzymywała się
podobnie jak większość kresowych
rodzin z pracy na gospodarstwie. W
stajni i oborze trzymali krowy i świnie, a na podwórku kury i kaczki. Za
budynkami gospodarczymi mieścił
się niewielki ogródek warzywny, a za
nim pole. Dom Łobosiów ojciec sam
wybudował. Był murowany i ciepły.
Obok domu znajdował się niewielki
staw, w którym pani Helena lubiła
się kąpać w upalne dni. Wraz z innymi dziećmi chodziła bawić się obok
młyna, którego koło wodne napędzała
rzeczka Potóczyk wpadająca do Dniestru, a brzegi łączył stary mostek.
Rodzina mieszkała na obrzeżach
miasta, w północno-wschodniej części Sambora, w obrębie Zawidówki
i ulicy Średniej. Miejscowość tętniła swoim życiem, gdyż było w niej
wiele sklepów, pięknych domów i
ulic. Gwar panował niemal w każdym zakątku miasta. Główna ulica
Sambora była szeroka jak aleja, którą
mieszkańcy nazywali „AB”
a po
obu jej stronach ciągnęły się sklepy z
różnymi artykułami. W pamięci pani
Heleny utkwiły dwie oszklone cukiernie, których wyroby pachniały na całą
aleję. W centrum miasta handlowali
zwłaszcza Żydzi, gdyż byli bogatsi i
mieli pieniądze w ciągłym obrocie.
Oprócz Żydów handlem zajmowali
się Polacy. Były sklepy z materiałami
Raintharda
i żywnościowy
Drzewieckiego. „Jak wyszłyśmy z
mamą na zakupy to za 10 gr. można
było sobie w sklepie kupić bardzo
dużo materiału, nie to co dzisiaj”. Pani
Helena zapamiętała także człowieka,
którego nazywali Modrym. Handlował olejem i nosił śmieszną kufajkę,
którą obracał w niedziele i święta na
drugą stronę.
Po jednej stronie samborskiej alei
znajdował się przepiękny park i ratusz, natomiast po drugiej jeden z
dwóch targów, gdzie w każdy wtorek i piątek handlowano owocami i
warzywami. Na drugim targowisku,
zlokalizowanym na pastwisku, handlowano końmi, krowami i cielakami.
Tam również było najwięcej Żydów
oraz zamiejscowych kupców.
W Samborze mieszkali Polacy, którzy
stanowili większość, Ukraińcy oraz
Żydzi. Wszyscy żyli ze sobą zgodnie,
aż do wybuchu wojny. Dzieci chodziły do polskich szkół, jednej im. Elizy
Orzeszkowej, a drugiej im. Władysława Jagiełły. W szkole wykładano w
języku polskim wszystkich podstawowych przedmiotów. Nauczycielami byli Polacy, którzy mieli wśród
mieszkańców ogromne poważanie
i autorytet. Dbali o polską kulturę i
obyczaje.
W Samborze była cerkiew, dwa kościoły katolickie i dwie synagogi żydowskie. Polskich katolików uczył
religii ks. Jacek i proboszcz parafii.
Pani Helena wspomina, że „byli to
bardzo dobrzy księża, którzy dbali o
wszystko. Pomagali najbiedniejszym
i krzewili polską kulturę”.
Tydzień przed wybuchem wojny pani
Helena wyszła za mąż za Stanisława
Cykowskiego.
Strona 10 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/ Helena Cykowska z koleżankami na ulicach Lwowa
Był wojskowym i służył w 6 Pułku
Strzelców Podhalańskich. Jednostka
podporządkowana została dowództwu nowo powstałej 2 Dywizji Górskiej. II jego batalion dyslokowany
został do Drohobycza, a część pułku
przeniesiona do garnizonu w Samborze. W czasie wojny obronnej 1939
pułk wchodził w skład 22 Dywizji
Piechoty Górskiej walczącej w ramach Armii „Kraków", a następnie
Armii „Małopolska".
O wybuchu wojny Cykowscy dowiedzieli się z głośników radiowych i lokalnych gazet. Po klęsce wrześniowej
Stanisław uciekł wraz z wojskiem na
Węgry. Wrócił do domu po 2 miesiącach w listopadzie 1939 r. „Skradał
się przez góry i nocował w lasach.
Wszyscy już wrócili, a jego jeszcze
nie było. Już myślałam, że go zabili.
Jak wszedł do domu tłumaczył, że bał
się band ukraińskich i tego, że jego
brat był polskim policjantem. Ukraińcy rabowali i mordowali powracają-
cych polskich żołnierzy. Rozbierali do
naga, znęcali się i zarzynali”.
W 1939 r. jak do Sambora weszli Rosjanie zaczęły się masowe wywózki
na Sybir. Wtedy to wywieźli m.in.
rodzeństwo Bródków. Jedna z sióstr
była nauczycielką w samborskiej
szkole. W tym okresie zabierano do
Armii Czerwonej wielu młodych polskich mężczyzn.
W 1941 r. po przejściu frontu do Sambora weszli Niemcy. Ukraińcy masowo łapali Polaków i przetrzymywali
ich w lochach. Zatrzymywali zwłaszcza tych, którzy nie chcieli pracować.
„Zaganiali młodych i tam ich żywcem
zamurowywali. Innych głodzili i torturowali. Czasami więźniowie dostawali zupę gotowaną na ludzkim mięsie. Najczęściej były to piersi kobiet,
które wcześniej torturowali. Potem
część z nich wywozili na „Górkę” do
zbiorowej mogiły. Rodziny bały się
tam chodzić, bo bandy organizowały
łapanki. Widok kopca był straszny.
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
/ W Równem nad stawem
Ruszał się, bo chowali w nim żywych
ludzi”.
W 1941 r. Helena Cykowska wstąpiła do AK Okręgu Sambor. Była
łączniczką, która nosiła wiadomości,
ulotki i gazetkę. Spotykała się z żołnierzami AK, którzy w Samborze
mieli swoje punkty kontaktowe, a na
co dzień chowali się po lasach. W jej
domu był powielacz, na którym kolportowano gazetkę podziemną AK
„Podhalanin”.
Jej mąż Stanisław pełnił w tym czasie
funkcję zastępcy dowódcy Palcówki
AK Sambor – Średnia przybierając
pseudonim „Ćma”. Jego obszarem
działania był: okręg lwowski i samborski. Prowadził również działania
destrukcyjne na obszarze Inspektoratu Drohobycz.
W styczniu 1945 r. NKWD odkryło w
jej domu nielegalną drukarnię. Panią
Helenę wraz z dzieckiem zabrano do
więzienia śledczego NKWD w Samborze przy ul. Trybunalskiej, gdzie
przebywała od 5 stycznia do 8 lutego
1945 r. Przetrzymywali ją w piwnicy.
„Pewna kobieta o imieniu Maria powiedział im, że to jej dziecko. Uratowała je bo umarłoby z głodu albo
wycieńczenia. Mnie wzięli na przesłuchanie, kazali się rozebrać i bili
pięcioramiennym harapem. Bił mnie
bardzo zły rudy enkawudzista”.
Z Sambora (na piechotę) panią Helenę zabrano do więzienia śledczego
NKGB (Ludowy Komisariat Bezpieczeństwa Państwowego) w Drohobyczy przy ul. Stryjskiej, gdzie przebywała od 8 lutego do 20 lipca 1945
r. Wyrokiem Wojennego Trybunału
Wojskowego NKWD w Drohobyczy została skazana w procesie 10
akowców (18-19 lipca 1945 r.) na 6
lat pozbawienia wolności i pracę w
obozach. W okresie od 20 lipca do 23
sierpnia 1945 r. przebywała w więzieniu NKWD w Drohobyczy „na Górce” a następnie do listopada 1945 r. w
punkcie przesyłkowym NKWD we
Lwowie przy ul. Pełtewnej.
Wraz z innymi kobietami wyjechała ze Lwowa 22 listopada 1945 r.
transportem na Ural. Przeszła przez
poprawcze obozy pracy, które podlegały Głównemu Zarządowi Obozów i Kolonii Poprawczych NKWD
ZSRR, m.in. ITŁ MWD (Poprawczy Obóz Pracy Ministerstwa
Spraw Wewnętrznych) w Połowince na Uralu (Mokotowska Obłast
– obecnie Perm nad rzeką Kamą)
przy wyrębie lasu oraz ITŁ MWD
Swierdłowska Obłast – przy pracy
w kamieniołomach. Kobiety w obozie były podzielone na skazańców
politycznych oraz ze względów narodowościowych. Na Syberii skazańcy mieszkali w 70 osobowych
barakach, w których były zamontowane podwójne kojki (drewniane
łóżka). W obozie mieszkały same
kobiety i pracowały przy wyrębie
lasu od godziny 6 do 18 w 40 stopniowym mrozie. „Musiałyśmy cały
czas pracować, bo jak tylko przestałyśmy to koszula mokra od potu
zamarzała i była jak zbroja z lodu”.
Kobiety chodziły na wycinkę wiele kilometrów za rzekę. Za ciężką
pracę dostawały jedzenie, które nie
wystarczało skazańcom. Dlatego
najczęściej zbierały dodatkowo jodłę, lipę, i lebiodę, z których przygotowywały dodatkowy posiłek.
W trudnych chwilach pomagała jej
siostra, która pozostała wraz z córką
pani Heleny w Samborze. Wysyłała do obozu paczki i listy. „Większość paczek nigdy do mnie nie
trafiła. NKWD okradało wszystkich
skazańców a listy były otwierane i
czytane przez strażników”. Z listów
dowiedziała się również, że jej mąż
już wyjechał na Ziemie Odzyskane
i osiedlił się w powiecie głubczyckim.
We wrześniu 1948 r. w związku z
ogłoszoną amnestią pani Helena
została zwolniona (dostała zaświad-
czenie) wraz z 70 innymi kobietami
i przyjechała do Polski.
2 października 1948 r. przeszła przez
punkt etapowy w Białej Podlaskiej.
Do Sambora nie wracała, bo było w
nim już więcej Ukraińców niż Polaków. Podróżowała pociągiem osobowym przez Częstochowę, w której się zatrzymała aby podziękować
Matce Boskiej za opiekę, a stamtąd
trafiła do Głubczyc. Przyjechała o 4
nad ranem. Miasto było zniszczone ale w większości odgruzowane.
Szczególną uwagę zwracały nieliczne sklepy. Rano zgłosiła się do
głubczyckiego PUR, który mieścił
się obok targu. W biurze siedziały
2-3 osoby, które notowały i wydawały zaświadczenia. Zaopatrzona w
prowiant i niezbędne zaświadczenia
pojechała do Równego. W 1948
miejscowość była już zasiedlona
osadnikami z Sianki i Turka, dlatego wraz z mężem musieli zamieszkać na końcu wsi. Wraz z mężem
prowadzili przez wiele lat wspólne
gospodarstwo (aż do jego śmierci w
1980 r.) utrzymując się z pracy na
roli. Po wojnie była tylko jeden raz
na wycieczce we Lwowie. Stamtąd
sama pojechała do Sambora, który bardzo się zmienił. Nie potrafiła
już odnaleźć swojego rodzinnego
domu, gdyż czas wojny i powojennych przemian zniszczył ślady polskiego osadnictwa na Kresach.
W marcu 1990 r. mąż pani Heleny pośmiertnie został odznaczony
Krzyżem Armii Krajowej przez
Przewodniczącego Komisji Krzyża w Londynie M. Mandziara ps.
„Siwy”.
W 1991 roku Sąd Rejonowy w Opolu uznał ją więźniem politycznym,
a w czerwcu 2008 r. w delegaturze
opolskiej Instytutu Pamięci Narodowej składała zeznania w sprawie
zbrodni ukraińskich na terenie woje-
wództwa lwowskiego. Schorowana
otrzymywała liczne listy od koleżanek i kolegów, z którymi walczyła w
AK i z którymi przeszła syberyjską
gehennę. Helena Cykowska zmarła
w czerwcu 2011 r.
Zostań korespondentem
Kresowego Serwisu Informacyjnego
i skontaktuj się z nami:
Redakcja - Bogusław Szarwiło [email protected]
Dział "Barwy Kresów" - Aleksander Szumański [email protected]
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 11
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Moje Święta Wielkanocne w latach 1944-1945
Kazimierz Olender
Ilekroć przeżywam święta Zmartwychwstania Pańskiego na myśl
powracają mi Święta Wielkanocne
z lat 1944-1945. Działo się to w
Trościańcu Wielkim, pow. Zborów,
woj. Tarnopol. Gdy Armia Radziecka wkroczyła do Trościańca
Wielkiego 20 marca 1944 r. na nim
zatrzymał się front. Linia frontu
usytuowana była od strony zachodniej wsi. Ostrzał artyleryjski z dział
niemieckich ześrodkowany był w
naszym rejonie, w wyniku czego
została poważnie ranna moja Ciocia - siostra mojego Ojca. Cała wieś
zmuszona była uciekać z Trościańca do miejscowości położonych na
wschodzie. Mój ojciec zdecydował
się uciekać na zachód - do swojego
stryjka, około 2 km na folwark Gnidawski, gdzie jeszcze byli Sowieci.
Zbliżał się Wielki Tydzień, który
w 1944 r. trwał od 2 do 7 kwietnia.
Liczyliśmy, że Sowieci przepędzą
Niemców i wrócimy do domu. I w
tym Wielkim Tygodniu budzimy
się nie wierząc własnym oczom w odległości ok. 700 m od wschodu okopali się Sowieci, atu gdzie
mieszkamy okopali się Niemcy.
Nadzieje nasze o powrocie do Tro-
ściańca prysły jak bańka mydlana.
W Wielkim Tygodniu zrobiło się
bardzo ciepło, dni były bezchmurne,
ziemia pachniała wiosną, skowronki śpiewały. Tylko Sowieci ciągle
ostrzeliwali nasz folwark z moździerzy. Schowaliśmy się do lochu
z ciosanego kamienia, w którym
pomieściło się 20 osób. Podczas
ostrzału szczelnie zamykano drzwi.
Bez wentylacji po paru minutach
lampa naftowa gasła z braku tlenu. Przez ponad prawie tydzień nie
rozbieraliśmy się i nie myliśmy. Z
braku mydła i podstawowej higieny
łaziły po nas wszy. Wspólnie odmawialiśmy Różaniec. W Wielką Sobotę Mama upiekła bułkę bez drożdży. Znalazło się kilka jajek - nie
święconych bo gdzie było święcić
- kościół pozostał po tamtej stronie.
I tegoż dnia 8 kwietnia 1944 r. Wielkanoc. Sowieci jak gdyby wiedzieli o naszym święcie - nie strzelali.
Patrzyliśmy w kierunku Trościańca, którego nie było widać za niewielkiego wzniesienia. Rezurekcji
nie było w naszym kościele, a dwa
duże dzwony głucho milczały (trzeci wymontowali Niemcy). Podczas
ubogiego śniadania - dzieląc się jajkiem, życzyliśmy sobie, aby to były
ostatnie Święta na wygnaniu. Wszy-
scy mieliśmy łzy w oczach. Tęsknota i żal za Trościańcem i kościołem
rozpierała nam serca.
A jednak nie były to ostatnie nasze
Święta na wygnaniu, jak sobie życzyliśmy u stryjka Michała. Gdy
front ruszył od naszej wioski 15 lipca 1944 r. a zatrzymał się nad Sanem, wróciliśmy do Trościańca, ale
już spalonego, w 95 % rozkopanego
i bardzo zaminowanego, w wyniku
czego wiele osób od wybuchu min
i nie wypałów zostało zabitych i
okaleczonych. Tak wegetowaliśmy
do 15 stycznia 1945 r., po czym wysiedlono nas (a raczej wypędzono) z
naszych pięknych Kresów i Podola,
z naszych historycznych ziem - rodzin Wiśniowieckich, Sobieskich
i Potockich (do dzisiaj spoczywa
w Załoźcach, 7 km od Trościańca,
dziadek Jana III Sobieskiego). W tą
ciężką zimę roku 1945 Stalin wysiedlił nas. Koczowaliśmy pod gołym niebem na rampie kolejowej w
Młynowcach k. Zborowa w oczekiwaniu na transport kolejowy. Mrozy
nocą dochodziły do ok. 15 stopni. W
tych nieludzkich warunkach spędziliśmy miesiące: styczeń, luty i marzec 1945 r.
przyszło nam obchodzić Święta
Wielkanocne. Już nie padały pociski, ale czyhały na nas niebezpieczeństwa ze strony band UPA, ale
dzięki Bogu nie napadnięto na nas. 1
kwietnia 1945 r. uczestniczyliśmy w
Rezurekcji w kościele w Zborowie.
Pamiętam - dzień był słoneczny ale
chłodniejszy niż ten przed rokiem, u
stryja na folwarku. Po dwóch i pół
miesiącach koczowania na rampie,
na twarzach zabiedzonych ludzi pojawiła się radość, że Chrystus Pan
Zmartwychwstał. Gdy weszliśmy
do kościoła, przy śpiewie Wesoły nam dziś dzień nastał niektórzy
starsi ludzie płakali pełnym głosem.
Po Rezurekcji ksiądz ogłosił, że ci
ludzie którzy koczują na rampie
mają pozostać celem pobrania święconych jajek. Czekaliśmy prawie
wszyscy w przedsionku kościoła.
Każda z rodzin otrzymała jedno
jajko na osobę. Było nas pięcioro i
rodzice. Dzieląc się święconym jajkiem - po raz drugi w nieludzkich
warunkach - rodzice nasi płakali.
Pamiętam, że śniadanie było skromne, Mama od przygodnych ludzi coś
tam wyżebrała, ale był to radosny
dzień, zaiste - Chrystus Pan Zmartwychwstał.
I tu na rampie 1 kwietnia 1945 r.
3 kwietnia 1945 r. po dwu i pół mie-
siącach podstawiono nam upragnione bydlęce wagony na ok. 90 rodzin.
Ruszyliśmy pod wieczór ze stacji
Młynowce. Więcej staliśmy na
bocznicach niż jechaliśmy. Pierwszeństwo miały pociągi wojskowe wojna jeszcze trwała. Przejeżdżaliśmy przez Złoczów, Lwów do Rawy
Ruskiej. Tu już na polskiej ziemi
zaopiekował się nami Państwowy
Urząd Repatriacyjny (PUR). Otrzymaliśmy pierwszą ciepłą strawę i
świeży pachnący chleb. Z Lublina
ruszyliśmy do Warszawy. Codziennie ktoś umierał, gdy pociąg zatrzymywał się na bocznicy kopano dół i
chowano zwłoki obok torów. Z Warszawy przez Poznań dotarliśmy po 4
tygodniach do Zbąszynka. Pod wieczór 29 kwietnia 1945 r. kierownik
transportu ogłosił "koniec jazdy".
Tak więc dojechaliśmy.
Dziś odległość od Lwowa do Zbąszynka pociąg pokonuje w ciągu
12-16 godzin. Nasza "droga przez
mękę" trwała 30 dni.
Kazimierz Olender, Sanok 2000 r.
[źródło: 'PRZEMYSKA' - Tygodnik
Katolicki Niedziela z 23 kwietnia
2000 roku[
http://www.olejow.pl/readarticle.
php?article_id=698
Stanisław Strzetelski przedwojenny dziennikarz,
redaktor, publicysta, wydawca i poseł.
Dr Piotr Strzetelski
Część I
Stanisław Strzetelski był kuzynem
mojego pradziadka Kazimierza
Strzetelskiego, o którym pisałem w
numerze 10 KSI. Urodził się w roku
1895, we wsi Grzymałówka, leżącej
nad rzeką Styr, a położonej około 25
km od Brodów i 8 km od Beresteczka (patrz mapa).
W tym czasie Grzymałówka była
małą wsią należącą do gminy wiejskiej Leszniów. Siedzibą gminy była
wieś Leszniów, gdzie znaleźć można
było takie perełki architektoniczne
jak stara synagoga w stylu polskiego renesansu, barokowy kościół OO
Dominikanów o krzyżowych sklepieniach i zwornikach wewnątrz oraz
klasztor O.O. Dominikanów zbudowany jeszcze w XIV wieku. Niestety
obecnie możemy podziwiać jedynie
/ Mapa z roku 1915 przedstawiająca okolice Brodów, z zaznaczoną Grzymałówką, Leszniowem,
Szczurowicami i Beresteczkiem. Czerwona linia to granica zaborów pomiędzy Austrią i Rosją.
ruiny. Około 2 km od Grzymałówki leży wieś Szczurowice, w której
znajdował się murowany kościół parafialny z roku 1661. Być może właśnie Stanisław był tam chrzczony. W
czasie I wojny światowej, w latach
1915-1917 kościół został ostatecznie
zniszczony przez wojska rosyjskie
i austriackie. Po zakończeniu wojny przystąpiono do jego odbudowy.
Wielkim orędownikiem budowy nowego kościoła w Szczurowicach był
ks. proboszcz Jan Witek, który w latach 30-tych rozsyłał po wiernych z
parafii cegiełki na budowę kościoła.
(patrz zdjęcie obok).
Przed wybuchem II wojny światowej
ukończono prace murarskie. Jednak
nie wiadomo, czy nabożeństwa były
tam sprawowane i czy świątynia
została poświęcona. Obecnie niedokończony i zrujnowany kościół starszy pustkami.
Parę kilometrów na północ od Grzymałówki znajduje się Baresteczko,
miasto o bogatej przeszłości historycznej. W okresie II Rzeczypospolitej znajdowało się już w województwie wołyńskim, w przeciwieństwie
do Grzymałówki i Brodów, które
leżały w województwie Lwowskim.
Ze względu na bardzo bogatą polską
przeszłość historyczną Beresteczka
warto o nim napisać choć parę słów.
Tam to przecież w trakcie powstania
Chmielnickiego, w dniach 28 czerwca do 10 lipca 1651 roku, odbyła się
jedna z największych bitew lądowych XVII wiecznej Europy. Bitwa
rozegrała się pomiędzy wojskami
polskimi pod dowództwem Jana Kazimierza, a siłami tatarsko-kozackimi
i zakończyła się zwycięstwem strony
polskiej. Beresteczko zostało założo-
Strona 12 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/ Cegiełka na budowę nowego kościoła w Szczurowicach rozsyłana do wiernych przez ks. Jana
Witka (lata 30-te)
ne w 1455 roku, zaś prawa miejskie
nadano mu dopiero 100 lat później,
w roku 1547. Na wyspie, na rzece
Styr znajdował się zamek założony
przez księcia Symeona Prońskiego.
Począwszy od roku 1765, miasto należało do rodziny Zamojskich. Ciekawą informację znajdujemy w przekazach historycznych mówiących
o tym, że pod koniec XVIII wieku,
w okresie epidemii dżumy, prawie
wszyscy mieszkańcy miasta umarli na te chorobę. Przeżyło jedynie 5
osób. W końcu XVII wieku kasztelan
halicki, Tomasz Karczewski ufundo-
wał dom zakonny dla Zakonu Świętej Trójcy (trynitarze), a potem został
wybudowany kościół i klasztor. W
Beresteczku (foto poniżej) trynitarze
posiadali również szkoły. Obecnie w
mieście tym można podziwiać jedynie ruiny, mówiące o dawnej świetności tego miasta. W roku 1941 roku
podczas okupacji niemieckiej w Beresteczku utworzono getto dla ludności żydowskiej. Getto zostało zlikwidowane we wrześniu 1942 roku przy
wydatnej pomocy ukraińskiej policji.
Rozstrzelano wówczas około 3000
mieszkańców. W 1943 roku Bere-
/ Beresteczko (przełom wieku XIX i XX)
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
/ Rynek w Brodach.
steczko było miejscem schronienia
Polaków, którzy ocaleli z rzezi wołyńskiej.
Miastem, w którym polskość czuje
się na każdym kroku, a z którym rodzina Strzetelskich była związana aż
do śmierci rodziców Stanisława były
Brody. Położone nad rzeką Suchowiłką, około 100 kilometrów na południowy wschód od Lwowa, początkowo
należały do rodziny Kamienieckich.
Rozwój Brodów rozpoczyna się w
roku 1580, kiedy to wojewoda ruski
Stanisław Żółkiewski, ojciec hetmana
Żółkiewskiego, kupuje tę miejscowość. Jednak dopiero z początkiem
XVII wieku, gdy miasto przechodzi
na własność hetmana Stanisława Koniecpolskiego, rozpoczyna się czas
jego największego rozkwitu. Brody
stają się potężną fortecą. Powstaje
twierdza bastionowa na planie pięcioboku, połączona fortyfikacjami z miastem, które z kolei otacza 10 wielkich
bastionów. Koniecpolski dba również o rozwój gospodarczy miasta,
sprowadzając tam licznych Żydów i
Ormian. W pobliżu Brodów buduje
również imponującą rezydencję w
Podhorcach. W tym czasie o wielkim
hetmanie mówiono, że miał tak wiele
dóbr ziemskich, iż mógł przejechać
całą Rzeczpospolitą zatrzymując się
na noc we własnych majątkach To
właśnie on w Warszawie rozpoczął
budowę wielkiego pałacu na Krakowskim Przedmieściu (obecnie Pałacu
Prezydenckiego). Koniecpolski umiera w 1646 roku w przeddzień wojen
kozackich, w trakcie których okazało
się jak ważnym miejscem pod względem strategicznym były Brody, położone na uczęszczanym szlaku handlowym ze Wschodniej Rusi na Podole i
Wołyń. W 1648 forteca odparła, jako
jedna z nielicznych, oblężenie wojsk
kozackich. Uchodziła odtąd za nie do
zdobycia. Miasto zostało jednak splądrowane i spalone przez Kozaków.
Wnuk Stanisława, Aleksander Koniecpolski zapisał w testamencie swoje posiadłości królowi Janowi III Sobieskiemu min. Podhorce, Złoczów
oraz Brody, zaś jego syn, królewicz
Jakub Sobieski z początkiem XVIII
wieku sprzedał je Stanisławowi Potockiemu. Gdy twierdza w XVIII
wieku straciła swe znaczenie, Potoccy
wybudowali na jej terenie barokowy
pałac i reprezentacyjną bramę z wieżą
od strony miasta. Po I rozbiorze Polski Brody zajęła Austria. Miasto leżało teraz blisko granicy z Imperium
Rosyjskim i otrzymało status "wolnego miasta handlowego". Po klęsce
Napoleona rząd austriacki nakazał
hrabiemu Wincentemu Potockiemu
zburzenie fortyfikacji zamkowych od
strony miasta. Po zniszczonych wałach pozostały kazamaty. Wieża zamkowa została wysadzona w powietrze,
fosy zasypane, a brama zburzona. Pod
koniec XIX wieku zniesiono przywilej "wolnego miast handlowego".
Zahamowało to rozwój miasta, pomimo tego, że Brody były usytuowane
przy linii kolejowej Lwów-Równe i
tu znajdowała się również końcowa
stacja kolei podkarpackiej.
W okresie I wojny światowej, podczas walk rosyjsko-austriackich
Brody zostały znacznie zniszczone.
W czasie wojny z bolszewikami w
latach 1920-21 okolice miasta były
widownią zaciętych walk z konną armią Budionnego, która poniosła w ich
wyniku ogromne straty. W II Rzeczpospolitej wyzwolone Brody były
stolicą powiatu brodzkiego należącego do województwa lwowskiego oraz
siedzibą 22 Pułku Ułanów i Kresowej
Brygady Kawalerii. Miasto liczyło
wówczas około 12 tys. mieszkańców. Powstały wtedy okazałe gmachy
sądu, izby handlowej, "Sokoła" oraz
Gimnazjum. Na miejscu zamkowych
wałów powstała promenada. Po zajęciu Brodów przez wojska sowieckie
we wrześniu 1939 roku rozpoczęły
się masowe represje i wywózki. W
czerwcu 1941 roku Niemcy zajęli
Brody, wówczas miejscowych Żydów spotkała całkowita zagłada. Kiedy pod koniec wojny armia Koniewa
pod Brodami, rozbiła Niemców oraz
ukraińską dywizję SS-Galizien, wielu
ukraińskich żołnierzy przeszło do oddziałów OUN-UPA. Okolice Brodów
jeszcze przez parę lat były terenem
walk oddziałów Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i ścigających je
wojsk sowieckiego NKWD. Obecnie
Brody to miasto rejonowe obwodu
lwowskiego Ukrainy. Zachowało się
tam wiele zdewastowanych zabytków
świadczących o historycznej przynależności Brodów do Polski. Między
innymi można jeszcze zobaczyć: pałac Potockich, przerobiony na blok
mieszkalny, odnowiony renesansowy
kościół parafialny z 1596 roku, tzw.
Czerwony Klasztor podominikański z
XVII wieku, murowaną XVII wieczną cerkiew św. Jura z rokokowym
ikonostasem oraz ruiny wielkiej synagogi.
Żal ściska serce gdy się pomyśli, że
tak wiele zabytków polskiej kultury
zniknęło z krajobrazu tej umęczonej
ziemi bezpowrotnie. Należy jednak
żywić nadzieję, że pamięć o tych
miejscach i ludziach z nią związany
będzie trwać i będzie przekazywana
kolejnym młodym pokoleniom.
/ Brody – cerkiew.
www.ksi.kresy.info.pl
/ Rodzina Strzetelskich od lewej strony: Roman, Michalina, Stanisław, Fulgenty i Maria (początek XX wieku)
W takiej to ziemi, pełnej historycznej
przeszłości, przesiąkniętej na każdym
kroku polskością, patriotyzmem i miłością do niej przyszło spędzać dzieciństwo i wczesną młodość mojemu
stryjowi Stanisławowi.
Ojcem Stanisława był Fulgenty Strzetelski, właściciel majątku ziemskiego
w Grzymałówce, odziedziczonego
po swojej matce Apolonii Borzemskiej h. Jelita. W połowie lat 80-tych
XIX wieku Fulgenty żeni się ze swoją
wielką miłością, Michaliną Tabaczyńską ze Stanisławowa. Mieszkając w
Grzymałówce i doglądając gospodarstwo, Fulgenty pełni funkcję starszego Komisarza Straży Skarbowej
na cle granicznym w Szczurowicach
oraz w Brodach. W roku 1900 państwo Strzetelscy przenoszą się do zakupionego przez siebie domu w Brodach. Tam też Fulgenty, aż do śmierci
w 1928 roku, prowadzi hurtownię
tytoniu. Oboje Strzetelscy zostali pochowani na cmentarzu parafialnym w
Brodach, który kompletnie zdewastowany czeka na odnowienie.
Fulgenty i Michalina Strzetelscy byli
rodzicami czterech synów i dwóch
córek: Najstarszy syn Karol zmarł
w dzieciństwie, kolejny Roman był
bardzo niespokojnym duchem. Po
zdanej maturze w Brodach i podjętych studiach we Lwowie, a potem
w Wiedniu, w wieku 24 lat, tuż przed
wybuchem I wojny światowej dociera
do Ameryki. Tam, gdy dowiaduje się,
że po 123 latach niewoli odradza się
wolna Polska, prawdopodobnie przez
Kanadę wraca do Polski i w randze
kapitana bierze udział w wojnie z bolszewikami 1920-21 roku. Nazwisko
jego widnieje jeszcze w wykazie ofi-
cerów wojska polskiego w roku 1923.
Potem słuch o nim zaginął.
Kolejny syn to Stanisław Strzetelski,
późniejszy poseł na sejm trzeciej kadencji, o którym jest właśnie ten artykuł.
Najmłodszym synem Fulgentego i
Michaliny był Tadeusz Strzetelski
(1902-1992) urodzony w Brodach,
późniejszy pisarz i dziennikarz Polski międzywojennej, łącznik prasowy
Prezydium Rady Ministrów z Ministerstwem Kolei Państwowych w
roku 1924.
/ Tadeusz Strzetelski kierownik Biura Prasowego Ministerstwa Komunikacji w roku 1927.
Tadeusz był również współtwórcą
przedwojennego Polskiego Radia,
a po wojnie redaktorem dziennika
Nowy Świat” ukazującego się w Nowym Jorku oraz redaktorem radia
„Głos Ameryki”. Pamiętam, gdy byłem dzieckiem, mój dziadek Czesław
wspominał, że w czasach głębokiego
PRL-u nazwisko Strzetelski miało
być synonimem zdrady, właśnie ze
względu na fakt, że Tadeusz pracował w „Głosie Ameryki”, a jego brat
/ Od lewej strony: Fulgenty Strzetelski, Jadwiga Krauss, Michalina Tabaczyńska.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 13
Stanisław był redaktorem Radia Wolna Europa w Waszyngtonie. Tadeusz
ożenił się z Tamarą Rudnicką. Jego
wnuk, mój imiennik mieszka obecnie
w USA.
Dwie córki państwa Strzetelskich to
Maria i Jadwiga. Maria wyszła za mąż
za Józefa Pospischyla, późniejszego
dyrektora kolei państwowej. Po I wojnie światowej zamieszkali w Krakowie, gdzie Maria zmarła w latach 50tych XX wieku. Jadwiga (1906-2003)
była żoną prof. Stanisława Kraussa,
powojennego twórcy i dyrektora Państwowego Instytutu Weterynarii w
Puławach.
Prezentuję dwa zdjęcia z archiwum
rodzinnego wnuczki Stanisława Strzetelskiego Krystyny Chądzyńskiej i jej
męża Pawła, mieszkającego w USA.
Na pierwszym zdjęciu (powyżej), widzimy Stanisława Strzetelskiego (w
środku) w wieku około 6-8 lat, razem
ze swoimi rodzicami: ojcem Fulgentym Strzetelskim (1854-1928) i matką
Michaliną Tabaczyńską (1868-1925).
Po lewej stronie starszy brat Stanisława - Roman Strzetelski (1888-1923?),
późniejszy kapitan wojska polskiego
walczący w wojnie z bolszewikami
w 1920-21 roku oraz siostra - Maria
(Mania) Strzetelska (1894-1955),
żona Józefa Pospischyla, który podobnie jak Stanisław i Roman uczęszczał do gimnazjum w Brodach.
Drugie zdjęcie (poniżej) zrobione
prawdopodobnie przed domem w
Brodach, przedstawia Fulgentego
Strzetelskiego ze swoją żoną Michaliną Tabaczyńską oraz najmłodszą
siostrę Stanisława - Jadwigę Strzetelską, późniejszą żonę prof. Stanisława
Kraussa, twórcę i dyrektora Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach, który w powojennej historii
Polski okazał się być jednym z najwybitniejszych lekarzy weterynarii,
którego życie bez reszty związane zostało z nauką i zawodem weterynarza.
Koligacje rodzinne Strzetelskich i Kraussów
/ Stanisław Krauss - http://www.pan-ol.lublin.pl/biul_4/art_420.htm
Prof. Stanisław Krauss urodził się
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
7 kwietnia 1901 roku w Załoźcach, na południowy wschód od
Brodów, gdzie podobnie jak i
Stanisław Strzetelski oraz jego
brat Roman uczęszczał do CK
Gimnazjum im Rudolfa. Po zdaniu matury, podjął studia w Akademii Medycyny Weterynaryjnej
(AMW) we Lwowie, gdzie w
roku 1926 uzyskał tytuł zawodowy lekarza weterynarii. W tym
też roku żeni się z Jadwigą Strzetelską, córką Fulgentego hurtownika tytoniu w Brodach. Rok
później (1927) rodzi się ich syn
Michał Krauss, późniejszy profesor, ordynator Wojewódzkiego
Szpitala Chirurgii Plastycznej w
Polanicy, który opracował plan
rozwoju chirurgii plastycznej w
Polsce i był współorganizatorem
Kliniki Chirurgii Plastycznej w
Polanicy. Po przeniesieniu do
Warszawy rozwijał działalność
kliniczną, dydaktyczną i naukową
m.in. obok dotychczasowych specjalności chirurgię ręki, leczenie
oparzeń i mikrochirurgię. Prof.
Michał Krauss był współtwórcą
i pierwszym prezesem Polskiego
Towarzystwa Chirurgii Plastycznej i Rekonstrukcyjnej. Zmarł w
2010 roku (http://pl.wikipedia.
org/wiki/Micha%C5%82_Krauss)
W roku 1937 prof. Stanisław
Krauss uzyskuje stopień doktora
medycyny weterynaryjnej. W latach 1928-1933 był powiatowym
lekarzem weterynarii w Gródku
Jagiellońskim i Przemyślu. Od
1933 do 1939 był wojewódzkim
inspektorem weterynaryjnym w
Tarnopolu i Krakowie. Na tym
stanowisku zastała go wojna, w
czasie której zajmował się prywatną praktyką weterynaryjną w
Czernichowie koło Krakowa. W
roku 1938 powołany został na
stanowisko naczelnika wydziału
zaraźliwych chorób zwierzęcych
w Ministerstwie Rolnictwa i komisarza do walki z pryszczycą w
Polsce. Po wyzwoleniu w 1945
roku został powołany do służby
wojskowej, a po zdemobilizowaniu przeszedł do służby administracyjnej. W roku 1952 obejmuje
stanowisko dyrektora Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w
Puławach. W roku 1954 uzyskuje
tytuł profesora nadzwyczajnego,
a w roku 1964 profesora zwyczajnego nauk weterynaryjnych z
zakresu epizootiologii. Rok później powołany został na członka
korespondenta Polskiej Akademii
Nauk. Był również przez okres 12
lat posłem na Sejm z okręgu ziemi lubelskiej, gdzie zajmował się
zagadnieniami związanymi z podniesieniem produkcji zwierzęcej
oraz ulepszeniem bazy paszowej,
przemysłu mięsnego i mleczarskiego.
Wielką zasługą profesora Sta-
nisława Kraussa w okresie powojennym było zorganizowanie
od podstaw nowoczesnej służby
weterynaryjnej w kraju, opracowanie dużej liczby instrukcji i zarządzeń, dotyczących zwalczania
zaraźliwych chorób zwierzęcych.
Działalność ta jest poważnym
wkładem do nauki, a oparte na
niej działania służby weterynaryjnej ograniczyły znacznie straty
wywołane chorobami zaraźliwymi w hodowli i chowie zwierząt
w kraju.
Stanisław Krauss zmarł w Warszawie w 1973 roku. Jego żona
Jadwiga Krauss zd. Strzetelska
(http://www.nekrologi-baza.pl/
nazw/str_k37.html)
przeżyła
swojego męża o 20 lat i zmarła
dopiero w roku 2003 mając 97 lat.
Klasa VIII. Anklewicz Paweł. – Asler Ludwik. – Brichta Zdzisław. – Dissel Franciszek. – Fabian Bronisław.
– Golczewski Juliusz. – Grabowski Bronisław. – Hawrysiewicz Eugeniusz. – Hołak Roman. – (Iwanusów
Jan. 15/IX. – Jaroszewski Bronisław. – Kempski Stanisław. – Klimelman Bronisław. – Laskiewicz Leszek.
– Łukasiewicz Kazimierz. – (Maksyś Jan 1/II). – Marcinkiewicz Stanisław. – Niewiński Aleksander. – Nikosiewicz Grzegorz, – Pawłów Józef. – 'Schmidt Kazimierz. – Skibicki Stanisław. – (Strzetelski Stanisław
15/I). – Tomanek Eugeniusz. –Trzos Bolesław. – Wyczyński Jan. – Zawadzki Tadeusz.
Prywatysta : Massalski Wareg Stefan.
Młodość i okres kształtowania się poglądów politycznych
Stanisława
Strzetelskiego.
/ Gimnazjum w Brodach
uczęszcza jego straszy brat Roman Strzetelski, który zdaje maturę w roku następnym. Roman
podejmuje prawdopodobnie studia we Lwowie i Wiedniu, gdzie
po ich skończeniu mając 24 lata
w roku 1912 wypływa z Hamburga na statku America do Nowego
Jorku, skąd udaje się do Chicago do swojego wuja. Następnie,
po wybuchu I wojny światowej i
odzyskaniu przez Polskę niepodległości 1918 roku, wraca przez
Kanadę do Polski i tam z armią
Hallera bierze udział w wojnie
bolszewickiej. Nazwisko jego
widnieje w spisie oficerów Wojska Polskiego w randze kapitana
w roku 1923.
Stanisław uczęszcza do Gimnazjum w Brodach aż do roku
W roku 1905 Stanisław Strzetelski, mając 10 lat rozpoczyna
edukację w CK Gimnazjum im
Rudolfa w Brodach- uczęszcza do klasy tak zwanej zerowej
(Vorbersitungsklasse). W tym samym Gimnazjum, do klasy VII,
Strona 14 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
1911. Tam też kształtuje się jego
późniejsze zainteresowanie publicystyką i dziennikarstwem.
Bierze czynny udział w pracach
kółka literackiego i historycznego głosząc ciekawe referaty,
między innymi na temat „Wesela”
Wyspiańskiego, postaci Waleriana Łukasińskiego – uczestnika
Powstania Listopadowego czy
pierwszych Piastów w Polsce.
W roku 1912 przenosi się do Lwo-
wa, gdzie uczęszcza do klasy VIII
Filii CK Gimnazjum VII.. W roku
1913 na wiosnę ma zdawać maturę w tymże Gimnazjum, niestety,
15 stycznia 1913 roku opuszcza
szkołę. Maturę zdaje prawdopodobnie w terminie jesiennym
1913 roku, lub też tuż przed wybuchem I wojny światowej. W
tym też czasie należy do skautingu, udziela się w drużynach sokolich oraz jest członkiem Związku
Młodzieży Polskiej „Zet”.
W roku 1914, po wybuchu I wojny światowej Stanisław wstępuje
do Legionu Wschodniego, polskiej formacji wojskowej utworzonej we Lwowie w sierpniu
1914 roku pod auspicjami Naczelnego Komitetu Narodowego.
NKN, utworzony w Krakowie,
miał być najwyższą władzą wojskową, polityczną i skarbową
dla Polaków zamieszkujących
Galicję. Polityka NKN była pro-austriacka i dlatego też Legiony
Polskie były tworzone u boku armii austriackiej. W NKN istniały
dwie sekcje: krakowska, na czele
której stał Leopold Jaworski oraz
lwowska, na czele której stał Tadeusz Cieński. Stanisław należał
do sekcji lwowskiej. Do legionu powoływani byli ochotnicy,
członkowie Sokolich Drużyn Polowych, Drużyn Bartoszowych
i Polskich Drużyn Strzeleckich
wywodzących się z okręgu lwowskiego.
Na przełomie sierpnia i września 1914 roku klęski ponoszone
w Galicji przez armię austriacką
doprowadziły do zajęcia przez
armię rosyjską Lwowa i całej
Galicji wschodniej. Zarządzono
ewakuację legionu do Mszany
Dolnej, gdzie 21 września 1914
roku Legion został rozwiązany.
Jednostka, mimo ostatecznego
ukończenia formowania, nie weszła jednak do walki. Na skutek
upadku morale wśród żołnierzy i
sprzeciwu wobec żądanej przez
austriackie dowództwo przysięgi na wierność cesarzowi, legion
uległ rozwiązaniu 21 września
1914 roku. Na jego miejsce zostaje utworzony 3 Pułk Piechoty
Legionów pod dowództwem Józefa Hallera. Stanisław Strzetelski, jako żołnierz armii austro-węgierskiej walczy aż do roku
1918. Wtedy to, w maju 1918
roku wspólnie z Alfonsem Zbyszewskim dezerteruje, przyjeżdża do Kijowa i wstępuje do II
Korpusu Polskiego gen. Hallera,
który w bitwie pod Kaniowem zostaje rozbity przez Niemców. Następnie, dociera do Murmańska
i walczy w polskich formacjach
wojskowych, tzw. Murmańczykach (patrz – „Żołnierz Polski na
Murmanie” jednodniówka wydana z okazji pierwszego zjazdu
Murmańczyków, rok 1929, strona 37-43. Nakładem komitetu
organizacyjnego zjazdu byłych
żołnierzy polskiego oddziału na
Murmanie).
Poniżej przytaczam fragmenty
ze wspomnień Bolesława Józefa
Biega, który przyjaźnił się ze Stanisławem Strzetelskim: (wspomnienia spisane zostały na taśmie
w latach 1973-1975 w Chicago, a
redagowane przez syna Boleslawa Biega - pana Krzysztofa Biega
w latach 1995-2005).
(http://www.bunt.com.pl/index.
php?module=Pagesetter&func=viewpub&tid=2&pid=364).
www.ksi.kresy.info.pl
Pierwszy fragment wspomnień
dotyczy roku 1918, tuż przed zakończeniem I wojny światowej
i odzyskaniem przez Polskę niepodległości:
...."Wśród takich przyjeżdżających na teren Kijowa żołnierzy i
oficerów armii austriackiej, znalazł się raptem mój później dozgonny przyjaciel Stanisław Strzetelski. Przyjechał z Wiednia, gdzie
pracuje w redakcji "Dziennika
Żołnierskiego". Jest on członkiem
Koła Braterskiego lwowskiego
zorientowanego, tak samo jak i
nasze Koło, bardzo pro-alianckie.
Zjawiwszy się na terenie Kijowa,
nawiązuje kontakt z nami i ponieważ przyjechał z pewnym planem,
doznaje z naszej strony pomocy i
poparcia po powitaniu i zapoznaniu się. W stołówce Akademickiej
debatowaliśmy ze Strzetelskim,
który przywiózł nam prawdziwe
wiadomości, z terenu austriackiego, co się dzieje w Galicji i jak wygląda wogó1e sytuacja austriacka
z punktu widzenia Wiednia. Ja go
po raz pierwszy tam spotkałem.
Dowiaduję się, że on postanowił
więcej do armii austriackiej nie
wracać. Dostarczyłem mu ubranie
cywilne. Zostaje on w tej chwili w Kijowie, aby tą drogą, która
na razie jest możliwa, dostać się
na zachód. To spotkanie ze Stanisławem Strzetelskim ma bardzo
wielkie znaczenie dla mnie, bo
właśnie od tego czasu, aż do jego
śmierci w Nowym Jorku, przeszło
pięćdziesiąt lat później, zawarta
przyjaźń ta trwała i była bardzo
ścisła i bardzo lojalna i obustronna. Ma swój wyraz w bardzo ścisłej współpracy przez wiele lat.
Współpracy nie tylko organizacyjnej i politycznej, ale współpracy
w życiu codziennym i zarobkowym.....".
Drugi fragment to wspomnienia z
lat 20-tych i 30-tych kiedy to obaj
panowie ściśle ze sobą współpracowali.
...."Wspominam mojego przyjaciela Stanislawa Strzetelskiego.
Wśród grona otaczającego Paderewskiego, a kierowania przez
dawnych byłych Zetowców, zorganizowano duży dziennik polityczny
pod nazwą "Rzeczpospolita". Na
czele tego wydawnictwa, naczelnym redaktorem był profesor Stanisław Stryński, zbliżony bardzo
do podolaków, współpracował z
nim Stanisław Giejsztor, Dobanowicz i inni, a chcę przypomnieć, że
właśnie ta grupa była zapleczem
tych naszych paramilitarnych organizacji przed pierwszą wojną
światową pod nazwą Drużyn Bartoszowych. Z profesorem Skryńskim i Stanisławem Giejsztorem
później bardzo blisko współpracowałem. Utalentowany dziennikarz
Stanisław Strzetelski był jednym
z młodych wybitnych talentów tej
redakcji...."
Jeszcze przed wybuchem I wojny
światowej Stanisław podejmuje
studia na Wydziale Filozoficznym
we Lwowie, skąd przenosi się do
Wiednia. Tam pracuje w Agencji
Prasowej Koła Polskiego w Radzie Państwa. Od chwili odzyskania niepodległości przez Polskę w
roku 1918 Stanisław Strzetelski
kształtuje swoje prawicowe poglądy stając się członkiem Stronnictwa Narodowej Demokracji. Pod
koniec 1918 roku w Warszawie,
zakłada agencję informacyjną pod
nazwą „Varsovia”. W czasie walk
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
polsko-ukraińskich w roku 1919
jako sekretarz Stanisława Głąbińskiego bierze udział w misjach
dyplomatycznych do Rumunii i
na Węgry, celem sprowadzenia do
Polski 4 dywizji generała Lucjana
Żeligowskiego.
Wielki wpływ na jego poglądy
wywarł Roman Dmowski, który
jeszcze w czerwcu 1897 roku zakłada Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne. Partia ta miała stanowić legalną reprezentację ruchu
narodowego i działać we wszystkich trzech zaborach.
Potocznym określeniem Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego
był skrót "endecja" od słów Narodowa Demokracja. Niekiedy
określano go też jako obóz narodowy lub obóz wszechpolski.
Endecja odrzucała też ideę rewolucji społecznej i twierdziła,
że problemy społeczne zostaną
rozwiązane przez rząd narodowy w niepodległej Polsce drogą
reform. Podstawy ideowe polskiego ruchu narodowego zostały
wyłożone w opublikowanej w latach 1902-1903 książce Romana
Dmowskiego pt: "Myśli nowoczesnego Polaka". Roman Dmowski
odrzucał idee socjalistyczne oraz
głosił, że "naród stanowi organiczną jedność". Postulował przymusową polonizację mniejszości
narodowych, zgodnie z hasłem
"Polska dla Polaków". Popierał
własność prywatną i gospodarkę
kapitalistyczną, ale pod warunkiem jej wykorzystania "zgodnie
z interesem narodu". W okresie
poprzedzającym I wojnę światową
endecja ponownie wzmocniła swą
pozycję w Królestwie Polskim, a
także wyrosła na najważniejszą
polską siłę polityczną w zaborze
pruskim. Najsłabsza organizacyjnie była natomiast endecja w
Galicji. Choć endecy nie mogli
otwarcie głosić prorosyjskich idei
Dmowskiego w Galicji, to wykorzystali fakt powiązania ukraińskich narodowców z Niemcami,
by ostrzegać przed proniemiecką
polityką Habsburgów i wskazywać
Ukraińców jako wrogów Polski.
W grudniu 1906 roku Dmowski
objął redakcję "Gazety Polskiej".
W następnym roku napisał książkę pt. „Niemcy, Rosja i kwestia
polska”, w której przedstawił położenie polityczne Polski i jej zaborców. Główne założenia książki
mówiły o tym, że największym zagrożeniem dla Polaków są Prusy
i ich polityka germanizacji, która
może doprowadzić do "proletaryzacji" narodu polskiego. Uważał,
że tereny zagarnięte przez Prusy
należało rozpatrywać jako kolebkę państwowości Polski. Dmowski
w książce wskazywał, że dla Rosji
i Austrii kwestia polska była wyłącznie problemem lokalnym, podczas gdy dla Niemiec zasadniczą
sprawą powiązaną z ich ekspansją
w kierunku wschodnim. W kwestii
niepodległości endecja na pierwszy plan wysuwała bliższy postulat uzyskania autonomii. W kwestiach społeczno-ekonomicznych
(reforma rolna, prawa robotnicze)
deklarowano, że powinny one czasowo ustąpić wobec nadrzędnego problemu ucisku narodowego
przez zaborców. W okresie I wojny
światowej Narodowa Demokracja
opowiedziała się po stronie Rosji (i ogólnie Ententy).Utworzony
przez Romana Dmowskiego Komitet Narodowy Polski, został w
/ Brody – kościół.
1917 roku oficjalnie uznany przez
Ententę za reprezentację narodu
polskiego. Przedstawiciele Komitetu Narodowego Polskiego,
na czele z Romanem Dmowskim,
uczestniczyli w pracach konferencji pokojowej w Paryżu, gdzie
odegrali kluczową rolę w rozmowach na temat przyszłości Polski.
W latach II Rzeczypospolitej Narodowa Demokracja była jedną z
najważniejszych sił politycznych
w Polsce. W latach 1919-1928
funkcjonowała jako Związek Ludowo-Narodowy, a następnie (od
1928 roku) jako Stronnictwo Narodowe (SN). Po zamachu majowym 1926 roku endecja znajdowała się w opozycji do rządów
sanacji. Tworzyła wówczas część
tzw. Obozu Wielkiej Polski, a po
jego delegalizacji w 1933 roku,
Obozu Narodowo Radykalnego
(ONR).
W takich to okolicznościach i
układach politycznych kształtowały się poglądy redaktora i
dziennikarza Stanisława Strzetelskiego, przyszłego posła na sejm
II kadencji (1930-1935), oraz
późniejszego Szefa Zespołu Redakcyjnego Radia Wolna Europa
(RWE) w Nowym Jorku w latach
1951-1952.
Po odzyskaniu przez Polskę
niepodległości i wojnie bolszewickiej w 1920 roku Stanisław
Strzetelski, jako młody, dobrze
zapowiadający się publicysta i
dziennikarz już w latach 19201924 zostaje sekretarzem redakcji dziennika "Rzeczpospolita" w
Warszawie, a później (1924-1925)
współpracownikiem "Gazety Warszawskiej". Współpracuje również z prawicowym dziennikiem
„Kurierem Lwowskim”.
W roku 1922 żeni się z Janiną Mękarską. Ze związku tego przychodzą na świat dwie córki Krystyna
(1923) oraz Ewa (1932).
Po przewrocie majowym, w latach 1926-1936, Stanisław zostaje
współzałożycielem oraz współwydawcą, a w końcu redaktorem
naczelnym prawicowego dziennika "ABC" wydawanego przez
Jerzego Zdziechowskiego i Eryka
Kurnatowskiego. Potem jest redaktorem naczelnym nowo powstałej popołudniówki „Wieczór
Warszawski”. W latach 19301931 znajduje zatrudnienie jako
wykładowca w Wyższej Szkole
Dziennikarskiej w Warszawie, powstałej 3 lata wcześniej, w 1927
roku, gdzie kształci przyszłych
dziennikarzy polskich. W tym też
czasie zostaje wybrany z ramienia
ND posłem na Sejm II kadencji
(1930-1935). W sejmie zasiada
w Klubie Narodowym. Zachowały się stenogramy sejmowe z lat
1932 i 1933, w których możemy
przeczytać wystąpienia sejmowe
posła Stanisława Strzetelskiego.
Zabierał on głos w tak ważnych
kwestiach dla Polski jak opracowywanie i nowelizowanie ustaw
o ubezpieczeniu społecznym czy
ustroju szkolnictwa w Polsce.
Uważał, że w sprawie ubezpieczeń społecznych należałoby
wprowadzić zasadę indywidualnej
kapitalizacji składek (już wtedy
obecny rząd borykał się z kłopotami związanymi z powszechnym
ubezpieczeniem społecznym, jakże podobnymi do tych, które przeżywamy dzisiaj).
Gdy w roku 1935 w „ABC” oraz
„Wieczorze Warszawskim” wpływy uzyskują zwolennicy sanacji,
Stanisław przechodzi z większością zespołu redakcyjnego do
nowo utworzonego przez Tadeusza Kobylańskiego „Gońca Warszawskiego”. Redaktorem naczelnym tego dziennika, w tym czasie
był formalnie Tadeusz Majewski,
ale kierownictwo spoczywało
faktycznie w rękach Stanisława
Strzetelskiego.
W końcu lat 30-tych (1936-1939)
Stanisław Strzetelski zostaje
współwydawcą i redaktorem naczelnym "Wieczoru Warszawskiego", którego dyrektorem był w
tym czasie jego serdeczny przyjaciel Bolesław Józef Biega. http://
biega.com/biegafampl.html#bol
W tym czasie pismo to zmieniło charakter z sensacyjnego na
popularno informacyjne o ambicjach politycznych. W gorących
czasach tuż przed wybuchem II
wojny światowej, już jako dojrzały i uznany dziennikarz Sta-
nisław Strzetelski zostaje mianowany członkiem Rady Naczelnej
"Polskiego Związku Wydawców
Dzienników i Czasopism" (19361939), którego wice-prezesem jest
Bolesław Józef Biega.
W ostatnim roku przed wybuchem II wojny ukazywał się w
Warszawie wielkoformatowy tygodnik ilustrowany o orientacji
prawicowej, łączący kwestie społeczno-polityczne z zagadnieniami kultury pt. "Kronika Polski i
Świata"(1938-1939).
Redakcją
kierowali: Zygmunt Ipohorski-Lenkiewicz oraz Stanisław Strzetelski, którym udało się uzyskać
znakomitych publicystów takich
jak: Stanisław Stroński, Wojciech
Wasiutyński, Wojciech Zaleski
oraz Zygmunt Nowakowski. Z
perspektywy prawicy komentowali oni sprawy polityki i gospodarki, krytykując słabości państwa
polskiego i ostrzegając przed konfliktem zbrojnym. Wiersze swoje nadsyłali i publikowali w tym
tygodniku m.in. tacy poeci jak:
Kazimiera Iłłakowiczówna, Konstanty Ildefons Gałczyński, Jerzy
Zagórski, zaś powieści drukował
m.in. Ferdynand Goetel. Nacjonalistyczne i wielkomocarstwowe
idee podawano często pośrednio,
nie w formie nachalnie tendencyjnej. Wyraźne było przy tym
dążenie do pogodzenia zasług i
ideałów zarówno Piłsudskiego jak
i Dmowskiego. Pomysłodawcą
tego tygodnika był przyjaciel Stanisława - Bolesław Józef Biega.
Stanisław Strzetelski był orędownikiem połączenia Obozu
Zjednoczenia Narodowego oraz
stronnictw narodowych w jeden
wielki obóz polityczny. Uważał,
że „prawdziwy nacjonalizm polski powinien opierać się na etyce
chrześcijańskiej i rozwoju moralnym jednostek”.
Koniec części pierwszej
- cdn.
Dr Piotr Strzetelski - Kraków
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 15
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Urodzony w Taurowie
Dr Arkadiusz Szymczyna
Losy wypędzonych z dawnych
Kresów Rzeczpospolitej zawsze
intrygowały historyków. Migracja wielu polskich rodzin po II
wojnie światowej jest ewenementem w dziejach Europy XX w. Ich
wędrówka w nieznane została zapisana jednak w pamięci, podobnie zresztą jak wspomnienia tego,
co pozostawili za Bugiem.
Układ jałtański zniweczył bezpowrotnie nadzieje Polaków na
powrót do swojej ojczyzny w granicach II Rzeczpospolitej.
Ludność kresowa poddana wywózce oraz zmuszona do opuszczenia swojego domostwa przez
nacjonalistów ukraińskich wspomina te dni z wielką goryczą. Ponad 60 lat po tych wydarzeniach
nadal panuje wśród wielu Zaburzan przekonanie, że „Ukrainiec
to wróg”, i że nadejdą takie czasy,
kiedy „Lachy powrócą w lwowskie, tarnopolskie czy stanisławowskie”.
Ciężko jest komukolwiek z nich
powracać myślami do nieszczęść,
mordów, gwałtów i okrucieństw
Ukraińskiej Powstańczej Armii
oraz NKWD. Powtarzają, że historia musi opierać się na dowodach i odkrywać prawdę zwłaszcza wtedy, kiedy udowodnia się
ludobójstwo.
Jedną z takich organizacji jest
Stowarzyszenie
Upamiętnienia
Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów we Wrocławiu, która
zbiera relacje żyjących świadków
i je dokumentuje.
Wśród opublikowanych „Na Rubieży” relacji setek pokrzywdzonych osób znajduje się opis wydarzeń, które miały miejsce w latach
1935-1945, w których uczestniczył pan Bolesław Kozakiewicz
z Zubrzyc, były mieszkaniec podtarnopolskiej wsi – Taurów.
Pan Bolesław urodził się w Taurowie w 1923 r. Matka była Ukrainką i została
ochrzczona
w cerkwi, podobnie zresztą jak
siostra, natomiast ojciec – Polak
w kościele rzymskokatolickim.
Sama wieś była w okresie międzywojennym piękną miejscowością licznie zamieszkałą.
Liczyła ponad 2 tys. mieszkańców (około 1 tys. numerów domów). Mieszkali w niej Ukraińcy,
Polacy i niewielka liczba rodzin
żydowskich trudniąca się handlem i skupem ziemiopłodów.
Wieś należała do cichych i spokojnych miejscowości na Podolu,
w której życie płynęło powoli, a
stosunki z sąsiadami należałoby
określić jako poprawne.
Bolesław Kozakiewicz mieszkał
w glinianym domu z poszyciem ze
słomy przy ul. Krzyżowej 932, która sąsiadowała z ulicą Zieloną oraz
tzw. Zagrobelką. Większość mieszkańców, podobnie zresztą jak on,
trudniła się rolnictwem pracując na
polu albo uprawiając warzywa w
ogrodzie. O pracę należało się usilnie starać, gdyż w Taurowie, jak i
pobliskich miejscowościach rynek
pracy był bardzo ubogi.
W miejscowości była cerkiew, kościół, Kółko Rolnicze, urząd, sklep,
mleczarnia, biblioteka, a także świetlica, w której wspólnie bawiono się
bez względu na pochodzenie narodowościowe.
We wsi funkcjonowała szkoła siedmioklasowa, do której uczęszczały
dzieci polskie i ukraińskie. Jeszcze
przed wybuchem II wojny światowej planowano postawić nowy
budynek szkoły już murowany, ale
„Ukraińcy zabrali cegły i podzielili
się między sobą”. Dzieci ukraińskie przychodziły na zajęcia 2 razy
w tygodniu po 2 godziny. Uczył
ich „poczciwy nauczyciel, dobry i
prawdziwy ukraiński patriota – Konasiewicz”, który był przed wojną w
stopniu majora.
Stosunki pomiędzy Polakami i
Ukraińcami uległy radykalnym
zmianom w połowie lat trzydziestych. Już wówczas dawały się we
znaki ludności polskiej pierwsze
bojówki nacjonalistów ukraińskich
m. in. w 1934 r. spalono i niszczono
budynek miejscowego Koła Rolniczego. Popularne stało się hasło „za
San Lasze, bo tu to nasze”.
Ogromną rolę w kształtowaniu postaw pomiędzy sąsiadami odegrała
działalność duchownych. W cerkwi grekokatolickiej nabożeństwa
niedzielne odprawiał pop Petrycki,
który był nieprzychylny Polakom.
Chodził o lasce, którą wymachiwał
i wygrażał. Do cerkwi chodziła matka i siostra pana Bolesława. Msza
św. odprawiana była przez 3 godziny (od 10.00 do 13.00). Natomiast
w kościele rzymskokatolickim, do
którego chodził B. Kozakiewicz,
ksiądz Lape zapraszał na msze św.
od 10.00 do 12.00. Lape był bardzo dobrym duszpasterzem, który
potrafił rozmawiać ze wszystkimi
mieszkańcami wsi o bieżących problemach i ich kłopotach. We wsi nie
było natomiast synagogi, ze względu na niewielką liczbę rodzin żydowskich. Spotkania organizowano
w domu Żyda Hajma (był ślepy na
jedno oko).
Pop Petrycki często organizował po
nabożeństwie zebrania kobiet ukraińskich, którym zaszczepiał nienawiść do Polaków i poglądy o charakterze nacjonalistycznym. Głosił,
że jeżeli mężem Ukrainki był Polak,
z którym miała córkę to „możet but,
bo to nasza Ukrainka”, a jak urodził się chłopiec, to „za nochy i w
topy”. Namawiał otwarcie do zabijania dzieci polskich płci męskiej.
Miał wrogi stosunek do Polaków i
przy każdej nadarzającej się okazji
mówił, że to „nasz wrach”.
Tych, którzy głośno protestowali
i sprzeciwiali się poglądom popa,
młodzi ukraińscy nacjonaliści zabierali nocą do pobliskich lochów,
bili i wypuszczali dopiero po 3
dniach. Jedną z takich osób, która
uczestniczyła w łapance Polaków,
był późniejszy prokurator, odpowiedzialny za zamordowanie w Taurowie 9 Polaków. Innych bojówkarzy
rozpoznano pod koniec II wojny
światowej jako kapo w Oświęcimiu.
W 1935 roku pan Bolesław wstąpił
do Związku Strzeleckiego (ZS), który zrzeszał pozaszkolną, przedpoborową młodzież, głównie wiejską i
rzemieślniczą. Prowadził działalność w zakresie wychowania fizycznego i przysposobienia wojskowego. W ZS prowadzono działalność
oświatową, tj. kursy podstawowe,
kursy instruktorskie, pogadanki,
odczyty, biblioteki i czytelnie. Kozakiewicz ukończył jedynie kurs I
stopnia (otrzymując świadectwo w
języku polskim), gdyż wybuch wojny przeszkodził mu w zdobywaniu
dalszych sprawności.
Morderstwa oraz represje ze strony
band ukraińskich nasilały się wraz
ze zmianą międzynarodowej sytuacji politycznej. Niemcy jawnie
popierały skrajnie prawicowe organizacje nacjonalistyczne. Oficjalną
współpracę z III Rzeszą OUN rozpoczęła od 1939, czego dowodem
było powstanie jednostek wojskowych takich jak Legion Ukraiński,
a później batalionów: „Nachtigall”
i „Roland”, w ramach przygotowań
Niemiec do wojny z ZSRR w roku
1941.
W 1937 roku nacjonaliści ukraińscy
zamordowali sołtysa Taurowa Jana
Papugę, a w kolejnych latach Pawła
Sabinę, którego zakłuto nożami oraz
Adolfa Czubałę – działacza ZS. Represje i prześladowania wzmagały
się z miesiąca na miesiąc. Bolesław
Kozakiewicz wspomina: „zaraz
przed wojną w 1939 wyczuwało
się, że coś jest nie tak. Nasiliły się
morderstwa i prześladowania na
ludności polskiej”. Sporadycznie
dochodziło do ukarania winnych.
W sprawie zamordowanego Tadeusza Kozakiewicza sąd wydał wyrok, w którym „Ukraińca osądzono
i wysłano do Berezy Kartuskiej, a
rozwścieczeni mieszkańcy wsi jego
obejście spalili”.
O wybuchu wojny B. Kozakiewicz
dowiedział się jak wszyscy. Głośno
było w radiu, ludzie przekazywali
sobie wiadomości na ulicy, a szkolny nauczyciel Konasiewicz ostrzegał rodziny przed zbliżającą się tragedią.
Dzień po wkroczeniu Rosjan do
Polski 18 września 1939 r. grupa
Strona 16 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
żołnierzy polskich (około 20 osób),
prawdopodobnie uciekająca w kierunku granicy rumuńskiej, została
podstępnie zwabiona przez Ukraińca Semko Mowczkę pseudonim
„Szalej”, do pobliskiego jaru. 12
taborowych wozów konnych ze
sprzętem wojskowym zostało im
zabranych, a członków zabłąkanego oddziału nacjonaliści w jarze
zamordowali. Jeszcze tego samego
miesiąca na drodze do Taurowa został skrytobójczo zamordowany Kuczera Bronisław – muzyk orkiestry
wojskowej.
W okresie okupacji sowieckiej nie
było wielu wywózek mieszkańców
Taurowa na Sybir. Od momentu,
kiedy weszli Rosjanie zmniejszyła się liczba morderstw. „Ukraińcy
bali się, gdyż NKWD wywoziło ich
na Sybir. Najczęściej zabierali polityków i aktywnych działaczy nacjonalistycznych organizacji ukraińskich”.
Represje na Ukraińcach trwały
do 1941 r., do momentu wybuchu
wojny niemiecko-sowieckiej. Po
wkroczeniu Niemców sytuacja się
zmieniła. Na budynku urzędu wywieszono olbrzymi napis w języku
ukraińskim „niech żyje przyjaźń
ukraińsko – niemiecka”. Jednak oficerowie niemieccy przejeżdżający
przez Taurów ciężarówką nakazali
zdjęcie go i zastąpienie w języku
niemieckim. Czuło się gwałtowną
zmianę – mówi Kozakiewicz, bo
„wszyscy Ukraińcy podnieśli głowę, zrobili się wójtami, zamieniali
się na wysokich stanowiskach. Jeden z nich psioczył jak to źle było
za Polaków. Krytykował czasy Piłsudzkiego, a na jednym z zebrań
mówił nawet, że u Polaków to swiniacza konstytucja”.
Podczas wojny niedaleko Taurowa
mieściła się kolonia piłsudczyków,
którzy po wojnie z bolszewikami
dostali za darmo ziemię w okolicy
wsi. To właśnie oni najbardziej byli
przez Ukraińców prześladowani. Na
terenie niemałej, bo liczącej ze 4050 numerów kolonii był nawet mały
kościółek. „Wszystko to zostało
zniszczone, spalone, a ludzi wymordowano”.
W lipcu 1941 r. zostało uprowadzonych z domów kilku Polaków. Nacjonaliści ukraińscy przetrzymywali
ich i przesłuchiwali w kancelarii
budynku urzędu tzw. „Łobosiówce”
(budynek nazwę swoją bierze od ziemianina, który był kiedyś jej właścicielem, miał 1000 ha pola i nazywał
się Łoboś). Dwóch z zatrzymanych
wypuszczono na wolność, resztę
wywieziono do pobliskiego lasku
„Netreba”, gdzie byli torturowani, a
następnie bestialsko zamordowani.
Odkopane zwłoki, rodziny ofiar mogły pochować na pobliskim cmentarzu kilka tygodni później. Było to
bardzo niebezpieczne, gdyż dookoła
były wsie zamieszkane zwłaszcza
przez ludność pochodzenia ukraińskiego, jak Płaucza, Medowa, Kaplińce. Żony pomordowanych Polaków szukały i wykopywały zwłoki,
za co brano je na przesłuchania do
prokuratora tego samego, który spiskował przeciwko Polsce wraz z
popem Petryckim. B. Kozakiewicz
przypomina go sobie bardzo dobrze,
bo chodzili razem do jednej szkoły. Banderowiec był o rok od niego
starszy. „Już w szkole wykazywał
wrogie nastawienie przeciwko Lachom. W czwartej klasie wydrapał na portrecie Piłsudzkiego oczy,
za co go wyrzucili ze szkoły. Jego
koledzy z klasy pisali na ścianach
„precz Polaki z ukraińskiej ziemli”.
Rodziny pomordowanych nie potrafiły rozpoznać wielu zwłok, ale
widoczne były oznaki tortur. Ofiary były powiązane drutem kolczastym, miały obcięte języki, uszy,
nos, i wydłubane oczy. Wśród ofiar
rozpoznano: Michała i Stanisława
Gużdę, Jana Kłaka, Mariana Nawaryńskiego, Jana Pereca, Franciszka
Soczyńskiego, Emila, Jana i Piotra
Zapotocznych oraz Antoniego Żebereckiego.
Okupacja niemiecka trwała do
1944 r. W tym okresie liczba ataków nacjonalistów ukraińskich była
niewielka. Dopiero po wkroczeniu oddziałów radzieckich nastąpiły zmiany. Wzmogła się agresja
zwłaszcza przeciwko Polakom. Do
końca 1944 r. zostali zamordowani:
Maria, Józef i Marian Czubała, Honorata Zapotoczna, Feliks i Maria
Antoszczyszyn, Florian Lenartowicz, Teofil Michałków, Katarzyna
Nawaryńska, Stanisław Orłowicz,
Józef i Roman Robota, Adolf i Jacenty Zapotoczni, Maria Kotowicz,
Michał Kozakiewicz, Piotr Mazepa, Maria i Stanisław Lenartowicz,
Michał Witkowski, Kazimierz Wojczak, Antoni Polowy, Maria, Jan i
Leon Zapotoczni.
W sierpniu 1944 r. banda UPA zaatakowała gospodarstwa Zenona
Szawłaja oraz Wojciecha Tarniowy.
Oba ataki, trwające kilka godzin,
zostały odparte przez ich domowników, którzy stawili zbrojny opór
barykadując domy.
W 1944 roku Bolesław Kozakiewicz wstąpił w szeregi Istriebitielnego Batalionu (IB – batalionu niszczycielskiego), który był radziecką
pomocniczą formacją paramilitarną,
formowaną przez wojskowe komendy uzupełnień z ludności cywilnej.
Żołnierze tych formacji pochodzili
zarówno z poboru, jak i ze zgłoszeń
ochotników. Od połowy lata 1944
na terenie Ukrainy z IB zaczęli dezerterować Ukraińcy i wstępować
w szeregi UPA. Dlatego dowództwo
sowieckie wcieliło większość Ukraińców do jednostek liniowych, a w
IB pozostali głównie Polacy i Rosjanie, którzy bronili polskich miejscowości przed atakami UPA, pacyfikowali wsie zamieszkane przez
ludność ukraińską, walczyli z oddziałami UPA, ale także współpracowali z sowieckimi służbami bezpieczeństwa. Oddziały IB w dużym
stopniu przyczyniły się do uratowania życia i mienia tysięcy ocalałych
z pogromu wołyńskiego Polaków, a
wielu polskich żołnierzy IB szukało
w nich zemsty za śmierć bliskich w
czasie rzezi wołyńskiej.
Niewielki oddział IB utworzony został również z taurowskich
ochotników. Kozakiewicz pamięta jak 10 luty 1945 r., gdy stał na
warcie „przyjechali wieczorem na
www.ksi.kresy.info.pl
saniach Rosjanie. Szukali młodych
chłopców na akcję. Zrobili szybko
zbiórkę i pojechali do Kuńkowców,
oddalonych około 30 km od Tarnopola. Tam już czekali inni, a było
ich razem około 450 osób. Okrążyli
nocą wieś. Spędzili do stodoły ukraińskie kobiety, mężczyzn i dzieci.
NKWD długo przesłuchiwało ich, a
ja tylko wprowadzałem i wyprowadzałem ludzi”.
Zimą 1944/1945 rodzina Kozakiewiczów ciężko chorowała na tyfus
plamisty. Najpierw Bolesław leżał
półprzytomny przez 6 tygodni, a
następnie matka i siostra. Ze względu na brak lekarstw jedynym ratunkiem były dobrze znane „bańki”,
które ratowały ludziom życie. Nie
wszyscy chorzy jednak mieli takie
szczęście. Tej zimy w Taurowie ludzie umierali po 2-3 osoby dziennie.
W kilkustopniowym mrozie chował
ich polski ksiądz na miejscowym
cmentarzu. Przed samym wyjazdem
do Głubczyc zmarła matka i siostra
pana Bolesława.
Koniec wojny zastał Kozakiewicza
w Taurowie. Pamięta jak żołnierze z
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
Istriebitielnego Batalionu „strzelali
na wiwat z radości, a wódka lała się
po stołach”.
Wiosną 1944 r. władze radzieckie
kazały wszystkim wyjeżdżającym
Polakom skompletować papiery w
kozłowskim oddziale Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR).
Chodziło o dokumentację potwierdzającą zameldowanie oraz deklarację „co rodzina Kozakiewiczów
zostawia i co zabiera”. Dla pana Bolesława podjęcie decyzji było bardzo trudne, gdyż przed śmiercią ojciec przepisał całe gospodarstwo na
niego, a część rodziny postanowiła
pozostać w Taurowie. W urzędzie
pracował jego szwagier nazwiskiem
Mazur, który załatwił pracę, papiery
oraz szybki wyjazd transportem na
Zachód.
Warunki stawiane przez władze
sowieckie były surowe i niesprawiedliwe. Nie udało się wywieźć
z Taurowa najcenniejszych rzeczy
rodzinie Kozakiewiczów. Wszystko zabrali Rosjanie i Ukraińcy.
Ludziom zabierano konie, świnie i
krowy. Wyjątek stanowiły rodziny z
małymi dziećmi, którym przysługiwało wywiezienie transportem jednej krowy.
Pierwsi przesiedleńcy wyjechali z
Taurowa 6 czerwca 1945 roku, razem z 220 rodzinami. Większość
chciała jechać w dużej grupie bojąc
się pozostawać we wsi ze wzglę-
du na grasujących banderowców.
Wagony transportowe mieściły
maksymalną liczbę ludzi, którzy
jechali w nieznane z całym swoim
dobytkiem. W wagonie panowały
bardzo surowe warunki, brud, brak
wody, chleba, lekarstw, itp. Ludzie
podróżowali wraz ze zwierzętami.
Ze względu na letnią porę nie były
potrzebne piecyki ani opał. Jechali
przez 12 dni zatrzymując się na 2-3
dni na stacjach kolejowych m. in.
w Lwowie, Katowicach, Bytomiu,
Racławicach Śląskich. Ich przedłużający się postój był spowodowany
powracającymi z Niemiec transportami wojsk radzieckich.
18 czerwca 1945 r. transport repatriantów z Taurowa przyjechał do
Głubczyc. Stację obsługiwali Rosjanie. „Jak wyszliśmy z wagonu
to musieliśmy zrobić sobie tymczasowe namioty z worków, szmat i
koców. Bardzo padał deszcz i było
błoto. Namioty stały w dole, obok
słodowni (dzisiejszy szrot) oraz po
drugiej stronie torów (dzisiaj miejsce skupu buraków). Nie widziałem
armat i czołgów. Stały tylko ruskie
patrole”. Kozakiewicz przypomina
sobie, że Głubczyce były bardzo
zniszczone, zwłaszcza centralna
jego część. Natomiast domy po
zachodniej stronie miasta świeciły
pustkami lub były pozajmowane
przez wojska radzieckie. „Strach
było wychodzić na ulicę. Jak wyje-
Mosur - Zamłynie - Jagodzin
Stanisław Nikoniuk
- Przede wszystkim trzeba mieć
łopatkę! – wołał kapitan Hruby
– Bo żołnierz, który jak kret ryje
się w ziemię, a w ręku ma karabin przetrzyma najsilniejszy atak.
O, podoba mi się ten – wskazał
na Pawła – z łopatą. Znalazł ją
u chłopa i trzonek odpowiednio
ukrócił. Tak powinien zrobić każdy z was! Bo grunt to się dobrze
okopać i zamaskować pięknie
kwiatami i gałązkami. Czujesz
się wtedy, jak w domu. Siedzisz
sobie wygodnie i czekasz aż nadejdzie Ignac… Jeżeli widzisz, że
biegnie tyralierze pochylony, to
trzeba mu mierzyć… no, gdzie?
Gdzie będziesz mierzyć? - zapytał Kozę z ostatniej dwójki.
- Nie wiem, panie kapitanie.
- W brzuch! - krzyknął Natan od
czoła drużyny.
- Jest pochylony, więc dostanie w
łeb albo w serce i gotów!
Kapitan, krępy, mały rumiany
blondyn z ryżym wąsikiem, w angielskiej zielonej bluzie i granatowych bryczesach podkreślających
cienkość drobnych nóg i wydatność brzucha stał w rozkroku i
postukiwał kijkiem o cholewę
buta. Wyglądał na tle lasu jak leśny dziadek, jak satyr. Do perkatego nosa i błękitnych oczu dodać
brodę, powiększyć szczoteczkę
wąsów, kaptur czerwony na głowę - byłby krasnoludek.
Minąwszy kapitana u wylotu drogi z sosnowego boru, drużyna
pomaszerowała po otwartej przestrzeni rozległą porębą, zamkniętą daleko w przodzie granatową
ścianą przeciwległego boru.
Dwa dni temu batalion Siwego
uchodził tędy od bitwy z Węgrami toczonej przez oddziały Trzaska i Jastrzęba. Węgrzy puściw-
www.ksi.kresy.info.pl
szy przodem czołgi wdarli się w
tamten las i parli dotąd, dopóki
pierwszy nie natknął się na minę.
Siwy wycofywał się przez porębę na pozycję odwodową, jednak
tamta linia lasu została utrzymana
więc teraz pojedynczymi drużynami wraca.
Ogromna poręba cała zalana słońcem. W błękicie nad przeciwległym pasem lasu pomykają kołem
czarne sylwetki Stukasów. Jeden
idzie za drugim, jak w karuzeli i
dolatując do jakiegoś punktu w
błękicie szybkim, nieznacznym
ruchem opada na skrzydło i pikuje w dół ku czemuś co przesłania
tamten las. Powietrzem nad całą
porębą targają fale wybuchów.
- Grzeją w regularne wojsko sowieckie!
- A po co my tam idziemy?
- Na spacer. Pogoda, ciepło jak w
maju…
- Mierz mu w jaja! - wścieka się
Szpic. Nasyp mu soli na ogon!
Paweł słucha labidzenia Szpica
ze zdziwieniem. Kolega z gimnazjum. Pierwszorzędny sportowiec, biegacz i miotacz, siłacz na
całe gimnazjum tu zaś wyłazi z
niego taki hipochondryk! Żaden
z kowelskich kolegów nie kwęka tyle co Szpic. Może dlatego
właśnie, że to sportowiec a tutaj
nie są warunki walk sportowej.
Jest niesamowita dysproporcja sił
przeciwników. Nie uwzględnia
nikt ich wagi przed starciem, nie
dobiera równego z równym, nie
mierzy czasu, nie określa ilości
rund… W ciągłym stwierdzaniu
właśnie tego gubią się kowelacy.
Z tym właśnie nie mogą się oswoić. I nie oswoją do końca.
Drużyna przemaszerowała ledwo
pół kilometra, gdy nad polanę
wyskoczyła, jak czarna błyskawica ”rama”. Sam jej widok podziałał jak eksplozja. Chłopcy rozbie-
gli się, poprzysiadali pod osłoną
krzaka, kretowiska, trawy, dołka i
znieruchomieli zezując w kierunku jej piruetów. Samolot pokręcił
się nad częścią poręby i śmignął
nad pola ku widniejącej w oddali
wsi za rzędem wysokich topoli,
po czym zniknął.
Po kilku minutach w kierunku
tamtej wsi, prostopadle do trasy
marszu drużyny zaczęła strzelać
niemiecka czy węgierska bateria.
Pociski szybowały wysoko nad
porębą i wybuchały tam, na prawo, gdzieś jeszcze dalej niż wieś.
Budowały nad porębą i nad głowami idących niewidzialne przęsło wysokiego mostu.
Po kwadransie „rama” wróciła
znowu. Znów potańczyła nisko
nad porębą, na szczęście znowu
nieco z przodu i z boku i znów
przepadła za horyzontem. Powtarzało się to kilkakrotnie. I za każdym razem przezywając maszynę
rama!, drabina!, majster wiejski!,
drużyna rozlatywała się, potem
zbierała od nowa i szła tym trybem przez dobre pół marszruty.
- Ee, samoloty czasami rzecz niezła! - rezonuje, gdy znowu można
iść spokojnie, strzelec Grzmot,
pogodny zawsze i dzielny. - Dzięki nim możemy sobie odpoczywać co kawałek.
- A mnie to przypomina – wywodzi Jogin – wędrówkę mnichów
buddyjskich do ich świętych
miejsc. Czytałem o tym. Idą mniej
więcej tak, jak my teraz. Kładzie
się taki mnich na ziemię i tam,
gdzie sięgnie głową staje stopami, znowu się kładzie, znowu
wstaje i tak mierzy sobą całą drogę aż do końca. Trwa to, możecie
sobie wyobrazić, ile czasu…
- Mnie zaś nasuwa się wspomnienie pewnej lektury Prusa,
mojego pisarza i mistrza, ilekroć
te cholerne samoloty nadlatują
chałem w stronę miasta aby się rozejrzeć za chlebem, to zaraz Ruscy
zabrali mi rower. Wszystko kradli
co popadnie”.
Po przyjeździe do miasta Zaburzanie zgłaszali się do PUR-u po
prowiant i zaświadczenie. Niektórym urzędnicy załatwiali od ręki
pracę. Transporty z repatriantami
musiały być szybko rozwieziony
po wsiach powiatu głubczyckiego,
gdyż obawiano się wybuchu epidemii. Wraz z przedstawicielem
miejscowej administracji, jechali
na wozach zasiedlając opuszczone
przez Niemców domy. Wielokrotnie się zdarzało, że rodziny kresowiaków musiały mieszkać razem z
Niemcami w jednym domu. Tak też
było i w przypadku pana Bolesława
Kozakiewicza, który przez cały rok
mieszkał z Niemcami w Bogdanowicach, aż do 1946 r. „Urzędnik
wjeżdżając na wozie na podwórko
krzyczał już od bramy do Niemców – „weg”, a myśmy sobie z tego
nic nie robili bo wiedzieliśmy, że
przyjdzie nam razem żyć pod jednym dachem”.
W tym ciężkim okresie życia taurowskich przesiedleńców pomagał
polski księdz Lape, który wspierał
ich duchowo oraz pomagał w niedoli. Szli za nim jak owce za swoim
pasterzem. W późniejszym okresie
ksiądz Lape był gnębiony i przesłuchiwany przez lokalną milicję.
– westchnął Paweł. – W książce
„Najogólniejsze ideały życiowe”
napisał jak to na człowieka oddziała wynalezienie „machiny
latającej”. Umarł w 1912 roku,
więc nie doczekał się. No a my
mamy te machiny nad głową. Fatalnie się pomylił nam Bolesław.
Pisał, że człowiek stanie się szlachetniejszy. Bo wzniesie się nad
ziemię, spojrzy na nią z wysoka,
odetchnie powietrzem całego globu, ujrzy bezkresne horyzonty i
stanie się szlachetniejszy dzięki
temu. Mamy teraz… jak zeszlachetniał. Oderwał się od ziemi po
to, by po staremu ryć ją gorzej niż
świnia.
Marsz przez porębę trwał dobre
trzy godziny. Nadchodził wieczór. Samoloty przestały się znęcać nad okopaną w polu za lasem
sowiecką piechotą. „Rama” już
się nie pojawiła. Pociski artyleryjskie przestały pruć zenit nad
porębą i bębnić w tamten daleki
cel.
Drużyna weszła w dorodny dębowy las. Zaszeleściła pod butami
sucha dębowa ściółka. Stały w tej
dąbrowie jakieś jedne oddziały,
nadciągały inne, miały się zebrać
wszystkie w to miejsce. Krążyła
smutna wiadomość o śmierci pułkownika Oliwy: Niemcy podeszli
pod kwaterę sztabu, gdzieś tu w
tym lesie czy obok, jak to im się
udało? - nikt nie wiedział. Ktoś
tutaj musiał coś fatalnie przegapić i pułkownik zginął.
Drużyna rozłożyła się wśród dębów, odpoczywała w milczeniu,
czekała. Zciemniło się zupełnie.
Kleiły się oczy, nieźle by się pospało wśród tych dębów. W ciemności po cichu zwołano zbiórkę
kompanii. Podporucznik Głaz
półgłosem instruował:
- Musimy przebić się przez front
na tyły wojsk sowieckich. Jesteśmy okrążeni. Pozostało tylko
jedno przejście, przez bagna. Od
waszego zachowania się zależy
powodzenie marszu. Każdy musi
Po załatwieniu niezbędnych formalności 62 rodziny z taurowskiego transportu przewieziono wraz z
księdzem do Zubrzyc, a resztę do
Bogdanowic i Włodzienina. Pan
Bolesław początkowo zamieszkał
wraz ze szwagrem w Bogdanowicach. Do Zubrzyc przeniósł się w
1946 r., gdzie rok później ożenił
się.
Bolesław Kozakiewicz był już
trzykrotnie od momentu zakończenia II wojny światowej w Taurowie. Często wspomina tamte lata,
ludobójstwo UPA, wojnę, śmierć
najbliższych oraz przesiedlenie do
Głubczyc. Obecnie pomimo tego,
że jest schorowanym kombatantem myśli o kolejnym wyjeździe do
swojej rodzinnej wsi.
Autor artykułu składa serdeczne
podziękowanie panu Bolesławowi Kozakiewiczowi z Zubrzyc za
udzielenie wywiadu oraz możliwość opublikowania zdjęć i materiałów archiwalnych.
iść jak Indianin, jak duch… To
wszystko. Teraz, rozejść się i czekać!
Czekano. Noc cicha, najmniejszego poszumu wiatru. Dąbrowa
pełna żołnierzy milczała jak zaklęta. Część żołnierzy już spała,
inni nie mogli usnąć zatroskani:
czemu, jeśli położenie jest aż tak
krytyczne, dowódcy nie zaczynają tego marszu ku tyłom frontu?
Było już dobrze po północy, gdy
wreszcie ruszono. Nie na tyły
jednak. Z powrotem. Tam, skąd
drużyna Natana wyszła rano, pouczona przez kapitana Hrubego o
znaczeniu łopaty i sztuce celowania do wroga. …Tabory!. Tabory
przez bagno nie przejdą. Pierwsze
podwody ponoć tak werżnęły się
w bagno, że musiano je wyciągać
siłą ramion.
O tym drużyna dowiedziała się
później, wracała zaś na suchy
rozkaz: zawracać! Więc Szpic
rozlabidził się, jak dziecko, inni
też się krzywili, klęli, spluwali
i szli z uczuciem, jak gdyby nie
dowódcy lecz jakiś chochlik wodził ich po lasach. Jakże często,
począwszy od tej nocy, uczucie to
miało powracać i jak trudno było
chłopcom, co nie podzielali ślepej wiary plutonowego Kalosza w
rozkazy, pogodzić się z tym stanem rzeczy.
Cały następny dzień zszedł na
przygotowaniach do przeprawy w
zupełnie innym kierunku, nie na
tyły sowieckie, lecz ku przodowi,
jeszcze głębiej w strefę frontu.
Tabory zostają w lesie. Wyszedł
rozkaz: Wozy porozbijać, poniszczyć, zabrać tylko żywność i konie! Wszystek prowiant poszedł
do podziału między żołnierzy:
na jednego przypadło z pół kilograma słoniny nieosolonej i tyleż
kiełbasy. Chleba nic, nie ma chleba od tygodnia, nie ma gdzie piec.
Wszystkie podleśne wsie opanowali Niemcy.
Paweł kładzie przydział żywności
Piotra do swego plecaka, Piotr do
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 17
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
swego bierze kronikę i bieliznę.
Tak będzie lepiej, godzą się bracia – koszule się nie potłuszczą.
Las roi się od partyzantów. Zza
Turii napływają co dzień grupy
mężczyzn uchodzących przed
mobilizacją sowiecką. Do lasu
spłynęła ludność okolicznych
wsi. Z wozami, końmi, dobytkiem całe rodziny zaszywają się
w lesie. Często w takich ostępach,
że tylko przypadkiem natykają się
na nie partyzanckie patrole.
Kompania warszawska kładzie
przez bagno groblę w kierunku
Bugu. Ale ten pomost z okrąglaków maskowany bagienną trawą wydłuża się bardzo powoli.
Samoloty niemieckie dyżurują
także nad obszarem bagien. Bez
przerwy słychać w górze pomruk
„machiny latającej”. Podgląda
ścierwo z góry cały obszar. Oddziały lokują się po gąszczach,
ale nie sposób dogotować na małym ogienku menażki kartofli.
Co chwila rozlega się okrzyk:
gasić ognie! Na noc samolot nie
schodzi z nieba, ognie trzeba
gasić i w nocy. Przez całą dobę
przeszywa gąszcze ten rozkaz:
gasić ognie! do jasnej cholery,
gasić ognie!. Gdy lotnik do ogniska jednego z plutonów podrzucił wiązkę granatów, szczęściem
niecelnie, palenia ognisk całkiem
zaprzestano.
Nie dogotowawszy kartofli drużyna Natana, plutony Gromu,
wszystkie inne oddziały sposobią
się do marszu.
Paweł uczestniczy w patrolu
dziennym. Obeszli kawał lasu.
Jak on się właściwie nazywa ten
las?, Mosurski – mówią. Jednak
jak sobie uświadomić jego położenie: skąd dokąd sięga, jakie
wsie, chutory, osady znajdują
się w jego sąsiedztwie? Nie wie,
koledzy też nie wiedzą. Stoją w
tym lesie od tygodnia. Wiadomo tylko jedno: jest otoczony,
staje się w nim coraz ciaśniej
mimo iż taki wielki. Trzeba się
przebijać z okrążenia, trzeba się
trzymać razem. Dowódcy mają
mapy, wytyczyli trasę, poprowadzą. Szeregowcy, podoficerowie żywią się ledwo szczątkami
oficerskiej wiedzy, fragmentami
narad i rozmów podsłuchanych
przez któregoś i podanymi dalej.
Tą drogą właśnie zasłyszeli, że to
Mosurski Las i że ta wieś, z której
chałup zajętych na kwatery nocą
uciekali pod ostrzałem Niemców
o poranku, to wieś Mosur. Słuchy
krążą, że stoją twarzą w twarz z
dywizją SS. Chłopcy z innych oddziałów widzieli czarne postacie
czołgistów, patrole natknęły się
na czołgi zachodzące w skrajne
partie lasu i umknęły przed nimi.
Ciągle powraca rozpaczliwe pytanie: co mogą im przeciwstawić?
Karabinki i głowy – nic więcej…
Dziesiątki kilometrów dotychczasowych ciężkich marszów,
ba! – ucieczek, nie - marszów!,
ciągłe kluczenie najpierw po polnych drogach i traktach, potem
po leśnych, teraz po zupełnych
bezdrożach, brak ciepłej strawy,
chleba, odpoczynku, ciągłe zagrożenie przenikające falami na
wskroś cały las - ostatnie przecież
miejsce ochronne - podkopały siły
tego wojska, fizyczne i duchowe.
To bowiem, co teraz znoszą staje się w powszechnym odczuciu
nie akcją bojową lecz poniewierką. Dochodzi do tego jeszcze ta
wiadomość: szpital z chorymi i
rannymi zostaje tu, na bagnie…
Dywizja nie może zabrać ze sobą
ni taborów ni szpitala…
Paweł zarzucił pisanie kroniki.
Rozlewne i rozwlekłe początkowe stronice poświęcone opisowi
głupiego salonowca, ścieśniają
się w krótkie zdana, w pojedyncze słowa: „Trudy. Poniewierka”.
– notuje w kalendarzyku. Godziny poprzednich frasunków i rozmyślań zwarły się w momenty
pytań: co to jest? co to wszystko
znaczy? co dalej, jeżeli już teraz
jest tak beznadziejnie?
Jantar umiał patrzeć na siebie z
poza siebie, i w najposępniejszych momentach tych trudów i
poniewierki doznawał wrażenia,
że czyta najczarniejsze stronice
nowel Żeromskiego. Uzbrajał się
wewnętrznie na rzeczy jeszcze
gorsze, trudy jeszcze uciążliwsze,
poniewierkę po kres wytrzymałości. Starał się określić przynajmniej osobisty sens tej sytuacji.
Cierpienia przenosił w płaszczyznę pokuty za grzechy poczynione w dotychczasowym życiu i
tylko w ten sposób, tylko w tym
dostrzegał jeszcze jakiś sens. Tak
zresztą rozumiał w ogóle sens
wszelkiej wojny. Rozumiał ją
jako żywioł niosący poprzez cierpienie oczyszczenie, dający człowiekowi, przeciętnemu z szeregu,
tylko ten zysk i nic więcej.
Do kolegów umiejących jedynie
złorzeczyć i kląć nie czuł sympatii. Wydawało mu się, że powinni byli myśleć tak samo jak
on, dostrzegać w bezsensie nierównej walki sens osobisty, siłę
oczyszczającą. Rozumiał go brat,
podzielało tę postawę może kilku czy kilkunastu innych rówieśników, a reszta? starsi?. Któż to
wie, może mają swoje inne jakieś
spojrzenie?
Uważał siebie za lepszego od innych dzięki tym myślom.
Walka z pozycji słabszego, ściganego, spychanego z lasu do lasu,
z jednego obszaru bezludzia na
następny, angażowała wszystkie
siły, całą energię, wszystko, czym
człowiek był i w co wierzył, weryfikowała wyznawane wartości.
Pawłowe okazały się życiodajne,
pomocne.
Trwała w nim myśl także o Polsce. Na samym dnie przygnębienia. Że oto tak mizernie, w ciągłych odwrotach i ucieczkach,
życiem gorzej już niż cygańskim,
jakąś prymitywną, nędzną wegetacją w paradoksalny sposób buduje jednak Polskę, dokłada ziarenko i dla Niej.
Jednakże myśl, by owo ziarenko
mogło przybrać postać jego osobistej śmierci wydała się Pawłowi
dziwna, gdy się natknął na nią.
Był za młody by i w tej postaci
dostrzec wkład w Sprawę, wkład
fundamentalny, najistotniejszy,
gdyż największy, nawet jeśli się
tego samemu nie widzi i jeśli koledzy grzebiący ciało kolegi także tego nie pojmują. Dla Kraju
chciał żyć. Polska z żywego będzie miała korzyść, a z umarłego? Jakże trudne były te myśli…
Kiedy padali zabici notował w
kronice: kto?, kiedy?, w jakich
okolicznościach? Rozmyślając o
tym ujmował rzecz powierzchownie: strata dla oddziału, żal młodego chłopaka… ślepy cios kuli i
koniec! Ale póki notował imiona
poległych, których osobiście nie
znał lub znał jedynie z daleka,
dopóty nie wiedział, co znaczy
śmierć żołnierska.
Zdumiał się swoim myślom i
uczuciom, gdy usłyszał, że dwaj
dobrze mu znani chłopcy z oddziału Trzaska polegli w czasie starcia
z Węgrami. Znał tego Henryka i
Kazika dobrze. Obaj pochodzili z
Zielonej. Miał o nich zdanie nie
najlepsze – nazywano ten gatunek
młodzieży chuliganami. Żywych
miałby obu nadal za „gnój”, jaki
dowódcy mają prawo „wykorzystać na roli wielkich idei”, lecz
zasłyszawszy nagle, że zostali
zabici, złożeni do ziemi na skraju
mosurskiego lasu, w którym on,
Paweł, brat, drużyna, cały batalion Siwego siedzieli tego dnia
pośrodku, osłonięci przez tamtych zobaczył ich nagle od strony, której istnienia nie wyobrażał
sobie dotąd, nie przeczuwał: od
strony bardzo mocno odczutej
śmierci żołnierskiej, śmierci za
sprawę jakże konkretnie, namacalnie wspólną: przedarcia się z
życiem przez zaciskającą się obręcz okrążenia.
Nie potrafił wtedy ani potem jasno
określić tych myśli i uczuć, które
ze zdumieniem stwierdził w sobie
na wieść o tej śmierci. Odczuł do
obu poległych cześć, miłość! Także i wdzięczność… Aż bał się ponazywać składowe tego uczucia,
niepewny ich istotnego źródła. Bo
może jest w tym i podła radość,
że to oni padli dla niego, zamiast
niego, że może dalej żyć jedynie
dzięki z ich śmierci? Było tak,
jak gdyby nagle w oczach Pawła
okruch gnoju, źdźbło mierzwy
zajaśniało wysoko w ciemności,
jak gwiazda… Ogarnęła go fala
zdumienia, że ci dwaj byli zdolni
aż do takiego poświęcenia się za
niego, za wszystkich pozostałych,
byli tak wielkoduszni, wspaniałomyślni! Bo gdyby jego miała trafić kula, co ich położyła na skraju
lasu, to byłby w tym jakiś błąd…
Wprawdzie kula nie pyta o zgodę
– rozmyślał – i dobrze iż nie pyta,
bo zapytany – odpowiedziałby:
nie! ja nie! Ich nie pytała także,
oni tak samo by nie chcieli, ale
przez sam fakt, że trwali na stanowiskach, gdy Paweł z oddziałem
odchodził w głąb lasu, dowiedli
w dziwny, niepojęty sposób, że
to oznaczało ich zgodę. Jeżeli
wymuszoną rozkazem, to widocznie i takiej wystarczy. Skąd bowiem ten zdumiewający blask ich
śmierci w jego oczach?
Paweł w długi czas potem, po
wielu latach życia osłoniętego
mogiłami tamtych dwóch i wielu
dziesiątków innych poległych 27ej, wracał myślami do tej śmierci.
Usiłował przeniknąć śmierć, jej
tajemnicze powiązania z życiem.
Wtedy w lesie mosurskim nie
przemyślał tego dyskursywnie,
lecz odczuł ten właśnie kłąb pytań, zderzył się z jego nieprzenikliwością dla rozumu, dostrzegł
tylko ogromne spięcie ciemności
i blasku i zapamiętał.
Na spokojne rozmyślanie, na podzielenie się odczuciami z bratem
nie było czasu. Czyjaś ręka obracała przed oczyma Pawła karta po
karcie posępną partyzancką opowieść. Czy potrafi ją kiedyś odtworzyć z całą surowością prawdy, tak samo, jak teraz przeżywa?
Porucznik Siwy przemówił do batalionu lapidarnie:
- Jesteśmy w zasranym położeniu.
Uratować się możemy jedynie
drogą przerwania frontu. Maszerujemy dziś w nocy. Nakazuję za-
Strona 18 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
chowanie bezwzględnej ciszy! Za
zapalenie papierosa – kula w łeb!
Czarna i gęsta jak smoła noc. Batalion podnosi się z legowisk, formuje długi rząd dwójek i jak wąż
wpełza w gęstwinę lasu zgęszczoną przez ciemności do konsystencji niemal ściany. Brnie. Co kilkanaście kroków przystaje, maca w
ciemności kierunek.
Gałęzie biją w twarz, przytrzymują za piersi i ramiona. Nogi raz po
raz zaczepiają o coś albo trafiają
w próżnię. Drużyny idą jedna za
drugą zupełnie jak ślepe. Idący z
tyłu trzyma się poprzedzającego
za pas, połę płaszcza. Nie widać
wyciągniętej ręki, kolumnę scala
tylko słuch i dotyk. Niektórzy zakładają w czapki skruszałe szczapy świecącego próchna, większość wywiesiła na plecach białe
koszule, chusteczki – ale ni to ni
tamto nie daje łączności, jednoczy całość tylko dotyk i słuch.
Ostrożny szmer, chrobot butów,
oddechy, czasami ostre chrupnięcie chrustu. Gną się żywe gałęzie podszycia lasu, przeliczają
długi szereg widm. Tłumiony
szum przekleństw na taką drogę,
wojnę, życie gorsze od zwierzęcego. Batalion brnie. Końca nie
widać tego lasu i nocy… Lecz oto
przepełza, zamajaczył prześwit w
ciemności. Już pole! Lecz w polu
niebezpieczny, za jasny, choć
przecież czarny jeszcze odcień
brzasku. Żołnierze oddychają jak
po wyjściu z dusznego tunelu i
natychmiast oddech zamiera, bo
tak tutaj za daleko na wszystkie
strony widno! Nim jednak noc
przetarła się w szarość świtu, na
polu została tylko czarna, głęboko w pulchnej wiosennej ziemi
przedeptana ścieżka. Pobiegła ku
cyplowi następnego lasu. Ominęła dalekim półkolem wieś pełną
czarnych mundurów i trupich główek SS. Znikła u wejścia w drugi
las.
Przez cały dzień oddziały drzemią wśród bujnych, rudych wrzosowisk w rzadkim, wysokim lesie
nad jakąś drogą. O zmroku podnoszą się, ustawiają i maszerują
piaszczystą droga swobodniej.
Dowództwo przewiduje niewielką
potyczkę w Zamłyniu. Dwie kompanie mają uderzyć na placówkę
wroga i zająć most na dopływie
Bugu, jakiejś niewielkiej rzece a
reszta nie czekając na koniec walki ma rwać jak najszybciej za linię kolejową Luboml – Chełm ku
rozległym Lasom Szackim i zebrać się tam nad jeziorem Świtaź.
Taki jest plan dowództwa, tym
razem podany do wiadomości
wszystkich. Lecz plan jest tylko
planem.
Pierwsze rakiety i wystrzały wypalone z niemieckiej placówki w
Zamłyniu przed czołem kolumny
momentalnie zburzyły porządek.
Wybuchła panika. 11 dni ucieczek
i odwrotów krytycznie podkopały
ducha żołnierzy. W jednej chwili
najtchórzliwsi prysnęli z kolumny
na obie strony drogi w zarośla i
rozproszyli trzytysięczna kolumnę gruntowniej niżby to mogły
zrobić szrapnele. Zakotłowało
się po zaroślach, rozleciały się w
ciągu minuty wszystkie oddziały
mimo iż ogień szedł w innym kierunku, nie na główny tłum partyzantów.
- Bydlęta! - klął Paweł. - Tchórze!
Gówniarze. Zasrane wojsko!
Zaplątał się z drużyną w gęste
leszczyny, potem w jeszcze gęst-
sze łozy, po których kotłowało się
jak w garnku to, co przed minutą stanowiło na drodze kolumnę
wojska.
Z ciemności ze
wszystkich stron nawoływania:
- Gdzie Jastrząb?
- Hallo, gdzie oddział Bomby?
- My z Gromu. Wy z którego?
- Zgubili nas, wystawili, skurrrwysyny, na pewna śmierć, zawodził Szpic.
Ogłupiałe grupki partyzantów
błądziły po krzakach, tratowały
jakąś łąkę pełną wysokich łoz,
wreszcie przekotłowały się na
skraj większego lasu, trafiły na
suchy rów melioracyjny, szeroki,
z wysokim wałem i ten rów ustalił kierunek ucieczki. Po suchym
dnie zatupotały buty biegnących.
W pewnej chwili nad wałem,
dość jednak wysoko nad głowami, przeleciał łańcuch pocisków
świetlnych, parę krótkich serii.
W rowie zakotłowało się jak w
mrowisku, jak w kupie robaków.
Tłum ruszył takim pędem, że się
zbijano z nóg, przewracano wzajemnie, kto upadł z trudem podnosił się z pod nawałnicy butów.
Biegli jak szaleńcy. A ostrzał
rowu był całkiem przypadkowy,
parę serii tylko…
Gdy wreszcie strzelanina w stronie placówki zacichła, buchnęła
ogromnym płomieniem stodoła i
z czarnej otchłani nocy wystąpiły
zarysy terenu: zarośla, łąka, rów,
dalej kanał czy rzeczka. Zamieszanie ustało.
Przy świetle pożaru Paweł spojrzał na brata, z którym wbiegając w rów wziął się za ręce. Ze
zdumieniem stwierdził, że trzyma rękę kogoś obcego! – To ty,
Wiatr? Jak to? Gdzie Jogin?
Dalej szedł sam. Nie wiadomo,
gdzie stał ów most, o który toczyła się walka. Doszedł do
brzegu kanału. Kilkunastu ludzi
tłoczyło się u kładki, kolejka do
przejścia rosła, ponaglano: szybciej! prędzej! Dwaj jacyś szli z
drążkiem wzdłuż brzegu, macali gdzie płycej? Kładka – surowy kloc olszyny – pod ciężarem
jednego człowieka uginała się,
zanurzała pod wodę. Przechodzący jedną ręką trzymał się drążka
chwiejnej poręczy, a drugą długim kijem wspierał się o dno. Kapitan Hruby i porucznik Olszyna
już się przeprawili, odchodzili
nie czekając na innych. Na szczęście poprzez trzask pożaru dało
się słyszeć dudnienie mostu, stał
bliżej niż przypuszczano! Paweł
zawrócił od nieszczęsnej kładki,
przeszedł przez most. Partyzanci
spieszyli w rozsypce łąkami ku
torom kolei, która była gdzieś dalej przed nimi.
Panika trwała zbyt długo: dniało
już, wstawał chmurny, surowy
poranek. Paweł ciągle szedł sam
kierując się na sylwetki idących
przodem. Natknął się na wóz
z rannymi - ze czterech chyba woźnica uszedł. Konie stały w
wodzie po brzuch, jeden z rannych szarpał daremnie za lejce.
Paweł podszedł, próbował pomóc
– nadaremnie – konie jakby skamieniały. Idący w przedzie byli
już daleko, bokami ciągle szli
pojedynczy ludzie pośpiesznym
tempem maratonu. Paweł zostawił rannych. Przyspieszył kroku.
Łąki, potem pole. Mgły. Kolei
ciągle nie widać.
Tylko część oddziałów zdołała
przejść przez tory tego ranka. Paweł znalazł się w tej części, która
www.ksi.kresy.info.pl
trafiła na pancernik. Nasypu kolei
jeszcze nie było widać w mgłach
nad polami, gdy nad głowami
idących zaszumiały pociski. Biły
szybkostrzelne działa pancernika, w parę chwil zmiotły z pola
partyzantów za ściany kilku rozrzuconych domów i za skupienia
drzew. Jacyś cekaemiści wleźli pośpiesznie na wierzchołek
wysokiego kopca ziemi – stary
prosowiecki bunkier – i po chwili w stronę pancernika rzygnął
czerwonym płomieniem cekaem.
Potem jeszcze ktoś krewki zainicjował atak. Kilkunastu ludzi wybiegło na otwarte pole. Paweł ruszył za śmiałkami upatrując gdzie
bruzdy, padając co kilka kroków.
Szybkostrzelne działa przytłoczyły zuchwalców do ziemi. Cofnęli
się.
Kwadrat gęstego podmokłego
lasu otoczony ze wszystkich stron
mokradłami przechował ludzi do
wieczora. Nieskończenie dłużył
się mglisty ponury dzień. Paweł
zjadł ostatni kawałek kiełbasy,
podpleśniałej i gorzkiej. Z całego Gromu spotkał tu tylko dwóch
znajomych. Rozpytywał ich o brata - nie, nie widzieli. Miał w torbie wspólną żywność dla obu…
Usiadł na zwalonym pniu osiki.
Przetrząsał kieszenie: scyzoryk,
kalendarzyk, mały zeszycik, świadectwo ukończenia powszechnej,
Zaświadczenie Koeniga z Forstamtu. Obejrzał karabin i siódemkę. Rdzewieją! Posmarował
kawałkiem słoniny.
Pokręcił się po lasku, posłuchał, co
mówią. Wrócił do osiki i przesiedział na niej do wieczora. … Jeśli
paść, to od razu – snuły się myśli –
od jednego uderzenia kuli… A tych
rannych, cóż mogłem zrobić – wóz
ani drgnął… Ci dwaj porucznicy,
co w nocy poprowadzą wyglądają
bardzo sympatycznie. Hm… Brunet ma pseudonim Biały, a blondyn
Czarny… Przechodzić będziemy
przez stanowiska artylerii, a w
nocy skuteczność ognia artylerii
jest bardzo mała… No, tak oni
zapewniają, ten Biały i Czarny…
Część polegnie, większość jednak
przejdzie… Jeśli zagrozi schwytanie, rzucę siódemkę byle gdzie,
Niemcy nie znoszą niemieckiej
broni w ręku schwytanego. Portfel zostawię… Hm, „Der Bote N.
durch seine Fleisigkeit und Zuverlasigkeit hat meine volle Vertrauen
verdient… Forstmeister Bernard
Koenig”. Tego nie wyrzucę… Kto
wie czy to zaświadczenie Koeniga
jeszcze się tu nie przyda?... Gdzie
teraz jest Piotruś, gdzie on mógł
zostać? A może już jest za torami,
zdążył przeskoczyć z czołowym
rzutem…?
W ciągu dnia dwaj warszawscy
porucznicy formowali z rozbitków
nową kolumnę.
Noc nadeszła tak samo czarna, jak
obie poprzednie. Dano króciutką
instrukcję: do torów mamy przewodnika, punkt zborny za torami
wyznaczy rakieta, zapamiętać!
czerwona rakieta!, którą po przejściu wystrzeli czołówka.
Zaraz od początku marszu widać
było, że w potrzasku nastawionym na partyzantów nie ma żadnej szczeliny: dookoła z przodu i z
tyłu, z prawej i lewej strony raz po
raz rozbłyskiwały rakiety. Niektóre
wzlatywały z sykiem tak blisko, że
kolumna w śmiertelnej ciszy przysiadała do ziemi, po czym wstawała z przysiadu i bez najmniejszego
szmeru przekradała się dalej. Po
www.ksi.kresy.info.pl
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
godzinie tego marszu w granatową otchłań nocy wdarło się oślepiające białe światło potężnego
reflektora. Zamiatało ciemności
z pola, jak ogromna śnieżnobiała
miotła. Rakiety były niczym wobec
tego blasku. Ale i jemu wystarczył
pokłon cichego tłumu sunącego
bezszelestnie w lekko sfalowanym
terenie smuga blasku omiatała pole
tuż nad głowami i sadziła ogromnymi skokami dalej.
Po długim deptaniu miedz, zagonów, kawałków drogi, idący poczuli pod nogami powierzchnię szerokiego traktu. Podnosił się lekko do
góry, coraz wyżej… Czyżby już do
poziomu nasypu? Czyżby była jednak luka i przemkną bez walki?
Nagle przed samym czołem kolumny zasyczała rakieta. Przysiad na
nic się już nie zdał, buchnął pierwszy strzał i w tejże chwili noc zatrzęsła się od ognia i jednoczesnego
– hurra! partyzantów. Nim Paweł
zdążył odmówić Zdrowaś Mario
partyzanckie hurra rozciągnęło się
już daleko do przodu. Reflektor
zdwoił gorliwość, natrafił na tłum.
Obok olbrzyma zabłysło w szeregu
kilka pomniejszych, hurra niosło
się wzdłuż linii świateł. Nieprzyjaciel bił z poza tych świateł ku biegnącym ogniem tak gęstym, że Paweł musiał co kilka kroków padać
na płask. Złote smugi pocisków artyleryjskich syczały tuż nad głową,
ślepiły z prawa i z lewa, rwały się
ze wszystkich stron. Zza kępy na
podmokłej łące wypalił z karabinu
w blask reflektora. W podnieceniu
zapomniał zarepetować i szarpnął
powtórnie za spust. Nie było czasu poprawić, biegł skokami dalej.
Spostrzegł, że biegnie wśród ostatnich. Poznał przebiegającego tuz
obok: Klucz! – krzyknął – Klucz!
Bij w reflektor! Erkaemista dosłyszał i w biegu z biodra puścił serię
w snop światła - ogromny reflektor
zgasł. Mniejsze nie sięgały swym
światłem biegnących. Może były
to reflektory maszyn – słychać było
wśród ogólnego huku strzelaniny
jazgot rozruszników i motorów.
Ile czasu trwała ta bitwa, godzinę,
może więcej? Paweł nie wiedział.
Szedł już wyprostowany, kule
gwizdały teraz z rzadka i na dużej wysokości. Działa przeciwnika zamilkły. Musiał chyba zejść z
kierunku, gdyż toru ciągle nie było
widać. Doszedł do jakiejś zagrody
- stodoła, dom, podwórze. Chciał
pić. Wszedł na podwórze. Stał na
podwórzu mężczyzna w czarnej
jesionce. Przedstawił się Pawłowi:
porucznik Twardy. Był ranny w
nogę. Obaj z Pawłem zaczęli szukać wody. Na podwórze doszła sanitariuszka któregoś oddziału. Została z rannym. Paweł pośpieszył
dalej.
- Nie idźcie w tym kierunku, kolego! - wołał za odchodzącym porucznik Twardy. – Tam są bunkry.
Tam mnie postrzelili. Bierzcie się
jak najbardziej w lewo!
Paweł usłuchał i poszedł do przodu w lewo. Ale i tak natknął się na
bunkry. W szarym półmroku brzasku na widnym już nieco nasypie
kolejowym majaczył kształt kopca.
Podszedł bliżej. Zobaczył zasieki z
kołków i drutu wokół bunkra, przy
jednym z kołków leżącą na ziemi
ciemną postać, niżej jeszcze kilka
innych.
- Granaty! Granatów trzeba! – zawołała postać przy kołku.
- Nie ma! – odpowiedziano z dołu.
Leżeli wszyscy bez ruchu, namyślali się widocznie, co robić?
Działania 27 Dyw. AK pod Kowlem - 12 kwietnia 1944 r. http://www.dws-xip.pl/PW/formacje/zd58_3.jpg
Wtedy Paweł to widział na tle
ciemnego nieba, jaśniejszego jednak niż kopiec, nasyp i te pod kopcem postacie z wierzchołka bunkra
wyleciał czarny nieduży przedmiot
i opadł małym łukiem w dół. Na
ciemnoczarnym tle nocy stanęła
w oczach Pawła wielka, nieprzenikliwie czarna plama. Kiedy opadła
i kiedy przebrzmiał huk, postaci
pod zasiekiem już nie było. Paweł
z przerażeniem odskoczył biegiem
w lewo, w lewo, i jeszcze dalej w
lewo…
Dostrzegł stos opłotków na nasypie
zestawionych po przejściu zimy
w jedno miejsce. Ucieszył się: za
tą osłoną nie powinni go z bunkra
dojrzeć gdy będzie przekraczał tor.
Doczołgał się do stosu opłotków.
Spojrzał przed siebie: nareszcie!
Cztery pasma szyn, granica okrążenia… Osłonięty stertą opłotków
wyprostował się. Zastanawiał się:
pełznąć, czy skuliwszy się przebiec? Wybrał bieg. Wyskoczył zza
osłony. Gdy przenosił nogę nad
pierwszą szyną, ta zadźwięczała od krótkiej serii. Momentalnie
przypadł na płask do kamiennej powłoki torowiska. Nie strzelali. Nie
widzą… Przeczołgał się na druga
stronę. Ześliznął po zboczu nasypu. Tuż za nasypem płynął strumień. Szedł środkiem, po kolana w
wodzie jeszcze kilkadziesiąt kroków w lewo. W wysokich brzegach
strumienia wyprostował się na cały
wzrost. Jeszcze, jeszcze w lewo! –
nakazał sobie. Wreszcie wygramolił się na drugi brzeg.
Wczesny poranek. Pole, świeżo
zorana ziemia, bruzda. W bruździe leży ktoś twarzą ku niebu.
Partyzant. Pewnie z oddziału Sokoła, bo w niemieckim mundurze,
z mauserem u boku. Zmęczył się
i odpoczywa. Paweł pochylił się
nad leżącym: śpicie, kolego? Ale
spojrzawszy uważniej drgnął: oczy
żołnierza były otwarte i nieruchome. – Aha! – powiedział głośno
do siebie. Ruszył tą bruzdą w pole
przed siebie.
W oddali w szarym brzasku cichego poranka widniał las. W pewnej chwili błysnął nad nim wznosząc się w górę maleńki czerwony
punkt.
Wskazując go oczyma strzelec
Morus – wyrósł nagle obok Pawła
jakby z pod ziemi – uśmiechnął się
surowo i podniósł z lekka rękę w
tym kierunku: chodźmy, Jantar.
Znowu, któryż to już raz do lasu
spływały z pól grupki zwycięzców
czy niedobitków? Las. Dorodny,
gęsty. Niewielki jednak, zewsząd
otaczają go kilometry otwartych
pól.
Wyczerpani walką i marszem partyzanci siadają pod drzewami. Znajomi zbierają się w grupy. Paweł
z Morusem położyli się na trawie.
Rozglądają się, żadnej znajomej
twarzy. Po twarzach widać – niespokojnie tu… O co chodzi? – nie
wiadomo, to pewne jednak, że nie
tu jeszcze odpoczynek. Ze swoich
oficerów widzieli tylko Olszynę.
Poruszenie w sąsiednich grupkach.
Jakiś obcy oficer każe wstawać. I
co? No tak! Znowu obsadzać brzeg
lasu. No tak! Już jacyś dwaj przechodzą z rusznicą. Już przelatuje
wołanie: Broń automatyczna do
przodu! Już słychać kędyś z pola
zbliżanie się czołgu. W oczach
strach, blade, wylękłe twarze…
Milczenie. Jakże się nie chce wychodzić na linię na brzeg lasu. Nie
obronią go. Za mały. Czyżby czołówka zmyliła drogę? Tak niewielu
ludzi widać w tym lesie.
Jednak nie! Nie będą bronić. Wychodzą na łąki. Za łąkami widnieje
właściwy las – cała ogromna ściana. Zaroiła się łąka. Teraz dopiero
widać jaki ogromny tłum przeszedł
tej nocy przez tory. Szybko, ku
tamtemu wielkiemu lasowi!
Uszli ze trzysta metrów bezładną
gromadą, kto z kim chciał i wtedy… Wtedy Paweł widzi to, czego tylekroć z kolejnych stanowisk
strzeleckich w linii upatrywał:
sylweta samochodu pancernego
na wzgórku z boku łąki. Widocz-
na na całą wysokość na tle nieba.
I w tejże chwili bije do rojowiska
ludzkiego na łące z tego samochodu cekaem. Kogoś biegnącego
przed Pawłem już podejmują pod
ramiona towarzysze, krwawi kolano, po chwili bieleje chusteczką
nałożoną w biegu. Pancerka sterczy
na wzgórzu, ma setki uciekających
jak na dłoni. Nabije ludzi! – myśli
Paweł podbiegając pod osłonę sporego wału darniny. Dziwi się, że tak
niewielu biegnących robi to samo,
uciekają na ślepo. Widocznie tracą
głowę z przerażenia.
Ale - co za dziw! - pancerka milknie, choć ciągle ma uciekających
w zasięgu. Zawraca. Doprawdy
zawraca. Odjeżdża! Już jej nie ma!
Mogła narobić jatek na tej łące.
Odjechała nie atakowana. Cud?
Marsz, marsz, jak najprędzej!
Jeszcze, jeszcze trochę wysiłku.
Nie zwalniać tempa. Pół łąki, trzy
czwarte. Koniec. Już las. Nareszcie
bezpieczni. Z nowego boru wychodzą na spotkanie łącznicy. Prowadzą. O, jeszcze kawałek drogi! Bagnisty teren. Całe sosny
leżą rzucone przez bajora. Jeszcze
marsz, jeszcze. Pierwsze placówki. Jeszcze marsz. Las, ciągle las.
Dopiero późno po południu ogrody
i wieś zewsząd otoczona lasami.
Smolary.
Paweł odnajduje część swojej drużyny. Jest Natan, Grzmot, Szpic,
Zuch. Mają chleb. Udało im się
przejść tory w pierwszym rzucie.
Drużyna ma osobną chatę. Paweł
dostał gorącej strawy. Rzucił się
na legowisko. Co za stara, stęchła,
aż czarna słoma! – kwaterowali tu
partyzanci sowieccy. Zasypia, śpi
kamiennym snem bardzo długo.
Fragment niepublikowanych
wspomnień żołnierza 27WDP AK
Stanisława Nikoniuka ps.”Jantar”
udostępniony przez córkę Magdalenę Wawer
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 19
HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE
WIELKANOC W WILNIE 1919 r.
Redakcja
1919 r. Wielkanoc przypadała na
20 i 21 kwietnia. Na kartach historii odnotowano 21 kwietnia
wojska polskie pod dowództwem
Józefa Piłsudskiego po pokonaniu
bolszewików wyzwoliły Wilno
spod ich okupacji. Późną jesienią
1918 r., kiedy wojska niemieckie
zaczęły się wycofywać z Ukrainy
i Białorusi, w ślad za nimi ruszyła na zachód Armia Czerwona. Na
Wileńszczyźnie doszło do starć
polskich oddziałów samoobrony z
formacjami Armii Czerwonej. Najdłużej trwały walki o Wilno, które
Polacy opuścili 5 stycznia 1919 r.
Przy wsparciu Armii Czerwonej
została proklamowana Litewsko –
Białoruska Republika Radziecka.
ria przystąpiła do ataku na Wilno.
Na rogatkach miasta nie napotkano
posterunków nieprzyjaciela, ok. 5
godziny opanowano dworzec kolejowy – Rosjanie stawiali niewielki
opór. Zdobyto liczny tabor kolejowy i pospiesznie przystąpiono do
formowania składu kolejowego,
który miał posłużyć do szybkiego
ściągnięcia piechoty gen. Rydza-Śmigłego. Ppłk. Belina-Prażmowski podzielił swe oddziały na kilka
grup: jedna miała bronić dworca
kolejowego, kolejna zabezpieczała
miasto od zachodniej strony czyli
Trok i Landwarowa, skąd mogły
nadejść silne oddziały wroga. Duża
część żołnierzy musiał pilnować
koni i licznych jeńców, dodatkowo
wydzielono oddziały które zabezpieczały kierunki na Rudomino i
/ kwiecień 1919 r.: Józef Piłsudski przed odjazdem na front pod Wilno
W pierwszym roku wojny młode
Wojsko Polskie odniosło kilka błyskotliwych zwycięstw – w kwietniu Polacy wkroczyli do Wilna W
kwietniu przypada następna kolejna rocznica wspomnianych wydarzeń. Poniżej zaprezentujemy fragment opracowania w tym temacie.
19 kwietnia o godz. 3.30 kawale-
opór. W godzinach popołudniowych i wieczornych z uwagi na
zmęczenie żołnierzy polskich i ich
niewielką liczebność a jednocześnie napływ świeżych sił rosyjskich
i ich coraz lepiej zorganizowane
kontrataki, sytuacja w mieście stawał się groźna dla polskiej kawalerii. Te niewesołe dla Polaków
perspektywy zmieniła wiadomość,
że o godz. 20 na dworzec kolejowy przybył transport kolejowy z 3
batalionem 1 ppLeg. kpt. Władysława Złom-Langera (17 oficerów,
820 szeregowych i 8 ckm-ów).
Piechota jeszcze w nocy zaczęła
zajmować stanowiska luzowane
przez oddziały kawalerii. W dniu
20 kwietnia wznowiono natarcie w
mieście, jednak z uwagi na szczupłość sił udało się jedynie oczyścić
Fot. archiwum
Pawłów a więc ewentualne drogi
odwrotu i komunikacji z grupą piechoty. Do bezpośrednich walk w
mieście pozostały niewielkie grupy
majorów Zaruskiego i Orlicz-Dreszera, które, korzystając z zaskoczenia przeciwnika, nacierały z powodzeniem w kierunku rzeki Wilii.
Właśnie na brzegu Wilii Rosjanie
stawili bardziej zorganizowany
południowe dzielnice miasta. Siły
polskie okazały się za słabe by w
tym dniu opanować całe Wilno,
późnym popołudniem wstrzymano
ataki w oczekiwaniu na przybycie
reszty sił 2 DPLeg. Pod wieczór do
miasta przybyły kolejne transporty piechoty, wraz z nimi przybył
gen. Rydz-Śmigły. Tym sposobem
w Wilnie znalazł się cały 1 ppLeg.
Wielkanoc 2012
a więc ok. 2500 żołnierzy. Po północy dotarł kolejny transport z 1. i
2. batalionem 5 ppLeg., batalion
6 ppLeg. pozostał na południe od
miasta by ochraniać linię kolejową Werenowo-Wilno. Gen. Rydz-Śmigły dysponował już ok. 4 tys.
piechurów. Rankiem 21 kwietnia
(poniedziałek wielkanocny) przystąpiono do natarcia, które rozwijało się pomyślnie. Po południu
Rosjanie widząc przewagę wojska polskiego rozpoczęli odwrót
w kierunku północnym tj. Mejszagoły i Niemenczyna. Walki w mieście wygasały, ok. 18 godziny na
dworzec wileński przybył pociąg z
Naczelnym Wodzem Józefem Piłsudskim. [1]
Krzyż "Wilno" nadawany uczestnikom wyprawy wileńskiej w 1919 r.
W kwietniu 1919 roku wilnianie
witali swego słynnego Rodaka
jako wyzwoliciela z niezwykłym
entuzjazmem. W liście do premiera Paderewskiego Piłsudski
pisał o tym w takich słowach:
"Tak ciepłego i tak wzruszającego
przyjęcia, jakiego doznałem sam
i całe wojsko, nie oczekiwałem.
Przeszło to wszystko, co można
było sobie wyobrazić (...). Gdym
na drugi dzień Świąt przyjechał do
Wilna, przez parę dni widziałem
całe miasto płaczące ustawicznie
ze wzruszenia i radości. Pomimo
okropnego wygłodzenia miasta
ludność wpychała żołnierzom
wszystko, co miała do jedzenia".
Wyjątek stanowili mieszkańcy
Wilna litewskiej narodowości,
którzy uznali zajęcie Wilna przez
wojska polskie za okupację. Piłsudski potrafił zrozumieć ich
wrażliwość wzywając rozentuzjazmowaną większość w Wilnie do
wyciągnięcia przyjaznej dłoni na
drugą stronę granicy, gdzie w tym
czasie nastroje - być może - są zupełnie inne. [2]
Źródła:
[1]
Operacja wileńska 16-21
kwiecień 1919 r. http://phw.org.
pl/historia-wojskowosci/artykuly-naukowe-i-publicystyka/
historia-wojskowosci/projekty-autorskie/atlas-wojny-polskobolszewickiej/201-operacjawileska-16-21-kwiecie-1919-r.
html
[2] Józef Piłsudski a Litwa. Dał
Polsce niepodległość, Litwie niepodległość zagwarantował Tadeusz Andrzejewski – Tygodnik
Wileńszczyzny (http://www.tygodnik.lt/200617/bliska3.html )
/ Operacja wileńska 16-21 kwiecień 1919 r.
Strona 20 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Taras Bulba-Boroweć
– inne oblicze ukraińskiego nacjonalizmu.
BOHDAN PIĘTKA
/ Maksym Boroweć ps. „Taras Bulba”,
„Czub”, „Gonta” (1908-1981), ukraiński
nacjonalista związany z orientacją petlurowską, dowódca Siczy Poleskiej-formacji
kolaboracyjnej w służbie Niemiec, twórca i
komendant Siczy Poleskiej-Ukraińskiej Powstańczej Armii, generał Ukraińskiej Armii
Narodowej, dowódca Brygady Spadochronowej „Gruppe B” w służbie III Rzeszy Niemieckiej. Fot. Wikipedia, www.libr.rv.ua.
Nazwa „Ukraińska Powstańcza
Armia” kojarzy się głównie z banderowskim odłamem Organizacji
Ukraińskich Nacjonalistów, Szuchewyczem, Klaczkiwskim i innymi watażkami z kręgu Bandery.
Faktycznym twórcą tej nazwy –
skradzionej potem przez banderowców dla stworzonej przez nich organizacji – był jednak kto inny.
Maksym Boroweć (właść. Wasyl
Dmitrowicz Boroweć), znany jako
Taras Bulba, reprezentował w nacjonalizmie ukraińskim odrębny
nurt od Bandery i jego współpracowników. Przede wszystkim – w
przeciwieństwie do banderowców
– nie pochodził on z Galicji (Małopolski) Wschodniej, ale z Wołynia
i nigdy nie należał do Organizacji
Ukraińskich Nacjonalistów.
Urodził się 9 marca 1908 roku w
osadzie Bystrzyce koło Ludwipola w powiecie kostopolskim
na Wołyniu, a więc na terytorium
Imperium Rosyjskiego. To miało
niewątpliwie istotny pływ na jego
późniejszą działalność polityczną,
pod wieloma względami odmienną
od działalności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Przywódcy
OUN pochodzili bowiem z Galicji
www.ksi.kresy.info.pl
Wschodniej, znajdującej się przed
1918 rokiem w granicach Austro-Węgier i to Austro-Węgry, a później Niemcy hitlerowskie wywarły
znaczący wpływ na oblicze nacjonalizmu ukraińskiego (halickiego).
Drugim znaczącym elementem,
który ukształtował i ukierunkował
nacjonalistów halickich był szowinizm Cerkwi greckokatolickiej, pełniącej wówczas rolę politycznego
kierownika Ukraińców halickich.
Natomiast światopogląd Tarasa Bulby został ukształtowany z jednej
strony przez dominujące wśród wołyńskich Ukraińców prawosławie, a
z drugiej przez Ukraińską Republikę
Ludową (petlurowcy) i – w odróżnieniu od banderowców – nie miał
on charakteru szowinistycznego ani
tym bardziej faszystowskiego.
Pseudonim „Bulba” (bulwa, aluzja
do ziemniaka) stanowił pierwotnie
przezwisko, którym w dzieciństwie
rówieśnicy obdarzyli Wasyla Borowca ze względu na kształt jego
nosa. Początkowo przezwisko to
sprawiało mu przykrość. Kiedy jednak przeczytał antypolską powieść
rosyjskiego pisarza Nikołaja Gogola
pt. „Taras Bulba” z 1842 roku, której
fikcyjna fabuła rozgrywa się wśród
Kozaków zaporoskich w pierwszej
połowie XVII wieku, zaczął być
dumny ze swojego przezwiska. Dlatego później przyjął pseudonim Taras Bulba.
Znaczący wpływ na ukształtowanie się świadomości politycznej
Borowca miało powstanie w listopadzie 1917 roku Ukraińskiej
Republiki Ludowej – początkowo
jako autonomicznej części Rosji, a
od 12 stycznia 1918 roku formalnie
niepodległego państwa. Krótkie i
burzliwe dzieje URL dobiegły końca jesienią 1920 roku, kiedy to w
rezultacie wojny polsko-radzieckiej
ziemie ukraińskie zostały podzielone pomiędzy odrodzoną Polskę i
Rosję Radziecką, co formalnie potwierdził traktat ryski z 12 marca
1921 roku. Władze URL – będące
zresztą sojusznikiem Polski podczas
wojny 1920 roku – działały dalej na
emigracji (m.in. w Polsce).
Krótkotrwałe funkcjonowanie państwowości ukraińskiej po I wojnie
światowej ukształtowało zatem
młodego Borowca jako nacjonalistę,
ale w odróżnieniu od ukraińskich
nacjonalistów z Galicji Wschodniej
bez orientacji szowinistyczno-faszystowskiej.
Boroweć nie wstąpił do powstałej w
1929 roku Organizacji Ukraińskich
Nacjonalistów, która utrzymywała
bliskie kontakty z faszystami włoskimi i nazistami niemieckimi oraz
była finansowana przez Niemcy,
ZSRR, Litwę i Czechosłowację. Na
początku lat trzydziestych nawiązał
on kontakt z emisariuszem emigracyjnych władz URL (petlurowcy),
byłym pułkownikiem armii URL
Iwanem Litwinienką. W 1932 roku
Litwinienko polecił Tarasowi Bulbie zbierać informacje wywiadowcze odnośnie sytuacji na radzieckiej
Ukrainie. W 1933 roku Bulba-Boroweć założył w Bystrzycach tajną wojskową organizację o nazwie
Ukraińskie Odrodzenie Narodowe,
która liczyła 5 osób. W swoim programie zakładała ona walkę zbrojną
przeciw „polskiemu okupantowi” i
„komuno-moskiewskiemu kolonializmowi”. Według niektórych źródeł UON miała być komórką Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.
Najprawdopodobniej jednak była
związana tylko z petlurowcami. Zanim jednak UON zdążyła rozwinąć
jakąkolwiek działalność przeciw
państwu polskiemu, jej członkowie
na czele z Tarasem Bulbą zostali
aresztowani latem 1934 roku przez
polską policję. Bulba-Boroweć
był początkowo przetrzymywany
w obozie odosobnienia w Berezie
Kartuskiej, a następnie został skazany na 3 lata więzienia. Na wolność
wyszedł wiosną 1935 roku za dobre
sprawowanie.
Do wybuchu II wojny światowej nie
prowadził już działalności politycznej. Od jesieni 1935 roku do zimy
1937 roku był właścicielem zakładu
kamieniarskiego w miejscowości
Duże Siedliszcze koło Ludwipola w
powiecie kostopolskim.
Na początku 1937 roku polska policja poleciła opuścić mu Duże Siedliszcze ze względu na to, że jako
człowiek podejrzany politycznie
mieszkał w rejonie przygranicznym.
Przeniósł się wówczas do Warszawy, gdzie mieszkał do zajęcia jej
przez wojska niemieckie we wrześniu 1939 roku.
W początkowym okresie okupacji
niemieckiej pracował w kolaboracyjnym Ukraińskim Komitecie Pomocy. Na skutek konfliktu z jego
kierownictwem przeniósł się następnie do Krakowa – stolicy Generalnego Gubernatorstwa, będącej
w latach 1939-1941 centralnym
ośrodkiem działalności ukraińskich
nacjonalistów różnych orientacji.
Istnieją sprzeczne informacje na temat krakowskiego okresu działalności Tarasa Bulby. Ukraiński historyk
O. Słobodianiuk z Równego uważa,
że Bulba przeszedł w tym czasie
szkolenie wywiadowcze na kursie
Abwehry. Sam Boroweć natomiast
twierdził, że w listopadzie 1939
nawiązał kontakt z emisariuszami
URL, od których otrzymał polecenie zorganizowania antyradzieckiego powstania na Ukrainie. Plan tego
powstania miał zostać opracowany
na polecenie prezydenta Ukraińskiej
Republiki Ludowej na wychodźstwie Andrija Liwyćkiego (do 1939
roku mieszkał on w Warszawie pod
ochroną polskiej policji, po wybuchu drugiej wojny światowej rezydował w Berlinie). Nie jest również
pewna sama data pojawienia się
Tarasa Bulby na Wołyniu, który na
mocy paktu Hitler-Stalin z 28 września 1939 roku został włączony do
ZSRR. Sam Boroweć twierdził, że
niemiecko-radziecką granicę przekroczył nielegalnie z pomocą pułkownika I. Litwinienki 1 sierpnia
1940 roku. Poddawali to później w
wątpliwość członkowie OUN-M,
wedle których przekroczenie granicy w tym czasie było praktycznie
niemożliwe ze względu na szczelną
ochronę ze strony radzieckich wojsk
pogranicznych i NKWD.
Brak jest wiarygodnych informacji
na temat działalności Bulby-Borowca w okresie od sierpnia 1940
do czerwca 1941 roku. Już w tym
okresie na północno-wschodnim
Wołyniu (powiaty kostopolski i
sarneński) miała powstać z inspiracji działaczy ruchu petlurowskiego konspiracyjna Sicz Poleska pod
wodzą atamana Tarasa Bulby, czyli
Maksyma vel Wasyla Borowca. Na
jej bazie pod koniec 1941 lub w
pierwszej połowie 1942 roku utworzona została Ukraińska Powstańcza
Armia (określana jako Sicz Poleska-UPA), którą to nazwę ukradli
następnie banderowcy dla stworzonej przez siebie na przełomie
1942/1943 roku organizacji. Należy
zwrócić uwagę na petlurowskie korzenie tej organizacji dla zrozumienia późniejszych różnic pomiędzy
Borowcem a banderowcami, niemniej jednak należy też pamiętać o
tym, że politycznymi patronami Siczy Poleskiej – podobnie jak OUN
Melnyka i OUN Bandery – były w
tym czasie Niemcy hitlerowskie.
Oddziały partyzanckie Siczy Poleskiej zostały sformowane dopiero
po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej 22 czerwca 1941 roku. Z
chwilą wybuchu tej wojny zorganizowany został mały oddział, na
którego czele stanął Taras Bulba.
Atakował on wycofujące się oddziały Armii Czerwonej oraz uciekających funkcjonariuszy partyjnych wraz z rodzinami, czyli po
prostu dezorganizował radzieckie
zaplecze frontu. Na początku lipca
1941 roku za „zasługi w walce z
władzą sowiecką” Niemcy mianowali Borowca komendantem policji
w powiecie sarneńskim. Niemieckie
władze okupacyjne wysoko oceniły
głównie okrucieństwo jego oddziału
wobec żołnierzy Armii Czerwonej i
funkcjonariuszy partyjnych. Zachęcony tym uznaniem Bulba-Boroweć
zwrócił się 8 sierpnia 1941 roku do
sztabu 213. dywizji niemieckiej z
prośbą o sformowanie ukraińskiej
armii narodowej. Inicjatywa ta, tak
zresztą jak i podobne inicjatywy
podejmowane w tym czasie przez
banderowców z proklamacją „rządu
ukraińskiego” we Lwowie na czele,
została przez Niemców odrzucona.
Pozwolono mu jedynie na sformowanie Siczy Poleskiej w sile „1000
kozaków” dla zwalczania partyzantów radzieckich i spadochroniarzy.
Zatem Sicz Poleska jako formacja
paramilitarna powstała nie w 1940
roku – jak twierdził później Boroweć – ale w sierpniu 1941 roku. Dla
Niemców była to formacja quasi-policyjna, natomiast Bulba-Boroweć chciał w niej widzieć zalążek
przyszłej armii ukraińskiej. Późnym
latem i wczesna jesienią 1941 roku
Sicz Poleska toczyła ramię w ramię
z Niemcami ciężkie walki z partyzantami radzieckimi. W tym okresie
Taras Bulba był silnie proniemiecki, a wydawane przez niego pismo
„Hajdamaka” nie szczędziło zachwytów nad „potężnym sojusznikiem, wielkim narodem niemieckim
i jego wodzem Adolfem Hitlerem”
w stylu proklamacji „rządu” Stećki.
W opublikowanym na łamach tego
pisma artykule „Dzień sławy i radości” Bulba pisał m.in.: „Kto jest
wrogiem Niemiec – ten jest wrogiem Ukrainy. Naród ukraiński wie
o tym dobrze, dlatego mobilizuje
wszystkie swoje siły na front walki
z wrogami Niemiec. Polesie posyła
na ten front nie tylko środki materialne, ale tworzy też własną armię.
Ta armia już walczy z wrogiem,
ręka w rękę z niemieckim żołnierzem i stanowi część niemieckich
sił zbrojnych.”
Powodem nagłego zakończenia
współpracy z Niemcami miało być
otrzymanie przez Bulbę-Borowca 12 listopada 1941 roku rozkazu
rozstrzelania wszystkich Żydów w
Olewsku i okolicy w dniu 19 listopada. Boroweć miał odmówić wykonania rozkazu i 16 listopada 1941
roku podjął decyzję o rozformowaniu Siczy Poleskiej. Faktycznie
powody likwidacji Siczy Poleskiej
jako formacji policyjnej w służbie niemieckiej były inne. Wobec
przesunięcia się frontu niemiecko-radzieckiego daleko na wschód,
władza na terenie południowego Polesia i na Polesiu Wołyńskim przeszła w ręce cywilnej administracji
niemieckiej Komisariatu Rzeszy
Ukraina (Reichskommissariat Ukraine). Komisarz Rzeszy Erich Koch
uważał, że dla utrzymania porządku
na podległym mu terenie są zbędne
formacje typu Siczy Poleskiej.
Taras Bulba podjął więc decyzję z
16 listopada na skutek negatywnego
stosunku prominentnych czynników
niemieckich do dalszego funkcjonowania jego formacji. W rezultacie część siczowców złożyła broń i
przekazała ją Niemcom, pozostali
rozeszli się do domów, zabierając
broń ze sobą, a sam Boroweć mianował się głównym atamanem ukraińskim i przeszedł do konspiracji
z oddziałem kadrowym liczącym
około 300 ludzi. Stał się on zalążkiem nowej organizacji. Pod koniec
1941 lub na początku 1942 roku
przyjęła ona nazwę Sicz Poleska-Ukraińska Powstańcza Armia. Nie
ulega zatem wątpliwości, że twórcami nazwy UPA nie byli banderowcy,
tylko przywódcy petlurowskiej Siczy Poleskiej.
Sicz Poleska-UPA działała na stosunkowo niewielkim obszarze
wschodniego Wołynia i Polesia Wołyńskiego, obejmującym powiaty
sarneński, kostopolski i północną
część powiatu rówieńskiego. Uznawała zwierzchnictwo prezydenta
Ukraińskiej Republiki Ludowej na
wygnaniu Andrija Liwyćkiego, a jej
politycznym skrzydłem była Ukraińska Partia Narodowo-Demokratyczna (UNDP, znana również jako
Ukraińska Partia Ludowo-Demokratyczna), współtworzona przez
secesjonistów z OUN pod wodzą
Iwana Mitryngi i Borysa Łewyćkiego. W czerwcu 1943 roku liderem UNDP został Bulba-Boroweć.
UNDP była organizacją lewicowo-nacjonalistyczną. Głosiła program
niepodległościowy i radykalny
program socjalistyczny, odrzucając
równocześnie radziecki komunizm.
Krytykowała niemiecką politykę
okupacyjną oraz podstawy ideowe
i praktyczną działalność OUN-B, z
którą znajdowała się w konflikcie.
Przyjmowała też umiarkowany w
stosunku do OUN-B program narodowościowy. W sztabie Siczy
Poleskiej-UPA główne funkcje obsadzili byli oficerowie Ukraińskiej
Republiki Ludowej. Nawiązano też
współpracę z melnykowską frakcją
OUN, która skierowała do siczowców swoich doradców. Organami
prasowymi siczowców (bulbowców) były „Hajdamaka” i „Oborona
Ukrajiny”.
W związku z narastającym terrorem
okupanta niemieckiego do formacji Tarasa Bulby od początku 1942
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 21
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
roku zaczęli napływać ochotnicy.
Jej liczebność zwiększa się wtedy do 700 ludzi, a wiosną 1943
roku osiąga 5-10 tysięcy ludzi. Od
kwietnia 1942 roku Sicz Poleska-UPA prowadziła ograniczone akcje
przeciw niemieckiej administracji
okupacyjnej oraz szukała bez powodzenia porozumienia z polskim
podziemiem i partyzantką radziecką
(dochodziło jednakże też do walk
pomiędzy bulbowcami i partyzantami radzieckimi). Akcje przeciw
administracji okupacyjnej miały na
celu głównie zdobycie prowiantu.
Formacja Bulby-Borowca nie stoczyła ani jednej walki z Wehrmachtem i większymi jednostkami policji
niemieckiej. Taras Bulba prowadził
rozmowy zarówno z radzieckim dowódcą partyzanckim pułkownikiem
Dmitrijem Nikołajewiczem Miedwiediewem (kadrowym współpracownikiem NKWD) jak i z wysokimi oficerami SS i SD (m.in. z
szefem Policji Bezpieczeństwa i
SD Generalnego Okręgu Wołynia i
Polesia, SS-Sturmbannführerem dr.
Karlem Pützem). Niemcy proponowali mu wspólną walkę przeciw
partyzantce radzieckiej i polskiej.
Jasnej odpowiedzi Bulba nie udzielił. W rozmowach z niemieckimi
funkcjonariuszami i listach, jakie
do nich kierował (m.in. do Ericha
Kocha) godził się na współpracę
przeciw partyzantce radzieckiej, ale
nie jawną, tylko na zasadzie cichego
porozumienia. Zwracał natomiast
funkcjonariuszom niemieckim uwagę na brutalną politykę okupacyjną
w Komisariacie Rzeszy Ukraina i
jako warunek ewentualnej współpracy wysuwał liberalizację tej polityki, co z punktu widzenia celów
strategicznych Niemiec hitlerowskich na Wschodzie było nierealne.
Rozmowy ze stroną polską zakończyły się fiaskiem przede wszystkim
dlatego, że Bulba był postrzegany
przez Polaków jako niemiecki kolaborant, a poza tym polskie podziemie nie było zainteresowane
„wspólną walką z bolszewizmem.”
Po podpisaniu układu Sikorski-Majski i nawiązaniu stosunków
dyplomatycznych pomiędzy rządem polskim w Londynie i rządem
ZSRR nie wchodziło to w ogóle w
rachubę. Z tego stanu rzeczy Bulba-Boroweć wyciągnął następującą
konkluzję: „Prawie wszyscy Polacy
razem z bolszewikami poszli przeciw Ukraińcom. Następstwa tego
były przerażające, ale mowa o tym
będzie dalej. Dla UPA oznaczało to
otwarcie 3-go frontu – polskiego”
(T. Bulba-Boroweć, „Armia bez
państwa. Chwała i tragedia ukraińskiego ruchu powstańczego”,
cyt. za: W. Poliszczuk, „Dowody
zbrodni OUN i UPA. Integralny
nacjonalizm ukraiński jako odmiana faszyzmu. Działalność ukraińskich struktur nacjonalistycznych
w latach 1920-1999”, t. II, Toronto
2000, s. 269-270).
To jasne stwierdzenie Bulby nie
pozostawia wątpliwości, że podległa mu Sicz Poleska-UPA również
podjęła działania w ramach „trzeciego frontu” przeciw Polakom na
Wołyniu.
Jesienią 1942 roku banderowska
frakcja OUN przystąpiła do tworzenia własnej organizacji partyzancko-terrorystycznej o nazwie Ukraińska Powstańcza Armia. Jednym
z celów banderowców było podporządkowanie sobie Siczy Poleskiej-UPA. Sam Taras Bulba był temu
przeciwny. Potępiał on bowiem
dyktatorskie zapędy i totalitarny
charakter OUN-B. Po rozwinięciu
się akcji ludobójstwa na Wołyniu
Bulba-Boroweć stanowczo odrzucił
składane mu przez banderowców
propozycje „oczyszczania terytorium ukraińskiego z ludności polskiej”, potępił zbrodnie na Polakach
i skierował w tej sprawie trzy listy
do kierownictwa OUN-B (25 marca,
4 sierpnia i 24 września 1943 roku).
Tutaj rodzi się pytanie czy – tak
jak w przypadku domniemanej odmowy wzięcia udziału w pogromie
Żydów w Olewsku – powodem jego
odmowy udziału w antypolskiej akcji eksterminacyjnej nie był jedynie
polityczny konflikt z OUN-B?
Sam Bulba – jak wspomniano wyżej
– nie krył w swoich powojennych
wspomnieniach udziału podległej
mu organizacji w otwarciu „trzeciego frontu” przeciw Polakom. Zmiana jego stanowiska wobec eksterminacji ludności polskiej nastąpiła
po wybuchu otwartego konfliktu
politycznego z OUN-B w marcu
1943 roku. Bulba-Boroweć uznawał
bowiem tylko emigracyjne władze
Ukraińskiej Republiki Ludowej.
W żadnym wypadku nie chciał się
podporządkować Prowodowi OUN-B, a Banderę uważał za uzurpatora. Znaczący wpływ na zaognienie
konfliktu musiało też mieć przywłaszczenie sobie nazwy UPA przez
banderowców.
Udział siczowców (bulbowców) w
ludobójstwie na Polakach potwierdzają m.in. raporty i sprawozdania
Okręgu Wołyń Armii Krajowej. W
ich świetle eksterminację ludności
polskiej na terenie powiatów kostopolskiego i sarneńskiego rozpoczęli
i dokonywali bulbowcy. Wiktor Poliszczuk zwrócił też uwagę na to, że
ideologię nacjonalistyczną w szeregach Siczy Poleskiej-UPA krzewili
wojskowi doradcy z OUN-M, którzy znaleźli się tam po nawiązaniu
przez Bulbę-Borowca w lipcu 1942
roku współpracy z OUN Melnyka.
Krzewienie tej ideologii było tym
łatwiejsze, że na pograniczu Wołynia i Polesia – jak się wyraził Poliszczuk – „większość ukraińskich
mieszkańców stanowiła małooświecone warstwy narodu.” Już po wybuchu otwartego konfliktu pomiędzy Bulbą a OUN-B banderowcy,
chcąc zatrzeć ślad swojego udziału
w mordach, podszywali się pod bulbowców.
Odpowiedzialność Bulby-Borowca
za udział Siczy Poleskiej-UPA w
początkowej fazie ludobójstwa na
Wołyniu nie ulega zatem wątpliwości. Zasługa Tarasa Bulby polega
natomiast na tym, że po zaognieniu
konfliktu z OUN-B wczesną wiosną
1943 roku nie tylko przeciwstawił
się dalszej kontynuacji ludobójstwa, ale że jako jedyny nacjonalista
ukraiński je ujawnił. Banderowcy
bowiem zaprzeczali ludobójstwu
już w trakcie jego popełniania i zaprzeczają do dzisiaj.
Warto w tym miejscu przytoczyć
fragmenty listu otwartego do członków Prowodu OUN-B z 4 sierpnia
1943 roku, gdzie Bulba-Boroweć
pisze m.in.: „(…) poprzednie spotkania, rozmowy oraz plany Wasi
ludzie wykorzystali celem przejęcia
naszej popularnej nazwy UPA oraz
używali w swych publikacjach faszystowskie hasła. (...) Już w czasie
rozmów, zamiast prowadzić akcje
zgodnie z wspólnie nakreśloną linią,
Wojskowe Oddziały OUN pod marką UPA, w dodatku niby z rozkazu
Bulby, zaczęły haniebnym sposobem wyniszczać polską ludność cywilną i inne mniejszości narodowe.
(...) Naród polski tak czy inaczej istnieje, i jak długo będzie on w tej samej niewoli, co i my, tak długo (...)
nie będzie on naszym wrogiem, a
sojusznikiem. (...) Z tych względów
pozwolę sobie zapytać Was: o co
walczycie? O Ukrainę czy o OUN?
O państwo ukraińskie czy o dyktaturę w tym państwie? O naród ukraiński, czy tylko o swoją partię? (...)”
W czerwcu 1943 roku banderowcy
postanowili ostatecznie podporządkować sobie bulbowską UPA siłą.
W tej sytuacji w lipcu 1943 roku
Bulba-Boroweć przemianował swoją organizację na Ukraińską Armię
Ludowo-Rewolucyjną
(UNRA).
Według jego późniejszych twierdzeń uczynił tak dlatego, żeby nie
być kojarzonym z przeprowadzaną
przez banderowców zagładą Polaków na Wołyniu (jej apogeum miało
miejsce właśnie w lipcu 1943 roku).
W dniach 18-19 sierpnia 1943
roku banderowska UPA ostatecznie
udzieliła atamanowi odpowiedzi
na postawione przez niego pytania
w liście otwartym do OUN-B z 4
sierpnia, rozbrajając część oddziałów UNRA. Ich dowódcy zostali
bestialsko zamordowaniu przez
Służbę Bezpeky OUN-B. Wyrok
śmierci kierownictwo OUN-B wydało również na samego Tarasa Bulbę. W taki sam sposób banderowcy
rozprawili się w tym czasie także z
oddziałami partyzanckimi podległymi melnykowskiej frakcji OUN.
5 października 1943 roku Bulba-Boroweć – w sytuacji faktycznego
rozbicia swej organizacji – wydał
rozkaz o rozformowaniu UNRA, a
20 listopada 1943 roku został podstępnie aresztowany przez Niemców, kiedy wraz z adiutantem
przybył do Równego na rozmowy
z władzami okupacyjnymi. Dzień
wcześniej – 19 listopada 1943 roku
– banderowcy zaatakowali i rozbili
sztab UNRA. Wzięli wówczas do
niewoli żonę Tarasa Bulby – Annę
Opoczenską-Boroweć, którą torturowali, by uzyskać informacje o
miejscu pobytu męża. Po dwóch tygodniach została ona zamordowana
na rozkaz Petro Olijnyka-„Eneja”,
dowódcy banderowskiej UPA na
Wołyniu. Tak dobiegła końca historia Siczy Poleskiej-UPA vel UNRA.
Były ataman Siczy Poleskiej został przewieziony przez gestapo do
Warszawy, a potem do Berlina i
umieszczony w oddziale dla więźniów specjalnych (tzw. Zellenbau)
obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Przebywał tam razem
z przywódcami OUN-B – swoimi
ideowymi wrogami – oraz z liderem
OUN-M Andrijem Melnykiem.
Z Zellenbau został zwolniony we
wrześniu 1944 roku w związku z
inicjatywą emigracyjnego prezydenta URL A Liwyćkiego stworzenia u boku III Rzeszy Ukraińskiej
Armii Narodowej (UNA). Formacja ta została formalnie utworzona
17 marca 1945 roku pod dowództwem generała Pawło Szandruka i
podporządkowana powstałemu w
Weimarze Ukraińskiemu Komitetowi Narodowemu, w skład którego
wchodzili petlurowcy, melnykowcy,
tzw. hetmańcy i banderowcy. Bulba-Boroweć jako generał UNA został mianowany dowódcą Brygady
Spadochronowej „Gruppe B” (Fallschirm-Jäger-Brigade „Gruppe B”).
Został też kierownikiem ukraińskiej
sekcji SS-Jagdverband Ost. Była
to dywersyjna jednostka specjalna
SS pod dowództwem słynnego SS-Sturmbannführera Otto Skorzennego. To faktycznie także Skorzenny,
Strona 22 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
a nie Bulba-Boroweć, był dowódcą
Brygady Spadochronowej „Gruppe B” w składzie UNA. Brygadę
zaczęto formować w lutym 1945
roku. Liczyła ona zaledwie 400 ludzi w składzie dwóch szkieletowych
pułków, a jej stan docelowy miał
osiągnąć 5 tysięcy. Bulba-Boroweć
nosił mundur generała Wehrmachtu bez jakichkolwiek oznak UNA.
Żołnierze jego brygady mieli nosić
mundury niemieckich spadochroniarzy z oznakami UNA.
Ogółem UNA liczyła około 50 tysięcy żołnierzy, a jej zwarte oddziały poddały się 7 maja 1945 roku w
Czechach i Austrii wojskom brytyjskim i amerykańskim. Po zakończeniu wojny żołnierzy UNA, wśród
których było wielu banderowców i
weteranów dywizji SS-Galizien, nie
wydano tak jak własowców w ręce
ZSRR dzięki osobistej interwencji u
władz brytyjskich dowódcy II. Korpusu Polskiego gen. Władysława
Andersa. Jako formalnoprawną podstawę odmowy ich wydania przyjęto fakt posiadania przez większość
z nich przed 1939 rokiem obywatelstwa polskiego a nie radzieckiego.
W ten sposób znienawidzone polskie obywatelstwo i znienawidzona
polska ręka uratowała w 1945 roku
nacjonalistów ukraińskich od zagłady, jaką by im zgotowała NKWD,
tak jak wydanym w ręce ZSRR własowcom.
Po wojnie Bulba-Boroweć wstąpił do utworzonej w Niemczech w
1946 roku Ukraińskiej Partii Rewolucyjno-Demokratycznej (URDP),
zbliżonej do petlurowców, a powstałej z inicjatywy emigrantów z
przedwojennej Ukrainy radzieckiej
(Iwan Bahrianyj) oraz byłych rozłamowców z OUN, następców Iwana
Mitryngi. Bulba-Boroweć tworzył
jej lewe skrzydło (grupa „Wpered”).
W 1950 roku Boroweć i jego zwolennicy wystąpili z URDP i podjęli
nieudaną próbę reaktywacji dawnej UNDP. Od 1948 roku Boroweć
przebywał w Kanadzie. Na emigracji dystansował się od banderowców
i pozostawał wierny emigracyjnemu rządowi Ukraińskiej Republiki
Ludowej. Był autorem wydanych
w 1966 roku w Kanadzie i USA
wspomnień „Армія без держави.
Слава і трагедія українського
повстанського руху” („Armia bez
państwa. Chwała i tragedia ukraińskiego ruchu powstańczego”).
Zmarł w Toronto 15 maja1981 roku.
Pochowany został na prawosławnym cmentarzu w Nowym Jorku.
Wiktor Poliszczuk ocenił działalność Tarasa Bulby następująco:
„Nawet pobieżna analiza postaw T.
Bulby-Borowca pozwala na sformułowanie opinii, że faktycznie był on
patriotą ukraińskim, dążył do zwalczania sił radzieckich, a przy tym
gotów był wejść w sojusz z bądź
jaką siłą. Ale obok tego, od strony
politycznej nie wyznawał się on na
ideologii integralnego nacjonalizmu ukraińskiego, skoro w warunkach listopada 1943 roku, a więc
po zbrodniach masowych dokonanych przez UPA Bandery, o co sam
ją oskarżał, dążył do porozumienia
działaczy URL z OUN Melnyka i
Bandery. Bulby-Borowca nie stać
było na dokonanie prawidłowej
oceny postaw ludności polskiej Wołynia, która sympatyzowała z partyzantką radziecką, jako tą siłą, która
zwalczała okupanta niemieckiego,
i tym bardziej, że 30.VII.1941 r.
W. Sikorski zawarł sojusz antyniemiecki z ZSRR. Bulba-Boroweć nie
potrafił zrozumieć, że dla jakichkol-
wiek sił polskich nie do przyjęcia
było współdziałanie z nim, który
oficjalnie służył w interesie okupanta hitlerowskiego. Widać, że
T. Bulba-Boroweć, mimo dobrych
chęci, nie był działaczem formatu
ogólnoukraińskiego,
odpowiadał
on co najwyżej formatowi watażki na skalę południowego Polesia i
części północnego Wołynia. Mimo
to stanowisko T. Bulby-Borowca
wobec OUN Bandery pozwala na
dokonanie prawidłowej oceny działań UPA” (W. Poliszczuk, „Dowody
zbrodni OUN i UPA…”, s. 278).
Na dzisiejszej Ukrainie jest to postać prawie zapomniana. Stawia się
tam pomniki wyłącznie banderowcom – „jedynej słusznej” orientacji
ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego. Na piedestał wynoszeni są
tylko Bandera, Szuchewycz, Klaczkiwski, Stećko, Łebedź i inni banderowcy. O Bulbie-Borowcu nie chce
się pamiętać. Czy tylko dlatego, że
nie podporządkował się Banderze?
Sądzę, iż przede wszystkim dlatego,
że –abstrahując od jego współodpowiedzialności za wydarzenia na
Wołyniu – skrytykował banderowskie ludobójstwo na Polakach. Mało
tego – on to ludobójstwo ujawnił i
jako jedyny ukraiński nacjonalista
mu nie zaprzeczył. A przecież prawdziwy ukraiński nacjonalista musi
nie tylko nienawidzić Lachów, ale
i zaprzeczać, że jakieś ludobójstwo
na nich miało miejsce.
Obszerne fragmenty „Listu otwartego atamana Tarasa Bulby-Borowca
do członków Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów pod
przewodem Stepana Bandery” z 4
sierpnia 1943 roku (źródło: „Oborona Ukrajiny”, wydanie nadzwyczajne z 10 sierpnia 1943 roku, cyt. za:
„Ukrajinśkyj Istoryk” nr 1-4 (101104), USA 1990, s. 114-119).
„Gdy w lipcu 1941 r. Ukraińska Powstańcza Armia „Poleska Sicz" rozpoczęła swoje zbrojne akcje, Wy zajęliście wobec niej swe negatywne
stanowisko, które trwa do ostatniej
chwili. Nieporozumienia polegały
na tym, że my nie podporządkowaliśmy się rządowi Stepana Bandery,
i to Wy uważaliście za przejaw atamanii i anarchii z naszej strony. My
nie mogliśmy podporządkować się
rządowi, który proklamował państwo ukraińskie za plecami armii
niemieckiej bez oficjalnego uznania
tego państwa przez rząd niemiecki.
Nam było jasne, że jeśli Niemcy
oficjalnie nie uznały państwa ukraińskiego, to w tym fakcie kryje się
prowokacja. (...)
Prócz tego, nieporozumienia pogłębiały się przez to, że Wy wyznajecie
faszystowską zasadę bezwzględnej
dyktatury Waszej partii, a my staliśmy na stanowisku opartym na więzach krwi, duchowej jedności całego narodu, na zasadach demokracji,
gdzie wszyscy mają równe prawa i
obowiązki. (...)
Aby tę ideę wcielić w czyn, jesienią
1942r. zwróciliśmy się do Was i do
OUN pod przewodem pułkownika Melnyka z oficjalną propozycją
zorganizowania Ukraińskiej Rewolucyjnej Rady, złożonej z przedstawicieli wszystkich działających
ukraińskich rewolucyjnych ośrodków. (...)
Ta propozycja nie przeszła. Wy
odrzuciliście naszą propozycję,
wyjaśniając swe stanowisko tym,
że jedynym prowodem dla narodu
ukraińskiego jesteście Wy. (...)
Gdy współpraca polityczna okazała się niemożliwą, zaproponowali-
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
śmy Wam wojskową współpracę.
W tamtym okresie Wy nie prowadziliście jeszcze partyzantki i ostro
występowaliście przeciwko niej, a
Wasi nazywali nas sługusami Stalina i Sikorskiego.
Dnia 22 lutego 1943 r. odbyła się
nasza oficjalna narada z Waszymi
politycznymi
przedstawicielami.
Narada ujawniła, że OUN zmienia
swój pogląd na partyzantkę (...).
Ustalono linię polityczną dla partyzantki, taktykę oraz plany operacyjne miał opracować wspólny sztab.
Dnia 9 kwietnia 1943 r. odbyła się
nasza pierwsza narada (...). ustalono, że oddziały wojskowe OUN
przestają istnieć, a każda ukraińska narodowa partia występuje pod
naszą starą nazwą – Ukraińska Powstańcza Armia. Nakreślono linię
generalną akcji wojskowych, która
miała być skierowana w głównej
mierze przeciw okupantowi niemieckiemu i sowieckim spadochroniarzom (...). Za dwa tygodnie
miało odbyć się następne spotkanie
(...). My przyjechaliśmy na ustalone
miejsce, zaś wasi ludzie nie. Łącznicy wyjaśniali to terenowymi przeszkodami i ustalili kolejne spotkanie
na 22 maja, gdzie mieli spotkać się
przedstawiciele trzech ugrupowań.
Dnia 22 maja 1943 r. na wskazane miejsce przyjechali nasi ludzie,
melnykowcy, zaś „banderowcy”
znów nie przyszli. Wy przerwaliście wszelką łączność z nami, ale
poprzednie spotkania, rozmowy
oraz plany Wasi ludzie wykorzystali
celem przejęcia naszej popularnej
nazwy UPA oraz używali w swych
publikacjach faszystowskie hasła.
(...) Już w czasie rozmów, zamiast
prowadzić akcje zgodnie z wspólnie nakreśloną linią, Wojskowe
Oddziały OUN pod marką UPA, w
dodatku niby z rozkazu Bulby, zaczęły haniebnym sposobem wyniszczać polską ludność cywilną i inne
mniejszości narodowe. (...)
Zarówno przed rozmowami, jak i
po rozmowach, członkowie Waszej
organizacji prowadzą dziwną agitację przeciwko nam. (...) Akcja nieporozumień dochodzi do tego, że w
ostatnich dniach ujawniono próby
siłą przeciągania na swoją stronę
oraz rozbrajania naszych oddziałów,
wykradania wszelkimi podstępnymi
sposobami broni, przeszkadzania w
wyżywieniu ludności, aresztowania
naszych łączników, niszczenia naszej prasy, literatury itp. (...)
Wszystko to tłumaczy się tym, że
jak gdyby, jakiś tam poleski chłop
Bulba, „wyłamał się” spod dyscypliny, ogłosił się atamanem i chce
być wodzem Ukrainy, i to w czasie,
gdy właśnie Opatrzność wyznaczyła
na to miejsce jedynie Stepana Banderę.
Towarzysze nacjonaliści! Jak wam
nie wstyd i gdzie jest Wasza godność narodowa i moralność polityczna, aby tolerować takie złoczyny i operować w propagandzie
takimi środkami. (...) Wy na każdym
kroku mówicie o koniecznej potrzebie jedności wśród narodu ukraińskiego, a w samej rzeczy dążycie
do osiągnięcia tej jedności nie drogą
zjednoczenia wszystkich sił narodu
na podstawie wzajemnego porozumienia i poszanowania przekonań
politycznych innych współobywateli, a jedynie drogą podporządkowania wszystkich sobie oraz dyktatury
swojej partii.(...)
Żadna partia nie może mieć monopolu na naród ukraiński. (...)
Czy prawdziwy rewolucjonista-państwowiec może podporządkować się przewodnictwu partii, która
budowę państwa zaczyna od wyrzynania mniejszości narodowych oraz
bezmyślnego palenia osiedli? Ukraina ma bardziej groźnych wrogów
niż Polacy. (...) Naród polski tak
czy inaczej istnieje, i jak długo będzie on w tej samej niewoli, co i my,
tak długo (...) nie będzie on naszym
wrogiem, a sojusznikiem. (...) Dziś,
zamiast wyrzynać się wzajemnie,
musimy montować jeden rewolucyjny front wszystkich zniewolonych narodów przeciw okupantom,
w nie otwierać zbędne fronty. Wła-
śnie Gestapo i NKWD takiego sojuszu narodów zniewolonych boją się,
dlatego też szczują naród na naród
oraz rozbijają tumanem nowych idei
każdy naród osobno, dzieląc go na
wrogów politycznych. (...)
Wasi szpiedzy stale depczą po moich śladach. Dzieciarnia wszędzie
węszy - gdzie, kto, ilu, jaka ochrona.
Często słychać groźby, zastraszanie
itp. Takie zachowanie Waszej rewolucyjnej ukraińskiej organizacji
kwalifikujemy jako nietakt narodowy. Ochronę trzymam jedynie od
Niemców i Moskali. Przed Ukraińcami jeszcze nie kryłem się i nie
myślę kryć się bez względu na to,
jakich oni są przekonań politycznych. (...)
Na zakończenie mogę tylko jedno powiedzieć, albo Wy, towarzysze, nieprzemyślanie wybraliście
pomyłkową drogę, albo padliście
ofiarą obcej prowokacji. Zarówno
w jednym, jak i w drugim wypadku
istnieje droga uczciwego odwrotu
(...).
Z tych względów jeszcze raz proponujemy Wam utworzenie wspólnie
ze wszystkimi działającymi ukraińskimi rewolucyjnymi ośrodkami
Ukraińskiej Narodowej Rewolucyjnej Rady, która jako jedyna będzie
w stanie stać się rzeczywistym politycznym kierownictwem całego narodu ukraińskiego a nie jednej partii
(...).
Wysłać ten list do Was zmusiła mnie
Wasza robota w terenie, która wchodzi w takie stadium, gdy do bratobójczej wojny pozostał tylko krok.
Mówią o tym Wasi prowidnicy, odrzucający wszelkie rozmowy oraz
porozumienia, wymagają absolutnego podporządkowania się wyłącznie prowodowi OUN. Oni otwarcie
oświadczają, że celem osiągnięcia
swej partyjnej dyktatury nie zawahają się rozpocząć bratobójczej
wojny, nawet gdyby ona kosztowała
naród ukraiński nie setki a miliony
ofiar.
Z tych względów pozwolę sobie
zapytać Was: o co walczycie? O
Ukrainę czy o OUN? O państwo
ukraińskie czy o dyktaturę w tym
państwie? O naród ukraiński, czy
tylko o swoją partię? (...)
W kierunku zjednoczenia wszystkich sił narodowych my zrobiliśmy wszystko. Wyciągamy do Was
raz jeszcze braterską dłoń. Jeżeli
Wy stawiacie sprawę Ukrainy ponad wszystko, jeżeli za Waszymi
plecami nie kryje się sprytnie zamaskowana wroga sprężyna, to
znajdziemy wspólny język, tak jak
znajdujemy go z Waszymi strzelcami, niejednokrotnie leżąc razem w
jednym okopie pod ogniem wroga.
(...)”
Głubczyccy Kresowianie
Dr Arkadiusz Szymczyna
Zakończenie II wojny światowej
wyzwoliło wśród narodów Europy
falę migracji na niespotykaną do tej
pory skalę. Wśród przemieszczających się osób byli ci, którzy powracali z wojny, obozów pracy i obozów
koncentracyjnych. Byli również ci,
którzy zostali poddani masowym
przesiedleniom w efekcie zawartych
porozumień w Jałcie, a następnie w
Poczdamie. Do tej grupy osób należała ludność polska zamieszkująca
wschodnie terytorium Rzeczpospolitej Polskiej sprzed 1939 r.
Pomocy osadnikom w zagospodarowaniu Ziem Odzyskanych miały udzielać zorganizowane punkty
etapowe. Do końca sierpnia 1945
r. Państwowy Urząd Repatriacyjny
zorganizował 259 takich punktów
o łącznej pojemności 141 221 osób.
Jeden z nich mieścił się w Głubczycach. Jego działalność zapoczątkował proces integracji społeczeństwa
autochtonicznego z ludnością napływową z Kresów Wschodnich.
Proces ten przebiegał w bardzo
trudnych warunkach. Efektem wzajemnych kontaktów było powol-
ne zakorzenianie się obu kultur i
ukształtowanie postawy społeczeństwa tolerancyjnego na obszarze całego powiatu głubczyckiego. Echa
tego procesu są widoczne po dziś
dzień. Kresowianie żyjąc u boku
autochtonów musieli pogodzić się
z tym, co zastali już pierwszego
dnia po przyjeździe do Głubczyc –
niemiecki porządek i szacunek dla
ludzkiej pracy. Natomiast autochtoni musieli zaakceptować to, co dla
polskiej kultury na Kresach było
najważniejsze – poczucie polskości,
niezależność oraz „batiarskie” obyczaje.
Postawa Zabużan, jak też ich charakterystyczne cechy, wyróżniają
Kresowian spośród innych osób
zamieszkujących powiat głubczycki. Są potomkami polskich rodzin,
których obyczaje i kultura przekazywane są z pokolenia na pokolenie.
Pozostawiony za wschodnią granicą
dorobek ich całego życia (mienie
zabużańskie) prawdopodobnie nigdy nie odzyskają. Obecnie jedyną
forma powrotu do miejsc urodzenia
są organizowane wycieczki po Kresach.
Przygotowana publikacja zainteresuje zwłaszcza środowiska kreso-
we, miłośników historii regionalnej
oraz pomoże młodzieży szkolnej w
lepszym zrozumieniu dziejów naszego regionu. Zachęci ją także do
dbałości o pamięć pomordowanych
rodzin naszych rodaków przez reżim hitlerowski i stalinowski oraz
nacjonalistów ukraińskich. Książka
ma również rozwijać zainteresowania kulturą kresową, którą tak pieczołowicie kultywują żyjący jeszcze
przesiedleńcy oraz ich potomkowie.
Na straży pamięci tych, którzy zostali pomordowani oraz zmuszeni
do pozostawienia swojego dobytku,
stoją organizacje kresowe rozsiane po całej Polsce, w tym również
stowarzyszenia działające w powiecie głubczyckim. Skupiają one
w swoich szeregach Polaków, którzy nie tylko postrzegają Kresy w
sposób sentymentalny, ale również
w poczuciu doznanych krzywd.
Uważają, że prawda zawarta w historii obu narodów posiada nadrzędny wymiar, a jedyną drogą jest
dialog. Słuszne stało się dla nich
stwierdzenie, że "Kresowian zabito
dwukrotnie; raz przez ciosy zadane
toporami, drugi raz przez przemilczenie".
Nie zapomnij wydrukować bieżącego
numeru Kresowego Serwisu Informacyjnego i przekazać go
Kresowianom którzy jeszcze nie mają dostępu do Internetu.
To nie tylko Twoja gazeta, to gazeta która łączy wszystkich
Kresowian
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 23
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Poszukuję solidnego, odpowiedzialnego wydawcy.
Maciej Dęboróg-Bylczyński
Poszukuję solidnego, odpowiedzialnego wydawcy dla książki
Magdaleny Bylczyńskiej, Pamiętnik Galicjanki 1914-1917. Poniżej
obszerne informacje o tej książce.
Głęboko wierzę, że są w kraju wydawcy, którym droga jest pamięć
Kresów i ochrona naszego dziedzictwa kresowego.
Wprowadzenie
Autorka utworu .Pani Bylczyńska
(z domu Weber von Webersfeld)
urodziła się w okolicach Brodów
w roku 1887. Miejsce jej urodzin –
Majdan Pieniacki – był małą mieściną galicyjskiej prowincji c. k.
monarchii austriackiej. To w tym,
oddalonym zaledwie o kilka kilometrów od podhoreckiego pałacu
książąt Sanguszków, a kilkadziesiąt dalszych od granicy austriacko-rosyjskiej, urodziła się późną
jesienią wspomnianego – 1887
roku – Magdalena Webersfeld.
W owym czasie ten nadgraniczny
powiat (jak i samo jego serce –
Brody) był tętniącym życiem swoistym tyglem wyznań, kultur i…
interesów. Przez stolicę powiatu
co rusz przewijały się czarne chałaty licznych tutaj starozakonnych
myślicieli, mundury cesarsko-królewskich urzędników, tajnych
radców i policmajstrów, czy też
bogate szynele handlujących na
granicy kupców. Ściągał też i teatr wędrowny, aby ucieszyć gawiedź, rozbawić wodewilem czy
„komedyją", a przy okazji może i
przemycić jakąś myśl narodową,
patriotyczną, polską… W takich
to okolicznościach pojawiła się
na tych (można by rzec) Kresach
Galicji – trupa Edwarda Webersfelda. Webersfeld wówczas był
już znanym aktorem, mającym za
sobą niejedną teatralną przygodę.
Po rozwodzie z Ludwiką Wołłowicz przestał grywać z nią role
amantów w trupie jej ojca – Ksawerego Wołłowicza. Zjechawszy z
drugą żoną – Pauliną Sikołowską
– do Podhorców, obchodził właśnie dwudziestolecie swej pracy
na służbie u Melpomeny, gdy jego
ciężarna żona obdarzyła go tuż
przed własnym benefisem córeczką. Niestety matka Magdaleny nie
cieszyła się już wówczas dobrym
zdrowiem, które nadwyrężone trudami aktorskich wojaży, ciążą i
porodem, przypomniało o sobie.
Po jej nagłej śmierci Edward postanowił ożenić się po raz kolejny
(z mieszkanką Brodów - Rozalią
Holmann) i ostatecznie ustabilizować swoją sytuację materialną.
Państwo Webersfeldowie zamieszkali we Lwowie, gdzie ojciec Magdaleny podjął (w 1897 r.) posadę
– najpierw adiunkta, a następnie c.
k. rewidenta w Izbie Rachunkowej
lwowskiego Magistratu. Córkę
postanowił zawierzyć muzie Muzyki, toteż oddał swą jedynaczkę na nauki do szkoły profesora
Karola Mikulego. Był to bodaj
najlepszy z możliwych wyborów,
wszak wszyscy w stolicy Galicji
znali umiejętności pedagogiczne
byłego ucznia samego Fryderyka Chopina. Po śmierci Mikulego
szkołę prowadziła jego żona, która
podjęła się przygotowania panny
Webersfeld do podjęcia nauki w
lwowskim Konserwatorium Muzycznym. Pilna uczennica klasy
fortepianu była stałą bywalczynią
na licznych koncertach organizowanych m. in. przez Galicyjskie
Towarzystwo Muzyczne we Lwowie. To właśnie na jednym z takich koncertów poznała swojego
przyszłego męża – ówczesnego
krytyka muzycznego i profesora
gimnazjalnego – Jakuba Bylczyńskiego. W 1908 roku młodzi pobrali się, a rok później urodził im
się syn, Paweł. Pani Bylczyńska
podjęła się nauki śpiewu i gry na
fortepianie w jednej z prywatnych
szkół muzycznych.
Spokój Lwowian zakłócony został
wraz z nadejściem linii frontu. Jakub został aresztowany i wywieziony wraz z kilkoma innymi profesorami gimnazjalnymi najpierw
do Rostowa nad Donem, a później
do Saratowa nad Wołgą. Jak się
później miało okazać – ta kilkuletnia zsyłka zaciążyła nad dalszym
życiem Bylczyńskich, rozbijając
już na zawsze to małżeństwo.
W atmosferze patriotycznego zrywu pani Bylczyńska zaciąga się do
Ochotniczej Ligii Kobiet, swoistej
„kobiecej milicji”, której organizatorką jest mjr Aleksandra Zagórska. Także i swojego jedenastoletniego synka nie potrafi zatrzymać
w domu. Za nadzwyczajną postawę w obronie niepodległości oboje zostają odznaczeni Krzyżem
Obrony Lwowa.
Perypetie jej życia z lat 1914-1917
opisuje właśnie niniejszy dokument literacki.
Wskrzeszenie nowej Polski odbiera pani Bylczyńska jako wyzwanie
dla siebie i za namową lwowskich
przyjaciół, zdając sobie sprawę z
niedostatków kadrowych na zachodnich rubieżach odrodzonej
ojczyzny postanawia przeprowadzić się do Bydgoszczy. Tu przecież na gruzach przedwojennego
Bromberger Konservatorium der
Musik powołano do życia polską
placówkę szkolnictwa muzycznego. Zamieszkawszy z synem w
sercu miasta (w kamienicy przy
ulicy Gdańskiej) rozpoczęła pani
Bylczyńska, jak wielu jej podobnych bydgoszczan o kresowych
korzeniach, pracę nad wskrzeszeniem (uszczerbionych latami wojny) bogatych tradycji muzycznych
i kulturalnych Grodu nad Brdą.
Wybuch kolejnej wojny przyniósł
miastu nad Brdą szczególne zagrożenie ze względu na licznie tutaj
zamieszkałych Niemców. Działająca tu piąta kolumna ze szczególnym okrucieństwem odnosiła się
do zamieszkałej na Pomorzu inteligencji polskiej. To „specjalne”
traktowanie ziem, które hitlerowcy uważali za pruskie, przyniosło
konsekwencje w sporządzeniu
listy polskich urzędników, naukowców, pedagogów. W spisie
tym znalazł się również ówczesny
nauczyciel muzyki – Konrad Pałubicki. W obliczu realnego zagrożenia życia Magdalena postanowiła
podjąć zdecydowane kroki. Za jej
radą Pałubicki zmienił nieznacznie
nazwisko (na Pałubiński), po czym
rodzina Bylczyńskich, wraz z
przyszłym kompozytorem, opuściła miasto. Najpierw schroniła się w
małej miejscowości pod Płockiem
(Gostyninie), gdzie mieli swój
dom teściowie syna pani profesor.
Gdy jednak i tu przestało być bezpiecznie, wyjechali do Warszawy.
Ale i stolica okupowanego kraju
miała okazać się tylko „punktem
przesiadkowym” w tych trudnych
wojennych latach. Teściowie syna
Magdaleny zostali wywiezieni do
obozu pracy w Bolesławcu (Bunzlau na Dolnym Śląsku). Natomiast syn pani Byczyńskiej – Paweł (członek warszawskiej AK)
ostrzegał przed zbliżającym się
wybuchem powstania. Niewiele
myśląc, pani Bylczyńska zdecydowała wyjechać do Krakowa,
gdzie ona, jej wnuczka i prof. Pałubicki zatrzymali się u przyjaciół
Bylczyńskich – państwa Walasów.
Jednak u tu nie było bezpiecznie. Żona profesora Walasa (spokrewniona z rodzicami Wisławy
Szymborskiej) aktywnie wspierała
akcje charytatywne na rzecz rodzin pochodzenia żydowskiego.
Pani Bylczyńska (chcąc zapewnić
utrzymanie dla swoich bliskich)
wystarała się o lekcje gry na fortepianie, zaś Konrad Pałubicki
– wobec dość częstych kontroli
gestapo w domu państwa Walasów – ratował się symulowaniem
szkarlatyny. Tych kilka kolejnych,
spędzonych razem lat połączyło
profesora Pałubickiego z rodziną
Bylczyńskich. Naturalnym więc
było, że gdy wrócili do Bydgoszczy, zamieszkali znów razem (przy
ul. Gdańskiej, przemianowanej
później na 1 Maja). Wychodząc
niejako naprzeciw przymusowym
dokwaterowaniom (polityce lokalowej władzy ludowej) przewidująca pani Bylczyńska przyjęła pod
swój dach rodzinę innego muzyka
(również swojego wychowanka,
a późniejszego profesora AM w
Gdańsku) – Pawła Podejki. W dalszym ciągu udzielała lekcji muzyki. Czuwała też nad rozwojem muzycznym swoich podopiecznych
– panów Podejki i Pałubickiego.
Była dobrym duchem, patronującym powstawaniu wielu kompozycji prof. Pałubickiego (m. in.
bydgoskiego hejnału, do którego
to konkursu stanął kompozytor po
wielu prośbach swojej mentorki).
Choć zawodowo pani Magdalena
pozostawała zawsze w cieniu swoich wychowanków (prowadziła
przecież jedynie w latach 60-tych
jedynie sekcję fortepianu przy
Społecznym Ognisku Artystycznym, przemianowaną później na
Społeczną Szkołę Muzyczną i Społeczne Ognisko Baletowe, której
notabene była - wraz pierwszym
kierownikiem muzycznym Studia
Operowego Zdzisławem Wendyńskim – współzałożycielką), to jej
wkład w rozwój życia muzycznego po latach okazał się nieoceniony. Pani Bylczyńska zmarła w
Bydgoszczy w 1966 r. – pozostając na zawsze w pamięci swoich
uczniów – dziś niejednokrotnie
animatorów życia muzycznego w
wielu pomorskich miastach.
Niestety nie ofiarowała potomnym innego zapisu swojego nietuzinkowego życia poza zapisem
tych kilku lat I Wojny Światowej
w Galicji, jaki trzymamy teraz w
dłoniach.
Pamiętnik Galicjanki
Akcja utworu zasadniczo rozgry-
Strona 24 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
wa się we Lwowie i okolicy (w
trójkącie: Lwów – Żółkiew – Brody). Zarówno autorka Pamiętnika… (jak i jej bliscy) mieszkali
bowiem w niewielkich majątkach
ziemskich w Odnowie, Kulikowie
i Stronibabach.
Dyskretna narratorka tej historii
ukrywa personalia ziemian pod
inicjałami. Skądinąd wiemy jednak, że w Kulikowie i Stronibabach mieszkały rodziny Młodnickich i Obertyńskich (Józef i Beata
Obertyńscy). Beata (1898-1980)
– znana później publicystka i pisarka – była córką młodopolskiej
poetki - Maryli z Młodnickich
Wolskiej (1873-1930) - żony Wacława Wolskiego (1865-1922)
- blisko spokrewnionej z rodziną Henryka Rodakowskiego, zaś
wnuczką (co może watro odnotować w tym miejscu) Wandy (z
domu Monné, 1850-1923) narzeczonej Artura Grottgera, następnie żony cenionego lwowskiego
artysty malarza – Karola Młodnickiego (1835-1900). Stronibaby
i Kulików odnajdziemy również
we wspomnieniach krakowskiego profesora - Jacka Woźniakowskiego, który w licznych swych
wspomnieniach poświęcił wiele
miejsca rodzinnym stronom swoich krewnych.
Zapis pamiętnikarski Magdaleny
Bylczyńskiej jest więc poniekąd
także kolejną ilustracją kilku lat
życia tej rodziny.
Jeżeli chodzi o problematykę
utworu – czytelnik znajduje się
niejako w epicentrum wojennych
wypadków. Zarówno w mieście
(Lwowie) jak i na galicyjskiej
prowincji (w ziemiańskich majątkach) dane jest nam obserwować
wypadki wojenne z dużego przybliżenia, niemalże w nich uczestnicząc. Przydaje to autentyczności tej relacji. Narratorka bowiem
operuje szczegółem, przemawia
prostymi faktami, a tym samym
uzyskuje – zamierzony jak się zdaje, bardzo plastyczny i działający
na wyobraźnię – efekt. Sprawia
mianowicie, że dajemy jej wiarę
bez zastrzeżeń. I poznajemy sytuację zwykłych (chciałoby się rzec)
ludzi, Galicjan, w latach I Wojny
Światowej. Najmocniejszą stroną
tej diarystyki są bowiem szczegółowe, skrupulatnie notowane detale: wzrastające ceny produktów
spożywczych, prozaicznie problemy ludności w warunkach wojennych etc.
Ale zapis pamiętnikarski Bylczyńskiej to również tragiczna w swej
wymowie relacja z dni zagłady jej
galicyjskiej Arkadii. To pożoga
dworów i wiejskich chutorów. Toteż
apokaliptyczna relacja Pamiętnika
Galicjanki stawia go, w swej wymowie, w pobliżu takich, znanych
z literatury kresowej XX wieku, realizacji toposu utraconego Kraju Lat
Dziecinnych, jak choćby – pisana w
tym samym czasie przez pisarkę tegoż samego pokolenia literackiego
- Pożoga (Wspomnienia z Wołynia
1917-1919) Zofii Kossak-Szczuckiej (1889-1968).
maczyć ten zabieg należy tym, że
choć nie jest to dziennik, to jednak
dystans czasowy pomiędzy opisywanymi zdarzeniami, a chwilą ich
konkretyzacji w formie paraliterackiej był stosunkowo niewielki.
Zabieg ten również uautentycznia
opowiadaną na kartach książki opowieść, czyniąc z niej ważny dokument epoki. Utrudnia to jednak nam
współczesnym precyzyjną identyfikację miejsc, osób i zdarzeń, będących tematem pamiętnikarskiego zapisu. Tym samym Pamiętnik
Galicjanki wymyka się naszemu
badawczemu oku i częściowo traci
cenny walor źródła parahistorycznego. Anonimowość samej autorki (na
kartach tekstu) można postrzegać w
pewnym sensie jako walor. Nadaje
ona bowiem i tekstowi, i jego twórcy, pewne cechy uniwersalne, dzięki którym mamy prawo widzieć w
diarystce niejako reprezentatywną,
charakterystyczną postać epoki.
Konwencja stylistyczna utworu –
choć w głównym zrębie – zdradzająca zacięcie reporterskie, wkracza
momentami w obszary języka literackiego. Ten ostatni – soczysty,
barwny, właściwy swojej epoce;
pełen germanizmów, rutenizmów
i francuszczyzny, jest przecież w
swej różnorodności ciekawym wyrazem galicyjskiego tygla kulturowego.
Pomimo wspomnianych niedostatków, wierzymy, że lektura ta przynieść może wiele satysfakcji wszystkim, którym bliska jest pamięć
przodków i szacunek do kulturowego dziedzictwa. Kierujemy te słowa
do Państwa – orędowników ocalającej pamięci - dla których Kresy to
nie tylko mity i duchy przeszłości,
ale świat wiecznie żywy – w sercach, ale też realnie – za rogatkami
miast, opłotkami domów, albowiem
(by przywołać credo Czesława Miłosza) - nikt nie żyje sam: rozmawia
z tymi, co przeminęli […]. Z ich nadziei i przegranej, ze znaków, jakie
po nich zostały, choćby to była jedna litera wykuta w kamieniu, rodzi
się spokój i powściągliwość w wypowiadaniu sądu o sobie. Dane jest
wielkie szczęście tym, co umieją je
zdobyć. Nigdy i nigdzie nie czują
się bezdomni, wspiera ich pamięć o
wszystkich dążących jak oni do nieosiągalnego celu…
W ostatnich słowach niniejszego
wprowadzenia autor chciałby podziękować pani dr inż. Barbarze
Godfreyow z Nowego Sącza za
okazaną pomoc przy pracy nad tą
książką.
Maciej Dęboróg-Bylczyński - Sosnowiec, w marcu 2012 r.
<[email protected]>
Autorka Pamiętnika Galicjanki posługuje się swoistą autocenzurą.
Wiele nazw osobowych (czy miejscowych) podaje wyłącznie z pierwszej litery (nazwiska, nazwy). Tłu-
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
MŁODZI PISZĄ:
Moja babcia Irena Krygier pochodzi z dawnych Kresów Wschodnich.
Urodziła się 05.09.1937 roku we wsi
Bedrowicze powiat Słonim województwo Nowogródzkie. Tato babci,
mój pradziadek Stanisław Krygier
urodził się w Warszawie w 1902
roku. Kilka miesięcy przed urodzeniem pradziadka zginął tragicznie
jego ojciec, pozostawiając ciężarną
żonę i troje dzieci.
Przy narodzinach pradziadka umarła
jego mama. Od tej chwili opiekę nad
nimi przejęła najstarsza z rodzeństwa 14 letnia Józefa. Dzięki dużej
pomocy sąsiadki z kamienicy dziewczynka mogła uczyć się krawiectwa.
Mijały lata.
Pradziadek ukończył szkołę podstawową w Warszawie. Tam odbył służbę wojskową. Pewnego razu przeczytał w gazecie ogłoszenie pana
Herubowicza, właściciela lasów i dużego gospodarstwa w Berdowiczach.
Oferta dotyczyła przyjęcia do pracy
jako gajowego w majątku.
Pradziadek udał się do tego pana,
zaraz został przyjęty jako ,,gajowy
bez zawodu”. Do jego obowiązków
należało pilnowanie lasu przed złodziejami , sprzedaż drewna na opał,
nadzór przy zrębach i wiosenne sadzenie drzew. Dobrze wywiązywał
się ze swoich obowiązków i był lubiany przez dziedzica.
W tym samym majątku poznał swoją
przyszłą żonę, a moja prababcię Olgę
Pracowała tam, jako pokojówka. Jej
obowiązkiem było nakrywanie i podawanie do stołu. Czasami zajmowała się synkami pani dziedziczk
i- Krzysiem i Markiem .Kiedy jaśnie
państwo jechali w odwiedziny do
swoich krewnych, przeważnie do
Warszawy, zabierali z sobą prababcię, żeby im usługiwała.
W roku 1928 Stanisław i Olga zawarli związek małżeński w Kościele
Parafialnym w Łukonicy oddalonej
o 3 km od Berdowicz. Od tej pory
zamieszkali w gajówce przy lesie.
Prababcia przestała pracować w majątku. Zajmowała się teraz domem
i ładnym ogrodem z owocowymi
drzewami.
Prababcia pochodziła z tych stron.
Urodziła się w Berdowiczach w
1907 roku. Pochodziła z rodziny katolickiej. Jak wszyscy z jej rodzeństwa została ochrzczona w Łukonicy.
W tym miasteczku mieszkał jej brat
Stefan. Był tam kościelnym i organistą.
Berdowicze były dużą ładną wsią,
ale nie było tam sklepu i kościoła,
tylko duży majątek pana Herubowicza z pięknym ogrodem pod lasem.
Żyli tam obok siebie katolicy i prawosławni.
Nigdy nie było między nimi nieporozumień. Po kilku latach pradzia-
/ Dwór Pusłowskich w Słonimie-Napoleon Orda
www.ksi.kresy.info.pl
- ZE WSPOMNIEŃ MOJEJ BABCI
dek dokupił kilka hektarów ziemi i
dodatkowo rozwinęli gospodarstwo.
Mieli już parę własnych koni, cztery
krowy, świnie, owce, dużo drobiu i
ule z pszczołami.
Do prac polowych i gospodarczych
wynajmowali przeważnie Białorusinów. Stałą pomocą domową była
również Białorusinka.
Pradziadek jeździł po lesie konno.
Na zakupy jeździli do Słonimia zimą
saniami , wozem na drewnianych
kołach latem. Mogli robić zakupy w
znajdujących się bliżej Sienkowszczyznach, ale tam sklep miał tylko
podstawowe produkty spożywcze.
Co innego w Słonimie. Tam było
dużo rozmaitych sklepów, których
właścicielami byli przeważnie Żydzi.
Dnia 17.09.1939 roku bolszewicy
napadli na Polskę. W urzędach przestały istnieć Polskie władze. Białorusini stali się nieprzyjaźni wobec
Polaków. Pradziadka często wzywano na przesłuchania do NKWD.
Życie zamieniło się w wielki strach.
Prababcia nieraz zostawała na noc z
czwórką małych dzieci, bo pradziadka przesłuchiwali do rana.
Dnia 10.02.1940 r. o godzinie 4 nad
ranem, ktoś zastukał do drzwi. Pradziadek wstał, otworzył, w tym momencie wpadło dwóch uzbrojonych
sowietów, krzyknęli ,,ruki w wierch”
to znaczy ,,ręce do góry”. Ustawili
pradziadka w kącie pokoju, a prababci kazali w ciągu 30 minut spakować
się i ubrać czworo dzieci. Prababcia
bardzo się przestraszyła i przeniosła
dzieci z łóżka na łóżko nic nie robiąc. Widząc to, żołnierze zwolnili
pradziadka i rozkazali mu pakować
się. Pradziadek wyciągnął dwa kufry,
jeden z bielizną, drugi z ubraniami,
kożuchy w własnych owiec i pierzyny, aby okryć dzieci w srogą zimę.
Po 30 minutach załadowali dzieci i
to, co zdążyli spakować na zaprzęg
podstawiony przez sowieckich żołnierzy. Ruszyli do Słonimia, Pradziadek i prababcia musieli iść pieszo,
pozostawiając już na zawsze cały dorobek życia. Gdy doszli do Słonimia,
żołnierze skierowali ich na stację kolejową. Stało tam już dużo furmanek
i ciągle przyjeżdżały następne. Przed
wieczorem Rosjanie zaczęli ładować
ludzi do bydlęcych wagonów. Do
każdego jak ,,śledzie do beczki” upychali po około 80 osób. W jednym
kącie wagonu stał żelazny piecyk, w
drugim kącie wycięta dziura służąca
za ubikację, u góry były drewniane
prycze, gdzie ulokowano matki z
dziećmi. Okazało się, że na pryczach
było jeszcze gorzej, ponieważ otwór
na ubikację natychmiast zamarzał i
ciągnął z niego niesamowity ziąb i
smród. Uzbrojeni sowieci zaryglowali drzwi wagonu i wszyscy ruszyli w nieznane. Ludzie nie wiedząc,
/ Kościół św. Andrzeja http://pl.wikipedia.org/wiki/Sonim
gdzie ich wiozą rozpaczliwie płakali i modlili się. Po dwóch dniach
pociąg zatrzymał się. Otworzono
drzwi. Żołnierze wyznaczyli dwóch
mężczyzn, aby wyszli po prowiant,
podali dwa wiadra kaszy polanej surowym olejem, wodę i trochę węgla
na opał. I tak ,co drugi, trzeci dzień
podawano im trochę żywności, wody
i węgla. Wieziono ich w ten sposób
ponad miesiąc. Wreszcie dotarli do
małej stacyjki Morżęga nad samą
Wołgą. Czekały już tam na nich sanie zaprzężone w małe kucyki. Po
wyprowadzeniu z pociągu, żołnierze
zabierali po kolei ludzi. Przy ponad
40 stopniowym mrozie wieziono ich
takim transportem przez 4 tygodnie
Przeszlii przejechali tak około 400
km. Nocowali po wsiach u Rosjan.
Dotarli do Lesopuntu Świetłoje,
Wierchina Strojka, Łudoga . W tych
miejscowościach ulokowali ich w
barakach u miejscowych ludzi. To
były ostatnie ludzkie osady, dalej aż
do Morza Białego ciągnęły się już
tylko lasy. Pradziadek z prababcią
pracowali bardzo ciężko w lesie przy
wyrębie drzew i spławie grubego
drewna do rzeki. Prababcia spodziewała się dziecka, siostrzyczka babci
urodziła się nieżywa. Ludzie zaczęli masowo umierać z głodu, chłodu,
katorżniczej pracy, wycieczenia i
chorób. Pracujący dostawali dziennie 400 gr. chleba, dzieci po 150
gr. chleba, talerz zupy z roztartego
ziemniaka i kilka grzybów Zimą też
były grzyby, tylko solone w beczce.
Kto zabrał z Polski trochę więcej
odzieży przeżył, bo w wolny dzień
od pracy ludzie chodzili po 50 km do
kołchozu, aby wymienić ubranie na
mąkę, albo ziemniaki. Trafiali się też
dobrzy ludzie, którzy z litości częstowali swoją strawą i dorzucali coś
do worka, chociaż sami mieli mało.
Zimą ludzie chodzili z saneczkami na
żebry. Latem trzeba było tylko nieść
worek na plecach, ale było już trochę
łatwiej, bo w lasach rosło dużo grzybów, jagód, rosły pokrzywy, lebioda
i inne jadalne zielsko.
Nadszedł 1942 rok. Ogłoszono jak
gdyby amnestię. Pradziadek i wielu innych mężczyzn pracowało na
spławie w Toćmie. Pewnego dnia
przybył delegat od gen. Władysława
Andersa i oznajmił, że mogą iść na
ochotnika na front. Dużo mężczyzn
zdecydowało się iść, z tą myślą, że
wyzwolą z swoje rodziny z niewoli
sowietów. Rozstanie z rodziną było
dla wszystkich wielką tragedią, płacząc pradziadek bardzo ściskał swoja 5 letnią córkę, trzech trochę starszych synów i prababcię. Kobiety
rozpaczliwie płacząc odprowadzały
swoich mężów, bo nie wiedziały, jaki
los ich czeka i czy jeszcze się zobaczą. Do Wołogdy 400 km szli pieszo.
Niektórzy umierali w drodze, Rosjanie przyjmowali ich na nocleg.
W Wołogdzie siedzieli tydzień na
stacji, a władze sowieckie nie chciały im dać żywności. Potem przybył
gen. Anders i zabrał ich. Podróżowali różnie, pociągiem, statkiem i pieszo. Było to tak samo męczące jak
na spławie drewna. Dotarli do Iranu,
później Palestyny, i Egiptu, a stamtąd do Włoch. W tym samym czasie
sytuacja życiowa rodziny pradziadka
jeszcze bardziej się pogorszyła, bo
sowieci zaczęli uważać pradziadka
za wroga.
W 1944 roku ogłoszono przesiedlenie na Ukrainę.
Te rodziny, których mężowie poszli
za granicę miały z tym duże problemy. Władze nie chciały ich puścić,
Wypuszczano bez problemów tych,
którzy walczyli w armii Tadeusza
Kościuszki, bo z armii Kościuszki
sowieci brali przymusowo na front.
Po ciężkich zmaganiach i płaczu
kobiet podstawili wreszcie furmanki, aby ich odwieźć do przystani w
Michajłowce. Nie wszystkim się
udało. Niektóre rodziny nie puścili. Przed wieczorem załadowani
ich na barki. Było zimno i mokro.
Z powodu gęstej mgły ludzie siedzieli do rana pod gołym niebem
na barkach. Rano ruszyli do Toćmy, tam załadowano ich na duży
statek z dachem i kabinami. Przez
3 tygodnie płynęli rzeką Suchoną
do stacji kolejowej, kiedy przypłynęli załadowano ich do pociągu z
bydlęcymi wagonami.
Ruszyli w 4 tygodniową podróż
, już bez nadzoru NKWD i przy
otwartych drzwiach wagonu, było
już ciepło. Dojechali do małej stacyjki przed Odessą. Tam czekały
furmanki zaprzężone w woły i rozwozili ludzi po kołchozach. Rodzinę babci osiedlono w niemieckiej
kolonii, we wsi Lichtenfeld. Była
to ładna wieś z chodnikami po obu
stronach drogi. W porównaniu z
Sybirem, tutaj był raj. Rosły winogrona, kukurydza, ziemniaki, zboża, różna warzywa i owocowe drzewa. Ziemie były bardzo urodzajne,
nie było tylko lasów. Prababcia
pracowała przy różnych pracach
polowych, ale przeważnie przy winogronach. Wiosną hakanie, jesienią zbieranie i przeróbka na wino.
Na początku 1946 ogłoszono powrót do kraju. Prababcię z dziećmi,
tak jak innych Polaków odwożono
furmankami znowu do Odessy, tam
przez tydzień wydawano wszystkim paszporty. Z Odessy wyjechali
pociągiem na zachód, do kraju. Po
6 tygodniach dotarli do Wrocławia.
Po kilku dniach pociągiem do Wołowa, stamtąd furmankami rozwożono ludzi po okolicznych wsiach.
Prababcia razem z dziećmi została
osiedlona we wsi Siodłkowice.
W 1965 roku przeprowadziła się
razem z mężem do Warzęgowa i
mieszka tutaj do dziś.
Monika Zuziak
Szkoła Podstawowa im. Królowej
Jadwigi w Warzęgowie
Praca z projektu TMKK
www.kresowianie.info/
/ Słonim, ulica Paradna
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 25
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Wołyńska Wielkanoc
Redakcja
Wielkanoc, to najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie. Dla Kresowian jest ono
świętem szczególnym . W Wielki
Piątek celebrując podczas Drogi Krzyżowej Mękę Pańską w
duchu zastanawiamy się nad
okrucieństwem i bezdusznością
tamtych czasów, tamtych ludzi,
tamtych wydarzeń. Nie tak dawno, bo 69 lat temu do scen równie
bezdusznych i krwawych doszło
w osadzie Janowa Dolina na Wołyniu. Doszło tam do wymordowania, w okrutny sposób, 600
polskich mieszkańców w wyniku napadu ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA. Wydarzyło
się to właśnie w Wielki Piątek 23
kwietnia 1943 roku. Znaleźliśmy
utwór napisany w oparciu o tamtą zbrodnię, będący przypomnieniem i hołdem składanym przez
nasze nowe pokolenie Polaków
wszystkim ofiarom ludobójstwa
na Kresach.
Wołyńska Wielkanoc
Dzisiaj w Polsce dzień najświętszy.
Dzisiaj Zmartwychwstanie Pana,
Ale oto leśnym duktem
Idzie wojsko od Stepana.
Jakiś dziwny jest ten żołnierz,
Nie ma hełmu, bandoliery.
To nie wojsko. To rezuny,
W rękach noże i siekiery.
Przeciw komu taka armia?
Cóż przed sobą ma za wroga?
Stoi przed nią wróg „straszliwy”
Dziecko, starzec, matka, wdowa.
„Idziem bić ciemiężycieli”
Krzyczą chórem wojownicy.
„Potem lackie domy spalim.
Chodźmy wpierw do ich bożnicy”.
A w kościele nastrój święta,
Ołtarz pięknie przystrojony,
W ławkach cicho zasiadają
Smutne córki, smutne żony.
Czemu smutek na ich twarzach?
Wojna trwa już cztery lata.
Nie przeszkodzi to, by Kain
W taki czas zabijał brata.
Nagle podczas mszy w kościele
Drzwi się z hukiem otwierają
I w to przenajświętsze miejsce
Rozwścieczone bestie stają.
Już ich oszalałe ślepia
Swoich ofiar wypatrują.
Już ktoś krzyczy, ktoś upada.
Jezu Święty, już mordują.
Jeszcze kapłan ręce wznosząc
Modli się na chwałę Pana,
Ale co to? Tuż nad skronią
Krwi czerwienią kwitnie rana.
Upadając na kolana
Pod swych katów uderzeniem
Jeszcze modli się do Pana
„Daj im Boże odpuszczenie”.
We wsi polskie domy płoną.
Biegnie, kto uciekać może.
Nic nie ujdzie z rąk siepaczy,
Nawet krowa, co w oborze
Kiedyś była żywicielką
I Rusina i Polaka,
Choć zwierzęciem jest rozumie,
Że tu brat zabija brata.
Skryte w rowie dziecko szlocha.
Daj mu przetrwać Dobry Boże.
W jego sercu pozostanie
Matka zakłuwana nożem.
Gdy dorośnie, to opowie
Co widziały młode oczy.
Żadna podłość, żadna zbrodnia
Już go w życiu nie zaskoczy.
Wkrótce ziemie te opuści.
Wraz z nim Kresowiaków mrowie.
Spraw by kiedyś swojej matce
Mógł zapalić znicz na grobie.
Wojciech Górski
17.IX.2009
Za:
http://www.onr.h2.pl/index.
php?option=com_content&view=ar
ticle&id=322:woyska-wielkanoc-w
iersz&catid=38:artykuy
/ http://www.ivrozbiorpolski.pl/foto/pomnik-janowa-dolina.jpg
Do Pani Katarzyny Wiśniewskiej
Bożena Ratter
Historia się powtarza, nie dajmy
się ogłupiać, poznajmy historię,
czyli ludzi, którzy ją tworzyli i
miejmy swój punkt widzenia.
Ci sami dziennikarze, którzy w
1968 roku pisali w imieniu PRL
haniebne paszkwile przeciw swoim kolegom Żydom licząc na nagrodę rządzących, równie chętnie
pisali o warchołach w Radomiu w
czerwcu 1976r. jak i o roku 1981.
To byli dziennikarze zawodowcy,
„rezydenci służby bezpieczeństwa”, którzy do dzisiaj nie zostali rozliczeni. Wśród nich byli
i polscy Polacy i polscy Żydzi.
To były czasy, gdy „patriotyzmu
uczyli ubeccy agenci”.
To zdanie wypowiedziane przez
dziennikarza, który otrzymał
paszport do Izraela w 1968r. I
może należałoby przeprowadzić
taką rozmowę rzekę w Gazecie
Wyborczej i pokazać postawy
osób świeckich, które dopuściły
się zbrodni fizycznej (choćby 20
tys. żołnierzy AK), psychicznej,
gwałtów, kradzieży i indoktrynowaniu rodaków, niszczyły elity
Polski a w zamian za to utrzymywały swoje posady, awansowały,
wzbogacały się a w stanach wyjątkowego zagrożenia wysyłane
były na placówki zagraniczne. No
cóż, bliżej świeckiemu dziennikarzowi do rozliczenia Kościoła i
osób duchownych, nie odważy się
podjąć tematu świeckiego bezprawia, nawet gdyby to była pedofilia w domach dziecka. Ja domagam się przypominania krzywdy,
jaką PRL wyrządził społeczeństwu, rozliczenia i przeproszenia
mnie i moich rodaków. I dotyczy
to wszystkich zawodów, zarówno
świeckich jak i cywilnych. I apeluję do dziennikarzy o rzetelność
w pracy. Krzywda tyczy wielu
dziedzin życia, które zostało bardzo zubożone w czasach PRL.
Nieliczni z powojennego pokolenia mieli szansę w swojej edukacji na kontakt z przedwojenną
kadrą nauczycielską, czasem bardzo krótki, ponieważ wspaniali
wychowawcy znikali nagle ze
szkół. Dlaczego? Byli inteligentami i patriotami i na ogół byłymi
żołnierzami AK.
A Ci nieliczni, którym zezwolono
na nauczanie nie tylko nauczali,
ale i wychowywali. Wykładowca
kierunku technicznego Politechniki Wrocławskiej, przedwojenny profesor ze Lwowa (jeden z
polskich profesorów we Lwowie,
którego Niemcy nie rozstrzelali
w 1941 roku na wzgórzach Wuleckich) uczył swoich studentów
również sztuki mowy, pisma, zachowania, przecież po ukończeniu studiów „będą współpracować z innymi”.
Nie były potrzebne dodatkowo
płatne, tak obecnie modne i z
obca nazwane studia „public relations”. Pozbawiono nas również dziedzictwa kulturowego,
zabytkowa, drewniana cerkiew
w Izbach (Beskid Niski) została
rozebrana i spalona przez ówczesnego władcę partyjnego, podobny los spotkał inne obiekty
sakralne, nieliczne udało się uratować. To samo dotyczy pałaców
i zamków na Podkarpaciu, w Małopolsce czy na Dolnym Śląsku,
które zamieniano na spichlerze,
obory, PGR-y w czasach, gdy
władzę sprawowali ci, dla których
jedynym słusznym obuwiem dla
narodu były walonki. A wspaniałe dzieła sztuki zostały „wypoży-
czone” do prywatnych rezydencji
ówczesnej oligarchii. Zabrane
Łemkom i przedwojennym właścicielom lub tylko „kułakom”
ziemie dewastowano spółdzielczą
polityką rolną tak jak urodzajne
ziemie na Wołyniu, zwanym „spichlerzem Europy”, zabrane Polsce zniszczono ciężkim sprzętem
wojskowym.
Na znacjonalizowanych terenach,
dawniej urodzajnych i zamieszkałych przez pracowitych obywateli
a obecnie zarośniętych lasami i
łąkami tworzone są parki. Przez
piękną dolinę po wysiedlonej
wsi Ciechania nie prowadzi już
szlak turystyczny, kilka lat temu
teren został włączony do Parku i
tylko jego dyrektor może cieszyć
się wspaniałymi widokami. A
to dziedzictwo narodowe utrzymane i chronione mogło być dla
nas źródłem dumy i dochodu, jak
zamki nad Loarą czy kościoły zachodniej Europy, które zwiedzają
obecnie świeccy celebryci z Polski.
Reforma PKWN zlikwidowała
10000 majątków ziemiańskich, likwidując jedną grupę społeczną o
nazwie ziemiaństwo i pozbawiając ją własności, władzy i prestiżu. Zniszczyła ją dokładnie, byłym właścicielom nie wolno było
zbliżać się do swej własności w
promieniu 30 km, nawet, jeśli
były tam groby członków rodzin.
Po przekształceniach rolnych nastąpiła podmiana, pojawiło się
nowe "ziemiaństwo", „elity gospodarcze” narzucone społeczeństwu przemocą.
Obecnie posiadamy 8 tys. majątków o wielkości ponad 500 ha,
Strona 26 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
których właścicielami w 60 %zostali byli dyrektorzy PGR i członkowie partii.
Nie wiem, czego jeszcze mogę
oczekiwać od obecnych elit gospodarczych i elit władzy ( nie
jest to na pewno elita „walorów”). Przed wojną Jan Zamoyski
miał 19 tys. ha, obecnie Henryk
Stokłosa ma ich 20 tys. ha. Tylko, że Jan Zamoyski dbał o swoich poddanych, budował kościoły
dla każdego wyznania, budował
klasztory, w których wykształceni duchowni prowadzili szkoły i
studia, dzięki którym mieliśmy
własne "elity walorów", inwestował w działalność dobroczynną
dla chorych, biednych i ułomnych, dbał o rolnictwo i chłopów
je uprawiających, inwestował w
kulturę i sztukę.
I to właśnie bogactwo Zamojszczyzny wpłynęło na politykę Hitlera względem tych ziem. Polecam młodym odwiedzić Guciów,
tam znajduje się prywatne Muzeum Zamojszczyzny.
Hrabia Ludwik Michał Pac
otrzymał w spadku majątek na
Suwalszczyźnie. Zacofane rolnictwo, bieda. I co zrobił? Sprowadził Niemców i Szkotów, aby
stan ten zmienić i miejscową ludność dokształcić.
A jakie decyzje podejmuje obecna „elita” centralna czy lokalna
względem terenów zubożonych
przez politykę PRL? Możni
(prawdziwe elity „walorów”) tego
świata przeznaczali swoje majątki na rzecz Kościoła, który z kolei
prowadził działalność edukacyjną
i opiekuńczą.
Zabieranie tych majątków Kościołowi to wielokrotnie ponowne
uwłaszczenie własności nie swojej. I proszę pamiętać, to ksiądz,
kardynał Bolesław Kominek wygłosił słynne orędzie do biskupów
niemieckich „udzielamy wybaczenia i prosimy o nie ”.
Patriota, uczestnik podziemnej
walki z okupantem, który zalecał
w kazaniach, „aby tych ojczystych, dobrych, świętych tradycji
nigdy nie zdradzić” wykorzystał
swoją wiarę i erudycję i zapoczątkował normalizację stosunków
polsko niemieckich na szczeblu
rządowym. A był za orędzie nieprzychylnie oceniany przez władze i potulnych jej dziennikarzy.
I obecna ekipa rządowa układająca się z Kanclerzem Niemiec powinna być Kościołowi wdzięczna.
Życzę nam społeczeństwa obywatelskiego,
demokratycznego
i proszę młodych dziennikarzy,
aby wykorzystali swą pozycję do
współtworzenia nowej elity „walorów „ jak określił to profesor
Aleksander Krzemiński na wzór
elit niszczonych przez PRL.
Mam zaszczyt spotykać jeszcze
przedstawicieli „elity walorów”
za co im dziękuję. Ten strach
przed „elitą walorów” wyrażający
się skazywaniem jej na zapomnienie, wyśmiewanie lub atakowanie przypomina mi komentarz z
zakończenie filmu „Hubal”:
„Niemcy tak bardzo bali się legendy o Hubalu, że nie znamy do
dzisiaj miejsca jego pochówku”.
Niestety, nie tylko Niemcy, do
dzisiaj nie znamy miejsca pochówku przedstawicieli elity Polski zamordowanych przez NKWD
i PRL.
www.ksi.kresy.info.pl
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
WSPOMNIENIA OSOBISTE
Redakcja
Na rynku wydawniczym pojawiła
się książka prof. Andrzeja Lisowskiego pod tytułem "Wspomnienia
osobiste z epoki wielkich przemian".
W pierwszym tomie "Na kresach czas pokoju i wojny", autor opisuje
swoje dzieciństwo i czasy szkolne
na Nowogródczyźnie, a także późniejsze lata wojny, działalność w
konspiracji, partyzanckich oddziałach Armii Krajowej oraz w komunistycznym podziemiu.
OD WYDAWCY
(Tekst powtórzony w I i II tomie)
Pierwsze, niewielkie, jednotomowe
wydawnictwo WSPOMNIEŃ OSOBISTYCH… Andrzeja Lisowskiego
ukazało się w roku 2010.
Było przeznaczone dla Rodziny,
Przyjaciół i bliskich Kolegów. Wówczas myśl skierowania „WSPOMNIEŃ…” na rynek wydawniczy,
ledwie „kiełkowała”. Ale po roku –
przychylne oceny tych, którzy książkę przeczytali – zachęciły Autora i
wydawcę do przygotowania większego nakładu przeznaczonego na rynek
księgarski. Zachęciły też do wydania
WSPOMNIEŃ… w dwóch „cieńszych” tomach, które czyta się „poręczniej” niż jedną książkę o pokaźnej
objętości. Brano przy tym po uwagę,
że w życiu Autora „epoka wielkich
przemian” dzieli się na dwie wyraźnie odmienne części – odpowiadające
wydzielonym tomom.
Tom I – „…czas pokoju i wojny” – to
wspomnienia międzywojennego dwudziestolecia na polskich Kresach północno-wschodnich i przeważnie tam
spędzonych lat okupacji, konspiracji
i partyzantki. Tom II – „…czas sukcesów i klęsk” – to wspomnienia ze
studiów w Krakowie i zaangażowanej
pracy zawodowej na Śląsku – głównie
w służbie rozwoju i efektywności górnictwa węgla kamiennego. Specyfikę
tego tomu dopełniają – wydzielone w
odrębnych podrozdziałach – obszerne
wspomnienia z życia prywatnego, z
„sentymentalnych” wypraw na Kresy
oraz turystyki realizowanej w kraju i
„szerokim świecie”.
Decydując się na wydawnictwo
dwutomowe – chcieliśmy nie tylko
ułatwić korzystanie z książki, ale też
utworzyć możliwość sięgnięcia tylko
po tę część „WSPOMNIEŃ…, która bardziej interesuje potencjalnego
czytelnika. Aby jednak podkreślić, że
dopiero obydwa tomy tworzą zwartą
całość
– w tomie II zachowaliśmy numerację rozdziałów i stron, która występowała w pierwszym jednotomowym
wydawnictwie. W każdym z tomów
zamieściliśmy też – zaczerpniętą z
pierwszego jednotomowego wydawnictwa
– wstępną wypowiedź Autora skierowaną „Do czytelnika” oraz jego
wypowiedź kończącą WSPOMNIENIA…
Mamy nadzieję, że Czytelnicy zaakceptują to rozwiązanie.
Życzymy przyjemnej lektury!
Agencja Artystyczna PARA Zenon
Dyrszka
"Chodzi mi tylko o prawdę"
Redakcja
Informujemy naszych czytelników o
kolejnej pozycji wydawniczej autora
którego nie trzeba nikomu przedstawiać. Zacytujemy jednak co podaje w
swoim opisie Wydawnictwo Fronda.
"Duchowny do zadań specjalnych –
ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski – ma
odwagę mówić głośno o tym, o czym
inni tylko szepcą. To nie jest grzeczny
wywiad – dotyka trudnych tematów:
- niedokończonej lustracji w polskim
www.ksi.kresy.info.pl
Kościele - homoseksualizmu części duchownych - zasadności celibatu - zaangażowania politycznego duszpasterzy - relacji biskupów z podwładnymi
- działalności księdza Natanka - ludobójstwa na Kresach Wschodnich”.
Sam autor w przesłanej do nas wiadomości odnośnie w/w książki napisał:
„Pod tym tytułem udzieliłem red. Tomaszowi Terlikowskiemu obszernego
wywiadu, który w połowie marca 2012
r. ukaże się nakładem wydawnictwa
"Fronda”.
Publikację tę polecam wszystkim tym,
którzy są przeciwko "poprawności
politycznej" i tzw. michnikowszczyźnie
oraz przeciwko "sojuszowi ołtarza z
tronem" i "zamiataniu pod dywan" w
Kościele polskim trudnych spraw .
Polecam ją także tym, którzy interesują się przemilczanymi tematami historycznymi, w tym zwłaszcza ludobójstwem dokonanym przez rząd turecki
na Ormianach oraz ludobójstwem
dokonanym przez nacjonalistów ukraińskich z UPA i SS "Galizien" na Polakach.
Oczywiście wiele wątków poświęconych jest również osobom niepełnosprawnym intelektualnie i Fundacji im.
Brata Alberta.
Poszczególne rozdziały naszą tytuły:
1. Życie po lustracji.
2. Kapłaństwo.
3. Kościół.
4. Służba.
5. Ormianin.
6. Ukraina.
Publikacja ta jest kontynuacją wywiadu-rzeki, którego pod tytułem "Moje
życie nielegalne" udzieliłem red.
Wojciechowi Bonowiczowi w 2007 r.
, a którego drugie wydanie nakładem
"Małego Wydawnictwa" ukaże się
także w bieżącym miesiącu”.
Empik - (http://www.empik.com/moje-zycie-nielegalne-isakowicz-zaleskitadeusz,prod700041,ksiazka-p)
prezentuje własny opis wspomnianej
książki.
„ Autor Księży wobec bezpieki… tym
razem opowiada o swoim życiu. O
DO CZYTELNIKA OD AUTORA
(Fragment)
Co jeszcze autor może powiedzieć
Czytelnikom jego OSOBISTYCH
WSPOMNIEŃ? Może jedynie wyrazić nadzieję, że nie będą rozczarowani
lekturą i nie uznają czasu zużytego na
jej przeczytanie za czas stracony.
Przekazując Czytelnikom to wydawnictwo – tego obawiałem się najbardziej… i nadal obawiam!
Równocześnie pocieszam się myślą,
że książka to przecież wynalazek
tym wspaniały, że jej czytanie można
przerwać w każdej chwili i zająć się
czymś zupełnie innym. Pociechę
znajduję też w przekonaniu, że przekresowych, polsko-ormiańskich korzeniach, o powołaniu i pobycie w seminarium, o współpracy z opozycją antykomunistyczną i dwukrotnym pobiciu
przez "nieznanych sprawców”. Mówi
o fascynacji światem osób niepełnosprawnych intelektualnie, wreszcie - o
swoim zaangażowaniu w proces samooczyszczenia Kościoła. Ksiądz Tadeusz
nazywa swoje życie "nielegalnym”, bo
stale coś w nim robił "nie tak”, wykraczając poza ramy wyznaczone mu
przez innych i angażując się w rozmaite działania bez formalnej zgody przełożonych.
Wartka opowieść pogłębia obraz tego
nietuzinkowego kapłana, który stał się
w ostatnich latach bohaterem mediów
i kojarzony bywa wyłącznie z tematem lustracji, chociaż w życiu starał
się kierować ideałami Brata Alberta:
ubóstwa, skromności i solidarności z
najsłabszymi.”
Warto w tym miejscu przywołać fragment wyżej wymienionego wydania,
gdzie autor pisze:
„Nie ukrywam, że w wojsku należałem do grupy najbardziej zbuntowanych. Wiele razy trafiałem do aresztu,
spędziłem tam w sumie dwa miesiące,
dokładnie – pięćdziesiąt sześć dni.
Pierwsza kara – nie pamiętam już za
co – to było pięć dni. Potem często
dostawałem karę nie dlatego, że sam
coś przeskrobałem, ale „dla zasady”:
życia i doświadczenia każdego z kilkudziesięciu milionów Polaków, po
których przetoczył się walec historii
w EPOCE WIELKICH PRZEMIAN
– są przecież inne! Każde – przekazane we wspomnieniach – mogą stanowić dogodny punkt wyjścia nie tylko
do własnych wspomnień, lecz także
zupełnie współczesnych,
przemyśleń i refleksji. Te zaś są najważniejsze, bo to one nadają życiu
właściwy smak i sens.
Oby przemyślenia i refleksje wywołane moimi wspomnieniami były optymistyczne i stymulowały niełatwą
walkę o stawiane sobie cele i o udane
życie.
Andrzej Lisowski
grupa się zbuntowała, czegoś nie zrobiła, więc wybranych, „podpadniętych” wsadzano do aresztu. Najdłuższy
areszt, jaki dostałem, trwał dziewiętnaście dni. Jak to wyglądało? Przy naszym batalionie nie było odpowiedniego pomieszczenia, więc zaprowadzano
mnie do aresztu stworzonego przy brygadzie saperów. Wsadzano tam za
rozmaite występki, najczęściej za
pijaństwo lub samowolkę. W areszcie rządzili ci, którzy już wcześniej,
przed wojskiem, byli w więzieniach,
mieli za sobą jakieś wyroki. Muszę
powiedzieć, że traktowali mnie dobrze, nawet z pewnym szacunkiem,
a po kilku razach uchodziłem już
za „recydywę”. Także oficerowie
w zwyczajnych jednostkach zachowywali się inaczej niż ci „od kleryków”. Nie naskakiwali na nas, przeciwnie, raczej byli do nas życzliwie
nastawieni. Przełożeni seminaryjni
wiedzieli, co się dzieje, ale niewiele
mogli zrobić ”.
Autor kończąc swoją wypowiedź
skierowaną do wszystkich czytelników napisał:
Życzę dobrej lektury obu książek!
Mam nadzieję, że staną się one elementem dyskusji na temat teraźniejszości i przyszłości Kościoła i Polski
Szczęść Boże!
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 27
PUBLIKACJE-POGLĄDY-POLEMIKI
Prowokatorzy czy idioci?
BOHDAN PIĘTKA
Prowokatorzy czy idioci – polscy
„autonomiczni nacjonaliści” we
współpracy z neofaszystami ukraińskimi i litewskimi. Duży szok w środowiskach patriotycznych w Polsce
wywołała informacja, że 29 lipca
2011 roku w Warszawie „doszło do
roboczego spotkania przedstawicieli władz Narodowego Odrodzenia
Polski i partii Ogólnoukraińskie
Zjednoczenie „Swoboda”.
/ Plakat wyborczy NOP z 2007 roku
Zaproszenie do Warszawy było odpowiedzią na deklarację nawiązania
współpracy wysuniętą w stosunku
do NOP przez stronę ukraińską”. Z
dalszej treści komunikatów wydanych wówczas przez NOP i „Swobodę” dowiedzieliśmy się, iż liderzy
NOP zgodzili się m.in. z tym, że ani
Polacy, ani nikt inny nie ma prawa
„przedstawiać ocen historii Ukrainy,
ani ukraińskich bohaterów”. Krótko
mówiąc – o zbrodniach OUN-UPA
nie będzie mowy we wzajemnych
kontaktach. Z komunikatu „Swobody” dowiedzieliśmy się ponadto,
że „Omówiono perspektywy wspólnych imprez z udziałem obu stron
i zgodzono się, że najważniejsza –
jest przyszłość. Przyszłość stała się
kluczowym punktem w relacjach
Polaków i Ukraińców”.
„I oto właśnie chodzi – konstatował wówczas na łamach „Myśli
Polskiej” Konrad Rękas – niedookreślona „przyszłość” ma być
ważniejsza niż wydarzenia z historii (i życia poszczególnych ludzi),
a także problemy do rozwiązania z
teraźniejszości. Ciekawe, że „przyszłościowo” tak często myślą ludzie
o brudnych sumieniach. Ci, którzy
chcą zapomnienia dla zbrodni i przewin, ci zawsze mówią „nie mówmy
już o tych smutnych sprawach, były
dawno temu”. Ale były! Szkoda, że
organizacja zasłużona dla krzewienia polskiego patriotyzmu jeszcze
w czasach komunizmu dała się nabrać na tak oklepaną sztuczkę i w
imię „przyszłości” uwiarygodnia
i legitymuje banderowskich piewców zbrodniczej ideologii i jawnych
wrogów polskości”.
Jak potoczyły się dalsze losy owocnej współpracy pomiędzy NOP i
„Swobodą” doprawdy nie wiem.
Nie jestem bowiem sympatykiem
NOP i nie śledzę regularnie aktywności politycznej środowiska skupionego wokół pana Adama Gmurczyka.
Ze względu jednak na to, że jestem
zwierzęciem politycznym od czasu
do czasu wchodzę na różne strony
internetowe od trockistowskich i
neokomunistycznych po ultrana-
cjonalistyczne i neofaszystowskie
włącznie. W niedzielę 18 marca
2012 roku wszedłem na stronę
„Nacjonalista.pl. Dziennik narodowo-radykalny”, zbliżoną raczej do
Obozu Narodowo-Radykalnego niż
do NOP. I cóż się dowiedziałem?
Moją uwagę od razu zwrócił
tekst pt. „Międzynarodowa konferencja nacjonalistów na Ukrainie” z 13 marca b.r. (link: http://
www.nacjonalista.pl/2012/03/13/
miedzynarodowa-konferencjanacjonalistow-na-ukrainie/).
„W
dniach 10-11 marca we Lwowie
– dowiadujemy się we wstępie –
odbyło się jedno z najciekawszych
międzynarodowych spotkań nacjonalistycznych ostatnich lat, przy
okazji którego doszło do swego
rodzaju historycznego ocieplenia
ukraińsko-polskich stosunków i
pogłębienia dialogu pomiędzy europejskimi nacjonalistami. Międzynarodowa konferencja europejskich nacjonalistów to inicjatywa
podjęta przez ukraińskich niezależnych działaczy nacjonalistycznych
ze Lwowa, reprezentujących ruch
Autonomiczny Opór. Konferencja
została zorganizowana już po raz
drugi, a zjawili się na niej aktywiści z Włoch, Rosji, Białorusi oraz
Łotwy. Tym razem nie zabrakło
również delegacji z Polski, do której zaproszenie dotarło już przed
kilkoma miesiącami. Zgromadzeni
na konferencji nacjonaliści reprezentowali zarówno oficjalne ugrupowania narodowe, jak i niezależne grupy AN („autonomicznych
nacjonalistów” – BP). Dla polskich
nacjonalistów wizyta na Ukrainie
była szczególna co najmniej z kilku
względów – aktywiści z Ukrainy w
ramach dialogu polsko-ukraińskiego przewidzieli bowiem nie tylko
konferencję, lecz także wspólną
wizytę na cmentarzu Orląt Lwowskich.”
Dalej dowiadujemy się, że konferencja rozpoczęła się wystąpieniem przedstawiciela organizacji
nacjonalistycznej Prawy Sojusz
z Białorusi (strona: www.aljans.
org). Autor omawianego tekstu
informuje nas o pokazie slajdów,
obrazujących aktywność polityczną Prawego Sojuszu. Niestety nie
poinformował jednak o tym, że
organizacja ta – podobnie jak i
inne białoruskie organizacje oraz
partie nacjonalistyczne i prawicowe (wspierane m.in. przez polskie
MSZ, polski Sejm, „Gazetę Wyborczą” i TV „Biełsat”) – stoi na stanowisku, że na Białorusi nie ma żadnej mniejszości polskiej, tylko są
„spolonizowani Białorusini”. Stąd
już tylko krok do ich depolonizacji.
Taka właśnie depolonizacja polskiej mniejszości – w tym wypadku
tzw. „spolonizowanych Litwinów”
– ma właśnie miejsce na Litwie,
przy całkowitej obojętności władz
i „elit” Rzeczypospolitej Polskiej,
którym zależy przede wszystkim
na dobrych stosunkach z Republiką
Litewską. Dlatego „konserwatywno-liberalne” władze Litwy mogą
bezkarnie wprowadzać w życie
ustawę oświatową, uchwaloną w
duchu szowinizmu, faktycznie
zmierzającą do znacznego ograniczenia liczby polskich szkół na Litwie i depolonizacji polskiej mniejszości narodowej.
Wspominam o tym dlatego, ponieważ następnym mówcą na
„międzynarodowej
konferencji
nacjonalistów we Lwowie” był
przedstawiciel Litewskiego Związku Narodowej Młodzieży. Tym
przedstawicielem przemawiającym
w imieniu litewskich nacjonalistów
był jednak białoruski nacjonalista
(!), ponieważ – jak dodaje autor
omawianego artykułu (podpisujący
się jako J.) – działacze Litewskiego
Związku Narodowej Młodzieży „ze
względu na organizowaną w ubiegłą niedzielę wielką demonstrację
w Wilnie nie mogli wziąć udziału
w konferencji”. Niestety J. nie napisał co to była za „wielka demonstracja” w Wilnie. W związku z
tym jestem zmuszony tę lukę uzupełnić. Otóż działacze Litewskiego
Związku Narodowej Młodzieży demonstrowali 11 marca 2012 roku w
Wilnie poparcie dla działań władz
litewskich zmierzających do likwidacji polskiej oświaty. Demonstrowali pod hasłami typu: „Litwa dla
Litwinów”, „Polacy won z Litwy”,
„szkoły tylko dla litewskich dzieci”
itp.
/ Obrady konferencji nacjonalistycznej we
Lwowie. Źródło: www.autonom.pl
Jak dalej pisze J.: „Litewscy nacjonaliści napisali list skierowany do
wszystkich uczestników spotkania, w którym opisali aktywność i
główne cele swojej organizacji, obchodzącej w tym roku 10. rocznicę
działalności. Dla nas, Polaków, list
od działaczy z Litwy był szczególnie interesujący, bowiem po raz kolejny wyrazili oni swoje przychylne
nastawienie do polskich nacjonalistów, z którymi pragną nawiązać
współpracę. „Mamy nadzieję znaleźć organizacje, które porzucając
szowinizm i zapominając o historycznych krzywdach, będą w stanie współpracować z nami w celu
walki z wrogami Europy, którzy
chcą wymazać zarówno Polskę, jak
i Litwę z mapy świata” – napisali
litewscy nacjonaliści.”
Porzucając szowinizm i zapominając o historycznych krzywdach…
Rozumiem, że zapomnieć muszą o
nich wyłącznie Polacy – o zniszczeniu polskiej mniejszości na Litwie
Kowieńskiej w okresie międzywojennym, o litewskiej okupacji Wileńszczyzny w latach 1939-1940,
o zbrodniach popełnionych przez
litewskich faszystów na Polakach
podczas drugiej wojny światowej i
o krzywdach wyrządzanych obecnie Polakom na Litwie. Nacjonaliści litewscy bowiem bynajmniej
szowinizmu nie porzucą i o swoich
„krzywdach” nie zapomną, czemu
wyraz dali m.in. podczas wspomnianej manifestacji.
Dalej dowiadujemy się, że „po
przedstawieniu ugrupowania narodowego z Litwy, głos oddano
polskim autonomicznym nacjonalistom”. Niestety i tutaj J. nie wyjaśnia co to za „polscy autonomiczni
nacjonaliści”. Któż to ukrywa się
pod tym eufemizmem? NOP, ONR,
Strona 28 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/Polscy i ukraińscy neofaszyści na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Zwracają uwagę zamazane
twarze. Źródło: www.nacjonalista.pl, www.autonom.pl
czy diabli wiedzą kto? Z wikipedii
dowiadujemy się, że „autonomiczni nacjonaliści”, to „forma działania i agitacji o luźniej formie organizacyjnej – nie tworzy struktur
partyjnych, organizacyjnych, ani
jednolitych ideologicznie.” Początkowo ruchy określające się jako
„autonomiczni nacjonaliści” były
charakterystyczne dla skrajnej lewicy w Niemczech, gdzie pojawiły
się około roku 2000. Potem forma
ta został przyjęta również przez
niektóre ruchy skrajnie prawicowe.
Z artykułu J. można się domyśleć,
że chodzi o grupę związaną z portalem Autonom.pl. Adres tego portalu znalazł się bowiem na szarfie
wieńca złożonego po zakończeniu „konferencji” przez polskich i
ukraińskich uczestników na Cmentarzu Orląt Lwowskich. Omawiany artykuł autorstwa J. został też
opublikowany na stronie Autonom.
pl. (http://autonom.pl/index.php/
relacje/z-zagranicy/1607-ukrainamiedzynarodowa-konferencjanacjonalistow).
Na stronie Autonom.pl zostały
również zamieszczone zdjęcia, na
których polscy uczestnicy „konferencji” we Lwowie ukrywają swoją
tożsamość (zamazane twarze). Myślę, że swoją tożsamość uczestnicy
„konferencji” z Polski ukryli głównie ze wstydu. Jednakże trzeba zauważyć, że ukrywanie tożsamości
członków jest charakterystyczne
dla wszelkich ruchów faszystowskich, lewackich, czy ogólnie totalitarnych (robiła tak m.in. banderowska OUN).
Omawiając wystąpienie przedstawiciela „polskich autonomicznych
nacjonalistów” (mam nadziej, że
nie był nim kolega z Białorusi) J.
pisze m.in., że „komórki autonomicznych nacjonalistów w Polsce
nie są jednolite światopoglądowo,
jednak skupiają się na kilku kluczowych zagadnieniach, które zespajają je w całość. Są nimi: ekologia,
żywot wyzbyty konsumpcjonizmu,
sprzeciw wobec imperializmu, kapitalizmu, syjonizmu i globalizacji,
walka o sprawiedliwość społeczną
(solidaryzm) oraz narodową tożsamość, a także zniesienie szowinistycznych animozji pomiędzy
europejskimi nacjonalistami, czego
przykładem była zresztą nasza wizyta we Lwowie.”
Ekologia, sprzeciw wobec kapitalizmu i syjonizmu oraz nacjonalistyczny internacjonał. Ciekawy
program…
Potem były wystąpienia rosyjskich
nacjonalistów z ruchu „Wolnizna”
z Moskwy i Sankt-Petersburga,
którzy poszukują tzw. trzeciej drogi
oraz nacjonalistów z Syberii. Jedni
i drudzy pochwalili się zdjęciami
dokumentującymi ich udział w antyputinowskich protestach.
Następnie przemawiała przedstawi-
cielka ukraińskiego Autonomicznego Oporu (portal: Opir.info).
Słuchacze dowiedzieli się m.in., że
jej organizacja pomaga lokalnym
domom dziecka w ramach akcji
„Szczere Serce” oraz, że prowadzi
wiele innych interesujących akcji,
w tym m.in. „Zdrowe i sportowe
ukraińskie ulice”.
Na koniec J. pisze, że „głównym
punktem lwowskiej konferencji”
była prezentacja włoskiego ruchu
neofaszystowskiego Casa Pound
Italia. „Na spotkanie zawitał – informuje dalej z egzaltacją J. – jego
charyzmatyczny lider Gianluca Ianone.” Ze swej strony dodam, że
organizacja ta powstała w 2003
roku i jest jedną z najbardziej radykalnych grup neofaszystowskich
we Włoszech.
Wizytę na Cmentarzu Orląt Lwowskich i złożenie tam wieńców przez
„autonomicznych nacjonalistów”
polskich i ukraińskich uważam za
profanację.
Politycznej głupocie, niedojrzałości i szkodnictwu „autonomicznych
nacjonalistów” z Polski nie będę
poświęcał szerszej uwagi, ponieważ nie warto. Z tekstu autorstwa
J., zamieszczonego na portalach
„Nacjonalista.pl” i „Autonom.pl”,
wypływają natomiast dwa bardzo
istotne wnioski. Pierwszy mianowicie taki, że spotkanie neofaszystowskich szumowin z terenu
byłego ZSRR, Polski i Włoch we
Lwowie dowodzi, iż miasto to
– niegdyś perła kultury polskiej
– stało się centrum europejskiego neofaszyzmu. Wybitna w tym
zasługa polskich entuzjastów linii
politycznej nakreślonej przez Jerzego Giedroycia i Bogumiłę Berdychowską. Drugi z kolei wniosek
jest taki, że tzw. „dialog polsko-ukraiński” prowadzą już nie tylko
środowisko „Gazety Wyborczej”
i różni pożyteczni idioci od prawa
do lewa, nie tylko Henryk Wujec,
Adam Daniel Rotfeld, czy Paweł
Kowal, ale prowadzą go także „polscy autonomiczni nacjonaliści”,
czyli neofaszyści. Marnie to wróży
temu „dialogowi”.
B.P..
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
"Takie będą Rzeczypospolite,
jakie ich młodzieży chowanie"
Andrzej Łukawski
Warszawa, samo południe, wagonik
komunikacji miejskiej i obrazek jaki
każdy z Was drodzy czytelnicy nie raz
już widział i pewnie jeszcze nie raz
zobaczy chyba, że system kształcenia
młodzieży podda się wreszcie radykalnym zmianom.
Porozsiadany w dziwnych pozach na
tramwajowych krzesełkach kwiat polskiej młodzieży wydaje się być przygnębiony. Głowy wetknięte głęboko
w ramiona kierują umieszczone wen
oczy gdzieś w bliżej nieokreśloną
perspektywę. Powyginane w nienaturalny sposób młode postaci sprawiają
wrażenie, iż są to sylwetki wyobcowane z tłoczącej się nad nimi ciżby
zwanej pasażerami. W odróżnieniu od
siedzącego ale zamarłego w bezruchu
kwiatu narodu - młodzieży, pozostali
podróżni wydają się być zadowoleni.
Na twarzy babci obwieszonej siatami z zakupami widać pogodę ducha.
Pomimo że stoi obarczona ciężarem
trzyma się nieźle. Przecież już za
chwilę zacznie przyrządzać obiadowe
pyszności dla swoich wnucząt które
być może w innym tramwaju/autobusie przeżywają szkolną traumę tak ja
ci z którymi właśnie podróżuje.
Starszy jegomość z laską (w klapie
miniaturka AK) też nie daje po sobie poznać trudu podróży. Po błysku
w jego oczach można się domyślać,
że być może gdzieś tu, na mijanych
przecznicach, kiedyś, kiedyś stała
jego powstańcza barykada. Głowa
staruszka podniesiona dumnie zdaje
się nie zwracać uwagi na to co wokół
niego. Nastolatek siedzący akurat na
miejscu oznaczonym dla specjalnych
pasażerów też nie widzi kombatanta.
Jego ramiona z trudem podtrzymują
chowającą się w nich coraz niżej i niżej głowę. Jak straszną dla młodzieńca jest ta podróż wie tylko on sam,
oraz jego lustrzanie zachowujący się
rówieśnicy.
Ten obrazek na tyle utkwił mi w głowie, że postanowiłem poobserwować
zachowanie młodzieży w innych
liniach komunikacji miejskiej. Ze
zdziwieniem stwierdziłem, że jest to
typowe zachowanie nastolatków. Zauważyłem też, że na naszej młodzieży
ciąży jakaś przedziwna klątwa społecznego dualizmu. Zaraz po opuszczeniu środka komunikacji widać, że
młodzież nawiedza drugie ja. Gdy tylko ich nogi zetkną się z przystankową
platformą, ginie ślad po marmurowej
i tkwiącej w bezruchu sylwetce. Nieruchome i wpatrzone w niewidoczny punkt oczy nagle ożywają się i z
przenikliwością czytnika kart magnetycznych wyszukują na ekranie
telefonu i klawiaturze możliwości
łączności ze światem. Po nawiązaniu
połączenia wkraczają w zupełnie inny
świat. Wreszcie są szczęśliwi że nikt
nie „wisi” nad krzesełkami tramwajowym na których oddawali się jakże
osobliwej i dziwnej kontemplacji.
Zacząłem się zastanawiać czy gdyby
młodzież podróżowała z rodzicami
czy także zachowywałaby się w taki
sposób? Tego niestety nie sprawdziłem. To byłby raczej rzadki obraz tym
bardziej, że takie rodzinne podróże
www.ksi.kresy.info.pl
/Andrzej Frycz Modrzewski/
należą do „obciachowych”.
Wydaje mi się, ba, jestem pewien, że
proces wychowania i edukacji młodzieży to ciężka praca Ministerstwa
Edukacji Narodowej wspierana przez
nie miej ciężką pracą i obowiązkiem
rodziców. „Wydaje się”, to jednak nie
to samo co jakiś pewnik, aksjomat a
przecież jeszcze nie tak dawno stanowiło to jakiś wzorzec w całokształcie
wychowania młodzieży. Pamiętam to
świetnie, bo nie byłem z tego procesu wysublimowany a wszelkie próby
kreowania własnych metod samowychowania czasami czułem w miejscu
gdzie plecy kończą swoją szlachetną
nazwę. Nie było wtedy Internetu i
komputerów ale tak jak dzisiaj była
„ulica”. „Ulica” jak pamiętam była
zawsze ale też właśnie przed tą „ulicą” skutecznie chroniła szkoła i rodzice. Od tamtych lat minęło sporo czasu i doszło nowe pojęcie „stadion”.
Jestem jednym z wielu świadków
obserwujących jak ten kraj i zamieszkujące go społeczeństwo nieustannie
o coś walczy. A to o zmianę ustroju i
wiążące się z tym zmiany kursów społeczno politycznych a to o tolerancję a
to o rożne prawdy w tym i te objawione też…a końca tego szaleństwa nie
widać. Wszędzie front walki i przepychanki zwalczających się ugrupowań,
wszędzie chaos i bałagan….a gdzie w
tym wszystkim miejsce naszych dzieci? Uwikłani w tych walkach rodzice
już dawno zapomnieli o tym, że dorastają ich dzieci. Inna grupa, grupa
którą najwyraźniej przerastają trudy
dnia dzisiejszych reform i przeobrażeń dawno już uciekła w świat alkoholowego matrixu pozostawiając los
dzieci szkole i narażając na działanie
„ulicy”.
Andrzej Frycz Modrzewski pisał:
„Takie będą Rzeczypospolite, jakie
ich młodzieży chowanie”
Kto ma tą młodzież chować skoro
wiele rodzin najwyraźniej sobie z tym
nie radzi?
Kto ma tą młodzież chować skoro
państwo też sobie też z tym nie radzi?
A przecież Ustawa Zasadnicza wyraźnie określa kto i za co odpowiada. Już
w samej PREAMBULE czytamy:
W trosce o byt i przyszłość naszej
Ojczyzny, odzyskawszy w 1989 roku
możliwość suwerennego i demokratycznego stanowienia o Jej losie, my,
Naród Polski - wszyscy obywatele
Rzeczypospolitej, zarówno wierzący
w Boga będącego źródłem prawdy,
sprawiedliwości, dobra i piękna, jak
i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł, równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego
- Polski, wdzięczni naszym przodkom
za ich pracę, za walkę o niepodległość
okupioną ogromnymi ofiarami, za
kulturę zakorzenioną w chrześcijańskim dziedzictwie Narodu i ogólnoludzkich wartościach, nawiązując do
najlepszych tradycji Pierwszej i Drugiej Rzeczypospolitej, zobowiązani,
by przekazać przyszłym pokoleniom
wszystko, co cenne z ponad tysiącletniego dorobku, złączeni więzami
wspólnoty z naszymi rodakami rozsia-
nymi po świecie, świadomi potrzeby
współpracy ze wszystkimi krajami dla
dobra Rodziny Ludzkiej, pomni gorzkich doświadczeń z czasów, gdy podstawowe wolności i prawa człowieka były w naszej Ojczyźnie łamane,
pragnąc na zawsze zagwarantować
prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność, w poczuciu odpowiedzialności przed Bogiem lub przed
własnym sumieniem, ustanawiamy
Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej
jako prawa podstawowe dla państwa
oparte na poszanowaniu wolności
i sprawiedliwości, współdziałaniu
władz, dialogu społecznym oraz na
zasadzie pomocniczości umacniającej
uprawnienia obywateli i ich wspólnot.
Wszystkich, którzy dla dobra Trzeciej
Rzeczypospolitej tę Konstytucję będą
stosowali, wzywamy, aby czynili to,
dbając o zachowanie przyrodzonej
godności człowieka, jego prawa do
wolności i obowiązku solidarności z
innymi, a poszanowanie tych zasad
mieli za niewzruszoną podstawę Rzeczypospolitej Polskiej.
Niestety to tylko zapis, bo nie ma
chętnego, by to co postanowiono w
Ustawie Zasadniczej przekuć w czyn
i przestrzegać. „Czym skorupka za
młodu nasiąknie tym na starość trąci”
podaje nam ludowa mądrość ale skoro ta młoda skorupka pozostawiona
jest sama sobie, woń starości może
okazać się nie do zniesienia. Więcej,
za pośrednictwem MEN rząd zmienia
system szkolenia manipulując jego
programem. Ogranicza się ilość godzin lekcyjnych a to krok do masowej
produkcji głupców opuszczających
mury szkolne. Przeciwko takim działaniom, pięciu działaczy opozycji z lat
80. rozpoczęło w kościele św. Stanisława Kostki w Krakowie głodówkę.
W związku z zamknięciem numeru
nie jesteśmy w stanie potwierdzić
informacje jakie dochodzą do nas z
Krakowa ale są one niepokojące. Podobno biorącym udział w proteście
głodowym niezbędna była pomoc
medyczna. Podziwiam tych ludzi i
popieram ich protest. Szkoda tylko,
że polityczna hucpa jaką uprawiają
zebrani na Wiejskiej przysłania jakże
ważny dla losów narodu, jego historii
i tradycji protest.
Czy MEN radzi sobie w stopniu
jaki tego oczekuje społeczeństwo?
cież to tylko kłopot. Nie przypadkiem nagle zniknął projekt uchwały
ustanawiającej dzień 11 lipca Dniem
Pamięci Męczeństwa Kresowian.
Z ostatniej chwili
Głodówka w SWS
Szanowni Państwo, 30 marca
2012 r. o godzinie 13.00 w siedzibie Stowarzyszenia Wolnego Słowa rozpoczął się protest głodowy
w obronie nauczania historii. Jednym z inicjatorów protestu głodowego jest Adam Borowski. W
głodówce bierze udział pięć osób:
Grzegorz Wysocki, Lech Ochnik,
Mariusz Patey, Bogusław Olszewski, Adam Borowski.
źródło: http://www.sws.org.pl/
Foto:
http://www.fronda.pl/news/
czytaj/tytul/rozpoczela_sie_
glodowka_w_warszawie._fotoreportaz_20162/
Historia traci na wartości.
Kresowianie już dawno przekonali
się o tym, że nowa demokracja zapomniała o historii narodowej i jej
znaczeniu w wychowaniu następnych pokoleń Polaków. Protestujący
w Krakowie upominają się też o tą
historię.
Kuriozalnym jest to, że gdy z dnia
na dzień historii Polakom przybywa, liczba godzin jej nauczania
zostaje ograniczana. Świadkowie
minionych wydarzeń historycznych
którzy do dziś w oczach noszą obraz pożogi i wszelkich potworności
lat wojny odchodzą od nas ale co po
nich? A może w ogóle zrezygnować
z lekcji historii no bo po co. Prze-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 29
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Oświęcimski kwartalnik „Wołyń i Polesie” nr 73
Adam Cyra
W Oświęcimiu od ponad dwudziestu lat działa Koło Miejskie Towarzystwa Miłośników Wołynia i
Polesia, które w ramach swej działalności m.in. wydaje kwartalnik
„Wołyń i Polesie”. Redagowany
przez Halinę Ziółkowską-Modłę,
pochodzącą z Równego na Wołyniu, jest unikalnym kwartalnikiem
we współczesnym czasopiśmiennictwie polskim, starającym się przekazać prawdę na temat historii Kresów
przedwojennej Polski i szczególnie
tragicznych losów ich mieszkańców
w czasie drugiej wojny światowej.
Oddany właśnie do rąk Czytelników
nr 73. kwartalnika „Wołyń i Polesie” (foto po prawej) liczy sto stron
i zawiera dwadzieścia dziewięć tekstów, w tym artykuły historyczne
oraz publikacje poświęcone sprawom bieżącym. Wśród tych ostatnich zwraca uwagę przede wszystkim cytowana w całości Uchwała
Społecznej Fundacji Pamięci Narodu Polskiego w sprawie obchodów
103. rocznicy urodzin Stepana Bandery.
Dokument ten powstał w związku z zakrojonymi na szeroką skalę
obchodami 103. rocznicy urodzin
przywódcy najbardziej skrajnego
odłamu nacjonalizmu ukraińskiego,
odpowiedzialnego za ludobójstwo
na Polakach-mieszkańcach Wołynia
i Małopolski Wschodniej, jakie miały miejsce na zachodniej Ukrainie
1 stycznia 2012 roku. Obchody te
były połączone z odsłonięciem we
Lwowie pomnika Stepana Bandery.
(foto poniżej)
Drugim z ważnych dokumentów,
zamieszczonych w najnowszym
numerze „Wołynia i Polesia”, jest
zawiadomienie złożone do prokuratury przez mieszkańca Olsztyna, Kazimierza Boguckiego, o podejrzeniu
popełnienia przestępstwa z art. 256
k.k. przez tygodnik "Nasze Słowo".
Ten wydawany przez mniejszość
ukraińską w Polsce tygodnik, który
jest dotowany przez Ministerstwo
Spraw Wewnętrznych, znany jest
nie od dzisiaj z antypolskich prowokacji i sympatii do ruchu banderowskiego, a przede wszystkim
z tendencyjnych publikacji i agresywnego języka. We wspomnianym zawiadomieniu K. Bogucki
podaje na to przykłady zaczerpnięte z publikacji, zamieszczonych w
„Naszym Słowie”. W jednej z nich
stwierdzono m.in., że: "w II Rzeczypospolitej Polacy skazali Ukraińców na zagładę, ponieważ polityka
przedwojennej Polski upodobniała
się do polityki III Rzeszy w stosunku do Żydów".
Wśród artykułów historycznych na szczególną
uwagę zasługuje artykuł Bohdana
Piętki, zatytułowany „Zapomniane
ludobójstwo”. Autor omawia w nim
jedną z najmniej w Polsce znanych
kart historii zagłady Polaków na
Wschodzie, jaką była eksterminacja
Polonii w ZSRR podczas Wielkiego
Terroru w latach 1937-1938.
„Zwykle, gdy mówimy o ludobójstwie Polaków na Wschodzie - pisze
Autor - mamy na myśli okupację
sowiecką Kresów Wschodnich z lat
1939-1941 i po 1944 roku, Zbrodnię
Katyńską oraz zbrodnie OUN-UPA.
Tymczasem Golgota Polaków na
Wschodzie rozpoczęła się jeszcze
przed wybuchem drugiej wojny
światowej i jest to wciąż mało znany
rozdział historii (w mediach w ogóle nie wspominany). Zanim padły
pierwsze strzały w Katyniu rozegrał się dramat Polaków-obywateli
ZSRR, którzy stali się ofiarami ludobójczej czystki etnicznej przeprowadzonej na polecenie Stalina.”
Podstawą ludobójstwa dokonanego w latach 1937-1938 na Polonii
radzieckiej był rozkaz operacyjny
nr 00485 wydany 11 sierpnia 1937
roku na polecenie szefa NKWD Ni-
kołaja Jeżowa. W jego następstwie
zamordowano co najmniej około
140 tysięcy żyjących w ZSRR Polaków, dziesiątki tysięcy zesłano na
Syberię i do Kazachstanu, tysiące
dzieci-sierot po ofiarach umieszczono i wynarodowiono w domach
dziecka. Liczba ofiar bezpośrednich
i pośrednich mogła wynosić nawet
pomiędzy 200 a 240 tysięcy, co stanowi około 30-40 procent Polaków,
którzy według oficjalnych danych
mieszkali wówczas w ZSRR. Statystycznie Polacy byli grupą narodowościową, którą przed wybuchem
wojny dotknęły w ZSRR największe straty ludnościowe spowodowane terrorem stalinowskim.
„Przypomnienie tego, co stało się z
Polakami w ZSRR w latach 19371938 - konkluduje Autor - jest bardzo ważne szczególnie w kontekście twierdzeń Władimira Putina,
zaprezentowanych na konferencji
prasowej 7 kwietnia 2010 roku
w Smoleńsku, że Katyń miał być
zemstą Stalina (w domyśle uzasadnioną) za domniemane polskie
zbrodnie na jeńcach bolszewickich
z wojny 1919-1920 roku. Otóż nie!
Katyń był logiczną konsekwencją
całej antypolskiej polityki Stalina
realizowanej już na długo przed
wybuchem wojny. Polityki, której
podłożem była motywowana ideologicznie nienawiść do Polaków i
chęć ich wyeliminowania jako grupy etnicznej.”
Najnowszy kwartalnik, podobnie
jak i wcześniejsze, zawiera następujące działy tematyczne: wspomnienia, listy i polemiki, ludobójstwo na
Kresach, współczesne stosunki polsko-ukraińskie, uroczystości związane z Kresami, inne oraz biblioteka
kresowiaka.
W rocznicę Podkamienia
Stanisław Chodorowski
W Sali Sesyjnej Starostwa Powiatowego w Wołowie – 16 marca 2012
roku odbyło się spotkanie z okazji
68 rocznicy mordu ludności polskiej w Podkamieniu. Spotkanie
połączono z prelekcją historyczną
na temat ludobójstwa na Kresach.
Organizator - Stowarzyszenie Kresowe „Podkamień” oraz Biblioteka
Pedagogiczna w Wołowie, zatroszczył się również o oprawę religijną.
Rozważania nad rocznicą mordu
rozpoczęła mszą św. w kościele pod
wezwaniem św. Wawrzyńca w Wołowie, którą celebrował ks. Stanisław Małysa.
Po uroczystej mszy świętej uczestnicy przedsięwzięcia spotkali się w
Starostwie Powiatowym w Wołowie,
gdzie gości powitał Starosta - Marek
Gajos. Następnie Stanisław Srokowski opowiedział o związkach swojej
twórczości z wydarzeniami na Kresach. Przybliżył słuchaczom swoją trylogię: „Ukraiński kochanek”,
„Zdrada” oraz „Ślepcy idą do nieba”.
Sylwetkę Stanisława Srokowskiego
– znanego pisarza, przedstawiła słuchaczom Agnieszka Jarosz z Biblioteki Pedagogicznej w Wołowie.
Strona 30 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Słowo na temat Kresów wygłosił również Prezes Stowarzyszenia
Kresowego „Podkamień” - Henryk
Bajewicz. W swoim wystąpieniu
przypomniał on o tragicznych wydarzeniach z 12 marca 1944 roku w
Podkamieniu, polemizując ze słowami zwolenników teorii pojednania za
wszelką cenę. Opowiedział między
innymi o dotychczasowych trudach
budowy pomnika upamiętniającego
zamordowanych w miejscowości
Podkamień na Ukrainie. Nakreślił
także w ogólnym zarysie plany organizacji uroczystości odsłonięcia i po-
święcenia pomnika w Podkamieniu.
Ostatni z prelegentów - prof. Bogusław Paź opowiedział zebranym o
organizacji konferencji naukowej w
czerwcu 2010 roku oraz o jej efekcie, którym jest się tom: „Prawda
historyczna a prawda polityczna.
Ludobójstwo na Kresach południowo-wschodniej Polski w latach
1939-1946”. Konkludując swoje rozważania redaktor tomu przedstawił
problemy z jakimi spotkał się przy
organizacji konferencji, jak i przy
publikacji.
Na zakończenie zgromadzone audytorium obejrzało fragment filmu
przedstawiającego efekty wyjazdu szkoleniowego nauczycieli historyków szkół dolnośląskich na
Kresy, który został zorganizowany
przez Dyrektor Powiatowego Centrum Edukacji i Pomocy Psychologiczno-Pedagogicznej w Wołowie
– Krystynę Adaśko. Dodatkowo
po wszystkich prelekcjach rozlosowano wśród uczestników spotkania
pamiątkowe upominki książkowe,
które ufundowało Stowarzyszenie
Kresowe „Podkamień”.
Msza poświęcona tragicznej
śmierci d-cy 27 Wołyńskiej
Dywizji Piechoty AK
Redakcja
W dniu 18 kwietnia o godzinie 18:00
w kościele parafii Rzymsko-Katolickiej pw. Matki Bożej Królowej Polski
przy ul. Gdańskiej 6A w Warszawie
odbędzie się msza poświęcona tragicznej śmierci d-cy 27 Wołyńskiej
Dywizji Piechoty AK.
Jan Wojciech Kiwerski urodził się
23 maja 1910 r. w Krakowie jako
syn le­karza — Władysława i Marii z
Rogalskich. Gdy miał 9 lat, umarł mu
ojciec, zaś w 5 lat później — matka.
W 14 roku życia został przyjęty do
Korpusu Kadetów Nr 2 (w Modlinie,
przeniesiony w 1926 r. do Chełmna).
W czerwcu 1928 r. otrzy­mał maturę
z wyróżnieniem i jako jeden z najlepszych absolwentów skorzystał i.
prawa wyboru broni, obierając sobie
dalszą służbę w wojskach saperskich.
W czerwcu 1928 r. wstąpił do Szkoły Podchorążych Inżynierii w Warszawie, któ­rą ukończył w sierpniu
1931 r. w stopniu podporucznika i
rozpoczął służbę w 3. baonie saperów w Wilnie, jako dowódca plutonu
w 3. kompanii saperów, dowo­dzonej
przez kpt. Franciszka Niepokólczyckiego (oficera, który wywarł duży
wpływ na jego dalszą karierę wojskową). Wkrótce został przeniesiony
na stanowisko in­struktora do szkoły
podoficerskiej istniejącej przy 3. baonie saperów. W czasie służby w Wilnie dał się poznać jako oficer o wysokich umiejętnościach zawodo­wych i
dużych zdolnościach dydaktycznych,
zdobywając sobie szybko szacunek
żołnierzy i uznanie przełożonych. 19
marca 1933 r. otrzymał przyspieszony awans ■ia porucznika ze starszeństwem od 1 stycznia 1933 r.
www.ksi.kresy.info.pl
Przeniesiony z Wilna do kompanii
przepraw rzecznych Baonu Mostowego v Kazuniu w 1934 r., dowodził tam plutonem do lipca 1937 r.,
tj. do czasu powo-' iania go do Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie.
Studia w niej ukończył 18 sierpnia
1939 r. uzyskując tytuł oficera dyplomowanego. Awans do stopnia
kapi­tana uzyskał już wcześniej, 19
marca 1939 r., stając się wówczas
jednym z naj­młodszych kapitanów
w WP.
został mjr Franciszek Niepokólczycki, a oficerem opera­cyjnym i
jednocześnie zastępcą komendanta — kpt. Kiwerski. Od 1942 r. był
dowódcą Oddziałów Dyspozycyjnych ZO, potem Oddziałów Dyspozycyjnych („Mo-tor"-„Sztuka")
Kedywu Komendy Głównej AK,
używając pseudonimów „Ziomek",
Rudzki", „Kalinowski", „Lipiński",
później „Dyrektor". W listopadzie
1942 r. awansowany do stopnia
majora.
20 sierpnia 1939 r. wyjechał do
Grodna, do rejonu mobilizacji 33.
Rezerwowej Dywizji Piechoty, aby
objąć funkcję oficera operacyjnego sztabu Dywizji, wcho­dzącej w
skład Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew". W czasie walk
Grupa „Narew" 6 września przeszła
w bojach nad Narwią i Bugiem.
Część żołnierzy 33. Rezerwowej
Dywizji Piechoty dotarła wkrótce
do rejonu działania Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie".
Wśród nich był też kpt. dypl. Jan
W. Kiwerski. Po kapitulacji pod
Kockiem (5 października 1939 r.)
gen. Kleeberg pozwolił odejść z
pola walki tym żołnierzom, którzy
nie chcieli iść do niewoli. Jan W.
Kiwerski skorzystał z tego pozwolenia.
Mjr Kiwerski często dowodził
osobiście zespołami żołnierzy w
akcjach dywer­syjnych. Najważniejsze z nich to tzw. „Wieniec"
(sparaliżowanie działalności warszawskiego węzła kolejowego),
odbicie więźniów pod Arsenałem,
organizowa­nie ucieczek aresztowanych żołnierzy podziemia z oddziału więziennego szpitala p.w.
Jana Bożego w Warszawie, akcja w
Celestynowie.
Dotarł do Warszawy w listopadzie
1939 r., spotykając tam wkrótce
mjr. Fran­ciszka Niepokólczyckiego. Od grudnia 1939 r. lub stycznia
1940 r. wchodził do *zw. sztabu
dywersji SZP, stworzonego i kierowanego przez Niepokólczyckiego
Kiedy w kwietniu 1940 r. powstał
Związek Odwetu, jako organ walki
bieżącej ZWZ, jego komendantem
W grudniu 1943 r. mjr „Oliwa"
otrzymał nominację na stanowisko
szefa sztabu Okręgu Wołyń. Udał
się więc na Wołyń, aby zorientować się w panującej tam sy­tuacji.
Wkrótce powrócił do Warszawy,
aby zdać swoje dotychczasowe
obowiązki i przygotować się do
wyjazdu na nową placówkę. Tymczasem zmieniły się rozka­zy, z
którymi dnia 2 lutego 1944 r. „Oliwa" wyjechał do Kowla, a 5 lutego 1944 r. dotarł do kwatery dowodzenia płk. „Lubonia". W myśl
przywiezionych przez .Oliwę" rozkazów „Luboń" miał udać się do
Warszawy na nowe stanowisko, zaś
mjr dypl. „Oliwa" przejąć dowództwo Okręgu Wołyń. 18 lutego 1944
r. mjr „Oliwa' objął dowództwo powstałej z sił Okręgu 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK.
Na Wołyniu mjr dypl. „Oliwa"
dał się poznać jako bardzo wartościowy do­wódca, wykorzystujący
wszystkie zdobyte w swej dotychczasowej pracy umiejętności i całe
doświadczenie. Dokładnie i szybko
rozpoznał poszczególne oddziały
Dywizji i ich możliwości bojowe,
wniósł nowe wartości w zakresie
szkolenia żołnierzy Był przez nich
szanowany i lubiany jako dowódca
stanowczy, postępujący rzetel­nie.
Dnia 18 kwietnia 1944 r. w południe Jan Wojciech Kiwerski poległ tragicznie, w okolicznościach
do dziś nie w pełni wyjaśnionych.
Zwłoki ppłk. dypl. „Oliwy" przewieziono do gajówki Stężarzyce i
tam pochowano.
Ppłk dypl. Jan Wojciech Kiwerski
ps. „Oliwa" odznaczony był Krzyżem Virtuti Militari TV klasy, V
klasy i Krzyżem Walecznych.
Z małżeństwa z Izabelą z domu
Dorożyńską pozostawił córkę, Barbarę.
We wrześniu 1989 jego zwłoki
ekshumowano i umieszczono tymczasowo w Kościele Garnizonowym w Warszawie. 21 kwietnia
1990 zostały uroczyście złożone
na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach w Warszawie w Kwaterze
Harcerskiego Batalionu AK "Zośka". Wraz z nim pochowano dwóch
żołnierzy poległych podczas niespodziewanej bitwy.
20 kwietnia 1990 prezydent RP
awansował go pośmiertnie na generała brygady
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 31
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Święto Słowa
Wiesław Pisarski
Języki polski i ukraiński są jednymi z piękniejszych języków
świata. Brzmią świetnie w języku
literackim – w poezji i w prozie.
Można było się o tym przekonać w
czasie V Konkursu Recytatorskiego Poezji i Prozy Polskiej w Łucku dnia 24 lutego, gdy 64 uczestników przekazywało swe uczucia
i emocje recytując poezję i prozę
polską na pięknej scenie w Domu
Kultury „Proswita”. Konkurs odbył się pod patronatem Konsula
Generalnego
Rzeczypospolitej
Polskiej w Łucku pana Marka
Martinka, Prezydenta Lublina
Krzysztofa Żuka i Mera Łucka
Mykoły Romaniuka. Patronem
medialnym był „Monitor Wołyński” dwutygodnik polsko – ukraiński. Na konkursie spotkali się
nauczyciele wysłani przez Ośrodek Rozwoju Polskiej Edukacji za
Granicą do pracy na Zachodniej
Ukrainie: pani Jadwiga Demczuk,
pani Magdalena Strama i pan
Wiesław Pisarski.Pani Magdalena Strama przyjechała ze Złoczowa, aby zarecytować dwa wiersze
Juliana Tuwima “Chrystus miasta” i “Mieszkańcy” oraz krótki
wiersz własny „Lvivskie kocie”.
Pan Wiesław Pisarski recytował
fragment „Pamiętnika” Janusza
Korczaka, „Berlin 19134” Juliana
Tuwima i przygotował fragment
„Ulany” J.I. Kraszewskiego, której akcja dzieje się we wsi wołyńskiej Omelne. Pani Jadwiga Demczuk przygotowała troje swoich
uczniów do recytacji. Jej uczennica Dasza Chyżnian znalazła się
w gronie nagrodzonych wyjazdem na V Spotkanie Mistrzów
Słowa w Lublinie. Recytowała
dwa wiersze: Wisławy Szymborskiej „Kot w pustym mieszkaniu’
oraz „Januszowi Korczakowi” ks.
Jana Twardowskiego. Ze Szkoły
Polskiej w Dubnie do finału w
Lublinie awansowała uczennica
Marija Andruchiw za dobrą recytację wiersza „Gwiezdny Blues”
Adama Ziemianina oraz „Contra
spem spero” Marii Konopnickiej. Pan Wiesław Pisarski został
wyróżniony za swój recytatorski
występ. Otrzymał w nagrodę,
oprócz dyplomu, dwujęzyczny
tomik poezji Wisławy Szymborskiej „Chwila” – „Moment”. Do
konkursu przygotował również
troje uczennic Anię Żukowską,
która recytowała wiersze Jana
Twardowskiego „Spieszmy się
kochać ludzi”, i Adama Asnyka
„Miedzy nami niv nie było”, Alonę Żukowską, która recytowała
wiersze Narcyzy Żmichowskiej
„Pewność” i Jana Twardowskiego „Co to znaczy miłość” oraz
Bohdanę Nakoneczną, która recytowała fragment „Kajtusia
Czarodzieja” Janusza Korczaka i
wiersz Marii Konopnickiej „Pre-
ludium”. W jury zasiedli: p. Anna
V Polsko – Ukraińskie Spotkanie
Wręczanie nagród
/ Jadwiga Demczuk ze swoimi uczennicami
/ Uczennice z Kowla
kursu, p. Ninę Porębską- prezesa
Krawczyk - komisarz, Witold
Dombowski – aktor Teatru NN,
Galina Każan - aktorka Rimma
Redczuk – filolog. Nauczyciele
języka polskiego pokazali swoje umiejętności praktycznie, na
scenie, przed swoimi uczniami,
uczniowie – recytatorzy miłośnicy literatury polskiej bardzo
przeżywali swój występ, były
okrzyki radości i łzy przegranej.
Wszyscy organizatorzy otrzymali
podziękowania i drobne upominki
za swój wysiłek i trud włożony w
przeprowadzenie kolejnych edycji konkursów. Wymieniono tu
p. Sofię Muliar, p. Natalię Krancikową, redaktora naczelnego
„Monitora Wołyńskiego” Walentego Wakoluka za reklamę kon-
Strona 32 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/ Magdalena Strama
/ Wiesław Pisarski
TKP im. T. Kościuszki,p. Annę
Krawczyk, p. Tatianę Kratiw, p.
Michała Karapudę, Nauczyciele
wysłani przez ORPEG otrzymali
specjalne podziękowanie za popularyzacje literatury polskiej na
Ukrainie i literatury ukraińskiej w
Polsce oraz krzewienie sztuki recytacji oraz nagrody. Nagrodzeni
recytatorzy pojadą do Lublina na
Mistrzów Słowa w dniach 30.03.
– 1.04. 2012. Najważniejsze jest
jednak to, że słowo poetyckie
żyje wśród młodych ludzi, w ich
sercach i umysłach.
Zdjęcia: Magdalena Strama
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
W Babicach nie zapominają o wydarzeniach na
Kresach Wschodnich
Redakcja
Babice leżą na rubieżach Polski
przy granicy z Czechami. Oczywiście chodzi tu o Babice w powiecie
głubczyckim, w gminie Baborów.
To tu przybyli po II wojnie światowej dawni mieszkańcy Kresów
Południowo Wschodnich II RP.
Między innymi trafili tu mieszkańcy
Majdanu Pieniackiego wsi położonej ok. 3 km od Huty Pieniackiej.
O wydarzeniach z 28 lutego 1944
r., w tej miejscowości, pisaliśmy w
lutowym wydaniu KSI w dziale historia, relacje, wspomnienia. Miała
tam miejsce jedna z największych
zbrodni dokonanej na Polakach
przez nacjonalistów ukraińskich
na dawnych Kresach Południowo
Wschodnich II Rzeczypospolitej.
uważają za normalny obowiązek
wobec przodków i historii narodowej. Za czasów PRL-u nie
wiele mówiło się o mordach na
Kresach ze względu na pozytywny wizerunek braterskiego narodu
radzieckiego. Z chwilą odzyskania przez nasz kraj prawdziwej
niepodległości wszystko ożyło.
Pozostali przy życiu świadkowie
tamtych czasów i ich potomkowie postanowili uczcić pamięć
pomordowanych Polaków.
W
2002 roku na murze obok kościoła w Babicach umieszczono tablicę pamięci ludobójstwa w Hucie
Pieniackiej na Kresach, jest tam
również figura Matki Bożej i park
z ławkami przy kościele ufundowany przez ludność niemiecką,
kiedyś zamieszkującą te tereny.
/ foto - http://www.babice.waw.pl/babice_baborow1.jpg
Mieszkańcy Babic sami o sobie piszą: „ Wieś jak każda inna - kościół,
straż, dom ludowy, droga asfaltowa
przez środek wsi (droga łącząca Baborów i Głubczyce). Pozostałe drogi
to kocie łby lub piasek”.
Na figurze i ławce widnieją napisy niemieckie i polskie. Od tego
czasu uroczystości rocznicowe w
Babicach są obchodzone co roku.
Mimo, że w minionym okresie
zmieniło się trzech burmistrzów
/ foto - (http://www.babice.waw.pl/babice_baborow.htm)
Jednak nie jest to zwykła wieś i
zwykli ludzie, chociaż to co robią
i trzech proboszczów tradycja
przetrwała. W tym roku również
4 marca odbyły się uroczyste obchody kolejnej rocznicy tragedii
kresowej. Obecna pani burmistrz
Elżbieta Kielska jest związana z
uroczystościami znacznie dłużej niż jej kadencja .Wcześniej
kiedy była dyrektorem zespołu
szkół: podstawowej i gimnazjum
dostrzegła potrzebę nie tylko edukacji, ale i patriotycznego wychowania. Mając własne korzenie
kresowe potrafiła zainteresować i
zaangażować młodzieży szkolną
w proces utrwalania pamięci narodowej. Kolejni proboszczowie
również czynnie włączyli się w
ten wspaniały proces edukacyjnopatriotyczny okolicznej młodzieży i dzieci. Dowodem tego było
chociażby gorące kazanie podczas tegorocznej uroczystej mszy
rocznicowej. Dziś to wszystko
procentuje. Młodzież z Baborowa zaprezentowała zebranym,
specjalny na tą okoliczność, historyczno- patriotyczny spektakl.
Godny uwagi jest również udział
w uroczystościach harcerzy z
hufca w Głubczycach. Mówcy
przemawiający na uroczystości
podtrzymywali wcześniej zapalony płomień pamięci narodowej
wśród następnych pokoleń kresowych. Tym sposobem pamięć o
Kresach Wschodnich II RP wpisuję się w obchody patriotyczne
na obecnych Kresach Zachodnich
naszego kraju. Województwo
Opolskie jest jednym z przodujących w tych sprawach, nie ma
tam problemu z poprawnością polityczną. Na uroczystość w Babicach zjechali się, nie tylko, przedstawiciele środowisk kresowych
z bliska i daleka ale i przedstawiciele terenowej administracji państwowej. Wice-wojewoda odznaczył medalem Opiekuna Miejsc
Pamięci Narodowej Józefa Kobylańskiego, mieszkańca tej wspaniałej ziemi. Środowiska kombatanckie uhonorowały najbardziej
zaangażowanych
w ochronę
pamięci narodowej specjalnymi dyplomami uznania . Wśród
tych osób oczywiście nie zabrakło pani burmistrz Ewy Kielskiej
i komendanta Hufca z Głubczyc.
Warto wspomnieć, że w uroczystościach brali również przedstawiciele uczestników pielgrzymki
do Huty Pieniackiej, która odbyła się 28 lutego bieżącego roku.
Wszyscy razem po uroczystej
mszy złożyli kwiaty i zapalili znicze pod pamiątkową tablicą. Na
zakończenie gospodarze zaprosili
wszystkich do świetlicy wiejskiej
gdzie serwowano bigos, gorącą
kiełbasę i deser. „Gościłam blisko
140 osób”, powiedziała nam pani
/ foto -Tablica i Spektakl młodzieży z Baborowa poniżej
burmistrz Elżbieta Kielska. Poinformowała również, że od dwóch
lat działa komitet budowy pomnika ofiar ludobójstwa na Kresach.
Na jesieni bieżącego roku ma
dojść do uroczystego odsłonięcia. Redakcja Kresowego Serwisu Informacyjnego będzie chciała
uczestniczyć w tej uroczystości
by zrelacjonować to wydarzenie
naszym czytelnikom.
Filmowy przekaz o uroczystościach z 4marca bieżącego roku
w Babicach można znaleźć odwiedzając stronę TV Głubczyce
www.tvglubczyce.pl.
Prezentowane z uroczystości
zdjęcia wykonał Jacek Tomczak
a udostępnił Stanisław Wodyński.
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 33
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Upamiętnić pomordowanych przez ukraińskich
nacjonalistów!
Stanisław Wodyński
W szacownych murach przy ul.
Katedralnej 4 na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu odbyło się
17 marca b.r. Walne Zgromadzenie Członków Stowarzyszenia
ność Mariampolan, przez prawie
dwa minione dziesięciolecia skupiona była przede wszystkim
na budowaniu wzajemnych relacji zmierzających do pojednania z obecnie mieszkającymi w
opuszczonych przez nich domach
Ukraińcami.
/ Ukraińcy żywią kult do wizerunku Matki Boskiej Hetmańskiej
/ Dyskusja była bardzo ożywiona
Wspólnota Mariampolska.
Diaspora dawnych mieszkańców,
tego malowniczo położonego na
wysokiej skarpie nad Dniestrem
miasteczka rozrzucona jest, tak
jak inne kresowe społeczności na
Ziemiach Odzyskanych od Szczecina po granice z Czechami na
południowowschodniej Opolszczyźnie.
Uchodząc z Ziem Utraconych
w wyniku zmowy jałtańskiej,
oprócz skromnego dobytku wypędzeni zabrali z sobą niewygasłą
dotąd i przekazywaną już trzeciemu pokoleniu nostalgię do małej
ojczyzny, pozostającej obecnie w
innym państwie.
Teraz zgromadzili się w cieniu
archikatedry nie tylko po to żeby
dokonać formalności związanych z przyjęciem sprawozdania
za miniony rok, udzielenia absolutorium zarządowi ale przede
wszystkim po to, żeby wytyczyć
strategiczne cele działania na
przyszłość, jakimi jak się okazało w wyniku ożywionej dyskusji
ma być godne upamiętnienie pomordowanych przez ukraińskich
nacjonalistów.
Dotychczasowa bowiem działal-
Pod przewodnictwem duchowym, jak również, najbardziej w
tego słowa znaczeniu dosłownym
kierownictwem - księdza kustosza kościoła NMP na Piasku we
Wrocławiu Stanisława Pawlaczka - pokonano na tej drodze wiele przeszkód i uprzedzeń o czym
w numerze 9 KSI pisałem w „28
sierpnia 2003 r. w Mariampolu”.
Wypracowano wiele już tradycyjnych form wzajemnych kontaktów, którym patronują laskami
słynący wizerunek Matki Boskiej
Hetmańskiej, która wraz z wypędzonymi ze Wschodu znalazła
schronienie we Wrocławiu i kopia
tego obrazu ufundowana przez
Stanisława Tomczaka przekazano Ukraińcom do mariampolskiej
cerkwi.
Obecnie, zdaniem uczestników
zebrania przyszła pora na uczczenie tam, na Ukrainie pamięci ofiary życia złożonej przez mieszkańców miasteczka i pobliskiej
Mariampolowi wsi Wołczków.
Zostali oni zabici przez ukraińskich nacjonalistów pod koniec II
Wojny Światowej tylko dlatego,
że byli Polakami.
Zobowiązano zatem Zarząd Sto-
warzyszenia do opracowania harmonogramu działań jakie należy
podjąć żeby w najbliższej przyszłości, w sposób najbardziej wyrazisty ale również możliwy do
przyjęcia przez stroną ukraińską
można było tego dokonać.
Najbliższe w kalendarzu aktywności Kresowian wydarzenia
mogą temu szczególnie sprzyjać.
Już bowiem za tydzień wyrusza na
Ukrainę II Konwój „Wschodniej
Misji Miłosierdzia” humanitarnego projektu pomocy w poprawie
warunków tamtejszych placówek
leczniczych. Na początek akcją
został objęty szpital w Mariampolu. W zeszłym roku został tam dostarczony sprzęt rehabilitacyjny,
który umożliwił uruchomienie w
przyszpitalnym ośrodku zdrowia
wypożyczalni.
Teraz „Misja”, w którą poza członkami Stowarzyszenia Wspólnota
Mariampolska zaangażowane jest
Stowarzyszenie im. dr Edmunda
Wojtyły w Wadowicach. Zakład
Aktywności Zawodowej im. Jana
Pawła II w Branicach i Klinika
Medyczna w Getyndze w Niemczech a także patron medialny
Kresowy Serwis Informacyjny,
ma zadanie przekazać do szpitali
w Mariampolu i Złoczowie pozy-
/ Z Ukraińcami trzeba i warto rozmawiać.
nością będzie tradycyjny już pielgrzymkowy wyjazd do Mariampola, który zaplanowany jest w
dniach 12-19 czerwca br. Wtedy
tam odbywać się będą „centralne diecezjalne (grekokatolickie)
obchody poświęcone sprawom
Rodziny w dzisiejszych czasach.
Szczegółowe informacje na temat
tego wyjazdu udzielają Ks.Stanisław Pawlaczek tel: 71/3271159
kom: 0606631114, oraz prezes
stowarzyszenia
Andrzej Tarnowski tel. 71/3292882 kom:
0600059034.
/ Przemawia Prezes Andrzej Tarnowski.
/ Dostarczyliśmy już na Ukrainę sprzęt rehabilitacyjny
Strona 34 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
skane już:
aparaty USG, przenośny aparat
rentgenowski, wózki inwalidzkie,
łóżka wraz z materacami przystosowane do pielęgnacji obłożnie
chorych. Kolejną, sprzyjającą
do pozyskania przychylności dla
planów stowarzyszenia okolicz-
Na zakończenie obrad Walne Zgromadzenie zwróciło się
w formie specjalnej uchwały do
Kresowian o dzielenie się ze Stowarzyszeniem pamiątkami materialnymi i wspomnieniami związanymi z Mariampolem z czasów,
które są przecież coraz bardziej
odległe, ulegają erozji zapomnienia, przechodzą do historii.
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
Krakowsko Lwowsko - hebra Kresowa
my si chyba troszku spudubali to
na zaproszeni uklaskami wykonali my trzy "bis" (ni mylić z proszkim du prania) odebrali prezynt
- "Płytki z piosenkami z 5-ciu lat
Festiwalu " i pohulali du domu !
Gdyby nas chciał ktoś pusłuchać
to zapraszamy na naszy strony
intyrnytowy - www.tyligentnebatiary.pl i na zakładce Galeria są
naszy piusenki. Du miłegu słuchania !!!
Adaśku Żurawski
3 marca 2012 r. godz.17:00 w
Centrum Kultury im. Św. Jadwigi
w Krakowie odbył się KONCERT
„Tylko we Lwowie”.
My wystąpiliśmy na koniec koncertu jako Gość zaproszony przez
Pana Karola Wróblewskiego Dyryktora Festiwalu i Presesa
Stowarzyszenia Chawira. (Warto
w tym miejscu przypomnieć, że
Towarzystwo Kresowe "Chawira"
powstało z zamiarem popularyzowania piosenek polskich z okresu
międzywojennego,
kresowych,
patriotycznych a także piosenek
światowych z okresu pierwszej
połowy XX wieku .Nie posiada ono statutu prawnego dlatego
opiera swoją działalność na patronacie Fundacji Ocalenia Kultury
Kresowej "Chawira" z Krakowa
w charakterze "koła Fundacji".
Towarzystwo Kresowe "Chawira" wspiera Ogólnopolski Festiwal Piosenki Lwowskiej od jego
pierwszej edycji w 2007r).
Zaśpiewaliśmi piosenki o tematyce niedawno zakończonego
karnawału z myślą o" Tylko we
Lwowie"!
A wiec " Bal u Bambach", Bal u
ciotki Bańdziuchowy" i " Bal u
Weteranów"! A ponieważ publicy
Bal Kotylionowy w Restauracji
„Pod Gruszką”
Pozwalam sobi jeszcze wspomnieć i pokazać kilka fotek z
Karnawałowego Balu Kotylionowego, który odbył się w Krakowie dnia 28 01 2012 w Restauracji
"Pod Gruszką" przy ul. Szczepańskiej. Główną inicjatorką i organizatorką była urocza, miła i nie
strudzona Anusia Stengl. Na bal
przybyła jak w piosency "..cała
wiara z Łyczakowa - przepraszam
co ja mówim z Krakowa" jednym
słowym Krakowska Lwowsko
- Kresowa hebra. Bal zaszczyciły tak znakomite osobistości jak
siostry Pani Emma i Pani Zosia
- nestorki Krakowskiego TML-u.
Przepiękne rozbawiane gębusie
wraz z kolorowymi kotylonami
( nie przykręcać słowa ) można
zubaczyć na zdjęciach. Przy znakomitych walcach, tangach,mazurach, polkach i innych fuxtrotach granych przez Pana Ryszarda
tańcom ni byłu końca du czasu (
jak si zjawili dwaj cywili ) a winc
po północy. Ni brakowału tyż bufytowych zpiwajłów i piusenyk
"..dziś bal u Banbacha.. albu a
nasza ciotka Bańdziuchowa" !!! A
na konic zaśpiwali nimalży Karnawałowy Hymn "Na bal w TML-u tyż przyjdź
przyjacielu, prawdziwy zubaczysz
tam cyrk.
Tam checa za checu i wicy pulecu
i kużdyn zabawi si świrk.
Tam chodzu batiary i młody i stary
, tam hebra murowa na fest.
Wienc nie buńć maruda, na bal
nasz si udaj kto śmieji si ten młody jest"
Ref. " Siup Maniusiu muzyczka
gra......."
Na koniec jeszcze konkurs dla
czytelników KSI
"Ile lat liczy sobie ta tańcząca
Para" ???
Dla tej osoby która odgadnie w
nagrodę deklaruję płytkę z piosenkami "Tyligentnych Batiarów " !!!
[email protected]
Do usłyszenia i zubaczenia !
Pozdrawiam ! Całuji rączki i padam do nóg !!!
Balowy tancior i zapiwajłu - Tyligentny Batiar - Adaśku Żurawski
!!!
Daj Wam Boży wszystkiegu dubregu !
/ Kutyliunowy Bal Karnawałowy - bufyt aligacku zastawiony
www.ksi.kresy.info.pl
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 35
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
DEBATA POLONIJNA
Zofia Wojciechowska
Witam i pozdrawiam serdecznie
rodaków w kraju i za granicą. W
pierwszych dniach wiosny zapraszam do udziału w dyskusji związanej ze sprawą opieki państwa polskiego nad Polakami pozostającymi
poza granicami. Informowaliśmy
o zmianach w systemie finansowania. Ustalono, że w gestii Senatu RP
pozostaje (zaledwie )10 mln zł zaś
Ministerstwo Spraw Zagranicznych
otrzymało do dyspozycji ponad 60
mln zł.
W programie „Plan współpracy z
Polonią na 2012 rok” opracowanym
przez resort Ministerstwa Spraw
Zagranicznych nie zostały przyjęte
rozwiązania dające szansę polskim
organizacje pozarządowym NGO
działającym na rzecz Polaków poza
granicami. Dotychczas oprócz Stowarzyszenia Wspólnota Polska,
Pomoc Polakom Na Wschodzie,
Fundacja Semper Polonia one także posiadały możliwość niesienia
pomocy i pozyskiwania środków
na realizację wspólnych działań z
Polonią. Stwierdzenie MSZ o rozdrobnieniu środków, przekreślenie
22 lat misji opartej na założeniach
wypracowanych przez takie autorytety jak prof. Andrzej Stelmachowski odnoszące się do zadań Senatu
RP jest jednoznaczne z tym, że
olbrzymia część projektów nie zostanie zrealizowana. W każdy taki
projekt zaangażowani są działacze
polonijni, większość z nich dotyczy przyjazdów dzieci i młodzieży
do Polski na wakacje. Pozbawia się
najbardziej potrzebujących możliwości utrzymania kontaktu z Ojczyzną. Naraża na straty moralne
i ponoszenie kosztów społecznych
przez nas wszystkich. Projekty, w
które włożono wiele pracy jesienią
2011 roku obecnie trafiły do kosza.
Program POMOST Radia Wnet
przygotowuje debatę. Przy radiowym stole m.in. senator RP Zbigniew Romaszewski ( PiS) , senator
Stanisław Kogut (PiS), senator Marek Konopka (PO), senator Łukasz
Abgarowicz, prof. Tomasz Borecki- społeczny doradca Prezydenta
RP, poseł Joanna Fabisiak ( PO),
poseł Dariusz Piontkowski ( PiS)
pracownicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych i Kancelarii Prezydenta
RP, poseł Jarosław Zieliński ( PiS),
senator Joanna Sagatowska, senator
Anna Bogucka- Skowrońska dla
naszego radia i Polonii wypowiedział się Sekretarz Stanu Kancelarii
Prezydenta RP Olgierd Dziekoński,
działacze Stowarzyszenia Wspólnota Polska i innych organizacji NGO
oraz wielu innych.
Pragnę zapytać Polonię z Chicago czy potrzebują naszej obecności w swoim życiu, jakiej oczekują
współpracy od polskich organizacji
i od działaczy społecznych, czy jest
dla nich ważne jaki kształt będzie
miała dalsza współpraca. Obecnie wprowadzony przez MSZ plan
współpracy pozbawił setki polskich
organizacji działających dla Polonii możliwości m.in. sfinansowania przyjazdu polskich dzieci za
wschodniej granicy. Czy Polakom z
Europy środkowej i zachodniej należy pomóc wydawać polskie gazety nawet jeśli nie będą dochodowe.
Mamy pytanie - czego chce młoda
Polonia, ludzie którzy niedawno zamieszkali za oceanem- może nic>
? a jeśli coś- to co to jest? Może my
w Polsce nie wiemy ? Zapewniam
chcemy poznać Wasze zdanie. Debata odbędzie się przy mikrofonie
w naszym radiowym studio, wypowiedzi słuchaczy umieścimy na naszych stronach- zapraszam do dyskusji i współdecydowania. Bądźmy
obywatelsko nieposłuszni i niepokorni złamiemy stereotyp Polaka,
któremu wszystko jedno…
Zapraszam na cykliczne spotkania
na antenie Radia Wnet w każdą środę, a także na audycje Programu Pomost związane ze sprawą
http://www.radiownet.pl/publikacje/wspolnota-polskich-spraw-stare-i-nowe
http://www.radiownet.pl/publikacje/audycja-zyja-na-litwie-i-nie-tylko
http://www.radiownet.pl/publika-
cje/audycja-zielone-z-niezwyklymi-goscmi
http://www.radiownet.pl/publikacje/korespondencja-polonijna-z-msz
http://www.radiownet.pl/publikacje/konkus-msz-wspolpraca-zpolonia-i-polakami-za-granica
http://www.radiownet.pl/publikacje/krach-wizji-wspolpracy-z-polonia
http://www.radiownet.pl/publikacje/kase-dla-polonii-dzieli-msz
Na Ukrainie nie jest łatwo robić dobre uczynki.
Stanisław Wodyński.
II konwój "Wschodniej Misji Miłosierdzia" powrócił już szczęśliwie
do domu, dzięki miedzy innymi pozytywnej energii wytwarzanej przez
tych, którzy kibicowali nam w wyprawie, za co od razu, na samym
początku relacji dziękuję !!! Nie
udało się nam wprawdzie pokonać
bariery nieżyczliwości, stworzonej
przez funkcjonariuszy państwa, które tak za bardzo o swoich obywateli
nie dba ale za to uruchomiliśmy cały
łańcuch ludzi dobrej woli, którzy w
przeświadczeniu o szlachetności naszych intencji, w trudnych chwilach
nam pomagali. Jak się bowiem okazuje, nie jest ani łatwo, ani prosto na
Ukrainie robić dobre uczynki. Dzięki
uprzejmości Straży Granicznej, która
na przejściu w Medyce przeprawiła
nasz konwój, poza dosyć długą kolejką, oczekujących na pokonanie
kordonu samochodów, byliśmy na
granicy z Ukrainą w sobotę w samo
południe. Mając w pamięci zeszłoroczny wyjazd, kiedy to bez specjalnych problemów udało się nam
wwieźć na Ukrainę sprzęt rehabilitacyjny, który trafił do Mariampola
nad Dniestrem, do tamtejszej wypożyczalni, utworzonej przy ośrodku zdrowia, byliśmy przekonani, że
transport z pomocą humanitarną
skierowaną do publicznych placówek zdrowia na Ukrainie, będzie tak
jak poprzedni, zwolniony z cła. Niestety, celnicy ukraińscy nie chcieli
się na to zgodzić. Na nic się zdały
rozmowy z nimi. Byli wyraźnie, w
stosunku do zeszłego roku usztywnieni. W tej sytuacji postanowiliśmy
z konwojem, złożonym z samochodu
osobowego i ciężarowego wrócić do
Polski. Jednak determinacja w realizacji celu jakim jest udzielenie pomocy tamtejszemu społeczeństwu,
podsunęła nam pomysł zmagazynowania wiezionego sprzętu i aparatury jak najbliżej granicy i podjęcia
/ Funkcjonariusze Straży Granicznej byli nam bardzo przychylni
działań pokonujących niespodziewaną przez nas przeciwność . Wtedy z pomocą przyszedł nam ksiądz
proboszcz z Krasiczyna, który skontaktował nas z księdzem dyrektorem
"Caritasu" diecezji przemyskiej.
Dzięki czemu udało się nasz ładunek
zdeponować w strzeżonym magazynie. Mogliśmy zatem znowu wrócić
na przejście graniczne w Medyce już
tylko samochodem osobowym i po
przybyciu do Złoczowa zawiadomić
beneficjentów naszej Misji o kłopotach na granicy. Zgodnie z naszymi
przewidywaniami, naczelny lekarz
tamtejszego szpitala podjął się zadania, uzyskania zwolnienia z opłaty celnej za sprzęt i aparaturę przez
nas przekazywaną i samodzielnego
odebrania transportu zdeponowanego w Przemyślu. Następnie, poprzez
Brzeżany, Monastrzyska i Uście
Zielone dotarliśmy do kolejnego
miejsca, dokąd mieliśmy dostarczyć
sprzęt i aparaturę do Mariampola. W
tamtejszym bowiem małym szpitalu
utworzony został oddział paliatyw-
Strona 36 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
ny, który jest również celem naszych
działań zmierzających do poprawy warunków leczenia i opieki nad
terminalnie chorymi. Z satysfakcją
stwierdziliśmy, że sprzęt przez nas
dostarczony w zeszłym roku jest
właściwie wykorzystywany. Ustali-
liśmy również, że w związku z nieprzychylnym (mamy nadzieje, że
chwilowo) traktowaniem nas przez
tamtejszych funkcjonariuszy granicznych, nasza dalsza pomoc skupi
się na pomocy w zaopatrzeniu tamtejszej placówki szczególnie w leki
/ II Konwój Wschodniej Misji Miłosierdzia
www.ksi.kresy.info.pl
AKTUALNOŚCI - WYDARZENIA - INFORMACJE
przeciwbólowe (nawet te, dostępne u
nas bez recepty) i opatrunkowe. Pociesza nas myśl, iż łatwe spełnianie
dobrych uczynków, tym uczynkom
na dobre nie wychodzi.
W imieniu Wschodniej Misji Miłosierdzia - Stanisław Wodyński.
P.S.
Otrzymałem list z Kijowa który
wiele wyjaśnia, dlatego poniżej go
prezentuję.
Panie Stanisławie, mniejsza o poprawne pisanie w języku ukraińskim. Na granicy po stronie ukraińskiej będzie chodziło o szczeblach
pisma. Jeśli instytucja będzie się
liczyła, to wtedy nie będą wymagać
łapówek. Bo dla nich miłosierdzie
liczy się w gotówce. Nie wiem ale
może teraz przed Euro 2012 jest
mniej korupcji na granicy ale w
skali krajowej korupcja tylko rośnie. Im więcej z nią walki, tym
bardziej rosną stawki. Żałuję, iż
nie mogę pojechać do Złoczowa
aby Państwu pomóc. Wasze miłosierdzie jest godne szacunku, ale
mnie denerwuję to, iż Ukraina, która jest o wiele bogatsza od Polski
potrzebuje pomocy. Gdyby mniej
kradziono w tym kraju, to pieniędzy
wystarczyłoby na wiele potrzebnych
rzeczy.
/ Aparat USG (wyżej) i poniżej materace dla szpitala w Złoczowie
/ Aparat rentgenowski dla szpitala w Złoczowie
Pozdrawiam z całego serca i życzę
sukcesów w tej szlachetnej Misji.
ETL
/ Szpital w Złoczowie
Wołowianie uczcili rocznicę Polaków
pomordowanych w Podkamieniu.
Wojciech Orłowski
Kolejna Konferencja ku czci naszych rodaków pomordowanych w
Podkamieniu W ubiegłym tygodniu w Wołowie uczczono rocznicę
mordu dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach
z Podkamienia w marcu 1944r.
Uroczystości rozpoczęła msza w
intencji pomordowanych w Podkamieniu. Następnie rozpoczęła się
konferencja w Sali Sesyjnej Starostwa Powiatowego w Wołowie z
udziałem Stanisława Srokowskiego
pod tematem "Trylogia kresowa"
www.ksi.kresy.info.pl
na tle zbrodni ludobójstwa UPA.
W dalszej części wysłuchano przemówienia Henryka Bajewicza, ze
Stowarzyszenia Podkamień o wydarzeniach z 12-16 marca 1944r.
Z wyjaśnień wynika, że polski pomnik w Podkamieniu niestety będzie uboższy o 30 nazwisk, na które
nie zgodziła się strona ukraińska.
Rodziny związane z Podkamieniem
chciałyby przede wszystkim uczcić
pomordowanych i ustąpiły z pełnej
listy ofiar.
Poinformowano też, że dzięki staraniom Stowarzyszenia „Podkamień”
i Rady Ochrony Pamięci Walk i
Męczeństwa nastąpi odsłonięcie
pomnika, upamiętniającego pomordowanych Polaków. Odsłonięcie
pomnika może nastąpić już w maju i
w tym celu uda się do Podkamienia
grupa pielgrzymów. W konferencji
uczestniczyła też delegacja Stowarzyszenia „Huta Pieniacka” z prezes Małgorzatą Gośniowską- Kolą,
Franciszkiem Bąkowskim, Ryszardem Kobylańskim, Jerzym Szwaja,
Bogdanem Śmigielskim i wołowskimi rodziny związanymi z Hutą
Pieniacką. Prof. Bogusław Paź wygłosił referat „Prawda polityczna, a
prawda historyczna” o roli pamięci
historycznej i publikacji książki
pod tym tytułem. Prof. Paź podzię-
kował Wojciechowi Orłowskiemu
(współautorowi książki „Prawda
polityczna, a prawda historyczna”)
i wiceburmistrzowi Maciejowi
Nejmanowi za współfinansowanie
książki. W trakcie konferencji pokazany został film Powiatowego
Centrum Edukacji i Pomocy Psychologiczno- Pedagogicznej w Wołowie z wyjazdu nauczycieli dolnośląskich szkół na Kresy. Akcja
wyjazdu została sfinansowana przez
Kuratorium Oświaty we Wrocławiu
i dzięki współpracy kurator Beaty
Pawłowicz i dyrektor Krystyny
Adaśko z PCEiPPP w Wołowie. Wiceburmistrz Maciej Nejman wręczył
prof. Paziowi pamiątkową statuetkę
w podziękowaniu za propagowanie
prawdy historycznej o losach Kresów w czasie ludobójstwa dokonywanego przez UPA.
Zbrodnia w Podkamieniu – zbrodnia dokonana między 12 a 16 marca
1944 przez kureń UPA dowodzony przez Maksa Skorupśkiego ps.
"Maks" oraz 4 pułk policji SS złożony z ukraińskich ochotników pod
dowództwem niemieckim[, we wsi
Podkamień w dawnym województwie tarnopolskim. Szacowana ilość
ofiar waha się od 100 lub 150 do 600
Polaków ukrywających się w klasztorze dominikanów w Podkamieniu.
Przygotował:
Wojciech Orłowski
Przewodniczący Towarzystwa Miłośników Kultury Kresowej w Wołowie
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 37
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
TYLKO WE LWOWIE
ALEKSANDER SZUMAŃSKI
Jerzy Janicki żalił się w swoich
słynnych „Krakidałach”, iż bałak
umiera, a szmonces już nie żyje.
Z Jerzym Janickim„ Lwowskie
Spotkania” przeprowadziły na ten
temat długą rozmowę tytułując ją
„Krakidały” w której redaktor naczelna Bożena Rafalska pocieszała
jak mogła rozżalonego autora „Polskich dróg”. W tym miejscu należy przypomnieć czym jest bałak, a
czym szmonces.
Bałak to gwara lwowska – gwara
regionalna języka polskiego używana przez mieszkańców Lwowa.
Współcześnie często mylona z tzw.
bałakiem lwowskich batiarów, czyli gwarą uliczną, bardzo jednak do
niej zbliżoną.
Gwara lwowska powstała w połowie XIX wieku, kiedy polski substrat językowy został wzbogacony
licznymi zapożyczeniami (głównie
leksykalnymi) z języka niemieckiego, jidysz, ukraińskiego i czeskiego.
Wyraźny jest bliski związek z innymi gwarami Małopolski, zwłaszcza
z gwarą krakowską. Dość wyraźne
są także ślady mowy dziecięcej i
zwykłych przekręceń słów obcych.
Oprócz specyficznego zasobu słów
wyróżniała się charakterystyczną
wymową, a także licznymi zdrobnieniami i wtrącaniem „ta" na początku zdania. Medialnie, zapewne
też i historycznie owa gwara, popularnie przez lwowian zwana ”bałakiem” zaistniała dzięki autorstwu
Wiktora Budzyńskiego, twórcy
„Wesołej Lwowskiej Fali” cyklicznej audycji „Radia Lwów”. Pierwszą stałą, cotygodniową półgodzinną audycję rozrywkową lwowska
rozgłośnia Polskiego Radia nadała w dniu 16 lipca 1933 r. Gwarą
lwowską w tej audycji posługiwali
się prawie wszyscy wykonawcy,
według tekstów pisanych wyłącznie
dla nich.
Do głównych wykonawców tej audycji należeli: Henryk Vogelfanger („Tońcio”) i Kazimierz Wajda
(„Szczepcio”), tworząc klasyczny
duet dialogowy.
Wiele słów pochodzących z gwary
lwowskiej i bałaku weszło na stałe
do literackiej polszczyzny (besztać,
durszlak (druszlak), sztyblety), a
także do grypsery i wielu gwar regionalnych. Bałak - jedno z dwóch
podstawowych źródeł galicyzmów
w języku polskim. Dla przykładu:
Tońcio: Swoi baby kocham!!!
Szczepcio: I w swoi Polscy kity zawalisz.
Piosenki
„Choć ojca nie znał, matki tyż,
Wychował si byz troski,
Żył, boć najmniejsza żyji wesz,
Nikt go ni pytał: Jak si zwiesz?
Na Łyczakoskij”.
„ Na ulicy Kupyrnika
Stoi panna bez bucika,
Bez bucika stoi
I martwi si.
Ja si pytam: dzie jest bucik?
Ona mówi: bucik ucik,
Może pan poszukać
Zechcy mi „.
Bogactwo języka bałaku odnajdziemy w „ Słowniku bałaku lwowskiego „.
Oto przykłady:
absztyfikant – adorator
bałak – rozmowa, gadka
bajbus – niemowlę
bandzioch – duży brzuch
chatrak – konfident
chirus – pijak
cwajer – dwója
ćmaga – wódka
drybcia – stara kobieta
dziunia klawa – ładna dziewczyna
powozić dziunię – reszta jest milczeniem
fafuły – pełne policzki
funio – zarozumialec
galanty – elegancki
graba – ręka
hajda – wynocha
handełes – handlarz
hołodryga - oberwaniec
jadaczka – gęba
juszka – rzadka zupa
jucha z kinola – krew z nosa
kacap – głupiec
pedały – nogi
pinda – niedorosła dziewczyna
potyrcze – pomietło
szantrapa – niechlujna kobieta
ścierka – ladacznica
śledź – krawat
krawatka – krawat / dostojnie /.
Bałakiem porozumiwali się nie tylko
batiarzy. W moim lwowskim „po-
mieszkaniu” słyszałem nierzadko
elementy bałaku. Bałakał mój ojciec
– lekarz, bałakała mama – pedagog.
Niedawno jedna z moich lwowskich
koleżanek na telefoniczną propozycję
by przyjechała z mężem na kilka dni
do Krakowa, odpowiedziała mi : „
ta ty jestyś durnuwaty pomidur”.
Przeciwieństwem bałaku był tzw.
szmonces, inny duet dialogowy
„Wesołej Lwowskiej Fali”w mistrzowskim wykonaniu Aprikozenkranza i Untenbauma, czyli
Mieczysława Monderera i Adolfa
Fleischena. Mistrzem szmoncesu
był również „Lopek” /Kazimierz
Krukowski/, łodzianin. Szmonces
zaginął bezpowrotnie! Czy na pewno?
Szmonces, dzisiaj rzadko używany potoczny termin oznaczający
zły towar, bubel, coś niesmacznego, nie jadalnego, albo najczęściej
określenie czegoś po lwowsku „ nie
„fajnego”, nie „klawego”. To jedna
wykładnia.
Natomiast przed 1939 rokiem
szmonces był gwarą, używaną nie
tylko przez Żydów, ale również
przez osoby posiadające inne rodowody i nawet przez liczne mniejszości narodowe we Lwowie i
praktycznie w całej Polsce. Niejednokrotnie – paradoksalnie, nie był
oryginałem gwary szmoncesowej,
zresztą nie mającej ze szmoncesem
nic wspólnego, lecz zwykłym nieudolnym naśladownictwem z „przyszywanym” akcentem żydowskim,
niejednokrotnie używanym przez
osoby z ograniczoną wiedzą szmoncesową, całkowicie nie trafnie nazywany „żydłaczeniem”. Dla Gołdy
Tencer aktorki, piosenkarki i reżysera (rocznik 1949) termin żydłaczenie jest niedopuszczalny. Dlaczego?
- Bo to jest przedrzeźnianie mówienia złą polszczyzną, co się zdarzało i zapewne się zdarzy, ale co nie
jest żadna gwarą, ani też językiem
... Pogląd ten podzielam z własnych
lwowskich obserwacji szczególnie
wysłuchanych na „Paryżu” czyli
„Krakidałach”.
Niektórzy obywatele polscy pochodzenia żydowskiego mówili
szmoncesem, językiem jidysz, ale
posługiwanie się językiem hebrajskim w słowie i piśmie należało do
rzadkości.
Szmonces jest gwarą ze specyficznym akcentem, rzadko brzmiącą w
niej poprawną polszczyzną, najczęściej nie stylistyczną, posługującą
się wydumaną metaforą, dziwnymi
przenośniami i często pytaniami
skierowanymi do siebie i odpowiedziami w tym samym układzie, jak
również pytaniami odpowiadającymi na pytania. Szmonces posługuje się polszczyzną jako podstawowym elementem mowy, jednakże
zniekształconą terminami z języka
jidysz, z języka niemieckiego i neologizmami polskimi.
Dla słuchacza autentycznych dialogów, czy monologów szmoncesowych język ten wydaje się śmieszny i niejednokrotnie stanowił punkt
wyjścia do znakomitych szmoncesowych tekstów takich jak „Sęk”
Konrada Toma, który przeszedł do
chlubnej historii polskiego kabaretu.
W sali „Młodzieżowego Domu
Kultury” kościoła św. Jadwigi w
Krakowie 3 marca 2012 odbył się
koncert „Tylko we Lwowie” rozpoczynający „VI Festiwal Piosenki
Lwowskiej i Bałaku Lwowskiego”.
Koncert zorganizowała jak każdego
Strona 38 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
roku w marcu „Fundacja Ocalenia
Kultury Kresowej „Chawira”.
Nazwa „Chawira” pochodzi z gwary południowo-wschodnich Kresów
i oznacza ciepły, rodzinny dom.
Zespół „Chawira" powstał w Krakowie, jesienią 2003 roku założony
przez Karola Wróblewskiego -akordeonistę i wokalistę z zamiarem
popularyzowania piosenek polskich
z okresu międzywojennego, kresowych, patriotycznych, a także piosenek światowych z okresu pierwszej
połowy XX wieku, w tym również
jazzowych. Skład zespołu zmieniał
się kilkakrotnie, jednakże przez
wszystkie lata niezmienna pozostała
jego baza w osobach Karola Wróblewskiego i Stefana Czyża - saksofonisty, klarnecisty i wokalisty.
Pierwszy koncert zespołu odbył się
12 marca 2004 roku w Śródmiejskim
Ośrodku Kultury w Krakowie i poświęcony był w całości piosenkom
lwowskim. Występ bardzo spodobał
się publiczności, wśród której powstała inicjatywa cyklicznych spotkań z zespołem "Chawira". Po wielu takich spotkaniach zawiązało się
Towarzystwo Kresowe "Chawira",
wybrano prezesa, Czesławę Karlińską „Ciotkę Bańdziuchowę”.
Towarzystwo Kresowe „Chawira”
zorganizowało dotychczas ponad
250 cyklicznych spotkań z zespołem w różnych znanych restauracjach krakowskich.
Odbyło się też wiele koncertów w
domach kultury i innych ośrodkach
kulturalnych w całym kraju, a także za granicą (Wiedeń, Linz, Budapeszt, Norymberga). Pierwszą wokalistką zespołu była Ilona Gawlik.
Karol Wróblewski reżyser i scenarzysta koncertów, a równocześnie
wokalista i akordeonista, każdego
roku stawia na młodzież. Powstała
pod jego kierownictwem „Fundacja
Ocalenia Kultury Kresowej”. Aż
dziw bierze, iż dzisiaj przy całkowitym braku jakiejkolwiek edukacji
artystycznej związanej z Kresami
II RP młodzież licznie bierze udział
nie tylko w koncertach z piosenką lwowską, ale również staje w
szranki w konkursach dla najlepszych wykonawców tych pięknych
kresowych piosenek. Z roku na rok
oczywiście laureatów przybywa i to
oczywiście jest podstawowym celem fundacji Karola Wróblewskiego.
„Piosenka jest dobra na wszystko",
właśnie. Szczególnie lwowska.
Lwowskie piosenki wybitnych autorów /Marian Hemar, Jerzy Petersburski, Henryk Wars, Emanuel
Szlechter, Witold Szołginia, Feliks
Konarski, Jerzy Michotek, Jerzy Janicki/, jak i te anonimowe, uliczne,
stanowią dokument polskiej kultury
obyczajowej i muzycznej, a także
języka przełomu XIX wieku, oraz
dwudziestolecia międzywojennego,
w regionie, gdzie współżyły różne
narodowości, krzyżowały się różne prądy obyczajowe i kulturowe,
a kultura i język polski, mające
zdolność asymilowania elementów
obcych, rozwijały się potężnie i
dumnie. Młodzi Polacy, ale nawet i
ci średniego pokolenia pozbawieni
są dzisiaj słuchania tych lwowskich
melodii i piosenek. Nikt bowiem,
może za wyjątkiem Radia Katowice, w coniedzielnej audycji Danuty
Skalskiej nie przypomina w Polsce
chlubnych tradycji przedwojennego „Radia Lwów” i jego "Wesołej
Lwowskiej Fali”.
Lwów, stołeczne miasto Galicji, stanowił wybitny ośrodek naukowego
życia polskiego. Przede wszystkim
Uniwersytet Lwowski od 1910 roku
noszący imię Jana Kazimierza - skupiał uczonych - twórców wielu szkół
naukowych, liczących się w ówczesnej Europie, a utrzymujących swoją pozycję także w dwudziestoleciu
międzywojennym. Życie kulturalne
Lwowa XIX i XX wieku pomimo
narzekań krytyków na parweniuszostwo, kosmopolityzm i wiedeński
stempel na wszystkim, rozwijało się
intensywnie, prężnie i systematycznie, osiągając rozmach i wysoki poziom w dziedzinie teatru, literatury,
krytyki, dziennikarstwa i sztuk pięknych. Wystarczy wskazać choćby
niektóre nazwiska urodzonych, lub
działających we Lwowie twórców;
ludzi teatru - W. Bogusławski, S.
Skarbek ; pisarzy i krytyków - W.
Pol, S. Goszczyński, A. Fredro,
W. Bełza, K. Ujejski, G. Zapolska,
M. Konopnicka, K. Makuszyński,
J. Kasprowicz, M. Wolska, Beata
Obertyńska J. Balicki, J. Parandowski; malarzy, rzeźbiarzy i architektów - A. Grottger, K. Sichulski, M.
Dulębianka, Z. Gorgolewski, L.
Marconi.
Doniosłą rolę w dziejach piśmiennictwa i kultury polskiej odegrały
lwowskie firmy księgarsko - wydawnicze. Życie codzienne XIX i
XX - wiecznego Lwowa toczyło
się barwnie na jego licznych przedmieściach, okalających miasto ze
wszystkich stron. Od północy rozciągało się jeszcze w średniowieczu
ogromne przedmieście Żółkiewskie
/najstarsza część miasta/, stanowiące wylot z miasta ku Żółkwi,
zamknięte od zachodu ul. Szpitalną i Źródlaną, od wschodu Górą
Zamkową i wertepami /po lwowsku - debrami/ pod Piaskową Górą i
Drogą do Kisielki, od południa placami Krakowskim, Gołuchowskich
i Strzeleckim.
Gromadziła się tu głównie ludność
żydowska, osiadła w tym miejscu
jeszcze w średniowieczu za książąt
ruskich. Zajmowała się ona głównie
handlem starzyzną. Ulice Żółkiewska i Smocza pokryte były kramami z tanią, znoszoną odzieżą skupowaną przez t.zw.” handełesów”
po domach miasta i przedmieści.
Zaopatrywał się tu plebs miejski. Z
czasem to niezwykłe centrum handlowe przeniosło się bardziej na południe, t. j. na plac Krakowski, oraz
przyległe ulice. Miejsce to nazwano
z żydowska „Krakidałami”, lub żartobliwie „Paryżem”.
Miejsce owo barwnie opisał Jerzy
Janicki w swojej książce „Krakidały”, również pod samym tytułem w
obszernych wywiadach - "Lwowskie Spotkania" nr.4 i 5 z 2007 r,
„Kurier Codzienny” Chicago nr 16
i 17 z 2004 r.
"Czego mi naprawdę żal - to lwowskiego bałaku. Bo co tu dużo ukrywać, bo szkoda gadać, czyli właśnie
po naszemu szkoden - goden, ale
niestety skazany jest ten nasz bałak
na zagładę i tylko patrzeć, a umrze i
nie pozostanie po nim nawet wspomnienie" - żalił się w „Krakidałach”
Jerzy Janicki, wspominając jeszcze
o ...australijskiej tęsknocie za bałakiem. Bo jakże inaczej nazwać
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
książki wydane w Melbeurne - "W
krainie wielkiego bałaku", "Ziemia
księżycowa", "Pamiętnik poetycki",
autorstwa Andrzeja Chciuka. Aby
przeczytać piękną inwokację do bałaku, dziewięciozgłoskowym wierszem rozpoczynającą się: "Lwowski bałaku, liczna mowo.." należy
sięgnąć do "Krakidałów" Jerzego
Janickiego, wspomnień drukowanych w "Lwowskich Spotkaniach"
i „Kurierze” chicagowskim, o czym
powyżej.
Drogi Panie Jerzy! Niech się Pan
nie smuci. Bałak nie zaginie i nie
umrze. Utrzymamy go przy życiu
piosenką lwowską, która bez bałaku
by nie istniała. Lwowska piosenka
żyje, czy to na deskach teatru „Groteska” w Krakowie w wykonaniu
zespołu „Chawira”, czy też w czasie
prezentacji Haliny Kunickiej, lwowianki przecież, a jakże!
Bałak z piosenką lwowską ocalimy
od zapomnienia! W Chicago, przeszło milionowym skupisku Polaków
istnieje „Koło Lwowian” /gdzie nas
nie ma?/. Redaktor naczelny "Kuriera Codziennego" Chicago z którym
współpracuję, p. Marek Bober udostępnił swoje łamy i Radio "Kuriera
Codziennego" do nawiązania łączności medialnej z Radiem Lwów i
lwowską, polskojęzyczną prasą.
Zaowocuje to ściślejszymi więzami Polaków mieszkających we
Lwowie z Polonią amerykańską,
niestety zaniedbywaną przez media
macierzyste. Nie należy zapominać,
iż emigracja polska to ok. 20 milionów Polaków rozsianych po całym
świecie. "A to Polska właśnie", druga Polska! Z iloma lwowiakami? Na
pewno z wieloma. I do nich należy
dotrzeć, nawet do RPA, gdzie ukazuje się m.in „Dwukropek” i „Wiadomości polinijne” z którymi od lat
współpracuję po bałaku.
To nasze zadanie: ”Kresowego Serwisu Informacyjnego”.
Powróćmy do koncertu. Poza młodzieżą w koncercie wzięli udział
artyści renomowani jak Wojciech
Habela aktor polskich teatrów, Franciszek Makuch solista krakowskiej
„Opery i Operetki”, Adam Żurawski
i Andrzej Jaworski „Tyligentne batiary” – duet Adam – Jędrek.
W popisowej gali szmoncesowej
Franciszek Makuch i Wojciech
Habela tym razem wystąpili „po
cywilnemu”,nie przebierali się za
talmudystów, a więc bez tradycyjnych strojów rabinackich, czy też
ortodoksyjnych, ale znowu z nowymi tekstami jako „absztyfikanci” z
„Wesołej Lwowskiej Fali” – Aprikonenkranz i Untenbaum. Tym
razem poszło o pożyczkę w wysokości 800 zł jakiej nieopatrznie
udzielił jeden drugiemu. Usłyszeliśmy „Mistyfikację finansów”:
- Panie Fiszman kiedy mi pan
wreszcie pójdzie oddać te 800 złoty.
Ja jestem panu bardzo iść na ręce i
nie zaweksluję też panu żadnych
procentów czy innych rzekomych
nie płaceń.
- Panie Beniek Szpilfogel o jakie
panu idzie iść 800 złoty. Czy te które panu szedł pożyczyć ten hycel
Cukierman, czy o te 800 złoty co
pożyczyła panu na kredyt pańska
narzeczona Kundzia Rypsztajn?
Czy może o te nie jedne osiemset
złoty co pan sprzedawał zegarków
www.ksi.kresy.info.pl
bez werków cuzamen do kupy z
cyferblatami wyłącznie jako okazja
firmy Omega ruskim na Krakidałach? I czy to tez te osiemset złoty
co pan wytykał ruskim do ucha „tik,
tak”, że niby same cyferblaty mają
iść chodzić?
że tam...
Moje serce zostało ze Lwowie,
Dzieli nas tysiąc lądów i mórz,
Zatrzymałem się w drogi połowie,
Chciałbym iść, a tu dojść ani rusz.
Jeszcze dziś, jeszcze wciąż mi się
zdaje,
Chociaż obcy pod stopą mam bruk,
Że to wczoraj jechałem tramwajem,
Który wolno pod górę się wlókł...
Że to wczoraj w pasażu Hausmana
Za dwie szóstki kupiłem kiść bzu,
Że to wczoraj w gałęziach kasztana
Lwowski słowik mi śpiewał do
snu...
- To jak pan dzisiaj panie Beniek
może chcieć ode mnie 800 złoty.
To po to. żeby pan miał trzy razy po
800 złoty co daje razem dwa tysiące
czterysta złoty panie Beniek bez cyferblatów.
- Panie Fiszman, po pierwsze Kundzia Rypsztajn nie idzie być moja
narzeczona, tylko przyjaciółka na
czarną godzinę broń mnie Panie
Boże, po drugie nie znam żadnego
hycla Cukiermana, znam Cukiermana dostawce szlafmycek. Po
trzecie oni wcale nie szli mi pożyczać osiemset złotych tylko dali je
do mojego banku na swoją czarną
godzinę, broń ich Panie Boże, Po
czwarte mogły ruskie nie kupować.
Po piąte panie Fiszman kiedy mi
pan pójdzie oddać te moje osiemset
złoty.
-To ja panie Szpilfogel idę panu
powiedzieć, że Kuperwajs Szpicblagiel mówi po całym mieście, że
Kundzia Rypsztajn spała z panem
całą noc w jednym łóżku jak pańska
żona była w bóżnicy. Co można robić całą noc w bóżnicy, tfu, w łóżku!. Ja si pitam co?
-U wa też mi miasto, pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, ale panie Fiszman co pana idzie obchodzić czy
moja żona chodzi do bóżnicy? Ja
się tylko zapytowywuję, czy panu te
moje 800 złoty stoi w gardle, zresztą
popatrz pan wokół siebie na drugą
stronę chodnika jaka ładna kundzia
idzie. Ja z nią tej nocy spałem i przestań pan liczyć pieniądzów.
-U wa panie Beniek jak bym chciał
to bym z nią spał codziennie, to jest
moja żona.
-To ja się idę nagle zapytowywować pana Fiszmana na imię Szyjka
i pana Szplifogela na imię Beniek,
czy na pewno szmonces zaginął?
Gdy na scenie pojawił się bałakowy
duet Adaśku – Jędruś „Tyligentne
batiary”to panie wpatrywały się w
ich urodę, ali przede wszystkim patrzyły na ich piękne baniaczki które
mieli na kiepełach, czyli na łepetach.
Gdy ja si śmiałem z tańców Adaśka,
to moja żona si pytała swojego sąsiada z prawej strony gdzie mieszka
Jędruś czy on nie wie. A sąsiad nie
wiedział tylko przy sposobności powidział gdzie on sam mieszka.
Gdy Jędruś przegrywał sztajerka,
Adaśku śpiwał taki różny kawałki
kinderskie, a publiczność frygała
bajgle. Wszystki piosenki które śpiwał Adaśku były klawe, ali jedna
o „Balu u ciotki Bańdziuchowej”
najklawsza . Ani razu Adaśkowi nie
spadł z łepety baniaczek gdy tańczył, tak że nie wiemy jak wygląda
jego kiepełe. Tańczy to on jak śpiwa
ta to fajno jest. My si z żonom poderwali na estrady do Adaśka i Jędrka do tańczenia, ali jakiś galanty
szpic brudka, no nie, zaczął z nami
hałaburde. Ta moja żona krzyczy
Adaśku! A jak Adaśku miał tych
wszystkich brusowatych i chirnych
hadiugów zbesztać jak spiwał? To
prawda mógł bandziochem ich przesunąć aby puspodali, mógł im fecy
z kulasów pozdejmować, a on nic i
Moje serce zostało we Lwowie,
W moim mieście kasztanów i bzów,
A ja chodzę wśród ludzi samotny
przez świat,
Tyle dni i tygodni, miesięcy i lat.
śpiwa i śpiwa ta joj.
Agata Łabno, młodziutka jeszcze,
rozpoczęła koncert piosenką klasyczną Emanuela Schlechtera i
Henryka Warsa:
Tylko we Lwowie
Niech inni sy jadu, dzie mogu, dzie
chcu,
Do Widnia, Paryża, Lundynu,
A ja si zy Lwowa ni ruszam za próg!
Ta mamciu, ta skarż mni Bóg!
Bo dzie jeszcze ludziom tak dobrzy,
jak tu?
Tylko we Lwowi!
Gdzie budzi piusenka i tuli do snu?
Tylko we Lwowi!
Czy bogacz czy dziad tu so za „pan
brat”
I kużdyn ma uśmich na twarzy
A panny to ma, słodziutki ten gród,
Jak sok, czykulada i mniód!
Wienc gdybym si kiedyś urodzić
miał znów
Tylko we Lwowi!
Bu szkoda gadania i co chcysz, to
mów
Ni ma jak Lwów!
Mużliwy, że wincy ładniejszych jest
miast,
Lecz Lwów jest jedyny na świeci!
I z niego wyjechać, ta dzież ja bym
móg?
Ta mamciu, ta skarż mni Bóg !
Bo gdzie jeszcze ludziom ...,
a potem zaśpiwała piosenkę szmoncesową, a jakże, „Placmuzyka”z
akompaniamentem szmoncesowym
Małgorzaty Boruch:
PLACMUZYKA
„…placmuzyka kiedy gra,
wszysku śmieji się ha,ha,
durny Jasiu naprzód tam
z chłupakami pendzi sam.
Za nim jakiś stary Żyd
śpiwa sobi „aj sy git,
aj sy git, aj sy git,
aj sy, aj sy, aj sy git.
Dżija, dżija, dżija, ra,
jak ta banda pienkni gra,
pikulinu, bumbardon
i ten duży helikon,
mały bembyn, duży bas
i czyneli jeszcze raz,
ta banda, ta banda
wy Lwowi pienkni gra,
ta banda, ta banda
wy Lwowi pienkni gra.
W pensjonaci żeńskim tam,
dzie panienki sam na sam,
cichu w ławkach siedzu już,
a wytrzymać ani rusz.
A w tym jedna: „ha, ha, ha,
proszy pani, banda gra”
i du okna póki czas
biegnu wszyski wraz.
Dżija, dżija, dżija ra…
Naprzód jedna fik, fik, fik,
za niu druga myk, myk , myk,
za niu trzecia fajt, fajt, fajt,
a ta stara, majt, majt, majt.
Prufysorka szu, szu, szu,
biegni takży co ma tchu,
a profesur póki czas
miendzy baby takży wlaz.
Dżija, dżija, dżija, ra…
Z egzercyki kiedy już,
wojsko nam powraca tuż
wszysko cieszy się ha, ha
że to nasza banda gra.
Durny Jasiu naprzód tam
z chłupakami pendzi tam,
za nim chyca stary Żyd,
krzyczy: aj sy, aj sy git,
tatele, mamele, bubele haj,
wszysko krzyczy: banda gra,
Mojsi, Leibe, Aronsohn
in die szejne Ryfke Kohn,
wszysko krzyczy: aj waj mir,
die grojse bandzi hier,
die bandzi, die bandzi
die bandzi szpilt zoj git…”
Paweł Paprocki najmłodszy uczestnik koncertu przy akompaniamencie swojej mamy Ireny Paprockiej
zaśpiewał brawurowo kilka piosenek, a brawom końca nie było.
Dominika Pater wystąpiła z piosenką Wiktora Budzyńskiego „Preclarka z Pohulanki” z akompaniamentem Ireny Paprockiej,
Wojciech Habela jak zwykle wzruszająco zaśpiewał „Pamiętaj o tym
wnuku” (….ze dziadzio był w Tobruku…).
Franciszek
Makuch
zaprosił
wszystkich do Lwowa z piosenką
„Moje serce zostało we Lwowie”
Mariana Hemara:
„Stryjski park tonął cały w jaśminach,
Zapach bzów po ogrodach się snuł,
Jeden tramwaj pod górę się wspinał,
Drugi z góry katulał się w dół.
Rój gołębi wiecował na Rynku,
Król Jan III z pomnika się śmiał,
Fiakry stały przed Georgem w ordynku,
Batiar nocą sztajerka mi grał...
Moje serce zostało we Lwowie,
W moim mieście zieleni i wzgórz,
A ja chodzę po świecie i ten żal ciągle mam,
I zapomnieć nie mogę, że kiedyś,
Zatrzymałem się w drogi połowie,
Okradziony z mych marzeń i snów,
Ale czekam na dzień, gdy we Lwowie
Ze swym sercem połączę się
znów”.
Ewa Rudnik stwierdziwszy, iż panna Marianna jest strasznie muzykalna, zagrała z panną Manią na
mandolinie do słów Marian Hemara:
Panna Mania
Panna Marianna jest strasznie muzykalna
Wszystko, co słyszy od razu gra,
jak z nut
Jest to, rozumie się, przyjemność
kolosalna
Jak mówią inni, po prostu istny
cud.
Panna Mania cudnie gra na mandolinie
Łudi bidi bindia, łudi bidi bindia,
łudi bidi bu
I codziennie wszyscy cieszą się w
rodzinie
Że córeczka talent ma, co usłyszy
wszystko gra
Mandolina, mandolina, mandola.
Kółko muzyczne stworzyła panna
Mania
Dla uprawiania przebojów z Qui
Pro Quo
Rano w niedzielę jest przyjemności
wiele
Kiedy wokoło rozbrzmiewa piosnek sto.
Może to nawet się dziwne wydać
komuś
Ale są ludzie bez zrozumienia gry
Czterech sąsiadów uciekło przez
nią z domu
Piąty owdowiał, bo taki był już zły.
Panna Mania cudnie gra na mandolinie
Mandolina, mandolina, mandola.
W „Śliczną gwiazdę” wcieliła się
Aleksandra Rojek, a Zespół „Chawira” w składzie: Karol Wróblewski, Ewa Rudnik, Jerzy Skrejko zaśpiwał trzy piosenki:
„Ta joj ta Lwów”,
„Ostatnie imieniny we Lwowie”
„Urodzeni we Lwowie”
W „Ostatnich imieninach we Lwowie” usłyszeliśmy
, że … inżynier S. podpalił trzy firanki… ale przekonuję Państwa, że
ta to ni ja. Ta joj.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 39
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Pisanki wołyńskie
JAKÓB HOFFMAN.
Pisanki są dzisiaj przeżytkiem. Ten
dzisiejszy przeżytek był kiedyś, kiedy
nie wiadomo, zjawiskiem czy wytworem racjonalnie i logicznie związanym
z życiem ludzi, to znaczy, że ludzie ci
rozumieli jego cel i związek z całokształtem swego życia. Jednakowoż
życie, które wyłoniło dany zwyczaj, z
biegiem czasu uległo przekształceniu;
podłoże racjonalne znikło, a pozostał
jedynie szczątek jego, mający pewną
sankcję estetyczną bytu swego, ale nie
wytrzymujący zetknięcia z logiką (1).
Zwyczaj malowania jaj wielkanocnych t. zw. pisanek, należy zaliczyć
do pozostałości z czasów przedhistorycznych. Zwyczaj ten istniejący w
całej niemal Europie jeszcze w XVII
w., przechował się obecnie tylko w jej
wschodniej części i to przeważnie na
ziemiach słowiańskich. Jednakowoż i
tutaj widzimy powolne, ale ciągłe zanikanie tego zwyczaju. Ogólny przewrót stosunków i wartości po wielkiej
wojnie nie pozostał bez wpływu na
zwyczaj sporządzania pisanek, jak też
i na inne zwyczaje ludowe. Zubożenie
ludności, stosunkowo wysoka cena jaj
i stąd pokusa do ich spieniężania raczej, niż użycia na pisanki, drożyzna
i trudność nabycia farb, a wreszcie
zabijająca dawne zwyczaje i tradycje
- cywilizacja miejska, która przez usta
"bywalców" światowych wyśmiewa pisanki jako "chłopską" zabawkę, wszystko to sprawia, że nawet w
okolicach, gdzie jeszcze przed wojną
pisano jaja, zwyczaj ten zanikać zaczyna.
Nauka nie doszła jeszcze do stwierdzenia, jakiem jest pochodzenie pisanek, skąd i dlaczego zwyczaj pisania
jaj powstał, mimo że z innej strony
wyświetliła nam stanowisko jaja (niepisanego) w wierzeniach, obrzędach
ludowych i t. p. Pokrótce tylko wskażę na stanowisko jaja niepisanego w
wierzeniach ludowych.
Jajko w wierzeniach ludowych.
W głębokiej starożytności wierzą, że
wszechświat powstał z jajka i dlatego też różne ludy składają jaja swym
bogom w ofierze. Jajkiem posługują
się niektórzy jako lubczykiem, a w
lecznictwie ma bardzo szerokie zastosowanie. Leczą nim: zimnicę, "zawianie", przeciwko wypadaniu włosów,
pozbawienia krostów z twarzy - ba
nawet upiększania, gdyż niektórzy
(głównie niektóre) wierzą, że mycie
twarzy wodą w której rozpuszczone
jest białko lub żółtko sprawi, że twarz
ta będzie piękniejszą i t. d. W magji
ma też jajko szerokie zastosowanie
Wierzą niektórzy, że skorupy jaj zawieszone na odrzwiach, oknach, nawet u pułapu, chronią dom od uderzenia piorunów. W szeregu obrzędów
religijnych ma jajko szerokie zastosowanie n. p. u ludów ruskich w niedzielę Przewodnią idą na cmentarz i
zostawiają umarłym jajka na pokarm.
Wszystko to znane jest nauce z wielu
miejscowości kuli ziemskiej (2)
Technika pisania.
Zanim postaramy się wyjaśnić przypuszczalne pochodzenie pisanek w
Polsce, zajmiemy się techniką pisankowania.
Rozróżniamy trzy rodzaje jaj malowanych: kraszanki, skrobanki i pisanki.
Kraszanki - to jaja malowane jedną
farbą lub najwyżej na marmurowo
bez żadnych ornamentów.
Kraszankę nazywają w niektórych
okolicach malowanką (3) lub "wełykodnycią" (4). Kraszanki marmurkowe
robią zazwyczaj w ten sposób, że jaje
wkłada się do jakiejś starej pończochy
kolorowej, polewa się je nieco wodą i
gotuje w gęstej parze. Ten sposób wyrabiania kraszanek jest powszechny
na Żmudzi.
Na jednostajnie zabarwionej powierzchni jaja wyskrobują delikatnie
ostrym końcem nożyka lub igłą piękne wzory i w ten sposób powstają
skrobanki (5) (na Wołyniu takich się
nie spotyka).
Trzeci rodzaj jaj malowanych to pisanki.
Już w drugiej połowie wielkiego postu starają się gospodynie o pisanki.
W tych wsiach, gdzie nie wszystkie
dziewczęta umieją pisać pisanki, oddaje się jaja specjalistkom, które zajmują się specjalnie pisaniem jaj. Za
pisanie jaj w niektórych wsiach otrzymują specjalistki opłatę czy to w formie pieniędzy czy też podarowanych
jaj.
We wsiach, gdzie wszystkie dziewczęta i mężatki zajmują się wykonywaniem pisanek, przystępują do tej
pracy dopiero w Wielkim Tygodniu.
I tutaj można jeszcze wyodrębnić
dwie kategorje wsi. W jednych piszą
od Palmowej Niedzieli aż do Wielkiej Soboty, w innych od Wielkiego
Czwartku do Wielkiej Soboty.
Zwyczaj pisania upada już, po największej części wykonują teraz kraszanki, w ostatnich zaś latach ukazały
się jaja ozdobione "odbijankami" wykonanemi fabrycznie. We wsiach dalej położonych od miast i miasteczek
zwyczaj pisania przechował się, lecz i
tam widać już upadek. O ile dawniej
w każdej rodzinie pisano około kopę
jaj, t. j. 60 sztuk, to teraz zazwyczaj
liczba pisanek przypadających na rodzinę nie przekracza liczby 30.
Prócz pisanek i kraszanek spotykamy jeszcze na Wołyniu jaja malowane zwane "malowankami". Różnica
pomiędzy pisanką a malowanką (6)
jest następująca: Pisanki posiadają
ornament biały lub jednego koloru
na jednobarwnym tle, podczas gdy
malowanki posiadają ornamenty różnobarwne, niekiedy aż siedem barw
obejmujące. Inną kategorją spotykana
na Wołyniu to "zalewanki", które wykonuje się w ten sposób, że całe jajo
posiada ornament w dwu kolorach (7).
We wsiach, w których spotykamy pisanki, natrafiamy także na kraszanki i
to niestety już kraszanek więcej aniżeli pisanek.
Pisanki wykonują w ten sposób: jajko zmywa się letnią wodą, poczem
przystępuje się do pisania. Przedewszystkiem pisząca sporządza sobie
"kistkę", którą robią z cienkiej blaszki
zwijając ją na igle w rurkę. Rurkę tę
wtyka się pod kątem prostym w rozkłuty na końcu patyczek i aby rurka
nie spadła przewiązuje się ją nitka.
W niektórych wsiach nazywają kistkę inaczej kluczką (8). Sporządziwszy
jedną albo dwie "kistki", gotuje pisząca farby. O sposobie przyrządzania
farb pomówimy później.
Do pisania używa się wosku, który w
niektórych miejscowościach mieszają
z sadzą czarną z komina. Niektórzy
utrzymują, że najlepszym woskiem
jest wosk ze świecy przyniesionej z
cerkwi, a zapalonej w Wielki Czwartek (9). Wosk kładą do garnuszka lub
pudełka blaszanego, stawiają na piecu, by się roztopił, i garnuszek z roztopionym woskiem znajduje się stale
w pobliżu ognia, by nie skrzepł. Do
garnuszka z roztopionym woskiem
wrzuca się kistkę, albo też dwie, by
do rurki nalał się roztopiony wosk.
Przystępując do właściwego pisania,
bierze pisząca jaje w lewą rękę i trzyma je palcem pierwszym, trzecim,
czwartym i piątym, a kistkę z woskiem w prawą rękę. W przeważnej
części piszą ornament tym woskiem
bezpośrednio na jajku, w niektórych
jednak wsiach rysują na jajku wprzód
ornament ołówkiem (10), poczem dopiero pociągają rysunek ołówka woskiem. Zanim zacznie pisać, pisząca
ociera z nadmiaru wosku koniec rurki
o drugi palec (wskazujący) lewej ręki
w której trzyma jaje, aby wosk nie
skąpał na pisankę, poczem zaczyna
pisać od głowy do ogona, t. j. od grubszego końca do cieńszego, obracając
odpowiednio jajem, a nie poruszając
"kistką". I tu jednak widzimy już odchylenia, t. zn. poruszają "kistką",
Gdy wosk w rurce "kistki" zastygnie
albo go zabraknie, pisząca wrzuca ją
do garnka z roztopionym woskiem, a
bierze drugą napełnioną woskiem. W
taki sposób pokrywa te miejsca, które
maja pozostać w ornamencie białe.
Gdy już biały wzór wypisany, t. zn.
pokryty woskiem, wrzuca się jajko
do żółtej farby, gdzie ono pozostaje
przez krótszy lub dłuższy okres czasu, zależnie od tego, czy farba ma być
jaśniejszą czy ciemniejszą. Przez ten
czas wyprowadza pisząca biały wzór
na innych jajach.
Wyjęte z żółtej farby jaje kładzie pisanczarka, by przeschło, poczem rozprowadza "kistką" wosk po żółtem tle,
nie ścierając wosku przykrywającego
białe tło, skutkiem czego otrzymuje
wzór żółty. Następnie wrzuca do zielonej farby, a gdy ta farba przyschnie,
przykrywa ją roztopionym woskiem,
przez co uzyskuje wzór zielony, poczerń wrzuca do czerwonej farby, w
której jaje pozostaje przez kilka godzin.
Po wyjęciu jaja z czerwonej farby
osusza je i przykrywa roztopionym
woskiem te miejsca, które mają dać
wzór czerwony, poczem nie ścierając zupełnie wosku, przykrywającego
poprzednie kolory, wrzuca do farby
czarnej. Widzimy wiec, że przy pisaniu jaj przykrywają jaśniejsze farby ciemniejszemi. Po wyjęciu jaja z
czarnej farby wysusza się je, poczem
kładzie się do miski, którą wsuwa się
do ciepłego pieca. Tutaj wosk taje,
poczem wyjmuje się wszystkie jaja,
ociera z wosku miękką szmatką i pisanka w całej okazałości jest już gotową. Dla dodania połysku smaruje się
pisankę słoniną.
Przyrządzanie farb.
Farby używane do pisania jaj są albo
naturalne albo chemiczne. Naturalne
farby otrzymuje się przez wygotowanie odpowiednich roślin. Chemiczne
zaś kupuje się w sklepach. Na Wołyniu wygotowują następujące farby:
żółtą, czerwoną, zielona, siną (niebieską) i brunatną. Żółtą farbę otrzymują
z kory młodej dzikiej jabłoni, z kwiatów kaczeńca. Czerwoną i ceglastą
otrzymują z łupinek cebuli, zieloną z
wygotowania liści barwinku, zielenicy, jako też z młodego zielonego żyta,
sine z kwiatów "sończyka" (przelaszczki), brunatną z kory dębowej
Strona 40 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
i olszyny. Czarną z sadzy. Gdzieniegdzie dla uzyskania farby żółtej gotują ziarna żyta (11). We wsiach znajdujących się bliżej miast i miasteczek
używają teraz w przeważnej części
farb chemicznych.
Czynność pisania odbywa się zazwyczaj dwa razy w roku, gdzie niegdzie
trzy razy. Raz przed świętami Wielkanocnemi, drugi raz na św. Jerzego,
gdzie niegdzie zaś piszą specjalnie na
niedzielę Przewodnią (Prowody).
Legendy o pisankach.
Chcąc dociec co było przypuszczalną
przyczyną powstania zwyczaju pisania jaj, musimy sięgnąć do legend
związanych z pisanką,
Na Wołyniu spotkałem tylko jedną legendę we wsi Lachów, gm. Nowomalin, pow. Zdołbunów: kraszanki piszą
na pamiątkę następującego zdarzenia:
jak Pana Jezusa prowadzili na stracenie, to kazali mu nieść krzyż, a kiedy
się zmęczył zmienił go kupiec, który
niósł białe jajka na sprzedaż. Gdy
kupiec popatrzył na jajka, były one
czerwone.
Warjanty tejże legendy z poza Wołynia przedstawiają się następująco :
Gdy Chrystus spłynął krwią, przy
bolesnem biczowaniu, jaja na całym
świecie stały się czerwonemi na znak,
że Chrystus krwią Swą odkupił Świat
(12
).
Gdy Pan Jezus niósł krzyż na Golgotę, Żydzi rzucali nań kamieniami. Jakież było ich zdziwienie, gdy zamiast
rzucanych kamieni ujrzeli na ziemi
czerwone pisanki (12).
Kiedy Pan Jezus upadł pod ciężarem
krzyża, zmuszono idącego z koszykiem jaj, Szymona Cyrenejczyka, aby
pomógł Zbawicielowi dźwigać krzyż.
Gdy już Chrystusa ukrzyżowano, Cyrenejczyk poszedł po pozostawiony u
znajomego koszyk z jajami. Patrzy i
widzi jaja, pokryte pięknym szkarłatem (13).
Inne 2 legendy z Huculszczyzny podaję niżej.
Bolejącej przy pustym grobie Marji
Magdalenie ukazał się anioł i rzeki:
"Nie płacz Marjo, Chrystus zmartwychwstał". Ucieszona tem Marja
pobiegła do domu i zastała wszystkie
jajka, które miała w kobiałce, umalowane na czerwono (13).
Pierwszą pisankę pisała Matka Boska
złotym pisakiem, aby mały Jezus miał
się czem bawić (14).
Z ran Chrystusa polała się krew, z
każdej kropli porobiły się czerwone
kraszanki. Matka Boża płakała bardzo
nad rozpiętym Chrystusem. Na które
z owych kraszanek padła łza, zamieniały się w piękne pisanki (14).
Przypisy oryginalne:
(1) Krzywicki L.: "Przeżytki", Bibl.
Warszawska 1897 str. 37-38.
(2) Interesujących się tą sprawą odsyłam do następującej literatury:
Antoniewicz Wł.: Pisanki w Polsce.
Ziemia 1913, IV, str. 182. - Dorfler
A.: Todvorbedeutungen im Magyarischen Volksglauben. Am Urquell
1892. III, str. 145. - Fedorowski M.:
Lud białoruski I, str. 349 (2030), str.
353 (2069). - Fischer Wł.: Pisanki na
Huculszczyźnie. Ziemia 1922, VII,
137. - Frahm L.: Ständereier. Am
Urquell 1890, I, str. 33. - Freitag L.:
Tiere im Glauben der Aelper. Am
Urquell 1892, III, str. 190. - Klinger
W.: Jajko w zabobonie ludowym u
nas i w starożytności. Rozp. Akad.
Umiejętności, t. 45, str. 168. - Fr. S.
Krauss: Liebentfremdungen in Bosnien. Am Urquell 1892, III, str. 174.
- B. Munkacsi: Volksglauben der Wotjaken. Am Urquell 1893, IV, str. 159.
- C. Rademacher: Maisitten am Rhein. Am Urquell, IV, str. 240, - B. W.
Schiffer: Altglauben u. volkstümliche
Heilkunde der galiz. Juden. Am Urquell, IV, str. 118. - Wlisłocki H.: Magayrischer Liebeszauber. Am Urquell
1891, 11, str, 56. - Żegota Pauli: Pieśni ludu polskiego, str. 32.
(3) "Ilustrowany Kurjer Codzienny",
1926, nr. 94, str. 207.
(4) Sokalski: Powiat sokalski, str. 209.
(5) "Ilustrowany Kurjer Codzienny",
1925, nr. 102, str. 16.
(6) Futor szlachecki, gm. Aleksandrja,
pow. Równe.
(7) Borki, gm. Stepań, pow. Kostopol.
(8) Jagodzin, gm. Bereźce, pow. Luboml.
(9) Derowiane, gm. Klewań, pow.
Równe.
(10) Ulaniki, gm. Szczurzyn, pow.
Łuck.
(11) Kazimirka, gmina Stepań, powiat
Kostopol.
(12) Dodatek nauk. liter. "Ilustrowanego Kurjera Codziennego", 1926.
(13) Warjant tej legendy podaje ze wsi
Tehłiw, pow. Rawa Ruska Korduba
M. w "Pysanki w Hałyćkij Wołyni"
w Mat. do ukr.-ruskoj etnołogii, t. I.
182, oraz St. Rudańskij z połtawskiej
gub. (zob. Dragomanow: Mał. predania 145).
(14) Szuchiewicz Włodzimierz: Huculszczyzna, t. III, 238.
[źródło: Rocznik Wołyński. Wydany staraniem Wołyńskiego Zarządu
Okręgowego Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół Powszechnych.
Tom I. Pod redakcją Jakóba Hoffmana. Równe 1930. Nakładem Wołyńskiego Zarządu Okręgowego Związku Polskiego Nauczycielstwa Szkół
Powszechnych.] Zachowano oryginalną pisownię.
Za: http://www.olejow.pl/readarticle.
php?article_id=554
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Moja podróż na Wołyń
Sławomir Chromiński
W 2006 roku, przypadała 100 rocznica urodzin mojego Ojca, Romana
Chromińskiego. Zastanawiałem się,
co powinienem szczególnego zrobić
w tym roku, żeby jakoś ją podkreślić, przeżyć?
Szybko doszedłem do wniosku, ze
najlepszym sposobem będzie udać
się Jego śladami, na Wołyń. Postarać się odszukać miejsca Jemu najbliższe: miejsce gdzie się urodził i
spędził pierwsze lata swojego życia,
miejsce gdzie później dorastał i w
końcu miejsce Jego pierwszej pracy
nauczycielskiej. A że miejsca te są
także miejscami pochodzenia rodziców mojej żony postanowiliśmy
udać się tam oboje, samochodem.
Nie wiązałem z tym wyjazdem jakiś większych nadziei na dotarcie
do materialnych pamiątek po tamtych latach. Dobrze wiedziałem, jak
„przodujące masy proletariackie”
obchodziły się w trakcie i po zwycięstwie rewolucji bolszewickiej z
substancją materialną pozostałą po
polskim ziemiaństwie, polskich parafiach, kościołach, szkołach. Czas
pokazał, że jednak (przynajmniej
częściowo) myliłem się
Początek podróży wskazywał jednak, że poza aspektem turystyczno-poznawczym na nic więcej liczyć
nie powinienem.
Krzemieniec…… Miasto dla wielu
ludzi wręcz magiczne. Miasto nazywane „Atenami Wołyńskimi”. To
przecież miejsce urodzenia Juliusza Słowackiego! Miasto tak przez
niego ukochane i wspominane w
poezji! To słynne, założone przez
Hugona Kołłątaja i Stanisława
Czapskiego Liceum Krzemienieckie, którego poziom nauczania w
wielu przedmiotach zbliżony był do
poziomu szkoły wyższej.
To tu, tuż pod Krzemieńcem, w Bia-
hordami bolszewickiej armii. Jeśli
dodać, że jest to miasto rodzinne rodziców mojej żony - zrozumiałe że
dla nas obojga, nadal jest miastem
magicznym.
Z Krzemieńca, (o tym wyjątkowym
mieście napiszę dalej) najpierw pojechaliśmy do Mytelna. To tam był
majątek prowadzony przez dziadków mojego Ojca, tam urodziła się
jego matka i on sam. Pierwsze zaskoczenie to to, że był tak blisko
Ołyki. Ołyka była stolicą ordynacji
Radziwiłłów Wołyńskich. Znajduje się w niej zachowany do dzisiaj
w swej zewnętrznej bryle pałac
Radziwiłłów, wielki, rozłożysty, z
dziedzińcem wewnętrznym blisko
cztery razy większym niż wawelski. To w nim, na balu, poznali się
mój dziadek i moja babka. Bardzo
zniszczony, zaniedbany - ale cały
czas użytkowany. Ulokowano w
nim szpital psychiatryczny i tylko
dlatego zapewne nie podzielił losu
większości byłych kresowych, polskich rezydencji magnackich, w
barbarzyński sposób zniszczonych
i popadających w kompletną ruinę.
Widać do dzisiaj piękno jego założenia, urzekającą barokową architekturę. Ale wszystko zaniedbane,
brudne, sypiące się. Jeszcze gorzej
jest wewnątrz pałacu. Tam nie zachowało się nic. Nie tylko z wyposażenia ruchomego, ale też z oryginalnego układu wewnętrznego. Pałac
przystosowano do nowych potrzeb
poprzez podzielenie go wewnętrznymi ścianami przy okazji burząc
piękne elementy wewnętrznej architektury (portale, kominki, schody,
stiuki itp.). Zachowane drewniane
elementy jak schody, poręcze, wielokrotnie malowane obrzydliwymi
olejnymi farbami, złuszczającymi
się wielkimi płatami dzisiaj straszą
raczej i smucą. Na przeciwko pałacu
znajduje się kolegiata p.w. św. Trójcy. Uznawana niegdyś za najpięk-
rzecz-pospolita.com/olyka0.php3).
Ale coś się jednak dzieje pozytywnego. Na dachu widać nowo położoną blachę, murowane ogrodzenie
wokół bazyliki, w którym znajdują
się mieszkalne pomieszczenia są
odbudowane. Wchodzimy przez
bramę i spotykamy wyraźnie zniszczonego przez czas i alkohol, starszego człowieka który zainteresowany naszą obecnością podchodzi
i zaczyna rozmowę. Okazuje się, że
jest miejscowym Ukraińcem, który
pracuje społecznie przy zabezpieczaniu budowli przed kolejnymi
zniszczeniami. Kiedy pytamy się
czemu on, będąc prawosławnym to
robi okazuje się, że zadał to sobie
jako pokutę. Jako młody chłopak
brał udział w niszczeniu bazyliki
zbijając młotkiem jej tynki z freskami, wyrywając figury, płyty nagrobne itp. Był członkiem „postępowych oddziałów robotniczych”
specjalnie w tym celu organizowanych przez sowieckie władze. I teraz uczestnicząc w ratowaniu tego
co jeszcze pozostało, chce odkupić
tamte grzechy. Ze wzruszeniem
wchodzę do wnętrza kolegiaty. W
niej przecież byli chrzczeni moja
babka i mój ojciec. Całkowita ruina wnętrz kościelnych jest niemym
lecz dobitnym oskarżeniem ludzkiego barbarzyństwa. Po rozmowie z
miejscowym księdzem, przygnębieni, ruszamy w dalsza drogę. Wieś i
majątek Mytelno znajdują się około
5 km. od Ołyki. Dojeżdżamy do wsi
i zaczynamy wypytywać miejscowe staruszki wygrzewające się w
słońcu na ławkach przed domami.
Pytamy o majątek - gdzie leżał? Bo
na to, że cokolwiek się ostało nie liczymy. Niestety, zbiorowa amnezja
która była sposobem na fizyczne
przeżycie w systemie bolszewickim
wyraźnie wymazała z pamięci „pańskie czasy”. Nie wiedzą. Niemniej
nawiązuje się coraz sympatyczniejsza rozmowa. Babinek przybywa i
po pewnym czasie zaczynają się jednak jakieś wspomnienia. Że dziadkowie opowiadali, że widoczne
wokół pola były pańskie. Że to były
dobre czasy. Było gdzie „hroszy”
zarobić. „Pany” najmowali do prac
w majątku, dobrze płacili, uczciwie
rozliczali się codziennie z wykonanej pracy. A jak zabrakło majątku
– przyszła bieda! Nie było gdzie do-
robić. Przyszedł głód. Okazuje się,
że jednak wiedzą gdzie był majątek.
Tam, gdzie potem za komuny był
„koń zawod”, czyli kołchoz specjalizujący się w hodowli koni. Jedziemy. Na miejscu widok urzekający i
porażający zarazem Łany pszenicy
ciągną się aż po horyzont, jak złote
morze. Nigdzie w Polsce nie widziałem tak rozległych, jednorodnych
upraw. A na ich tle straszne wrażenie robią całkowicie zrujnowane
zabudowanie po stajniach, magazynach pomieszczeniach mieszkalnych. Straszą i oskarżają. Wszechobecna bieda na najżyźniejszych w
Europie ziemiach! Robimy zdjęcia,
wsypujemy do woreczka trochę ziemi i ruszamy w dalszą drogę. Kiedy
przejeżdżamy ponownie przez wieś
– miejscowi czekają na nas. Zatrzymują nas i zapraszają do dalszej rozmowy. Niestety, mamy przed sobą
jeszcze dość długą drogę i musimy
jechać. Serdecznie żegnani – jedziemy. Celem jest Jaruń – majątek do
którego przeniosła się babka mojego ojca z nim samym. Majątek na
którym gospodarzyli rodzice ojca
i gdzie mieszkało jego młodsze rodzeństwo. Z tego majątku uciekali
w 1918 roku przed „zaprowadzającymi nowy porządek” oddziałami
kozackimi Budionnego. Ale dopiero
tam, w Jaruniu, przeżyliśmy wielkie
zaskoczenie i radość. Dopiero tam
dane nam było „dotknąć” historii
sprzed 100 lat. Zobaczyć zebrane i
przechowywane pamiątki po dworze.
Z Mytelna udaliśmy się do Jarunia,
majątku rodziców mojego ojca. Ojciec we wczesnym dzieciństwie wychowywany był przez swoją babkę,
jego rodzice zamieszkiwali w tym
czasie w Jaruniu, wraz z jego młodszym rodzeństwem, bratem Jerzym
i siostrą Krystyną. Podróż przebiegła (nie licząc mandatu „do kieszeni” nałożonego przez miejscowego
policjanta na podstawie wzrokowej
oceny prędkości z jaką jechałem)
bez większych wrażeń. Wjeżdżając
do Jarunia ze wzruszeniem wpatrywałem się w krajobraz, szeroko
rozciągające się łąki i pastwiska ze
stadkami koni pasącymi się na nich.
Miałem fizyczne wręcz doznanie
patrzenia i odbierania tych widoków
dziecięcymi oczyma ojca. Niewiele
w widoku się zmieniło. Żadnych
zakładów czy fabryczek, żadnych
przemysłowych kominów, domy w
większości drewniane, tradycyjne.
Ale gdzie szukać miejsca na którym
stał dwór dziadków? Kogo pytać?
Młodzież nic nie wie – to pewne!
Ale czy starsi ludzie cokolwiek będą
wiedzieli? Pytamy jedną, druga babinkę – nic nie wiedzą. Podobnie
jak w Mytelnie – zbiorowa amnezja
historyczna okazała się sposobem
na przeżycie miejscowej ludności
pod władzą bolszewicką. Trafiamy
na miejscowy cmentarz, ale tam już
tylko współczesne nagrobki, typowo sowieckie w swojej formie, wyraźnie potwierdzają nasze obawy.
Żadnych informacji. Przypominam
sobie opowieści ojca o rzeczce, która płynęła u stóp dworu, w której ojciec się kąpał, w której dzieci ze wsi
łowiły ryby. Może to będzie wskazówka co do miejsca na którym stał
dwór? Zaczepiamy dwie kobiety w
średnim wieku i pytamy o rzeczkę.
Jedna z nich wskazuje mi kierunek, ale druga pyta czego szukam?
Kiedy mówię, że miejsca gdzie
stał dwór – oczywiście nie wie, ale
przytomnie kieruje nas do miejscowej szkoły średniej, gdzie jest muzeum. Bez większego przekonania
udajemy się do szkoły i pytamy na
korytarzu o dyrektorkę. Wchodzimy do sekretariatu (towarzyszy nam
Ola, Ukrainka z Krzemieńca) i po
chwili znajdujemy się w gabinecie
pani dyrektor. I w tym momencie
przeżywam szok! Ola ”wali prosto z mostu” do dyrektorki: „to jest
pan Chromiński, jego dziadek był
ostatnim panem na Jaruniu, dziedzicem, i on przyjechał na ojcowiznę (batkiwszczynę) i chce zabrać
trochę ziemi żeby zawieźć ją do
Polski”. Świat zawirował mi w głowie! Spodziewałem się wszystkiego
najgorszego! A tu zaskoczenie! Pani
dyrektor wyraźnie ucieszyła się i
natychmiast zaczęła wypytywać o
moją rodzinę! „Wie pan, u nas historia zaczyna się od 1919 roku,
wiemy, że był jakiś dziedzic, jego
dwór dopiero 10 lat temu został rozebrany, ale nie wiemy jak się nazywał i co się z nim stało?” Dokładnie
wypytuje mnie o dziadków, rodziców, ich rodzeństwo, o mnie, moje
siostry. Wszystko skrzętnie notuje.
W pewnej chwili pyta: a pan już był
na miejscu gdzie stał dwór? Nie?
To zaraz pana tam zaprowadzę. To
piękne miejsce!
Ale wcześniej otwiera dla nas specjalnie miejscowe muzeum. Pierwsze sale to sowiecka sztampa. Czasy
kołchozu, jakieś maszyny rolnicze,
traktory…. W drugiej – II woj-
/ Widok na Liceum Krzemienieckie i kościół licealny
łokrynicy, stacjonował przed wojną
12 Pułk Ułanów Podolskich, wsławiony wspaniałymi bojami z niemiecką armią pancerną w kampanii
wrześniowej (bitwa pod Mokrą),
a także zatknięciem przez patrol
tego pułku proporca pułkowego na
szczycie Monte Cassino, jeszcze zanim zawisł tam Polski Sztandar. Dla
mnie to wreszcie miejsce pierwszej
nauczycielskiej pracy mojego Ojca,
jako profesora polonisty w Liceum
Krzemienieckim, miejsce poznania
późniejszej Jego żony, a mojej Matki Aleksandry Zarzyckiej. Z tego
miasta, już po raz drugi w życiu,
choć jak się okazało nie po raz ostatni, uciekał 17 września 1939 r. przed
www.ksi.kresy.info.pl
niejszy kościół na Wołyniu, dzisiaj
jest namacalnym dowodem na wyjątkowe barbarzyństwo sowieckiej
władzy, systemu bolszewickiego.
Do 1945 roku dotrwała bez większych zniszczeń. Dopiero „za nowej władzy” rozpoczęła się jej planowa, systematyczna dewastacja.
Zamknięta dla wiernych w 1945
r., barokowa, trzynawowa bazylika, niegdyś z pięknymi obrazami,
rzeźbami, elementami snycerskimi,
stallami kanoników w prezbiterium
(dziełem Erlenberga, ucznia Pfistera
ze Lwowa), licznymi nagrobkami i
epitafiami, przeważnie z marmuru
i kolorowego alabastru znajduje się
obecnie w kompletnej ruinie (http://
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 41
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
na światowa; parę zardzewiałych
hełmów, jakieś łuski po nabojach,
mapy, maska przeciwgazowa itp.
Słowem – nuda. Wchodzimy do
następnej Sali i olśnienie! Cała sala
poświęcona czasom „sprzed rewolucji”! Czyli czasom kiedy żyli tam
moi dziadkowie, mój ojciec i jego
rodzeństwo! Po prawej stronie część
chłopska. Piękne rubaszki, koloro-
we koszule, sukmany. Narzędzia codziennego użytku – kołowrotki, krosna, nosidła wiader, garnki gliniane,
kosy, cepy…. Wszystko w bardzo
dobrym stanie, zadbane. Niesamo-
wity kontrast w stosunku do pamiątek z czasów komunistycznych. Widać, że „pańska” wieś bogata była.
A po przeciwnej stronie – pamiątki z dworu! Oczy mi chyba wylazły
z orbit! Ile tego! Piękne samowary,
szyldzik z zamka do drzwi, żelazka
z duszami, kieliszki srebrne, świeczniki, butelki po markowych alkoholach (z Sankt Petersburga, ze Lwowa), krzesło na którym wielokrotnie
siadał mój dziadek, ale także na
pewno mój ojciec, a które nauczyciel miejscowej szkoły wyjeżdżając z Jarunia ofiarował muzeum z
informacją, że jako chłopiec sam je
wyniósł z dworu! Wszystkiego dotykam, wszystkim się cieszę. Nigdy
nie spodziewałem się że cokolwiek
jeszcze przetrwało, a tu nie tylko że
jest ale tak dużo! I tak pieczołowicie przechowywane! Po obejrzeniu
wszystkiego po 3 razy ruszamy na
miejsce gdzie stał dwór. Wg. dyrektorki był bardzo dostatni, solidny,
drewniany. Dopiero 10 lat wcześniej został rozebrany. Po I wojnie
umieszczono w nim szkołę i dlatego
ocalał. Ale miejsce pozostało i jest
to „bardzo horne miesto”. Dochodzimy i faktycznie – miejsce piękne! Przechodzimy przez mostek nad
rzeczką, która z trzech stron oblewa
wysoki cypel na którym stał dwór.
Miejsce gdzie stał dwór zaznaczone
jest wkopanymi do połowy oponami,z tyłu za nim budynek dawnej
szkoły, wybudowanej kiedy dwór
okazał się za mały. Układem nawiązuje do dworu, jest też drewniany.
Słowem – nie zakłóca atmosfery
miejsca. Dyrektorka woła pasącego
niedaleko krowy Wasię.
Trudno ocenić jego wiek. Ale chodził jeszcze do szkoły kiedy mieściła się w dworze. I Wasia serdecznie
przywitawszy się z nami opowiada
jak ona wyglądała, gdzie była jego
klasa. A za stojącym do dzisiaj budynkiem dawnej szkoły stoją dawane zabudowania folwarczne, stoją
czworaki! Stare, dobrze ponad stuletnie już – ale stoją! Niesamowite!
Robimy zdjęcia, kręcimy film, żona
pobiera do woreczków ziemię żebym mógł zawieźć ją ojcu i nasypać
do jego grobu. To było jego życzenie, które wiele razy przed śmiercią
przekazywał. Żegnamy się i pełni
wrażeń i wzruszeń wracamy do
Krzemieńca. Ale o tym czarownym
mieście i śladach jakie pozostawili
tam moi i mojej żony rodzice już w
następnym odcinku.
Spływ kajakowy Dniestrem
Sentymentalna podróż do krainy rodziców
Stanisław Wodyński
Tyle już czasu minęło od naszej wyprawy Dniestrem a jednak ten przecież tylko tydzień jaki spędziliśmy w
kajaku płynąc z nurtem rzeki pamiętać będziemy do końca naszych dni
jako wielką, może nawet największą
w naszym życiu przygodę. Napisany
zaś przeze mnie w Internecie opis naszej podróży, stał się wśród wodniaków wybierających w tamte strony
na spływ prawdziwym bestsellerem.
Nieomal każdego roku otrzymywałem listy i maile, telefonowano też do
mnie z prośbą o bardziej szczegółowe
wyjaśnienia czy też prosząc o pomoc
w załatwieniu możliwości pozostawienia pod opieką na czas spływu
samochodów na starcie kajakowej
wyprawy.
Przez te dziesięć lat które minęły od
kiedy to po raz pierwszy popatrzyliśmy na rzekę z wysokiej skarpy w
Mariampolu, rzekę wijącą się meandrami. Płynącą wartkim nurtem z
północnego zachodu na południe.
Był to pierwszy rok trzeciego tysiąclecia magicznie otwierający bezkres
naszej bądź co bądź dosyć egzotycznej podróży, spływy kajakowe Dniestrem stały się w Polsce coraz bardziej popularne. Organizują je biura
turystyczne, kluby kajakowe i wodniackie, wyprawiają się indywidualni podróżnicy żeby zaznać smaku
Wschodu oraz odbyć sentymentalną
podróż do krainy rodziców, dziadków.
Z zamiarem spłynięcia Dniestrem
nosiliśmy się od dawna, od momentu
możliwości stojących jeszcze przed
nami. Byliśmy wtedy zdecydowani
zrobić też coś niezwykłego, szczególnie ekscytującego. Wkraczałem
w sześćdziesiątkę a Stanisław dobijał pięćdziesiątki. Świadomość, że
Dniestr zmierza ku Morzu Czarnemu
a swój bieg rozpoczyna w Beskidzie Wschodnim od strumieni które
mają swoje źródła jeszcze w Polsce,
w Bieszczadach była dla nas czymś
szczególnie pociągającym. W dodatku wszyta pod skórę naszego dzieciństwa nostalgia za utraconą małą
ojczyzną naszych rodziców, którzy
traumę wypędzenia mimowolnie
przekazywali nam wraz z wyidealizowanymi wspomnieniami swojej młodości powodowała, że postanowienie
płynięcia Dniestrem stawało się coraz bardziej realne. Na szczególne
słowa uznania zasługuje mój współtowarzysz wyprawy Stanisław, który
poza krótką naszą wspólną wyprawą
kajakiem Pilicą nie miał większego
wodniackiego doświadczenia. Mimo
to, od razu przystał na propozycję wyruszenia znowu na Ukrainę, na spływ.
W dodatku w tak szczupłym składzie,
dwóch łodzi. Ja miałem w załodze
swoją żonę Barbarę, która tylko w
kajaku uznawała moje bezdyskusyjne
prawo do dowodzenia i posługiwania
się sterem. Stasiu natomiast wziął na
towarzysza wakacyjnej podróży najstarszego syna Mateusza i dwoma
objuczonymi składanymi kajakami i
turystycznym ekwipunkiem oraz zapasami wody i żywności na dwa tygodnie, wyruszyliśmy samochodami
późnym popołudniem z przejścia granicznego Medyka - Szegine w drogę.
Trasa wiodła przez Sambor, Drohobycz, Stryj, Kałusz, do Stanisławowa.
Przed nami do pokonania pozostało
210 km od granicy. Sam dojazd obfitował w różne przygody, które na
Strona 42 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
szczęście kończyły się dobrze mimo,
że podróżowaliśmy nocą. Próbowaliśmy skracać sobie drogę błądząc przy
okazji po bezdrożach.
Zatrzymywaliśmy się przy przygodnie napotkanych tubylcach, pytając
o właściwy kierunek, itp. Słowem
zachowywaliśmy się w sposób jaki
stanowczo odradzają wszystkie przewodniki turystyczne.
Po bezskutecznym poszukiwaniu w
Stanisławowie hotelu który przygarnąłby nas na nocleg za przystępną
na naszą kieszeń cenę, wyruszyliśmy
około 2 w nocy do Mariampola. Miejscowości położonej nad Dniestrem,
skąd pochodzą rodzice Stanisława.
Z Mariampola planowaliśmy rozpocząć nasz spływ. Tak jak przypuszczaliśmy, nasi gospodarze z którymi
utrzymywaliśmy kontakt poprzez
przedstawiciela tamtejszej administracji samorządowej poszli spać.
Dobudziliśmy ich bladym świtem i
21 lipca 2002 r. rozpoczęła się nasza
ekspedycja, właściwie eksploracyjna,
której celem było przetarcie szlaku
kajakowego Dniestrem dla turystów
z Polski.
Nasz plan wyprawy przewidywał,
poza oczywiście samym płynięciem
badanie a nawet tworzenie warunków do uprawiania tej formy turystyki, której tradycje sięgają w tamtych okolicach czasów galicyjskich.
Szczególnie intensywnie Dniestrem
podróżowano w okresie II Rzeczypospolitej. Brzegi rzeki były miejscem
licznych biwaków harcerskich a młodzież akademicka ze Lwowa docierała kajakami do Dniestru szlakiem
rzeki Wereszycy z Janowa usytuowanego powyżej Gródka Jagiellońskiego, dokąd ze Lwowa było dogodne
połączenie kolejowe.
W czasach sowieckich swobodne
przemieszczanie się obywateli było
niemile widziane, a nawet zabronione, wymagało specjalnych zezwoleń i
ruch na rzece praktycznie zamarł.
O naszych zamiarach zorganizowania spływu poinformowaliśmy także
tamtejsze władze rejonowe w Haliczu, których przedstawiciele pan starosta Grigorij Michajłowicz Iwasniszyn i wicestarosta, zarazem prezes
fundacji „Pojednanie” pan Włodzimierz Brodowicz stali się gorącymi
zwolennikami i kibicami naszej wyprawy.
W Mariampolu założyliśmy główną
bazę, która zapewniała nam możliwości bezpiecznego pozostawienia samochodów na czas płynięcia.
Mogliśmy tam także swobodnie i w
www.ksi.kresy.info.pl
bardzo dobrych warunkach nocować
a także zapewniono nam wsparcie
logistyczne na czas wyprawy z brzegu. Pan Michał Koryjenko z wielką
odpowiedzialnością podjął się zadania towarzyszenia nam na trasie samochodem, do którego pakowaliśmy
namioty, śpiwory, zapasy żywności i
inny sprzęt, który był niepotrzebny
na wodzie.
Każdego ranka przed wypłynięciem
uzgadnialiśmy długość dziennej trasy
i miejsce, w którym nas pan Michał
miał oczekiwać. Jego osoba była
nam bardzo przydatna. Dokonywał
po drodze zakupów uzupełniających
nasze zapasy, dzielił się z nami swoją znajomością rzeki i terenów przez
które przepływaliśmy. Był niezastąpiony w kontaktach z mieszkańcami
naddniestrzańskich wiosek, którzy
odwiedzali nas na biwakach a także
zapewnił nam sprawną ewakuację po
zakończeniu spływu.
W Mariampolu na nadrzecznych błoniach jest nawet stanica wodna w
której od lat sezonowo, z nastaniem
wczesnej wiosny do późnej jesieni
mieszka tajemniczy uciekinier z terenów dotkniętych katastrofą nuklearną w Czarnobylu. Utrzymuje się z
niewielkiej renty i zielarstwa, można
jemu śmiało powierzyć opiekę nad
kajakami jeśli przyszłoby nam do
głowy zanocować w bazie u pana Michała.
Same zaś błonia nadają się wyśmienicie do biwakowania. W ogóle, na
całej trasie jest wiele miejsc bardzo
malowniczych i nadających się do
rozbicia namiotów, palenia ognisk
a nawet zaopatrywania się ze źródeł w wodę. Noce są bardzo ciepłe,
niebo rozgwieżdżone, czuć południe,
Orient. Cały szereg roślin znajduje tu,
najbardziej na północ Europy wysunięte stanowisko. Na ciepłym Podolu, u ujścia Seretu rodzą się morele,
winogrona, melony, papryka, tytoń
południowy, kwitną drzewa migdałowe. Pomidory z gruntu mają już w
lipcu niezapomniany słodko-kwaśny
smak. Świat zwierzęcy w jarze dniestrowym ukazuje nam gatunki w Polsce nie spotykane, typowe dla południa, klimatu śródziemnomorskiego.
Tu można spotkać niebywałej urody
kosa, zielonkawo-niebieskiego z metalicznym połyskiem i żółtym podgardlem, który zaliczany jest właściwie
do ptaków fauny tropikalnej. Spośród
ryb czeczuga, która od ujścia Dniestru
podpływa na tarło pod Uścieczko.
Śledź nieco większy od bałtyckiego
spotykany jest pod Zaleszczykami. W
rzece pływa, nigdzie poza nią nie spotykana ryba - wyrozub. Z owadów
uważny obserwator może spostrzec
cały szereg gatunków znanych z Krymu, Kaukazu, Bałkanów i Węgier.
Dniestr drąży charakterystyczne koryto, ujęte w strome ściany jaru, biegnące wzdłuż krawędzi Przedgórza
Karpat. Teren lewobrzeżny rzeki na
wschód od Lwowa, zwany Podolem stanowi zupełnie odmienny od
fałdu Karpat typ geologiczny. Granitowa płyta podolsko-czarnomorska
wielokrotnie zalewana była w ciągu
wieków morzami, z których ostanie
„Sarmackie”, cofając się ku południowi, odsłoniło z dna swego obszary
zamienione z czasem na stepy a dziś
tworzące sławne czarnoziemy podolskie. Długie pasmo stromych wapiennych skał jest natomiast pozostałością
raf muszlowych, ongiś chroniących
wybrzeże „Morza Sarmackiego”.
Dniestr rzeźbi owe skały, odsłaniając
poszczególne warstwy geologiczne,
tworząc niesłychanie malowniczy
ciąg przełomów z wysokimi na kilkadziesiąt metrów ścianami, w których nierzadko wydrążone są groty i
pieczary, dające dawniej schronienie
naszym praojcom a później pustelnikom. Miejsca te owiane legendami
przesyconymi tajemniczością życia
przedhistorycznego powodują, że
odbywamy podróż nie tylko w przestrzeni ale i w czasie.
Wyruszamy z Halicza, dokąd z Mariampola przewieźliśmy nasze kajaki.
..Sam Halicz, w którym mieszczą się
władze administracyjne rejonu, odpowiednika naszego powiatu - jest historyczną siedzibą książąt halickich.
Nad miastem, na wyniosłym wzgórzu królują ruiny zamku Kazimierza
Wielkiego. Halicz, stolica Hałyczyny (Rusi Halickiej) wraz z ziemiami
którymi rządziła dynastia Rurykiewiczów, w 1349 roku został przyłączony do Polski. W mieście leżącym, na
dawnym szlaku handlowym, wiodącym z Kijowa do Ratyzbony pozostało niewiele zabytkowych budowli.
Sam rynek został bardzo gustownie
zagospodarowany pomnikiem odwołującym się do długiej i chlubnej przeszłości, przy nim cerkiew Narodzenia
Chrystusa a od niej wiodą schody na
górę zamkową.
Na lewym brzegu, poniżej mostu drogowego na trasie ze Lwowa do Stanisławowa, za stadionem sportowym
jest bardzo dogodne miejsce do wodowania i biwakowania. Dniestr płynie wartko, rozlewając swoje wody
szeroko. Może być płytko, dlatego
trzeba płynąć z nurtem, bliżej prawego brzegu. My wybraliśmy porę
po letniej powodzi. Woda w rzece jest
jeszcze trochę mętna, ale za to nie ma
płycizn.
Po godzinie spływu mijamy po lewej wieś Dubowce, przysiółek Dehowa, potem most kolejowy, niskie
kamieniste brzegi a dalej jak sięgnąć
okiem pastwiska, mnóstwo pasącego
się bydła. Po prawej widzimy zabudowania i wieże kościoła O.O. Dominikanów w Jezupolu. Osady, której
nazwa nadana przez hetmana Stanisława Jabłonowskiego była, tak jak i
w przypadku Mariampola swoistym
votum za pomyślność na polach bitew toczonych z Turkami przez tego
wojowniczego i bardzo dla Rzeczpospolitej zasłużonego męża.
Wpadający do Dniestru potok przegradza dosyć upiorna budowla elektrowni. Zaraz za nią ujście rzeki Bystrzycy, potem żwirowiska i już widać
Mariampol usytuowany po lewo,
na wysokiej skarpie. Wody w rzece
więcej prąd szybszy, brzegi wyższe.
Mijamy wyspę i dobijamy do lewego brzegu, koło zatopionego promu.
Przepłynęliśmy 16 km.
Obecny Mariampol nie przypomina
pozostawionego przez Polaków wysiedlonych w latach czterdziestych
miasteczka. Wszystko zostało zmienione. Nie ma ryneczku, pałac Jabłonowskich został prawie całkowicie
rozebrany, w klasztorze O.O. Kapucynów jest więzienie. W tym miejscu
wypada zacytować pochodzącą z Mariampola poetkę Paulinę Gwizdak:
Gdzieś na mapie świata
Daleko stąd
Stoi nad Dniestrem
Nasz rodzinny dom
Chata nasza droga
Ściany pobielane
Dookoła płotu
Barwinek zielony
W rogu przy stodole
Na starej jabłoni
Pięknie usłane
Gniazdo bocianie
W ogródku pod oknem
Jeszcze jabłoń rośnie
Nie ma już paproci
Nie kwitną już malwy
Rosną tam łopiany
Rośnie macierzanka
Tak właśnie wygląda
Opuszczona chatka
A na podwórku wysoka trawa
Wśród tego wszystkiego
Nasza chata biała
Opuszczona przez nas
Bo taki był czas”.
Mieszkańcy Mariampola są życzliwie
nastawieni do turystów z Polski. Jest
to wynikiem wieloletnich kontaktów,
rozsianej po całej Polsce mariampolskiej diaspory z mieszkającymi obecnie tam Ukraińcami. W miasteczku
znajduje się posterunek policji, sklep i
kawiarnia. Można przenocować a nawet pomodlić się przed łaskami słynącym od 1702 roku wizerunkiem Matki Boskiej z Dzieciątkiem, zwanej
Zwycięską, lub Hetmańską. Oryginał
obrazu jest wprawdzie we Wrocławiu,
ale doskonała kopia znajduje się w
tutejszej cerkwi podarowana w 2000
r. przez Stanisława, naszego współtowarzysza wyprawy. Wizerunek
otoczony jest szczególnym kultem i
patronuje trudnemu procesowi pojednania.
Od Mariampola Dniestr przybiera
inny wygląd. Płynąc w ustalonym
korycie, mieć będzie prawie ciągle
brzegi wyniosłe, które od Niżnowa
przejdą w Jar Dniestrowy, charakterystyczny dla sporego odcinka dalszego
biegu rzeki.
Po przepłynięciu 10 km, po lewej stronie widać ujście rzeczki Horożanki a
w oddali wieże kościoła pod wezwanie Św. Rozali w Ujściu Zielonym.
Ongiś miasteczko, obecnie senna osada ze sklepem na końcu wsi, za to w
centrum jest tam apteka. Jest też tam
dobrze zachowany do dzisiejszych
czasów kirkut-cmentarz żydowski.
Płynąc dalej mijamy Petryłów i Nowosiółkę położone również po lewej
stronie. Prawy brzeg bardziej zalesiony. Po paru godzinach osiągamy most
w Niżniowie.
Biwak zakładamy po lewej stronie,
poniżej mostu drogowego. Brzeg wysoki, zarośnięty krzewami, ale powyżej łąka nadaje się do biwakowania.
Sam Niżniów zaś rozsiadł się na prawym brzegu przy drodze do Tłumacza. Przepłynęliśmy 26 km.
Od tej miejscowości, Dniestr zdecydowanie zmienia swój charakter. To
właśnie teraz, na trasie spływu napotkamy nieomal baśniowe scenerie
tajemniczych wąwozów, wysokich na
ponad sto metrów skał w dominującym kolorze czerwieni, które mogą
śmiało uchodzić za jeden z najpiękniejszych regionów krajobrazowych
Europy.
Rzeka tworzy przełomy i zakręty, płynąc coraz to w innym kierunku. Ruszając w dół spotkać możemy rybaków pływających na prymitywnych
łodziach, wydrążonych w jednym
klocu drzewa, zwanych „dłubankami”. Są one niewątpliwe bardzo
skuteczne w płynięciu pod prąd, ale
posługiwanie się nimi wymaga nie
lada umiejętności, bowiem są bardzo
wywrotne. Po przepłynięciu 12 km,
za zakrętem otwiera się rzadkiej urody perspektywa zamknięta wysokim
brzegiem, na którym leży po lewo
wieś Horyhlady.
Wysiadamy z kajaków, aby nasycić
się pejzażem, tak niewyobrażalnie
pięknym. Sama wieś jak z folderu re-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 43
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
klamującego podróż wehikułem czasu, tak jak niegdyś żyli tu dwieście,
może trzysta lat temu ludzie, tak i dzisiaj żyją jej współcześni mieszkańcy.
We wsi jest jednak posterunek policji.
Widzieliśmy przez okno jak drzemał
tamtejszy konstabl, nawet nasza obecność wcale go nie ożywiła. A co mają
robić tamtejsi, prawdziwi złoczyńcy,
żeby wzbudzić jego zainteresowanie?
Nie wiemy.
Z żalem opuszczamy to piękne miejsce, którego nazwa pochodzi od „wielkich oczu” jakie się robi na tamtejszy
widok. Płyniemy dalej rzeką, która
kręci niepomiernie, w dodatku zaczyna być płytko. Po lewej mijamy ujście
rzeki Koropiec, która swoją nazwę
wywodzi z położonego nieco wyżej
od ujścia miasteczka.
Prąd w Dniestrze staje się coraz bardziej wartki, brzegi kamieniste. Trzeba
uważać!. Lądujemy po prawej stronie,
na końcu przełomu.
Do wsi Delawa położonej nieco wyżej, na wzgórzach, mamy jakiejś 3,5
km. Jest tam nieźle zaopatrzony sklep
i okazała cerkiew. Przybyszów uderza
przede wszystkim niezwykłość miejsca w którym są same nowe domy! Ta
rzucająca się w oczy zamożność bierze
się stąd, że mieszkańcy Delawy są zawołanymi budowniczymi pracującym
przeważnie w Rosji. Spokrewnieni i
spowinowaceni między sobą tworzą,
jak nasi górale, rodzinne brygady budowlane, które działają w Moskwie i
Petersburgu. Pokazywano nam szczególnie okazałe domostwo, ozdobione
oczywiście błyszczącą w słońcu, wykonaną z blachy aluminiowej bramą
budowniczego rezydencji samego
prezydenta Putina w Moskwie.
Od Niżnowa do Delawy przepłynęliśmy 30 km.
Do pokonania, zaplanowanego wcześniej etapu wyruszyliśmy właściwie
po południu i w sporym deszczu, który
towarzyszył nam praktycznie do samego końca, kolejnego odcinka trasy,
to jest do biwaku na prawym brzegu,
tuż przed mostem i ujściem, bardzo
zanieczyszczonej rzeczki w Niezwiskach. Napotkaliśmy tam bardzo interesującego się nami jegomościa, który
utrzymywał, że jest z zawodu artystą
fotografem z Drohobycza i oczekiwał,
przynajmniej tak twierdził, na przybycie przyjaciół, którzy mieli po niego
przypłynąć tratwą.
Od ubranego w dresy „Adidasa” fotografika czuć raczej było tamtejszą
esbecją, niż sztuką.
Sama miejscowość rozsiadła po obu
stronach rzeczki, do której odprowadzano śmierdzące ścieki. Ze Stasiem
wypatrzyliśmy bardzo malowniczą i
bardzo pieczołowicie utrzymaną chatkę, pomalowaną na niebiesko. Wdaliśmy się w rozmowę z jej właścicielką. Kobieta już w latach, opowiadała
nam o swoim życiu i o mężczyznach
z którymi była związana a raczej których z tego życia przepędzała przez
oczywiście wódkę.
O Polsce i Polakach wyrażała się jak
najlepiej i dobrze nam życzyła. Koło
bowiem Wrocławia, mieszka jej jedyna córka, która wyszła na Dolnym
Śląsku za mąż i jest teraz tam uosobieniem kariery zrobionej w dalekim,
zamożnym kraju. Spotkaliśmy też
tam niezwykle przedsiębiorczego hodowcę rudych świń, który wcześniej
był, jak się sam do tego przyznał w
rozmowie, … sowieckim aparatczykiem. Był on jedynym, napotkanym
na całej trasie spływu osobnikiem rodzaju męskiego, który pracował. Nasz
były sekretarz komunistycznej partii
…w pocie czoła wywoził świńską
mierzwę taczkami, ciął zielonkę, zaganiał stado, krzątał się aż do późnego
wieczora. Byliśmy pod autentycznym
wrażeniem, dotąd bowiem utrwalało
się w nas przekonanie, że na Ukrainie zajęciami praktycznymi, wszelką
pracą zajmują się wyłącznie kobiety.
A przedstawiciele brzydszej połowy wyłącznie zajmują się gaszeniem
dręczącego ich bólu istnienia samogonem. Z Delawy do Niezwisk jest 26
km.
Dwa kilometry poniżej mostu łączącego Niezwiska z Łuką, napotykamy
po prawej, ruiny zamku z 1660 r. w
Rakowcu.
Rzeka meandruje, brzegi są zarośnięte
krzewami, lub ujęte w ramy skał. Po
dwóch godzinach osiągamy ujście lewego dopływu Dniestru rzeki Strypy,
która bierze swój początek hen daleko,
gdzieś pod Złoczowem. Płynie przez
Tarnopol. Biwak zaplanowaliśmy we
wsi Chmielowa, po prawej niższej
stronie Dniestru, lewy brzeg jest tam
niedostępny, wysoki i skalisty. Namioty rozbiliśmy w samym centrum tej
miejscowości, na boisku do siatkówki, nieopodal „klubu” ludowego, szkoły i sklepu. Przepłynęliśmy kolejne
30 km.
Korzystając widocznie z naszej obecności i zamieszania nią wywołanego,
ktoś się włamał w nocy do owego
magazynu, ogałacając go z pieniędzy
i towaru przeznaczonego do sprzedaży. Znaleźliśmy się w wyjątkowo
niezręcznej i dwuznacznej sytuacji.
Magazyn przecież „obrobiono” w
momencie kiedy pojawili się obcy.
Młodzi ludzie którzy na wieść o włamaniu do sklepu, licznie się przed nim
zgromadzili patrzyli na nas z wyraźnym wyrzutem. Nie bardzo teraz
nam wypadało opuścić Chmielową
przed przybyciem ukraińskiej policji
z Horodenki. Słońce jednak było już
wysoko, powiadomiona policja, jakoś nie kwapiła się z przyjazdem. W
końcu dałem osobnikowi, wyraźnie
wyglądającego na przywódcę tej grupy młodzieży, który cały czas chodził
bez koszuli, eksponując swoją okazała
muskulaturę bilet wizytowy członka zarządu powiatu głubczyckiego
i oświadczyłem, że jak policja chce
się czegoś od nas dowiedzieć, to będziemy jej oczekiwać na najbliższym
moście w Ujścieczku.
Do mostu dotarliśmy po trzech godzinach, policja na nas tam nie oczekiwała. Most zresztą bardzo wysoki,
rzeka w tym miejscu bardzo szeroka.
Bez zatrzymywania się z wyraźnym
uczuciem ulgi popłynęliśmy dalej w
dół do Zaleszczyk.
W tym dniu ustanowiliśmy rekord
dziennego pływania, pokonaliśmy
ponad 40 km. Brzegi w tej części
Dniestru opadają, okolica staje się coraz bardziej ludna, co krok ktoś łowi
ryby, w rzece liczne wyspy zarośnięte
dorodnymi krzakami wikliny. Po drodze mijamy większe już miejscowości
Iwanie Złote, Horodnicę i Pieczarnię.
Pierwszy w Zaleszczykach jest most
kolejowy. Zerkając nieco trwożliwie
na boki, robimy sobie nawzajem sesję
zdjęciową z mostami w tle. Wszystkich nas ogarnia wzruszenie. Dopłynęliśmy jako przedstawiciele Niepodległej Polski do miejsca, które w
ramach komunistycznej indoktrynacji
szczególnie w okresie PRL utrwalano
w pamięci, jako przykład i symbol klęski burżuazyjnego państwa polskiego.
Tędy bowiem miały uciekać w 1939
r. najwyższe władze II RP.
Dopływając do nadbrzeża, które
przed wojną było tętniącym życiem
bulwarem zwanym „Przystanią Akademicką” wciągnęliśmy na maszt
umieszczony na rufie kajaka dużą
flagę biało czerwoną. Warunki biwakowania tam można by określić jako
średnie, z powodu przede wszystkim
śmieci zalegających zarośnięte łopianami (patrz wyżej wiersz) miejsce,
które kiedyś było plażą i spacerową
promenadą. Ale za to widok stąd jest
wspaniały. Mieliśmy przed sobą skalisty masyw przeciwległego, wysokiego brzegu bukowińskiego.
Oba brzegi, ten wyższy, dawniej rumuński i ten niższy z rozłożonymi na
cyplu, niczym na wyspie Zaleszczykami spina most. Przed mostem stały
posterunek policyjny, bowiem Dniestr
stanowi naturalną granicę pomiędzy
województwami tarnopolskim i czerniowickim. Rzeka rozgranicza również krainy geograficzne Podole i
Bukowinę.
Strona 44 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
Trudno się obecnie, doszukać urody w tym przecież modnym przed II
Wojną Światową uzdrowisku, do którego tak lubili przyjeżdżać przedstawiciele przedwojennej elity. Miasto
zostało założone przez ojca króla
Stanisława Poniatowskiego. Po dawnej świetności terenów parkowych,
pawilonów, domostw w których
mieszkali spragnieni południowego
słońca i rzecznych kąpieli dostojni i
bogaci amatorzy nie pozostało wiele. Ale koniecznie należy odwiedzić
kościół katolicki pod wezwaniem Św.
Stanisława. Wokół kościoła skupiona
jest licząca w Zaleszczykach 15 osób
Polonia a na plebani istnieją warunki
przenocowania nawet kilkudziesięcioosobowej grupy.
Kręcąc się w niedzielę koło kościoła,
napotkaliśmy dwóch, objuczonych
wielkimi plecakami młodych ludzi,
którzy, jak się później okazało byli
również Opolaninami, pochodzącymi z Brzegu i Lubszy studentami
wędrującymi koleją i autobusami od
Karpat, aż po Krym. Nasza skromna
ekspedycja zrobiła na nich olbrzymie
wrażenie. Byli bowiem dotąd przeświadczeni o swojej wyjątkowości,
odwadze, rozpierała ich duma z dokonanego wyczynu a tu proszę, starsi
państwo, kajaczkiem, pod namiotami,
dziką rzeką ..
Następny etap był również bardzo
interesujący. Przepłynęliśmy wprawdzie tylko 20 km do Doroszowiec, ale
za to przy bardzo słonecznej pogodzie,
która co jakiś czas zachęcała nas do
kąpieli.
Bukowina prezentowała się jako kraina znacznie zamożniejsza od Pokucia, które dotąd mijaliśmy po prawej
stronie. Domy okazalsze, otoczone
charakterystycznymi
murkami z
rzecznych kamieni, ludzie bardziej
otwarci, jakby bardziej przyjaźniej
nastawieni, często wołali „kuda płynut”, pytali dokąd płyniemy i życzyli
nam szczęśliwej podróży, Szczaślwa
droho” a nawet ostrzegali nas z troską
w głosie przed niebezpieczeństwami
jakie stwarza rzeka.
Dużo też osób przebywało na brzegu
wyłącznie rekreacyjnie. Ryb nie łowili, nie prali, jak to wcześniej widzieliśmy w rzece, siedzieli całymi rodzinami na brzegu Dniestru, pili wódeczkę,
co rusz chłodzili się w wodzie… robili
wrażenie szczęśliwych.
Po lewej ujście Seretu, rzeki z którą
jestem także sentymentalnie związany. Seret bowiem bierze swój początek powyżej Załoźców z rzeczki która
przepływała przez Pieniaki, miejscowości gdzie mieszkali przedtem moi
rodzice. Mama była kierowniczką
tamtejszej szkoły a ojciec administratorem majątku Cieńskich. Wyruszyliśmy do kończącego naszą wyprawę
etapu, rezygnując a raczej odkładając
na przyszły rok dopłynięcie do pierwotnie zakładanego celu jakim miało
być dopłynięcie do Chocimia. Po przepłynięciu 8 km dotarliśmy do najbliższej przeprawy promowej w Bródku,
Brodoku po ukraińsku a po rumuńsku
Vadu Nistrului gdzie 2 października w
1600 roku hetman Jan Zamojski przeprawił się przez rzekę w bród wiodąc
swoje wojska z Trembowli do Multan.
Tam doświadczyliśmy bardzo gwałtownej burzy, rozszalałego tornada,
Ukraina żegnała nas błyskawicami
i gromami na zupełnie zaciągniętym
czarną chmurą niebie, demonstrując
siłę i fascynującą grozę żywiołu, co
obserwowaliśmy z nabożnym respektem skuleni pod lichymi, targanymi
porywami wiatru płachetkami namiotów, rozbitych tuż nad brzegiem Dniestru. W pewnym nawet momencie
przybiegli pokonując wichurę Ukraińcy aby sprawdzić, czy nie potrzebujemy pomocy i zaoferować schronienie
w pobliskiej stodółce. Rzeka naszych
przodków, która przez cały tydzień tolerowała naszą obecność, ba, przyjęła
nas jak najgościnniej, teraz pokazała
swoje drugie oblicze. Natury dzikiej
i nieujarzmionej, której lata sowietyzacji nie zaszkodziły. Zachowane bowiem zostało w całej pełni piękno darowane jej prze Stwórcę. Następnym
razem popłyniemy dalej i dalej ...
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
LWOWSKIE WIELKANOCNE ŚWIĘTA
Aleksander Szumański
Alina Borkowska - Szumańska
Wielkanoc,
Zmartwychwstanie
Pańskie - najstarsze i najważniejsze święto chrześcijańskie upamiętniające
zmartwychwstanie
Jezusa Chrystusa, obchodzone
przez Kościoły chrześcijańskie
wyznające Nicejskie Credo .( Nicejskie wyznanie wiary - symbol
ogłoszony w czasie pierwszego
Soboru powszechnego w Nicei w
325 roku, w którym jako reakcję
na błędy arianizmu, umieszczono wyznanie wiary w to, że Jezus
Chrystus w swej naturze boskiej
jest współistotny Ojcu).
Według nauczania prawosławnego Patriarchy Konstantynopola
Bartłomieja, tajemnica Wielkanocy nierozdzielnie związana jest z
tajemnicą Wielkiego Piątku. Cały
Kościół najpierw umiera, ukrzyżowany jest z Chrystusem, aby
z nim zmartwychwstać. Prawosławie celebruje Paschę (Wielkanoc) w ciągłości z Kościołem
pierwszych wieków i jest ona w
centrum jego wiary i kultu. Wokół zwycięstwa Chrystusa nad
śmiercią, skupia się cała liturgia i
cała teologia prawosławna. Zwycięstwo Chrystusa rozumiane jest
jako duchowo urzeczywistniające
się w każdym pokoleniu.
Chrystus zmartwychwstały powoduje, że i my powstajemy z
martwych, gdyż On nosi w sobie pełne człowieczeństwo, On,
Niepodzielny, czyste istnienie w
komunii. "Wczoraj byłem ukrzyżowany z Chrystusem", głoszą
jutrznie paschalne, „dziś z Nim
jestem wyniesiony do chwały.
Wczoraj byłem umarły z Nim,
dziś łączę się z Jego Zmartwychwstaniem; wczoraj z Nim byłem
pogrzebany, dziś wraz z Nim budzę się ze snu śmierci". Śmierć
biologiczna i wszystkie śmierci
cząstkowe, które ją poprzedzają i tragicznie wytyczają nasze
losy, od tej pory stają się już tylko przejściami, "paschami" w dosłownym znaczeniu tego słowa,
przejściami, poprzez które zmartwychwstanie ogarnia nas na miarę naszej wiary, ponieważ śmierć
duchowa, która je otacza, i którą
one symbolizują, zostaje od tej
pory unicestwiona.
Jerzy Masior, lwowianin, doktor
medycyny, poeta, harcmistrz, żołnierz Armii Krajowej tęsknił za
swoim miastem Semper Fidelis:
CHCIAŁBYM DO LWOWA NA
WIELKANOC
ale nie pojadę
ludzie tam milczą
dzwony milczą
cisza tam milczy
i taka nieprzychylność w ratuszu
i na granicy
www.ksi.kresy.info.pl
przedmieścia bardzo obojętne
i w pamiętaniach
a przecież tam było nie tak
od Antoniego dzwony
od Franciszkanów dzwony
od Karmelitów, Dominikanów,
katedry
od Ormian nie pamięta
takie hałasy
z harfą kalichlorków
takie świętowanie
Zmartwychwstania
chyba poczekam nostalgicznie
chyba tylko w snach
pojadę
gdy tam znów będzie ślicznie
DANUTA ŚLIWINSKA – lwowianka, wspomina:
Kiedy zbliżają się Święta Wielkanocne, myśli moje biegną do
Lwowa, do okresu dzieciństwa i
wszystko, co kojarzy się ze świętami było tam najpiękniejsze i
najbardziej utkwiło w mojej pamięci. Nigdy później w czasie
świąt nie było takiej pięknej wiosny, tylu kwiatów kwitnących i
zieleni, nie było takiej radości,
uśmiechniętych ludzi - jak tam w
naszym Lwowie.
Były to święta odradzającego się
życia i święta wiosny, niezwykle bogate i kolorowe. W wielu
lwowskich ogrodach i parkach
kwitły szafirki, krokusy, forcysje, pierwiosnki, w domach
lwowskich nie zabrakło zieleni i
kwiatów, tulipanów, hiacyntów,
narcyzów. Okres przedświąteczny- Wielki Tydzień rozpoczynał
się od Palmowej Niedzieli, którą nazywano również Kwietną,
Wierzbną. Obchodzona była bardzo uroczyście. Palmy różne - od
bardzo skromnych, wierzbowych
gałązek z balzami do bogatych,
kolorowych - poświęcone w kościele przetrzymywane były w
domach do następnego roku i zapewniały zdrowie, dostatek.
Zwyczaj święcenia palm przywędrował do Polski z Jerozolimy
już w średniowieczu, W XVI i
XVII w. według Zygmunta Glogera zwyczaj ten wyglądał trochę
inaczej - od kościoła do kościoła wożono wózek z figurą Pana
Jezusa - a przed wózkiem drogę
wyścielano kwiatami i palmami
Wielkość palmy miała znaczenie
magiczne, wysoka zapewniała
twórcy długie i szczęśliwe życie,
a jego dzieciom zdrowy rozwój
! Wysoki wzrost. Im palma była
piękniejsza tym dzieci były ładniejsze.
W Wielki Piątek rano nasza rodzina zasiadała do malowania jajek
- kraszanek, malowanek, pisanek.
Nieraz wychodziły istne arcydzieła. Jajko - najbardziej kojarzące się ze Świętami Wielkanocnymi od najdawniejszych czasów
było symbolem życia, płodności,
miłości i siły - zawsze wierzono,
że ma życiodajne, oczyszczające i
uzdrawiające właściwości. Szczególną moc przypisywano jajkom
malowanym na czerwono, które
wróżyły wszelką pomyślność.
Popołudniowy Wielki Piątek był
odwiedzaniem Bożych Grobów.
Całą rodziną wędrowaliśmy przez
Lwów od kościoła do kościoła.
Wydawało się, że na ulicach i w
kościołach jest całe miasto, domy
opustoszałe, na ulicach ogromne
pielgrzymki. Do chodzenia na
Boże Groby przywiązywano we
Lwowie wielką uwagę i odbywało się bardzo uroczyście. A było
co oglądać; Boże Groby zaprojektowane przez artystów, misterne i
oszałamiająco piękne, a już najwspanialszy, jaki kiedykolwiek
w życiu widziałam, nie mający
sobie równego w Polsce - to był
Boży Grób w kościele 00. Bernardynów. Grób na tle olbrzymiego
malarskiego tła, monumentalnej
Golgoty pomalowanej przez artystów Tadeusza Popiela i Feliksa
Wygrzywalskiego. Na straży stali żołnierze ubrani w starożytne,
rzymskie zbroje i hełmy. Na całości rozmieszczona była ogromna
ilość kwiatów i krzewów, a w ich
gęstwinach rozlokowano klatki
ze śpiewającymi ptakami. Takiego Bożego Grobu - tak pięknego,
wielkiego i z taką dekoracją, tak
przemawiającego choćby śpiewem ptaków, nigdy w życiu nie
widziałam.
W Wielką Sobotę przed południem święcone było jadło. W
dawnych latach przychodził do
domu kapłan i święcił zastawiony jedzeniem wielkanocnym stół,
a w późniejszych, zwłaszcza w
czasach okupacji, nosiliśmy do
kościoła koszyczki z pisankami,
jajkami, wędliną, babką, chlebem, chrzanem i solą, oczywiście udekorowane m.in. mirtą.
Święconka ma początek w duszy słowiańskiej, pielęgnowana
z pieczołowitością we Lwowie i
na Kresach, nie obchodzona poza
Polską w żadnym innym kraju. W
dawnych czasach w Wielką Sobotę poza jadłem święcono ogień i
wodę. Zapalone pochodnie wnoszono do domu, rozniecano nimi
ogień pod kuchnią, a wodą święcono dom i zwierzęta. Wszystko
to miało chronić dom i mieszkańców od nieszczęść.
Wielką Sobotę kończyły we Lwowie nabożeństwa rezurekcyjne
we wszystkich kościołach. Rodzina moja przeważnie chodziła
do OO-Bernardynów. Pamiętam
bicie dzwonów i strzelanie. W
niedzielne przedpołudnie cała
rodzinka zasiadała do uroczystego, świątecznego śniadania, które
rozpoczynało się od dzielenia się
i spożywania święconego jajka
oraz składania sobie życzeń. Jajko jest treścią i głównym symbolem obchodu świąt, jak łamanie
się opłatkiem przy Wigilii. Postarajmy się, aby złożone życzenia
mogły się spełnić. Po śniadaniu
zawsze chodziliśmy z kwiatami do bliskich, pochowanych na
Cmentarzu Łyczakowskim i Orląt. Niedziela była dniem rodzinnym, natomiast świąteczny Poniedziałek
dniem
spacerów,
odwiedzin i, jak każe tradycja,
"lany". U nas w domu polewano
wodą w niedużych ilościach, a
głównie toaletową. Lanie wodą
ma też znaczenie symboliczne,
zapowiada nowy okres w życiu,
a znane przysłowie mówi: "która
dziewka nie zmoczona, z tej nieprędko będzie żona".
Wielkanoc to święta radości i nadziei, witamy je z nadzieją, że
przyniosą w naszym życiu zmianę na lepsze, że obudzimy w sobie więcej radości, więcej czegoś
piękniejszego, że będziemy zawsze pamiętali o naszych Roda-
kach na Wschodzie.
W domach stwórzmy wiosenny,
radosny nastrój, odpowiednio
ubierając mieszkanie i stół wielkanocny barankiem, pisankami,
kwiatami, gałązkami forsycji,
wierzby, brzozy itd. W kuchni
przyrządzajmy tradycyjne, lwowskie, kresowe potrawy, których
kilka przepisów poniżej podam:
1.Jajka z łososiem
4 jajka gotujemy na twardo, obieramy ze skorupek i dzielimy na
połówki. Wyjmujemy żółtka,
które mieszamy z drobniutko pokrojonymi 6-oma pieczarkami,
usmażonymi z cebulką lub szczypiorkiem, posolonymi i posypanymi białym pieprzem do smaku.
Wkładamy z powrotem w ugotowane jajka. Połówkę tak przyrządzonego jajka owijamy cieniutkim plasterkiem łososia, całość
spinamy wykałaczką. Na wierzch
dajemy 1/2 łyżeczki sosu tatarskiego i listek zielonej pietruszki.
2. Żurek z jajami
Do litra wody wkładamy 2 marchewki, pietruszkę, 1/2 selera,
por, 1/2 ząbka czosnku, 1/2 pokrojonej cebuli. Kiedy warzywa
będą miękkie - wywar odcedzamy,
łączymy ze szklanką zakwasu,
dodajemy 2 ziarnka ziela angielskiego, listek bobkowy, łyżeczkę
majeranku, sól i pieprz do smaku.
Zaciągamy 1/2 szklanki śmietany.
Do każdej porcji dodajemy po 3-4
cząstek jaj ugotowanych na twardo.
3. Schab pieczony w galarecie z
sosem tatarskim
1 kg schabu od szynki nacieramy
ziołami: 1 ząbek czosnku roztartego mieszamy z solą, białym pieprzem, 1/2 łyżeczki szałwii, 1/3
łyżeczką chilli, łyżeczką oliwki.
Wstawiamy owinięty w folię na 2
godziny do lodówki. Następnie na
mocno rozgrzanym tłuszczu obrumieniamy ze wszystkich stron,
podlewamy 1/2 szklanki rosołu i
pieczemy w piekarniku ok. 2 godzin. Po upieczeniu i ostygnięciu
kroimy w plastry, układamy na
półmisku ozdobionym listkami
zielonej pietruszki, plasterkami
gotowanej marchewki, pomidorami, zielonym ogórkiem i zalewamy tężejącą galaretą. Galaretkę przygotowujemy z rosołu
warzywnego z 2 marchewek, 1
listka bobkowego, soli do smaku
i 3 szklanek wody. Gdy warzywa
są miękkie, wywar odcedzamy,
powinno go być 1/ 2 litra. Do
ciepłego wywaru wsypujemy 3
łyżeczki żelatyny, mieszamy aż
do całkowitego rozpuszczenia,
zalewamy tężejącym wywarem.
Do schabu w galarecie podajemy
chrzan z jabłkami. Możemy również upieczony, pokrojony schab
podać nie w galarecie, a z sosem
tatarskim.
4. Mazurek "tarnowski"
Kostkę masła ucieramy w maku-
trze, dodajemy 3 roztarte ugotowane żółtka, 1 żółtko surowe,
1/2 szklanki cukru pudru, ciągle
ucieramy, skórkę startą z 1/2 cytryny, 3/4 szklanki zmielonych
bez łupin migdałów, na końcu
wsypujemy 1 i 3/4 szklanki mąki i
wyrabiamy ciasto. Po godzinnym
ochłodzeniu w lodówce 3/4 ciasta
rozwałkowujemy na prostokątną,
wysmarowaną tłuszczem blaszkę,
a z 1/4 ciasta wytaczamy wałeczki
o przekroju do 1/2 cm i układamy
w skośną kratkę na powierzchni
placka. Całość smarujemy rozmąconym jajkiem i wypiekamy w
piekarniku. Po upieczeniu i ostygnięciu w kwadraciki nakładamy
na przemian konfitury z wiśni,
moreli, poziomek i róży.
Możemy również przed upieczeniem w kwadraciki nałożyć na
przemian grube kawałki orzechów włoskich, migdałów bez
łupin i usmażonej skórki pomarańczowej.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 45
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
5. Tort morelowy – kruchy Babci Geni (łatwy)
Zagniatamy ciasto z 20 dkg masła, 20 dkg mąki, 1 łyżki śmietany gęstej, 10 dkg zmielonych bez
łupin migdałów, 4 gotowanych
żółtek, 1/2 szklanki cukru pudru,
kawałeczka utłuczonej wanilii. 2
tej ilości pieczemy 5 blacików w
tortownicy.
Blaciki przekładamy z kremem
zrobionym z 15 dkg gęstego dżemu morelowego, 3 łyżek cukru
pudru l piany z 4 białek. Wierzch
i boki torcika lukrujemy lukrem
morelowym z 3/4 szklanki cukru
pudru, 15 dkg gęstego dżemu morelowego i soku z 1/2 cytryny. Tak
przygotowany tort może postać,
po dwóch dniach jest wyborny.
ALINA BORKOWSKA - SZUMAŃSKA - wspomnienia rodzinne ze Lwowa:
Święta poprzedza Wielki Tydzień
zaczynający się Niedzielą Palmową obchodzoną na pamiątkę
wjazdu Pana Jezusa do Jerozolimy. Palma symbolizuje odradzające się życie. Palmy święciliśmy w
tę właśnie niedzielę po mszy św.
– jedna palma przeznaczona była
do domu, inne na groby naszych
bliskich.
W domu Tata każdego domownika uderzał palmą trzykrotnie w
ramię; naprzód w jedno potem w
drugie i znowu w pierwsze ze słowami: „bije palma nie zabije, od
dziś za tydzień Wielkanoc”.
Po świętach palma była mocowana do wiszącego na ścianie obrazu Matki Boskiej z Dzieciątkiem i
tam czekała do następnej Wielkanocy, czyli aż ją zastąpi nowa.
Starą palmę trzeba było spalić w
węglowym piecu, nie można jej
było po prostu wyrzucić – była poświęcona!
Przez cały Wielki Tydzień obowiązywał post. Nie był on ścisły,
ale należało wyrzec się wszelkich
uciech, palenia papierosów, oczywiście picia alkoholu, o kinie czy
tańcach nawet nie wspominając.
W Wielką Środę wspominaliśmy
zdradę Judasza, który Pana Jezusa
sprzedał faryzeuszom za 30 srebrników.
Najtrudniejszym dniem był Wielki
Piątek - obowiązkowa spowiedź
po odczekaniu w długiej kolejce
do konfesjonału i gorączkowym
myśleniu, czy aby o jakimś grzechu się nie zapomniało?
O godzinie 15. 00 to jest w godzinie śmierci Pana Jezusa klęcząc
zanosiliśmy prośby do Umęczonego w nadziei wysłuchania i trzykrotnie powtarzaliśmy: „któryś
cierpiał za nas rany Jezu Chryste
zmiłuj się nad nami”.
Potem następowało zwiedzanie
Bożych Grobów, w bliższych i
dalszych kościołach; ich ilość
zależała od kondycji, a kondycja
nie mogła być dobra, skoro był to
dzień ścisłego postu – tylko chleb
i herbata, a nawet tylko woda, ale
wejście i modlitwa przynajmniej
w Katedrze i pobliskim kościele
Dominikanów była obowiązkowa.
Jeszcze w Wielki Piątek Mama
piekła świąteczne ciasta – makow-
nik, marmoladnik, sernik, większe
i mniejsze baby i pyszną bułkę z
rodzynkami do kawy.
Gotowała również wieprzowe
nogi na studzieninę, której nie
mogło zabraknąć na wielkanocnym stole.
W Wielką Sobotę szliśmy do Katedry poświęcić pokarm. Do wiklinowego koszyczka wyłożonego
białą serwetką i ozdobionego gałązkami bukszpanu Mama wkładała jajka w skorupkach naturalnej barwy i takich zagotowanych
w łupinach cebuli dla brązowego
koloru, kawałek kiełbasy, najmniejszą babkę i sól, no i oczywiście figurkę gipsowego baranka.
Jak ten koszyczek pachniał i nęcił!
Po przyjściu ze święconym do
domu koszyczek zajmował honorowe miejsce na przystrojonym
już świątecznie stole w jadalni;
stół był nakryty najpiękniejszym
z posiadanych obrusów z ułożonymi gałązkami zielonego bukszpanu.
Do święcenia chodziliśmy przeważnie po sobotnim obiedzie, który stanowiła zupa tzw. zacierka tj.
gotowane na rozcieńczonym wodą
mleku domowej roboty kluchy i
małe kawałeczki ziemniaków.
ku, opuszczał nisko ruchomą kuchenną lampę sufitową i grzał nią
owies do rana.
Zawsze to pomagało i baranek na
święta miał swoją trawkę, a potem
czyli po śniadaniu było słodkie
nic nierobienie, nawet Mama nie
gotowała obiadu; najadaliśmy się
studzieniną, wędlinami i ciastem,
a potem był już poniedziałek wielkanocny – lany poniedziałek.
To było święto wywodzące się od
króla Saladyna, a polewanie wodą
nawiązywało do dawnych praktyk
pogańskich. Każdy z domowników starał się wstać przed innym,
żeby to on pokropił wodą, a nie
odwrotnie.
Na lwowskich ulicach też można
było dostać „lanie” i to nie tak delikatne jak w domu.
Poniedziałek to był dzień wizyt u
dalszej rodziny i przyjaciół, a potem od wtorku zaczynało się „normalne” życie połączone z dojadaniem świątecznych smakołyków.
Palma szła „za obraz”, baranek do
kredensu, a skorupki ze święconych jajek do pieca.
/ Lwów - Kościół Dominikanów. Wydawnictwo Kulczuński - Kraków
Było to pyszne jedzenie smakujące w sposób szczególny po głodnym piątku.
Wieczorem wolno nam było zjeść
nawet jajecznicę z posmarowanym masłem chlebem,
po południu zaś szliśmy na Mszę
Rezurekcyjną – biły
dzwony
wszystkich lwowskich kościołów;
to był przedsmak zmartwychwstania!
W Wielką Niedzielę znowu szliśmy na ranną mszę św. a po przyjściu do domu uczta!
Ale naprzód Tata oznajmiał każdemu z domowników z osobna:
„Chrystus zmartwychwstał”,
odpowiadało się: „prawdziwie powstał”.
Święcone jajko pokrojone w
ćwiarteczki czekało na talerzyku,
żeby być spoiwem pomiędzy składającymi sobie życzenia, a życzyło się przede wszystkim, żeby w
tym gronie doczekać w zdrowiu
następnych Świąt Wielkanocy.
Na stole, do którego z ochotą siadaliśmy, królował koszyczek ze
święconym i wyciągnięty z niego
baranek – symbol Chrystusa.
Baranek zasiadał w zielonym jak
trawa owsie, który Tata siał przed
świętami każdego roku.
Do tej samej fajansowej miseczki wsypywał ziemię, na nią kładł
moczony przez jedną dobę owies i
przykrywał to piaskiem.
Mówił wówczas, że musi być warstwa piasku, żeby ździbełkom łatwiej się było wydostać na świat.
Każdego dnia sprawdzaliśmy na
ile owies już urósł, czy aby zdąży
na święta?
Jeżeli Tata posiał go zbyt późno,
w nocy kładł miskę na stołecz-
WITOLD SZOŁGINIA, któremu
sercy zmieńkłu na wspomnienia
Wielkiej Nocy we Lwowie:
"Najsampirw, dni byli dyszczowy
i chmurny"
I wieży kuściołów wy mgli si nurzali,
Zamglony był takży mój Łyczaków górny,
Dziś wiernu pamieńciu wułany z
oddali
/ Lwów - Grajki lowoskie
Marzyć sy przyz Miastu puwoli
wyndruji
W swym siraku zgrzebnym, na
dyszczu zmuczonym;
Ali puprzyz chmury już si słońcy
czuji,
Taj już pełnu bazik pud świentym
Antonim.
Otu Wielgi Tydziń w puwadzy
nadchodzi,
W kuściołach fiulety, świcy si ni
palu;
Puklińkali razem i starzy i młodzi,
A kużdyn si kaja w swojim gorzkim żalu...
/ Lwów - Cmentarz Obrońców Lwowa. Pomnik lotników USA. - Ze zbiorów A. Szumańskiego
Gdy już Wielgi Piontyk - chudzeni pu Lwowi,
Po tych Grobach Bożych, przystrojonych pienkni;
A tegu nastroju - dziś nikt ni wypowi,
Ud mych rzewnych wspomniń już
mi sercy mieńkni..."
Aleksander Szumański:
A mnie jest żal
Tych dawnych wspomnień łask
I tych kościołów dzwon
We Lwowie Boży Blask
Ten Zmartwychwstania Cud
Ten lwowskich matek zew
Orlętom cichy sen
Nad Lwowem Bóg
Strona 46 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
/ Cerkiew w Ławrze Poczajowskiej
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
OPOWIEŚCI BABCI
Napisała
- Ewa Fulińska-Nadachowska
zebrał i ułożł Piotr Strzetelski
Wprowadzenie.
Ewa Fulińska-Nadachowska urodziła się 4 marca 1925 we Lwowie
jako najmłodsze dziecko Stefanii i
Benedykta Fulińskich. Miała 4 starszych braci: Jędrka, Jacka, Stefana
i Wojtka. Mieszkali na peryferiach
miasta przy ul. Tarnowskiego 82 w
domu z wielkim ogrodem, za którym widać już było wzgórza i łąki.
Ewa chodziła do szkoły powszechnej im. Św. Zofii przy ul. Stelmacha,
następnie do gimnazjum im. Adama
Asnyka - do wybuchu wojny udało
jej się ukończyć 2 klasy. Całą wojnę i okupacje spędziła we Lwowie.
Początkowo kontynuowała naukę
w gimnazjum, od 1941 na tajnych
kompletach. W sierpniu 1943 zdała
maturę. Była harcerką, od 1941 zaangażowała się w działalność konspiracyjną - została łączniczką Stefanii Stipal - "Luny", komendantki
Chorągwi Lwowskiej oraz szefowej
Wojskowej Służby Kobiet.
Moje spotkanie z Panią Ewą Fulińską-Nadachowską odbyło się w
Krakowie wiosną 2009 roku. Było
niezmiernie miłe, wręcz serdeczne.
Patrząc na ogród pełen pięknych,
kolorowych kwiatów rozmawialiśmy o Lwowie, o okupacji, mojej
prababci Karolinie Fulińskiej i jej
bracie Benedykcie, ojcu Pani Ewy,
o moim dziadku Czesławie Strzetelskim i w ogóle o koligacjach
rodzinnych. Czas szybko uciekał i
gdy zbliżył się koniec naszego spotkania, Pani Ewa wręczyła mi oprawiony maszynopis napisanej przez
siebie w 1992 roku książki pod tytułem „Opowieści babci”. Na pierwszej stronie widniała dedykacja:
...”Na pamiątkę miłego spotkania,
wnukowi Czesia, Piotrowi Strzetelskiemu – Ewa Fulińska Nadachowska...”. Bardzo się ucieszyłem, gdyż
jak później miało się okazać, był to
swoistego rodzaju bodziec do rozpoczęcia mojej przygody nie tylko z
„odkrywaniem” swoich przodków,
nie tylko w tworzeniu genealogii
mojej rodziny, ale i początek przygody z Kresami, przygody, która
przerodziła się w wielką miłość do
tej ziemi.
Po przeczytaniu, wręcz „połknięciu” ‘opowieści’ pomyślałem, że
szkoda iż do chwili obecnej nie ukazała się ona drukiem. Przecież tego
typu informacje, napisane nie tylko
z zacięciem literackim ale i z dużym
humorem powinny być udostępnione szerszemu gremium czytelników.
Dlatego też, gdy redaktor Bogusław
Szarwiło zaproponował mi współpracę z Kresowym Serwisem Informacyjnym bez wahania napisałem
www.ksi.kresy.info.pl
do pani Ewy z pytaniem czy zgodzi
się na publikowanie swoich wspomnień na łamach tego miesięcznika. Odpowiedź przyszła szybko:
...”proszę korzystać z całej mojej
pisaniny, zarówno z książki jak i z
blogu...”. Tak z blogu również, gdyż
musicie wiedzieć, że Pani Ewa pomimo swojego sędziwego wieku
(w tym roku skończyła 87 lat), od
prawie trzech lat prowadzi blog, na
którym publikuje nie tylko swoje
wspomnienia, ale i również komentuje aktualne wydarzenia z życia
codziennego i politycznego w Polsce i na świecie. Może dzięki KSI
wspomnienia te ujrzą światło dzienne i dotrą do szerokiego grona osób,
którym Kresy nie są obce, a którzy
swoje serce pozostawili właśnie w
tej wspaniałej ziemi. Ze wspomnień
pani Ewy wyłania się obraz codziennego życia we Lwowie, życia pełnego, miłości i ciepła rodzinnego, ale
zarazem cierpienia spowodowanego
okupacją zarówno niemiecką jak i
sowiecką, tragedią przymusowego
opuszczenia kochanego Lwowa na
zawsze.
Pani Ewa pisze między innymi we
wstępie do swoich ‘opowieści’ tak:
...”Są to między innymi wspomnienia z lat dzieciństwa i wczesnej
młodości spędzonych we Lwowie.
Starałam się w nich oddać nie tylko losy mojej rodziny, lecz także atmosferę i piękno tego wyjątkowego
miasta. Pragnęłam też przekazać
moim wnukom zmagania członków
rodziny z obydwoma okupantami
(sowieckim i niemieckim). Są w tych
wspomnieniach przedstawione losy
wielu ludzi, zarówno zwykłych obywateli Rzeczypospolitej jak i osób
wybitnych. Drogi życia mieszkańców Lwowa oraz ogólnie Kresów
Wschodnich, były w czasach wojny
i krótko po niej często dramatyczne, czasem tragiczne. Uznałam, że
powinnam o nich opowiedzieć najmłodszym członkom rodziny, aby
"ocalić je od zapomnienia" Zaczynam więc swoją opowieść, którą
podawać będę w niewielkich odcinkach....”
Dlatego też zamierzam przedstawić
Państwu w kolejnych comiesięcznych wydaniach KSI przesympatyczną historię miasta Lwowa od
czasów dzieciństwa, poprzez młodość Pani Ewy, kiedy to wspólnie
ze swoimi rodzicami oraz czterema
braćmi mieszkała w pięknym domu
we Lwowie przy ulicy Tarnowskiego 82. Będę się starał by w następnych comiesięcznych wydaniach
KSI ukazywały się kolejne odcinki
tej ciekawej historii. Historii, która
nie tylko powinna być opowiedziana „najmłodszym członkom rodziny” Pani Ewy, powoli wchodzącym
w dorosłość, ale również i innym
młodym przyjaciołom, którym historia Kresów nie jest obojętna. I
to nie tylko ze względu na swoich
przodków, lecz również ze względu
na piękno i urokliwość tej ziemi. A
my będący już w sile wieku czytający te wspomnienia, przenieśmy się
choć na chwilę w miejsca dzieciństwa naszych ojców.
Na koniec, życzę Państwu miłej lektury i zapraszam do śledzenia kolejnych odcinków „Opowieści babci.
Piotr Strzetelski - Kraków
Wstęp
Moja mała wnuczka Oleńka często
prosiła: Babciu, opowiedz o swoim
dzieciństwie, domu we Lwowie,
o prababci, pradziadziu i twoich
braciach. Zaspokajałam ciekawość
dziewczynki i sięgałam pamięcią do
dawnych czasów. Niektóre opowiadania miały szczególne powodzenie,
z czasem nie tylko u Oleńki, ale także u jej małej siostrzyczki Asi. Na
wspólnie spędzanych wakacjach,
do amatorek historii rodzinnych
dołączyły następne wnuczęta, Krysia i Jasio. Dzieci żądały, aby babcia powtarzała je wielokrotnie, co
- przyznam szczerze - trochę mnie
nudziło i męczyło. I wtedy wpadł mi
do głowy pomysł, aby je spisać. Tak
powstały opowieści o domu na Górce Jacka (tak była nazywana przez
mieszkańców Lwowa Góra Św. Jacka). Z początku, przeznaczone dla
małej Oli, były to wspomnienia z
dzieciństwa. Zatytułowałam je: "O
pewnym domu, pewnej dziewczynce i pewnym mieście". Obejmowały one okres od 1929 roku do 1-go
września 1939 roku. Z czasem zaczęłam opowiadać różne zdarzenia i
przeżycia z okresu wojny. Spisałam
je także dając im tytuł "Czas wojny". Sądzę, że nawet po wielu latach, a może właśnie dopiero wtedy,
wszystkie moje wnuki sięgną po te
opowiadania. Będą mogli się z nich
dowiedzieć wiele o swoich dziadkach, pradziadkach, prapradziadkach, a nawet jeszcze odleglejszych
przodkach. Znajdą także historię
rodziny z okresu wojny, a ponadto
opis trudnego, lecz pełnego przygód życia we Lwowie w tym czasie.
Przez miasto to bowiem przewalały
się trzykrotnie działania frontowe,
przynosząc za każdym razem zmianę okupanta, a więc zmianę trybu
życia. Wydaje mi się też ważne, aby
została przekazana i zachowana w
pamięci wiedza o uczestnictwie rodziny w ruchu oporu.
Ewa Fulińska Nadachowska
CZĘŚĆ PIERWSZA - DOM NA
GÓRCE JACKA
Rozdział 1.
O pewnym domu, pewnej dziewczynce i pewnym mieście.
Dom
Dom wydawał się dziewczynce
najpiękniejszy ze wszystkich, jakie
widziała. Stojąc w rzędzie obok
innych domów, wyróżniał się białością i urodą. Kiedyś usłyszała jak
ktoś powiedział, że podobny jest
do warszawskiego Belwederu lub
greckiej świątyni. Od strony dużego ogrodu opadającego tarasami
w dół zbocza, cztery grube kolumny podtrzymywały sklepienie nad
dwoma dużymi balkonami pierwszego i drugiego piętra. Po obydwu
ich stronach wspinało się na ściany
domu dzikie wino zielone latem, jesienią zaś ognistoczerwone. Ewie,
bo tak nazywała się dziewczynka,
dom wydawał się nie tylko piękny,
ale także dziwny, a nawet tajemniczy. Od strony dużego ogrodu
dwupiętrowy, stawał się małym
domkiem jednopiętrowym, gdy wychodziło się przed bramę, niewielki
ogródek i furtkę na ulicę. Pewnego
razu Ewusia, tak najczęściej wołano na dziewczynkę, bawiła się
piłką w małym ogródku. Nagle pił-
/ Dom rodzinny Ewy Fulińskiej Nadachowskiej we Lwowie przy ul. Tranowskiego 82
ka wpadła przez otwartą bramę na
klatkę schodową, stoczyła się po
kilkunastu stopniach w dół, odbiła od ściany długiego przedpokoju
prowadzącego do dużego ogrodu i
wypadła na zewnątrz. Wtedy Ewa
zrozumiała tajemnicę domu. Stał na
stoku wzgórza i część domu ukryta
była w ziemi. Dlatego to pierwsze
piętro od strony dużego ogrodu było
parterem od strony ulicy. Taki to był
dziwny dom. W domu tym mieszkała Ewusia ze swoją Mamą, swoim
Tatą i czterema braćmi: Jędrkiem,
Jackiem, Stefanem i Wojtkiem.
Mama
Najważniejsza i najukochańsza była
mama. Czuło się jej obecność wszędzie tak, jakby w każdej chwili była
w każdym kąciku domu. Często
śpiewała dziewczynce różne piosenki, niektóre smutne, inne wesołe,
a nawet śmieszne. Nade wszystko
jednak lubiła Ewusia słuchać mamy
opowiadań. Wspominała często
czasy, gdy sama była małą dziewczynką i mieszkała w domu przy
ulicy Batorego ze swoją Mamą, Tatą
i dwiema starszymi siostrami Manią
i Oldzią. Sama nazywała się Stefania, a Tato dziewczynki nazywał ją
Stefaneczką.
/ Mama Ewy – Stefania Hauser
Tato
Ewusia miała książkę, w której na
pierwszej stronie wyrysowany był
człowiek z długą brodą i kręconymi
włosami, unoszący się w chmurach
nad ziemią. Spojrzenie miał surowe
i energię w twarzy. Była to biblia,
a stary człowiek przedstawiał Pana
Boga. Dla Ewy Tato był podobny
do niego, chociaż nie miał brody
tylko wąsy, a niebieskie oczy spoglądały łagodnie. Przychodząc z
Politechniki do domu na obiad pytał
zawsze: ...”Nikt nie zrobił dziecku
krzywdy?...”. Na co nieodmiennie
otrzymywał odpowiedź – nie, choć
Ewusia miała często powody, aby
poskarżyć się na dwóch młodszych
braci Stefana i Wojtka. Rano przy
goleniu śpiewał bardzo grubym
głosem: - „Ewa piękna i wspaniała, którą wielbi cały świat”. Mama
uśmiechając się powiedziała dziewczynce, że przekręca w ten sposób
słowa arii z opery Meyerbeera „Hugenoci”. Zamiast „Ewa” powinno
być „dama”. Przy fortepianie w salonie stała oparta o półkę z nutami
wiolonczela. Raz Ewusia słyszała
jak Tato grał na niej bardzo smutną
melodię. Powiedział jej, że to pieśń
Mendelssohna. Pewnego dnia Stefan i Wojtek zerwali jedną strunę
wiolonczeli i od tego czasu stała cicho w kąciku między fortepianem, a
półką na nuty.
/ Tato Ewy – Benedykt Fuliński
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 47
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Jędrek
Najstarszego brata Jędrka, Ewusia
uważała za dorosłego, tak jak mamę
i tatę. Chodził do gimnazjum i do
domu wracał podobnie jak tato na
obiad. Wtedy porywał Ewę na ręce
i podrzucał wysoko do góry aż pod
sufit jadalni. Potem łapał ją i podrzucał znowu. Czasem brał ją na
ramiona i biegał dookoła stołu, albo
chwytał za ręce tak, że przewracała w powietrzu koziołka. Było to
bardzo przyjemne i zabawne. Przy
obiedzie rozmawiał z Ojcem z wielkim zapałem o polityce, lub jedząc
zupę czytał gazetę. Potem szedł do
swego pokoju na górze i uczył się,
bo mówiono, że trzeba bardzo pracować, żeby przejść do następnej
klasy i za rok zdać maturę.
Jacek
Jacek, młodszy od Jędrka wydawał
się Ewie także dorosły. Wracał też
późno z gimnazjum i zaraz szedł do
Mamy i opowiadał wszystko, co zaszło w szkole. Ewusia często przysłuchiwała się, gdy Mama pomagała Jackowi we francuskim, który
sprawiał mu wiele trudności. Za to z
rysunków i matematyki był bardzo
dobry. Jacek umiał wszystko zrobić.
Cokolwiek zepsuło się w domu, od
razu przez niego było naprawione. W ogrodzie stała duża altana
ze stryszkiem, na który wchodziło
się po drabinie. To ulubione miejsce zabaw młodszych braci i Ewy
było jego dziełem. Mając jedenaście
lat sam z pomocą swoich kolegów
wybudował tę altanę z resztek po
budowie domu. Dziewczynka bardzo lubiła bawić się w tej altanie.
W deszczową pogodę można było
siedzieć na stryszku, gdyż podłoga
pokryta była pachnącym siankiem.
Tam też odbywało się wiele wspaniałych zabaw.
Stefan
Starsi bracia mieli oczy niebieskie i
dość jasne kręcone czupryny. Młodsi, tak jak Ewa, mieli oczy piwne i
ciemne włosy. Stefan był wysokim,
szczupłym chłopcem. Gdy Ewusia
miała cztery lata sięgała mu do pasa.
Rozpoczynał naukę w gimnazjum,
czuł się więc bardzo ważny i domagał się posłuszeństwa od młodszego rodzeństwa. Między nim,
a młodszym o dwa lata Wojtkiem
wybuchały często kłótnie i bijatyki. Ewusia zawsze stała po stronie
Wojtka, bo był mniejszy i słabszy.
Broniła go więc jak umiała. Bardzo
śmiesznie musiała wyglądać piramida tworząca się, gdy Stefan siedział
na Wojtku okładając go pięściami,
a Ewa wisiała na plecach Stefana
przychodząc na pomoc młodszemu
z braci. Na odgłosy walki i krzyki
Ewusi przybiegała Mama i rozdzielała zapaśników. Parę minut
spoglądali na siebie spode łba. Już
za chwilę jednak można ich było
widzieć, jak zgodnie bawili się, lub
rozmawiali, a Ewa skakała wesoło
koło nich. Stefan był bardzo muzykalny. Często siadał przy fortepianie
i grał z pamięci różne melodie. Chodził także na lekcje muzyki. Mama
gniewała się na niego, że nie chce
ćwiczyć gam, palcówek, ani grać z
nut zadanych przez panią nauczycielkę ćwiczeń. Ewa jednak nie lubiła gam, tylko melodie piosenek,
które grywał z pamięci.
Wojtek
Wojtek, najmłodszy brat, był rumianym chłopczykiem o dużych czarnych oczach. Chodził do trzeciej
klasy i podczas gdy Ewusia bawiła
się w domu, czy w ogrodzie, on musiał rano wstać i iść do szkoły. W
południe wracał i od razu biegł do
ogrodu, lub na wzgórza za ogrodem
i bawił się z kolegami do obiadu.
/ Czterech braci Ewy – Jędrek, Jacek, Stefan i Wojtek
/ Rodzina w ogrodzie - Benedykt Fuliński z dziećmi
Nie pomagały surowe napominania
Mamy, że lekcje trzeba odrabiać
zaraz po przyjściu ze szkoły. Dzień
upływał na zabawie, a wieczorem
Ewusia często pomagała Mamie
zdejmować buty i ściągać ubranie
z Wojtka, który zmęczony zasypiał
nad książką. Rano słychać było słowa Mamy: ...”Wojteczku! Wstawaj!
Jeszcze trzeba powtórzyć wierszyk,
a nie możesz spóźnić się do szkoły, bo pan postawi cię do kąta, albo
ksiądz uderzy linią po palcach...”.
Wojtuś wychodził z domu ostatni,
bo szkoła świętej Zofii była niedaleko. Po jego wyjściu dom stawał się
cichy, pusty i jakby jeszcze większy.
Ogród
W ogrodzie kwitły jeszcze różnokolorowe georginie i kilka róż, choć
liście z drzew zaczynały już żółknąć
i opadać. Dnie były ciągle jeszcze
słoneczne, lecz chłodne. W taki słoneczny poranek, kiedy opustoszał
dom pojawił się w ogrodzie krasnoludek. Był malutki jak paluszek,
wiercipięta i ciekawski. Ewusia zrobiła go z kawałka czerwonej plasteliny znalezionej na biureczku Wojtusia. Kiedy ulepiła mu duży nosek
i włożyła dwa niebieskie koraliczki
jako oczka, mrugnął jednym z nich
wesoło do dziewczynki i odtąd stał
się jej nieodłącznym towarzyszem.
Zamieszkał w norce pod krzakiem
róży pnącej się na balkon przy oknie
do jadalni. Okno to było najważniejsze w całym domu. Nie tylko
dlatego, że stała pod nim ławeczka,
na której można było siedzieć i bawić się, ale przede wszystkim dlatego, że wszystkie dzieci przez to
właśnie okno wyskakiwały z jadalni wprost do ogrodu. Ewa dopiero
co nauczyła się przystawiać sobie
krzesełko pod okno i przełazić przez
nie na ławeczkę i z niej na ziemię.
Chłopcy przeskakiwali je wprost.
Dorośli wychodzili do ogrodu przez
drzwi, ale była to daleka droga.
Trzeba było przejść przez długi korytarz, a dzieciom zawsze spieszyło
się do zabawy. Tej pięknej jesieni
Ewa i jej przyjaciel spędzali całe
dnie w ogrodzie. Jak tylko dziewczynka pojawiała się, krasnoludek
wskakiwał do kieszonki fartuszka
i tylko oczka i nosek wystawiał na
zewnątrz. Ogród był duży i opadał
tarasami ze wzgórza, na którym stał
dom. Pod oknami jadalni owalny
klomb z kwiatami okalała ścieżka,
którą można było biegać aż do zawrotu głowy. Dwoma schodkami
schodziło się na niższy, większy taras pełen drzew owocowych, krzewów i kwiatów. Tu, po lewej stronie
stała altana pod orzechem. Po prawej rosły maliny, śliwy, a rozłożyste
gałęzie białej czereśni zapraszały do
wspinania się. Pięć schodków prowadziło na najniższy poziom. Tu
był kort tenisowy nazywany przez
dzieci boiskiem. Odbywała się na
nim większość zabaw. Można tu
było grać w tenisa, w piłkę, w palanta, bawić się w „łapankę” lub w
„klasy”.
Nasze miasto
Mama i młoda służąca Aniela były
rano bardzo zajęte sprzątaniem
domu i gotowaniem obiadu. Jak
Aniela szła na zakupy, Ewusia towarzyszyła Mamie przy pracach
gospodarskich słuchając piosenek,
opowiadań, a także zadając najrozmaitsze pytania. Właśnie Mama
krajała na stolnicy cieniuteńki makaron lewą ręką tak szybko, aż
migało w oczach. Dziewczynka
zawsze dziwiła się, że Mama umie
wszystko robić lewą ręką tak samo
dobrze jak prawą. ”Dlaczego miasto
w którym mieszkamy nazywa się
Lwów?” – spytała. „Jest legenda,
którą ci opowiem” – rzekła Mama.
„Dawno, bardzo dawno temu, gdy
miasto nasze było jeszcze małym
grodem, otoczonym drewnianą palisadą i fosą z wodą, dzikie hordy
Tatarów napadły na mieszkańców, a
ci bronili się dzielnie jak lwy i nigdy
nie wpuścili wrogów do grodu. Dlatego został on nazwany Lwowem.
W herbie miasta jest lew czuwający
u jego bram, a na rynku przed ratuszem siedzą na straży dwa kamienne lwy”. – „My też mamy swego kamiennego lwa, który strzeże naszej
/ Lwów - Widok z Kopca Unii Lubelskiej. Widoczne: Wieża Korniaktowska Cerkwii Wołoskiej, Kopuła Kościoła Dominikanów oraz Wieża
Ratuszowa.
Strona 48 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
/ Leopold Hauser – dziadek Ewy
bramy do domu” – zawołała Ewusia. Wybiegła przed bramę i pogładziła rzeźbioną grzywę śpiącego na
postumencie lwa.
Kopiec Unii Lubelskiej
Była niedziela. Po śniadaniu Mama
powiedziała: „Ewusiu, musimy
przygotować się, bo idziemy wszyscy na Kopiec Unii Lubelskiej”.
– „Co to za kopiec?” – spytała
dziewczynka. – „Ten kopiec – odpowiedziała Mama, został usypany
przez mieszkańców Lwowa za miastem na wzgórzu na pamiątkę ważnego wydarzenia historycznego, unii
Polski z Rusią i Litwą. Jak będziesz
większa, dowiesz się o tym więcej
na lekcjach historii”. Starsi chłopcy
wzięli plecaki z jedzeniem oraz ciepłym ubraniem i wszyscy wyruszyli
na wycieczkę. Trzeba było najpierw
zejść z górki Jacka, na której stał
dom, na plac Św. Zofii gdzie był
www.ksi.kresy.info.pl
przystanek tramwajowy, pojechać
daleko tramwajem, a potem iść długo i bardzo pod górę, aby dotrzeć
na szczyt kopca. Ewusia zmęczyła
się, ale gdy spojrzała z góry dookoła
zapomniała o zmęczeniu. Z kopca
roztaczał się prześliczny widok. Z
jednej strony na zalesione i pokryte
polami wzgórza, a z drugiej na miasto. Miasto Lwów. Dachy domów i
wysokie wieże kościołów wyłaniały
się z drzew kolorowych od jesiennych barw liści. Dziewczynka zdziwiła się, że miasto jest tak rozległe i
tak malowniczo położone na pagórkach. – „O! Ratusz i wieża katedry”
– zawołał Jacek. – „A tam kościół
Bernardynów, kopuła kościoła Dominikanów, wieża cerkwi wołoskiej
Korniaktów, kościół Karmelitów
Bosych, kościół Jezuitów” – objaśniał młodsze rodzeństwo Jędrek. –
„Widać kościół Świętego Mikołaja,
naszą parafię” - wykrzyknął Stefan.
Tato wskazał Uniwersytet Jana Kazimierza i Politechnikę. – „A nasz
dom gdzie?” – spytał Wojtek. „Tam
jest Górka Jacka, ale z tej odległości
domu nie widać”. Ewusia patrząc na
ten wspaniały widok poczuła dumę,
że Lwów jest tak pięknym miastem.
Powrotną drogę do tramwaju odbyła
zmęczona dziewczynka na plecach
Jędrka. Rytmiczny krok ukołysał ją
i zasnęła. Obudziła się dopiero na
placu Świętej Zofii. I znowu rozpoczęła się wspinaczka na Górkę Jacka do domu.
Jesienna szaruga
Nagle skończyły się piękne dni. Na
dworze deszcz i wiatr. Ewusia stała
przy oknie pokoju, w którym sypiała razem z mamą. Obok niej krasnoludek przykleił nosek do szyby i wisiał na nim spoglądając niebieskimi
koraliczkami na moknący ogród. Od
wczoraj nie mieszkał już pod krza-
kiem róży, tylko spał w pudełeczku
pod krętymi schodkami łączącymi
pokoje na górze z holem, jadalnią
i kuchnią na dole. Mama i Aniela
były bardzo zajęte w kuchni, a w
pokojach na górze panowała cisza,
aż w uszach dzwoniło. Ewusia przeszła do środkowego pokoju zwanego salonem. Drzwi prowadzące na
duży taras z kolumnami, na którym
tak dobrze było się bawić, okazały
się teraz zamknięte. Usiadła więc
na krzesełku przy fortepianie i zaczęła brzdąkać. Nie umiała jeszcze
grać jak mama, Jacek i Stefan, a tak
chciałaby wygrać sobie jakieś melodie. Znudzona brzdąkaniem zaczęła
oglądać ściany salonu. Ile tu obrazów! Na jednej ścianie wisiał portret taty siedzącego w fotelu. Na innej dziwne drzewo, zza pnia którego
wyglądało czyjeś oko. Był też Hucuł kierujący tratwą na spienionej
rzece. Wisiały jeszcze inne wielkie
obrazy, kolorowe i całkiem inne od
obrazków w dziecinnych książeczkach. Ewa słyszała, że namalował je
przyjaciel Taty znany malarz, Kazimierz Sichulski.
Z salonu przeszła do pokoju Taty.
Tu, nad tapczanem przykrytym aksamitną kapą, wisiał kilim przedstawiający śmiesznego człowieczka z
czerwonymi kwadratowymi oczkami i niebieskimi ustami, a także
kanciastego pieska i lecące dzikie
kaczki. Choć dywanów w domu
było wiele, to tylko ten wydawał się
Ewusi trochę śmieszny. Zdjęła więc
pantofelki, wylazła na tapczan i dała
człowieczkowi prztyczka w nos.
Zeszła jednak prędko, bo z drugiej
ściany spojrzał na nią surowo z portretu czarnymi oczyma brodaty pan.
Ewusia wiedziała, że jest to dawno już nieżyjący ukochany Ojciec
mamy, Leopold Hauser.
Po obu stronach tapczanu stały półki aż pod sufit zapełnione książkami. Była tam także szafa z oszklonymi drzwiami, zamknięta na klucz.
Tu chowano ważne dokumenty,
ale także grube czerwone książki z
przepięknymi obrazkami. Te książki dostawała Ewusia tylko wtedy
do oglądania, gdy była chora i leżała w łóżku. Mama wyjaśniła jej,
że to „ Historia Malarstwa”. Przy
oknie stało duże biurko z wielką
ilością szuflad i szufladeczek. To
biurko Taty, które niegdyś należało
do dziadzia Hausera. Ewusia wzięła
z biurka muszlę w brązowe kropki
i przytknęła ją do ucha. Wojtuś powiedział, że szumi w niej dalekie
południowe morze, z którego została wyłowiona. Najciekawszy jednak
był wielki zegar stojący pod lustrem
w złotych ramach. Piękna kobieta
trzymająca w ręku wagę opiera się
lekko o tarczę zegara. Ewie wydawała się zawsze ze złota, ale Mama
powiedziała, że jest z mosiądzu i
przedstawia boginię Temidę ważącą
na szali ludzkie winy. Był to prezent
ślubny, który ofiarował rodzicom
wuj taty, Widajewicz, brat babci Fulińskiej.
Teraz dziewczynka wbiegła do następnego pokoju. Po południu uczył
się w nim Jędrek i wtedy tam wchodzić nie było wolno. Znowu nosek
krasnoludka przykleił się do szyby.
Plastelinowy ludzik bardzo się zdziwił, że z tego okna był całkiem inny
widok niż z pokoju Mamy i Ewy.
Znajdowało się ono znacznie niżej,
a za płotem małego ogródka biegła
ulica wysadzana drzewami. Były to
klony i zasypywały chodnik i mały
ogródek masą ogniście kolorowych
liści. W następnym pokoju sypiali i
uczyli się Jacek i Stefan. Z okien widać było furtkę na ulicę, a także głowę kamiennego lwa drzemiącego na
postumencie przy bramie. Właśnie
Ewusia wyszła z holu, z którego
prowadziły osobne drzwi do salonu, pokoju Taty i pokoi chłopców.
Miała zamiar zbiec po krętych schodach na dół do kuchni, gdy odezwał
się dzwonek przy bramie. Pędem
wpadła do przedpokoju, otworzyła drzwi wejściowe do górnej części mieszkania i zbiegła po kilku
schodach do bramy. To dzwoniła
Danusia, rówieśniczka Ewy, stała
towarzyszka zabaw. Za chwilę ciszę
domu zakłóciło tupotanie dwu par
nóżek, krzyki i śmiechy.
(Koniec części pierwszej – cdn.)
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 49
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
KRAKIDAŁY CZ. III
ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW
BAŁAK
W nogi moc i ogień nowy...
Czy na „Krakidałach” lwowskim
targu mówiono jedynie szmoncesem? Oczywiście mówiono również
bałakiem. Zachodzi retoryczne pytanie – która z tych gwar stanowiła
bardziej lwowski folklor. Wypowiadam się jednak po stronie bałaku,
który miał wyłączność gwary autentycznie lwowskiej z nie do odtworzenia akcentem (melodią) mowy
kresowej, podczas gdy szmonces
używany był nie tylko we Lwowie
i wielokrotnie odtwarzany jako naśladownictwo, często pokraczne, a
w najlepszym przypadku jako zamiennik oryginału. I jeszcze jedno –
gwary owe miały „swoje melodie”,
akcenty. Bałakowa - kresowa nabyta
rodzinnie i społecznie, wymawiana
akcentem wschodnich rubieży II
Rzeczypospolitej, szmonces zaś nie
posiadał naleciałości mowy kresowej, rządził się całkowicie innym
klimatem. Jednakże stając w obronie szmoncesu należy podkreślić, iż
obie te gwary stanowiły niezaprzeczalnie swoisty folklor językowy.
Przykładami owego folkloru, a równocześnie różnorodności brzmienia
świadczą najlepiej stare lwowskie
anegdoty, dla przykładu:
(Aleksander.hr. Fredro o wspólnych
zabawach z oficerami Napoleona),
a w 1815 roku, po abdykacji Napoleona, wrócił do domu i gospodarował w rodzinnym majątku Beńkowa
Wisznia.
Opuszczając Paryż po klęsce Napoleona, Aleksander hr. Fredro napisał:
Wyjechaliśmy razem, z odmiennych
pobudek:
Napoleon na Elbę, ja zasię do Rudek.
Jerzy Janicki autor „Krakidałów”
pisze w swojej książce:
Przed lwowskim sądem grodzkim
toczy się rozprawa w sprawie naruszenia dóbr osobistych.
Powodem jest pan Rozenzweig a
pozwanym pan Silberstein. Sędzia
wydaje wyrok pojednawczy:
Panie Silberstein proszę się zwrócić
do pana Rozenzweiga:
Panie Rozenzweig pan jest porządnym człowiekiem, ja pana bardzo
przepraszam.
Silberstein:
Panie Rozenzweig pan jest porządnym człowiekiem? Ja pana bardzo
przepraszam.
Sędzia:
Panie Silberstein, co to znaczy takie
przepraszanie?
Silberstein:
Panie sędzio, pana chodzi o sens,
czy o melodię?
Aleksander Fredro wielki lwowianin napisał o żalach Henryka Polanowskiego:
„Wynalazku!
Pełno w nim było ludzi, pełno wszędzie wrzasku,
Dawniej gdzie czas przepędzić,
gdzie pieniądze stracić,
Nigdzie, tylko we Lwowie, choćby
i przepłacić.
Lecz minął już czas dawny, niema w
nim tej chluby,
Zniknęły owe stroje i fioki i czuby."
Tak żalił się Henryk Polanowski na
przełomie XVIII/XIX w. nad zmianami w życiu codziennym tętniącego, onegdaj bogatego Lwowa.
Kielich szampana od ręki do ręki,
Niosąc gospodarstwa dzięki,
Niósł razem dowcip do głowy,
ny martwymi literami jest jak człowiek w letargu, ma się tak do mówionego bałaku łowionego uchem,
jak album fotograficzny do kasety
video. Jak wypchany w skansenie
żubr do żywego egzemplarza w
Białowieskiej Puszczy. Albowiem
nieocenione co prawda zasługi ma
pani prof. Zofia Kurzowa, która
odważnie, bo w latach panującego
jeszcze zamordyzmu cenzury, wydała naukową rozprawę „Polszczyzna Lwowa i Kresów południowo-wschodnich”, ale…
Czego mi tak naprawdę żal - to
lwowskiego bałaku. Bo co tu dużo
ukrywać, bo szkoda gadać, czyli
właśnie po naszemu szkoden goden,
ale niestety skazany jest ten nasz
bałak na zagładę i tylko patrzeć, a
umrze i nie pozostanie po nim nawet wspomnienie. Na wszechświatowym lwowskim wygnaniu, które
rozciąga się od Odry przez wszystkie kontynenty nie wyłączając Afryki i Australii, wszystko co lwowskie
ocaleje, bo pamięcią pozostanie
zawsze austriacka cenzurka dziadka, karnecik balowy babci, jakaś
karta wstępu na Targi Wschodnie,
albo opakowanie po czekoladzie od
Zalewskiego, albowiem niezbadane są przyczyny dlaczego ludziska
wszystko to wywieźli znad Pełtwi.
To zbiorowe muzeum lwowskiej pamięci wszystko dla potomności jest
w stanie zachować, niestety – mowa
lwowska nie ocaleje. Bałak, ten niesłychany amalgamat, mieszanina,
czyli właśnie po naszemu miszkulencja, ten mariaż niemieckiego,
ruskiego, węgierskiego, ormiańskiego, rumuńskiego, hebrajskiego,
a nawet tureckiego, ten najbogatszy
i najbarwniejszy na ziemskim globie bukiet tylu naraz dialektów – nie
przetrwa i złożony zostanie do grobu niepamięci wraz z ostatnim schodzącym z tego świata mieszkańcem
Bytomia i Wrocławia.
Mam tu na myśli rzecz jasna bałak
lwowski w jego wydaniu dźwiękowym, żywym, oddanym fonetycznie, bo frazeologicznie długo
jeszcze będzie przypominać o sobie
w pamiętnikach, memuarach, kronikach i zapiskach.
Lecz bałak napisany, wyobrazowa-
Wszystko tam jest bardzo naukowo
wywiedzione , morfologiczno-leksykalne, każdy wyraz świadczy się
inną interferencją i dziś już nie ma
wątpliwości, skąd bierze się labializacja nagłosowych samogłosek
tylnego „o” lub „u”. To łatwo przeczytać na czym polega element labialny głosek „u” lub „o” w takim
przykładowo zdaniu jak „ A uo kogo
ja nie widzy”. Ale kto jeszcze poza
Kaziem Górskim Zbyszkiem Kurtyczem albo Tuniem Dzieduszyckim
potrafi to p o w i e d z i e ć/. Podkreślam p o w i e d z i e ć.
Tu mała dygresja autora nin. opracowania – p o w i e d z i e ć w bałaku może jeszcze bardzo wielu żyjących, również znanych mi lwowian
we Lwowie, Krakowie, Wrocławiu
i w Bytomiu. Wymienię tylko niektóre nazwiska osób mi znanych –
rok 2012:
- Krystyna Kowalczyk – Lwów - pedagog
- Bożena Rafalska – Lwów – redaktor naczelna „Lwowskich Spotkań”
- Mirosław Rowicki (Marcin Romer) – Stanisławów – redaktor naczelny „Kuriera Galicyjskiego”,
- Teresa Pakosz – Lwów – dziennikarka prezes Radia Lwów,
- Ania Gordijewska – Lwów –
dziennikarka Radia Lwów,
- Ela Leusz – Lwów – dziennikarka
Radia Lwów,
- Weronika Kachza – Lwów – mgr
inż. budownictwa lądowego, społecznik - praca fizyczna przy
odbudowie Cmentarza Obrońców
Lwowa,
- Jerzy Czupachin – Lwów – pedagog, naukowiec, badacz historii literatury, filolog – pracujący
naukowo nad szmoncesem, bałakiem i lwowską piosenką uliczną,
- Janina Procajło – Lwów,
- Lesław Flis – Wrocław – dziennikarz – społecznik, działacz lwowski,
- Danuta Skalska – Bytom – dziennikarka Radia Katowice – prowa-
Strona 50 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
dząca coniedzielną bieżącą audycję
bałakiem „Na wesołej Lwowskiej
Fali”,
- Jan Skalski – Bytom - dziennikarz – przewodniczący Światowego
Kongresu Kresowian,
- Adam Żurawski – Bytom – aktor,
- Wojciech Habela – Kraków - aktor, syn muzykologa Jerzego Habeli,
oraz
0niżej podpisany autor opracowania
- Aleksander Szumański – lwowianin.
A więc współcześni, w żywym,
dźwiękowym języku – bałaku.
I dalej Jerzy Janicki:
Oczywiście przesadzam bo jeszcze
tysiące ludzi we Wrocławiu, Bytomiu, Gliwicach, ba – w Przemyślu
powie to prawidłowo i wszystko
będzie sztymować. Ba, taką melodię języka można jeszcze usłyszeć
w środowiskach rodzin lwowskich
w Londynie, nikt piękniej nie posługuje się metodyką bałaku w
Kanadzie niż Elgin Scott, lub Nina
Zawirska.
Ale niestety umiejętności tej już
nie ma lwowiak w Polsce. Nawet rodowity. Bo mu się ten bałak mimo woli skundlił, jeśli w
codziennym od rana do wieczora
użyciu wysłuchiwać musiał od
krakusów te ich „idzdze, idzdze
bajoku” („bajtloku” – dopisek autora), albo od poznaniaków uczył
się stawiania tego bezsensownego
znaku zapytania „nie?” po każdym
choćby nie wiem jak stanowczym
stwierdzeniu.
To nawet niedaleko od prawdy odbiega dowcip mówiący, że informatorka na stacji Poznań Główny
zapowiada że odjazd pociągu do
Warszawy nastąpi z peronu drugiego o godzinie piętnastej dwanaście, nie?
Dzisiejsi przymusowi Anglicy, czy
Kanadyjczycy rodem ze Lwowa
tylko dlatego zachowali prawidłową melodykę lwowskiego dialektu i cały bogaty wokabularz tego
bałaku, że tubylcy nie są w stanie
mu go popsuć posługując się na co
dzień językiem Szekspira.
To brzmi jak paradoks, ale najgorzej po lwowsku mówią dziś lwowiacy…we Lwowie. Oczywiście
nie moje roczniki, nie te matuzalemy co jeszcze zdążyły na hinter
chodzić w szkole i oczywiście nie
tak unikatowe wyjątki jak Jarmiłko, Sudomlak, obie panie Pechaty,
lub Jola Martynowicz.
Wystarczyło jednak niestety ledwie pół wieku panowania nad
Pełtwią pięknej skąd inąd mowy
Puszkina, żeby bałak rodowitego
lwowiaka zainfekowany został
inną składnią, żeby się wynaturzył i wykoleił inną metaforyką, a
jego przyrodzona śpiewność stała
się bliższa jakimś nadwołżańskim
dumkom, niż nadpełtwiańskim
sztajerkom.
Krótko można by powiedzieć że
z jakim przystajesz takim się stajesz. Można by, ale po co, skoro
my mamy do dyspozycji tę sama
mądrość, ale gdzie tamtej do naszej, która powiada że jaki jichał,
taki zdybał.
Ja sobie doskonale zdaję sprawę
że rozważeniami tymi narobiłem
sobie wrogów jak stąd do Winnik,
że niejeden niesłusznie posądzany
będzie mi się odgrażał, że jak ci
palny to polecisz na Szpitalny, a z
Szpitalny na Krakosku, a z Krakoskiej na Janosku i że w ogóle reńka
noga mózg na ściani, reszta będzi
na parkani.
I otóż wszystko to z pokorą zniosę,
pod warunkiem jednak że na pewno ta Krakoska będzie bez „w” i
że na pewno będzie to reńka nie
przez „ę” w środku, i że w ogóle to
będzi, a nie grzeczne i leksykalnie
ugrzecznione – będzie.
Ale czy tego się można nauczyć?
Boję się, że z tym się należy po
prostu urodzić i to najlepiej w mieście pod Wysokim Zamkiem.
Posłużę się przykładem. Kiedy
pisałem serial „Dom” i zabrakło
Michotka, którego nieopatrznie
uśmierciliśmy już w czwartym
odcinku, do roli jego brata przyjeżdżającego rzekomo z Anglii potrzebny był aktor mówiący oczywiście bałakiem. Wielki reżyser,
jakim był Jasiu (proszę zauważyć
że może on dla innych był Jasio,
dla mnie jednak Jasiu, bo z Podhajec). Łomnicki proponował coś
z siedmiu aktorów, a wszyscy z tak
zwanej górnej półki.
Wszystkie nazwiska z pierwszych
stron gazet, laureaci nagród państwowych, już z litości ich tu nie
wymienię. Dostawali moje teksty
pisane bałakiem i bardzo się nawet
starali. No i co?
I przyjechał z Bytomia sprowadzony awaryjnie na moja prośbę
Ryszard Mosingiewicz, kompletny
amator, ale za to morda odrapana,
włosy jak badyli i ten genialny bałak wprost z Gródeckiej. I wszystkich zakasował.
Na szczęście nie ja jeden trzęsę się
ze strachu na myśl, że co to będzie
i co to się stanie z lwowskim bałakiem, kiedy naszych roczników
zabraknie. Autorzy wszystkich
niemal wydawanych na zachodzie pamiętników tą sama widać
gnębieni są troską skoro każdy,
dosłownie każdy poczytuje sobie
za święty obowiązek bałakowi
właśnie poświęcić cały oddzielny
rozdział.
Bo i Kazimierz Schleyen w swych
„Lwowskich gawędach” wydanych w Londynie i Adam Kozłowski w Nowym Jorku zwłaszcza
zaś Andrzej Chciuk aż w Australii załamują ręce w rozpaczy
nad spodziewaną agonią bałaku.
Chciukowie… Bo dwóch ich było
– Andrzej i Tadeusz.
Ten drugi wsławił się w czasie
drugiej wojny światowej jako kurier AK który przewiózł z okupo-
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
wanej Polski do Anglii elementy
niemieckiej broni V1.
Obaj z Andrzejem drohobyczanie z urodzenia lata studenckie
spędzili pod Wysokim Zamkiem,
a bezbrzeżna nostalgia Andrzeja
za Lwowem zaowocowała takimi
pięknymi książkami, jak „W krainie lwowskiego bałaku”, „Ziemia
księżycowa” i „Pamiętnik poetycki”. Ten ostatni tytuł wydany w
Melbourne w 1961 roku już na samym wstępie włącza się w nasze
rozważania o mowie lwowskiej
pięknym inwokacyjnym dziewięciozgłoskowym wierszem o takim
właśnie tytule: „O lwowskim bałaku”.
W następnej części Krakidałów
(IV) przytoczę ten piękny utwór.
Do zobaczenia z bałakiem!
BAŁAKOWE UWAGI WŁASNE
Kaziuki Wilniuki na Warmii i Mazurach
Zofia Wojciechowska
Na przedwiośniu przybywają do
nas wileńscy twórcy. Chyba nie
ma takiej drugiej imprezy, która by
tak bardzo wzruszała i zbliżała ludzi, jak właśnie to ludowe święto.
Widocznie poczucie swoistego pokrewieństwa, owego pochodzenia
z dawnych kresów jest tym łącznikiem, dzięki któremu panuje podczas każdych Kaziuków-Wilniuków
swojska atmosfera i niepowtarzalna
aura serdeczności. Kaziuki przyjmowane się z entuzjazmem w Poznaniu
i Gorzowie, również w Zgierzu koło
Łodzi i Stargardzie Szczecińskim, na
całej Warmii i Mazurach a także w
moim rodzinnym mieście Mrągowie.
Tegoroczna impreza Kaziukowa na
Ziemi Warmińsko-Mazurskiej rozpoczęła się 2 marca w Kętrzynie.
Wszyscy dobrze wiemy co to są
podróbki i nie należy ich używać,
bo w najlepszym wypadku można
„kity odwalić na ament”.
Czy może być coś gorszego od
szpanu „aktorskiego” usiłującego
udowodnić swoje nadzwyczajne
talenta „dykcyjno-morfologiczno-leksykalne” i w dodatku opowiadające „autentyczne fakty"?.
Otóż „lwowianka” Agata Młynarska, tak, tak, córka „lwowianina”
Wojciecha Młynarskiego, opowiadała w TVP jak to przepięknie
Ukraińcy remontują Lwów.
Według pani Agaty szczególnie
godna podziwu jest pięknie odremontowana brama wejściowa(?!)
na Cmentarz Obrońców Lwowa.
A ja si zapytam paniom Agate dzie
ona widziała bramy na Cmentarzu
Orląt? Może jej si potenteguwału z
Ostru Bramu w Wilni, któru Litwini tak pienkni wyremuntuwali, że
si zaraz zawali.
W Kurierze Wileńskim czytamy :
A jak pięknie ta młodzież tańczy i
śpiewa, mieliśmy okazję przekonać
się jesienią ubiegłego roku, gdy w
Domu Kultury Polskiej w Wilnie
wystąpił Zespół Tańca Ludowego
„Perła Warmii” z Lidzbarka Warmińskiego. Jola Adamczyk (promotorem Wilniuków jest od lat Jola
Adamczyk, kierownik Lidzbarskiego Domu Kultury), przedstawiając
„Perłę Warmii” mieszkańcom Wilna
podkreśliła, że wszystkich Polaków
— czy to na Litwie, czy w Polsce,
czy w najbardziej odległych krajach
— łączy i zbliża miłość do polskiej
kultury, do rodzimych melodii i tań-
Ta ja si tyż zapytam pani Agaty
czy widziała jak pinkni jadu we
Lwowi udnuwiony tramwaji przez
udrymuntuwanum ulicy Skarbkowską – tramwaj za tramwajim,
za tramwajim tramwaj, a za tym
tramwajim jeszcze jedyn tramwaj,
a za tym tramwajim jeszcze jedyn
tramwaj!
Ta ja si też zapytam pani Agaty czy
ona wi że juz dzisiaj dosłownie
„cały Lwow na mój głów”, czyli
kamień na kamieniu, na kamieniu
kamień, a na tym kamieniu jeszcze
jedyn kamień, a na tym kamieniu
jeszcze jedyn kamień!
Oglądałem również w „specjalnym batiarskim” programie TVP
jak „kunsztownie zabłysnął lwowskim bałakiem” tatuś pani Agaty
„lwowianin” Wojciech Młynarski.
Po tym „batiarskim programie
specjalnym” w polskiej telewizji
publicznej przypomniałem sobie
fragment bałakowej piosenki:
Rach ciach, ciach
Babu w piach
I jasny anieli
Koguś w morde szczeli
cdn. (m.in. Andrzej Chciuk -„O
lwowskim bałaku”)
Aleksander Szumański
www.ksi.kresy.info.pl
Wystarczy wspomnieć o koncertach
gości z Litwy w trakcie Ostródzkich Kaziuków Wileńskich zespołu
Folklorystycznego „Rudomianka"
oraz „Kapeli Wileńskiej" gdzie jak
co roku opowieści z Wileńszczyzny
zaprezentował słynny duet Ciotka
Franukowa i Wincuk.
Kurier Wieleński : Właśnie to nieodgadnione „coś” wraz z nadejściem
marca gna w drogę dzisiaj, jak co
roku, wielu mieszkańców Wileńszczyzny. Śpiewaków, tancerzy, mistrzów ludowych. Wypełnionymi po
brzegi autokarami jadą „w Polskę”,
najczęściej na Warmię i Mazury,
gdzie są od lat zapraszani i oczekiwani.
ca. Tu warto dodać, że hojność serca
rodaków z Polski, ich chęć bycia z
nami, stała pomoc, współpraca i zainteresowanie obecną sytuacją dodają skrzydeł, sił i optymistycznego
widzenia przyszłości. Jedziemy —
w tym oczywiście „Kurier Wileński” — na Warmię i Mazury, jak do
najbliższej rodziny, bo też stanowimy wspólną rodzinę, co też niejednokrotnie podkreśla Jacek Protas,
marszałek Województwa Warmińsko-Mazurskiego. Jest on poprzez
dziadków i rodziców związany z
Wileńszczyzną i bywa na każdych
Kaziukach — Wilniukach.
Tegoroczne Kaziuki — Wilniuki
Nazajutrz pojawili się w Olsztynie,
następnie na wilniukowej trasie była
Orneta, Bartoszyce i w niedzielę, 4
marca, galowy występ w Lidzbarku
Warmińskim. Słowem, Wileńszczyzna wiezie rodakom wiele atrakcji,
jak też prasę i kalendarze wileńskie,
obwarzanki, chleb litewski i serca
piernikowe, słowem, wszystko, co
wzbogaca i urozmaica Kiermasze
Kaziukowe. Warto podkreślić, że
miejscowi mistrzowie pędzla, rękodzielnictwa, kucharze i piekarze
również mają do zaproponowania
wspaniałe rzeczy. Bogata w talenty jest Ziemia Warmińsko-Mazurska, którą dziś licznie zamieszkują
młodsze pokolenia dawnych repatriantów z Wileńszczyzny.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 51
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
uświetniła wystawa fotograficzna niezapomnianego mistrza Jana
Bułhaka, której otwarcie nastąpiło na Zamku Biskupów Warmińskich 4 marca. Ekspozycja
nieprzypadkowo nosi nazwę „Wileńsko-mazurskimi śladami Jana
Bułhaka”. Przecież ten nestor fotografii polskiej, założyciel Fotoklubu Wileńskiego (1927) całym
życiem i twórczością jest związany nie tylko z Wilnem, ale też z
Macierzą. Mieszkał po wojnie w
Giżycku, gdzie zmarł w 1950 r.
Polacy z Litwy przybyli także do
Ełku. Mile oczekiwani zawitali
do mego rodzinnego Mrągowa.
Artyści i twórcy prezentowali
się na mrągowskiej scenie pod
kierownictwem prezes Centrum
Kultury Polskiej im. Stanisława
Moniuszki Apolonii Skakowskiej.
Tegoroczne Kaziukowe święto w
Mrągowie zorganizowane zostało jak zawsze dzięki staraniom
Towarzystwa Miłośników Wilna
i Ziemi Wileńskiej oraz mrągowskiego Centrum Kultury i Turystyki przy wsparciu władz miasta.
Gościliśmy w tym roku zespół
„Żejmiana”, pojawiała się także Kapela Podmiejska pod kierownictwem Rafała Jackiewicza,
zdobywcy złotego saksofonu na
konkursie we Włoszech, a Kapela Świętojańska, pod kierownictwem Jana Szpakowa rozbawiła
do łez. Historia Zespółu Pieśni
i Tańca „Żejmiany”, zespołu z
Podbrodzia sięga 1990 roku, kiedy to z inicjatywy miejscowego
koła Związku Polaków na Litwie
oraz Janiny Bielanowej zdecydowano o powołaniu polskiego
zespołu, mogącego uświetniać
uroczystości ważne dla lokalnej
społeczności. Repertuar „Żejmiany“ to tańce i pieśni zarówno
polskie – oberek, polonez, mazur;
oraz obrzędowe tańce litewskie.
Zespół jest laureatem litewskich
festiwali, jak również laureatem
i gościem honorowym w międzynarodowych festiwalach. Kierownikiem artystycznym zespołu jest
Lolita Vilimiene
Kapela Świętojańska została założona w roku 1991. W ciągu 20 lat
istnienia przez kapelę przewinęło
Strona 52 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
się wiele osób. Pełne entuzjazmu
młode pokolenie Polaków, działające w kapeli, uczęszcza do szkół
muzycznych, więc granie na różnych instrumentach nie stanowi
problemu. Kapela ma w swoim
dorobku wiele udanych koncertów nie tylko na Wileńszczyźnie,
ale i za granicą.
Kapela Podwileńska pod kierownictwem Rafała Jackiewicza powstała w 2009 roku pod nazwą
„Kapela Miejska”. Jak się okazało, zdobywca złotego pucharu
za mistrzowską grę na saksofonie
we Włoszech, jest też świetnym
akordeonistą i wokalistą. Założył
kapelę, której swoistym hymnem
stała się piosenka „Jesteśmy znad
Wilii”, a w repertuarze znajdują
się „Walc niemenczyński”, „Śni
mi się Polska” do słów Apolonii
Skakowskiej oraz inne doskonale
wykonane przez Rafała melodie.
Wytwór polskiej ludności na Litwie, tej prawie trzystutysięcznej społeczności „Kaziuki” stał
się popularny poza Wilnem. W
pierwszą sobotę marca odbywa
się on wszędzie tam w Polsce,
gdzie istnieją duże skupiska osób
pochodzących z Wilna i Wileńszczyzny, tam także są organizowane „Kaziuki” mające duże
znaczenie dla podkreślania tożsamości tamtych środowisk.
Rodzi się pytanieco mogą
oprócz polskiego folku zaoferować współczesnej Polsce rodacy z
Litwy ? Otóż bardzo dużo… ale
o tym w kolejnym numerze, czyli
offowo o tym jak twórcy z litewskim paszportem realizują się w
polskich ramach innej kultury.
Drodzy czytelnicy Kresowego
Serwisu Informacyjnego – składamy Wam życzenia wszelkiego
powodzenia i łask. Wraz z wiosną
zapraszam na nasze spotkania,
na foto relację Mariana Modzelewskiego i dźwiękowe audycje z
mrągowskich Kaziuków w Radio
Wnet
http://www.radiownet.pl/publikacje/kresowo-i-klimatycznie-na-kaziuki
http://www.radiownet.pl/publikacje/wilenskie-kaziuki-w-mragowie
www.radiownet.pl
Zebrała i opracowała red Zofia
Wojciechowska
źródło: RADIO WNET
Kresy.pl, Kresowy Serwis Informacyjny, Znad Wilii, Kurier Wileński
Program Pomost
Kontakt e-mail
[email protected]
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Był sobie Czerwonogród
zdołali odeprzeć ataki w Domu
Ludowym i kościele. Zginęło
około 50 z nich, a także 20 zostało rannych, z których część potem zmarła. Według raportu UPA,
Ukraińcy stracili tylko 2 zabitych
i 4 rannych.
Adam Cyra
Latem ubiegłego roku w swoich
wędrówkach po terenach Podola
Zachodniego na Ukrainie, wchodzących przed drugą wojną światową w skład II Rzeczypospolitej,
dotarłem do nieistniejącej już
dzisiaj osady polskiej w Czerwonogrodzie, pow. Zaleszczyki.
Osada ta była położona w dolinie,
z trzech stron oblanej wodami
rzeczki Dżuryn, stanowiącej dopływ Dniestru. Jedyną możliwością dotarcia do Czerwonogrodu
był zawsze własny środek transportu. Ponieważ taki posiadałem,
chciałem zobaczyć położony tutaj, największy wodospad na Podolu, liczący 16 metrów wysokości i kilka progów skalnych.
Podziwiając ten wodospad i widząc kąpiących się w jego wodach
ludzi, początkowo nie zastanawiałem się zupełnie nad historią
tej miejscowości. Nie widziałem
tutaj żadnych domów ani stałych
mieszkańców, a jedynie w pobliżu wodospadu znajdował się postsowiecki niewielki ośrodek kolonijny. Dopiero, kiedy podszedłem
Obok ruin kościoła w Czerwonogrodzie znajduje się podobno
mogiła pomordowanych, ale mnie
nie udało się jej odnaleźć, aby
móc pomodlić się za tych, którzy
zginęli tylko za to, że byli Polakami.
Zamordowani zostali wtedy m.in.:
Bronikowska Henryka – lat 62
w jego pobliże, zauważyłem w
oddali ruiny kościoła i nieco dalej
zrujnowany pałac.
Żadnych objaśnień nigdzie nie
było. Obok ruin kościoła było
wysypisko śmieci, a w jego wnętrzu były widoczne pozostałości
krówskich kup. Dopiero po powrocie do kraju, zebrałem nieco
informacji o tej nieistniejącej już
dzisiaj polskiej miejscowości.
Wzgórza otaczające położony
kiedyś w dolinie Czerwonogród
są utworzone z czerwonego piaskowca i stąd nazwa tej miej-
jego świetności pozostały jedynie
dwie baszty i trochę ruin.
W drugiej połowie XVIII wieku
rząd austriacki sprzedał zniszczony mocno już wtedy zamek
księciu Karolowi Ponińskiemu.
Nowy właściciel rozebrał trzy
zniszczone skrzydła wraz z basztami, pozostałe skrzydło z dwoma
wieżami przekształcił w pałac,
który został zniszczony podczas
pierwszej wojny światowej, ale
udało się go po jej zakończeniu
odremontować. Całkowitą zagładę rezydencji przyniosła dopiero
druga wojna światowa.
Nie można zapominać, że dawny Czerwonogród to nie tylko
obecne ruiny pałacu, lecz także
kościoła, który wzniesiono na początku XVIII wieku. Pozostałości
tego kościoła znajduje się niedaleko ruin wspomnianego pałacu,
które dzisiaj często odwiedzają
nowożeńcy, fotografując się obok
zachowanych dwóch baszt pałacowych.
Z daleka widziałem również
cmentarz polski, położony na północny wschód od zamku, na stoku
doliny Dżurynu. Na odwiedzenie
tej cmentarnej pamiątki po mieszkańcach Czerwonogrodu zabrakło mi już czasu.
Przed drugą wojną światową w
Czerwonogrodzie mieszkało około 400 osób, głównie Polacy. Od
1944 r. bojówki OUN-UPA (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów-Ukraińska Powstańcza Armia) dokonywały rzezi polskiej
ludności w powiecie zaleszczyckim.
Miejscowi księża greckokatoliccy i diakoni prawosławni w cerkwiach poświęcali broń przeznaczoną do mordowania Polaków.
Takie zdarzenie miało miejsce m.
in. w sąsiednim Nyrkowie, który
istnieje nadal i jest zaznaczony na
mapach ukraińskich.
scowości. Wzniesienie w dolinie
otoczonej wzgórzami było wręcz
wymarzonym miejscem na założenie osady i wybudowanie
zamku, którym po wejściu w XIV
wieku tych ziem w skład Królestwa Polskiego władali starostowie kamienieccy, początkowo
Buczaccy, później Jazłowieccy i
Daniłłowiczowie. Dokładnie nie
wiadomo, kiedy drewniany zamek przekształcono w murowany z czerwonego miejscowego
piaskowca. Obec-nie z czasów
www.ksi.kresy.info.pl
Podczas drugiej wojny światowej Polacy małopolscy, bardziej
niechętnie niż Polacy z Wołynia,
decydowali się na opuszczenie
rodzinnej ziemi (jedni – licząc na
„powrót Polski”, drudzy – uważając, że „i tu, i tam Sowiety”), co
najprawdopodobniej dodatkowo
mobilizowało OUN-UPA do dalszego palenia polskich wsi, rabunków i kolejnych mordów.
(siostra zakonna), Buszta Teresa
– lat 3, Fałkowicz Celina – lat 26,
Czereśniowska Joanna, Glezner
Franciszek – lat 17, Grabowiecka
Helena – lat 75, Greszczyn Stanisław – lat 30, Krystyna – lat 1,
Paulina – lat 20, Grzebińska Helena – lat 72, Jakubiszyn Michał
– lat 78, ksiądz proboszcz Jurasz
Stefan – lat 60, Kalinka Katarzyna (z Rzepniaków) – lat 25, Kobylański Józef – lat 50, Kotyński
Józef – lat 10, Jan – lat 19, Korczyński Teodor – lat 62.
Zginęli tutaj również Polacy z sąsiedniego Nyrkowa:
Bobryk Eugeniusz – lat 33, Dąbrowski Piotr – lat 75, Gertych
Justyna – lat 70, Kamizelich Antoni – lat 50, Karasowski Ignacy
– lat 50, Kurchaniewicz Antonina
– lat 45, Małanicz Mieczysław –
lat 17, Rzepiak Katarzyna – lat
23, Smolińska Wiktoria – lat 29,
Świderska Janina – lat 19, Wojnarowska Maria – lat 48, Zalewski
Jan – lat 70, Zawadzka Karolina
– lat 35, Marysia – lat 2, Żołyńska
Józefa – lat 22, Zygmunt I. – lat
65.
Pobyt na terenach dawnego Czerwonogrodu jest dla mnie smutnym wspomnieniem zagłady dawnych Kresów II Rzeczypospolitej,
w dużej mierze pozostających w
zapomnieniu za wschodnią granicą dzisiejszej Polski. Jedynie
poprawia mi nastrój wspomnienie
wycieczki do wodospadu na Dżurynie, który zachwyca od wieków
swoim pięknem.
W dniu 2 lutego 1945 r. na Czerwonogród nastąpił atak kurenia
UPA z Czortkowa pod dowództwem „Bystrego”. Upowcy zdobyli wprawdzie pałac, ale Polacy
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 53
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
BEATA OBERTYŃSKA CZ. III
ALEKSANDER SZUMAŃSKI DLA BARW KRESÓW
czasów. Dziś jest tu ciasno i ciemnawo
od „dwupiętrowych” nar biegnących
wzdłuż ścian i okien.
… Kiedy tak stoję bezradnie szukając
oczyma jakiejś znajomej twarzy, jakiegoś życzliwego spojrzenia, czuję, że
mnie ktoś od tyłu trąca w ramię. Oglądam się i widzę na górnym piętrze nar
– ruchem owych chimerek z paryskiego Notre-Dame oparte o brzeg kojki
łokciami – dwie młode, nieznajome mi
osoby. Niech pani do nas przyjdzie. U
nas jest miejsce – mówi jedna z nich, o
żbiczym, jak mech zielonym spojrzeniu, podczas gdy druga nie mówi nic,
tylko patrzy na mnie z wyżyn swojej
kojki błękitnymi oczyma. – Prędko!
Niech pani włazi na górę, żeby kto
inny nie zajął. My chcemy mieć tutaj
panią – przynagla energicznie pierwsza i ciągnie już moje worki. – To bardzo dobra kojka. Blisko okna, jasna i
nie ma u nas wszy…
Starobielsk, widok zewnętrzny dawnego obozu
STAROBIELSK
ŚMIERĆ DOMU
Odbyło się to całkiem po cichu,
W mętnym zmroku jesiennej szarugi,
Od samych piwnic do strychu
Od jednego węgła po drugi,
Od załomu ściany do załomu
Zabitego, złupionego domu…
Nikt nie widział, nie słyszał, nie przeczuł
Któż by zresztą tym głowę zaprószał?
Że się w mętny, zapłakany ten wieczór
Wynosiła z domu jego dusza.
Ocalała jakoś do ostatka,
Nikt jej w worki przy rabunku nie natkał,
Nikt jej w szafach czy kufrach nie szukał,
Nikt siekierą zamków nie łupał,
Ram nie łamał jak starym obrazom,
Z lustrem nie zbił – nie wywlókł na gazon,
Drapieżnymi nie skalał jej dłońmi,
Nikt po prostu nie pomyślał o niej.
Najcenniejsza, a nie rozpoznana,
Nieuchwytna, niepotrzebna nikomu
Przyzostała niczyja i sama
W czarnej głębi zabitego domu.
Kto się wmyśli w martwotę i w ciszę,
Którą wtedy dookoła ma się?
Gdzież się okno wyrwane kołysze,
Jak złamane skrzydło na zawiasie,
Przeciąg zdartą firanką odwiewa,
Oślepione, połupane, puste,
W mrok się gapią czarne ramy luster,
Kwadratami tafli których nie ma.
Kto zrozumie co czuje zwierciadło,
Gdy mu z piersi świat odbicia wykradną?
Czarnej paszczy znajomym wykrojem,
Głąb kominka w mrok bezgłośnie krzyczy,
Obok zewłok starego fotela,
Trzew wyprutych puszystość wybiela.
Gdzieś drzwi trzasły, chłód nadął pokoje,
Zbita szyba posypała się z piętra,
Z kąta w kąt i z powrotem,
Dusza domu chodzi i pamięta.
Tutaj książki zza szyb się bibliotek
Wygarbiły szeregami grzbietów,
Teraz stos ich tli jeszcze na dworze.
Tapet chłodnym, rozległym deseniom.
Przypatruje się tępo i niemo,
Rozpoznaje po świeżych kolorach,
Co gdzie jeszcze wisiało do wczoraj
Pustych haków czerni się zdumiewa,
Jeszcze nie wie, jeszcze pojąć nie może,
Jeszcze szuka, ścian się jeszcze dotyka,
Drogę dłońmi przed sobą obiema
Wymacuje jak ślepiec bez mała
I na pustkę się wszędzie natyka.
Już to tylko tu jest, czego nie ma.
Ona jedna, ostatnia została.
Gdzie są ci, którzy sercem ją grzali?
Którzy z własnych dusz pić jej dawali,
Myślą się z nią dzielili jak z siostrą?
Gdzie są sprzęty, do których się ciepła,
Od lat swojska tuliła i lepła?
Wszystko w jednym skończyło się wstrząsie,
Wszystko życie na kopytach rozniosło,
Jeszcze resztki na gazonie tlą się.
Z krzywd najcięższa, kamienna, żelazna,
Dokonała się tutaj w jej oczach śmierć
gniazda.
W mętnym zmroku jesiennej szarugi,
Od jednego rogu po drugi,
Od pierwszego węgla po czwarty,
Z drzwi bezbronnie na oścież otwartych,
Z czarnej głębi złupionego wnętrza,
Najcenniejsza dotąd najświętsza,
Niepotrzebna już dzisiaj nikomu,
Wynosiła się precz dusza domu.
Jak dym z drzwi się wejściowych wywlokła,
Jak firanka wywiała się z okna,
Zdartym pasem tapety na ścianie,
Pogładziła dom na pożegnanie,
I w park poszła miarą nieuchwytną,
Między drzewa które jutro wytną.
Beata Obertyńska
Czekanie jest jednym z podstawowych praw więźnia. Czy w celi,
czy w transporcie, gdziekolwiek go
rzucą – czeka. Czeka najczęściej
stojąc albo siedząc na własnym
stołku. Godzinami. Nikt mu nigdy
nie powie na co czeka, ani jak długo czekanie to potrwa. Jest to jakiś
chroniczny, nieuleczalny jego stan,
pozornie nieszkodliwy, a przecie
męczący nad wyraz.
Czekamy więc na stacji. Noc jest
daleka, ciemna. Wiatr dmie zza węgła
i druty jęczą nad głowami. Ale zimno nie jest. Czuje się już w powietrzu
smak kwietnia. Czeka nas kilkanaście.
Wszystkie te które ruszono razem z
Chersonia. Ktoś mówi, że pewnie czekamy na woron. Może być. Równie
dobrze jednak mogą nas tu nas tu tak
potrzymać parę godzin, czy do rana
choćby, a potem pognać piechotą.
Wiemy, ze Starobielsk nie jest już w
ścisłym tego słowa znaczeniu tiurmą,
tylko zamkniętym łagrem i że mieści
się na obszarze dawnego klasztoru prawosławnego monaszek. W rozległej
ciemności jawią się wreszcie niskie,
białe rogi macających reflektorów.
Zatem jadą po nas. Nie pójdziemy
piechotą. Oczywiście Hinda zachwyca
się świetna organizacją. Lora jest duża
rozklekotana. Włazimy na nią skwapliwie, gotowe nawet dla świętego
spokoju przyznać Hindzie rację.
Jedziemy – od niepamiętnych czasów
pierwszy raz – nie w zamkniętej budzie, czy wagonie, tylko otwartym autem. Noc jest wiosenna i powietrze jest
wiosenne, ale obce w smaku i zapachu.
Mijamy jakieś martwe, trwożnie obok
drogi przycupnięte domki…
…Wreszcie baniasta cerkiew na wzgórzu. Gościniec wije się tak, że raz
mamy ją z lewej, raz z prawej strony.
Czasem znika na długie chwile Za każdym tylko wynurzaniem się jest większa i większa. Rośnie, garbi się, rozbija
się na mniejsze kłębki bań. Teraz widać
już okrągło wybałuszone okna. Czarne
oczywiście. W miarę jak podjeżdżamy
cerkiew olbrzymieje, aż staje nad nami
ogromna cienista i martwa.
Jestem im niezmiernie wdzięczna za
okazaną gościnność , ale jeszcze się
waham. Chciałabym mieć bliżej małą
Władzię. Cóż kiedy i ona jedno tylko
miejsce zdobyła i to w drugim kącie
celi na parterze pod oknem. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak przyjąć
gościnę tych obcych, uprzejmych pań.
Bardzo mi śmiesznie tak dziś o nich
pisać! Trudno mi uwierzyć po prostu,
że był w moim życiu kiedykolwiek
okres, gdy Helena z Marysią były mi
obce i nieznajome! Zabawne, jak to
człowiek niczego naprzód nie odczuje
i nie przewidzi… Nie wiedziałam, że
włażąc wtedy na tę kojkę wspinam się
naprzeciw mocnej, oddanej , prawdziwej przyjaźni, którą miałyśmy znaleźć
wszystkie trzy na tym wspólnym więziennym sienniku w Starobielsku…
Jak we wszystkich sowieckich więzieniach, mieszanina tu, jak w dolinie Jozafata. W trzech połączonych ze sobą
celach siedzi nas chyba ze dwieście! I
kogo tu nie ma? Polki, Rosjanki, Rumunki, Węgierki, Ukrainki z Polski
i te z Zakarpacia, Żydówki – wszystko! Wszystko też gada równocześnie,
wszystko się kłóci, śpiewa, a jak dobrze pójdzie – bije i wyzywa od ostatnich. Taka jest zwłaszcza pierwsza
kamera, gdzie z kilkoma wyjątkami
zgrupował się najgorszy, najwrzaskliwszy element. Celę środkową,
najmniejszą, zajęły Żydówki. Na pryczach dmą się piernaty złapanych na
granicy bogatych uchodźczyń z Węgier, Rumunii, Austrii, obok takich
samych jak Szwarc zawiedzionych,
ubogich wyłapanych przez Sowiety na
granicy stworzeń, które się spodziewały znaleźć tu schronienie. No i można
powiedzieć, że je znalazły! W tej tę celi
między „rudą panterą”, a durną Salcią,
rozłożyła się nasza ideowa Hinda i jest
zachwycona intelektualnym poziomem celi. Trzecią, ostatnią kamerę, a
zwłaszcza jej górne piętra zajęły przeważnie Polki.
…Późnym wieczorem w niedzielę, w połowie czerwca, staje w
drzwiach celi naczelnica, dziwnie
jakoś zdenerwowana i zaśpieszona i pada niespodzianie: „Dawaj
wsie z wieszczami”. Co dzieje się
w celi po takich słowach – trudno
sobie wprost wyobrazić! Urwanie
głowy! Kij w mrowisku! Muchy
w ukropie! Pośpiech, zdenerwowanie, płacz, szukanie rzeczy,
zrywanie ze sznurów suszącej się
bielizny, pakowanie worków, przypuszczenia, domysły. Dokąd? Po
co? Dlaczego? Czy wszystkie razem, czy znowu nas porozdzielają? Zaśpieszone latamy po celach
w pogoni za pożyczonymi drutami,
nożyczkami, igłą. Nary kłębią się
od trącających się w tej ciasnocie
kobiet - a naczalnica stoi w tym
oszalałym mrowisku i krzyczy , i
pogania, i popędza. Wreszcie nary
chłodne nagle i chude po zniknięciu worków i sznury, ogołocone z
rzeczy – zostają same, a stłoczony,
zakalec kobiet, tłumoków, worków
i powiązanych sznurkami walizek
przegniata się ku wejściu…
cdn.
Ciąg dalszy w Starobielsku
Starobielski łagier to zatrzęsienie
domków i domeczków rozsypanych
w sadzie. Dno sadu jarzy się elektrycznymi gruszkami które rosną na
niskich słupkach. Dziwne wrażenie
robi ten od spodu podświecony sad o
bielejących koślawych pniach. Jakieś
opaczne wiosenne „zaduszki”. Po formalnościach, tych samych co zawsze,
puszczają nas do pustej kancelarii,
gdzie mamy czekać do rana. Śpimy, a
raczej męczymy się na naszych wieszczach. Rano widzę, że mysz wygryzła
mi dziurę w worku na chleb. Zły znak!
Myszy głodne, więc pewnie ludzie
też. Istotnie. Głód był zasadniczą cechą naszego pobytu w Starobielsku.
Ze wszystkich dotychczasowych postojów tu dawał się nam najdotkliwiej
we znaki.
Cela do której – po dwunastu dniach
kolejnego przepędzania nas po różnych „blokach” – puszczają nas nareszcie jest duża i robi wrażenie podzielonego tylko przepierzeniami na
trzy części klasztornego refektarza.
Może trochę na refektarz za niska, ale
czymś takim musiała być za dawnych
Strona 54 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Kresowe Inspiracje
- Żubr Kresowy 2
Bożena Abratowska W poprzednim, marcowym wydaniu „Kresowego Serwisu Informacyjnego” przedstawiłam czytelnikom niezwykłego człowieka,
znanego animatora kultury, literata,
radiowca, nazywanego przez przyjaciół „Żubrem kresowym”. Autora całego półwiecza naszej historii
opisanej pieśniami i piosenkami i na
szczęście rozweselanej dowcipami
i anegdotami. Ale, co dla naszych
czytelników najważniejsze - autora
wspomnień i przeuroczych opowieści o Kresach.
dowcipnym, muzykalnym, roztańczonym. Z jego autoportretu patrzy
przystojny mężczyzna o intrygujących, rozświetlonych oczach. Kochał taniec i samo Wilno, w którym
studiował malarstwo.
Wrócił po studiach na Polesie i inżynierskim okiem skrupulatnie kontrolował stan najważniejszych tam
szlaków komunikacyjnych, czyli
wodnych.
Kiedy odzyskaliśmy niepodległość
a z nią wróciły spod zaborów nasze
polskie Kresy, okazało się, że trudno
dostępne tereny Polesia wraz z ludźmi je zamieszkującymi, są tragicz-
słowem, to młodzi wykształceni ludzie ławą ruszyli na ratunek. Głównie nauczyciele, bo analfabetyzm
był tam powszechny. Inżynier Adrjański z całym oddaniem i wiedzą
poświęcał się cywilizowaniu niesfornych terenów. Taką miłość do
kresów przekazał synowi.
Oraz opowiadania, które Zbigniew
zmieścił w tomiku „O Batiuszce
co Ptakiem Latał” wydanym przez
Instytut Lwowski w Warszawie,
mieszczący się na ul. Sucharskiego
4/83. na prośbę czytelników podaję
ten adres, aby ułatwić dotarcie do tej
książki – bo warto!
Fragment prozy Adrjańskiego pt.
„Polesko - Podlaskie Wspomnienia” znaleźć można w kolejnej,
znakomitej jego pracy pt. „Pochody
donikąd” wydanej w 2010 r przez
Novae-Res – Wydawnictwo Innowacyjne z Gdyni. To właśnie jest ta
nasza „śpiewana” historia. Ta pozycja jest ostatnią częścią tryptyku,
na który składają się „Złota Księga
Pieśni Polskich” oraz „Kalejdoskop
Estradowy”.
„Pochody donikąd” czyta się wspaniale, co po przytoczonej niżej niewielkiej części tej księgi, bez trudu
da się zauważyć. Z konieczności ten
fragment wspomnień jest znacznie
skrócony (a wart przeczytania w całości) mimo to, daje obraz tej znakomitej książki. Ma ona jeszcze tę
zaletę, że młodzież bez wysiłku a raczej śmiejąc się do rozpuku w pewnych momentach – przyswoi sobie
zadziwiający i irracjonalny rozdział
naszej historii, tak trudny dla nich
do zrozumienia.
Polesko – Podlaskie Wspomnienia Zbigniewa Adrjańskiego
Zbigniew Adrjański jest postacią tak
nietuzinkową, że trzeba o nim i o
jego twórczości powiedzieć więcej
niż zawarłam w poprzedniej prezentacji pt.”Żubr Kresowy”.
Urodzony na Polesiu, dopiero kiedy uwolniliśmy się z kagańca cenzury PRL-u, pełną piersią wyśpiewał w swoich i również swojego
taty wspomnieniach, całą miłość
do tamtych terenów. Do Brześcia
n/Bugiem, do rozlewisk i rzek a
przede wszystkim do tajemniczych
moczarów i lasów Polesia. Pięknie
o nich pisze. Zabawnie przedstawia
tamtejsze anegdoty z dowcipem i
morałem, przekazywane mu przez
ojca. Jest autorem z którego prozą
warto wejść w jak najbliższy kontakt. Sama przyjemność i sporo ciekawostek.
Zanim przytoczę tutaj fragment
wspomnień Zbyszka Adrjańskiego,
jeszcze kilka zdań o Stanisławie
Adrjańskim – ojcu (foto po prawej).
Ten absolwent znakomitych uczelni,
specjalista od wytyczania szlaków
wodnych i utalentowany artysta malarz, autor zarówno ważnych rozpraw naukowych na temat wodnych
problemów Polesia, jak i malarskich
obrazów tamtych przepięknych plenerów. Był człowiekiem pogodnym,
www.ksi.kresy.info.pl
nie zaniedbane pod każdym względem. Ta smutna przeszłość po dziś
dzień odbija się echem w mentalności obecnych pokoleń kresowych.
Można się o tym przekonać, czytając również w marcowym numerze
o tym, jak to pewien procent kresowian wstydzi się swoich przodków
– właśnie z powodu tamtego ich zaniedbania.
Kresy pod ruskim zaborem były
rygorystycznie zruszczane, chociaż
Poleszucy zawsze mieli słabą potrzebę przynależności narodowej.
O sobie zwykle mówili, że są „Tutejsi”. Ani Polacy, ani Białorusini
- tylko zawsze tutejsi i kropka. A,
że patriotyzm nie był wtedy czczym
Jako małe pacholę, jeszcze w szkole
powszechnej w Brześciu n/Bugiem,
śpiewałem różne okolicznościowe
piosenki m. Inn. Bardzo piękną:
Ojczyzna moja – to ta ziemia droga, gdziem ujrzał słońce i gdziem
poznał Boga. Tekst napisała Maria
Konopnicka, ale kto ją skomponował, nie pamiętam. Śpiewałem
też piosenkę o Polsce do słów T.S.
Jachowicza: Alboż to nie śliczne te
wioski liczne?Ten kraj kochany?
Bogate łany? Kto zatem sądzi, że
dopiero za „komuny” zostały wymyślone pieśni poństwowotwórcze,
masowe i okolicznościowe, ten się
srodze myli. (...)
Moja szkoła położona była blisko
Urzędu Wojewódzkiego, a wojewodą Brzeskim, czy raczej poleskim,
był wówczas słynny „Kostek” Biernacki – autor piosenki Jedzie, jedzie
na kasztance, znany jako „twórca”
obozu w Berezie Kartuskiej. Gdy
tylko pan wojewoda podchodził w
gabinecie do okna,moja klasa śpiewała – jedzie, jedzie na kasztance
Jak mawiał nasz ksiądz prefekt, nie
było to nic innego, jak tylko grzech
wazeliniarstwa. Oczywiście w stosunku do pana wojewody, gdyż o
Marszałku i pieśni o nim nie można
było powiedzieć nic złego! Józefowi
Piłsudskiemu poświęconych było
zresztą wiele pieśni, tak że można
było zestawić z nich wielki śpiewnik. Ot, chociażby „Pieśń o brygadierze Piłsudskim (Ani kontusz na
nim aksamitny, ani pas go zdobi
lity, słucki), którą nasz szkolny chór
śpiewał podczas wszystkich akademii. Były także pieśni o prezydencie
Ignacym Mościckim, o Śmigłym –
Rydzu, żadna jednak nie była tak
ładna jak ta o J. Piłsudskim.
Kiedy 19 września 1939 r. weszli
do Brześcia sowieci, zapędzono
nas do szkoły ruskojęzycznej i kazano śpiewać piosenki sowieckie.
Okazało się, że „ruscy” także dysponowali mnóstwem pieśni o swoich wodzach, zwłaszcza o Stalinie.
Uczyliśmy się zatem pieśni o Stalinie, Woroszyłowie, Budionnym...
nauczyciel walił ciężką łapą po głowie jeśli uczeń nie chciał śpiewać
– szyraka strana maja radnaja, lub
nie znał tekstu i melodii radzieckiego hymnu narodowego. Uczniowie
starszych klas, którzy zaprotestowali przeciwko tego rodzaju metodom
sowietyzacji, zostali wkrótce aresztowani przez NKWD i wywiezieni
na Sybir. Była to głośna akcja brzeskich uczniów i harcerzy.
Dwa lata później, kiedy w Brześciu byli już Niemcy i na Polesiu
ogłoszono powstanie „Niezawisimoj Ukrainy”, ukraiński nauczyciel zaczął nam wbijać do głowy
nacjonalistyczne pieśni ukraińskie.
Wnoszono w nich jakieś pretensje
do „polskich panów”. W jednej z
piosenek zaporoscy kozacy pędząc
po stepie, śpiewali:
A ty grafie, ty Potocki
ty przeklęty synie,
Zagubisz ty polską ziemię
I lud w Ukrainie
znajut polskije pany, konnej armii
naszej sztyki...
Pod Kobryniem zatrzymaliśmy się
na kilka dni w mająteczku pp. Iwańskich. Młody dziedzic i jego żona
przyjęli nas z radością. Nie zamierzali nigdzie uciekać, nie wierzyli,
że ich „ukochani Poleszucy” mogą
zrobić im coś złego. Nie mogli też
uciekać, gdyż mieli małe dziecko
jeszcze w kołysce. Dziedzic żartował: - jak zapytać Poleszuka jakiej
jest narodowości odpowie – tutejszy
- a polityka niewiele go obchodzi. Nie wierzył naszym opowieściom
o mordach i grabieżach. Okazało
się jednak, już po naszym odejściu,
że „ukochani Poleszucy” przyszli
do Iwańskich, zaparli drzwi i okna
kołkami i podpalili dom. Spłonęli
wszyscy!
W końcu dotarliśmy do Brześcia, w
którym było ponuro, pusto, żałobnie. W tym czasie co druga polska
rodzina miała już swoich bliskich
w sowieckiej niewoli. Nadchodziły
trwożne listy z Ostaszkowa i Starobielska. A ja, musiałem oczywiście
chodzić do sowieckiej szkoły, gdzie
uczono m.in. Pieśni „Sziroka strana
maja radnaja”. Języka rosyjskiego
uczyła nas komunizująca jeszcze
przed wojną nauczycielka o nazwisku Cynamon. Uczyła nas strasznej
piosenki:
nie będę jej cytował w całości, gdyż
wyzywali go jeszcze od takich i
owakich. Byłem już wtedy trochę
starszy, a więc i bardziej odważny.
Pewnego razu, kiedy nauczyciel zaczął ciągać mnie za ucho, ugryzłem
go w rękę i uciekłem ze szkoły.
(…)
„Sowieckie wyzwolenie” zaskoczyło nas 17 września 1939 r. na
bocznicy dworca kolejowego w
Baranowiczach. Akurat spaliśmy
w towarowych wagonach, którymi
usiłowano ewakuować do Rumunii pracowników Urzędu Wojewódzkiego z Brześcia oraz ich rodziny. Dworzec został dość nagle
otoczony przez wojska sowieckie.
- Wychodzić z wagonów! - krzyczeli czerwonoarmiści i walili kolbami po drzwiach. Także strzelali
na postrach! Świecąc latarkami po
oczach, enkawudziści przystąpili do
sprawdzania dokumentów (oddzielono jakichś zbłąkanych wojskowych). Przed dworzec zajechał olbrzymi samochód spec-propagandy
z którego nadawano komunikaty o
„wyzwoleniu” Zachodniej Białorusi
spod „jarzma polskich panów” oraz
zwycięskie piosenki radzieckie:
„Śmiało pójdziemy w bój”, „Pieśń
o taczance”, „Katiusza”, „Jeśli jutro
wojna”...usłyszałem je wówczas po
raz pierwszy.
Kiedy nas zwolniono, rozpoczęliśmy wędrówkę po poleskich drogach i bagnach, przez zrewoltowane
wsie i miasteczka. Szliśmy pieszo,
trwożnie rozglądając się wokoło pośród groźnych „pomruków”
białoruskiego chłopstwa, które za
przyzwoleniem sowietów wyszło
„riezat panów”. Staraliśmy się iść
w większych grupach, nie zawsze
się to jednak udawało. Pewnej nocy,
kiedy znaleźliśmy się w okolicach
Łańcuta, Dawidgródka i Stolina,
ujrzeliśmy ad Horyniem łuny płonących szlacheckich zaścianków.
W ich blasku pędziły rozszalałe
taczanki, wypełnione upojonymi
przez podpalaczy żołnierzami. Grały harmoszki, słychać było obleśne
czastuszki, porykiwano wredny
antypolski utwór, jeszcze z czasów
Budionnego – Znajut psy atamany,
Więc powiada komsomołka
Patrząc w ukochaną twarz
Życzę tobie śmierci nagłej
Jeśli już umierać masz...
Nie znosiłem tej piosenki tak jak i
samej pani Cynamon. Pewnego razu
przyjechał do Brześcia moskiewski cyrk, w którego programie była
piosenka „Serce” z filmu „Świat
się śmieje”. Pani Cynamon była w
cyrku i nauczyła się piosenki na pamięć!
Serce – to najpiękniejsze słowo świata
Serce – jak dobrze jest na świecie żyć!
Od tej pory wyśpiewywała jedynie
tę piosenkę od rana do wieczora.
Od razu w szkole jakoś pojaśniało,
zrobiło się przyjemniej. Aż któregoś
dnia, kiedy tak śpiewała „serce, jak
dobrze jest na świecie żyć!” zajechało do szkoły NKWD. Zaczęli
wyłapywać starszych chłopców,
tych, którzy do 1939 r. należeli do
harcerstwa. Przed wojną byłem zaledwie zuchem, ale wyglądałem na
chłopaka wyrośniętego. W każdym
bądź razie wszyscy dawali mi więcej lat, niż rzeczywiście miałem. W
pewnym momencie pani Cynamon
szepnęła mi do ucha abym uciekał
i więcej do szkoły nie wracał. W
ten nietypowy sposób rozstałem się
z moją pierwszą sowiecką nauczycielką. Zrewanżowałem się jej później w 1942 r. podczas likwidacji
brzeskiego getta, pomagając ukryć
się na stryszku mojej babci.
Tymczasem rozpoczęły się wywózki Polaków na Sybir. W Brześciu
realizowano to metodycznie, całymi ulicami lub kwartałami. Akcje
prowadzone były zazwyczaj nocą
między 23.00 a 3.00 nad ranem. Nie
kładliśmy się spać do łóżek. Mama
kazała mnie i mojemu bratu ubierać
się we wszystko co tylko można
było na siebie włożyć. Przygotowane było również to, co mogło się
przydać na Syberii. Siedzieliśmy
więc tak ubrani a właściwie opatuleni, nadsłuchując czy nie idą już
po nas? A może są już na naszej
ulicy? Może zbliżają się do naszego
domu? Żeby uspokoić nerwy i za-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 55
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
głuszyć odgłosy wywózek (jazgot
samochodowych silników, płacz,
krzyki enkawudzistów) ojciec
włączał radio! O tej porze Radio
Moskwa nadawało wiele ówczesnych szlagierów z takich komedii
filmowych jak „Świat się śmieje”,
„Wołga, wołga”, „Dzieci kapitana
Granta”
Zabawnie śpiewał ze swoja orkiestrą Leonid Utiosow, aksamitnym
głosem czarował Mark Bernes
(Chmury się kłębią i płyną). Pięknie zapowiadał je znany moskiewski spiker Lewitan.
Wiele takich nocy spędziliśmy w
oczekiwaniu na wywózkę. Dopiero nad ranem można było odetchnąć, ale tylko do następnej
nocy. Kiedy nastał dzień trzeba
było ustawiać się w kolejce pod
najbliższą „kooperatywą”. Zazwyczaj czekaliśmy na chleb, którego
stale brakowało. Przywożono natomiast śledzie, marmoladę, cukierki, proszek do prania. O godz.
6.00 nad ranem z ulicznych „kołchoźników” nadawano: Jeśliś mazgaj szczerze wstydź się!, Marsz
entuzjastów, Hej wy konie rumaki
stalowe! - To właśnie wtedy nauczyłem się sowieckich piosenek.
W pierwszych dniach po wyzwoleniu Biała Podlaska była jak
miasteczko z amerykańskiego
westernu: a to patrole Armii Krajowej – a właściwie specjalnego
Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego, a to oddziały Armii Czerwonej, zajeżdżające z hałasem tanki,
funkcjonariusze NKWD i sowiecki „szeryf” – komendant miasta. A
nieco wcześniej usadowił się powiatowy delegat Delegatury Rządu Londyńskiego. Pojawiały się
również drobne oddziały Batalionów Chłopskich i Armii Ludowej.
Wszyscy przemieszczali się pod
murami domów nieufnie się rozglądając z bronią gotową do strzału. Na razie obywało się jednak
bez incydentów.
Na jednej z głównych ulic, stał
„objuczony” głośnikami wielki
samochód spec-propagandy. Czerwonoarmiści nadawali komunikaty oraz piosenki, także polskie. Po
raz pierwszy słyszeliśmy wówczas
„Okę” „Marsz Pierwszego Korpusu” i „My, Pierwsza Dywizja”.
Ta ostatnia wzbudziła szczególne
zainteresowanie, gdyż wszyscy
myśleli, że to leci „Pierwsza Brygada” a tymczasem okazało się, że
do starej legionowej pieśni dorobione zostały nowe słowa. Wiele
osób było jednak wzruszonych i
zaciekawionych tą „Armią Berlin-
ga”. Jak na razie, w Białej Podlaskiej jej jednak nie było...
W któreś południe nadany został
ważny komunikat Radia Moskwa
o powstaniu PKWN. Ktoś jednak
od razu uruchomił dawne szczekaczki niemieckie zamontowane
na urzędzie Miasta i poleciało z
nich przemówienie Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej na
emigracji – Władysława Raczkiewicza. Furgon spec-propagandy
jeździł wieczorami po ulicach Białej Podlaskiej, a z jego głośników
kierowane były wezwania do żołnierzy AK do składania broni. Ludzie byli oburzeni! Jeszcze kilka
dni temu sowieci zrzucali z kukuruźników tysiące ulotek z hasłami
„Polacy do broni!” a teraz po wyzwoleniu wielu miast Lubelszczyzny i Podlasia z udziałem Armii
Krajowej – chcieli tym akowcom
broń zabierać? W Lubelskim i na
Podlasiu walczyły trzy doborowe
dywizje piechoty AK: 9 Dywizja
Podlaska, 27 Dywizja Wołyńska
(wycofana z Wołynia po rozpoczęciu sowieckiej ofensywy) oraz 30
Dywizja Poleska.
Mieszkańcy Białej Podlaskiej byli
oczywiście rozkochani w „swoich
chłopakach” dowodzonych przez
generała brygady Ludwika Bittne-
ra, ps.”Halka”. Podlasie kochało
go za to, że nazywał się Bittner
co kojarzyło się z bitnością... no i
takim bitnym rzeczywiście był. W
wielu oknach wystawione były patefony z których dolatywała aria:
„Halko moja miła!” I otóż jeden
z oddziałów legendarnego „Halki” wkroczył z fasonem do Białej
Podlaskiej.
Szli zmęczeni, ale radośni. Wiwatom zaś i okrzykom nie było końca. Aby zademonstrować jak są
silni, namioty i tabory ustawili w
rynku, w samym centrum miasta.
Pamiętam jak wspaniale lśniły ich
karabiny ustawione w kozły. Dysponowali dużą liczbą zdobycznej
broni niemieckiej. Biała Podlaska zakwitła od biało-czerwonych
flag. - To już wolna Polska – mówili ludzie!
Na drugi dzień zjechała jakaś czołówka artystyczna od Berlinga.
Ludzie zastanawiali się – iść, czy
nie iść? Przeważyła ciekawość.
(…) Ten rewiowy teatrzyk prezentował zabawne widowisko,
pełne
żołnierskiego
humoru,
śpiewu, tańca. Ogromnym powodzeniem cieszyły się wszelkiego
rodzaju dowcipy antyniemieckie,
dość pieprzne! Moim rodzicom
spodobały się zręczne trawesta-
Wielkanocne zwyczaje kresowe
Redakcja
KU WIELKANOCY
Na tydzień przed świętami robiło się
w domu generalne porządki: pranie,
trzepanie koców, dywanów, kilimów, pościeli. Do obowiązkowych
czynności należało mycie i czyszczenie naczyń kuchennych, szorowanie piaskiem z gliną wszystkich
garnków, rondelków, patelni, misek,
pokrywek, foremek do ciast, sztućców, desek do krojenia i wszystkich
przyborów z drewna używanych
w kuchni. Tak gorliwie pracując i
pomagając we wszystkim, czekaliśmy na Niedzielę Palmową zwaną
kwietną. Palmy wierzbowe z baziami i z suszonymi kolorowymi
kwiatami, trawami widziało się
tego dnia wszędzie. Palmę należało mieć podczas nabożeństwa, a po
poświęceniu trzeba było umieścić
ją za świętym obrazem (miała chronić przed nieszczęściem). Krzyżyki
zaś zrobione z gałązek wetknięte w
rolę, chroniły przed klęskami i przynosiły urodzaj. W wielu rejonach
Polski palmy były potężne, majestatyczne, furkoczące wstążkami i aż
do dzisiaj obserwujemy konkursy
na najwyższą i najpiękniejszą palmę wielkanocną. Przez cały Wielki
Tydzień klasztory i szkoły zakonne
wystawiały widowiska pasyjne nie
szczędząc pobożnych wzruszeń i
godziwej nauki, czasem rozgrywanych na stacjach Drogi Krzyżowej.
Takie Kalwaryjskie misteria były
naturalne i zgodne z opisem ewan-
gelicznym. W Wielki Czwartek
umywano nogi dwunastu starcom,
potem wieczerzano z nimi i suto obdarowywano każdego z nich. Wielki
Piątek – to odwiedzanie całymi rodzinami Grobów Pana Jezusa. Urządzane były z fantazją artystyczną,
bogatą plastyką, przepychem, ze
stosowaniem się do historii z Pisma
Świętego, Starego lub Nowego Testamentu. Należało obejść wszystkie kościoły (w Wilnie było ich 35),
a już najmniej siedem, pomodlić się
i złożyć datek. Zapamiętałam Groby z wileńskich kościołów w czasie
wojny 1939-1945. Znikał przepych,
leżał w nich tylko chudziutki Zbawiciel w słomianej, starej chacie,
dookoła stały wypalone belki, leżały druty kolczaste i był czarny, surowy krzyż. Wielki Piątek był dniem
smutku, wyciszenia, zadumy, ascezy i ścisłego postu. Wielka Sobota
zaś to dzień przygotowywania posiłków na stół świąteczny. Od rana
gospodynie gotowały i wypiekały
pachnące „przysmaki”. Pachniało
na podwórzu bigosem, pieczonym
mięsem z gęsi i indyka. Barwiono
pisanki, kraszanki i oklejanki. Szykowano święconkę. Wyciągano z
szuflad komód najpiękniejsze białe
obrusy, najdroższą zastawę stołową
i ustawiano wazony z wiosennymi
kwiatami, baziami i zielonym igliwiem. Na środku stołu obok świecy
z symbolem wielkanocnym stał na
zielonej łączce z owsa lub rzeżuchy
baranek i rzucały się w oczy takie
duże puchowe baby, lukrowane
mazurki, serniki i sękacze. Słowem
pyszności!
Rezurekcja i Wielkanoc. Ojciec rozpoczynał śniadanie modlitwą Pańską, błogosławił i pozdrawiał słowami: „Chrystus zmartwychwstał.
Alleluja!” Odpowiadaliśmy: „Prawdziwie zmartwychwstał. Alleluja!”
Był to centralny moment świąt.
A kiedy Mamuśka zaintonowała:
„Wesoły dziś dzień nam nastał”, zaczynaliśmy się dzielić ćwiartkami
jajek, kiełbaskami, szynką, chlebem
i chrzanem. Dzieciaki szmyrgały
z talerzami i kroiły, co chciały. Po
generalnym objadaniu się, wypijaliśmy rosół i z jak największą ilością
pisanek we wszystkich możliwych
kieszeniach wymykaliśmy się na
podwórko. Tam gromady małolatów
grały w „zbitki” i z okrzykami emocji toczyły po pochyłości (najczęściej była to dachówka) malowane
jajka, trafione stawały się własnością. Wracaliśmy zziajani, zmęczeni, czasem przegrani jak ofermy i
fajtłapy, czasem jak zwycięzcy, rekordziści, mistrzowie ulicy, morowcy i zuchy dzielnicy. Poniedziałek
Wielkanocny – lany śmigus-dyngus; zawsze ociekał wodą, było totalne oblewanie wszystkich przez
wszystkich. Po świętach wszystko
znikało, zostawały tylko wspomnienia i czasem niestrawność.
Mam ogromny sentyment do Wilna
i Wileńszczyzny. Opisałam wspomnienia i fakty z najbliższego otoczenia. Ujawniłam przechowywane
w pamięci szczęśliwe i trochę smutniejsze chwile z życia rodzinnego
na błogosławionej Ziemi Wileńskiej. Dawne życie musiało odejść
wraz z mieszkańcami, którzy musieli opuścić ojcowiznę, Ale dzięki
tym wspomnieniom Kresy stały się
bardziej kochane i bliskie nie tylko
Wilniukom. [1]
jajkiem przez zakochanych wróży
im udany związek, pomyślność,
potomstwo. Własnoręcznie pomalowane na czerwono jajka, podarowane wybrance lub wybrańcowi, zapewniają miłość. Jajko z
motywem kołyski powinni sobie
podarować małżonkowie, którzy
nie mogą doczekać się potomstwa.
Panna pragnąca zachwycić ukochanego pocierała jajkiem pomalowanym na czerwono części ciała, którymi chciała go oczarować
najsilniej. Potem tłukła skorupkę
i jajko przelewała przez ułożone
na krzyż patyczki, najlepiej brzozowe. Skorupkę z pisanki należało
teraz utrzeć na proszek, który - dosypany do potrawy - działał cuda i
wzbudzał płomienne uczucie chłopaka.
Na Kresach istniał zwyczaj, wedle
którego w wielkanocną niedzielę
kawaler mógł ofiarować pannie
pisankę, mówiąc: „Chrystus zmartwychwstał”, i trzykrotnie ją pocałować. [2]
Co podawano na stoły?
Na Kresach istniał zwyczaj
Gdy na stole znajdzie się parzysta liczba jajek święconych, pannie wróży to rychłe zamążpójście.
Obdarowywanie się święconym
Strona 56 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
Na kresach na początku XIX wieku
podawano głównie baby drożdżowe bądź migdałowe, torty z ciasta
francuskiego z konfiturami, serniki
lub pochodzącą ze wschodu paschę,
czyli schłodzoną, delikatną masę z
sera, masła, żółtek i cukru z dodatkiem bakalii. Zapewne pyszności!
Takiego zbytku nie spotykano u
mniej bogatych mieszczan oraz
chłopów. Było tam zdecydowanie
skromniej, ale dostatnio, wedle ich
możliwości. Na śniadanie chło-
cje z przedwojennych szlagierów:
„Umówiłem się z nią na dziewiątą”, „Pod samowarem siedzi moja
Masza”, „Przytul, uściśnij, pocałuj”. Melodie te łatwo rozpoznawaliśmy, gdyż przed wojną dysponowaliśmy dużą kolekcją płyt
gramofonowych, między innymi
z Dymszą, Bodo, Ordonówną, Pogorzelską. Wszystkie jednak pozostały w niezbyt odległym Brześciu.
Mój ojciec coś tam wybrzydzał na
piosenkę o Berlingu. Wyraźnie mu
się nie spodobała. Na zakończenie
zespół wystąpił w pełnym składzie, przy czym w wojskowych rogatywkach. Salutując zaśpiewali:
Jedną drogą my wszyscy idziemy,
nam do marszu armatni gra huk,
do ojczystej polskiej ziemi, nie ma
żadnych innych dróg.
Wszyscy podnieśli się z miejsc i
salutowali sobie wzajemnie. Była
to piękna piosenka! Wychodziliśmy z kina w podniosłym nastroju.
Było już późno ale miasto nie spało. Kordon żołnierzy zamknął nam
drogę do rynku, gdzie biwakowali
„chłopcy z lasu”. Właśnie ich rozbrajano...i wywożono na wschód.
Od czasu do czasu słychać było
bezładną strzelaninę. Nie było już
wspólnej drogi.
pi zjadali najpierw po kawałeczku
chrzanu, święconego jaja, chleba z
masłem i wreszcie mięsne przysmaki. A ponieważ Wielkanoc zazwyczaj poprzedzona była świniobiciem, to na stole pojawiała się duża
ilość niewymyślnie przyrządzonego
mięsa - przeważnie gotowanego lub
duszonego. Objadali się także słoniną, kiełbasami i innymi wyrobami.
Zdarzało się również pieczone prosię lub ciele. Wszystko zaś zjadali
z chrzanem, bo „krzan i żółć jeden
smak równy ma”. Miało to przypominać, że Jezus pojony był żółcią. Z
ciast podawano słodkie placki, baby
i serowniki. I tak dogadzano sobie
przez cały dzień, nie grzesząc umiarem.
Nic zatem dziwnego, że po długim
poście żołądki naszych przodków
źle reagowały na tak wielkie obżarstwo. Krążyły zatem liczne rady, no
choćby ta, jak uchronić się od zgagi.
Otóż, należało na czczo zjeść święconego chrzanu i trzy razy chuchnąć
do komina albo przed śniadaniem
zjeść usmażone na maśle pokrzywy.
Ciekawe, czy pomagało? Wydaje
się jednak, że obecne sposoby są
bardziej skuteczne.
I jeszcze coś z ówczesnego savoir-vivre’u, w którym przestrzegano,
by nie częstować sąsiada nadgryzionym kawałkiem mięsa, nie mlaskać,
nie wycierać nosa w obrus.[3]
[1] Fragment wspomnień Parafianki
Marii „KU WIELKANOCY”
http://www.sw.kazimierz.koszalin.
opoka.org.pl/odnowa/wielkanoc.
html
[2]
http://www.tomaszow-tit.pl/
artykul,Dawne_wr%C3%B3zby_
wielkanocne,6930.html
[3]http://pochodnia.pzn.org.pl/artykul/35-po_staropolsku_i_wspolczesnie.html
www.ksi.kresy.info.pl
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
Pisanki, kraszanki, czyli prawie wszystko o jajku.
Bogusław Szarwiło
Jajko najczęściej jest kojarzone ze
świętami Wielkanocnymi. Weszło do kultury jako symbol odradzającego się życia, wiosny i
zmartwychwstania natury, a także
początku wszystkiego, co żyje.
Zgodnie z ludowymi wierzeniami
początkiem życia, od którego zależy płodność na całej ziemi jest jajko. To dlatego na Wielkanoc czci
się je, przyozdabiając kolorowymi
zdobieniami, a w Wielką Niedzielę dzieli się nimi podobnie, jak w
Boże Narodzenie opłatkiem. Jajko
obdarzano szczególną czcią już w
czasach pogańskich. Stąd też wywodzi się słowiański obyczaj, kultywowany od X wieku, święcenie
kolorowych, uprzednio ugotowanych jaj. Jeżeli wierzyć znawcom
tematu, to pierwsze pisanki pochodzą z Persji sprzed ponad 5 tysięcy
lat. Malowano na nich woskiem, a
potem zanurzano w barwnikach.
W Polsce najstarsze, jakie wykopano na wyspie Ostrówek, pochodzą z X w. Zdobiono je techniką
woskową. Po 966 r. zwyczaj ten
został zabroniony, jako że związany był z pogańskim kultem zmarłych. Od XII w. przyzwolono na
jedzenie jaj w święta. Musiało być
to jednak poprzedzone specjalną
modlitwą. Tym sposobem kościół
wplótł jajka do tradycji wielkanocnej jako symbol odrodzenia,
a co za tym idzie - zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Jajka
w wielu kulturach utożsamia się z
dobrobytem i zasobnością, a także
szczęściem. Pierwotnie dekorowano jaja w celach magicznych
- zdobienie było bowiem jednym
z warunków ciągłości świata. Tradycyjnie zasiadano do malowania pisanek w Wielki Czwartek.
Robiły to kobiety i dziewczynki,
a mężczyźni nie mogli się temu
przyglądać, gdyż ich obecność
szkodziła magicznym właściwościom pisanek. Ciekawski był
zawsze przeganiamy ostrym słowem, sypano za nim szczyptę
soli, wypowiadając zaklęcie: "sól
tobie w oczy, kamień w zębach",
a tego nasi pradziadowie bardzo
się bali. Gdy dodawano jeszcze:
"Jak ziemia woskowi nie szkodzi,
tak twoje oczy niech nie szkodzą
pisankom", było prawie pewne, że
pisanki zachowają swoja niezwykłą moc. Pierwsze gotowe pisanki,
jeszcze niepoświęcone, ofiarowywano najbliższym, z chrześniakami na czele. Reszta, już poświęcona, zdobiła wielkanocny stół i
była rozdawana przybywającym w
odwiedzimy gościom. W tamtych
czasach pisanki pełniły funkcję
dzisiejszej Walentynki. Jak symbol rozrodczości i nowego życia
były oczywistą aluzją. Panny starały się, aby najpiękniejsze kraszanki trafiały do rąk chłopców,
których chętnie widziałyby w
roli przyszłych towarzyszy życia.
Matki i siostry kawalerów ofiaro-
www.ksi.kresy.info.pl
wywały najpiękniejsze pisanki synom i braciom, aby ci z kolei mogli je darować swoim wybrankom.
Ale, gdy rodzice dziewczyny nie
zezwolili córce na przyjęcie malowanego jajka od adoratora, było
wiadomo, że jest to odmowa i taki
absztyfikant ręki dziewczyny nie
dostanie. Z jednej strony otaczano
jajka nabożnym kultem, z drugiej
zaś służyły do wielkanocnej zabawy. Jedną z najbardziej popularnych jest tłuczenie jaj, nazywane
stronami „cokaniem”. Właściciel
pisanki o najtwardszej skorupce,
oprócz nagrody pod postacią rozbitych jaj przeciwników, przez
najbliższy rok cieszył się sławą.
Inną zabawą, szczególnie dzieci,
było spuszczanie jajek po pochylni
(czasem była nią zwykła siekiera).
Wygrywał ten kto tocząc swoje
jajko po pochylni trącał największą ilość jaj współgraczy. Pisanki
towarzyszą Wielkanocy w większości krajów Europy, w Stanach
Zjednoczonych, i wszędzie tam,
gdzie wyznaje się katolicyzm. Są,
jak kurczak, zajączek czy palma
nieodłącznym atrybutem tych wiosennych świąt. Bogactwo różnorodności zdobień, wzorów, technik
i barw pisanek jest niemal nieskończone. By je zaprezentować,
a jednocześnie chronić bogatą kulturę ludową przed zapomnieniem,
tworzy się nie tylko wystawy pisanek, ale i muzea tej specyficznej
sztuki. Znawcy potrafią, kierując
się kolorem i wzorem, odróżnić
pisankę kurpiowską od mazowieckiej, krakowskiej czy łowickiej,
nie wspominając już o kolorowych
kresowych kraszankach dekorowanych według wzorów z Podola,
Wołynia czy Wileńszczyzny!
Muzeum pisanki w Kołomyi
to drugie co do wielkości miasto
województwa stanisławowskiego
będącego w granicach Rzeczpospolitej. Kołomyja jest miastem o
kilkusetletniej tradycji Polskości.
Kołomyja została założona w czasach jeszcze Księstwa Halickiego przez Kolomana . Potem było
to Królestwo Halickie z królem
Danyło koronowanym w Drohiczynie, a stolicą we Lwowie po
przeniesieniu z Halicza,a potem
z Chełma przez następnych władców (Lwa I i II), a zniszczonym
potem przez Tatarów.. i na koniec
opanowanym przez Kazimierza III
Wielkiego. Kołomyja była więc
głównym miastem Pokucia i miejscem, gdzie ogniskowała się walka Polski, Węgier, Chanatu Krymskiego, Turcji i Mołdawii, którą to
walkę o dominację nad tymi ziemiami wygrała I RP. To właśnie w
Kołomyi hołd Kazimierzowi Jagiellończykowi składał Hospodar
Mołdawii Stefan III Wielki.
Nieopodal Kołomyi miała miejsce
jedna z najsłynniejszych bitew w
historii Polski – bitwa pod Obertynem, gdzie Hetman Wielki Koronny Jan Amor Tarnowski w 1531 r.
pokonał ponad 4 krotnie większe
siły Hospodara Mołdawskiego
Piotra Raresza i podkreślił dominację Rzeczpospolitej na tych
terenach do I rozbioru. Pokucie
było wtedy najdalej na południe
wysuniętym obszarem Królestwa
Polskiego i wchodziło w skład
województwa ruskiego. W Kołomyi w 1915 została powołana II
Brygada Legionów - Brygada Żelazna, która potem przejechała się
po głowach wojsk rosyjskich pod
Rokitną... Kołomyja była ważnym
ośrodkiem przemysłowym i kulturalnym. Dzisiejszy Iwano-Frankiwsk [tak brzmi poprawna nazwa
ukraińska, używana nazwa Iwano-
kich kontynentów, prócz Antarktydy. Są drapane, malowane, "pisane" woskiem, rytowane (wzór
wyżłobiony w drewnianym klocku
i odbity na wydmuszce), w technice collage'u, batikowe, oklejane
błyszczącym papierem, sitowiem,
włóczką, tkaniną, cekinami, a nawet makiem, ryżem, kaszą czy koralikami. Gromadzone przez 35 lat
zbiory podarowała prof. Irena Stasiewicz-Jasiukowa z Państwowej
Akademii Nauk w Warszawie, autorytet w dziedzinie pisankarstwa.
Pochodzą z całej Polski oraz m.in.
Ukrainy, Białorusi, Rosji, Czech,
Chin, Japonii, Kenii, Brazylii,
Palestyny, Grecji, Chin, Kuby...
Zbiór zapoczątkowała w 1969 r.
pisanka opoczyńska kupiona w
Cepelii przez przyszłego męża
pani Ireny Jerzego Jasiuka (podarował ją narzeczonej w prezencie
na Wielkanoc) [2]
/ http://www.polskiekrajobrazy.pl/Galerie
/72:Podlasie/16218:Pisanki_w_Muzeum_
Pisanki_w_Ciechanowcu.html
JAK ZROBIĆ TRADYCYJNE
WIELKANOCNE PISANKI?
Najszybszą metodą barwienia jajek jest zanurzanie ich w gorącym
wywarze barwnika. Intensywność
koloru zależy od tego, ile czasu
jajo jest zanurzone w kąpieli oraz
od koloru skorupki. Tą metodą
można również barwić tylko fragmenty skorupki, kładąc jajo w naczyniu wypełnionym taką ilością
rozpuszczonego barwnika, by skorupka była w nim zanurzona tylko
do pewnego poziomu. Warto też
pamiętać, że kolor możemy utrwalić, zanurzając jajka w occie.
Barwniki z natury
/ Pisanka podlaska z Lipska nad Biebrzą fot. Muzeum Pisanki w Ciechanowcu Pisanka podlaska z Lipska nad
Biebrzą
http://podroze.gazeta.pl/podroze/51,114158,5000454.html?i=0
Pisanki pana Piotra.
Pan Piotr Steć ze Słupska posiadający korzenie kresowe, bo rodzice
pochodzili z Włodzimierza, należy do nielicznych twórców, którzy
wykonują wielkanocne pisanki
w/g wzorów z haftów kaszubskich
szkoły słupskiej, wejherowskiej
i puckiej promując swój region.
Pisanki są przewiercone z obu
stron, by umożliwić przeciągnięcie wstążki do zawieszenia.
Największa pisanka świata, bo
mająca aż 13,5 metra wysokości
znajduje się na Ukrainie w Kołomyi . Wewnątrz zgromadzonych
jest ponad 6 tysięcy z całego świata, co daje temu zbiorowi tytuł
największego Muzeum Pisanek na
świecie. Są tam zatem jajka z całej Europy, Japonii, Chin, Stanów
Zjednoczonych. A są i dla Polaków
miłe akcenty, bo znajdą tu pisanki
z Łowicza. To najstarszy działający zbiór udostępniony publiczności. Kołomyjska pisanka jest
oczywiście wpisana w Księdze
Rekordów Guinessa. Większość
zbiorów pochodzi z Huculszczyzny i Pokucia. Tutaj może ktoś z
młodszych czytelników może zapytać co Kołomyja ma wspólnego
z Kresami, ano przed wojną było
? – żartobliwie odpowiada, że to
po pradziadku, który lepił garnki
z gliny.Pan Piotr zajmuje się również sztuką robienia ażurowych
pisanek. Prace te są bardzo pracochłonne i wykonywane przy pomocy specjalistycznego sprzętu.
W szkatułkach ze strusich jaj, jako
element dekoracyjny wykorzystywany jest bursztyn bałtycki.
Prace pana Piotra zdobią stoły wielkanocne, oraz kolekcje
w USA, Kanadzie, Niemczech,
Wielkiej Brytanii oraz w RPA.
Znajdują się w zbiorach Muzeum
Pomorza Środkowego w Słupsku.
Jego twórczość rokrocznie prezentowana jest na łamach prasy regionalnej i ogólnopolskiej.[3]
Kraszanki (zwane też malowankami lub byczkami) powstają
przez gotowanie jajka w wywarze
barwnym, dawniej uzyskiwanym
wyłącznie ze składników naturalnych.
Piękne kolory skorupek można
uzyskać, stosując naturalne barwniki roślinne. Naj bardziej popularne było barwienie w łupinach
cebuli barwiącej na brąz lub rudy
zależnie od stężenia wywaru.
Świeżo wyciśnięty, lekko zakwaszony sok z buraka barwi pisankę
na różne odcienie różu i czerwieni, sok z jagód – na fioletowo, zaś
woda, w której gotował się szczypiorek, listki barwinka lub świeża
zielona trawa – na zielono. Kora
dębu, olchy lub łupiny orzecha
włoskiego barwią na czarno. Żółto złocisty kolor można uzyskać z
kory młodej jabłoni.
-Frankowsk jest nazwą rosyjską]
to przedwojenny Stanisławów.[1]
Muzeum pisanki w Ciechanowcu
Pierwsze takie muzeum w Polsce i drugie w Europie po Kołomyi ,mieści się w XIX-wiecznym
dworku myśliwskim należącym do
Muzeum Rolnictwa im. ks. Kluka
w Ciechanowcu. Powstało w 2004
r w skansenie utworzonym na terenach zespołu pałacowo-parkowego, dawnej posiadłości rodziny
Starzeńskich.
Kolekcję tego muzeum tworzą jaja
pełne i wydmuszki, kurze, strusie i
kolibrze, drewniane i kamienne - z
agatu, jaspisu, wapienia... Ponad
półtora tysiąca pisanek ze wszyst-
Malowanie woskiem.
/
http://pisanki.info.pl/wp-content/uploads/2011/03/pisankarz.jpg
Jest członkiem SPiFA Stowarzyszenia Plastyków i Fotografików
Amatorów przy Klubie Pomorskiego Okręgu Wojskowego w
Bydgoszczy. Na pytanie zadawane „skąd ta pasja i zdolności”
Jeśli na czystą skorupkę naniesiemy wzór z roztopionego wosku,
a następnie zanurzymy jajo w
roztworze barwnika, to zabarwią
się tylko odsłonięte fragmenty
skorupki. Części ukryte pod woskiem nie zmienią koloru. Patyk z
wbitą w niego szpilką jest jednym
z przykładowych przyrządów.
Szpilkę maczamy w gorącym wosku , stale podgrzewanym przez
świeczkę lub inne źródło ciepła i
nakładamy wzór na czystą skorupkę jajka. Znane były inne przyrzą-
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 57
BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA
dy stosowane do malowania wzorów,
jak zrobiony z cienkiej blaszki mały
pojemnik, w kształcie lejka, na wosk
osadzony w drewnianej rękojeści.
Wosk podgrzewało się nad świeczką
i nakładało wzór na skorupkę jajka.
Po wyjęciu jajka z kąpieli w barwniku
wystarczy zetrzeć wosk miękką ściereczką. Jak malujemy wzory woskiem
pokazuje między innymi poniższe
zdjęcie.
Oklejanki
Oklejanki jak sama nazwa wskazuje powstają przez oklejanie np.
roślinami, ( sitowiem, płatkami
czy innymi naturalnymi ozdobami), a naklejanki powstają przez
oklejanie papierem. Technika
oklejanek polega na oklejaniu
jajek na różne sposoby, czy to
na sporządzeniu miniaturowych,
kolorowych wycinanek z papieru, i właściwym ich naklejeniu na
powierzchnię jajka, możemy też
użyć wełny, sznurków w różnych
kolorach, zawiązanych np. w supełki i naklejeniu na jajko, układając również różne wzory wg.
własnej inwencji twórczej.
Drapanki
Zabarwione na intensywny kolor
skorupki można ozdobić misternymi
wzorkami. Metoda jest prosta: wystarczy szpilką lub ostro zakończonym nożem lub żyletką „wydrapać” dowolne
motywy. Uzyskany w ten sposób wzór
jest tak subtelny, że przypomina delikatną koronkę. To metoda dla wytrwałych.
/ pisanki łowickie
Pisanki według wzorów huculskich
Maria Monczak Kieleczawa jest
członkiem Stowarzyszenia Twórców Ludowych w Lublinie oraz
Dolnośląskiego Stowarzyszenia
Artystów Plastyków we Wrocławiu.
Należy do nielicznych twórców
na Dolnym Śląsku, którzy wykonują wielkanocne pisanki według
prastarych wzorów huculskich.
Malowania pisanek nauczyły panią Marię jej babcia, mama i ciocia ze strony ojca. Rodzice Marii
KIELECZAWY i ich przodkowie
wywodzą się z Berestu, miejscowości położonej w pobliżu Krynicy. Obecnie mieszkają w Przemkowie na Dolnym Śląsku, gdzie
w rodzinie Monczaków 11 lutego
1958 roku urodziła się pani Maria. Artystka od 1982 r. mieszka
we Wrocławiu. Pięciopokoleniową tradycję rodzinną kontynuują
również jej córki Marta i Aleksandra. Artystka jest laureatką
wielu konkursów i przeglądów.
Prace Marii Kieleczawy zdobią
stoły wielkanocne oraz kolekcje
w USA, Kanadzie, Afryce, Niemczech, Francji, Ukrainie i innych
krajach, znajdują się w zbiorach
Muzeum Etnograficznego we
Wrocławiu, Toruniu, w jedynym
w Polsce Muzeum Pisanki w Ciechanowcu, a także w Saksońskim
Muzeum Sztuki Ludowej w Dreźnie. Autorkę szczególnie zafascynowały pisanki zdobione techniką
batikową. Pisanki huculskie mają
swoisty kolor, bogatą ornamentykę, dzięki czemu łatwo odróżnić
je od pisanek z innych regionów.
Technika batikowa znana od X
wieku polega na nakładaniu gorącego wosku na powierzchnię jajka. Spełnia on rolę izolatora powierzchni, chroniącego ją przed
barwnikami. Miejsca pokryte
woskiem nie są barwione. Dominującymi kolorami w pisankach
huculskich są: żółć, zieleń, pomarańcz, czerwień, czerń. Wzo-
ry huculskie opierają się przede
wszystkim na układzie ornamentu pasowego zamkniętego, zbudowanego z prostych figur geometrycznych (trójkąt, prostokąt,
koło, romb, trapez. [4]
„Podolskie pisanki”
Ponad 180 wzorów ukraińskich
pisanek ze wsi Popieluchy w obwodzie winnickim zebrała przed
rewolucją bolszewicką Helena
z Grocholskich Janowa Belina-Brzozowska. Będzie je można
poznać w albumie Ewy i Antoniego Beliny-Brzozowskich.
Album, który przygotowali do
druku państwo Brzozowscy, to
bogaty zbiór informacji z czasów
świetności polskiej magnaterii
końca XIX wieku na przykładzie
jednej rodziny, przeplatany zdjęciami i wzorami ukraińskich pisanek.
Książka ma ukazać się przed
Wielkanocą 2012 roku w Polsce
oraz w większości polskich placówek dyplomatycznych i ośrodków kultury polskiej na Ukrainie.
[Kresy24.pl]
[1] - Kresowe Święta, a może
niezupełnie
http://poznaj.blogspot.
com/2011/04/kresowe-swieta-moze-niezupenie.html
- Jak Wielkanoc - to tylko w Kołomyji
http://lubczasopismo.salon24.pl/
polskieKresy/post/300417,jak-wielkanoc-to-tylko-w-kolomyji
-Radosna Wielkanoc
http://fusilla.blox.pl/2011/04/Radosna-Wielkanoc.html
[2]- Pisanki z całego świata w
muzeum Ciechanowcu
http://podroze.gazeta.pl/podroze/1,114158,5000454.html
http://www.polskiekrajobrazy.pl/
Galerie/72:Podlasie/16218:Pisanki_w_Muzeum_Pisanki_w_Ciechanowcu.html
- Najsłynniejsze muzea pisanek
Autor: Ewelina Kitlińska, www.
kitlinska.pl - Źródło:
kobieta.wp.pl, kwiecień 2009
[3] - Pisanki Piotra http://pisanki.
info.pl/
[4] ).- Maria Monczak Kieleczawa Pisanki według wzorów huculskich http://www.lemko.org/
art/monczak/
FORUM
KSI
Weź udział w dyskusji o Kresach!
Wystarczy się zalogować do Internetowego Serwisu o Kresach, wejść
na nasze FORUM i swobodnie wypowiedzieć na wybrany temat dotyczący Kresów.
Działy FORUM odpowiadają działom Kresowego Serwisu Informacyjnego a więc nie powinno być
problemu z wyborem odpowiedniej
tematyki.
http://ksi.kresy.info.pl/
index.php?option=com_kunena&view=entrypage&defaultmenu=9&Itemid=7
Wiosna na Kresach
Strona 58 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
Wolna Trybuna
Czytelników
Do Pana Marcina Króla.
Czytam Pana artykuł w Dzienniku
Gazeta Prawna 2-4 marca 2012 str.
A15 „Państwo zachęca obywateli do
donosów, zamiast działać samemu”.
Przed ścianą budynku Ministerstwa
Bezpieczeństwa Publicznego przy
Koszykowej 6 dwa dni temu zapalaliśmy znicze oddając cześć Polakom
mordowanym tam w latach 19451954. Nie wiem, w którym roku przeniosła się tam RSW "Prasa-Książka-Ruch" z ulicy Widok ale wiem, że
jej pracownicy zastali jeszcze krew
na poręczach i schodach. A w rogu
pokoju były drzwi, za nimi mógł w
pozycji stojącej przebywać oskarżony i przysłuchiwać się „donosom
„ na siebie składanym przez „przesłuchiwanego” w pokoju świadka,
po to by "zmiękł". Tak działało Ministerstwo czyli Państwo. Napisał
Pan „Jednoznacznie potępiamy tych,
którzy donosili w czasie wojny na
Żydów”. Nie wiem, kogo ma Pan na
myśli pisząc w liczbie mnogiej, ale ja
potępiam nie tylko tych, którzy donosili w czasie wojny na Żydów. Ja
potępiam tych, którzy donosili na 20
tysięcy zamordowanych Żołnierzy
Armii Krajowej, na 200 000 moich
Rodaków wskazanych palcem i zamordowanych przez nacjonalistów
ukraińskich na Kresach i tysiące zesłanych na Sybir i do Kazachstanu.
Nie zapominam też o tych, którzy
wskutek donosów nie mogli pozostać w miejscu zamieszkania, studiować, znaleźć pracy i żyć godnie.
Donosów mamy 82 kilometry. I nie
wiem czy możemy oczekiwać od
Państwa zgodnie z Pana życzeniem
„wprowadzenia czystych reguł gry i
umiejętnego pilnowania czy obywatele nie przekraczają prawa” skoro
gen. Janusz Bojarski, były wiceszef
Wojskowych Służb Informacyjnych
podjął w imieniu ministra obrony
narodowej decyzję, iż zamordowany
przez UB kpt Stanisław Sojczyński
ps. Warszyc, nasz bohater nie będzie
generałem. Okazało się, że Janusz
Bojarski przekroczył prawo ale został "upilnowany". To obywatele dopilnowali, wskutek ich interwencji
decyzję zmieniono. Swoją drogą jak
to się stało, że Janusz Bojarski nie
wiedział o bohaterstwie "Warszyca"
i zbrodni UB.
h t t p : / / w w w. t r y b u n a l s c y. p l /
node/1305
Zirytował mnie też Pana relatywizm.
Napisał Pan:
„Tylko ludzie pozbawienie wyrzutów sumienia i całkowicie amoralni mogą ze spokojem znosić, że na
skutek ich działania ktoś im bliski
nie tylko został ukarany, lecz nawet
został uznany za podłego”. Czy z
donoszenia na osoby niekoniecznie
„bliskie” Pan rozgrzesza? Ma Pan
rację, tych 22 500 zwerbowanych
w 1945 roku funkcjonariuszy UB,
którzy skazywali na śmierć i pogardę nie wie co to wyrzuty sumienia.
Skąd mają wiedzieć, że czynili zło
skoro do dzisiaj nie zostali potępieni.
Skoro tak łatwo przyszło im wtedy
decydować o życiu drugiego człowieka czy ja dzisiaj mogę czuć się
bezpieczna ? Oni jeszcze żyją. Skoro
jest zezwolenie na odebranie życia to
łatwo można narażać zdrowie. Czy
Ci, którzy wprowadzili do obrotu sól
przemysłową nie pomyśleli właśnie
w ten sposób?
Bożena Ratter
www.ksi.kresy.info.pl
LISTY - OPINIE - POLEMIKI
Jak gęsi.
zniewolenia Polski przez sowietów
po II wojnie światowej. Zniewolenia, które być może nie pozwoliłoby uczciwemu śpiewakowi na
wykonywanie ukochanego zawodu
w ojczyźnie tak jak znakomitemu
kompozytorowi Andrzejowi Panufnikowi. A ikona? Miłośnicy zabytków z całego świata udają się
do Rosji by podziwiać ikony rysowane na desce przed wiekami. Nie
słyszałam, aby tłumnie przyjeżdżali do Warszawy by obejrzeć Pałac
Kultury. I bierzmy przykład z Rosji, która próbuje teraz odzyskiwać
wywożone z ZSRR ikony ratowane w ten sposób przed paleniem i
niszczeniem (niszczone były wraz
z kościołami). Dyskusja tyczyła też
problemu burzyć czy zachować i
czy na zabytkach można zarabiać?
Według przedstawiciela Narodowego Instytutu Dziedzictwa niektóre
„zabytki” mają "szczęście, że nadają się do adaptacji na hotele, centra
konferencyjne, prywatne dwory ludzi zamożnych, bo mają właściwe
sąsiedztwo". Ale są też "te niechciane zabytki”, równie piękne, ale w
złym sąsiedztwie, bo jest tam obok
„chlewnia czy gorzelnia” i nikt nie
będzie chciał tam przebywać”. No
właśnie, co wtedy? Z mojej wiedzy wynika, iż komuniści starannie
niszczyli i zakrywali historyczne i
zabytkowe obiekty architektoniczne
z racji ich „pańskiego” lub kościelnego wyglądu budując szkaradne
zasłony socrealizmu. Na terenach
odebranych właścicielom majątków
zakładano PGR a więc i budowano „chlewnie”. Czy oznacza to, że
za chwilę chlewnie budowane w
tym samym czasie i z tego samego
powodu, co Pałac Kultury wpiszemy na listę „zabytków” a stający
za nimi klasztor czy pałac według
projektu np. Henryka Marconiego
zburzymy? Ja domagam się, aby
zburzyć chlewnie i odsłonić to, co
piękne, obiekty „pańskie „ i kościelne wpisać na listę zabytków zanim
odda się je w ręce inwestora a najlepiej właściciela. A właściwie dlaczego nie są one na liście zabytków?
I jeszcze jedna uwaga do dyskusji,
to prawda, te wspaniałe budowle
"pańskie" czy kościelne były również obiektami użytkowymi. Różnica polega na tym, że ówcześni
"inwestorzy" zlecali projektowanie
architektury, wykonanie i wyposażenie wnętrz artystom przez duże
W. Tego można dowiedzieć się na
lekcjach historii. Popieram protest
w Krakowie!
Bożena Ratter
__________
W programie „Bliżej” w dyskusji, o
jakości kształcenia w szkołach, Pani
poseł, członek Komisji Edukacji
oskarżyła swoich adwersarzy o demonizację problemu i o chęć pakowania wiedzy w dzieci jak w gęsi.
Członek Komisji Edukacji nie widzi
jak bardzo już teraz ograniczony jest
program nauczania w porównaniu z
programem w II RP. A właśnie dzięki tamtemu programowi możemy
szczycić się wielką liczbą Polaków
zaliczanych do panteonu nauki,
sztuki, kultury! Popatrzmy na listę i biografie polskich profesorów
straconych we Lwowie, Krakowie,
Stanisławowie i na ich uczniów,
na listę Katyńską, wstyd mi, że nie
wymieniam wszystkich innych godnych szacunku, wykształconych
Polaków! Nie słyszałam z ust naszych noblistów narzekań na to, iż
byli w szkole traktowani jak gęsi,
ten termin kojarzy mi się najwyżej
z Mikołajem Rejem: „ Polacy nie
gęsi i swój język mają”. Natomiast
znam doskonale narzekania wyższych uczelni na podstawowe braki wiedzy kandydatów na studia. A
MEN planuje dalszą redukcję treści języka i historii. Nie ulegajmy
demagogii, doskonała znajomość
języka polskiego, którą widać we
wspaniałej literaturze twórców
kończących gimnazjum w II RP, w
wypowiedziach jeszcze żyjących
znakomitości świata nauki, kultury,
sztuki nie przeszkadzała młodym
podejmować studia w najlepszych
wyższych uczelniach Europy Zachodniej i USA i to zarówno w naukach ścisłych , przyrodniczych,
artystycznych. Nie tylko kończyli
tam studia, pracowali na tych uczelniach, zdobywali światowe nagrody
i dyplomy!. A wiedza, którą otrzymywał absolwent przedwojennego
gimnazjum była na poziomie dzisiejszych studiów podyplomowych,
i ten „nadmiar tłoczonej wiedzy”
był doskonałą podstawą do przedsiębiorczości, mamy jej mnóstwo
dowodów w II RP, tyle, że Państwo
temu sprzyjało a nauczyciele byli
doskonale przygotowani i posiadali
autorytet. A może właśnie ze strachu przed tym porównaniem obecni
decyzyjni chcą likwidacji historii?
Ja protestuję razem z Krakowem
przeciw arogancji władz! Niemcy
tworzą we Wrocławiu Centrum Studiów Niemieckich i Europejskich
im. Willy'ego Brandta a my proponujemy naszym dzieciom edukację
co najwyżej na poziomie „Studium
paznokcia” czy „Studium wizażu”.
Bożena Ratter
__________
Listy do redakcji
Kolejny odcinek Cafe Historia pod
hasłem „zabytki”. Tematem są 2
„zabytki”, wieża Eiffla i Pałac Kultury zdefiniowany jako „ikona” architektury, no może i trzeci zabytek,
polichromia w pomieszczeniach
klasztornych odkryta w czasie ich
adaptacji na pomieszczenia banku.
Redukcja wiedzy nie tylko historycznej, ale i z dziedziny sztuki nie
pozwoliła na podanie różnic między
tymi obiektami jak i definicji zabytku. Wieża Eifla (za wikipedią)
„najbardziej znany obiekt architektoniczny Paryża…miała być symbolem ówczesnej potęgi gospodarczej
i naukowo-technicznej Francji” natomiast Pałac Kultury jest reliktem
nego kolegi, Kazia Gancewskiego
(AUTORA KSIĄŻKI WSPOMNIENIOWEJ O POWOJENNYM ŚWIEBODZINIE I O WIELU KRESOWIANACH STĄD,
P.T. SPOD PRZYMKNIĘTYCH
POWIEK) świadczy , że artykuł o
Niemenie wzbudził wśród świebodzińskich Niemenologów duże
zainteresowanie. Tak jak pisałem
kiedyś, nie jestem stworzony do
pisania artykułów, ale zapraszam
od czasu do czasu do zerknięcia na
moją stronę, którą udało mi się rozpocząć budować od 24 lutego b.r.
Wasze pismo drukuję w 1 egzemplarzu i jest do czytania w naszym
Domu Kresowym. Wszyscy są nim
zachwyceni i chcą koniecznie poży-
Redukcja wiedzy, ciąg dalPozdrawiam Redaktorów KSI
szy.
list , który dostałem od mego szkol-
czać do domu, ale pozwalam tylko
dla chorych pożyczać na parę dni.
Dziękuję w imieniu Kresowian za
WSPANIAŁĄ PRACĘ JAKĄ WYKONUJECIE DLA POLSKI!!!
http://www.swiebodzinskizwiazekkresowian.pl/ Proszę o ew. uwagi
do str. jeśli wam na to starczy czasu
i chęci , żeby mi dopomóc...Z góry
dziękuję za konstruktywną krytykę...Szeroki uśmiech
Wacław Kondradkiewicz Świebodzin
__________
Szanowny Panie Redaktorze
Dziękuję za artykuł o Wasiliszkach,
gdzie przed wojną przez pewien
czas mieszkał mój ojciec Józef
Cyra, a proboszczem był ks. Ignacy
Cyraski, rozstrzelany przez Niemców.
Z wyrazami szacunku
Adam Cyra Oświęcim
__________
Szanowni Państwo!
Po załatwieniu spraw formalnych
związanych z realizacją wniosku o
umieszczenie pamiątkowej tablicy poświęconej pamięci Polaków
- ofiar ludobójstwa ukraińskich nacjonalistów w czasie II wojny światowej na Kresach Wschodnich II
Rzeczypospolitej - uprzejmie informuję o ustaleniu terminu uroczystości. W porozumieniu z p. Januszem
Chwierutem - pełniącym obowiązki
Prezydenta Miasta Oświęcim i proboszczem parafii WNMP w Oświęcimiu ustalono, że uroczystość ta
odbędzie się w dniu 7 lipca 2012r.:
- o godz. 11.00 msza św. w kościele
pw. WNMP w Oświęcimiu;
- o godz. 12.00 na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu odsłonięcie i
poświęcenie tablicy.
Bardziej szczegółowe dane dotyczące uroczystości zostaną podane
w terminie późniejszym.
Uzgodnioną z władzami Oświęcimia treść tablicy podaję w załączniku.
Z kresowym pozdrowieniem
Włodzimierz Paluch
Klub "Samborzan"
w Oświęcimiu
e-mail:
[email protected]
__________
Szanowni Państwo
Na wstępnie gratuluję wspaniałej
strony na temat Wołynia. Zebraliście
Państwo niezwykle cenny zespół archiwaliów i relacji świadków z tej
jakże pięknej, a zarazem odległej
dla mnie ziemi. Parę słów o sobie.
Nazywam się Robert Grochowski,
jestem archeologiem i historykiem,
doktorantem na Uniwersytecie Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.
Mam również honor był członkiem
Wojewódzkiego Komitetu Ochrony
Pamięci Walk i Męczeństwa Województwa Kujawsko – Pomorskiego.
Od 2001 roku zajmuję się dokumentowaniem, ochroną i popularyzacją
wydarzeń i miejsc z okresu kampanii 1939 roku. Jednym z takich
miejsc jest pole bitwy we Włókach
(gm. Dobrcz), gdzie 3 września
1939 roku walczył i zatrzymał nacierającego nieprzyjaciela 23 Pułk
Piechoty im. Leopolda Lisa – Kuli
z Włodzimierza Wołyńskiego. W
internecie dostępne jest jedno z moich opracowań na ten temat http://
wolyn.btx.pl/index.php/component/
content/article/1-historia/215-boj-
we-wokach-tu-gdzie-walczyliwoynianie.html
Od 2006 roku, razem z lokalną
społecznością, walczymy o powrót
krzyża na pomniku we Włókach.
Krzyż został usunięty z wiadomych powodów w latach 60. XX
w. w trakcie remontu. Po długich
staraniach i osobistej interwencji
wojewody Kujawsko – Pomorskiego, wróci on na swoje jesienią tego
roku. 3 września, w trakcie uroczyści we Włókach, zostanie on odsłonięty i poświęcony. Krzyż wróci nie
dla nas, ale dla blisko 100 żołnierzy z Wołynia, którzy spoczywają
pod pomnikiem oraz na pobliskich
polach. W trakcie uroczystości zostanie zaprezentowana nowa wersja mojego filmu dokumentalnego
,,Bój we Włókach. Tu, gdzie walczyli Wołynianie”. W związku z
powyższym zwracam się z serdeczną prośbą o pomoc w pozyskaniu
wszelkich materiałów dotyczących
23 Pułku Piechoty oraz jego macierzystego garnizonu – Włodzimierza
Wołyńskiego. Szczególnie cenne
będą relacje świadków oraz zdjęcia
z Włodzimierza. Pragnę zaznaczyć,
że film jest przygotowywany przeze
mnie całkowicie społecznie (podobnie jak jego pierwsza wersja z 2006
roku). Nie będzie on w żaden sposób
sprzedawany, ani wykorzystywany
komercyjnie. Celem jego powstanie
jest ukazanie losów bohaterskich
żołnierzy z odległego Wołynia.
Będę wdzięczny za wszelką pomoc,
rady i sugestie. Z pozdrowieniami.
Robert Grochowski, Bydgoszcz
__________
Od redakcji
Bardzo dziękujemy wszystkim
naszym czytelnikom piszącym i
dzwoniącym po każdym wydaniu
KSI. Dowodzi to, że nasza praca jest doceniana i przydatna w
odzyskiwaniu wiedzy o naszych
Kresach i rodakach tam kiedyś
zamieszkałych. W tym miejscu również gorąco dziękujemy
wszystkim autorom nadesłanych
materiałów do ostatniego wydania Kresowego Serwisu Informacyjnego. Z okazji zbliżających się
Świąt Wielkanocnych składamy
na ręce wszystkich tu wymienionych życzenia: wszystkiego najlepszego. Mamy nadzieję, że ten
świąteczny numer KSI nie tylko
wywoła wspomnienia u starszych,
ale zainteresuje również młodszych naszych czytelników. Ministerstwo edukacji naszego kraju
systematycznie zubaża programy
nauczania narodowej historii, o
zafałszowaniach nie wspominając, zapominając o olbrzymim
znaczeniu tej wiedzy w wychowaniu nowych pokoleń. My musimy
kontynuować tradycje dawnego
„domu kresowego” gdzie mowa
polska i historia były najważniejszym elementem wychowania
patriotycznego. Jak mawia stare
przysłowie nie spodziewajmy się
szacunku w przyszłości jak nie
będziemy szanować przeszłości.
Z tym przesłaniem myślimy już
o następnych wydaniach KSI i
tradycyjnie zapraszamy naszych
czytelników do współpracy. Piszcie na miarę waszych możliwości, wietrzcie swoje szuflady z
pamiątkami i dzielcie się swoją
wiedzą za naszym pośrednictwem
z innymi.
Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012 - strona 59
LISTY - OPINIE - POLEMIKI
Nasze serwisy
Partnerzy medialni
www.kresy.info.pl
TOWARZYSTWO MIŁOŚNIKÓW
LWOWA i KRESÓW POŁUDNIOWO - WSCHODNICH
www.radiownet.pl
www.wolyn.org
www.isakowicz.pl
www.27wdpak.pl
www.milno.pl
www.pokoleniakresowe.pl
Do prowadzenia tego serwisu poszukujemy wolontariuszy-operatorów systemu CMS Joomla v. 1.7.x
www.olejow.pl
www.ivrozbiorpolski.pl/
www.forumpokolenia.27wdpak.pl
Jesteś pasjonatem Kresów?
Koniecznie
skontaktuj się z
Kresowym Serwisem
Informacyjnym
www.kresowianie.info/
[email protected]
Redakcja - Kontakt:
Bogusław Szarwiło
[email protected]
607144741
Aleksander Szumański
[email protected]
607 345 832; 664 773 118
Andrzej Łukawski
[email protected]
22-853 43 97; 501 153 340
Zofia Wojciechowska
[email protected]
608 475 240
Ryszard Zaremba
[email protected]
667 001 775
www.polskiekresy.pl
Dołącz do grupy PARTNERÓW MEDIALNYCH
Nie może Ciebie tutaj zabraknąć
Wydawca: Bartexpo Agencja Reklamowa; 02-670 Warszawa ul. Puławska 240 / 60 tel. 22 853 43 97; 22 853 43 93; 602 397 844 faks: 22 843 99 14 ISSN 2083-9448; wpis do EDG: UD-IV-WDG-A-5415-PLE-2644-2-10 NR 352888 ;
Dział „HISTORIA - WSPOMNIENIA - RELACJE„ red. nacz. Bogusław Szarwiło [email protected] , tel: 607144741;
Dział „BARWY KRESÓW- KULTURA - TRADYCJA„ Aleksander Szumański [email protected] 607 345 832 ; 664 773 118
Rubryka "Mazurskie Barwy Kresów-Program Pomost" Zofia Wojciechowska [email protected] , tel: 608 475 240
Członkowie redakcji: Ryszard Zaremba tel: 667 001 775 , [email protected] ; Andrzej Łukawski 501 153 340 , [email protected]
Strona 60 - Kresowy Serwis Informacyjny - 1 kwietnia 2012
www.ksi.kresy.info.pl
Download

Wejście - Wydanie numer 4/2012 (11)